020324
Na
wspólny wyjazd zdecydowaliśmy się w ostatniej chwili i mnie
przypadło ustalenie trasy. Ponieważ nie miałem czasu na długie
oglądanie map, zabrałem Janka do pierwszych miejsc, o których
pomyślałem: kamieniołom na Wilkołaku, skały w Jerzmanicach i
pewne urocze wzgórza w pobliżu, do których ostatecznie nie
dotarliśmy.
Wilkołak
Parę
lat temu zajrzałem w głąb czarnej studni kamieniołomu wchodząc
na szczyt góry, a właściwie na połowę szczytu, bo druga część
już jakiś czas temu była rozkruszona i wywieziona. Teren był
ogrodzony, szukałem dziury w płocie, później drapałem się pod
górę, bo stromo tam jak cho… bardzo stromo, ale warto było, bo
wtedy zrozumiałem, dlaczego piekło jest tak nielubiane, nawet przez
ich stałych mieszkańców. Widziałem szaroczarne ściany
pokruszonych kamieni, dno wyrobiska zasypane gruzem, a na krawędzi
przepaści pochylone drzewa rozpaczliwie trzymające się odrobiny
ziemi przykrywającej bazalt góry. Ponuro tam, trochę straszno ale
i… ładnie, chociaż niełatwo dostrzec urodę tego miejsca.
Niedawno zamknięto kamieniołom, wytyczono ścieżki i miejsce
udostępniono zwiedzającym, mogliśmy więc zejść na dno tej
czarnej dziury. Były już kamieniołom przygotowany jest w sposób
typowy dla obecnych czasów i zwyczajów: setki metrów masywnych
barier ustawione nawet tam, gdzie nie ma urwisk, tablice ostrzegające
przed niebezpieczeństwem rozwieszone co kilkanaście kroków,
równiutko wysypane drobnym tłuczniem szerokie ścieżki, drewniane
ławy i stoły. Ruchomym schodów na podejściu jeszcze nie ma.

Na
jednej z licznych tablic informacyjnych przeczytałem, że Wilkołak
nie jest pozostałością po wulkanie, a jego wnętrzem. Góra była
wyżej, a rozprawił się z nią nie człowiek, a czas. Miliony lat
działania wody, słońca, wiatrów, mrozów rozsiały górę tworząc
okoliczne pola uprawne. Tak więc obecne wielkie wyrobisko
kamieniołomu było kiedyś gardzielą wulkanu, a ocalało ponieważ
zalane było magmą zamienioną w jedną z najbardziej odpornych na
zniszczenie skał, w bazalt. Ciężka to skała, a tak twarda i
spoista, że nawet młotem trudno ją rozbić; wiem, bo kiedyś
próbowałem.
Ten
obcy i nieprzyjazny nam świat wnętrza Ziemi nie jest całkiem
martwy. Wszędzie tam, gdzie przez kilka lat koparki nie skrobały
ścian, wysiały się brzozy, widziałem też wierzby iwy i świerki,
a gdzie zebrało się odrobinę ziemi, wyrastają trawy a nawet
kwiaty; licznie kwitnie podbiał i zapewne nie tylko.
Bardzo
trudno zrobić tam dobre zdjęcia. Matowe i ciemne skały po prostu
pochłaniają światło. Dopiero w krótką chwilę przejaśnienia
zobaczyłem, jak wiele słońce zmienia.
Na
terenie kamieniołomu jest wystawa kamieni: obok dużego złomu
skalnego stoi tabliczka w opisem i miejscem wydobycia, a jest ich ze
dwadzieścia albo więcej. Tutaj pokazuję tylko parę rodzajów –
dla zachęty, bo skały są po prostu ładne.
Jeśli
macie kłopoty z ich rozpoznawaniem, mogę pomóc; przeczytajcie
to wyjaśnienie przepisane z jednej z tablic, a będziecie wiedzieli:
„(…)
skała z Wilkołaka przez petrografów nazywana jest bazanitem lub
foidytem. Natomiast na podstawie badań mikroskopowych określono ją
jako ankaratryt, co oznacza, że zbudowana jest z fenokryształów
oliwinów, a podrzędnie nefelinu i piroksenów, zatopionych w tle
zbudowanym ze schlorytyzowanego szkliwa oraz drobnokrystalicznych
piroksenów i nefelinu.”
No i
wszystkie tajniki skał stały się jasne i zrozumiałe, nieprawdaż?
Postaram
się powtórzyć: czarne ściany kamieniołomu są z bazanitu czyli
foidytu, ale jeśli komuś nie pasują te nazwy, może powiedzieć,
że z ankaratrytu zbudowanego z podrzędnie zatopionych nefelinów
piroksenowych…. Chyba się pogubiłem, ale nic to! Wrócę do tej
tablicy i zakuję na pamięć wszystkie schlorytyzowane szkliwa. A
może po prostu jeszcze raz uważnie i z przyjemnością obejrzę
skały?…
Wylewająca
się magma stygnie zamieniając się w bazalt, ale wtedy kurczy się,
co powoduje pękanie w charakterystyczne słupy. Linie pęknięć są
prostopadłe do powierzchni stygnięcia, czyli zazwyczaj pionowe, ale
zdarza się (bardzo rzadko), że stygnie z różnych stron i tak też
pęka, czyli promieniście, tworząc strukturę przypominającą
kwiat. Nazwaną ją bazaltową różą. Widziałem taką różę
kilka lat temu na Wilkołaku, była piękna, wyjątkowa, ale już jej
nie ma, została zniszczona na skutek działalności kamieniołomu.
Dzisiaj patrząc na pozostałość po szczycie góry zauważyłem
coś, co przypomina bazaltową różę. Na zdjęciu słabo ją widać,
dlatego dodałem strzałkę. My widzieliśmy wyraźniej tę NASZĄ
bazaltową różę.
Tak wyglądała ta, której już nie ma. Zdjęcie skopiowałem z tej strony.
Nasza róża:
Tutaj można przeczytać o bazaltowych różach.
Krucze
Skały
Parę
kilometrów od Wilkołaka jest wioska będąca kiedyś uzdrowiskiem –
Jerzmanice Zdrój. Obok nieczynnej stacji kolejowej (warto byłoby
uratować jej ładny budynek; widać go na zdjęciu z Jankiem) wznosi
się pionowa ściana piaskowa zakończona kilkoma dużymi i
malowniczymi wieżami. To Krucze Skały. Miejsca mi znane, ale
przecież wiadomo jest wszystkim wędrowcom i łazikom, że do
ładnych miejsc wracamy i robimy to chętnie.
Na
zdjęciach widać skałkowców wspinających się na szczyty ścian.
Za
wieżami czy basztami (mają swoje nazwy, ale ja nie mam zacięcia do
ich zapamiętywania), rośnie wiele grabów, wśród nich takie
okazy.
Strome zbocze nad nimi obsiadły liczne skały, można do nich
dojść, chociaż nie będzie to spacer jak tamtymi wysypanymi
dróżkami na Wilkołaku. Wzdłuż górnej krawędzi skalnej ściany
biegnie ścieżka, chwilami samym brzegiem przepaści. Najładniejsze
miejsca są na zwieńczeniach wspomnianych baszt; patrząc na nie z
dołu, trudno uwierzyć, że bezpiecznie można tam wejść i z góry
zobaczyć pionowe gładkie ściany.
Wiszący
tor
Janek
wyszperał gdzieś informację o nieznanej mi atrakcji Jerzmanic,
mianowicie o wiszących torach. Nie mogliśmy ich ominąć, zwłaszcza
że są kilkaset ledwie metrów od Kruczych Skał. Tor wisi jeden,
nie dwa czy więcej, jak sugeruje pisownia, ale wrażenie robi. Na
odcinku kilkudziesięciu metrów tor biegł kilka metrów od brzegu
Kaczawy i tyleż nad lustrem wody, a że było to na zakręcie, woda
podmywała skarpę i teraz bezpośrednio pod nim jest brzeg rzeki.
Faktycznie wisi, a nie spada, bo jest połączony śrubami z torami
nadal podpartymi. Warto zobaczyć szyny na tle wody i bezradnie
wiszące podkłady kolejowe, które przecież zawsze leżą na
kamieniach nasypu. Ileż ziemi i skał woda musiała zabrać, by te
tory zawisły w powietrzu!
Przy
okazji drobna uwaga o pisowni: oglądaliśmy wiszący tor, ale jeśli
przyjmie się, że te słowa są nazwą atrakcji, będzie mowa o
Wiszącym Torze. Może nawet o Wiszących Torach, bo liczba mnoga
lepiej tutaj brzmi i więcej obiecuje.
Tuż
obok jest stary, stalowy, nitowany – co świadczy o wieku obiektu –
most na Kaczawą. Ma pewnie ze sto lat, a nie znalazłem (specjalnie
szukałem!) na nim rdzy ani pęknięć. Zrobiony był ze stali, jaką
teraz rzadko się stosuje. Niestety, po przesunięciu koryta rzeki
woda podmywa murowany przyczółek mostu, widać jego spękania. Być
może wkrótce będą tutaj dwie atrakcje: do wiszącego toru dołączy
leżący most. A może tak: Wiszące Tory i Zatopione Mosty?
Góra
Szubieniczna
Chciałem
odwiedzić, a Jankowi pokazać, pewne ładne miejsce w pobliżu
wioski, ale było już zbyt późno, poszliśmy więc na bliższą
Górę Szubieniczną. Nazywanie górą tego niewielkiego
wzgórka jest oczywiście na wyrost, ale nie czepiam się, ponieważ
widoki ze szczytu są ładne. Nie pochwalę się zdjęciami, bo
wyszły tak sobie, czyli byle jak. Liczne odległe góry widziałem
dość dobrze na tle horyzontu, ale aparat ich nie dostrzegał. Janek
złapał mnie w obiektywie kiedy wchodziłem na szczyt wzniesienia.
Właśnie
tam widzieliśmy i słyszeliśmy skowronki! Od Janka dowiedziałem
się, że jeszcze nie mają zajętych rewirów i czekają na swoje partnerki,
dlatego nie śpiewają całych swoich pieśni – tak
charakterystycznych, pięknych i jednoznacznie kojarzących się z
wiosną i polami – a chyba tylko trenują przed zalotami. Niech
znajdą swoje panie i wspólnie wyprowadzą udane lęgi!
Obrazki
ze szlaku
Według
opisu ta betonowa tojka jest schronem strzałowym w kamieniołomie,
czyli miejscem, do którego chował się pracownik detonujący
materiały wybuchowe kruszące skały, a pierwotnie była schronem
dla wojskowego strażnika.
Łubin.
Ta roślina w wyjątkowo malowniczy sposób trzyma krople wody; jakby
nie chciała się zamoczyć.
Głowy
za identyfikację gatunku nie dam, ale przypuszczam, że jest to
magnolia. Szykuje się do kwitnienia.
Nad
Kaczawą, przy wiszącym torze, znaleźliśmy śnieżyce.
Bambus
tutaj? Tak pomyślałem widząc to miejsce. Pewna strona internetowa,
czy raczej komputer na tej stronie, orzekł, że najprawdopodobniej
jest to rdestowiec ostrokończysty.
Trasy
na Pogórzu Kaczawskim:
1.
Nieczynny kamieniołom bazaltu na Wilkołaku pod Złotoryją.
2.
Krucze Skały w Jerzmanicach Zdroju
3.
Wiszący tor.
4.
Góra Szubieniczna pod Jerzmanicami.
Statystyka:
nie włączałem rejestratora, szacunkowo łączna długość tras
wyniosła 10 -12 km, ale wałęsaliśmy się calutkie 10 godzin,
oczywiście z licznymi przerwami.