Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moralność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moralność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2026

Mroźny dzień na Roztoczu

 220126

 Chciałem spędzić na polach Roztocza ostatni dzień tygodnia słonecznej pogody, a nie przy biurku. Potrzebowałem też ruchu; dłuższe siedzenie działa destrukcyjnie na moją zdolność chodzenia. Pojechałem i już przed siódmą wyruszyłem na szlak.



 Od rana do godziny 14 miało być bezchmurnie, ale synoptykom coś się pomyliło, bo słońce widziałem tylko chwilami i przez chmury. Owszem, widywałem błękit nieba, ale akurat nie tam, gdzie było słońce. Szedłem odśnieżonymi drogami prowadzącymi na pola i szosami; pierwsze były ciche, spokojne, bardziej swojskie i malownicze, ale bywały śliskie, drugie suche, wygodne, ale z hałasującymi samochodami mijającymi mnie o metr. Rano i pod wieczór miałem szkołę przetrwania z powodu silnego mrozu. Wracając szosą w taką właśnie właśnie porę, usłyszałem zatrzymujący się przy mnie samochód.

Podwieźć pana? – kobieta za kierownicą uchyliła szybę.

Nie, ale dziękuję.

Podwiozę, twarz ma pan czerwoną.

Specjalnie tu przyjechałem żeby pochodzić.

Naprawdę!??

Podwójny zestaw ubrań dobrze pełnił swoją rolę, ale ostry wiatr kąsał twarz, a dłonie niemal cały dzień miałem zmarznięte. Nic to. Była droga, był daleki horyzont. Zebrałem garść ładnych obrazów, kilka wspomnień, dzień minął jak zwykle szybko, do samochodu wróciłem gdy było szaro.


 Proszę obejrzeć te dwa zdjęcia. Widać na nich nie tylko typowy dla Roztocza pas drzew porastających doły, widać też ślad dawnego głodu ziemi. Na początku wąwozu, tam, gdzie nachylenie zboczy pozwalało na przejście konie ciągnącego pług, drzewa zostały wycięte, i kiedyś zarośnięta krzakami łąka została zamieniona w pole. Widać, jak jego prawy brzeg wciska się w wąwóz, a wyżej omija zakolem zbyt strome zbocze. Akurat to pole jest użytkowane, wiele innych, kiedyś wydartych na siłę lasom, zarasta ponownie. Wraz z głodem skończył się też głód ziemi. Tej, która rodzi i żywi. Zwracam uwagę na takie miejsca, ponieważ czuję związek emocjonalny z moimi przodkami pracującymi na roli. Także z tymi rolnikami, którzy teraz bronią się przed decyzjami skutkującymi zatratą naszych narodowych tożsamości w imię obcych i nam szkodliwych interesów.

Obrazki ze szlaku

 





Tak dzisiaj zaczynał się dzień.

 Długi uskok, a na dole rzeczka i domy wioski.

 Drzewa na miedzy. W ciepły dzień skręciłbym tam. Lubię takie zakątki; może posiedziałbym pod drzewami?


 Tutaj starałem się uchwycić lśnienie lodowej skorupy na śniegu.


 Miejsce martyrologii. To tam, przy samotnym, teraz uschniętym drzewie, stała stodoła, w której Niemcy spalili żywcem kobietę z jej wnuczętami za próbę uratowania żydowskiego niemowlęcia. Oto miejsce konfliktu dwóch skrajnych postaw moralnych człowieka: miłosierdzia i zezwierzęcenia. Nic więcej nie napiszę bo się jeszcze okaże, że sieję nienawiść. Nie napiszę, ale pamiętam, bo tylko w ten sposób mogę złożyć hołd tej kobiecie.




Dzisiejsze drogi.

Pierwsza trasa: wokół Aleksandrówki. Druga: z Błażka przez Pasiekę, Wierzchowiska Drugie, Majdan Obleszcze do Błażka.

Statystyka: w drodze byłem 9 godzin, przeszedłem 22,5 km.

 











 PS

Szkoda mi zostawić te zdjęcia w zakamarkach pamięci laptopa. Myślę, że powinny być tutaj.

Zrobiłem je w jeden z tych szarych dni, gdy kolorowa jesień jest już wspomnieniem, a zima jeszcze nie przyszła. Pojechałem pod Lublin przyjrzeć się jednej z dwóch znanych mi wyjątkowo dużych i starych alei lipowych. Drzew liczących sobie 150 i więcej lat jest tam ponad setka. Wszystkie są malownicze, z charakterystycznymi dla gatunku licznymi odrostami, wiele ma dziuple. Do największej może wejść, jak oszacowałem, troje dorosłych ludzi. To drzewo jest tam monstrualne, tak bardzo naznaczone wiekiem, zniekształcone naroślami, że budzi ambiwalentne odczucia przyciągania i odpychania, podziwu i obawy.

 


Pojechałem tam, aby popatrzeć na stare drzewa, tak po prostu, ale i dla odczucia tej wyjątkowej aury roztaczanej przez lipy. Tej bezpośrednio odczuwanej aury uśpione drzewa nie emanowały, ale bywały chwile, gdy wystarczyło mi zobaczyć na gałęziach brązowe lotki z kulkami nasion, by chociaż wspomnieniem wrócić pod kwitnące stare lipy, poczuć zapach kwiatów i usłyszeć buczenie pszczół…



 


Lipowa aleja.

 Lipa z oknami.



 Dziuple.


 Nowe życie na starym.

środa, 14 stycznia 2026

Rozpieszczony umysł

 130126

>>Kult bezpieczeństwa: Bezpieczeństwo staje się nadrzędną wartością, ważniejszą niż prawda, rozwój czy wolność.<<

Źródło: AI Google na zapytanie o sejfityzm. 

Rozpieszczony umysł jest tytułem książki dwóch Amerykanów, G. Lukianoff'a i J. Haidt'a, a jej tematem są pewne nurty trapiące zachodnie społeczeństwa. Aby nie przedłużać, oddam głos autorom.

Zaznaczę tylko, że pominąłem numerację stron, a pogrubienia liter są moje. Cytaty ująłem w znaki >> <<. Wszystkie słowa poza tymi znakami są moje. Dodałem linki do stron opisujących wymienianych ludzi lub tłumaczących znaczenie słów. Znakami (…) zaznaczyłem miejsca skrótów poczynionych przeze mnie.

* * * *

>>Ta książka jest o edukacji i mądrości. Jeśli będziemy uczyć następne pokolenie w mądrzejszy sposób, będzie ono silniejsze, bogatsze, uczciwsze, a nawet bezpieczniejsze.<<

>>Większość młodych ludzi wcale nie jest rozpieszczana i nie ma łatwego dzieciństwa. Jednak w naszej książce pokażemy, że w dzisiejszych czasach dorośli robią więcej, by chronić swoje dzieci, niż kiedyś, i że ich nadopiekuńczość może mieć negatywne skutki. Słownikowe definicje słowa „rozpieszczać” kładą szczególny nacisk na nadopiekuńczość. W jednej z nich czytamy: „traktować z ekstremalną lub przesadną opieką i uprzejmością”. Wina leży po stronie dorosłych oraz instytucji, stąd podtytuł naszej książki: Jak dobre intencje i złe idee skazują pokolenia na porażkę. Właśnie o tym jest ta książka.<<

>>Wygoda i bezpieczeństwo to błogosławieństwa ludzkości, ale mają też swoją cenę. Dostosowując się do nowych, łatwiejszych okoliczności, obniżamy poprzeczkę dla naszej tolerancji i tego, jak postrzegamy dyskomfort i ryzyko.<<

* * * *

>>Sejfityzm to kult bezpieczeństwa – obsesja na punkcie eliminowania zagrożeń (prawdziwych i wyobrażonych) do takiego stopnia, że ludzie nie są skłonni do ryzykowania bezpieczeństwa w codziennych sytuacjach, nawet wtedy, gdy wymaga tego zdrowy rozsądek. Sejfityzm pozbawia młodych ludzi doświadczeń niezbędnych dla ich antykruchych umysłów, tym samym czyniących ich bardziej kruchymi, lękliwymi i skłonnymi podstrzygać siebie w charakterze ofiary.<<

>>Poza kulturą sejfityzmu słowo „przemoc” odnosi się do przemocy fizycznej. (…) Tymczasem niektórzy studenci, profesorowie i aktywiści uznają słowa swoich przeciwników za akty przemocy i tym samym uzasadniają stosowanie ideologicznie umotywowanej przemocy fizycznej. Usprawiedliwienie oparte jest na rozumowaniu, że, jak możemy przeczytać w jednym z tekstów opublikowanych w gazecie studenckiej Uniwersytetu w Berkeley, przemoc wykorzystana do zatrzymania mowy nienawiści nie liczy się jako „akt przemocy”, lecz uznawana jest za „działanie w samoobronie”.<<

>>Lecz skoro niektórzy studenci uważają, że uderzenie faszysty lub białego supremacjonisty jest okej i że każdemu o odmiennych poglądach można przypiąć łatkę faszysty lub białego supremacjonisty, cóż...<<

>>Kultura sejfityzmu, w której emocjonalny dyskomfort jest przyrównywany do fizycznego zagrożenia, to kultura, która zachęca nas do wzajemnej ochrony przed doświadczeniami wpisanymi w codzienne życie, dzięki którym stajemy się silniejsi i zdrowsi.(…)

Pojęcie „sejfityzmu” odnosi się do kultury czy systemu przekonań, w którym bezpieczeństwo stało się rzeczą świętą. Oznacza to, że w obliczu codziennych wyzwań, tak praktycznych, jak i moralnych, coraz rzadziej jesteśmy gotowi z niej rezygnować. „Bezpieczeństwo” ponad wszystko, bez względu na to, jak znikome lub mało prawdopodobne jest zagrożenie. Wychowywanie dzieci w kulturze sejfityzmu, a więc wpajanie im, by były zawsze „emocjonalnie bezpieczne”, i jednocześnie chronienie ich przed każdym możliwym zagrożeniem, może doprowadzić do zamkniętego koła: dzieci stają się bardziej kruche i mniej odporne, przez co dorośli zwiększają ochronę, a to sprawia, że stają się one jeszcze bardziej kruche i jeszcze mniej odporne.<<

* * * *

>>Zdecydowanie najbardziej zasłużony w kwestii uświadamiania ludzi, że unikanie stresorów, ryzyka i małych dawek bólu działa na ich szkodę, jest Nassim Nicholas Taleb. (…)<<

Oto definicja (przepisana z Wikipedii) antykruchości, pojęcia wprowadzonego przez N. Taleba:

>>Niektórym rzeczom służą wstrząsy; rozwijają się i rozkwitają pod wpływem zmienności, przypadkowości, nieładu i stresu; przygody, ryzyko i niepewność to ich żywioł. Te rzeczy Taleb nazywa antykruchymi.<<

>>Taleb twierdzi, że do rzeczy antykruchych zaliczają się mięśnie, kości i dzieci:

Miesiąc spędzony w łóżku (…) skutkuje zanikiem mięśni; na tej samej zasadzie złożone systemy pozbawione stresorów słabną albo umierają. Nasz nowoczesny, ustrukturyzowany świat szkodzi nam w dużej mierze odgórnie narzuconymi prawami i rozmaitymi ustrojstwami, które działają w ten sposób: są zniewagą dla antykruchości systemów Na tym polega tragedia nowoczesności: podobnie jak neurotycznie nadopiekuńczy rodzice, często najbardziej szkodzą nam ci, którzy starają się pomóc.<<

>>Kiedy tylko pojmiemy koncept antykruchości, głupota nadopiekuńczości stanie się dla ans oczywista. Jako że ryzyko i stresory są naturalną, nieodłączną częścią życia, rodzice i nauczyciele powinni pomagać dzieciom uczyć się stawać silniejszymi dzięki takim doświadczeniom. Jak mówi stare powiedzenie: „Przygotuje swoje dziecko do drogi, nie drogę do dziecka”. Tymczasem wydaje się, że dziś postępujemy dokładnie odwrotnie: usuwamy z ich drogi wszystko, co mogłoby im zaszkodzić (…). Chroniąc dzieci przed stresującymi doświadczeniami, zwiększamy prawdopodobieństwo, że kiedy wyjdą spod rodzicielskiego klosza, nie będą w stanie poradzić sobie z nimi w dorosłym życiu. Naszym zdaniem panująca współcześnie obsesja na punkcie ochrony młodych ludzi przed „poczuciem zagrożenia” jest jedną z przyczyn gwałtownego wzrostu liczby przypadków depresji, nerwicy i samobójstw u dorosłych.<<

* * * *

>>Aby stworzyć odpowiednią reakcję immunologiczną na rzeczywiste zagrożenia (na przykład bakterie wywołujące infekcję gardła) i nauczyć się ignorować niegroźne substancje (na przykład zawarte w orzeszkach ziemnych proteiny), musi on zetknąć się z szerokim zakresem produktów spożywczych, bakterii a nawet pasożytów. W taki sposób działają szczepionki. Zaszczepione dzieci są zdrowsze nie dlatego, że mamy nagle mniej zagrożeń na świecie (…), a dlatego, że mają kontakt z tymi zagrożeniami w małych dawkach, dzięki czemu ich układy odpornościowe zyskują okazję, by nauczyć się radzić sobie z nimi w przyszłości.

Właśnie na tej tej podstawie sformułowano hipotezę higieniczną, która jest obecnie najbardziej wiarygodnym wyjaśnieniem rosnącej liczby przypadków alergii w krajach o rosnącym dobrobycie i lepszym przestrzeganiem zasad higieny – jest to kolejny skutek uboczny postępu. Psycholożka rozwoju, Alison Gopnik w zwięzły sposób wyjaśnia wspomnianą hipotezę, jednocześnie łącząc ją z motywem przewodnim naszej książki:

Dzięki lepszej higienie, antybiotykom i ograniczeniu zabawy na zewnątrz, dzieci są dziś mniej narażone na styczność z mikrobami niż kiedyś. Może to skutkować rozwinięciem się układów odpornościowych wytwarzających nadmierną reakcję immunologiczną na substancje, które w rzeczywistości nie stanowią zagrożenia. Na tej samej zasadzie chroniąc dzieci przed każdym możliwym niebezpieczeństwem, możemy nauczyć je przesadnej reakcji na sytuacje, które wcale nie są niebezpieczne, i uniemożliwić im przyswojenie sobie umiejętności, które będą musiały opanować, gdy dorosną.

(…) Oczywiście aforyzmu Nietzschego: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” nie wolno brać dosłownie. Niektóre rzeczy mogą nas wprawdzie nie zabić, ale za to trwale okaleczyć. Jednak nauczanie dzieci, że porażka, zniewaga i bolesne doświadczenia pozostawią po sobie trwałe ślady, jest samo w sobie krzywdzące. Człowiek potrzebuje stresujących bodźców, wyzwań fizycznych i psychologicznych. Bez nich jego kondycja ulega pogorszeniu. <<

* * * *

Odpowiedź Van Jonesa, byłego doradcy Trumpa i obrońcę praw obywatelskich, na zadane mu pytanie o właściwą reakcję studentów na wystąpienie prelegenta, którego poglądy uważają za złe. Poniżej nieco skrócony cytat z książki:

>>Bezpieczną przestrzeń można interpretować na dwa sposoby: jeden jest dobry, drugi fatalny. Pierwszy to założenie, że na kampusie uniwersyteckim jesteśmy bezpieczni w sensie fizycznym – nie grozi nam przemoc fizyczna, napastowanie seksualne, a do tego nie jesteśmy atakowani bezpośrednio, indywidualnie, na przykład za pomocą mowy nienawiści, słowami typu „Ty czarnuchu”, i z tym jak najbardziej się zgadzam. Istnieje jednak drugi, okropny pogląd, który jak wynika z moich obserwacji, zyskuje na popularności, że „muszę być bezpieczny w sensie ideologicznym. Muszę być bezpieczny w sensie emocjonalnym. Muszę przez cały czas cieszyć się dobrym samopoczuciem, a jeśli ktoś powie coś, co mi się nie spodoba, wszyscy dookoła muszą zareagować, w tym również administracja uczelni.”

Nie chcę, żebyście byli bezpieczni ideologicznie. Nie chcę, żebyście byli bezpieczni emocjonalnie. Chcę, żebyście byli silni. To co innego. Nie zamierzam usuwać wam kłód spod nóg. Zakaszcie rękawy i nauczcie się radzić sobie z przeciwnościami losu. Nie będę wynosić ciężarów z siłowni, przecież na nich opiera się ich sens. To jest wasza siłownia.<<

* * * *

>>Wielokrotnie w naszej książce przytaczaliśmy jedną z podstawowych zasad psychologii społecznej: im częściej kategoryzujemy ludzi i wskazujemy na różnice między nimi, tym bardziej stają się oni podzieleni i nieufni. Jednak im częściej podkreślamy, że wszystkim nam przyświecają te same cele, że czeka nas ten sam los i że kultywujemy wspólnie powszechne człowieczeństwo, tym bardziej patrzymy na siebie jak na równych sobie, lepiej się traktujemy i wzajemnie doceniamy nasz wkład w społeczeństwo.<<

>>MĄDROŚCI

Przygotuj dziecko do drogi, a nie drogę dla dziecka.

Nawet twój najgorszy wróg nie wyrządzi ci takiej krzywdy jak twoje własne myśli. Lecz kiedy nad nimi zapanujesz, nikt nie pomoże ci bardziej, nawet twój własny ojciec i twoja matka.

Linia podziału między dobrem a złem przecina serce każdego człowieka.<<

>> (…) Jesteśmy po prostu mniej empatyczni wobec ludzi, których postrzegamy jako „innych”.

Nasuwa się tutaj wniosek, że umysł człowieka jest przystosowany do plemiennego trybu życia, czyli plemienności (trybalizmu). Ewolucja człowieka to nie tylko historia zmagań między jednostkami wewnątrz danej grupy; to również odwieczna rywalizacja między grupami, czasami z wykorzystaniem przemocy. Wszyscy jesteśmy potomkami ludzi należących do grupy, która cały czas wychodziła z tej rywalizacji zwycięsko. Plemienność to nasza naturalna cecha, która sprawia, że instynktownie łączymy się w grupy i szykujemy na konflikty z innymi grupami. Kiedy „tryb plemienny” jest włączony, jeszcze bardziej zacieśniamy relacje w grupie, przyjmujemy grupowy matriks moralny, stajemy w jego obronie i przestajemy myśleć samodzielnie. Podstawowa zasada w psychologii moralności mówi: „moralność wiąże i zaślepia”. Zjawisko jest bardzo przydatne, kiedy próbujemy nastawić członków grupy na walkę „my kontra oni”. W trybie plemiennym stajemy się głusi na argumenty i dane podważające narrację naszej drużyny. Jednocześnie przynależenie do grupy na takiej zasadzie est bardzo satysfakcjonujące – widać to choćby w plemiennych symbolach wykorzystywanych przez uniwersyteckie drużyny i kibiców futbolu amerykańskiego.

Jednak samo bycie przygotowanym do plemienności nie oznacza, że musimy żyć w trybie plemiennym. Ludzki umysł ma do dyspozycji wiele „narzędzi” poznawczych. Nie korzystamy z nich cały czas. Do naszej skrzynki z narzędziami sięgamy wówczas, kiedy pojawi się taka potrzeba. Warunki, w których żyjemy, mogą prowadzić do nasilenia naszego poczucia trybalizmy, stłumić go lub całkowicie wyłączyć. Każdy konflikt międzygrupowy (prawdziwy lub wyobrażony) natychmiast go podkręca, przez co ludzie z większą uwagą wychwytują, w której grupie znajdują się inni. Zdrajcy podlegają karze, podobnie jak spoufalający się z wrogiem. Natomiast pokój i dobrobyt zazwyczaj tłumią plemienność. Ludzie nie przywiązują wtedy tak dużej wagi do przynależności ani też nie czują się zmuszeni, by spełniać oczekiwania grupy. Kiedy w danej społeczności udaje się wyłączyć tryb plemienny u jej członków, zwiększa się swoboda układania życia wedle własnych preferencji i kreatywnego mieszania się ludzi i idei.<<

* * * *

Przez minutę słuchałem wiadomości nadawanych przez jedną z największych stacji telewizyjnych. Usłyszałem o konieczności powstrzymania mowy nienawiści i o faszystowskiej partii działającej w Polsce. Telewizor wyłączyłem. Nie jestem zwolennikiem partii, o której była mowa (ani żadnej innej), ale też nie dostrzegam w ich działaniach śladu faszyzmu, natomiast widzę dużo nietolerancji, czasami zbliżającej się do zachowań charakteryzujących nienawiść, u ludzi często mówiących o mowie nienawiści.

Boję się ich. Autentycznie się boję.





sobota, 3 stycznia 2026

Praca i ludzie

 311225

Garść uwag o klientach. Mam z nimi do czynienia od ponad czterdziestu lat i dlatego mogę wychwycić zmiany w ich zachowaniach. Są dwojakiego rodzaju: na lepsze i... wprost przeciwnie. Znacznie mniej jest teraz agresji, wulgarności, pospolitego chamstwa, ale też mniej jest myślenia, dbałości o siebie, a zdecydowanie więcej oczekiwań, czasami kuriozalnych jak na miejsce i okoliczności.

Wiem, że nie tylko ze zrozumieniem spotka się ten tekst, ale mimo tego zapraszam do lektury.


O czytaniu

Raczej o nieczytaniu. Nikt nie zapoznaje się z instrukcją, mało kto czyta cennik, a jeśli nawet przeczyta, to mimo jego jednoznaczności i prostoty dalej się dopytuje. Wejście oznaczone jest stosowną tabliczką, a dwa metry obok są schody wiodące do kiosku z urządzeniami sterowniczymi. Przejście zamknięte jest łańcuchem, na którym zawieszona jest tabliczka informująca o przejściu tylko dla personelu. Wielu klientów stawało przy schodach w oczekiwaniu na wejście, a mieli napis dosłownie przed twarzą.

Klient otrzymywał od kasjerki bilet i paragon. Na nasze nieszczęście oba dokumenty drukowane są na takiej samej taśmie papierowej, bo chociaż różnią się wielkością i napisami, wielu, naprawdę wielu klientów oznajmiało nam, że nie wiedzą, co trzymają w ręku, który z tych papierków jest biletem. Dwa słowa wydrukowane największą czcionką to „PARAGON” na jednym i „BILET” na drugim.

Oczekiwania

Bywało, że klientom nie podobał się ton głosu, uznawany – jak myślę – za zbyt twardy albo – według nich – nerwowy lub rozkazujący i ową dezaprobatę wyrażali werbalnie. Proste, konkretne odpowiedzi bywały uznawane za impertynenckie czy niegrzeczne.

Przykłady:

Gdzie można kupić bilet? – w odpowiedzi mój wskazujący gest ręką i słowa: w kasie.

Można tu wsiąść? – moje: nie można.

Proszę się odsunąć. Proszę zabrać stąd dziecko.

Wiele osób czuło się dotkniętych takimi odpowiedziami i poleceniami. Niektórzy stanowczo odrzucali obowiązek dostosowania się do naszych poleceń, oczywistych i koniecznych dla zapewnienia porządku i bezpieczeństwa. Dodam jeszcze, że w dni dużego ruchu mamy naprawdę mało czasu; jednemu klientowi możemy poświęcić dosłownie sekundy.

Dobre wychowanie

Powitania mają u nas dwa znaczenia: jedno znane, kulturowe, będące elementem dobrego wychowania, ale ma i drugie, które winno być pierwszym, a właściwie jedynym, jednak mało kto pamięta o nim. Otóż „dzień dobry” jest życzeniem komuś dobrego dnia, a „do widzenia” wyrażeniem chęci ponownego spotkania się. Ma to głęboki sens, jest bardzo miłe, jeśli mówi się szczerze do kogoś znanego, a do obcego wtedy, gdy mieliśmy z nim miły kontakt. Jednak nie ma w tych słowach nic, zupełnie nic poza uprzykrzonym obowiązkiem jeśli mówi się te słowa odruchowo do osoby, która widzi się chwilę, tyle, ile zajmuje odebranie biletu, i która później znika z naszego życia niezapamiętana w żaden sposób. Znam większość pań kucharek z baru, wszak stołuję się tam od czterech lat codziennie przez miesiąc. Czuję do nich sympatię, doceniam ich niełatwą pracę. Życzenie im dobrego dnia jest autentyczne i ma sens głębszy niż dobre wychowanie. Idąc ulicą miasta nie życzymy każdemu przechodniowi dobre dnia, ale w niektórych polskich wsiach zachował się zwyczaj witania wszystkich przechodniów. Powód jest prosty: nie ma ich wielu. Wtedy każdy przechodzień jest zauważonym człowiekiem, a nie tłem ruchliwej ulicy albo zatłoczonego lunaparku.

Powiecie, że mimo wszystko jest tu sens, bo lepiej i milej usłyszeć „dzień dobry” niż nie usłyszeć? Powiedzcie w ciągu dnia pięćset razy „dzień dobry”, pięćset razy „do widzenia”, podziękujcie tysiąc razy, a na koniec dnia porozmawiamy o sensowności. Wolałbym usłyszeć „do widzenia” tylko raz dziennie, ale wypowiedziane szczerze, ze świadomością znaczenia, niż setki razy klepnięte jako dowód dobrego wychowania albo z powodu służbowych wymogów.

Dziękuję nie tyle za odebrany bilet, co za zostawione u nas pieniądze, i jakże często słyszę „bardzo dziękuję”. Za co ty, człowieku, tak bardzo mi dziękujesz? Jeśli „tylko” podziękujesz, to będziesz za mało kulturalny? Czy tak uważasz? A jak wyrazisz swoją wdzięczność, gdy ktoś zrobi ci prawdziwą przysługę? Powiesz „bardzo, bardzo dziękuję” czy może trzy razy wymówisz słowo „bardzo”?

Czy nie ma tutaj dewaluacji i ostentacji?

Samolubstwo i wygodnictwo

W barze klienci pytają się o zupy, o drugie dania, kucharka wymienia długą listę, a przecież stojąc w kolejce mieli przed sobą tablicę z menu wiszącą na ścianie. Tak samo jest przy kasie, nie tylko w lunaparku, gdzie wielu ludzi trzeba pytać o sposób zapłaty czy o drukowanie potwierdzenia. Dlaczego nie przyjdzie im do głowy ułatwienie pracy innemu człowiekowi? Gdzie ich empatia i dobre wychowanie, którymi tak się chlubią? Niewiele tych cech znajduję w nich, a wiele egocentryczności, nastawienia na branie, oczekiwanie pamiętania za nich, pomagania im, dbania o ich dobrostan wszędzie, na każdym kroku.

W efekcie wchodzą na przejścia dla pieszych nie patrząc na boki, wcale nierzadko wprost pod jadący samochód. Bo oni nie muszą dbać o siebie, inni mają myśleć za nich.

Rodzic prowadzi za rękę małe dziecko, idą krok za krokiem, dziecko zatrzymuje się aby pogłaskać renifera, na schodach jest instruowane o technice ich pokonania – to codzienne widoki. Ja mogę czekać, moja pensja nie jest zależna od szybkości obsługi, ale w weekendy często stała kolejka przed wejściem. Naprawdę mało rodziców brało dziecko na ręce by szybciej wyjść; tylko nieliczni dostrzegali czekających i uznawali, że nie miejsce ani pora aby uczyć dziecko chodzenia po schodach.

Często widziałem, zwłaszcza u jednoręcznych nastolatków (drugą mieli zajętą trzymaniem telefonu) pewien psychiczny bezwład, bycie duchem gdzie indziej. Jeśli już podnieśli głowy znad ekranów, patrzyli niezbyt przytomnymi oczami. W rezultacie trudno było im wytłumaczyć co mają robić, a jeszcze trudniej doprosić się o bilet. Ich spojrzenia były wymowne: jaki bilet? Co on chce ode mnie? Zdarzało się, że taki młody człowiek nie mógł znaleźć biletu, a jeśli w pobliżu był rodzic, zawsze, zawsze jego uwagi były kierowane do nas. Były to dobre momenty do pokazania dziecku niemałemu już, bo nastoletniemu, że o swoje trzeba dbać, że jeśli coś się zgubi, trzeba ponieść konsekwencje. Nic takiego nie widziałem, a słyszałem idiotyczne pretensje i takież argumenty. Jakie, pytacie? A na przykład takie: „jeśli pan nie wierzy, że kupiłam bilet, proszę zapytać w kasie”. Tu nawet nie o to chodzi, że mając co minutę klienta, kasjerka nie jest w stanie zapamiętać twarzy, chodzi o zasadę: do usługi upoważnia bilet, a nie oświadczenie tej czy innej osoby ani nie paragon. Zwłaszcza, że niektórzy ludzie najzwyczajniej oszukują.

Właśnie, paragon. Wielu klientów patrzyło na tę karteluszkę tak, jakby widzieli ją po raz pierwszy w życiu, dawali jako bilet nie poczuwając się do obowiązku jego poszukania w kieszeniach. Po co, skoro oni przecież zapłacili? A w ogóle po co im bilet? Oni przyszli tutaj jechać na karuzeli, a nie pilnować jakiegoś biletu! Co ten okropny człowiek chce od nas?? Pewien mężczyzna dając mi paragon powiedział, że ten papierek uznał za ważniejszy, ponieważ zobaczył na nim pieczątkę. Zrobiono ją na moje zamówienie, aby ułatwić klientom odróżnienie paragonu od biletu: czerwone, duże litery układają się w słowo... PARAGON.

Najbardziej szokowały mnie błyskawiczne zmiany wyrazu twarzy osób, które były proszone o coś, czego nie chciały zrobić, albo które usłyszały jakiś zakaz, cokolwiek, co było niezgodne z ich oczekiwaniami. Uśmiech znikał w jednej chwili zastąpiony zaskoczeniem, dezaprobatą, zniechęceniem, a nawet, i tak się zdarzało, odrazą. Ot, spotkali człowieka z nieswojego świata, człowieka, który czegoś chce od nich i coś im nakazuje czy zakazuje! Po prostu przeżywali szok. A ja tylko poprosiłem – to przykłady – o zakończenie sesji fotograficznej, bo wielu innych klientów czeka na wejście, albo o zabranie małego dziecka chodzącego po karuzeli bez opieki. Dodam tutaj, że któregoś dnia młoda para zrobiła sobie sesję zdjęciową na karuzeli – za moją zgodą i bez żadnej dodatkowej opłaty. Skoro nie było w tym czasie klientów, to dlaczego miałbym im odmawiać?...

Nagminnie, niemal zawsze, spotykałem się z apriorycznie negatywnym nastawieniem. Cokolwiek się stało nie po ich myśli, niezgodnie z ich oczekiwaniami, natychmiast było źle oceniane i przypisywane nieokrzesaniu pracowników obsługi. Typowe zachowanie klienta, który zapomniał, gdzie włożył bilet, to twierdzenie, że „pani mi nie dała biletu”, a ja nie mam prawa wątpić w jego słowa.

Miałem styczność z ludźmi, którzy nie widzieli nic niestosownego w swoim oczekiwaniu abym nie uruchamiał karuzeli dopóki oni nie kupią biletów. Okoliczności: bramka zamknięta, bilety odebrane, ludzie już parę minut siedzą na zimnym plastiku, idę do kiosku sterowniczego aby włączyć karuzelę, i w tym czasie ktoś przychodzi.

Kilkanaście osób ma siedzieć na zimnie kolejne dwie-trzy minuty (czas na zakup biletu), bo ta osoba nie chce zaczekać pięciu, sześciu minut na następną jazdę. Zgodnie z moimi standardami, rachunek się nie zgadza, zwłaszcza w zimne czy deszczowe dni. Zgodnie z ich standardami ja jestem złośliwy nie czekając na nich. To nie domysł, słyszałem takie oceny. Typowym zachowaniem nieuwzględniającym okoliczności i potrzeb innych ludzi było zatrzymywanie się grupy klientów w bramce wejściowej i ustalanie między sobą, kto z kim ma jechać.

Widziałem ludzi zapatrzonych w ekrany telefonów w czasie jazdy karuzelą, a przecież płacili 25 złotych od osoby za 3 minuty! Dwoje ludzi zapłaciło 50 złotych za parę minut patrzenia w ekran, a przecież za takie same pieniądze mogliby godzinę posiedzieć w kawiarni przy kawie, napoju i ciastku! Oni też o tym wiedzieli, ale nie mogli się powstrzymać przed przewijaniem obrazków nawet tych kilku minut!

* * *

Widywałem cienką warstewkę wypolerowanego i uśmiechniętego lakieru powlekającą egocentryzm, brak empatii, a czasami coś znacznie gorszego. Pokrótce opisane tutaj zachowania charakteryzujące się zanikiem naturalnych kiedyś cech ludzi i społeczeństw na rzecz pozłotka widzę częściej i we wzrastającej liczbie miejsc. Ludzie żyją w coraz bardziej fikcyjnych światach tworzonych dla nich przez cyfrowe media działające na nich już nie tylko jak kurtyna oddzielająca od rzeczywistości, ale i jak rak. To, co powinno być ostatnim ruchem pędzla artysty malującego obraz pięknego XXI wieku, staje się jedyną treścią, pod którą nie ma autentycznej, rzeczywistej wartości. Jest hucząca muzyka w samochodzie, nieustanne przewijanie obrazków w internecie, nastawienie na zabawę, wysokie mniemanie o sobie i niechęć do podejmowania trudów i obowiązków.

Tak, ja też sporo czasu spędzam w internecie, ale szukając informacji, głównie dotyczących ekonomii i zachowań społecznych. Właśnie! Adres tego krótkiego filmiku dostałem od znajomego, a że okazał się treściwy i celny, dodaję go tutaj; zwłaszcza, że dostrzegam pewien związek z treścią mojego tekstu.

* * *

Nie wiem, czy wrócę do lunaparku. Powinienem definitywnie zakończyć pracę zawodową nie tylko z powodu wieku, ale i coraz większych trudności w późniejszej odbudowie opinii o ludziach.

Aby zakończyć tekst przyjemniejszym akcentem, opowiem o dwóch klientkach, które mam nadzieję długo pamiętać. Obie były wiekowymi paniami, starszymi ode mnie, obie z trudem i widoczną tremą wsiadały do gondoli. Kiedy na koniec jazdy podszedłem do nich aby odblokować zabezpieczenie, były radośnie uśmiechnięte i głośno wyrażały swoje zadowolenie. Powiedziały mi, że zawsze chciały jechać karuzelą, ale tak się składało, że pojechały dopiero dzisiaj. Okazało się więc, że karuzela może wzbudzić pragnienie i je zaspokoić, a nawet pomaga w powrocie do czasów dzieciństwa.






 Kilka zdjęć zrobionych na Rynku Kościuszki w Białymstoku.
 29 grudnia, godzina 17, koniec pracy. Sprzęt spakowany, ciężarówki gotowe do wyjazdu. Patrząc na nie wspomniałem swoje jakże liczne przerzuty lunaparku, noce spędzone za kierownicą scanii i tysiące przejechanych kilometrów. Przez moment, tylko jeden moment, poczułem chęć przeżycia takiej nocy raz jeszcze.

Nazajutrz wyjechałem do domu.

020126

Przez kilka godzin chodziłem po polach pod miastem. Widziałem padający śnieg, nawłoć wystrojoną śniegowymi czapami, białe płatki na okularach, polne drogi, liczne brzeziny i dwie duże grusze. Słyszałem ciszę, nie słyszałem klientów. Wróciłem zmęczony, ale zdrowszy i spokojniejszy.