Etykiety

Moja książka

Miłość, muzyka i góry

060320 Narodziny powieści i książki Pomysł przyszedł mi do głowy w czasie przerwy w wędrówce po Górach Kaczawskich, na przedw...

niedziela, 27 września 2020

Hala Izerska i naleśniki

 250920

Z Jakuszyc czerwonym szlakiem do Chatki Górzystów. Powrót czerwonym szlakiem rowerowym, via Jagnięcy Jar, do Rozdroża pod Cichą Równią, dalej zielonym szlakiem do Jakuszyc.

Od długiego czasu chciałem poznać Halę Izerską i być w Chatce Górzystów, miejscach tak chwalonych przez miłośników Gór Izerskich, a mnie, przyznaję ze wstydem, dotychczas nieznanych.

Poprzedni dzień spędziłem z Jankiem w Górach Kamiennych, a inicjatywa poznania nazajutrz Izery (i posmakowania naleśników) pojawiła się nagle, pod wieczór. Pojechaliśmy właściwie bez przygotowań, jedynie po ustaleniu trasy dojścia i powrotu, ale przecież wiadomo, że za pierwszą bytnością w nowym miejscu nigdy się nie zdąży być wszędzie i wszystko zobaczyć. W ten naturalny sposób pojawia się potrzeba powrotu; nie będę się jej sprzeciwiał, wrócę przy najbliższej okazji, ponieważ Hala Izerska i Izera bardzo mi się spodobały, ale może po kolei.

Na parkingu w Jakuszycach byliśmy o tej szarej godzinie przemiany nocy w chmurny dzień jesienny. Szutrowy parking, krzywe ogrodzenie, budowlany bałagan obok, hotel wyglądający na opuszczony, pusta szosa i czarne ściany lasów wokół. Przygnębiające wrażenie.

Znikło, gdy po tradycyjnym szukaniu początku szlaku weszliśmy między drzewa świerkowego boru.

Góry Izerskie znane są z szutrowych dróg ciągnących się kilometrami przez lasy, niemal bez widoków, ale dzisiejszy dwudziestokilometrowy marsz nie dłużył się. Lasy zawsze mi się podobały, a izerskie, chociaż nierzadko ciemne, gęste i nieprzystępne, przyciągają wzrok swoim charakterem lasów górskich, a przy tym nierzadko rosnących na mokradłach.

Wielka w nich ilość strumieni i strumyków, a są dzikie, ukryte wśród kamieni i roślinności, prędkie, nerwowe, głośne. Są miejsca jasne, zapraszające na spacer czy grzybobranie, ale i tak niedostępne, że zatrzymywałem się i patrzyłem na zwaliska drzew i skał, na wykroty podeszłe wodą lub zakryte paprociami i grubymi dywanami różnorakich mchów, wyobrażając sobie trud przedzierania się tamtędy. Spotyka się odkryte polany z rudziejącymi trawami, kępy sitowia i mnóstwo cieków spływających brązowymi wodami do przydrożnego rowu każą domyślać się torfowisk – kolejnej cechy charakterystycznej tych gór. Wszak torfowiska kojarzą się raczej z dolinami, jak nad Biebrzą, a nie górskimi stokami wznoszącymi się setki metrów nad poziomem morza. Zatrzymaliśmy się pod zadaszeniem przy dukcie. Zdjąłem plecak i i zrobiwszy ledwie dwa kroki w bok, w wysoką trawę, wpadłem po kostki w wodę. A przecież ostatnie dni nie były deszczowe. To świat roślin i wody, który człowiek wielkim nakładem pracy poprzecinał swoimi drogami by wywozić jego bogactwa.

Janek zwrócił mi uwagę na mnogość naparstnicy purpurowej rosnącej na poboczach. Patrząc na te wysokie, szare już rośliny, na urodę rzadko spotykanych, spóźnionych kwiatów, można było wyobrazić sobie drogę w czasie pełni kwitnienia.

Na odcinku kilku kilometrów szlaku, między budynkami Orlej a Halą Izerską, na poboczu drogi leżą kamienie z tabliczkami podającymi nazwy planet Układu Słonecznego i ich astrologicznymi symbolami. Odległości między nimi odzwierciedlają rzeczywiste. Kamień wyznaczający Słońce jest przy budynkach, niewiele dalej leżą kamienie planet wewnętrznych – Merkurego, Wenus i Ziemi – przy czym na jednym kamieniu zmieszczono symbol naszej planety i Księżyca. Dodam od siebie, że nasz satelita okrąża nas w odległości około 380 tysięcy kilometrów. Na kamieniu dzieli je może 30 centymetrów. Kilka kilometrów dalej, blisko Chatki Górzysty, leży kamień wyznaczający odległość Neptuna, a kamień z Plutonem, ostatnią planetą Układu, znaleźć można jeszcze dalej, kawał drogi za Chatką.


Warto tutaj zaznaczyć, że w ten poglądowy sposób pokazano najbliższych naszych sąsiadów. Najbliższych, zaznaczam. Rozmiary Kosmosu są właściwie niewyobrażalne dla nas.

Kiedy wychodziliśmy na szlak, deszcz ledwie prószył, niezdecydowany, więc i ja nie zdecydowałem się założyć peleryny. Z nią zawsze mam problem, ponieważ kiedy w końcu uznam, że pora wyciągnąć ją z plecaka, wiatrówkę mam już mokrą, a przykryta peleryną mokrą zostaje do końca. Tak było i dzisiaj.

Kiedy zbliżaliśmy się do Hali Izerskiej, deszcz padał już obficie, co widać i na zdjęciach rzeki. Na dobre ustał dopiero na godzinę przed naszym powrotem do Jakuszyc. Jeszcze pół godziny zwlekałem ze zdjęciem peleryny, nieufny, pamiętając zabawę deszczu ze mną sprzed kilku godzin, kiedy to ponownie zaczynał padać widząc mnie w samej wiatrówce.


Chwilę wyjścia z lasu i zobaczenia Izery będę pamiętał. Nie wiem, jak w innych miejscach swojego biegu, ale tam, na Hali Izerskiej, ta rzeka jest po prostu piękna. Kamienista, jak przystało górskiej rzece, czysta, nieustannie meandrująca. Ta sama przecież, ale często zmieniająca swój wygląd. Jest w niej magnetyczny urok przyciągający wzrok. Urok wspomagany otoczeniem przypominającym daleką północ, szczególnie widocznym dzisiaj, w chmurny, zamglony, deszczowy dzień jesieni. Niewątpliwie i w słońcu Izera wygląda ładnie, ale dzisiaj uznałem, że listopadowa aura nie zaszkodziła jej urodzie, a nawet dodała nostalgiczną nutę do jej cech.

Wcześniej, oglądając mapę, ułożyłem plan przejścia brzegiem rzeki aż w pobliże schroniska, ale z powodu deszczu zrezygnowałem. Trawy są tam wysokie, oczywiście były zmoczone, a w takich warunkach każde obuwie, poza kaloszami, przemoknie dość szybko.

Rude trawy, mnogość mchów, samotne świerki otulone zielonymi gałęziami aż do ziemi, w kilku miejscach spore kępy kosodrzewiny (niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę), po raz pierwszy w życiu widziane brzozy karłowate, mieszkanki dalekiej Północy żyjące tutaj chyba przez pomyłkę, rozległość polany, surrealistycznie wyglądająca na tym pustkowiu wstążka asfaltu kończąca się przy strumieniu, fundamenty domów ludzi, którzy kiedyś tutaj żyli, na zboczach gór wokół niemal czarne świerkowe bory, a w szarym powietrzu nostalgia.

Oto mój obraz Hali Izerskiej, północnej krainy w południowej części Polski.






W Chatce Górzystów nie byliśmy jedynymi gośćmi, chociaż tłoku nie było. Oczywiście zamówiliśmy naleśniki z jagodami. Teraz wiem, że ich sława jest zasłużona, mimo słusznej uwagi Janka o nieco zbyt słodkim serze.

Wracaliśmy drogą wiodącą wokół Jagnięcego Jaru. Te formacje geologiczne zawsze są ładne, jar Jagnięcego Potoku szczególnie. Jest głęboki, zarośnięty, kamienisty i ma bardzo strome zbocza. Prawdziwie górski jar, a utworzył go nieduży strumień płynący dnem. Zadziwia dysproporcja rozmiarów jaru i strumyka, każąc domyślać się ogromu czasu potrzebnego do wypłukania rowu głębokości może dwudziestu metrów. Jest przynajmniej jedno miejsce, gdzie bezpiecznie można zejść na dno, a warto dla poczucia pierwotności, autentycznej dzikości jaru i strumienia.



Wybierając się w góry, liczyłem na znalezienie chociaż kilku grzybów, i w tym się nie zawiodłem, jednak często okazywało się, że okazałe grzyby wcześniej znajdowały robaki. Na całej długości dzisiejszej naszej trasy widywaliśmy pocięte i wyrzucone prawdziwki, nierzadko naprawdę duże. Znalazłem chyba największego w moim życiu, odkładałem chwilę jego wycięcia, fotografowałem, oceniałem średnicę, a na koniec, po wahaniach, z autentycznym bólem w okolicy serca, wyrzuciłem. Po jednego, na szczęście zdrowego, wspinałem się po stromym zboczu jaru, wbijając kanty butów w luźny żwir. Wróciłem cały ze zdobyczą, by w chwilę później popełnić karygodny błąd, stając na oślizłym i pochyłym kamieniu. Karę odebrałem natychmiast, ale na szczęście przed bólem tylnej części ciała uchronił mnie plecak.

Przywiozłem tylko kilka, ale sporych grzybów; pokrojone w plastry i nawleczone na nitki, suszą się w pokoju. Będą do bigosu.

Długo czekałem na ten urlop, pieszcząc w myślach obraz słonecznych i kolorowych dni złotej jesieni. Aura zaplanowała inaczej. Trudno, jej prawo, mnie pozostaje poddanie się i odnajdywanie uroków Natury w te chmurne dni.












 

piątek, 18 września 2020

Wywiad ze mną

 

180920

Wioleta Sadowska, autorka recenzji mojej ostatniej książki i właścicielka bloga „Subiektywnie o książkach”, przeprowadziła ze mną wywiad, którego niżej zamieszczam za jej zgodą. Dobrze, że pytania otrzymałem pocztą i nie musiałem odpowiadać na nie a vista. Miałem czas na jako takie wygładzenie myśli i słów.

Wioleto, dziękuję.

* * * 

Tym, co nadaje życiu wartość i sens, co zmienia oceny i daje siły, jest dla mnie piękno”. Krzysztof Gdula o swojej książce pt. „Miłość, muzyka i góry”

Wioleta Sadowska: Często wędrujesz po Górach Kaczawskich?

Krzysztof Gdula: Przynajmniej dwa tygodnie w roku spędzam w górach. Po tych moich ulubionych wędrowałem w sumie 160 dni. Oczywiście w ciągu kilku lat.

Wioleta Sadowska: Nie pytam o to bez powodu, gdyż pomysł na napisanie „Miłości, muzyki i gór” przyszedł Ci do głowy w czasie przerwy w wędrówce po tychże górach. Pamiętasz ten moment?

Krzysztof Gdula: Pamiętam. Tamtego dnia pojawił się ogólny zarys, który później, w czasie pisania, rozbudowywałem i uzupełniałem. Pisząc, uznałem, że miejsca zmieniać nie będę: Jasie spotkali się tam, gdzie siedziałem i pierwszy raz o nich pomyślałem. Widoki z tego miejsca można zobaczyć na zdjęciach opublikowanych na moim blogu oraz na fanpage.

Wioleta Sadowska: Początkowo historia Jasia i Jasi była opowiadaniem. Dlaczego więc ostatecznie przybrała formę mini powieści?

Krzysztof Gdula: Może szkoda mi było rozstać się z bohaterami? Zapewne tak, ponieważ zarówno wtedy, jak i w późniejszych latach, nawet nie myślałem o wydaniu. Pisałem wyłącznie dla siebie.

Wioleta Sadowska: Pisanie dla siebie jak widać przyniosło efekty. Ale jestem ciekawa, co ostatecznie skłoniło cię do wysłania tekstu do wydawców?

Krzysztof Gdula: Tekst w wersji elektronicznej wysłałem do przyjaciółki, Ani Kruczkowskiej, chcąc poznać jej ocenę. Opowieść tak się jej spodobała, że nakłoniła mnie do starań o wydanie. Uwierzyłem w możliwość i rozesłałem propozycje do około dziesięciu wydawnictw. Każdy, kto starał się o wydanie, wie, jak odpowiadają: milczeniem. Może powinienem wyszukiwać inne firmy wydawnicze, ale chyba zabrakło mi cierpliwości i w efekcie zdecydowałem się wydać na mój koszt. Dobrze zrobiłem, ponieważ przeczytałem wiele miłych słów od czytelniczek, a więc od tej połowy ludzkości, na której ocenach mi zależało. Może ktoś zapyta, dlaczego. Uprzedzając pytanie odpowiem: w krainie miłości mężczyźni są raczej gośćmi, Wy tam mieszkacie. To Wasza dziedzina, więc i Wasza ocena jest cenniejsza, bo prawdziwsza.

Wioleta Sadowska: Historia miłości bohaterów nabiera cech nieprawdopodobieństwa, gdyż przeniesienie w czasie to element fantastyczny świata przedstawionego. Jaki cel przyświecał ci w budowaniu rzeczywistości, w której realizm ściera się z fantazją?

Krzysztof Gdula: Nie wiem. Wiem jednak, że nie było moim zamiarem napisanie historii, która mogłaby się wydarzyć. Pisałem fantazję. Bawiłem się słowami i pomysłami.

Napisałem kilka dużych powieści, wszystkie o miłości i wszystkie zawierają elementy fantastyczne. Chyba po prostu podoba mi się takie zatarcie granic między realnością a fantazją. Pisząc dla siebie, czyli do szuflady, nie byłem skrępowany wymogami wydawnictwa.

Wioleta Sadowska: Mówisz o miłości. Czy „Miłość, muzyka i góry” to książka o zabarwieniu romansowym?

Krzysztof Gdula: Przyznam się do swojej niewielkiej wiedzy o sposobach dzielenia książek. Nie wiem, jakie kryteria ma spełniać romans. Ten gatunek kojarzy mi się raczej z opowieściami, w którym on jest bogaty, ona biedna i piękna, a między nimi piętrzą się przeszkody. Jeśli taki jest romans, to raczej swojej opowieści tak bym nie nazwał. Definicja romansu podawana przez Wikipedię też nie bardzo pasuje, jednak pewne zabarwienie „romansowe” jest.

Wioleta Sadowska: W książce zestawiasz ze sobą świat rzeczywisty z duchowym, pytając retorycznie o to, który jest ważniejszy. Jak jest w twoim przypadku? Co przoduje, proza rzeczywistości czy świat ducha?

Krzysztof Gdula: Czasowo niewątpliwie przeważa proza, ów brud wrastający w dłonie, jednak tym, co nadaje życiu wartość i sens, co zmienia oceny i daje siły, jest dla mnie piękno. Jego przeżywanie mierzone stoperem może trwać niewiele, ale w wymiarze duchowym jest na pierwszym miejscu. Przoduje. Tak naprawdę wszystkie trzy moje książki są o pięknie, a cała różnica sprowadza się do odmienności rodzajów. W tej książce jest to piękno uczuć, w książkach „górskich” piękno natury.

Wioleta Sadowska: Są uczucia, ale jak podpowiada sam tytuł, w książce dużą rolę odgrywa także muzyka. Czy w twoim życiu to również ważny element codzienności?

Krzysztof Gdula: Tak, ważny, przy czym w odmienny sposób od obecnie często spotykanego – ze słuchawkami w uszach przy codziennych zajęciach. Muzyki słucham wieczorami, gdy jest cisza i mam spokojną głowę. Jest dla mnie, obok pisania, czytania i górskich włóczęg, odtrutką na uciążliwości codzienności, a słucham wyłącznie muzyki klasycznej. Na wiele „utworów” współczesnych reaguję tak, jak Jasia na dyskotece. Jej reakcja tak naprawdę była moją.

Wioleta Sadowska: Dlaczego główni bohaterowie noszą imiona Jaś i Jasia?

Krzysztof Gdula: Z jednym wyjątkiem wszyscy moi pierwszoplanowi męscy bohaterowie noszą takie imię. Nie do końca wiem, dlaczego. Moja żona twierdzi, że za bardzo się z nimi utożsamiam, mając na myśli moje drugie imię, właśnie Jan. Niewykluczone, że ma rację. Dlaczego Janina? Może to skutek wspomnienia pewnej dziewczyny sprzed niemal półwiecza, a może spodobała mi się para Jasiów? Właśnie tak o nich myślę: moje Jasie.

Wioleta Sadowska: Czy rozważasz napisanie kontynuacji losów bohaterów?

Krzysztof Gdula: Nie rozważam. Nie mam już ochoty pisać powieści do szuflady, a na wydanie szanse mam nader małe, chyba że na swój koszt. Tak wydałem „Miłość”, ale nie powtórzę tej decyzji. Zmienię zdanie i pomyślę o dalszych losach Jasiów, jeśli będę miał propozycję ich wydania.

Wioleta Sadowska: Do kogo według ciebie adresowana jest książka „Miłość, muzyka i góry”?

Krzysztof Gdula: Głównym powodem starań o wydanie tej książki, była moja chęć poznania ocen czytelniczek. Tak, właśnie pań, ponieważ zdawałem sobie sprawę z cech moich tekstów. Piszę w liczbie mnogiej, ponieważ to samo należy powiedzieć o wspomnianych niewydanych moich powieściach. Spodziewałem się (ale bez pewności), że bardziej spodobają się paniom, niż panom, i taki trend obserwuję.

Wioleta Sadowska: Jakie są zatem twoje dalsze plany pisarskie?

Krzysztof Gdula: Jeśli to pytanie rozumieć jako plany wydawnicze, to nie mam żadnych. Teksty najbardziej cenione przeze mnie, przygotowane do prezentacji wydawnictwom, nie znalazły wydawcy, chociaż otrzymałem parę pochwał. Nie dziwię się. Będąc dobrymi, łatwe ani modne nie są.

Dla zainteresowanych podaję adres mojego bloga, gdzie opublikowałem ich część:

https://krzysztofgdula.blogspot.com/2020/07/wrazenia-i-chwile.html

Moje powieści, pisane wiele lat temu, wymagają przejrzenia i wprowadzenia zmian, ale, jak wspomniałem, nie mam ochoty poświęcać tym tekstom czasu po to tylko, żeby wymościć im gniazdko w pamięci twardego dysku. Inaczej mówiąc: szanse na wydanie oceniam jako znikomo małe.

Natomiast z pisania drobnych form, zawierających to wszystko, co mnie ciekawi czy porusza, nie zrezygnuję nigdy, ponieważ ono, obok czytania, muzyki i włóczęg, warunkuje moje istnienie. Piszę i będę pisał, o czym najlepiej świadczy zawartość mojego bloga.

Wioleta Sadowska: I musisz przy tym pozostać. Oprócz bloga, prowadzisz również konto na Instagramie. Czy zdjęcia jakie umieszczasz na tym profilu dokumentują twoją miłość do górskich wędrówek?

Krzysztof Gdula: Konto na Instagramie założyłem pod namową synowej, przekonany przez nią do możliwości promocji moich „górskich” książek. Dlatego publikuję na nim wyłącznie zdjęcia zrobione w górach. Jedna z recenzentek tych książek zwróciła uwagę na brak mnie samego na zdjęciach w nich zamieszczonych. To prawda. W góry jadę napatrzeć się na górskie krajobrazy, tak uwodzicielskie dla mnie, zwłaszcza w kaczawskiej wersji. Wydaje mi się, że te zdjęcia pełnią u mnie podobną rolę, jak u innych ludzi: pomagają pamiętać, wspominać, budzić tęsknotę i chęć, a właściwie potrzebę, powrotu.

Wioleta Sadowska: Co na koniec chciałbyś przekazać czytelnikom Subiektywnie o książkach?

Krzysztof Gdula: Żeby byli dumni z siebie jako czytelnicy książek.

W tym głupiejącym świecie, w którym zanika sztuka czytania i rozumienia czytanego, są nie tylko kontynuatorami tysiącletnich tradycji, ale i nadzieją na przyszłość dla ludzkości, która zamienia litery na ikonki.

 

 

W swojej recenzji książki Krzysztofa Gduli napisałam, że nigdy nie byłam w Górach Kaczawskich, ale od teraz chyba już zawsze będą mi się kojarzyły z niecodzienną historią miłości Jasia i Jasi. Poznajcie koniecznie "Miłość, muzykę i góry"!


czwartek, 10 września 2020

Odmienne oblicze mojej pracy

090920

Dla odmiany lekki post, rzec można: fotograficzny.

Żeby zrobić wyraźne zdjęcia ze szczytu młyna, trzeba jechać z otwartymi drzwiami, czego klienci oczywiście nie mogą.

Tego dnia górą wiał dość silny wiatr, gondola się kołysała, a ja, siedząc o pół kroku od przepaści, wyraźnie czułem drętwienie w nogach – oznakę lęku wysokości. Żeby poczuć się pewniej, zdjąłem sandał i zaparłem się stopą o siedzenie naprzeciwko. Było lepiej przez chwilę, ponieważ silny wiatr wiejący przez otwartą na przestrzał gondolę zaczął przesuwać sandał w stronę drzwi. Musiałem przydusić go stopą, tracąc w ten sposób dodatkowe podparcie, ale zdjęcie zrobiłem. Widać na nim budowle znane chyba wszystkim Polakom. Byłem wtedy na wysokości 45 metrów.



Kilka dni później miałem okazję zobaczyć nasz młyn w odmiennej perspektywie. Czyż nie wydaje się malutką zabawką?


Zdjęcia zrobiłem będąc dwieście metrów nad ziemią, wzniesiony tak wysoko balonem widokowym.

Oto widok Krakowa z lotu ptaka, czyli z balonu.







Trwają przygotowania do górskiej wędrówki. Najdłuższa ich część i jednocześnie najłatwiejsza do wykonania, to podsycanie tęsknoty układaniem planów.

poniedziałek, 7 września 2020

Recenzja książki o Jasiach

 

070920

Kiedy Wioletę Sadowską, twórczynię bloga „Subiektywnie o książkach”, zapytałem o możliwość napisania recenzji mojej książki, usłyszałem odpowiedź uznaną za oczywistą: napiszę, jeśli powieść mi się spodoba. Poczułem coś podobnego do tremy czy obawy. Nie dość, że historię miłości napisaną przez mężczyznę miała oceniać kobieta, to na dokładkę znawczyni literatury, właścicielka wielkiej prywatnej biblioteki, kobieta niemal zawodowo zajmująca się literaturą. Książkę wysłałem i z niepewnością oczekiwałem odpowiedzi.

W końcu z ulgą i radością przeczytałem list ze zgodą na recenzowanie historii moich Jasiów.

Za zgodą autorki, niżej zamieszam jej wrażenia z lektury.

* * *

"Co ważniejsze? Brud wrastający mi w dłonie czy pasja pisania? Świat zewnętrzny czy wewnętrzny? Proza rzeczywistości czy świat ducha?".

Niecodzienna to była podróż po tytułowych górach, której towarzyszyła miłość i muzyka. Niecodzienna, bo jawiąca się niczym sen, w którym rzeczywistość miesza się z tym, co nierealne, ze swoistą fantazją. Historia ukazana w tej mini powieści, zarówno mogłaby i nie mogłaby się wydarzyć. Zależy, w jakim kierunku podążą nasze myśli i wyobrażenia.

Krzysztof Gdula to syn, mąż, ojciec i dziadek. Z wykształcenia i z racji wykonywanej pracy technik, z zamiłowania humanistyczna dusza. Wielbiciel górskich wędrówek, słucha muzyki barokowej, czyta i pisze. Fascynuje go piękno oraz osiągnięcia ludzkiego umysłu. Autor książek "Sudeckie wędrówki" (2016 r.) oraz "Góry Kaczawskie słowem malowane" (2019 r.). Prowadzi swojego bloga.

Jaś uwielbia górskie wędrówki. Podczas jednej z nich, gdy wędruje po Górach Kaczawskich, napotyka młodą dziewczynę o imieniu Jasia. Jak się okazuje, kobieta pojawiła się na jego drodze prosto z 1947 r. Jaś po pierwszym zaskoczeniu, postanawia ulec prośbie dziewczyny i zabiera ją do swojego domu. To początek wielkiej miłości, która zdarza się w życiu tylko raz.

"Miłość, muzyka i góry" to książka, którą wprawiony czytelnik przeczyta w ciągu kilku godzin, ale jednocześnie echo jej istnienia, pozostanie w nim na długo. Tak było bowiem w moim przypadku, gdyż Krzysztof Gdula zręcznie połączył ze sobą świat rzeczywisty i ten z naszych wyobrażeń, dzięki czemu oba zaczęły się przenikać, tworząc obraz pełen sprzeczności, ale i synergii. Otóż element fantastyczny pod postacią wędrówki w czasie wydaje się nierealny, ale to, co w życiu bohaterów dzieje się dalej, każe zweryfikować to przeświadczenie. Do czasu aż autor poprzez wprowadzenie do fabuły nieoczekiwanego zwrotu akcji, wymusza zastanowienie się nad prawdziwym przebiegiem ukazanych wydarzeń.

Nie bez przyczyny, pierwszym członem tytułu tej książki jest miłość. To bowiem właśnie to uczucie staje się wiodącym wątkiem ukazanej historii. Jasię i Jasia zaczyna łączyć prawdziwa miłość obfitująca w zachwyt, wielbienie, płomienność i zmysłowość, także tę fizyczną. Rozwój tych wszystkich stanów emocjonalnych czytelnik obserwuje z perspektywy Jasia, będącym pierwszoosobowym narratorem, który często podkreśla niepowtarzalność dziewczyny. Czy to więc romans? Nie pokusiłabym się o takie zaszeregowanie gatunkowe tej książki, gdyż byłoby to zbyt protekcjonalne. Dla mnie to miłosna historia, okraszona muzyczną nutą, mocno intymna i nieco liryczna, a przy tym urokliwa na swój własny, niepowtarzalny sposób.

Krzysztof Gdula poprzez opowieść o nierealnej miłości Jasia i Jasi, porusza także pośrednio kwestię tego, co jest tak naprawdę ważne w naszym życiu. Autor zestawia ze sobą świat rzeczywisty z duchowym, pytając retorycznie o to, który jest ważniejszy. Czy ten prawdziwy, czy może ten, który daje nam szczęście? Ta ukryta refleksja dość mocno działa na podświadomość, pozostawiając tym samym otwartym pytanie o znaczenie prawdy i jej definicję.


Nie byłam nigdy w Górach Kaczawskich, ale od teraz chyba już zawsze będą mi się kojarzyły z niecodzienną historią miłości Jasia i Jasi. Fantazja, jaką puścił w świat Krzysztof Gdula okazała się bowiem dla mnie niezwykle ciekawą, liryczną wędrówką, w której świat rzeczywisty i nierealny splotły się ze sobą w miłosnym uścisku.

* * *

Wioleto, dziękuję za tak miłe słowa.

Nie tylko Ty kojarzysz Góry Kaczawskie z Jasiami, często i mnie się to zdarza. Idę jakąś kaczawską drogą i nagle pojawia się w głowie pytanie: czy oni szli tędy? Ilekroć jestem w miejscu ich spotkania, tak dokładnie wyznaczonym, i patrzę na ładny, rozległy krajobraz, myślę: oni to widzieli.

Niedawno przyszedł mi do głowy pomysł na przejście trasy między dwoma miejscami wymienianymi w książce, między Lastkiem a Ogierem. Pójdę ich śladami – myślę.

Całkiem tak, jakby oboje byli moimi dobrymi znajomymi. Rzeczywistymi postaciami.

Świadomie i celowo w swoich tekstach zacieram granice między fantazją a rzeczywistością, ale i w swoim życiu nie bronię się przed takim przenikaniem. Dodaje ono smaku i uroku moim chwilom. Unosi ponad prozę dnia powszedniego i czyni mniej zależnym od bolączek codzienności.

Już za dwa tygodnie zobaczę swoje, i Jasiów, Góry Kaczawskie. Zobaczę je w najpiękniejszej porze roku, gdy przed zimowym snem rozpłomienią się pięknymi barwami.


wtorek, 1 września 2020

O naszym przeżywaniu

260820

Szykując się do długiego wyjazdu delegacyjnego wiedziałem, że czasu na czytanie niewiele mieć będę, wziąłem więc tylko tych kilka książek, które zawsze mam ze sobą, moich towarzyszy najwierniejszych. Później, odczuwając potrzebę czytania, uznałem, że drobne wolne chwile, niechby w czasie posiłków, mógłbym wykorzystać na nową lekturę. Z listy zakupów, na której zapisuję książki chwalone przez zaufane osoby, wybrałem „Rzekę świadomości” Olivera Sacks’a, amerykańskiego neurologa i popularyzatora nauki.

Odebrałem książkę ładnie wydaną i przeczytałem ją nadspodziewanie szybko.

Autor mógłby nieco ograniczyć ilość fachowych wyrażeń, wszak nie adresował książki do neurologów, a tłumacz lepiej się przyłożyć do swojej pracy. W tekście sporo jest niezgrabności językowych, widocznych i w cytowanych fragmentach.

Tyle minusów, poza nimi mam same plusy. Ta książka zdecydowanie warta jest przeczytania, zwłaszcza przez ludzi interesujących się mechanizmami działania naszego umysłu.

Mnie najbardziej zainteresowały fragmenty dotyczące naszego postrzegania i przeżywania świata.

Oddaję głos autorowi.

Jeszcze tylko zaznaczę, że cytaty ograniczyłem znakami >> <<.


>>Wydaje się, że nie ma w umyśle ani w mózgu mechanizmów gwarantujących prawdę czy chociażby prawdopodobieństwo naszych wspomnień. Nie mamy bezpośredniego dostępu do prawdy historycznej, a to, co odczuwamy jako prawdę i za takie uznajemy, w równym stopniu opiera się (…) zarówno na naszej wyobraźni, jak i na zmysłach. Nie ma drogi, po której wydarzenia świata mogłyby zostać bezpośrednio przeniesione do naszego mózgu czy w nim utrwalone. Wydarzenia te są bowiem doświadczane i konstruowane w sposób nader subiektywny, który po pierwsze, jest bardzo odmienny u każdej jednostki, a po drugie, różnie jest interpretowany i ponownie doświadczany, gdy wydarzenia te są przypominane. Jedyną naszą prawdą stanowi prawda narracyjna, prawda opowieści, które przedstawiamy sobie i innym, a które nieustannie rekategoryzujemy i ulepszamy. Taka subiektywność jest wbudowana w najgłębszą naturę pamięci, co wynika z powiązania jej z mechanizmami mózgu, którym dysponujemy. W tej sytuacji prawdziwie zdumienia fakt, że nasze aberracje w wielkiej skali zdarzają się stosunkowo rzadko, a nasze wspomnienia są w większej części rzetelne i wiarygodne.

Każdy z nas, ludzi, obdarzony jest pamięcią, do której właściwości należą zawodność, kruchość, niedoskonałość, ale też ogromna giętkość i twórczość. Niepewność co do źródeł, czy też obojętność na nie, może paradoksalnie okazać się siłą: gdybyśmy potrafili zidentyfikować źródła wszystkich naszych wiadomości, bylibyśmy przygnieceni informacjami często zupełnie nieistotnymi. Obojętność na źródła pozwala nam przyjmować to, co czytamy, co słyszymy, o czym nas powiadamiają, a jednocześnie myśleć, pisać i malować tak intensywnie, jak gdyby pochodziło to z bezpośredniego doświadczenia. Dzięki temu możemy widzieć oczyma innych ludzi i słyszeć ich uszami, możemy wchodzić do ich umysłów, przyswajać sobie sztukę, naukę, religię i w ogóle kulturę, wkraczać do niej i wnosić własne elementy do wspólnego bogactwa kultury. Pamięć wyrasta nie tylko z doświadczenia, lecz także ze współdziałania z innymi umysłami.<<

Oliver Sacks, Rzeka świadomości, str. 126-128.


>> Piszę, siedząc w kawiarni przy Seventh Avenue, i przyglądam się przepływającemu światu. Moja uwaga i skupione spojrzenie śmigają z jednego obiektu na inny: przechodzi dziewczyna w czerwonej sukience, mężczyzna prowadzi jakiegoś zabawnego psa, słońce (nareszcie!) wychodzi zza chmur. Ale są też inne wrażenia, które jakby przychodziły same z siebie: hałas silnika samochodowego, zapach dymu papierosa, który przypala siedzący obok mężczyzna. To wszystko są zdarzenia, które na moment skupiają moją uwagę, gdy się dzieją. Dlaczego wychwytuję właśnie te z tysięcy innych możliwych percepcji? Odpowiadają za to refleksje, wspomnienia, asocjacje. Świadomość jest bowiem zawsze aktywna i selektywna – obciążona uczuciami i znaczeniami ściśle osobistymi, kierująca się naszymi wyborami i splatająca nasze percepcje. To zatem, co widzę, nie jest po prostu Seventh Avenue – to jest moja Seventh Avenue, naznaczona moją osobowością i tożsamością. <<

Str. 189-190.

* * *

Oto fragment opisu deszczowego dnia marcowego spędzonego na kaczawskich ścieżkach.


>>Przed wieloma laty, w słoneczny dzień wrześniowy, widziałem całą kępę muchomorów pod brzozami; innym razem, w pamiętanych okolicznościach i miejscu, zauroczyła mnie samotnie rosnąca brzoza, w końcu listopada strojąca się ostatnimi żółtymi liśćmi. Tkwi we mnie pamięć brzóz w delikatnej mgiełce jasnej zieleni rozwijających się liści; w pełnym rozkwicie ich urody, gdy nagrzane słońcem drżą w delikatnym wietrze przedwieczornym; strojnych zielenią i żółcią w tej nostalgicznej porze pustoszejących pól i jasnych dymów snujących się nad kartofliskami. Wiele jest we mnie obrazów tych pięknych drzew, wiele miłych chwil z nimi i dzięki nim.

Stojąc na zboczu Owczarka, w zimnym deszczu, ze zmarzniętymi dłońmi, i patrząc na nagie, jeszcze zimowe i trochę smutne brzozy, moja pamięć wzbogaca ten obraz całym szeregiem obrazów i wrażeń wcześniejszych. Gdy będę patrzył na inne brzozy w gorący letni dzień, albo w mroźny ranek zimowy, w moim ich widzeniu tkwić będzie wspomnienie dzisiejszych chwil z brzozami oglądanymi w brzydki dzień marcowy, a dzięki temu zespoleniu wrażeń widzieć je będę nie tyle ładniejszymi, co bliższymi mi. Widzieć je będę inaczej, niż widzą inni ludzie, ponieważ oni nie patrzyli na nie z Owczarka, nie widzieli pod Źróbkiem brzóz łamanych ciężarem grubej szadzi, nie mogą wspomnieć tamtej kępy muchomorów widzianych przed ćwierćwieczem. Każda z tych chwil niesie wspomnienie wrażeń których była świadkiem, jest jak kolejne pociągnięcie pędzla artysty tworzącego dzieło niepowtarzalne.<<

Cytat z mojej książki „Góry Kaczawskie słowem malowane”.


Cieszy mnie widoczne tutaj podobieństwo do przekazu „Rzeki świadomości”.

Wędrując po Sudetach, na widok dzikich grusz rosnących na polach, czasami szepczę słowa dobrze znane:

A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.”

W moim upodobaniu widoku tych grusz tkwi cząstka wspomnień i tęsknot przekazanych mi przez człowieka żyjącego dwa wieki temu.


Oliver Sacks uświadomił mi rozległość przenikania myśli, słów, wrażeń, idei.

Myśli, które przyszły mi do głowy w tamten zimny dzień marca, owszem, są moje, ale nie wyłącznie. Są w nich, niechby tylko jako zaczyn, myśli innych ludzi, przekazane mi głównie słowem pisanym, a te moje nie pojawiły się nagle ukształtowane, będąc rezultatem wzajemnego przenikania wspomnień i wiedzy, za każdym razem przetwarzanych i wzbogacanych.

Nie mamy w głowach kamer rejestrujących otoczenie, ani twardych dysków, na których obrazy rzeczywistości są rejestrowane. Tworzymy własny, przetworzony obraz świata, ludzi i naszych z nimi relacji. My nie zapisujemy, a przeżywamy, ale substancją przeżyć są także myśli przekazane nam przez innych ludzi, które kiełkując w nas, mogą w przyszłości wydać plony głębsze, rozleglejsze.

Właśnie tutaj tkwi istota naszego odbioru sztuki – i szerzej: kultury – oraz ich wpływu na nas.


>>Nie są to więc po prostu momenty percepcyjne, proste fizjologiczne momenty – chociaż te leżą u postaw wszystkiego innego – lecz momenty niezbywalnie osobiste, to one kontynuują nasze istnienie.<<

Rzeka świadomości, str. 190.


Niżej zamieszczam artykuł Sacks’a opublikowany w New York Timesie na wieść o nieuleczalnej chorobie. Zostawiam bez komentarza, sam tekst jest wystarczająco wymowny.


>>Jeszcze miesiąc temu czułem, że jestem w dobrej kondycji. Ale wyczerpałem swój limit szczęścia - kilka tygodni temu dowiedziałem się, że mam liczne przerzuty do wątroby. Nie, jeszcze nie skończyłem z życiem. Wprost przeciwnie, czuję, że intensywnie żyję. W czasie, który mi pozostaje, chcę pogłębić moje przyjaźnie, pożegnać się z tymi, których kocham, jeszcze więcej pisać i podróżować, jeśli będę miał siły. Nie mam teraz czasu na nic zbędnego. Muszę się skupić na sobie, mojej pracy i moich znajomych. Już nie będę oglądać nocnych wiadomości TV. Nie będę zwracał uwagi na politykę czy spory w sprawie globalnego ocieplenia. To nie obojętność, wciąż głęboko przejmuję się Bliskim Wschodem, globalnym ociepleniem czy rosnącymi nierównościami, ale to już nie moja sprawa; to należy do przyszłości. Nie mogę udawać, że nie czuję strachu. Jednak moim dominującym uczuciem jest wdzięczność. Kochałem i byłem kochany. Wiele otrzymałem i sam wiele dałem w zamian. Przede wszystkim byłem czującą istotą, myślącym zwierzęciem na tej pięknej planecie i to samo w sobie było ogromnym przywilejem i przygodą. <<