Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą programy komputerowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą programy komputerowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2026

Góry Świętokrzyskie, cz. I

 23 - 270826

 Na zdjęciu Łysica widziana ze zbocza Wymyślonej.

Ten wyjazd, pięć dni wędrówek w pobliżu Kielc, był moim powrotem w najniższe polskie góry po 32 latach nieobecności. Kiedy rok czy dwa lata temu zdecydowałem się pojechać, pojawiały się przeróżne przeszkody, z których największą jak zwykle była fenicka dolegliwość (mówi się, że Fenicjanie wymyślili pieniądze, ale wymyślili ich za mało), w końcu udało mi się wyjechać. Na krócej niż planowałem, ale jednak.

 W te góry podróż samochodem z domu zajmuje trzy godziny, więc oczywiście po przyjeździe od razu poszedłem na szlak, podobnie było ostatniego dnia. Ofert noclegów jest tak wiele, że… trudno wybrać, zwłaszcza że z niektórymi właścicielami lokali kontakt jest tylko przez jakieś dziwne strony, a reklamowane „tanie noclegi” częstokroć kilkukrotnie przewyższają nie tylko moje limity cenowe ale i rozsądek. Nocleg miałem parę kilometrów od najwyższej góry, czyli Łysicy, a jaki on był, widać na zdjęciach. Z lokalu kosztującego mnie 100 zł za dobę byłem zadowolony.

Góry Świętokrzyskie są niskie, sporo niższe nawet od Kaczawskich. Masywy górskie są niemal całkowicie zalesione, a szerokie i raczej płaskie doliny między nimi gęsto usiane wsiami. W rezultacie tam, gdzie różnice poziomów chociaż trochę przypominają góry, dalekich widoków jest niewiele albo wcale, a doliny przypominają bardziej wyżyny, i to z tych niskich, niż góry.. Można znaleźć ładne miejsca, kilka z nich poznałem, więcej widziałem z daleka, ale są wysepkami odmienności, z których nie ułoży się całodziennych tras bez dłuższych ich fragmentów biegnących ulicami nader licznych tam wiosek lub lokalnymi szosami, których, jak wszędzie, jest dużo przybyło w ostatnich latach. Te góry są świetne dla ludzi lubiących iść lasami i pokonywać długie dystanse łatwych szlaków, nieco gorsze dla tych, którzy chcieliby iść – jak ja – odkrytymi i urozmaiconymi zboczami patrząc na odległy widnokrąg, a jeśli bliski, to ograniczony skalnymi ścianami. Oczywiście takie miejsca też są, na przykład zbocza Domaniówki o których napiszę później, są też liczne miejsca klasycznie górskie poukrywane w lasach porastających poszczególne pasma wzniesień. Kilka z nich poznałem, a do paru chciałbym wrócić, bo mnie po prostu zauroczyły. Wiele jest wapieni w tych górach, a że te skały są z biegiem czasu rozpuszczane i wypłukiwane przez wodę (czyli, fachowo mówiąc, ulegają procesom krasowienia), sporo jest jaskiń, a i morfologia niektórych gór zyskuje na rozmaitości i atrakcyjności.

Masywy Łysicy i Łysej Góry (nota bene, ani jedna, ani druga góra łyse oczywiście nie są) porastają stare lasy, prawdziwe puszcze jodlowo-bukowe. Wrażenie czynią niemałe strzelistością drzew, rośnięciem na skalistych stokach, świecącymi w słońcu wysokimi koronami buków, nieba sięgającymi szczytami jodeł, swoim cienistym i wilgotnym chłodem – słowem: magią naturalnego wiekowego lasu górskiego.

Jak to w górach, są też kamieniołomy – stare, przejmowane przez naturę, ale i nadal działające. Jedne i drugie są warte zobaczenia. Widziałem, bądź tylko czytałem, o licznych innych atrakcjach turystycznych, jak muzea, park miniatur, zabytkowe budowle, od drewnianych chałup chłopskich po zamki królewskie, ale ci, którzy zaglądają do mnie tutaj wiedzą, że takie miejsca nie są w centrum moich zainteresowań. Idę by mieć niebo nad sobą, przestrzeń ogromną wokół, patrzeć na zmienne krajobrazy, dzikie skały, wielkie drzewa i małe roślinki. Dzieła ludzi zostawiam innym.

Zapraszam na wędrówkę po Górach Świętokrzyskich w trzech odsłonach.

Obrazki ze szlaków.

 
Świetlisty, bajecznie kolorowy, błyszczący rosą wczesny ranek. Właśnie wychodziłem z pokoju zaczynając dzień. Wracając pod wieczór od strony pól, poznałem tylną część posesji. Rośnie tam szpaler brzóz. W niskim już słońcu wyglądały cudnie.

Dodam tutaj, że aurę miałem wymarzoną: bez deszczu, z niewielką ilością chmur i temperaturą w okolicach dwudziestu stopni.

 Na tym zdjęciu lewa góra to Wymyślona, prawa Radostowa – nie najmniejsze górki świętokrzyskie. Dobrze tutaj widać skalę wysokości tych gór.

 Góra Wymyślona była pierwszą, na jaką wszedłem, skuszony znakiem widoku na mapie, co raczej nie jest częste pod Kielcami. Faktycznie, widok jest i to bardzo ładny. Na zdjęciu wyżej widać owe miejsce, a niżej widoki z niego.


 Po paru dniach poszedłem na to miejsce ponownie, tym razem inną drogą, nieoznakowanymi, a w praktyce istniejącymi tylko na mapie dróżkami polnymi. Udało się dzięki uprzejmości właścicielki posesji, wiekowej pani z którą uciąłem sobie dłuższą pogawędkę, przeszedłem przez jej podwórze i dalej polami doszedłem do widokowego miejsca. Tutaj ciekawostka: posesja jest u stóp góry Wymyślona, przy ulicy Wymyślona, w wiosce… tak, dobry domysł, w wiosce Wymyślona. Na pewno zabrakłoby mi inwencji, aby wymyślić taki kalambur. Nie jedyny: chcąc wejść na szczyt Zelejowej pojechałem do wioski Zelejowa, na koniec ulicy Zelejowa i tam, na parkingu, zostawiłem samochód. Parking nie miał nazwy „Zelejowa”. A może miał, tylko nie zauważyłem.

Kiedy siedziałem na stoku Wymyślonej, z lasu wyszła para z plecakami. Biegnie tam popularny szlak, wychodzi z lasu i po kilku metrach ścieżka ponownie zanurza się między drzewa. Ona zatrzymała się na chwilę, jej towarzysz zwrócił uwagę, że mają napięty plan na dzisiaj. Po kilku sekundach poszli dalej. Cóż, można i tak, ale co będzie, gdy osiągnięty przez nich cel marszu nie spełni oczekiwań? Co im wtedy zostanie z całego dnia chodzenia po wertepach? A jeśli nawet spełni, to czy ta chwila satysfakcji z dojścia nie jest zbyt krótka wobec długości i pojemności dnia?



 Zabudowa kieleckich miejscowości
zmieniła się radykalnie w ciągu trzech dekad mojej nieobecności. Dużo jest nowych domów, a są dokładnie takie same jak na Lubelszczyźnie czy Dolnym Śląsku. Wygląda na to, że jedna czy dwie firmy sprzedające projekty domów mają u nas pozycję monopolistyczną. Starsze domy są odnowione, a zaniedbanych jest bardzo mało. Zamożność widać na każdym kroku, także w ilości ulic i chodników nawet na krańcach małych wiosek.

 Domy z dala od wiosek. Takie są stawiane nie tylko w tamtych stronach. Ludzie chcą spokoju, a mieszkanie w swoim domu nie gwarantuje ciszy, skoro na typowym osiedlu dom od domu stoi w odległości czasami ledwie dziesięciu metrów. Któregoś dnia przechodziłem obok dudniącej posesji: właściciel wystawił głośniki na dwór i podkręcił wzmocnienie. W efekcie po przejściu paru setek metrów jeszcze słyszałem okropny łomot w stylu „majteczki w kropeczki”.





 
Dla odmiany: malownicza, swojska, przypominająca roztoczańską, dróżka biegnąca brzegiem pól i lasów. Pusta, cicha, nieoznakowana, bez turystów. Mogłaby być dłuższa.

Cyferkowe podsumowanie: przejechałem 490 km a przeszedłem 85. Na szlakach byłem 50 godzin, pokonałem różnice poziomów o łącznej wysokości 2 i pół kilometra, czyli wszedłem na niemal tysiącpiętrowy drapacz chmur. Używany przeze mnie program ciekawie liczy przewyższenia. Nie ma ciśnieniomierza, a pokonane różnice poziomów liczy według poziomic zaznaczonych na mapie i mojej pozycji ustalanej wskazaniami systemu GPS. Tyle że liczy paranoicznie. Od początku było jasne, że wskazania zawyża, dlatego przez pewien czas obserwowałem bieżące wyliczenia chcąc się dowiedzieć, gdzie maszyna licząca robi błąd. Otóż robi, chociaż nie maszyna, a człowiek, który kazał jej tak liczyć: po wejściu na wzgórze o wysokości na przykład sto metrów od podstawy, maszyna pokaże, że szedłem pod górę 100 metrów, ale i uzna, że tyle samo metrów schodziłem. Jeśli tą samą drogą zejdę, maszyna pokaże owe zejście, ale i doda tyle samo wejścia pod górę. Czyli szedłem pod górę 100 m, z góry 100 m, a maszyna pokaże podejście 200 m i takie samo zejście. No i teraz moje bezradne pytanie: kto wpadł na tak głupi pomysł? Drugie pytanie: jeśli się pomylił, dlaczego do tej pory błędu nie poprawił? No i trzecie, najważniejsze pytanie: dlaczego w tak wielu używanych przeze mnie programach komputerowym spotykam tak elementarne i nigdy niepoprawiane błędy?? Pytanie jest oczywiście retoryczne.

Garść zdjęć ze szlaku.







niedziela, 7 września 2025

Deszcz, polszczyzna i muzyka

 040925



 
Ranek był chmurny, nieco zamglony, jesienny. Na jednolicie szarym niebie jaśniało blaskiem słońca małe okienko. Patrzyłem na nie ze spokojną, pogodzoną z losem rezygnacją. Patrzyłem tak, jakbym wiedział, że nie można oczekiwać niemożliwego, a tego lata w pełni słonecznego dnia.

 
Godzinę później usiadłem na miedzy i z plecaka wyjąłem kanapki. Nim skończyłem śniadanie, niebo od zachodu pociemniało jeszcze bardziej, dobiegł mnie pierwszy grzmot, a minutę później zobaczyłem na jasnych spodniach szybko przybywające ciemne plamy kropel deszczu. Wrzuciłem wszystko do plecaka i przeszedłszy na drugą stronę wąskiego pola wszedłem między drzewa i tam, na brzegu małych dołów, okryty peleryną, przez godzinę stałem czekając na przejaśnienie. Usiąść nie było gdzie, chyba że na namokniętej ziemi.

Piątek miałem zajęty, sobotę też, więc zdecydowałem się jechać w czwartek. Co prawda ranek miał być pochmurny, ale bez opadów, a na późniejsze godziny pokazywano słońce częściowo zasłonięte chmurkami. Kiedy wieczorem, w przeddzień wyjazdu, mając już przygotowane kanapki i spakowany plecak, sprawdziłem prognozy jeszcze raz, zobaczyłem, że były zmienione; zapowiadano deszcz, ale pojechałem nie chcąc czekać kilka dni. 

Kiedy deszcz ucichł, schowałem pelerynę i wyszedłem spomiędzy drzew. Niebo było jaśniejsze, a nawet pojawił się skrawek błękitu, jednak słońce zaświeciło dopiero kilka godzin później. Na szczęście (dla wędrowca) sucha ziemia zdołała wchłonąć cały deszcz, błota na polach nie było, a na drogach w nielicznych tylko miejscach. Nie chodziło o zabrudzenie butów i ochraniaczy, a o łatwość poślizgnięcia się i upadku na bardzo śliskim mokrym lessie; w praktyce o uciążliwość wolniejszego marszu ze starannym wybieraniem drogi i ubezpieczaniem się kijami.

Mój plan na dzisiaj przewidywał inną trasę, ale kiedy w kwadrans po wyjściu z deszczowego schroniska doszedłem do rozdroża, skręciłem nie w lewo a w prawo, w nieznaną mi drogę; w ten sposób nadałem barw jeszcze jednej białej plamie na mojej mapie Roztocza. Właśnie, mapa! Po powrocie, szykując zdjęcia, skorzystałem z innej niż zwykle; są na niej wyraźniej zaznaczone roztoczańskie doły czyli zdebrza. Rankiem, kiedy zszedłem na dno jednego z nich, zobaczyłem błyszczące mokre liście, a gdy się zatrzymałem, usłyszałem miły dla ucha, przywołujący niemal zapomniane obrazy, szmer spadających kropel deszczu.



 Kilka godzin później idąc polem doszedłem do ściany drzew, a kiedy zajrzałem między nie, zobaczyłem parów ukryty w głębokim cieniu. N
ie szukałem obejścia, przeszedłem go w poprzek, nie był duży ani głęboki, a tak wyglądał w popołudniowym słońcu.

 Późnym popołudniem wróciłem tam, gdzie rano chowałem się przed deszczem. Poznałem te pagórki parę lat temu. Pamiętam tamte pierwsze chwile zauroczenia nimi, właśnie myśl o nich kazała mi dzisiaj wrócić.

 W ciągu dnia parokrotnie przecierałem w dłoniach kłosy zbóż i jadłem ziarna. Próbowałem też nasion prosa i, z gorszym rezultatem, gryki. Jadłem też jabłka i gruszki, sporo znalazłem owoców na plantacji malin, najwyraźniej już po zbiorach. Uznałem, że w sytuacji krytycznej można by się w ten sposób najeść. Myśl ta sprawiła mi przyjemność, chociaż nie wiem, dlaczego. Na zdjęciu łan prosa chyba już dojrzałego do zbioru.

Obrazki ze szlaku


 Siedziałem na miedzy oddzielającej pole z kukurydzą od grykowego ścierniska gdy zaświeciło słońce. Wypiękniały świat uśmiechnął się do mnie, ja do niego.





 Poznałem nowe drogi i nowe zakątki, jak tę miedzę zdobioną brzozą i ładny z niej widok, także zagajnik lipowy z samotną strzelistą sosną. Na pewno odwiedzę te miejsca.




 Samotna brzoza na miedzy, moja nowa znajoma. Widziałem ją w pochmurny ranek i drugi raz w ostatniej godzinie dnia, stąd te kolory wyglądające na zbyt podkręcone.


 Tarasowe pola.


 Samotne drzewo.

 Chwasty w gryce. Polecam ten obraz „miejskim” przeciwnikom oprysków. Owszem, dobre nie są, ale konieczne, chyba że zgodzimy się na dużo wyższe ceny żywności.

 Rzadko widywany rodzaj kapliczki.






 Ostatnia godzina dnia.

Trasa: jak zwykle na zachodnim Roztoczu, między Janowem Lubelskim a Turobinem.

Statystyka: 13 godzin na polach, dystans 18 km.







 

Dopisek.

Często mam kłopoty z obsługą najzwyklejszych nawet programów komputerowych, mimo używania komputera (i telefonu GSM) od dziesięcioleci. Staram się myśleć logicznie, ale zauważyłem, że taka dążność częściej przeszkadza niż pomaga. Nierzadko bywa, że pojawiające się wyjaśnienia nic mi nie wyjaśnia. Podam dwa przykłady.

Kiedy uruchamiam w telefonie program do rejestracji trasy, pojawia się dodatkowy przycisk z takim opisem:

Automatycznie wstrzymaj rejestrowanie, gdy zatrzymasz się na trasie.”

Nie używam go, więc nie wiem, o co w istocie chodzi. Wszak gdy zatrzymam się, trasy nie przybywa a tym samym nie ma co rejestrować. Może więc chodzi o zatrzymanie licznika czasu? Ale wtedy powinno być napisane, że chodzi o czas wędrówki; wystarczyło dodać jedno słowo, by precyzyjnie wyrazić myśl. Jeszcze jedna uwaga: skoro to ja wydaję polecenie maszynie, tekst powinien brzmieć tak: „Automatycznie wstrzymaj rejestrowanie czasu, gdy zatrzymam się na trasie”. Oryginalny jest bez sensu, ponieważ myli podmioty: w pierwszej części zdania ja nim jestem, ja wydaję polecenie telefonowi, a jeśli tak, to w drugiej części mowa jest o telefonie, który „zatrzymuje się na trasie”, a więc uzyskuje sprawczość. Kto i do kogo się zwraca w tym zdaniu, nie wiadomo.

Drugi przykład też jest związany z telefonem. Miałem połączenie przez Whats App, ale nie mogłem odebrać, bo na ekranie pojawiło się takie dziwne zapytanie: „WhatsApp prosi o zgodę na nagrywanie filmu z tobą”. Co to ma być? Jakaś reklama możliwości programu? Dajcie mi teraz spokój, bo mam połączenie. Nacisnąłem „nie” i wszystko znikło. Zadzwoniłem do tej osoby, koniecznie chciała połączenia wideo.

Ale jak go włączyć?

Po prostu naciśnij zieloną słuchawkę.

Aha!

Nie nacisnąłem, bo żadnego przycisku na ekranie nie było. Aplikacja znowu chciała nagrywać jakiś film ze mną czy o mnie. Dopiero po tej powtórzonej sytuacji zrozumiałem, w czym problem. Otóż nie chodziło o nagrywanie jakiekolwiek filmu o mnie, a o zgodę na połączenie wideo, i nie aplikacja chciała takiego połączenia, a mój rozmówca. Dlaczego więc nie zapytano się właśnie o zgodę na takie połączenie? Dla mnie nagrywanie filmu to nie to samo, co połączenie wideo. Słowa mają określone znaczenie i jeśli ktoś je zmienia, uniemożliwia porozumienie. Skoro źle tłumaczy angielski tekst (co jest nagminne) z powodu kiepskiej znajomości ojczystego języka, to może lepiej niech się zajmie czymś innym, mniej związanym z polszczyzną?

Nasz język jest coraz bardziej niechlujny i zaśmiecany angielszczyzną, często bez powodu, to znaczy wtedy, gdy są odpowiednie polskie słowa – i mało kogo to obchodzi.

Złym chwilom można zaradzić. Oto lekarstwo: piękno w czystej postaci.