Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapora Pilchowicka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapora Pilchowicka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lipca 2026

Letni urlop w Sutetach, cz. II

 Przez 15 czerwcowych dni chodziłem po Sudetach. Najwięcej czasu poświęciłem Górom Kaczawskim, ale byłem też kilka dni w Górach Wałbrzyskich i Kruczych, trzy dni chodziłem po wzgórzach Bramy Lubawskiej, poznałem arboretum w Wojsławicach. Aura nie była z tych wymarzonych: większość dni było chmurnych i deszczowych, kilka razy chowałem się przed deszczem albo skracałem wędrówkę, a któregoś dnia wracałem samochodem w czasie tak intensywnej burzy, że chwilami drogi nie widziałem. Były i plusy: ani razu nie przemokłem, a zbyt ciepły był tylko jeden dzień. Przez trzy dni szedłem z zaproszonymi znajomymi, w pozostałe włóczyłem się sam. Po trzecim czy czwartym dniu miałem wątpliwości, czy dam radę chodzić jeszcze tyle dni, ale następne dni dziwnie szybko minęły i z pewnym zaskoczeniem uświadomiłem sobie, że właśnie szykuję się do wyjścia na szlak po raz ostatni. Niewątpliwie pomogła mi deszczowa i chmurna aura, skracając czas wędrówek do około dziesięciu godzin, wobec dwunastu albo i trzynastu w pogodne dni poprzednich letnich urlopów.

 Nie planuję opisów każdego dnia osobno, ale kilka postów na pewno opublikuję. Ten jest drugim z serii o nieznanej jeszcze długości.


Jezioro Pilchowickie.

Zaciekawiony wieścią o spuszczaniu wody, nad jezioro Pilchowickie pojechałem najbardziej popularną drogą, przez wieś Pilchowice.

Aura tego dnia była… hmm, zmienna. Chwilami świeciło pełne słońce, było dość ciepło, a w ciągu paru minut zrywał się porywisty wiatr, nachodziły chmury i zaczynało padać, nawet intensywnie. Dwa razy chowałem się pod drzewami i czekałem na przejście burz, na szczęście krótkotrwałych.

Miałem zamiar zaparkować na jednym z parkingów blisko zapory. Na miejscu okazało się, że nie ja jeden miałem taki plan: nie tylko parkingi były zatłoczone, ale i na każdym skrawku nieco szerszego pobocza wąskich tam dróg stał samochód. Trochę się kręciłem nim zaparkowałem i poszedłem nad jezioro. Zapora od strony elektrowni jest obudowana rusztowaniami, widać jasne, czyste fragmenty kamiennej ściany – efekt prac konserwacyjnych.

 


Poziom wody jest kilka metrów niższy od typowego. Widok karp drzew (tak myślę, ale pewności nie mam) wyciętych przed utworzeniem zalewu, odsłoniętych brzegów, śmieci, a zwłaszcza opon, wysychającego czarnego mułu i wody, która wydaje się być martwa i też czarna, mógłby być scenerią do katastroficznego filmu. Ciekawy, warty obejrzenia, ale nieco przygnębiający widok. W pobliżu mostu kolejowego leżą wraki paru samochodów kiedyś utopionych w wodzie. Zauważyłem, że są one największą atrakcją. Ludzie, także starsze osoby w miejskim obuwiu, schodzili po stromym zboczu na brzeg aby z bliska obejrzeć wraki, widziałem mężczyzn zaglądających do środka kabin jak potencjalni kupujący. Kiedy wracałem, pytano mnie, czy tą drogą dojdzie się do tych samochodów.

 




Na drugi dzień poznałem inną drogę nad jezioro: biegnie od Strzyżowca Górnego i można nią legalnie, o czym informują Lasy Państwowe na stosownych tablicach, dojechać nad samo jezioro. Ściślej nad dużą zatokę na południowym wschodzie. Co prawda ostatnie kilkaset metrów jedzie się szutrówką lub drogą gruntową, ale osobowy samochód przejedzie bez problemów, a zaparkuje się bez opłat i tłoku. Brzegiem, tym dawnym, wyższym i zielonym, biegnie malownicza ścieżka kończąca się na urwisku stromo opadającym do wody. Dno krańca zatoki zdążyło już wyschnąć na wiór, wodę widać paręset metrów dalej.

 





Woda jest spuszczana w celu dokonania przeglądu i ewentualnego remontu zapory, a ta kamienna wielka konstrukcja oraz elektrownia przy niej liczą sobie sto lat. Ciekawe, czy obecnie budowane konstrukcje techniczne będą w tak dobrym stanie po upływie wieku. Czy w ogóle będą się nadawać do remontów?…

Wysokie Skały

 

Na południe od stworzonego przez ludzi Jeziora Pilchowickiego Bóbr przełomem przepływa w poprzek gór. Anglicy zwą takie miejsca kanionami. Nad lewym brzegiem, a więc izerskim, wznosi się skalny masyw Kapitańskiego Mostku, a vis a vis niego, po stronie kaczawskiej, piętrzą się Wysokie Skały. Przełom jest pokaźny, czyni niemałe wrażenie, więc będąc w pobliskim Wrzeszczynie, poszedłem zobaczyć rzekę głęboko w dole i napierające na nią skalne ściany. Droga do Skał jest malownicza, dla niej samej warto było pójść, a po drodze widziałem parę nowych, ładnie wykonanych drogowskazów. Przy jednym z nich postawiono kamień z metalową figurką górskiego wędrowcy – ładna i oryginalna ozdoba zwykłej tablicy. 

 

Zszedłem do połowy Wysokich Skał, tam zobaczyłem liny rozpięte między drzewami rosnącymi na mocno pochyłej ścianie i nie czując się na siłach, stosując naczelną w górach zasadę rozwagi, zawróciłem. Jeszcze kilka lat temu pod górę poszedłbym bez problemów, dzisiaj drapałem się na czworaka, ale wszedłem. Ech, lata, lata.

Obrazki ze szlaku

 

Przyczółki nieistniejącego od lat mostu. Przy tym po drugiej stronie Bobru nadal stoi nad przepaścią znak, widoczny na zdjęciu, zakazujący ruchu wszelkich pojazdów. Skoro nie ma tam ani drogi ani mostu, to jaki jest sens stawiania tam takiego znaku?

 

Zygmunt, pięćsetletni dąb. W kiepskim stanie jest staruszek.Rośnie przy wspomnianej drodze wiodącej do jeziora.


 Górna część Wysokich Skał.

 



Fotki z drogi na Wysokie Skały.

Statystyka.

Aby nie zanudzać, podam łączne dane statystyczne: przejechałem 2350 kilometrów, a przeszedłem 225. Na szlakach byłem 153 godziny. Mapę z zaznaczonymi miejscami wędrówek dołączam niżej, a tutaj napiszę o zbyt szybkim minięciu mi tych dni. Za trzy miesiące, czyli w październiku, wrócę na dłużej, może nawet na całe trzy tygodnie. Mam przecież bezterminowy urlop, trzeba go wykorzystać. 


Droga do jeziora.



Widoki z drogi do jeziora.



Most kolejowy na jeziorem. 
Stacja kolejowa Pilchowice, oczywiście nieczynna, ale słyszałem o planach uruchomienia linii.

poniedziałek, 16 września 2024

Wielka woda i wielkie zaniedbania

 160924

Poruszony jestem obrazami z zalanych rejonów Dolnego Śląska. Patrzę na ładne, zadbane kamienice zalane wodą pod sufity parterów i swoim zwyczajem liczę.

Raczej nie setki, a tysiące domów do remontu. Jak wygląda remont po powodzi? Ponieważ woda jest bardzo brudna, śmierdząca nieczystościami, konieczne będzie wyrzucenie wszystkich mebli, zerwanie podłóg, skucie zamoczonych tynków i długotrwałe, nietanie wysuszenie ścian. A później odbudowa. Koszty? Przynajmniej dziesiątki, częściej setki tysięcy złotych na jedno mieszkanie czy lokal. To nie koniec kosztów. Konieczna będzie operacja wywiezienia i zmagazynowania ogromnej ilości śmieci nie tylko z wnętrz zalanych domów, ale i z ulic oraz naprawa uszkodzonych jezdni, chodników, trawników, wielu instalacji podziemnych, kładek, mostków, etc. To wszystko w szeregu miejscowości, więc pomnożone przez tysiące. Ile w sumie? Nie wiadomo, ale szacunki wskazują już nie na setki milionów a na miliardy. Gdyby te pieniądze, całą górę pieniędzy straconych w tej powodzi, wydać na zapory i zbiorniki, może nie byłoby powodzi? Myślę, że nie byłoby! Czy nie korzystniej wydać na budowę zbiornika przeciwpowodziowego trzystu milionów przeznaczonych na dopłaty do rowerów? Pytanie retoryczne, wszak odpowiedź jest oczywista.

Zawaliła się zapora w Stroniu Śląskim, a wyglądała tak.

Zwracam uwagę na jej wiek: miała ponad sto lat, czyli zbudowali ją Niemcy. Podobną miałem okazję oglądać na Pogórzu Izerskim pod Mirskiem

Ją także zbudowali Niemcy sto lat temu, ale widać, że była remontowana. W razie potrzeby jest w stanie zgromadzić 4 miliony ton wody. Dwie zapory na Kwisie, czyli też na Pogórzu Izerskim, także zbudowali Niemcy

Oczywiście i druga pod względem wielkości w Polsce zapora na Bobrze jest ich stuletnim dziełem.

Obecnie i ona jest zagrożona, ponieważ więcej wody wpływa do jeziora niż jest upuszczana, a to znaczy, że może dojść do poziomu rynny przelewowej i w sposób już niekontrolowany popłynąć dalej, ku Wleniowi. Na pierwszym zdjęciu widać zaporę pilchowicką i budynki elektrowni, na drugim wspomniany przelew. Zauważcie, że jest nieco poniżej korony zapory.

Dopisek. 160924, godz. 12.

 

Woda już się przelewa tym kanałem. Zdjęcie 1 skopiowałem z YT, kanał "Rolnictwo", drugie z tej strony.

Przypomniałem sobie zaporę i jezioro widziane na wspólnej z Jankiem wyprawie w góry Bramy Lubawskiej. Sprawdziłem, ją także zbudowali Niemcy, chociaż my rozbudowaliśmy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a więc mając kilkukrotnie mniejszy budżet państwa.

Autor artykułu w Wikipedii informuje o zmniejszeniu przez tę konstrukcję fali powodziowej w 1997 roku o 87% oraz o pojemności wynoszącej niemal 17 milionów ton wody. Na tym zdjęciu widać ciekawe parasolki, plecy Janka i fragment wałów zbiornika.


Dodam tutaj jeszcze, że największą zaporę i związane z nią jezioro zbudowano w górach w latach sześćdziesiątych, kiedy Polska była biednym krajem; myślę tutaj o zaporze solińskiej w Bieszczadach.

Aż się prosi zapytać, co my, Polacy, gospodarze ziem śląskich od osiemdziesięciu lat, zbudowaliśmy, aby poprzez gromadzenie wody mieć możliwość zabezpieczenia ludzi przed powodziami? Co zrobiły władze, którym z założenia za mądre działania płacimy? Za co, do cholery, ci ludzie biorą nasze pieniądze!?

O ich obojętności, ignorancji i lenistwie nieco mówi historia opowiedziana przez narratora tego filmu. Przy okazji polecam ten kanał, to znaczy „Wolne rzeki”.

Zapory takie jak pilchowicka kosztują bardzo dużo, ale takie jak ta zniszczona w Stroniu i ta pod Mirskiem, to wydatek nieporównywalnie mniejszy, na poziomie dziesiątek, a nie setek czy tysięcy milionów. Stosunkowo niewielkie są koszta budowy tak zwanej małej retencji czyli wielu małych zbiorników wody, systemu zastawek i śluz, na nie tylko górskich strumieniach. Ten film wiele wyjaśnia. Powie ktoś, że takimi działaniami nie zatrzyma się wielkiej fali powodziowej? Może i nie, ale mając dużo takich zbiorników, fala w dolinie nie byłaby taka wielka, a poza tym budowle pokazane na filmie w założeniu są tylko częścią systemu, w skład którego powinny też wchodzić mniejsze i większe zapory.

Zarzucam naszym władzom wieloletnie zaniedbania. O zmianach klimatu polegających na częstszych okresach suszy przeplatanych wyjątkowo obfitymi krótkotrwałymi opadami, słyszałem parę lat temu, a przecież nie jestem specjalistą. Nie jestem nawet amatorem interesującym się klimatem i hydrologią. Skoro ja wiedziałem, wiedzieli i fachowcy doradzający rządzącym i oni sami, ale niewiele, bardzo niewiele zrobili dla zapobiegnięciu powrotu tragedii z 1997 roku. Mimo ograniczeń można było zrobić znacznie więcej, a zacząć od zmian przepisów, aby uzgodnienia na budowy hydrotechniczne nie ciągnęły się latami. Albo ten głupi zwyczaj wydawania zgód na budowy domów na terenach zalewowych rzek! Tylko że takie zmiany nie są medialne, przed nimi nie zrobi się pokazówki z kamerami, a nawet mogą być niepopularne u wyborców.

 Na co wydaje pieniądze ten (i poprzedni) rząd? Na dopłaty do wiatraków i paneli wątpliwej użyteczności, do rowerów i samochodów elektrycznych, i (to tylko moja opinia) na kupowane na pokaz za granicą najdroższe rodzaje uzbrojenia, które jeszcze nasze dzieci będą spłacać, ale można się przed nimi ustawić do zdjęć.

A co z poszkodowanymi? Rząd rzuci im jakiś grosz z naszych pieniędzy, jeszcze więcej obieca, pochwali się swoją hojnością, a później zajmie tym co zwykle, czyli sobą i walką o stołki.

Za nasze pieniądze, oczywiście.

Dopisek, 160924, godzina 20.20.

Nasz PCK organizuje pieniądze na pomoc powodzianom. Tutaj 

Proszę o wpłaty. Trzeba tym ludziom pomóc.

piątek, 6 lutego 2015

Mały jubileusz: sześćdziesiąty dzień na kaczawskich szlakach.


Równo cztery lata temu, w mglisty i mroźny dzień, byłem w tych górach po raz pierwszy; czy uwierzyłbym wtedy, że tak szybko staną się one moją pasją? Chyba nie, i właśnie w tej nieprzewidywalności życia jest jego nie najmniejszy urok.

Dzisiaj wyszedłem z Czernicy i czarnym szlakiem doszedłem pod Wleń. Dalej już bez szlaków: Szubieniczna, wieś Nielesto, elektrownia Pilchowice II, wieś Potoki, zboczami Czyżyka do Strzyżowca, z tej wioski zboczami wzgórz do Nielesta, powrót i dalej ścieżkami w pobliżu Zadniej do Czernicy.



Senność. Czy powieki mogą tyle ważyć? Kiedy ja się wyśpię i będę jechać bez usypiania za kierownicą?

Senność i zakręty szosy. Na jednym z nich, prosto przede mną, zobaczyłem pierwszą oznakę końca nocy: odrobinę ciemniejszy od nieba zarys mijanego wzgórza; bardziej po zakrętach drogi niż kształtach zboczy poznałem Wielisławkę.

W czasie pierwszych wyjazdów nad ranem w góry, po paru ledwie godzinach snu, czułem ekscytację, teraz na krętej drodze uderzam się w policzki żeby nie przespać zakrętu drogi. Ekscytacja poszła sobie gdzieś, niewierna, ale na szczęście została przy mnie radość wędrowania. Kiedy więc się wyśpię? Nie teraz, może wtedy, gdy z jakichkolwiek powodów nie będę mógł chodzić.

Gdzie jechać? Po trzech tygodniach nieobecności w moich Kaczawach odpowiedź była jasna. Plan ułożony na sobotę realizowałem dwa dni (niedzielny przekładając na inny wyjazd), a to z powodu urody poznanych miejsc; urody, której – prawda to znana – nie można smakować w pośpiechu.

W pracy muszę skupiać się na setkach spraw, myśleć o rzeczach, które osobiście nie interesują mnie nic a nic, za to na szlaku mogę pozwolić sobie na zagapienie się, pójście tam, gdzie mi się podoba, albo przegapienie drogi którą miałem iść – i tak też jest dobrze!

Parę lat temu szedłem czarnym szlakiem z Czernicy, ale skręciwszy nie tam gdzie powinienem, wyszedłem na Babiniec; dopiero dzisiaj wróciłem na tamto rozdroże. Droga w stronę Babińca skręca w prawo, lubię ją, wyższymi jej fragmentami szedłem parę razy, a na wprost prowadzi szlak do Wlenia – droga równie widokowa jak tamta jej sąsiadka, co okazało się dzisiaj. Wiedzie po łagodnych stokach, z tyłu otwierają się coraz dalsze widoki, a gdy w pobliżu domów Modrzewi, w najwyższym jej miejscu, odwróciłem się, zachłysnąłem się urodą widoków i bogactwem szczegółów. Najbardziej ujął mnie widok małego wzgórza przytulonego do stoku dużej góry na wschód od wioski; niestety, ani ta duża góra, ani tym bardziej mała góreczka, nie mają swoich nazw, szkoda, bo z tą małą wiążą mnie miłe chwile tam spędzone i ładne widoki. Któregoś dnia dostrzegłem to małe wzgórze, wtedy już mi znane, ze stoku Ptasiej i specjalnie poszedłem przywitać się z nim jak ze znajomym.

Idąc dalej, kilka razy miałem wątpliwości co do swojego aktualnego miejsca i identyfikacji wzgórz, ale trudności te, jak i zdarzająca się niepewność, stwarzają wrażenie samodzielnej wędrówki bezdrożami, mają więc swój urok i dają odrobinę satysfakcji, zwłaszcza gdy odnajdzie się szukane miejsca.

Schodzę ze wzgórza które (prawie) na pewno jest Szubieniczną. Jeśli tak, to gdzieś tutaj powinna być droga – czytam mapę. Jest. 


Może odrobinę inaczej usytuowana, ale jest. Niżej wchodzi w las, dobrze, tam powinna ona dojść do szosy i kamieniołomu. Idę zaciekawiony, wypatrując między drzewami wyrwy w ścianie wzgórza – starego kamieniołomu. 


Tym razem był, i to naprawdę ładny pionowymi, malowniczymi ścianami, ale nierzadko, zwłaszcza gdy wyjdę z lasu, długo kręcę mapą i głową nim dopasuję otoczenie do rysunków mapy; wtedy czasami wyrywa mi się zaskoczone: to ja jestem aż tutaj?

Elektrownia na Bobrze nie była przystankiem „po drodze”, była jednym z celów dzisiejszej wędrówki.


W rejonie Gór Kaczawskich, ściślej na ich granicy z Izerami, jest kilka elektrowni wodnych na Bobrze. Największą, w Pilchowicach, widziałem, podziwiałem jej zaporę, ale jak wyglądają pozostałe, czasami malutkie, elektrownie? W ten weekend widziałem dwie spośród nich, ale przyjdzie czas i na pozostałe, bo dla mnie te budowle są interesujące, nawet pociągające, z dwóch powodów: jako obiekty inżynierskie i jako miejsca magicznego wytwarzania prądu elektrycznego, tajemniczej energii, do której tak się przyzwyczailiśmy, że nie dostrzegamy jej wyjątkowości.

Nikt jej nie widział, gniazdko z prądem czy bez niego wygląda dokładnie tak samo; ta energia nie ma zapachu ani ciężaru, nie można jej nalać kanisterek ani zważyć woreczek, bo nie ma nic do ważenia i mierzenia, no bo czy coś tak niepojętego, jak strumień elektronów, jest „czymś”? To wielkie nic, tą czystą energię, można za naciśnięciem guzika zamienić w światło, w ciepło, w zimno, w ruch, a wszystko to na tysiące sposobów; ta energia napędza telefony i tablety, aparaty foto i odtwarzacze mp3, komputery wyświetlające film i te sterujące pracą silnika w samochodzie, ale też ta energia może w mgnieniu oka wytworzyć ogień, w którym będzie się topić stal.

Tak, tak: wystarczy poruszać przewodem w zmiennym polu magnetycznym, żeby wytworzyć w nim prąd, ale skąd tak naprawdę się on bierze i czym jest?? – myślałem stojąc dzisiaj przy oknie budynku elektrowni. Pode mną głośno szumiała woda napędzająca turbiny, a pośrodku hali maszyn tkwiły nieruchomo czerwone maszyny zamieniające czarodziejskim (przecież!) sposobem energię płynącej wody na prąd.



Wszedłem w las, drapałem się pod górę po stromym stoku, a na otwartą przestrzeń wyszedłem nad wsią Potoki, nieco za bardzo na zachód od spodziewanego miejsca, ale przecież świeciło słońce, w dole widziałem malowniczą wieś, a po drugiej stronie doliny zapraszało mnie odkryte zbocze Czyżyka.


 Wzdłuż stoku biegła falista nitka dróżki – widok nieodmiennie pociągający. Poszedłem tam. Droga bardzo widokowa, prawdziwie kaczawska. 




Szedłem nią zwalniając, nie chciałem żeby już się skończyła, dlatego gdy w pobliżu Strzyżowca zobaczyłem nitkę innej drogi na rozległych stokach wzgórz na północ od wsi, skręciłem ku nim i przeszedłem je aż do Nielesta i z powrotem. Jest tam miejsce z tych najbardziej lubianych, budzących mój zachwyt wyrażany mimowolnym okrzykiem „o, kurcze!”: będąc już dość wysoko, przy ścianie lasu, wychodzi się z brzozowego zagajnika wprost na wielki przestwór łąk, lasów i wzgórz z horyzontem zamkniętym odległą ścianą Karkonoszy. 



Krajobraz pogodnej i łagodnej zimy: na polach przeważały kolory zieleni podkreślonej słońcem, zieleni która nieco wyżej, pod szczytami lub w cieniu lasów, przyprószona była śniegiem, i tylko najdalsze szczyty miały biało-granatowe, zimne barwy zimy.

Wśród wielu oglądanych tam wzgórz stoją niedawni znajomi skupieni wokół Zadniej, a blisko na stoku rośnie samotna, pokaźna i sędziwa lipa. Widziałem ją w słońcu, na polu zielonym oziminą i jednocześnie białym od śniegu, w ładny dzień; podobała mi się, ale gdybym tak mógł posiedzieć pod nią w czas jej kwitnienia!


Ładnie tam jest, będę wracać w tamte strony.

Z niechęci marszu szosą i z chęci odwiedzenia Zadniej, wybrałem drogę prowadzącą podnóżem; idąc nią minąłem górę i przeszedłem wąski cypel lasu kierując się w stronę Czernicy.


 Na skraju lasu zatrzymałem się dla wypicia resztki herbaty; szarzało, domy wioski otulał mrok, wiatr niósł drobny, suchy śnieg ostro uderzający w twarz. Nostalgiczna pora dnia, ale i przyjemna, gdy cel wędrówki już blisko.

Wyszedłem na szosę i zaplątałem się. W lewo, czy w prawo do Konopki, domu w którym miałem zarezerwowany nocleg? Po studiowaniu mapy wyszło mi, że w prawo, zapytany kierowca powiedział, że w lewo. Z niepewnością, ale jednak posłuchałem się mapy; po kilometrze marszu przez wioskę okazało się, że poszedłem w dobrą stronę.

Bożena, moja gospodyni i właścicielka Konopki, przywitała mnie jak starego znajomego, a po zajęciu pokoju zaprosiła na lampkę wina. Nie byłem jedynym gościem, jak się okazało; w miłym gronie spędziłem parę godzin, dopiero późna pora i myśl o jutrzejszym wczesnym wstawaniu kazały mi podziękować na gościnę i położyć się spać.
Do wielu nitek łączących mnie z Górami Kaczawskimi, chyba pora na inne – łączące mnie z ludźmi tam mieszkającymi.