311225
Garść
uwag o klientach. Mam z nimi do czynienia od ponad czterdziestu lat i
dlatego mogę wychwycić zmiany w ich zachowaniach. Są dwojakiego
rodzaju: na lepsze i... wprost przeciwnie. Znacznie mniej jest teraz
agresji, wulgarności, pospolitego chamstwa, ale też mniej jest
myślenia, dbałości o siebie, a zdecydowanie więcej oczekiwań,
czasami kuriozalnych jak na miejsce i okoliczności.
Wiem,
że nie tylko ze zrozumieniem spotka się ten tekst, ale mimo tego
zapraszam do lektury.
O
czytaniu
Raczej
o nieczytaniu. Nikt nie zapoznaje się z instrukcją, mało kto czyta
cennik, a jeśli nawet przeczyta, to mimo jego jednoznaczności i
prostoty dalej się dopytuje. Wejście oznaczone jest stosowną
tabliczką, a dwa metry obok są schody wiodące do kiosku z
urządzeniami sterowniczymi. Przejście zamknięte jest łańcuchem,
na którym zawieszona jest tabliczka informująca o przejściu tylko
dla personelu. Wielu klientów stawało przy schodach w oczekiwaniu
na wejście, a mieli napis dosłownie przed twarzą.
Klient
otrzymywał od kasjerki bilet i paragon. Na nasze nieszczęście oba
dokumenty drukowane są na takiej samej taśmie papierowej, bo
chociaż różnią się wielkością i napisami, wielu, naprawdę
wielu klientów oznajmiało nam, że nie wiedzą, co trzymają w
ręku, który z tych papierków jest biletem. Dwa słowa wydrukowane
największą czcionką to „PARAGON” na jednym i „BILET” na
drugim.
Oczekiwania
Bywało,
że klientom nie podobał się ton głosu, uznawany – jak myślę –
za zbyt twardy albo – według nich – nerwowy lub rozkazujący i
ową dezaprobatę wyrażali werbalnie. Proste, konkretne odpowiedzi
bywały uznawane za impertynenckie czy niegrzeczne.
Przykłady:
Gdzie
można kupić bilet? – w odpowiedzi mój wskazujący gest ręką i
słowa: w kasie.
Można
tu wsiąść? – moje: nie można.
Proszę
się odsunąć. Proszę zabrać stąd dziecko.
Wiele
osób czuło się dotkniętych takimi odpowiedziami i poleceniami.
Niektórzy stanowczo odrzucali obowiązek dostosowania się do
naszych poleceń, oczywistych i koniecznych dla zapewnienia porządku
i bezpieczeństwa. Dodam jeszcze, że w dni dużego ruchu mamy
naprawdę mało czasu; jednemu klientowi możemy poświęcić
dosłownie sekundy.
Dobre
wychowanie
Powitania
mają u nas dwa znaczenia: jedno znane, kulturowe, będące elementem
dobrego wychowania, ale ma i drugie, które winno być pierwszym, a
właściwie jedynym, jednak mało kto pamięta o nim. Otóż „dzień
dobry” jest życzeniem komuś dobrego dnia, a „do widzenia”
wyrażeniem chęci ponownego spotkania się. Ma to głęboki sens,
jest bardzo miłe, jeśli mówi się szczerze do kogoś znanego, a do
obcego wtedy, gdy mieliśmy z nim miły kontakt. Jednak nie ma w tych
słowach nic, zupełnie nic poza uprzykrzonym obowiązkiem jeśli
mówi się te słowa odruchowo do osoby, która widzi się chwilę,
tyle, ile zajmuje odebranie biletu, i która później znika z
naszego życia niezapamiętana w żaden sposób. Znam większość
pań kucharek z baru, wszak stołuję się tam od czterech lat
codziennie przez miesiąc. Czuję do nich sympatię, doceniam ich
niełatwą pracę. Życzenie im dobrego dnia jest autentyczne i ma
sens głębszy niż dobre wychowanie. Idąc ulicą miasta nie życzymy
każdemu przechodniowi dobre dnia, ale w niektórych polskich wsiach
zachował się zwyczaj witania wszystkich przechodniów. Powód jest
prosty: nie ma ich wielu. Wtedy każdy przechodzień jest zauważonym
człowiekiem, a nie tłem ruchliwej ulicy albo zatłoczonego
lunaparku.
Powiecie,
że mimo wszystko jest tu sens, bo lepiej i milej usłyszeć „dzień
dobry” niż nie usłyszeć? Powiedzcie w ciągu dnia pięćset razy
„dzień dobry”, pięćset razy „do widzenia”, podziękujcie
tysiąc razy, a na koniec dnia porozmawiamy o sensowności. Wolałbym
usłyszeć „do widzenia” tylko raz dziennie, ale wypowiedziane
szczerze, ze świadomością znaczenia, niż setki razy klepnięte
jako dowód dobrego wychowania albo z powodu służbowych wymogów.
Dziękuję
nie tyle za odebrany bilet, co za zostawione u nas pieniądze, i
jakże często słyszę „bardzo dziękuję”. Za co ty, człowieku,
tak bardzo mi dziękujesz? Jeśli „tylko” podziękujesz, to
będziesz za mało kulturalny? Czy tak uważasz? A jak wyrazisz swoją
wdzięczność, gdy ktoś zrobi ci prawdziwą przysługę? Powiesz
„bardzo, bardzo dziękuję” czy może trzy razy wymówisz słowo
„bardzo”?
Czy
nie ma tutaj dewaluacji i ostentacji?
Samolubstwo
i wygodnictwo
W
barze klienci pytają się o zupy, o drugie dania, kucharka wymienia
długą listę, a przecież stojąc w kolejce mieli przed sobą
tablicę z menu wiszącą na ścianie. Tak samo jest przy kasie, nie
tylko w lunaparku, gdzie wielu ludzi trzeba pytać o sposób zapłaty
czy o drukowanie potwierdzenia. Dlaczego nie przyjdzie im do głowy
ułatwienie pracy innemu człowiekowi? Gdzie ich empatia i dobre
wychowanie, którymi tak się chlubią? Niewiele tych cech znajduję
w nich, a wiele egocentryczności, nastawienia na branie, oczekiwanie
pamiętania za nich, pomagania im, dbania o ich dobrostan wszędzie,
na każdym kroku.
W
efekcie wchodzą na przejścia dla pieszych nie patrząc na boki,
wcale nierzadko wprost pod jadący samochód. Bo oni nie muszą dbać
o siebie, inni mają myśleć za nich.
Rodzic
prowadzi za rękę małe dziecko, idą krok za krokiem, dziecko
zatrzymuje się aby pogłaskać renifera, na schodach jest
instruowane o technice ich pokonania – to codzienne widoki. Ja mogę
czekać, moja pensja nie jest zależna od szybkości obsługi, ale w
weekendy często stała kolejka przed wejściem. Naprawdę mało
rodziców brało dziecko na ręce by szybciej wyjść; tylko
nieliczni dostrzegali czekających i uznawali, że nie miejsce ani
pora aby uczyć dziecko chodzenia po schodach.
Często
widziałem, zwłaszcza u jednoręcznych nastolatków (drugą mieli
zajętą trzymaniem telefonu) pewien psychiczny bezwład, bycie
duchem gdzie indziej. Jeśli już podnieśli głowy znad ekranów,
patrzyli niezbyt przytomnymi oczami. W rezultacie trudno było im
wytłumaczyć co mają robić, a jeszcze trudniej doprosić się o
bilet. Ich spojrzenia były wymowne: jaki bilet? Co on chce ode mnie?
Zdarzało się, że taki młody człowiek nie mógł znaleźć
biletu, a jeśli w pobliżu był rodzic, zawsze, zawsze jego uwagi
były kierowane do nas. Były to dobre momenty do pokazania dziecku
niemałemu już, bo nastoletniemu, że o swoje trzeba dbać, że jeśli
coś się zgubi, trzeba ponieść konsekwencje. Nic takiego nie
widziałem, a słyszałem idiotyczne pretensje i takież argumenty.
Jakie, pytacie? A na przykład takie: „jeśli pan nie wierzy, że
kupiłam bilet, proszę zapytać w kasie”. Tu nawet nie o to
chodzi, że mając co minutę klienta, kasjerka nie jest w stanie
zapamiętać twarzy, chodzi o zasadę: do usługi upoważnia bilet, a
nie oświadczenie tej czy innej osoby ani nie paragon. Zwłaszcza, że
niektórzy ludzie najzwyczajniej oszukują.
Właśnie,
paragon. Wielu klientów patrzyło na tę karteluszkę tak, jakby
widzieli ją po raz pierwszy w życiu, dawali jako bilet nie
poczuwając się do obowiązku jego poszukania w kieszeniach. Po co,
skoro oni przecież zapłacili? A w ogóle po co im bilet? Oni
przyszli tutaj jechać na karuzeli, a nie pilnować jakiegoś biletu!
Co ten okropny człowiek chce od nas?? Pewien mężczyzna dając mi
paragon powiedział, że ten papierek uznał za ważniejszy,
ponieważ
zobaczył na nim pieczątkę. Zrobiono ją na moje zamówienie, aby
ułatwić klientom odróżnienie paragonu od biletu: czerwone, duże
litery układają się w słowo... PARAGON.
Najbardziej
szokowały mnie błyskawiczne zmiany wyrazu twarzy osób, które były
proszone o coś, czego nie chciały zrobić, albo które usłyszały
jakiś zakaz, cokolwiek, co było niezgodne z ich oczekiwaniami.
Uśmiech znikał w jednej chwili zastąpiony zaskoczeniem,
dezaprobatą, zniechęceniem, a nawet, i tak się zdarzało, odrazą.
Ot, spotkali człowieka z nieswojego świata, człowieka, który
czegoś chce od nich i coś im nakazuje czy zakazuje! Po prostu
przeżywali szok. A ja tylko poprosiłem – to przykłady – o
zakończenie sesji fotograficznej, bo wielu innych klientów czeka na
wejście, albo o zabranie małego dziecka chodzącego po karuzeli bez
opieki. Dodam tutaj, że któregoś dnia młoda para zrobiła sobie
sesję zdjęciową na karuzeli – za moją zgodą i bez żadnej
dodatkowej opłaty. Skoro nie było w tym czasie klientów, to
dlaczego miałbym im odmawiać?...
Nagminnie,
niemal zawsze, spotykałem się z apriorycznie negatywnym
nastawieniem. Cokolwiek się stało nie po ich myśli, niezgodnie z
ich oczekiwaniami, natychmiast było źle oceniane i przypisywane
nieokrzesaniu pracowników obsługi. Typowe zachowanie klienta, który
zapomniał, gdzie włożył bilet, to twierdzenie, że „pani mi nie
dała biletu”, a ja nie mam prawa wątpić w jego słowa.
Miałem
styczność z ludźmi, którzy nie widzieli nic niestosownego w swoim
oczekiwaniu abym nie uruchamiał karuzeli dopóki oni nie kupią
biletów. Okoliczności: bramka zamknięta, bilety odebrane, ludzie
już parę minut siedzą na zimnym plastiku, idę do kiosku
sterowniczego aby włączyć karuzelę, i w tym czasie ktoś
przychodzi.
Kilkanaście
osób ma siedzieć na zimnie kolejne dwie-trzy minuty (czas na zakup
biletu), bo ta osoba nie chce zaczekać pięciu, sześciu minut na
następną jazdę. Zgodnie z moimi standardami, rachunek się nie
zgadza, zwłaszcza w zimne czy deszczowe dni. Zgodnie z ich
standardami ja jestem złośliwy nie czekając na nich. To nie
domysł, słyszałem takie oceny. Typowym zachowaniem
nieuwzględniającym okoliczności i potrzeb innych ludzi było
zatrzymywanie się grupy klientów w bramce wejściowej i ustalanie
między sobą, kto z kim ma jechać.
Widziałem
ludzi zapatrzonych w ekrany telefonów w czasie jazdy karuzelą, a
przecież płacili 25 złotych od osoby za 3 minuty! Dwoje ludzi
zapłaciło 50 złotych za parę minut patrzenia w ekran, a przecież
za takie same pieniądze mogliby godzinę posiedzieć w kawiarni przy
kawie, napoju i ciastku! Oni też o tym wiedzieli, ale nie mogli się
powstrzymać przed przewijaniem obrazków nawet tych kilku minut!
*
* *
Widywałem
cienką warstewkę wypolerowanego i uśmiechniętego lakieru
powlekającą egocentryzm, brak empatii, a czasami coś znacznie
gorszego. Pokrótce opisane tutaj zachowania charakteryzujące się
zanikiem naturalnych kiedyś cech ludzi i społeczeństw na rzecz
pozłotka widzę częściej i we wzrastającej liczbie miejsc. Ludzie
żyją w coraz bardziej fikcyjnych światach tworzonych dla nich przez cyfrowe media działające na nich już nie tylko jak
kurtyna oddzielająca od rzeczywistości, ale i jak rak. To, co
powinno być ostatnim ruchem pędzla artysty malującego obraz
pięknego XXI wieku, staje się jedyną treścią, pod którą nie ma
autentycznej, rzeczywistej wartości. Jest hucząca muzyka w
samochodzie, nieustanne przewijanie obrazków w internecie,
nastawienie na zabawę, wysokie mniemanie o sobie i niechęć do
podejmowania trudów i obowiązków.
Tak,
ja też sporo czasu spędzam w internecie, ale szukając informacji,
głównie dotyczących ekonomii i zachowań społecznych. Właśnie! Adres tego krótkiego filmiku dostałem od znajomego, a że okazał
się treściwy i celny, dodaję go tutaj; zwłaszcza, że dostrzegam
pewien związek z treścią mojego tekstu.
*
* *
Nie
wiem, czy wrócę do lunaparku. Powinienem definitywnie zakończyć
pracę zawodową nie tylko z powodu wieku, ale i coraz większych
trudności w późniejszej odbudowie opinii o ludziach.
Aby
zakończyć tekst przyjemniejszym akcentem, opowiem o dwóch
klientkach, które mam nadzieję długo pamiętać. Obie były
wiekowymi paniami, starszymi ode mnie, obie z trudem i widoczną
tremą wsiadały do gondoli. Kiedy na koniec jazdy podszedłem do
nich aby odblokować zabezpieczenie, były radośnie uśmiechnięte i
głośno wyrażały swoje zadowolenie. Powiedziały mi, że zawsze
chciały jechać karuzelą, ale tak się składało, że pojechały
dopiero dzisiaj. Okazało się więc, że karuzela może wzbudzić
pragnienie i je zaspokoić, a nawet pomaga w powrocie do czasów
dzieciństwa.
Kilka
zdjęć zrobionych na Rynku Kościuszki w Białymstoku. 29
grudnia, godzina 17, koniec
pracy. Sprzęt spakowany, ciężarówki gotowe do wyjazdu. Patrząc
na nie
wspomniałem swoje jakże liczne przerzuty lunaparku, noce spędzone
za kierownicą scanii i tysiące przejechanych kilometrów. Przez
moment, tylko jeden moment, poczułem chęć przeżycia takiej nocy
raz jeszcze.
Nazajutrz
wyjechałem do domu.
020126
Przez
kilka godzin chodziłem po polach pod miastem. Widziałem padający
śnieg, nawłoć wystrojoną śniegowymi czapami, białe płatki na
okularach, polne drogi, liczne brzeziny i dwie duże grusze.
Słyszałem ciszę, nie słyszałem klientów. Wróciłem zmęczony,
ale zdrowszy i spokojniejszy.