Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

piątek, 18 grudnia 2020

Zima i poezja

 

171220

Słońce, zieleń, błękit? To tylko słowa z trudem przywołujące odległe obrazy.

Mokro, zimno i ciemno. Po kątach leżą brudne resztki śniegu topniejące w błocie – żałosne pozostałości wczorajszej piękności. Wzrokiem próbuję przebić burą mgłę upodobniającą i tak szary dzień do nocy. Dzień? Teraz nie ma dnia! Jest nieco jaśniejsza chwila przerwy w niekończącej się nocy.

Czy to prawda, że kiedyś drzewa były zielone, łąki kwieciste, a słońce świeciło do wieczora?

Ostatnie dni, tak mgliste, ciemne, ponure i krótkie, działają na mnie przygnębiająco, zwłaszcza w połączeniu z wszystkimi utrudnieniami i ograniczeniami związanymi z epidemią. Czuję coraz większe spętanie, ale i przygaszenie, a czasami nawet stłamszenie. Chcąc się wyrwać z tej rzeczywistości, moja myśl uparcie przywołuje obrazy z ostatnich wyjazdów w Sudety.

Na zdjęciach widzę chmurny dzień wczesnej jesieni, ale jeszcze trwa feeria barw, jeszcze tak wiele przed światem, nim zamrze na długie miesiące. Widzę polne drogi celujące w ciemną ścianę lasu lub w niewyraźny horyzont, i myślę, że tyle ładnych dni było jeszcze przede mną, a teraz brodzę w mokrych ciemnościach.

Oślizłe zimno wnika w moje żyły, mrozi mi krew i myśli, przygniata ramiona i kieruje wzrok ku ziemi. Próbuję się wyprostować, ale udaje mi się tylko na chwilę.

Zima w mieście jest depresyjna.

Muszę wyrwać się spomiędzy murów na otwartą przestrzeń. Tam też zobaczę bure niebo, ale droga będzie przede mną.

Z nietypowych dla mnie powodów zainteresowałem się ekonomią, ale czytanie o finansach i stanie gospodarki zmęczyło mnie, wieści zasiały niepokój. Postanowiłem zerwać z nimi i z poczuciem ulgi wróciłem do moich książek, naprzemiennie czytając Sagana piszącego o Kosmosie i Ajschylosa nachylającego się nad ludzkimi dramatami.

Sięgam po książkę cudem zdobytą, starszą ode mnie, wymęczoną latami służenia, z nierównymi kartkami, niewyraźnymi literami. Pełno w niej dziwnych zakładek, jak kawałek folii, strzępek kartki z fragmentem niepamiętanych notatek czy wizytówka zakładu optycznego. Wkładałem między strony, do których chciałem wrócić, to, co miałem pod ręką. To ślady wcześniejszych lektur, mojego czasu. Ledwie parę jest książek tak bardzo moich, jak ten zbiór ocalałych tragedii poety żyjącego dwa i pół tysiąca lat temu. Dzieła Ajschylosa są statyczne, niektóre w zasadzie bez akcji. Pod tym względem daleko im do tragedii Sofoklesa, szczególnie najbardziej wstrząsającej, do „Króla Edypa”. Czytać je należy powoli i uważnie, a dla pełnego zrozumienia potrzebna jest pewna wiedza historyczna, której wiele nie mam. Wspomagam się więc świetnymi wprowadzeniami tłumacza, Stefana Srebrnego. Obcowanie z tymi dziełami jest raczej studiowaniem, niż zwykłą lekturą. Wiele razy dla lżejszej lektury odkładałem książkę na całe miesiące, ale ona była obok bez względu na aktualne miejsce zamieszkania, widziałem ją na półce i… i słyszałem. W końcu wracałem. Zawsze wracam. Dziwi mnie jej przyciąganie, które tylko częściowo jestem w stanie wytłumaczyć.

Po pięćdziesięciu albo stu latach nikt nie będzie pamiętał o naszych sprawach, o słowach przez nas napisanych, a poezja Ajschylosa nadal będzie czytana, chociaż przez garstkę ludzi. Czytając jego tragedie, włączam się w nieprzerwany i długi ciąg pokoleń ludzi, dla których literatura prawdziwie piękna miała wartość samą w sobie, niezależną od współczesnych mód. W takiej literaturze znajduję potwierdzenie zbawczej roli piękna i sztuki dla niej samej.

Wiele moich książek jest fortecami, w których się chowam przed naporem świata; tragedie Ajschylosa zajmują miejsce szczególne. Kiedy myślę o takiej ich roli, uświadamiam sobie, że wyjątkowość tkwi nie tylko w wielkości poezji.

Elitarna to literatura, a ostatnio coraz wyraźniej widzę w tej jej cesze nie ostatnią wartość. Te teksty są nieskończenie odległe od jakże obecnie popularnych publikacji oznaczanych informacją w rodzaju „przeczytasz w trzy minuty”, a podsumowywaną koślawymi i nader często ordynarnymi komentarzami. Czytając Ajschylosa, jestem zabezpieczony przed kontaktami z tego rodzaju wypowiedziami. W spokoju, w ciszy, mogę smakować poezję jednego z tych ludzi, którzy ukształtowali europejską, więc i moją, kulturę.

Temat zakończę dwoma cytatami. Pierwszy wiele mówi o wierze autora w boską sprawiedliwość. Zaznaczę tylko, że słowo „Prawda” napisane jest wielką literą, ponieważ mowa tutaj o bogini Alethei, czy bardziej po naszemu: Aletei; Rzymianie nadali jej imię Veritas. U jednych i drugich była uosobieniem prawdy. Taka personifikacja pojęć jest bardzo charakterystyczna dla politeizmu, a dla mnie pociągająca. Może dlatego, że bliższa jest mi wiara w wielu bogów niż w jednego i łatwiej byłoby mi uwierzyć w boginię, zwłaszcza ładną, niż w boga męskiego rodzaju.

Drugi cytat bardziej przypomina fragment erotyku niż tragedii. Kiedy przeczytałem go po wydaniu mojej „Miłości”, zauważyłem wyraźne podobieństwo. Do czego, do kogo? Niech to będzie zagadką. Odpowiedź jest w książce, ale nie tylko.

Obydwa fragmenty są z „Agamemnona” – wspaniałego dzieła o nienawiści prowadzącej do zbrodni i dalej – do szeregu tragedii.

Własne skarby ci zbrzydną, 

własne szczęście obmierznie,

jeśliś strącił zuchwale w proch

święte Prawdy ołtarze.”


Cóż mu z pięknych posągów?

W nich nie znajdzie pociechy.

Gdzież tych oczu spojrzenie? Znikł

wszystek czar Afrodyty…

I tylko w snach postać miła jawi się,

omylnej wiary snuje czar,

radość niesie złudną.

Na próżno chcesz zatrzymać lotną zjawę snu!

Odchodzi już, już ci się wymyka z rąk –

Zniknęła – pośród sennych dróg

zgubiłeś ją… Więcej nie wróci...”


Dopisek późniejszy.

Dla równowagi, ale i z powodu celności, dodaję dwa cytaty z drugiej mojej lektury, „Kosmosu” Carla Sagana.

Ta świetna sentencja zamieszczona jest w rozdziale traktującym o wieku Ziemi i Kosmosu, wieku dla ludzi niewyobrażalnym.

„Jesteśmy niczym motyle, które przez dzień trzepoczą skrzydłami i myślą, że to wieczność.”

Drugi cytat podsumowuje pierwszy pomiar długości roku, dokonany w greckiej wtedy Joni w VI wieku p.n.e.

„Badając zmieniający się cień rzucany przez pionowo ustawiony kij, dokładnie określił długość roku i jego pór. Przez całe wieki kijów używano do wzajemnego okładania się i przebijania. Anaksymander użył kija do mierzenia czasu.”

Jakże trafne i gorzkie dla nas spostrzeżenie!

Od siebie dodam, że parę wieków później jego duchowy i naukowy kontynuator, Eratostenes, analizując geometryczne konsekwencje długości cieni, policzył obwód Ziemi myląc się o tylko kilka procent. Jego pomiar uściślono dopiero po dwóch tysiącach lat.


 


wtorek, 1 grudnia 2020

Smartfonowa rzeczywistość

 201120

Pogodny zmierzch wczesnojesiennego dnia gdzieś na Pogórzu Kaczawskim. Wąska wstążka asfaltu wybiega spomiędzy domów wioski i rozpędzając się na otwartej przestrzeni pól, przekracza mostek. O jego barierkę opartych jest dwoje nastolatków, stoją blisko siebie, ale dzielą ich telefony trzymane w dłoniach.

Nim minąłem ich, zdążyłem jeszcze zobaczyć niebieskawy blask padający z ekranów na twarze. Poczułem ekscytującą atmosferę podobnych chwil przeżytych przed półwieczem i szarpiące serce poczucie przemijania, ale też obcość i… niechęć.

Obraz tych dwojga jest znamienny dla obecnych czasów, wielce wymowny i bardzo paskudny.

Patrzę na klientów w pracy. Robią sobie zdjęcia na peronie, robią w chwili wsiadania do gondoli i zaraz po zajęciu miejsc. Na wysięgniku ustawiają telefon, stroją miny i znowu pstrykają zdjęcia. Widzę ich w przesuwających się gondolach, wielu z nich siedzi z nosem w telefonie. Widzę na ulicach, w sklepach, w autobusach. Wszędzie.

My wszyscy nadużywamy smartfonów, ale ludzie urodzeni na przełomie wieków po prostu do tego urządzenia przyrośli. Ich zainteresowania, słownictwo, wiedza, właściwie całe ich życie kręci się wokół Internetu i smartfona. Żeby jeszcze wybierali z przeogromnych zasobów sieci wartościowe strony, ale nie. Karmią się papką instagramowo-facebookowo-youtubową. Używają ikonek zamiast słów, a jeśli już je używają, to w formie szczątkowych zdań, ponieważ nie potrafią wyrazić słowami myśli, albo nie mają czasu. Wszak muszą jeszcze zajrzeć w sto innych miejsc, by serduszkiem albo inną ikonką zasygnalizować swoją obecność.

Smartfony w połączeniu z wymyślnym oprogramowaniem odwiedzanych stron stają się narkotykiem tym bardziej niebezpiecznym, że w pewnej mierze inteligentnie przywiązującym do siebie ludzi, zwłaszcza młodych.

Tak, ja też zarejestrowałem się na Instagramie. Zrobiłem to chcąc promować tam swoje książki, ale bliski jestem rezygnacji. Nie tylko z powodu poczucia straty czasu i kłopotów z obsługą jako skutkiem nieznajomości tych nieszczęsnych ikonek, ale też coraz silniejszego poczucia zalewania mnie obrazkami.

Tak, jest wiele stron w internecie wartościowych, ciekawych, powiększających naszą wiedzę. Wiem o tym. Do kilku z nich zaglądam, ale one giną w zalewie bylejakości.

Wielogodzinne i codzienne używanie smartfonów musi spowodować zmiany w psychice, zwyczajach, w całym życiu tak uzależnionych ludzi. Te zmiany już widać. Rośnie nam pokolenie ludzi niezbyt zdatnych do normalnego funkcjonowania. Ludzi półprzytomnych, żyjących w dwóch światach, przy czym ten rzeczywisty bywa postrzegany jako czynnik przeszkadzający w klikaniu i w ustawicznym przewijaniu zawartości ekranu; któż nie widział złości zapatrzonego w ekran po wpadnięciu na przechodnia? Mamy pokolenie ludzi sprawdzających co lubi jakaś znana blogerka, jakie hasztagi są ważne i jakiej długości mają być skarpetki.

Wspominam o nich, ponieważ mimo zimnych dni listopadowych widuję dużo młodych ubranych w dość krótkie spodnie i jeszcze krótsze skarpetki – z nagimi kostkami. Pewnie przeczytali na FB, że teraz tak się chodzi, bo zasłonięte kostki to obciach i wioska.

Zanikają stare zwyczaje towarzyskie. Ludzie mało rozmawiają, bo po co, skoro mają Whatsapp’a, Instagram i SMS? Zresztą, jak mogą rozmawiać mając słuchawki w uszach?

Jeśli zdarzy mi się zobaczyć w gondoli młyna dwoje młodych siedzących blisko siebie, przytulających się lub rozmawiających, patrzę na nich jak na obrazek z belle epoque. Nie wiedziałem, że kiedyś będę z przyjemnością i nadzieją patrzył na tak normalny, zdawałoby się, widok.


Słyszę o spiskach, o próbach przejęcia władzy przez grupę bliżej nieokreślonych ludzi. Pewną prawdę w tych teoriach widzę i jednocześnie olbrzymie, perfidne przekłamanie.
Na pewno ten spisek (o ile można użyć tutaj tego słowa, a wątpię) nie polega na próbie wszczepienia nam chipów czy na jakikolwiek siłowych działaniach, jak to niektórzy sobie wyobrażają. Są metody subtelniejsze i zgodne z prawem. Są działania, w których na pół świadomie bierzemy udział i to się nam podoba, tego chcemy.

Takie są właśnie cechy idealnego „spisku”.

Wielkie koncerny (ostatnio mówi się raczej o korporacjach) nakłaniają swoich potencjalnych klientów, czyli praktycznie wszystkich, do określonych zachowań i sposobów wartościowania, a robią to dla zysku. Koncern Apple ma coś około 200 miliardów dolarów gotowizny, na którą dobrowolnie złożyły się miliony użytkowników ich smartfonów, laptopów i tabletów. Kosztują dużo więcej niż podobny sprzęt innych firm, ale te inne nie mają ikonki nadgryzionego jabłka, nie są to produkty Apple. Ta firma potrafiła zebrać i utrzymać ogromną rzeszę wiernych klientów, którzy kupują każdą ich nowość, ponieważ uznają, że tak trzeba dla zachowania poziomu, dla bycia trendy. Bo przecież laptop Asusa jest obciachem. Czy ktoś ich zmuszał do przyjęcia takich ocen i w efekcie do karmienia molocha wagonami pieniędzy?

Właśnie o to chodzi, że w pewien sposób zostali zmuszeni: pracą odpowiednich działów korporacji zatrudniających specjalistów od ludzkich zachowań, metodycznie i naukowo oddziaływających na ich psychikę.

Oto idealny „spisek”: spowodować, żeby ludzie sami robili to, co jest korzystne dla powodujących.


Kopacz piłki ze szczytu listy nie będzie ganiał po boisku, jeśli dostanie mniej niż tysiąc czy dziesięć tysięcy dolarów (nie znam ostatnich stawek) za jedno kopnięcie, bo się mu nie opłaca. Ludzie sami i dobrowolnie składają się na jego miliony, co jest pośrednim skutkiem oddziaływania korporacji na nas przy naszym aktywnym udziale.

Ci ludzie zarabiają jak szejkowie dlatego, że mecze piłki nożnej są popularne, a przez to ceny reklam ogromne, a są popularne także dlatego, że oni imponują nam sławą i dochodami. Popularność piłki nożnej spadłaby do poziomu zainteresowania bobslejami, gdyby zarabiali trzy tysiące złotych miesięcznie – tyle, ile dostaje sprzedawca w sklepie spożywczym.

Zarabialiby dużo mniej niż zarabiają, gdyby reklamy nie były skuteczne, czyli gdybyśmy nie byli pod ich wpływem. Są skuteczne, ponieważ tworzy się je w taki sposób, żeby przekonać nas do zakupu. Najbardziej efektywnym sposobem jest wyrobienie w nas przekonania, że nam się należy reklamowaną rzecz mieć, że powinniśmy, zapracowaliśmy, zasłużyliśmy albo tylko dlatego (dla wielu aż), by nie odróżniać się w swoim środowisku, być modnym, trendy, na topie, czy jak tam się teraz mówi.

Zarobki kopaczy piłek, ale w pewnej mierze też najpopularniejszych youtuberów czy blogerów nagrywających modną i chwytliwą papkę, nie byłyby tak wielkie, gdybyśmy nie odczuwali przemożnej chęci upodobnienia się do nich, gdyby nie imponowali nam. Ponieważ chcemy być podobni, więc kupujemy to, co za pieniądze chwalą, nie zastanawiając się nad fałszywością tych opłaconych poleceń i żałosnym skutkiem takiego upodobnienia.

Oto obraz „spisku”, w którym świadomie bierzemy udział i świadomie go finansujemy!


Sprawdź, dlaczego Olga Frycz lubi produkty…” – to tytuł maila dzisiaj otrzymanego. Każdy otrzymuje takie „wiadomości” i wielu sprawdza, co robi ktoś znany. Takimi bezwartościowymi śmieciami ludzie zapełniają swój umysł, to ich interesuje, kształtuje, to ich nakręca! Swoją drogą trochę mnie śmieszą tego rodzaju wiadomości i podobne im reklamy, a to dlatego, że po prostu nie znam tej niby tak znanej osoby i nic a nic mnie nie obchodzi, co ona dla pieniędzy chwali.

Na Instagramie widziałem zdjęcie mężczyzny w T-shircie na tle gór, a pod nim komentarz: obciachem jest pokazywanie się w takiej koszulce. Powinienem napisać w odpowiedzi, że dla mnie wielkim obciachem jest zwracanie uwagi na takie pierdoły i publiczne wytykanie obcej osobie wyimaginowanych wad ubioru, a nawet wad rzeczywistych. Autora komentarza mam za ofiarę obecnych czasów, w których ludzi ocenia się po markach używanych rzeczy, a więc po ich podążaniu za modą i nadążaniu za jej zmianami, czyli po prostu po konsumpcji.


Chipów nie ma potrzeby wszczepiać nam w mózg (swoją drogą bezdennie głupie jest przekonanie, że da się to zrobić strzykawką przy okazji zastrzyku) ponieważ nowoczesne molochy jak Google czy Facebook i tak wiedzą o nas bardzo wiele i wiedzieć będą coraz więcej w miarę doskonalenia swoich systemów komputerowych. Tutaj też istnieje podwójne dno: niby wiemy o tym, ale tylko niby. Za normalne i wygodne przyjmujemy podsuwane nam w Internecie treści, podpowiedzi, strony, ponieważ wyręczają nas i coraz częściej pasują nam, czyli są trafne.

Są takie, bo korporacje wiedzą o naszych zainteresowaniach kulinarnych, kulturowych, obyczajowych. Wiedzą o naszych wyborach w Internecie. Żeby zebrać tę wiedzę, nie trzeba nas śledzić, wystarczy pamiętać jakie strony odwiedzamy, w jakich godzinach, jak często. Wiedzą o nas nie dla bezpośredniego zniewolenia nas, ręcznego sterowania, nie dla zakazów i nakazów, ale dla pieniędzy: żebyśmy jeszcze bardziej się od nich uzależnili, żeby podsuwać nam pod nos towary i usługi coraz lepiej dopasowane do nas. Żebyśmy w efekcie kupowali jak najwięcej.

Mamy żyć żeby kupować. Kupować i dlatego pracować. Korporacje chcą… nie, one już z nas zrobiły posłusznych konsumentów, a zrobią posłuszniejszych.

Wobec odpornych na namowy ciągłego kupowania, wielkie firmy mają bardziej bezpośrednio działającą metodę: po prostu produkują rzeczy mało trwałe.

Starsi pamiętają samochody potrafiące przejechać blisko milion kilometrów, pralki czy lodówki działające 15 a nawet 20 lat i nadające się do naprawy. Wieżę audio kupioną w latach dziewięćdziesiątych używałem ponad 20 lat, a jest tylko przykładem.

Teraz wytwarza się badziewie z blaszek i drucików, ale za to ładnie pomalowane i wyposażone w mikroprocesor, badziewie zaprojektowane przy użyciu wyrafinowanych programów komputerowych nie dla zwiększenia trwałości, a wprost przeciwnie: dla zaprzestania działania krótko po upływie okresu gwarancji, bez możliwości opłacalnej naprawy. Te ogromne góry towarów po roku lub kilku latach zamieniają się w złom lub śmieci i lądują na składowiskach, a ich miejsce następują nowe. Firmy mają zapewnioną produkcję i zyski, my wymuszone zakupy, a Ziemia ogromne ilości śmieci i zanieczyszczeń.

Paranoiczne są przepisy, które z jednej strony wymuszają na producentach zmniejszenie emisji zanieczyszczeń i oszczędności energetyczne, z drugiej pozwalają na tak ogromne marnotrawstwo zasobów Ziemi. A może rządy nie mają dość sił wobec wielkich korporacji? Czy koncern zatrudniający dziesiątki tysięcy ludzi i mający miliardy, nie potrafi wymusić rozwiązań korzystnych dla niego? Może przecież postraszyć rząd zwolnieniem dziesięciu tysięcy ludzi albo przeniesieniem produkcji do Wietnamu, nieprawdaż? Może więc to chwalenie się pralką klasy A+++ jest mydleniem oczu ekologom wobec istnienia tamtej góry sprzętu wyrzuconego po kilku latach użytkowania?...

Tutaj widzę pole do popisu dla zwolenników wszelakich spisków, ale podpowiem im, żeby uświadomili sobie nasze rozpasanie konsumpcyjne. Ilu ludzi chciałoby jeździć trzydzieści lat tym samym samochodem? Ilu chciałoby kupić dwudziestoletni, chociaż w pełni sprawny pojazd? Przecież to obciach podobny używaniu smartfona przez kilka lat i niemodnej w tym roku kurtki, nieprawdaż?

Oto sidła konsumpcjonizmu i korporacji.


W różnym stopniu, ale niemal wszystkim nam się w głowie poprzewracało od wzrastającej trzecią już dekadę zamożności i myślimy, że przed nami tylko beztroska dobrobytu, co niekoniecznie musi być prawdą.

Chociażby z powodu ogromnego zadłużenia naszego kraju, wynoszącego obecnie ponad 1 bln złotych! Tysiąc miliardów, milion milionów, 30 tysięcy na każdego Polaka! Na starca, niemowlę, na żula spod sklepu i na nastolatka zapatrzonego z ekran smartfona! Żyjemy ponad stan, na kredyt, nawet jeśli my sami nie mamy długu. Dług zaciągnęły rządy, ale przy naszej aprobacie, niechby milczącej, niechby tylko wyborczej, bo tak przykro słuchać tych, którzy mówią o oszczędzaniu, prawda? Lepiej władzę powierzyć tym, którzy obiecują nam dać, zapewnić, zbudować.

Jak wyobraża sobie swoją przyszłość ów młody smartfonowiec? Zapewne wcale nie myśli o tym, bo on nie ma kiedy myśleć, zajęty przewijaniem stron internetowych, a coraz bardziej nie ma czym myśleć, mając obrazkowo-ikonkową sieczkę pod czerepem. Może chwilami wyobraża sobie, jak dochodowy kanał będzie prowadził na You Tube albo jaką kasę będzie kosił (to jedno z ich modnych słów) na estradzie lub, ostatecznie, w biurze korporacji. Tyle że w ten sposób nie spłaci się długów, o ile w ogóle są do spłacenia. Taką pracą nie zapełni się półek sklepowych, ponieważ dobrobyt to tyle, co dostępność dóbr, a podstawą ich piramidy są dobra materialne i żywność.

Nie jestem ekonomistą, są zależności dla mnie niezrozumiałe, ale nie trzeba być ekspertem, żeby wiadomość o wykupowaniu przez instytucje państwowe długów państwa zrobiła negatywne wrażenie, bo oznacza po prostu drukowanie nowych pieniędzy. Każdy też wie, że ich nadmiar jest inflacją i prowadzi do utraty wartości, a tym samym do wzrostu cen.

A my jak te głupki wybieramy do rządzenia nami ludzi, którzy obiecują więcej dać! Oni nie mają swoich pieniędzy. Dadzą po uprzednim zabraniu nam, albo dadzą z jeszcze wilgotną farbą, świeżo wydrukowane i coraz mniej warte.


Polska się wyludnia. W minionym roku ubyło 55 tysięcy Polaków; to tyle, ile mieszkańców ma niemałe miasto. Po prostu o tyle mniej się urodziło ludzi niż umarło. Zmniejszenie populacji może i nie byłoby złe, ale trzeba uświadomić sobie, że taki proces prowadzi do starzenie się społeczeństwa, a to z kolei oznacza mniej młodych do pracy a więcej emerytów. Staremu społeczeństwu jest trudniej utrzymać dobry stan gospodarki, bo przecież ja, emeryt, nie mam zamiaru otwierać interesu, zatrudniać pracowników i przenosić gór; jako konsument dóbr też jestem mniej aktywny.

Starzejemy się, a młodzi wolą się gapić w ekran lub bawić w modnym klubie czy pubie, niż bawić swoje dzieci.


Wypadałoby zakończyć jakimiś wnioskami, ale że musiałbym być podobny do Kasandry, nie napiszę.

Wypunktuję tylko moje preferencje i zachowania. Są wyłącznie moje, ponieważ nie zwykłem kierować się zaleceniami autorytetów, zwłaszcza obecnych, modowo-internetowych i im podobnych.


Nie kupuję towaru, jeśli widziałem jego reklamę. Nie i już. Wybieram inny.

Nie oglądam telewizorni (chyba że konkretną audycję) ani kolorowych czasopism.

Rzecz wyrzucam dopiero wtedy, gdy przestaje nadawać się do użytku: samochód przerdzewieje i jego naprawa jest nieopłacalna, a w skarpetkach są dziury. Moje ubrania są najpierw „cywilne”, wyjściowe, później stają się roboczymi, używanymi w pracy, a do śmietnika trafiają gdy się prują i rozłażą.

W nosie, a nawet w dupie, mam modę, trendy i bycie cool.

Nader rzadko używam karty bankomatowej.

Omijam internetowe strony, które nie chcą się wyświetlić bez „zgody” na ich „politykę”.

Ograniczam swoje wydatki, zwłaszcza na rzeczy i usługi uznane za zbędne. Nie z finansowej konieczności, a z wyboru.

Wolę pojechać w góry, niż kupić rzecz.

Staram się mieć oszczędności zabezpieczone w odpowiedni sposób.

Nie żałuję czasu na pisanie i czytanie ani pieniędzy na książki uznane za wartościowe; żałuję na nowy samochód, ubrania i elektronikę. Do tego stopnia, że mój pierwszy w życiu smartfon kupiłem parę lat temu za 250 zł, a używał go będę póki będzie działał.

Więcej grzechów przeciwko konsumpcjonizmowi i polityce korporacji, rządu oraz banków nie pamiętam, a tych wymienionych nie żałuję nic a nic, a nawet jestem z nich dumny, czego i Wam życzę.





środa, 18 listopada 2020

Cierpienie i strajki

 

041120

Szukając informacji o przebiegu strajków kobiet, znalazłem artykuł noszący tytuł „Katolicka normalność – gatunek zagrożony”.

Oto fragment, który bardzo mnie poruszył.

>>(…) już z łoża śmierci biskup Jan Niemiec pytał katolików popierających możliwość aborcji: „jakie ktoś dał prawo człowiekowi, by zabierał bliźniemu możliwość otrzymania krzyża od Chrystusa? Jakie prawo ma katolik, by dopuszczać w ogóle samą możliwość odebrania komuś krzyża, który może stanowić dla tamtego jedyną drogę do zbawienia? Przecież kto nie bierze swego krzyża, nie jest godzien Chrystusa. A czy ktoś, kto nie dopuszcza, aby inny wziął swój krzyż, jest Go godzien?”<<

W tłumaczeniu na język osoby niewierzącej, na klasyczną polszczyznę, zapytanie biskupa brzmiałoby tak: kto dał prawo człowiekowi odbierać bliźniemu możliwość cierpienia?

Pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła, była o medycynie: umniejszając ludzkie cierpienie swoją sztuką leczenia, czy nie powinna być potępiona przez katolickiego biskupa Niemca?

Chyba niechcący, skupiając się drodze ku Bogu, ten człowiek przyznał, że zakaz aborcji prowadzi do zwiększenia ilości cierpienia na świecie.

Okropny jest ten zawsze istniejący w katolicyzmie nurt cierpienia zsyłanego przez Boga jako drogi do Niego. Czasami, jak jasno wynika z tekstu, jedynej drogi.

Wsłuchajcie się w te słowa hierarchy organizacji nazywanej Kościołem miłości i nadziei.

„Kto dał prawo człowiekowi, by zabierał bliźniemu możliwość otrzymania krzyża od Chrystusa?”

Słyszycie w nich rozciągnięte na wieki jęki „grzeszników” cierpiących już tutaj, na Ziemi?

Przeraża mnie takie wyobrażenie Boga i wizja świata rządzonego według reguł tak rozumianego chrześcijaństwa.

Biskup Niemiec pytał o prawo katolików – i na tym można by poprzestać, z tym ograniczeniem się zgodzić. Niech (niektórzy) katolicy godzą się na cierpienie, skoro upatrują w nim drogi do Boga, ale niech nie narzucają swoich standardów moralnych i swoich dogmatów religijnych ogółowi społeczeństwa, bo u ludzi tak rozumiana religia miłości budzi naturalny odruch obronny i wstręt.

Czytałem wypowiedź pewnego człowieka widzianego kiedyś w telewizorni, a zapamiętanego przeze mnie z powodu dziwnego zwyczaju stukania kubkiem w stół. Mówił, że okrzyki protestujących kobiet są dla niego krzykami potępionych wleczonych przez diabłów do piekieł.

Pogarda wobec innych, poczucie wyższości, przekonanie o byciu kimś lepszym, ocenianie innych przez pryzmat swojej religii i pogarda raz jeszcze. Dość typowy zestaw dla katolickiego ortodoksy.

Boję się takich ludzi. Mając z nimi kontakt, niechby tylko via Internet, czuję się tak, jakbym w bagno się zanurzał.

Czuję niesmak graniczący z obrzydzeniem i chęć ucieczki.

Całe rozumowanie takich katolików, jak ci dwaj, opiera się na wierze w Boga, który znajduje upodobanie w naszym cierpieniu, a przynajmniej patrzy na cierpiących przychylniej. Na Bogu, który zsyła na nas cierpienia.

Tą swoją dziwaczną, by nie powiedzieć paskudną, wizję Boga próbują nieustannie, od wieków, narzucić wszystkim ludziom, mając te swoje dziwne zasady za szczytowe osiągnięcie ludzkiej moralności. Tyle że niewierzącemu dają w rezultacie tylko poczucie grzeszności i cierpienie jako wybawienie.

Przy tym mają bardzo charakterystyczny sposób oceniania innych: niewiele ważą u nich cechy charakteru i serca, natomiast wiele sama wiara, także przekonania polityczne. Fakt ten każe mi widzieć w religii katolickiej, może szczególnie w jej polskim wydaniu, pewnego rodzaju ideologię na poły polityczną, w której daremno szukam przesłania Jezusa.

Tacy katolicy potrafią chwalić i popierać ludzi prymitywnych, agresywnych, nietolerancyjnych, naładowanych złością a nawet nienawiścią do innych, byle tylko wierzyli w ich wersję Boga.

Efekt widzę corocznie przy okazji rocznicy odzyskania niepodległości.

Nam zostaje wstydzić się za nich i za tworzony obraz Polski.


Mam przyjaciela, osobę wierzącą. W naszych rozmowach niewiele jest o wierze, ale czasami zdarza się nam rozmawiać o Bogu. Za jego zgodą wklejam niżej fragment listu otrzymanego w odpowiedzi na słowa biskupa Niemca.

>>Brakuje mi Kościoła. Nie tego z mojej parafii, nie Kościoła byle jakiego, z głupimi kazaniami i beznadziejną spowiedzią, brakuje mi mszy u zakonników, tego spokoju, który tam odczuwam, półmroku i cudnego śpiewu scholi, wyraźnego poczucia tego, w co wierzę: że Bóg jest dobry, jest miłosierny, że jestem ważniejszy niż całe stado wróbli, że zna mnie jak nikt i wie, co jest w moim sercu, że jest ze mną. Tam, w tym półmroku zamykam oczy i czuję, że On jest. (…)

WIEM, że On jest zawsze przy mnie, tylko nie zawsze to CZUJĘ...

I absolutnie Bóg nie jest okrutnikiem. Bóg jest miłością.

Jak można mówić o Jego miłości i straszyć Nim? Brak logiki.<<


W mojej ocenie zarówno cytowany biskup, jak i ten człowiek od kubków, a z nimi pewna część wiernych i hierarchów, powinni od mojego przyjaciela uczyć się chrześcijaństwa, ponieważ to, co sami wyznają, jest jaskrawym zaprzeczeniem nauki Jezusa z Nazaretu.

Ktoś powiedział, że chrześcijanie nie palą już ludzi na stosach nie dlatego, że mają nakazaną miłość bliźniego, a dlatego, że tej miłości nie pozwala się im okazywać.

Gorzkie słowa i oczywiście dotyczące tylko części chrześcijan, ale ich prawdziwość potwierdza historia Kościoła. Wypowiedzi tych dwóch ludzi, o których napisałem, budzą obawy o losy niewierzących w świecie przez nich rządzonym. Wierzących też.

Gorzką prawdą jest nadawanie tonu nie przez te miliony chrześcijan wierzących w dobrego Stwórcę, jak wierzy mój przyjaciel, a przez tych nielicznych, którzy cechy swojego zimnego i okrutnego serca przypisują Bogu.

Niech więc prawdziwe będzie stwierdzenie zawarte w tytule artykułu, którego fragment cytowałem.

Ludzkość tylko zyska na tym.


Jestem zniechęcony zmianami w Strajku Kobiet.

Od początku nie podobały mi wulgaryzmy, jeszcze bardziej zbliżanie się do kościołów, a szczególnie próby wchodzenia do środka.

Rozumiem, że czasami, odczuwając bezsilność, brak wpływów na los swój i swojego kraju, patrząc na poczynania rządzących, chciałoby się zakląć. Mnie to się zdarza, ale gdy jestem sam albo w rozmowie z kolegą. Wiadomo, że nie można wykrzykiwać przekleństw na ulicy, bo natychmiast będzie się miało przypiętą paskudną etykietę. Wiadomo, że niechby nawet zbliżenie się do kościołów obudzi w jakiejś części wiernych odruch obrony podsycany przez wpływowe osoby. Wiadomym było, że będzie mowa o profanacji, o legionie bojowników stojących na straży murów, wartości i świętości, więc po jaką cholerę podchodzili do katolickich świątyń??

Protest był przeciwko zakazie aborcji – i na tym należało poprzestać. Rozszerzenie żądań aż do dymisji rządu jest niezrozumiałe i doprowadzi, wespół z tamtymi dwoma błędami, do przegranej kobiet.

Niestety.

Na pocieszenie dodam, że w moim przekonaniu wygrana ludzi Kościoła (a chyba też i rządu) będzie iluzoryczna i krótkotrwała, ponieważ ich poczynania prowadzą do przyśpieszonego odchodzenia ludzi, zwłaszcza młodych, od Kościoła.

środa, 11 listopada 2020

O moich książkach na blogu "Subiektywnie o książkach"

061120

W ostatnich tygodniach sporo o moich książkach pisała Wioleta Sadowska, właścicielka bloga „Subiektywnie o książkach”. Niżej zamieszczam linki i parę słów uzupełnień.

Pierwsza ukazała się zapowiedź książki „Miłość, muzyka i góry”.

Pamiętam swoją niepewność po wysłaniu książek do Wiolety, ponieważ wiedziałem od niej, że napisze recenzję tylko wtedy, gdy książkę dobrze oceni; pamiętam też późniejszą ulgę, gdy się zgodziła.

* * *

Po kilku dniach pojawił się na blogu fragment książki.

Przyznam, że jego wybór nieco mnie zaskoczył, ale w końcu wybierała kobieta, a nie raz pisałem, że ciekawią mnie kobiece wybory.

* * *

Na początku września pojawiła się recenzja książki o Jasiach:

Jej autorka zwraca uwagę na nierealność historii Jasiów, a ja, czytając te słowa Wiolety, nie wiem po raz który zastanawiałem się nad swoimi decyzjami i wyborami. Nadal nie jestem pewny, wydaje mi się tylko, że tworząc fantastyczne realia, chciałem oddzielić historię tych dwojga od świata, na który patrzę. Uczynić ich samych i ich uczucie niezależnymi od realiów, którym sam podlegam, w tym także niedostatków serca. Inaczej mówiąc: uciekając od prawdy o naszym większym pragnieniu niż umiejętności kochania. Moi bohaterowie nie mają takich niedostatków.

Dodam jeszcze, że tekst tej recenzji, jak i późniejszych, o górskich książkach, opublikowane zostały także na wielu innych stronach, na przykład Lubimy czytać czy Biblionetka, oraz na stronach większych hurtowni książek.

* * *

Wioleta ogłosiła też konkurs, a pytanie konkursowe ja sam zaproponowałem. Później okazało się za łatwe, ponieważ odpowiedź na nie podsuwały Google. Czasami nie nadążam za zmianami w szybkości i łatwości dostępu do wszelkiej informacji dostępnych dzięki Internetowi i Googlom.

Pojawienie się Jasi skojarzyło się Janowi z nieco podobnym pojawieniem się Harey w "Solaris" Stanisława Lema. Patrząc na nią, powtarzał w myśli imię bohaterki tej znanej powieści. Myślałem o wyjaśnieniu związku, o pokazaniu podobieństw, ale stanęło na prostym pytaniu: kim była Harey.

Ciekawi mnie, ilu czytelników zna powieść, o której myślałem pisząc słowa cytowane w konkursie...

* * *

Udzieliłem też wywiadu, a jakże!

Odpowiedzi na pytania są łatwe, jeśli mam czas na ułożenie odpowiedzi. Byłoby dużo trudniej, gdybym miał odpowiadać a vista, ponieważ mój język codzienny jednak znacznie się różni od poznanego przez Was tutaj, na blogu.

* * *

W końcu września pojawiła się informacja o książkach górskich, czyli o "Sudeckich wędrówkach" i o "Górach Kaczawskich słowem malowanych".

Z tej okazji otrzymałem list, w którym przeczytałem o przyjemności, z jaką Wioleta czyta moje książki o górskich wędrówkach. Dziękuję, Wioleto. Myślę, że każdy autor łasy jest na takie pochwały.* * *

W parę dni później ukazała się recenzja książki "Sudeckie wędrówki".

Tekst autorka zaczyna cytatem:

"W górach, na szlaku, nie ma rozterek zmordowanego i spragnionego serca, jest tylko droga przede mną – cel, sens i spełnienie".

Po kliku latach od napisania tych słów i upublicznienia w wydrukowanej książce, wyraźniej niż wcześniej zdaję sobie sprawę z ich wymowy. One są prawdziwie moje, a jak bardzo, zrozumieją ci, którzy dobrze mnie znają. Inni mogą się tylko domyślać.

* * *

Następna recenzja była o książce „Góry Kaczawskie słowem malowane”.

Wiedząc z własnego doświadczenia, że czasami trudno jest napisać teksty o dwóch podobnych książkach, byłem ciekawy, jak poradzi sobie Wioleta. Nie doceniałem jej. Tekst zyskał uznanie redakcji Biblionetki. To książkowy portal, na którym jestem zarejestrowany od piętnastu lat. Był czas, gdy byłem tam obecny codziennie. Od paru lat rzadziej tam zaglądam, ale więzów nie zerwałem. Sprawdzam, co się dzieje na mojej autorskiej stronie, ale i czasami coś publikuję. Zauważyłem, że tekst Wiolety jest polecany przez redakcję. Wioleto, gratuluję i dziękuję.

* * *

Zapytany odpowiedziałem, że oczywiście mogę napisać coś a propos wyboru cytatów dokonanego przez Wioletę. Odebrany zbiór przeczytałem z ciekawością, wszak był to wybór kobiety, a faceci wiedzą, że kobiece wybory potrafią czasami zaskakiwać.

Wybrałem po jednym cytacie z obu książek i temat rozwinąłem, także przez dodanie swoich cytatów a propos. Całość, ładnie opracowana graficznie, ukazała się na blogu „Subiektywnie o książkach”.

* * *

Później rozmawialiśmy o planowanym konkursie. Cały problem z pytaniami konkursowymi jest w łatwości dostępu do informacji dzięki Googlom i Internetowi, a niejako z drugiej strony wiadomo, że pytania nie mogą być zbyt trudne, fachowe, bo przecież konkurs ma być zabawą czytelników, którzy nie są specjalistami. 

Zaproponowałem pomysł podsunięty mi kiedyś przez Anię Kruczkowską: napisania paru swoich zdań na zadany temat. 

Byłem zaskoczony dowiadując się, że mam być jurorem. Zadaniem konkursowym był opis dnia spędzonego za miastem. Wybrałem wypowiedź ułożoną w wiersz, ale ile miałem przy tym wątpliwości, tylko ja wiem. 

* * *

Oczywiście Ania Kruczkowska cały czas prowadzi fanpage historii o Jasiach, ale i wiele jest na tej stronie odniesień do książek „górskich”.

Aniu, dziękuję Ci stukrotnie za Twoje starania.

* * *

Na Allegro sprzedaję po atrakcyjnej cenie zestaw trzech moich książek.

 

piątek, 6 listopada 2020

Jesienny dzień na Pogórzu Kaczawskim

 081020

Proboszczów, Twardocice, pomnik schwenckfeldystów, polami pod Ostrzycę, wokół góry, wejście szlakiem na szczyt, powrót do wioski.

W drugim dniu wspólnego włóczenia się po Sudetach zaciągnąłem Janka w swoje góry. Wiadomo przecież, że wszędzie dobrze i ładnie, ale u siebie najlepiej i najładniej. Gdzie konkretnie? Po raz trzeci na pogórze, w okolice Twardocic, wszak wiele jest tam jeszcze zakątków i dróg mi nieznanych.

Jedną z nich poszliśmy nastawieni nie tyle na dojście w określone miejsce, co na patrzenie i zobaczenie jak najwięcej. Było pogodnie, kolorowo, jesiennie. Często zatrzymywaliśmy się coś oglądając, gdzieś patrząc, robiąc zdjęcia albo gadając. Dobrze się nam szło.

Rytmiczny, głośny i tak charakterystyczny dźwięk kazał nam podnieść głowy. Nisko leciały dwa żurawie.

– Para – powiedział Janek.

Wyciągnięte jak struny sylwetki tych wielkich ptaków, dźwięk ich lotu, myśl o ich odlocie jako symbolu końca ciepłych dni, zrobiły na mnie duże wrażenie. Widok klucza żurawi, ich klangor, ów przejmujący krzyk zwiastujący listopadowe szarugi i bliską zimę, jest przejmujący i jednocześnie wspaniały. Budzi nostalgię, smutek i pragnienie zabrania się z nimi gdzieś daleko, bliżej słońca, ale też pojawiają się niewyrażone słowami myśli o niezmiennym rytmie przyrody, o odwiecznych jej prawach, a jeszcze głębiej nutki pocieszenia i nadziei.

Z wioskowej uliczki skręciliśmy w drogę obiecującą zaprowadzić nas do pomnika schwenckfeldystów.

Nie wiedziałem, kim są; może ruch religijny, może nazwa oddziału wojskowego? Później dowiedziałem się, że byli to chrześcijanie mieszkający w tamtej okolicy, a wystarczającym powodem do ich prześladowań były niewielkie odmienności dogmatyczne, na przykład nieuznawanie chrztu dzieci czy transsubstancjacji. Nie wyjaśniam znaczenia tego pojęcia, ponieważ dotyczy dogmatu wiary, więc chrześcijanin powinien je znać.

W moim widzeniu różnice dogmatyczne między odłamami chrześcijaństwa bywają tak drobne, że czasami trudno je zrozumieć, jednak tej grupie wiernych, która miała więcej wyznawców i bliższe kontakty z władzami, zawsze wystarczały do usprawiedliwienia prześladowań a nawet mordów.W drugiej połowie XVIII wieku nieliczna grupa schwenckfeldystów wyemigrowała do USA. Ich potomkowie żyją i nadal wyznają swoją wersję chrześcijaństwa. Nie zapomnieli o przodkach i braciach w wierze: pomnik i tablica pamiątkowa są odrestaurowane na ich koszt.

Myśl o tych ludziach powróciła kilka godzin później, na zboczu Ostrzycy, gdzie przy rozwidleniu szlaków stoi tablica informacyjna. Przeczytałem o micie tłumaczącym sporą ilość mieszkających w okolicy chrześcijan nie będących katolikami. Otóż Szatan, lecąc do piekieł z workiem wypełnionym potępionymi, zaczepił o szczyt Ostrzycy. Worek się rozpruł, a innowiercy rozsypali się po okolicznych wsiach. Dla mnie to nie jest urocza stara baśń, a oznaka pychy i zarozumialstwa.

Takie opowiastki tworzone były pod wpływem nauczania Kościoła wmawiającego ludziom, że tylko oni są prawi, tylko u nich zbawienie, reszta błądzi albo nawet jest nasieniem Szatana godnym pogardy i potępienia. Zaznaczyć mi tutaj trzeba ponownie, że oskarżani i oskarżający, dręczeni i dręczyciele, byli chrześcijanami. 

Oto moralność organizacji, której funkcjonariusze chcą nas uczyć, jak się godzi postępować w życiu! 

Dość o nich, trzeba mi wrócić na pogórzańskie pola, znaleźć tam uspokojenie i oczyszczenie.

Pomnik stoi w niewielkim lasku na łagodnym zboczu rozległego pagóra. Wystarczy kilka kroków, by stanąwszy na skraju otwartej przestrzeni, móc patrzeć w dal.

 Tu i tam rozległa, wyrównana pługiem, płaszczyzna pola załamuje się tworząc niewielkie wypiętrzenie, nierzadko podkreślone uskokiem lub mały wyrobiskiem kamieniołomu. Miejsca te są zawłaszczane przez drzewa i krzewy – malutkie wysepki różnorodności na monokulturowych plantacjach. Rosną tam dęby i jesiony, brzozy i jarzębiny, klony i osiki, dzikie róże, czarne bzy, tarniny, jeżyny i oczywiście głogi. W koronach drzew widuję całe chmary ptaków, czasami wystraszona sarna wyskoczy spomiędzy krzewów i popędzi na pole, a za nią klucząc pokica zając. Urocze miejsca. Ilekroć jest okazja, zbaczam ze szlaku i poznaję je z bliska. Tak oglądane nie tracą na urodzie, chyba że jakiś wandal wyrzuci tam stos starych opon albo pordzewiałą lodówkę, co się zdarza wcale nie rzadko.

Idąc brzegiem ogromnego pola, patrzyłem na pracę dwóch wielkich traktorów ciągnących duże zestawy narzędzi rolniczych. Zdaje się, że jeden orał ściernisko i od razu rozdrabniał skiby, drugi chyba siał i coś jeszcze robił. Będąc chłopakiem trochę nauczyłem się orać konnym pługiem. Pamiętam ten mozół, to bardzo powolne przybywanie zaoranej części pola. Dzisiaj patrzyłem na dwie maszyny, które w godzinę zrobią więcej, niż tamten oracz sprzed półwiecza przez kilka dni żmudnej i ciężkiej pracy. Ceny większego z widzianych ciągników przypadkowo znam, zaczynają się od miliona. W dwóch wielkościach: wysokich cen urządzeń z jednej strony, a niskich cen mąki czy kaszy z drugiej, wydaje się tkwić sprzeczność, jednak pogodzenie i wyjaśnienie jest. To masowość już nawet nie hodowli, a po prostu na pół przemysłowej produkcji.

Myśl ta wróciła kiedy szliśmy obok pola kukurydzy. Zawsze z fascynacją patrzę na tę roślinę, tak starannie wyselekcjonowaną przez ludzi. Jej niesamowity wysiłek skutkuje ogromną ilością kolb z nasionami. Sprawdzałem, z hektara zbiera się około dziesięciu ton nasion. Dziesięć tysięcy kilogramów z pola sto na sto metrów!

Czasami szkoda mi tych roślin. Dziwne, prawda?

Najpierw drogą, później polem, przy granicy lasu, poszliśmy pod Ostrzycę, do znanego mi widokowego miejsca. Siedząc na miedzy oddawałem się swojemu ulubionemu zajęciu: patrzeniu na kaczawskie górki.

Po drugiej stronie góry są wielkie pola, na których mają źródła dwa strumienie. Chciałem je odnaleźć i poznać, ale zobaczyliśmy ciągniki orzące ziemię i uznaliśmy, że łażąc tamtędy, będziemy intruzami, a i pora była już późna. Mam nadzieję na poznanie tych źródeł w zimie.

Byliśmy blisko szczytu góry i niewiele niżej, jakże więc go ominąć? Poszliśmy.

Niskie słońce uciekało z dolin w górę, gdy stanęliśmy na szczycie. 

 Widok tych wszystkich gór, tak dobrze mi znanych, przywołujących tyle wspomnień, pól zdobionych zagajnikami, odległych wiosek z czerwonymi dachami domów wrośniętych w ziemię, mam nadzieję zapamiętać na zawsze.

Chciałbym też zapamiętać widok nitki drogi biegnącej u stóp góry i drzew wzdłuż niej. Widziałem je parę razy, w słońcu i w chmurny dzień, ostatnio rok temu w czarownej godzinie stawania się dnia – widok wart pędzla mistrza.

Przemierzane drogi i ścieżki są moje tak, jak dokonywane wybory. Są symbolem mojej ziemskiej wędrówki.

Janek jak zwykle wypatrzył jakieś malutkie roślinki wtulone z bazaltowy załom, a ja zauważyłem obok długi korzeń rozpychający się w skalnej szczelinie. Jakże przemożne jest dążenie życia do trwania w każdym możliwym miejscu! Pokręciliśmy się jeszcze po niewielkim gołoborzu pod szczytem góry, przyjrzałem się oryginalnie wykrzywionej lipie tam rosnącej, z odrostami bardzo podobnymi do jesionowych, i zarządziliśmy powrót.

Kończył się ósmy dzień mojej sudeckiej włóczęgi, kończył urlop. Wkrótce, bo już za kilka miesięcy, mam wrócić do domu, na Lubelszczyznę. Na myśl o tej zmianie mam ambiwalentne odczucia radości i smutku.

Będę bliżej mojej rodziny, ale dalej od moich gór.
























 

poniedziałek, 2 listopada 2020

Wieża, jary i buki





071020

W Górach Wałbrzyskich

Z Jedliny Górnej: Przełęcz Kozia, Przełęcz pod Borową, Rozdroże pod Borową, Rozdroże Ptasie, Borowa. Zejście do Przełęczy Koziej, żółtym szlakiem na Zamkową Górę, a stamtąd do starego kamieniołomu w okolicach Małego Wołowca. Powrót do wioski. 




Pomysł na trasę był Janka, mnie zostało przytaknąć, co łatwo mi przyszło, skoro byłem ciekawy wieży na najwyższym szczycie Gór Wałbrzyskich.

On też wypatrzył wąziutką uliczkę, którą mogliśmy dojechać na parking niedaleko Przełęczy Koziej. Będąc na jej siodle, zauważyłem prace ziemne, jakby przygotowania do budowy domów. W wielu wioskach sudeckich, nierzadko na odludziu, daleko od centrum, widzę nowe domy albo i mini osiedla. Najwyraźniej ludzie mają dość mieszkania w miastach. Miejsce pod przełęczą jest ładne, ale nie wiem, jak w śnieżną zimę mieszkańcy wjadą pod górę, i czy za szybko nie zjadą.

Na samej przełęczy jest rozdroże szlaków; stamtąd najkrótsza droga na szczyt Borowej jest tak stroma, że zgodnie uznaliśmy szlak okrężny za bardziej nam pasujący. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę, ponieważ cała droga, wygodna i niemęcząca, była po prostu ładna lasami, miejscami widokowymi i ukształtowaniem gór. Wałbrzyskie nie są wysokie, najwyższe szczyty mają sporo poniżej kilometra, ale ich ukształtowanie jest odmienne od kształtów kaczawskich gór. Zbocza są tutaj strome, doliny między nimi głębokie, a dzięki takiemu połączeniu ma się wrażenie wędrowania górami wyższymi i bardziej dzikimi, niż są w istocie. Nasza droga trawersowała jedno z tych stromych zboczy, i jeśli stojąc na jej brzegu spojrzy się w dół, trudno zobaczyć dno ciemnego jaru o bardzo stromych ścianach. Czasami słyszałem strumień płynący dnem, ale zejście tamtędy, jak i wieloma innymi miejscami poza szlakiem, byłoby trudną przeprawą. Głębokość jaru widać na mapie po poziomicach zboczy Borowej i Suchej.

Wieża na szczycie tej pierwszej spodobała mi się swoją nietypową konstrukcją. Pozwolę sobie na kilka słów wstępu.

Kiedyś budowano mosty wiszące w sposób klasyczny, jak ten sławny Golden Gates Bridge w San Francisco: od dwóch lin rozwieszonych między potężnymi słupami (czyli pylonami) zwisają dwa rzędy pionowych lin trzymających konstrukcję mostu. Proste, logiczne i celowe rozwiązanie.



Niedawno uznano taką konstrukcję za banalną, nieoryginalną, i zaczęto stosować skośnie biegnące liny bezpośrednio łączące pylony z mostem. Najbardziej znanym przykładem w naszym kraju jest wielki, robiący niebagatelne wrażenie i ładny, przyznaję, Most Rędziński. Ilekroć nim przejeżdżam, a jedzie się wzdłuż szpaleru potężnych lin i między nogami pylonu wysokości stu dwudziestu metrów, jestem pod wrażeniem jego wielkości i śmiałości rozwiązań technicznych. Bo trzeba wiedzieć, że taka konstrukcja jest trudniejsza do zaprojektowania i wykonania, a jej warunki pracy są cięższe. Proszę zwrócić uwagę na mały kąt najdłuższych lin trzymających jezdnię. Ich naciąg bardziej zgniata konstrukcję ściskając ją w poziomie, niż ją dźwiga, ale czegoż nie robi się dla wyglądu i oryginalności!





Wieża na Borowej w pewien sposób jest podobna do tego wrocławskiego mostu: projektant chciał zrobić niebanalną konstrukcję, co się mu udało. Stalowe profile, popularnie nazywane hebami od kształtu ich poprzecznego przekroju, jakby były skrzywione, owijając się wokół wieży. Pierwszym wrażeniem jest skręcanie się konstrukcji na podobieństwo korkociągu, jej chwiejności, ale po dokładniejszym przyjrzeniu widać zamysł autora i stabilność wieży. Oczywiście zwróciłem uwagę na szczegóły wykonania, ale jedyne drobne niedoróbki znalazłem na ażurowych podestach i w wykonaniu pewnych niewielkich elementów usztywniających. Dodam jeszcze, że wieża kosztowała okrągły milion złotych. Sporo, jednak trzeba zdać sobie sprawę z naprawdę dużych kosztów montażu takiej konstrukcji na szczycie góry, a wcześniej transportu wielu ton materiałów.Jej kształt przypomina rozchylony kielich, w efekcie poręcze są odsunięte od podestu. Kiedy stoi się tam, powraca wrażenie niestabilności konstrukcji i niepewności zabezpieczeń; nie jest to wada konstrukcji, może nawet wprost przeciwnie – zaleta dodająca dreszczyku emocji do uroków krajobrazu. Widoki są panoramiczne i bardzo rozległe, o ile oczywiście będzie dobra przejrzystość powietrza. Nam się trafiła taka… średnia, ale z najdalszej dali parę gór zdołałem wyłuskać.



Na Przełęcz Kozią wróciliśmy schodząc wspomnianym stromym zejściem o nachyleniu około 40 stopni. Na szlaku leżały luźne kamienie i zdradzieckie gałęzie przysypane liśćmi, tu i ówdzie dla odmiany była mokra i śliska ziemia. Chyba jednak wejście po takim zboczu jest łatwiejsze od zejścia. Bardziej męczące, ale łatwiejsze.

Ładną dróżką, z miejscami widokowymi, poszliśmy na Zamkową Górę, która nazwę wzięła zapewne od ruin zamku na szczycie.Kolejne ruiny zamku, i po raz kolejny pomyślałem, że gdyby ludzie nie niszczyli z takim zapałem tego, co zbudowali inni ludzie, ta budowla mogłaby do dzisiaj służyć i cieszyć oczy.

Górę porasta piękny las bukowy, a nie brakuje ich i przy szlaku. Są wśród nich prawdziwe okazy o metrowych średnicach, a wyżej, gdzie warunki są trudniejsze, rosną buki fantazyjnie powykrzywiane reumatyzmem górskim.

Przy ruinach jest nieco otwartej przestrzeni z ładnym widokiem na Borową. Jak się zorientowałem, właśnie z tego miejsca jest szczególnie często fotografowana. Nie dziwię się, skoro wielkość góry i stromość zboczy stamtąd widziane czynią niemałe wrażenie.

Ustalając trasę, Janek wypatrzył nieco dalej, za Wołowcem, duży kamieniołom i widokowe miejsce opodal. Poszliśmy. Stare wyrobisko znaleźliśmy bez problemu, ze znalezieniem miejsca widokowego było gorzej. Sporo tutaj mojej winy, ponieważ całe przygotowania zwaliłem na Janka do tego stopnia, że nawet swojej nowej mapy nie zabrałem. Co prawda i czasu miałem bardzo mało, ponieważ dzień wcześniej późno wróciłem z Gór Kaczawskich.

Drogę zaznaczoną na mapie i prowadzącą w dobrym kierunku udało się nam znaleźć, zarośniętą i ledwie widoczną na zalesionym zboczu, a doszliśmy nią do szutrówki. Której? Tej, czy tej? Mieliśmy tylko jedną starą mapę, a mój smartfon zbiesił się, nie potrafiąc zdecydować, w którym miejscu jesteśmy. Zapytane o drogę dwie panie namieszały nam w głowach jeszcze bardziej, pokazując ewidentnie niewłaściwy kierunek. Czuliśmy już w nogach kilometry i podejścia, więc poszukiwania odłożyliśmy na inny dzień i przecinając leśny masyw Małego Wołowca zeszliśmy do wioski.

Mam nadzieję na ocalenie w pamięci widoków stromych zboczy tych gór i ich ciemnych jarów. 

PS

Cholery dostaję, i to nie byle jakiej, bo jasnej, kiedy mam do czynienia z nowym oprogramowaniem służącym do publikowania postów. Funkcje pochowane są pod miniaturowymi, w części nieczytelnymi ikonkami, ignorowane są polecenia i samoczynnie zmieniane ustawienia. Nie można naraz wgrać wszystkich zdjęć, bo znikają, ani sprawdzić działania linku. Nie można zmienić wielkości i kształtu liter, a za to trzeba ręcznie wstawiać spacje między tagi, ponieważ przy ich wpisywaniu spacje są automatycznie kasowane.

To tylko niewielka część ogólnego popaprania. Nie znajduję w tych zmianach ani jednej na lepsze. Po co to zrobiono? Ile tysięcy, a może milionów, kosztowały te zmiany? Czy naprawdę w  Googlach nikt nie widzi tego brakoróbstwa?

Ogłaszam wielki konkurs z równie wielką nagrodą.

Daję konia z rzędem temu, kto udzieli mi odpowiedzi na powyższe pytania.

Gratis też dorzucę, a co!: uścisk mojej dłoni i przyznanie się do swojej ślepoty, czyli niedostrzegania zamysłów PT programistów.