180426
Późno wyjechałem, więc żeby zyskać nieco na czasie, zdecydowałem się pojechać do Zakrzówka. To miejscowość na zachodnim początku Roztocza, a droga do niej jest dla mnie najkrótsza, bo trwająca godzinę. Oczywiście byłem tam już parokrotnie, mam tam swoje ulubione miejsca, a zwłaszcza pewne pola i drogi między wioską a pasem dołów. Na mapie z zaznaczoną trasą widać tam gęstą plątaninę nitek – śladów mojej chęci odwiedzenia każdej dróżki.
Wracając uznałem, że do samochodu dotrę zbyt wcześnie, więc starym zwyczajem skręciłem w przeciwnym kierunku; ślad widać w prawym górnym rogu mapy z zaznaczoną trasą. Trafiłem na drogę nieznaną mi, i tam znalazłem kolejny ładny zakątek, miejsce bardzo charakterystyczne dla Roztocza. To niewielka miedza z gatunku tych, które pojawiają się na polu, wznoszą, czasami na znaczną wysokość, i niewiele dalej zanikają. Aby taka miedza nabrała urody, muszą na niej rosnąć drzewa, najlepiej brzozy – i tyle. Patrzę wtedy na ładny zakątek.
Przygodne spotkania z mieszkańcami Roztocza zawsze były miłe. Na przykład na poprzedniej wędrówce rozmawiałem chyba pół godziny z rolnikiem siejącym zboże na polu. Na koniec wymieniliśmy się telefonami, mam zaproszenie do niego do domu na kawę. Dzisiaj przeżyłem szok. Zatrzymałem się na brzegu polnej drogi widząc dużą kępę wiosennych roślinek. Dwa gatunki obecnie bardzo licznie kwitnące, tasznik i rzodkiewnik, są do siebie tak podobne, że aby je rozróżnić, muszę zobaczyć torebki nasienne. Właśnie w tym celu nachyliłem się, a wtedy usłyszałem ostry kobiecy głos:
– A co to panu przeszkadza!? Tu są moje słupki!
Byłem tak bardzo zaskoczony, poczułem taką niechęć do tej kobiety i pragnienie bycia daleko od niej, że mruknąłem tylko „Dobrze, już odchodzę” i poszedłem – ze zgagą w gardle. Ładna jest tamta droga, ale chyba nieprędko do niej wrócę.
Obrazki ze szlaku
Stara, nieużywana, zarastająca droga. Za kilka lat na dnie wyrosną krzewy tarniny, czarnego bzu i dzikiej róży, tu i ówdzie zasieje się osika, brzoza lub dąb, po kolejnym dziesięcioleciu zamiast widocznej jeszcze drogi będzie pas lasu – schronienie dla dzików i saren, dom dla licznego ptasiego drobiazgu.
Zeszłoroczne owoce na gruszy. Nie próbowałem, a wyglądały jak te suszone do kupienia w sklepach.
Z drogi widziałem pokręcone reumatyzmem stare jabłonie, a w głębi dużą kwitnącą czereśnię. Pod nią zauważyłem intensywnie (na zdjęciu tego nie widać tak wyraźnie jak ja widziałem) ciemnoróżową plamę. Zaciekawiony, podszedłem i zobaczyłem wielką, gęstą kępy jasnoty purpurowej. Oryginalny widok. W tym samym sadzie spotkałem w minionym roku właścicieli, zbierali orzechy laskowe, dłuższą chwilę rozmawialiśmy, głównie o zmianach obyczajów. Ot, typowe tematy starszych ludzi.
Czereśnie i brzozy, biel kwiatów i świeża zieleń liści – częsty dzisiaj widok i prawdziwie kwietniowy.
Stara, powalona, spróchniała czereśnia, a jednak kwitnie.
Porzeczki szykują się do kwitnienia.
Skrzynka na listy. Właściwie skrzynka na reklamówki i pisma urzędowe, bo któż teraz pisze listy na papierze?
Znajome brzozy. Idąc wspomniałem je, ale nie byłem pewny czy rosną przy drodze, którą miałem iść. W miarę upływu czasu utwierdzałem się w przekonaniu, że nie pomyliłem miejsc. Zobaczyłem je z daleka i ucieszyłem się, ale nie wiem, czy bardziej z powodu pamięci czy ich widoku.
Wypłukany wodą obryw na brzegu polu, tuż przy ścianie wąwozu z drogą na dnie. Wokół tego miejsca widziałem kilka nowych i wiele starych pniaków po wyciętych drzewach. Ciekawe, czy właściciel pola dostrzega tutaj związek przyczynowo-skutkowy.
Brzoza i światło.
Liście brzóz. Zwykłe, zielone, to prawda, ale są! Znowu są.
Samotne drzewo.
Późne popołudnie. Złota godzina.
Zachód słońca. Po pogodnym popołudniu, na koniec dnia niebo od zachodu zasnuło się delikatnymi chmurkami. Czystego zachodu, gdy naszą gwiazdę widać do ostatniego rąbku wystającego ponad widnokrąg, nie widziałem.
Trasa: pola, dogi i doły między Zakrzówkiem a Majdanem Grabina.
Statystyka: przeszedłem 22,5 km na szlaku będąc niemal 12 godzin. Myślę, że samego marszu było nie więcej jak 8, może raczej 7 godzin, a resztę czasu spędziłem na siedzeniu w ładnych miejscach. Przewyższeń było stosunkowo niewiele, około 150 pięter.




































































































