Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka klasyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka klasyczna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 sierpnia 2026

Pola Roztocza

 160826

 Nie nadążam za swoimi wędrówkami. Właśnie wróciłem z pięciodniowego wyjazdu Góry Świętokrzyskie, mam mnóstwo pracy przy zdjęciach i opisach, ale i liczne ostatnio zajęcia zupełnie innego rodzaju. Przed wspomnianym wyjazdem byłem na Roztoczu, opisu do dzisiaj nie mam, a przecież trzeba mi się nim zająć – żeby pamięć dnia trwała, mimo tylu innych zajęć i wrażeń. Cóż mi napisać o nim? Napatrzyłem się na pagórki, samotne drzewa, słońce i błękitne niebo. Obserwowałem jaskółki, lśnienie słońca na liściach, ale i swoim paskudnym zwyczajem podkradałem maliny…

To wszystko, co napisałem do tego miejsca, jest prawdziwe, ale powinienem zacząć od ranka. Otóż poszedłem na znane mi miejsce wśród pól w pobliżu wsi Aleksandrówka i utknąłem tam na dłużej niż zamierzałem. Cóż można robić na polu przez parę godzin? Też się dziwię. Zajęć nie miałem żadnych, po prostu siedziałem i się gapiłem. Czasami przeszedłem kawałek dalej, oparłem się o czereśnię i patrzyłem. Bywało, że niewidzącymi oczami, bo z myślami bujającymi w obłokach. Nie chciało mi się iść dalej… nie, nawet poszedłem, ale zawróciłem. Łatwo dałem się przekonać argumentami w rodzaju „a po co iść dalej skoro tutaj tak ładnie?”. Gdy w końcu poszedłem, mój niewyraźny plan trasy stał się niemożliwy do realizacji, ale co tam! Dzień miałem piękny, a na koniec znalazłem małą wisienkę trzymającą dla mnie kilka swoich ostatnich w tym roku owoców. Dzień zamyślenia i wiśni.

 




Obrazki ze szlaku

 

W oddali widać miejsce, gdzie spędziłem przynajmniej dwie godziny.

 Patrzyłem na jaskółki. Te ptaszyny mają umiejętność wzbudzania uśmiechu. Próbowałem zrobić im zdjęcia, ale one są szybsze niż ja; tylko jedną udało mi się uchwycić w locie.


 Późnym popołudniem pojawiły się ładne chmury. Te ze zdjęć ledwie wyobrażenie dają tych na niebie: wielkich, mięsistych, nasyconych słońcem i barwami.

 Miedza pod brzozą. Wahałem się, czy zostawić to zdjęcie, ponieważ nie wyszło tak, jak chciałbym i jak powinno. Jest na nim miejsce charakterystyczne dla Roztocza i ważne dla mojej estetyki: zielona, niezachwaszczona i niesymetryczna miedza pod brzozą betulą. Niesymetryczna, bo jest na wysokości wyższego pola, a nad niższym góruje dwa metry. Może innego dnia właśnie w tym miejscu posiedzę parę godzin?...

 Maliny. Oj, dobrutkie były.

 Zadbana posesja na końcu małej wioski. Pozazdrościć właścicielom. Najbliższego sąsiada mają ponad sto metrów dalej, sąsiadują z lasem, a przy ich bramie kończy się droga.

 Ostatnie w tym roku wiśnie.

 Ostrożeń, o którym zawsze myślałem, że się zwie ostem.

Trasa: wokół Aleksandrówki i Węglinka

Statystyka: przeszedłem 17 km w 12 godzin.

* * *

Jednym z moich ulubionych utworów Antonio Vivaldiego jest koncert na flet „La Notte”, czyli po naszemu „Noc”. System YT podsunął mi do wysłuchania oryginalne, nieco odbiegające od tradycyjnych, ale bezsprzecznie warte wysłuchania wykonanie.

tutaj jest klasyczne wykonanie tego utworu;

Sztuczna inteligencja Google zapytana o ilość skomponowanych przez Vivaldiego koncertów udzieliła takiej odpowiedzi:

»Antonio Vivaldi skomponował ponad 500 koncertów instrumentalnych (dokładne katalogi wykazują około 452–500+ utworów tego gatunku). Większość z nich to koncerty na jeden instrument solowy i orkiestrę smyczkową, w tym jego najsłynniejsze dzieło – „Cztery pory roku”. (…) Około 350 z nich przeznaczonych jest na instrumenty solowe i smyczkowe, z czego 230 na skrzypce; pozostałe na fagot, wiolonczelę, obój, flet, violę d'amore, flet prosty, lutnię lub mandolinę.«

Mimo że koncerty w czasach Vivaldiego były krótkimi, kilkuminutowymi utworami, stworzenie ich w takiej liczbie i tak dobrych, że po upływie wieków nadal są słuchane, graniczy z cudem. Albo z genialnością.

* * *


 






środa, 11 lutego 2026

Trzy chwile

 140126

Wspomnienie

Czytałem książkę siedząc przy biurku, a w tle Vivaldi cicho grał swoje koncerty. Piękne dźwięki ostatniej części koncertu „La notte” kazały mi odłożyć książkę i tylko słuchać. Długo stan skupienia nie trwał, bo zaraz pojawił się w pamięci obraz kasztanowców i zielonych śmietników stojących pod nimi. Dziwne. Czy ten obraz wyciągnięty z zakamarków mojej pamięci ma związek z muzyką, a jeśli tak, to jaki? Po chwili puknąłem się w czoło.

Jakieś 20 lat temu jeździłem po Wałbrzychu szukając miejsc pasujących do pisanej wtedy książki. Znalazłem odpowiedni dom, uliczkę, zaułek z drzewami, i uczyniłem je scenerią końcowych stron powieści „Dwa światy”.

Nadal mam ją w komputerze, a teraz znalazłem parę cytatów związanych z muzyką Antonio Vivaldiego. Oto one:

„Nagranie skończyło się, dziewczyna odwróciła się do komputera.

Masz tutaj La Notte Vivaldiego?.. O, jest! To taki zwykły koncert, ale mam do niego dziwny sentyment. Czasami wydaje mi się, jakbym znała go zawsze i zawsze znać będę. Że rozpoznam go nawet po stu latach. Nie wiem, skąd ta dziwaczna pewność.”

Uśmiecha się do mnie, a ja słyszę radosne allegro z La Notte Vivaldiego i nie wiem, czy ja dla niej, czy ona dla mnie, czy może my dla nas wspominamy miłe chwile z włoskim mistrzem.”

Odjechałem kawałek, na sąsiednią ulicę, i zatrzymałem się. Siedziałem, bez jednej myśli gapiąc się na pustą, jakby wymarłą ulicę, na domki pod czerwonymi dachami, kasztanowce, na zielony pojemnik na śmieci. Wtedy cisza dzwoniąca mi w uszach rozbrzmiała muzyką koncertu "La Notte" Vivaldiego - naszego znaku rozpoznawczego.”

Te słowa przywołały wspomnienia tamtego jesiennego dnia z początku tego wieku, wypełnione szwendaniem się po obcym mieście w poszukiwaniu miraży i pamięć miesięcy wypełnionych gorączką pisania.

Tak oto jedna chwila pozwoliła odtworzyć w pamięci dwudziestoletni krąg upleciony ze wspomnień, pasji, muzyki, moich włóczęg i tęsknot.

A co z powieścią? Nic. Nie mam ochoty na przygotowanie jej i próby wydania, ponieważ… hmm, te niewielkie pieniądze jakimi dysponuję wolę wydać na wędrówki niż na wydanie kolejnej książki. Tak po prostu.

Zainteresowani mogą tutaj przeczytać jej fragmenty; mogą też wysłuchać La Notte Vivaldiego.

* * *

O zwykłej chwili

Będąc u córki w domu zobaczyłem wśród książek kryminał Joe Alexa „Cichym ścigałem po lotem”. Tak naprawdę autorem jest Maciej Słomczyński, który wszystkie swoje powieści detektywistyczne zaczynał pasującym do treści cytatem wybranym z wielkich światowych dzieł literackich. Miałem w swoim życiu okres czytania jego kryminałów, a jeden z nich odcisnął niecodzienne piętno na mnie; jego dalekie echo usłyszałem przy regale z książkami u córki. Otóż Słomczyński napisał także „Piekło jest we mnie”, książkę wydaną w 1975 roku. Jej akcja toczy się na pokładzie lecącego samolotu i dotyczy popełnionego tam morderstwa. Kryminał uznałem za dobry, chociaż nie wiem, jak oceniłbym dzisiaj, ale największe wrażenie wywarł na mnie zwyczajowy cytat, tym razem z wielkiego i pięknego dzieła Raj utracony, siedemnastowiecznego poety angielskiego Johna Miltona. Cytowany fragment zawiera słowa Szatana zrozpaczonego i świadomego swojego upadku, ale jednocześnie żadnego zemsty na Bogu. W tym celu leci na nowo stworzoną Ziemię:

O, ja nieszczęśliwy! Bowiem gdziekolwiek zwrócę lot, tam wszędzie gniew nieskończony, nieskończona rozpacz. Gdziekolwiek zwrócę lot, tam wszędzie piekło. Piekło jest we mnie, a na dnie otchłani głębsza, ziejąca czeluść się otwiera, przy której piekło, gdzie cierpię, jest Niebem.

Zmiłuj się wreszcie! Czyż nie ma już miejsca dla mej pokuty i dla wybaczenia? Nie ma, zostało jedynie poddanie (a wzgarda nawet słyszeć o tym wzbrania!) i lęk przed hańbą, która mnie okryje wśród duchów w dole…”

W powieści wykryty przez Alexa morderca otwiera drzwi samolotu i wyskakuje, nie chcąc być okryty hańbą na dole.

Chciałem kupić Raj utracony, ale były lata osiemdziesiąte, biedne lata, z pustymi półkami sklepowymi; książki nie było w księgarniach, ale wiedziałem, że niedawno była u nas wydana. Dlatego dałem ogłoszenie w gazetach, wtedy spełniających także rolę współczesnych cyfrowych platform handlowych. Napisała do mnie kobieta z miasta oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów, kupiła specjalnie dla mnie widząc moje ogłoszenie. Pojechałem, książkę odebrałem, pieniędzy kobieta nie chciała ode mnie, decyzję tłumacząc dostrzeżonym podobieństwem duchowym. Książkę mam do dzisiaj. Od czterdziestu lat mi towarzyszy, zabierana, obok kilku innych książek równie dla mnie cennych, kiedy na dłużej wyjeżdżam z domu. Obwoluta już dawno uległa Chronosowi, płócienna okładka wyblakła, szwy puszczają, na pożółkłych stronach są moje podkreślenia – ślady lektur, zadumy i podziwu.

W jednej chwili przyleciały do mnie wspomnienia, cała moja wieloletnia przygoda z Rajem, zainicjowana przeczytaniem kryminału. Sięgnąłem po tomik.

Wszyscy prócz Boga tak niewiele wiedzą

O tym, jak cenić dobro, które mają

Lecz rzecz najlepszą obracają w drwinę

Lub używają w celu najmarniejszym.”

Hmm, czyżby o naszym stuleciu pisał poeta?...

Słowa Ewy do Adama:

Z tobą rozmawiając

O czasie całym zapominam, także

O porach wszystkich i tych pór przemianach.”

Adam do Ewy:

Więc nie trać serca i rozchmurz wejrzenie,

Zwykle radosne bardziej i spokojne

Niźli poranek wstający z uśmiechem.”


Według Miltona Adam nie był oszukany przez Ewę. Powiedziała mu, co zrobiła na skutek niecnych podszeptów Szatana, a on świadomie zdecydował się zjeść jabłko by dzielić z nią los. Później jeden z aniołów mu to wypominał, mówiąc, że Ewę miał kochać, a nie słuchać się jej we wszystkim, ale coś się tu niebiańskiej istocie pomyliło. Wszak Adam zjadł jabłko właśnie z miłości do Ewy.

„… Stracić cię to stracić siebie.” – na tych słowach kończą się rozpaczliwe myśli Adama na wieść o czynie Ewy.

* * *

Muzyka i literatura

Zawiły ciąg skojarzeń wzbudzonych pewnymi słowami przeczytanymi w liście do mnie, doprowadził mnie do jednej z najlepszych powieści jakie ostatnio czytałem, mianowicie Dżentelmena w Moskwie autorstwa Amora Towlesa. Sięgnąłem po nią z zamiarem przekartkowania, a w rezultacie przeczytałem niemal całą. Jest tam przecudnej urody wątek miłości ojcowskiej, ale tutaj chciałem nawiązać, cytując fragment powieści, do równie cudnego utworu Chopina.

„Poznałby je, gdyby wpadł na nie na ulice we Florencji w szczycie sezonu. Słowem: poznałby wszędzie.

To był Chopin.

Nokturn Es-dur opus dziewiąte, numer dwa.

(…)

Prawie każdy, kto uczy się gry na fortepianie w ostatnim stuleciu, ćwiczy ten krótki utwór Chopina, ale dla większości uczniów to akt recytacji. Tylko jeden na tysiąc – albo nawet na sto tysięcy – potrafi tchnąć w tę muzykę życie, tak jak ty to zrobiłaś.”

To słowa tytułowego dżentelmena i jednocześnie arystokraty do swojej przybranej córki, pianistki.

Oto  ten utwór w mistrzowskim wykonaniu Artura Rubinsteina. 

Tylko geniusz taki jak Chopin potrafi stworzyć piękno tak łatwo trafiające do słuchacza w tak krótkim utworze.


niedziela, 5 października 2025

Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina

 051025

Drugiego października rozpoczął się XIX Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina.

Jego organizatorem jest Narodowy Instytut Fryderyka Chopina; tutaj jest oficjalna strona konkursu.

Wydarzenie bez precedensu z kilku powodów. Jest jednym z najstarszych konkursów muzycznych, jego repertuar składa się wyłącznie z muzyki Chopina i ma największą renomę w świecie muzycznym. Wiele krajów ma swoje marki światowej sławy, my, Polacy, mamy tylko jedną: właśnie ten konkurs.

Sam fakt zakwalifikowania pianisty do konkursu świadczy o jego wysokich umiejętnościach artystycznych, a wygrana otwiera wrota najsławniejszych sal koncertowych na świecie; jest początkiem wielkiej kariery muzycznej. Powinniśmy pamiętać o tym fakcie i być dumni z pozycji naszego konkursu.

Piękno muzyki Chopina i mistrzowski artyzm, najwyższe z możliwych wysublimowanie ludzkich umiejętności – oto cechy, które mnie pociągają, a nawet fascynują, w tym konkursie. Jest i druga strona, z biegiem lat odczuwana coraz silniej: to świadomość przebywania w skrajnej odległości od brudów tego świata, od polityki, wojen i mamony. Słuchanie uczestników konkursu umożliwia wyobrażenie sobie, jak mógłby wyglądać świat bez naszych złych cech i bez polityków. Świat piękna i w piękno zasłuchany, a przy tym niepozbawiony cech klasycznie ludzkich – współzawodnictwa i dążenia do zwycięstwa.

Celem sztuki jest stworzenie muzyki, obrazu, rzeźby czy poezji tak, aby zawrzeć w nich swój świat: jego emocje, uczucia, pojmowanie piękna, ale w taki sposób, aby to wszystko mogło być odebrane i przeżyte przez odbiorcę. Tyle jest światów, ilu jest ludzi, a bywają one tak odmienne, że są nieprzetłumaczalne, nieprzyswajalne przez innych. Sztuka to umożliwia, czego dowodem jest duża ilość Azjatów wśród uczestników konkursu.

Połowa, a może nawet większość, z ponad osiemdziesięciorga pianistów jest narodowości chińskiej. Fakt ten nie tylko świadczy o uniwersalnym języku sztuki, ale i potwierdza fakt przesuwania się centrum cywilizacji na Wschód. To jednak, co tutaj ważniejsze i co potwierdza ponadnarodową i ponadkulturową wartość muzyki Chopina, to fakt, że ci młodzi ludzie, wychowani w krajach o odmiennej kulturze i historii, rozumieją tę muzykę. Ona do nich przemawia, a tym samym ma zdolność jednoczenia Zachodu ze Wschodem ponad wszystkimi podziałami.

Na kanale TVP Kultura transmisje są na żywo, codziennie od godziny 10 do 22. Serdecznie namawiam.

>>(...) umysł ludzki reaguje najmocniej i najgłębiej właśnie na piękno. W istocie, wszystko, co tu usiłowałem powiedzieć, można zwięźle wyrazić w dwóch łacińskich aforyzmach:

Simplex sigillum veri – Prostota to znak prawdy.

Pulchritudo splendor veritatis – Piękno splendorem prawdy.<<

Cytat z „Prawdy i piękna” autorstwa B. S. Prabhupady

 Ciekawostka dotycząca nut.

Otóż uczestnik konkursu musi znać na pamięć cały swój program. Szacunkowy jego czas, o ile pianista zakwalifikuje się do finału, to około 2,5 godziny grania. Jeśli przyjąć średnie tempo na poziomie 5 uderzeń w klawisze na sekundę (taką informację znalazłem w internecie), czyli 300 na minutę, okaże się, że cały program zawiera kilkadziesiąt tysięcy nut. Pianista nie tylko musi je pamiętać, co wbrew pozorom wydaje się najłatwiejsze, ale i dobrze, czyli z artyzmem, zagrać. Dziesięć palców, kilka dźwięków na sekundę, a uderzyć w klawisz można na bardzo wiele sposobów...

Kiedyś, może dwadzieścia lat temu, kupiłem książkę z monetą poświęconą Chopinowi, wydaną przez... Mennicę Polską. Niżej zamieszczam tekst z tej książki piórem Ireny Poniatowskiej. Szczególnej uwadze polecam ostatni akapit.

>>Fryderyk przyszedł na świat w mazowieckiej wsi – Żelazowej Woli. Według tradycji rodzinnej, jak i deklaracji członkowskiej złożonej przez samego Chopina dla Polskiego Towarzystwa Literackiego w Paryżu w 1833 roku, data jego urodzin to dzień 1 marca 1810 roku, według aktu chrztu w kościele w Brochowie zaś – 22 lutego 1830 roku. Matką artysty była zubożała szlachcianka, rezydentka na dworze hrabiów Skarbków w Żelazowej Woli – Justyna Krzyżanowska, ojcem zaś Francuz Mikołaj Chopin, pochodzący z Marainville (Lotaryngia), który przybył do Polski wraz z rodziną Weydlichów.

Od najmłodszych lat Fryderyk przejawiał zdolności w wielu kierunkach. Był znakomitym rysownikiem, karykaturzystą, aktorem, świetnie władał piórem, o czym świadczy m.in. “Kurier Szafarski”, korespondencja przesyłana w 1824 roku do domu z wakacji w formie parodii “Kuriera Warszawskiego”. Najsilniej jednak pokochał muzykę, w której arkana najpierw wprowadzała go matka i siostra Ludwika, następnie nauczyciel Wojciech Żywny, a w Szkole Głównej Muzyki – profesor Józef Elsner. W wieku 7 lat miał już za swoim koncie pierwszy wydany drukiem utwór, Polonez g-moll. Nazwany polskim Mozartem, już od wczesnych lat koncertował w salonach arystokratycznych i mieszczańskich, w czasie wakacji zaś, spędzanych w różnych regionach, poznawał folklor polski. Ukończył studia w wieku 19 lat z oceną Elsnera “szczególna zdatność, geniusz muzyczny”.

W okresie warszawskim Chopin zaczerpnął to wszystko, co najlepsze, najbardziej cenne z myśli literackiej, patriotycznej i muzycznej doby sentymentalizmu i budzącego się romantyzmu. Jako profesjonalny artysta debiutował w Wiedniu w 1829 roku. Komponował polonezy, mazurki, następnie utwory na fortepian z orkiestrą, m.in.: Wariacje B-dur op.2 na temat z Don Juana Mozarta, Fantazję na tematy polskie A-dur, dwa koncerty: f-moll i e-moll, Rondo a la Krakowiak F-dur, Trio g-moll. Kompozycje tego okresu charakteryzuje wpływ stylu brillant i nawiązania do elementów ludowych. Przejawiają już one niezwykły geniusz muzyczny artysty i twórczą indywidualność. Przełom stylistyczny odzwierciedlają m.in. etiudy, których dwa cykle wydane w latach 30. XIX wieku zostały przyjęte jako arcydzieła gatunku.

Chopin opuścił kraj przed wybuchem Powstania Listopadowego. Polska stała się dla niego krystalicznym wspomnieniem młodości, przyjaźni, ciepła domu rodzinnego. Tak pisał z Wiednia w czasie pierwszych, samotnych świąt Bożego Narodzenia 1830 roku: “czułem więcej niżeli kiedy osierociałość moją”. Ubolewał, że nie mógł wziąć czynnego udziału w powstaniu, że mógł tylko “boleć”, “rozpaczać”, “piorunować” na fortepianie. Po pobycie w Wiedniu udał się w dalszą podróż, która doprowadziła go do Paryża, gdzie pozostał do końca życia. Po wielu sukcesach w kulturalnej stolicy Europy, przez kilka lat prowadził życie cenionego pianisty, by poświęcić się prawie wyłącznie kompozycji i pedagogice.

Chętnie grywał w salonach, w towarzystwie przyjaciół, na spotkaniach rodaków, niekiedy improwizował. Jego koncerty były wielkimi wydarzeniami dla znawców. W odróżnieniu od uznanych mistrzów pianistyki, takich jak Ferenc Liszt, Sigismond Thalberg, Ignaz Moscheles, Friedrich Kalkbrenner, którzy epatowali wirtuozerią, Chopin grał z melancholijną elegancją, z marzycielskim wdziękiem i z niezwykłą delikatnością. Wyrażał tym najgłębsze emocje, przez co został okrzyknięty poetą fortepianu. Jego subtelne uderzenie było porównywane do “muśnięcia klawiszy skrzydłem anioła” (Teofil Gautier).

Romantyczna osobowość” Chopina oznaczała naturę introwertyczną, transponującą wrażenia w sferę idealną, duchową, tajemniczą głębię espaces imaginaires (przestrzeń wyobraźni), w której rodziły się pomysły twórcze. Jednocześnie obdarzony był wielkim temperamentem towarzyskim, błyskotliwym dowcipem zaprawionym ironią i arystokratycznymi manierami. Był człowiekiem, który z jednej strony przejawiał bezkompromisowość w sprawach sztuki, zdeklarowany samokrytycyzm, z drugie strony prezentował tradycjonalizm wartości, przywiązanie do rodziny, nostalgiczną tęsknotę za ojczyzną, a nawet – jak pisała George Sand – pewne “zasklepienie w katolickich dogmatach”, a więc uosabiał cechy na wskroś polskie.

Rozdarcie wewnętrzne artysty rzutowało na jego twórczość, w której przeplatały się ze sobą smutek, żal, rezygnacja, ale też ferment oraz bunt. Bunt, który ujawnił Chopin nie tylko w Etiudzie rewolucyjnej c-moll, w ostatnim Preludium d-moll op. 28, w dramatycznym Scherzu h-moll, ale też w osobistym notatniku, tzw. dzienniku stuttgarckim, w którym na wiadomość o upadku Powstania Listopadowego z młodzieńczą egzaltacją wyrzucał z siebie piekący ból. Świadomość zawieszenia między życiem codziennym a marzeniem o kraju i bliskich, między fantastyczną imaginacją muzyczną a zmaganiem się z jej idealnym wyrażeniem w zamkniętej formie, stała się dla Chopina rodzajem “trucizny” życia. Na końcu wyznawał, że już się smucić i cieszyć nie umie, “wyczułem się zupełnie – tylko wegetuję” albo “jestem sam, sam, sam, chociaż otoczony”. Pisał tak rok przed śmiercią, kiedy przybył do Anglii na pobyt wypełniony koncertami. W życiu Chopina jako artysty nadchodził ostatni przełom, choroba postępowała, coraz więcej potrzebował wyciszenia, koncentracji, nie lubił wielkich sal, anonimowej publiczności.

Były w życiu Chopina liczne wątki radosne: przyjaźnie z czasów młodości (z Tytusem Woyciechowskim, Julianem Fontaną), zażyłości paryskie (z Augustem Franchommem, Ferencem Lisztem, śpiewaczką Pauliną Viardot, Eugene Delacroix i in.). Były marzenia o miłości, najpierw platoniczne, jeszcze w Warszawie związane ze śpiewaczką Konstancją Gładkowską, później przynoszące rozczarowanie po nieudanych zaręczynach z Marią Wodzińską. Było uwielbienie i dozgonna przyjaźń z hrabiną Delfiną Potocką i wreszcie miłość spełniona z pisarką George Sand. W ciągu 9 lat trwania ich związku Chopin przebywał latem w jej posiadłości w Nohant, gdzie tworzył. Powstały tam wielkie dzieła – scherza, ballady, Fantazja f-moll, Barkarola Fis-dur, polonezy, sonaty, także mazurki, nokturny, walce i inne. Podczas pobytu z pisarką i jej dziećmi na Majorce ukończył cykl dwudziestu czterech Preludiów, aforystycznych wypowiedzi o niespotykanym bogactwie ekspresji.

Fryderyk całe życie pisał mazurki, są one poetyckim dziennikiem tęsknoty za krajem ojczystym, przetwarzają elementy polskich tańców: mazura, kujawiaka, oberka w oprawie oryginalnych, niepowtarzalnych środków harmonicznych i fakturalnych. Chopin miał niejako mazurka we krwi, wprowadzał rytmy mazurkowe także do pieśni, do Ronda a la Mazur F-dur, Poloneza fis-moll. Po młodzieńczych polonezach, późniejsze paryskie stały się poematami, monumentalnymi muzycznymi obrazami chwały i klęski narodu, wojowniczego, sarmackiego ducha (Polonez As-dur op. 53) i poetyckiej imaginacji (Polonez-fantazja As-dur).

Historia rodziny Chopinów w linii “po mieczu” zatoczyła koło, ojciec Mikołaj przybył do Polski jako młodzieniec, w Fryderyk w wieku 20 lat opuścił Polskę i zamieszkał we Francji, gdzie zmarł 17 października 1849 roku. Teraz, po 160 latach od śmierci i w 200 rocznicę urodzin, jego muzyka objęła cały świat, nie tylko ten europejski, zachodni, ale i kultury latynoskie, azjatyckie, nawet grupy etniczne w Afryce. Chopin niejednokrotnie czuł się samotny, bo jego fantazja wynosiła się w rejony niedostępne dla innych, jednak geniusz jego sztuki nie tylko budzi najwyższy podziw i zrozumienie, lecz wyzwala w słuchaczach stan poetycki pozwalający na głębsze odczuwanie egzystencji.



wtorek, 11 lutego 2025

Lipowa aleja

 040225

W niewielkiej odległości od mojego miasta są dwie aleje starych lip. Już w minionym roku obiecałem sobie poznać je dokładniej, ale tak się złożyło, że dopiero dzisiaj przyjrzałem się jednej z nich. Wzdłuż lokalnej drogi rośnie ponad setka wiekowych lip drobnolistnych, drzew wyjątkowych w naszej kulturze, uznawanych nie tylko za pożyteczne, ale i przyjazne ludziom oraz bliskie… bogom. Nawet wprowadzenie chrześcijaństwa ponad tysiąc lat temu nie zmieniło tego przekonania, i do dzisiaj niemal wyłącznie lipami obsadza się przydrożne krzyże i kapliczki.


 Oto ci piszą o lipach ludzie korzystający z ich dobroczynnego wpływu na nas.

>>Lipa – uważana była obok dębu za drzewo „święte”. Otaczano ją czcią za swoje piękno oraz miododajne kwiaty mające moc leczniczą. To ulubienica poetów – minimalizuje zmęczenie, stymuluje pracę układu oddechowego i krążenia. Poza tym lipy uwrażliwiają na otaczający świat. Wysuszone kwiatostany lipy mają działanie napotne i łagodzące podrażnienia. Są wykorzystywane w chorobach przeziębieniowych i infekcyjnych. Sadzono ją przy dworach a obecnie przy domach; w jej cieniu panował spokój i rodzinna harmonia.<<


Lipy dzisiaj oglądane wyróżnia nie tyle wielkość, chociaż małe nie są, co pnie pokryte naroślami tak niesamowitymi, tak dziwnych kształtów i dużych rozmiarów, że oglądane z bliska przestają kojarzyć się z drzewami. Na tej stronie jest bardzo dużo informacji o tych drzewach. Zwróciłem uwagę na pnie bardzo starych lip widoczne na zamieszczonych tam zdjęciach: nie mają takich narośli.


 
Autor strony wspomina o pewnej znanej – także mnie – lipie bieszczadzkiej; ledwie kilka miesięcy temu miałem okazję ją odwiedzić po latach niewidzenia. Niżej publikuję jej zdjęcie. Rośnie w Beniowej, wsi nieistniejącej od powojennych czasów. Faktycznie jest piękna i czyni wielkie wrażenie swoją wielkością oraz… ciepłem.

Mimo swojego wieku pień ma zwykły, dość równy, pokryty korą spękaną w sposób typowy dla gatunku. Lipy widziane dzisiaj od razu skojarzyły mi się z pokręconymi i też mającymi narośle bukami rosnącymi w miejscach dawnego wypasu bydła w Bieszczadach. 

 

Są takie, ponieważ były ogryzane przez zwierzęta. Wydaje mi się, że te lipy kształt swoich pni mają przez ludzi wielokrotnie ucinających ich boczne, nisko wyrastające gałęzie. Lipy dobrze znoszą takie zabiegi, nie obumierają, ale w rezultacie ponawianych prób wypuszczenia nowych pędów oraz zabliźnienia wcześniejszych ran, powstają dziwne zgrubienia – świadectwa niełatwej przeszłości tych drzew. Na kilku lipach widziałem świeże ślady uciętych gałęzi, więc ten proces trwa nadal.


 Widziałem na pół obumarłe pnie żywiące odrosty tak już grube, że zamienione w konary – nowe życie na resztkach starego.





Widziałem wiele dziupli; niewielkich, obwiedzionych grubym wałem nowej tkanki próbującej zasklepić ranę (albo już zamkniętych), ale i rozległych rozczepień pni po wyłamanych grubych konarach. Zaglądając do ich wnętrz, raz czy dwa widziałem, zdumiony, grube pędy odrostów wyrastających z dna, przy ziemi, a wyżej wrośniętych w macierzysty pień; widok tych dziupli wydawał się pobojowiskiem.


 Widać też było wyraźnie charakterystyczną dla lip skłonność do wypuszczania odrostów szczególnie licznych przy ziemi. Niektóre drzewa stały jakby otoczone gęstą szczotką.

 Tutaj inny ślad ludzi – kawałek blachy kiedyś przybitej do drzewa, teraz wrośnięty w pień.

Lipy odwiedzę na początku lata, w czasie ich kwitnienia.

Jeszcze wiersz naszego Poety:

>> Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.
Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.
A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie.
Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie
Jako szczep napłodniejszy w hesperyskim sadzie. <<

Piękna pięćsetletnia polszczyzna pobawiona współczesnych śmieci.

Na zakończenie proszę o wysłuchanie tego cudownego i perfekcyjnie wykonanego utworu. Poprawi nastrój, przyrzekam ja Wam! :-)

Aby stworzyć takie widowisko, społeczeństwo musi być stać na bardzo drogie, wieloletnie kształcenie dziesiątków ludzi. Musi wydać miliony, aby uzdolnieni ludzi mogli skupić się na opanowaniu sztuki dobywania piękna z ruchu i dźwięku. Mało jest powodów, dla których warto się bogacić społeczeństwom, a jednym z nich jest możliwość kontemplacji tak wysublimowanego piękna.

 










środa, 2 października 2024

Powodzie i susze

 280924

Niedawno znalazłem na You Tube świetny kanał Podkarpackiego Towarzystwa Przyrodników Wolne Rzeki. O organizacji, jej celach i działaniach, można przeczytać tutaj. 

Prowadzi go Piotr Bednarek, młody hydrolog, pasjonat, miłośnik przyrody, znawca rzek i mokradeł, sposobów retencjonowania wody. Jego stanowiska są logiczne i przekonywujące, a zalecenia całkowicie zgodne z potrzebami przyrody i człowieka oraz… tanie. Niestety, praktyka włodarzy naszego kraju i instytucji Wody Polskie jest całkowicie odmienna.

W największym skrócie:

Kiedyś w Polsce było dużo bagien i podmokłych miejsc, były też większe opady, a wobec głodu ziemi spowodowanego niską wydajnością rolnictwa oraz wielkością obszarów mokrych, zaczęto budować rowy odwadniające. Buduje się je i odnawia do dzisiaj, a ich łączna długość szacowana jest na 330, a może nawet 400 tysięcy kilometrów, nie bacząc na radykalnie zmienioną sytuację. Odwadnia się nawet miejsca nieużywane w żaden sposób, a mogące zgromadzić duże ilości wody. Buduje się wały tuż przy rzekach, prostuje się ich bieg, zabudowuje naturalne wylewiska. Takie działania skutkują szybkim odprowadzeniem wody do najbliżej rzeki, w efekcie do wysuszania pól i mokradeł (także do ich degradacji), obniżenia się poziomu wód gruntowych, zaniku rzek, a przy obfitych ulewach do gwałtownych spiętrzeń i powodzi. Po ostatnich wydarzeniach na Dolnym Śląsku chyba nie trzeba nikogo (może poza „polytykami”, obojętnymi urzędnikami i niektórymi płatnymi „aktywistami”) przekonywać do konieczności zaniechania takich i podobnych praktyk.

Oddaję głos Piotrowi Bednarkowi:

„Woda jest naszym przyjacielem. Jest źródłem życia. Jesteśmy zbudowani w ponad 70% z wody. Nie możemy pozbywać się jej wszelkimi możliwymi siłami. Musimy nauczyć się szanować ją i doceniać, na przykład to, że na wiosnę mamy rozlewiska. (…) Mamy bardzo mało deszczy, a jeśli już są, to są nawalne, przez parę dni, rozdzielone długimi okresami suszy. Potwierdza to wszelkie prognozy klimatologów. Będzie jeszcze gorzej. Nie możemy więc pozwolić sobie na tak absurdalne zarządzanie wodami, jakie mamy obecnie. (…) Żeby skutecznie walczyć z suszą, z jej przyczynami a nie tylko ze skutkami, potrzebujemy działań systemowych. Nie budowy jednej czy dziesięciu dużych zapór na rzekach, ale budowy tysięcy zastawek na rowach. Zasypanie rowów na mokradłach, nieużytkach, w lasach i na niektórych łąkach. Wszędzie tam, gdzie to możliwe. Wtedy mamy szanse odbudować utracony poziom wód gruntowych i skutecznie przeciwdziałać suszy.”

„Traktujemy rzeki jak śmietnik, nie podchodzimy poważnie do zmian klimatycznych i stosujemy gospodarkę hydrologiczną sprzed 50 a nawet 100 lat, która teraz po prostu nie działa. Zbudowaliśmy przez dziesięciolecia ogromną sieć rowów melioracyjnych, które kiedyś miały ususzyć bagniste pola, a którymi dzisiaj woda ucieka do rzeki i wylewa. Zapory i wysokie wały działają tylko do pewnego stopnia i nie mogą być traktowane jako długofalowe rozwiązanie problemu suszy czy powodzi. (…)

Nikt tego nie kontroluje, nikogo to nie obchodzi tak naprawdę (…)”.

* * *

Obejrzałem wiele filmów stworzonych przez pana Bednarka. Oto niektóre z nich. Dodam tylko, że słowa ujęte w cudzysłowy są autorskimi tytułami filmów.

„Susza na własne życzenie” Tutaj.

„Czym jest retencja i mała retencja” Tutaj.

„Czy zielona energia to ściema” Tutaj.

„Nowe ostrogi na Wiśle. Absurd za pieniądze podatnika”. Tutaj.

Trzy największe wyzwania polskiej gospodarki wodnej”. Między innymi o wpływie niewłaściwie zaprojektowanych rowów odwadniających na suszę w związku ze zmianami klimatuTutaj.

Także tutaj.

„Susza. Dlaczego nie pomogą nam zapory”. Tutaj.

„Melioracja torfowiska – antyretencja w Lasach Państwowych”. Tutaj.

Zwracam uwagę na silne przeżywanie pana Bednarka, szczególnie widoczne w ostatniej minucie filmu. Obraz człowieka miłującego przyrodę i bezradnie patrzącego na bezsensowne jej niszczenie. To jeden z wielu przykładów topienia naszych pieniędzy w błocie z powodu ignorancji, urzędniczej obojętności i – w tym przypadku – także chęci zysku bez oglądania się na koszta pozamaterialne.

O wysychających rzekach i prawie wodnym uniemożliwiającym prawidłowe działania zapobiegawcze. Tutaj.

 Tutaj zobaczycie i usłyszycie miłośnika przyrody, zwłaszcza rzek, człowieka, który wita się ze znajomym drzewem. Ujął mnie tym wyznaniem tak bardzo, że poczułem więź emocjonalną z nim, bo przecież na wędrówkach i ja czasami specjalnie idę do znajomego drzewa by się z nim przywitać.

Film jest o szkodliwości regulowania małych rzek, zwłaszcza jeśli przepływają przez nieużytki, z dala od ludzi i ich domów.

„Starorzecze Sanu znowu do osuszenia?” Tutaj.

Film jest o pysze i ignorancji urzędników zachowujących się tak, jakby wszelką wiedzę posiedli. Jeszcze jedno uzupełnienie zespołu przyczyn opłakanego stanu naszych wód. Ostatnie minuty filmu, gdzie autor mówi o planach dalszych osuszeń i wycinek, przepełnione są ironią zabarwioną smutkiem i goryczą.

* * *

 Tutaj rozmowa na innym kanale o suszach, powodziach i naszych (anty) działaniach.

„Czy melioranci robią nas w wała? Powodzie, susze, prostowanie rzek”

Cytat ze strony:

>>Powodzie, susze, prostowanie rzek, betonowanie brzegów. Od wielu lat karmieni jesteśmy hasłami o konieczności walki z powodziami, a jednocześnie corocznie nawiedzają nas długotrwałe susze. Nasze rzeki są niszczone, giną na naszych oczach, a społeczeństwu wmawia się, że rzeki powinny być prostowane, ujarzmione w betonowe kagańce, otoczone wysokimi wałami przeciwpowodziowymi. Jaka jest prawda? Czy ktoś nie robi nas w przysłowiowego wała? Czy pod wzniosłymi hasłami ochrony przeciwpowodziowej, ktoś nie doi podatników, niszcząc bezpowrotnie nasze wspaniałe ekosystemy? No to posłuchajcie...<<

* * *

Ostatnio głośno było o Grzegorzu Chocianie, prawdziwym ekologu. Piszę tak, ponieważ jest naukowcem, w przeciwieństwie do aktywistów zwanych ekologami, mimo że nie są nimi, a nawet jakaś ich część nie ma zielonego pojęcia o czym mówi i czemu się sprzeciwia. Ekologia to nauka, nie przyklejanie się do jezdni. Oto definicja skopiowana z Wikipedii: „Ekologia – nauka o strukturze i funkcjonowaniu przyrody, zajmująca się badaniem oddziaływań pomiędzy organizmami a ich środowiskiem oraz wzajemnie między tymi organizmami.”

Więc głośno było o ekologu G. Chocianie z powodu jego przyznania się do próby zwerbowania go przez niemieckie służby. Proponowano mu, aby za pieniądze sprzeciwiał się prowadzeniu u nas inwestycji niepasujących państwu niemieckiemu.

 Tutaj doktor Grzegorz Chocian mówi o działaniach organizacji „ekologicznych”. Z jego relacji wyłania się obraz dosłownie przerażający. Oto jak siły zewnętrzne szkodzą naszemu krajowi, jak pewna grupa Polaków niszczy go dla wzbogacenia się albo z powodu ignorancji, obojętności, z przyczyn ideologicznych; oto jak bezradne jest nasze państwo, jak wiele publicznych pieniędzy jest bezsensownie marnotrawionych!

Czuję zniechęcenie i bezradność, złość i rozgoryczenie. Może gdyby miliony wyszły na ulice, dałoby się pogonić tych wszystkich oszołomów, ale wiem, że nie wyjdziemy. Z obaw, z poczucia bezsilności, z niewiedzy, z wygodnictwa, ale też – co najgorsze – z powodu wiary w dobre zarządzenie naszym krajem.

* * *

Jako odtrutkę proponuję wysłuchanie etiudy Cis-moll op.25 nr 7 Fryderyka Chopina. Utwór dość często słyszę w domu, ponieważ właśnie w tych dniach grany jest przez mojego syna.

Z pierwszych cichych dźwięków wyłania się melodyjny, jak to u Chopina, motyw muzyczny. Jest tak prosty i logiczny, a przy tym tak piękny, że – wydawałoby się – inny być nie może, więc tylko usiąść by go zapisać – przybysza z nicości, z wcześniejszego nieistnienia.

Jednak zrobić to może tylko geniusz.

Proszę kliknąć.