Etykiety

Moja książka

Miłość, muzyka i góry

060320 Narodziny powieści i książki Pomysł przyszedł mi do głowy w czasie przerwy w wędrówce po Górach Kaczawskich, na przedw...

czwartek, 27 sierpnia 2020

Programy i słowa, czyli marudzenie

 

170820

Zmieniono wygląd stron zarządzania blogiem. Jak zwykle zmiany w większości są nijakie i niepotrzebne, są zmianami dla zmian, w których trudno doszukać się poprawy, łatwiej zepsucia.

Tagi postów (a właściwie wszystko) umieszczono w wielkich ramkach, w efekcie nie mieszczą się na ekranie. Patrząc na wygląd stron, łatwo zauważyć, że głównym pomysłem programistów były właśnie ramki, więc dodali je, nie zwracając uwagi na sensowność, przydatność czy miejsce.

No i te mnożące się jak króliki malutkie, nieczytelne ikonki zastępujące słowa!

Na liście postów wyświetla się coś, co przypomina mi grot strzały z przyklejonym kwadratem mieszczącym znak plus. Owszem, jest i „dymek” z „wyjaśnieniem”: przywróć wersję roboczą. Cóż to znaczy – nie wiem, ponieważ nie miałem żadnej wersji roboczej: napisany tekst po prostu wkleiłem w okienko i opublikowałem. Nie wiem też, jak się to „przywracanie” ma do kwadracika, plusa i grota strzały. Ot, tajemnica programistów.

Właśnie próbowałem poznać funkcję tego grotu z kwadracikiem. Okazało się, że tekst postu umieszczany jest gdzieś z boku, gdzie może być otworzony w trybie edycji, czyli z możliwością wprowadzenia zmian. W jakim celu to zagmatwanie? Otworzenie tekstu w trybie edycji nie jest żadnym powrotem.

A było tak jasno i logicznie: tekst mogłem zwyczajnie wyświetlić albo otworzyć z możliwością wprowadzenia zmian. Najwyraźniej było za prosto.

Kiedyś podobną rewolucję zrobiono na allegro, i do dzisiaj nie poznałem wszystkich dziwadeł nowej strony, a ostatnio portal Wirtualna Polska, na którym od blisko trzydziestu lat mam skrzynkę pocztową, zapowiada zmiany. Już czuję kłopoty.

W jakim celu robione są takie zmiany wyglądu stron? Firmy mają nadmiar pieniędzy? Niech więc przekażą je UNICEF. A może uważają, że bez totalnego przemeblowania, bez zmuszania użytkowników do szukania funkcji, będzie nudno? Nie wiem, a z ciekawością poznałbym przyczyny tych działań. Przecież można unowocześnić program, jeśli zachodzi taka potrzeba, a wygląd strony i jej funkcjonalność zostawić bez zmian.

Po kilku miesiącach użytkowania Instagramu nadal nie wiem, jakie znaczenie ma część ikonek, na przykład kwadrat z wyszczerbionym bokiem. Nie wiem też, jak wejść na stronę innej osoby. Jeśli kliknę na ikonkę z awatarem, pojawia się coś podobnego do obrotowego słupa ogłoszeniowego, na którym wyświetlane są zdjęcia innych użytkowników, nie tego wskazanego. Z proponowanych ikonek nie korzystam nie tylko z powodu mojej niechęci do nich, ale i niewiedzy o ich znaczeniu. Nie wiem, i nie bardzo mi się chce dowiadywać, co znaczy żółta mała głowa z ustami wykręconymi w lewo, a co z ustami wykrzywionymi inaczej, i w jakim celu stosowany jest znak koperty postawionej na węższym boku. Te symbole są dla mnie nieczytelne, a "dymków" przy nich nie ma; najwyraźniej uznano, że ich znaczenie jest oczywiste.

To, co najbardziej mi doskwiera przy obsłudze programów komputerowych, to konieczność dopasowania się do sposobu myślenia, kojarzenia i wysławiania osoby (programisty), która myśli, kojarzy i mówi zupełnie inaczej niż ja. Częstokroć odbieram ten przymus jako swoje zniewolenie.

Właśnie ta konieczność naginania myślenia do myślenia innej osoby, to wbijania sobie do głowy znaczenia ikonek i słów wyjaśnień niewiele wyjaśniających, mam za największą wadę programów komputerowych.

PS

W trakcie publikacji tego tekstu zauważyłem różnej wielkości czcionkę. Parokrotnie zaznaczałem właściwą, bez skutku. No i takie są rezultaty tego rodzaju zmian...

Z mojej pracy.

Litery i słowa odchodzą na drugi plan. Teraz mamy ikonki. Jak przed tysiącami lat, gdy ludzie na kamieniu, w glinie lub na patyku rzezali znaki. W efekcie ludzie zamieniają się w analfabetów nie potrafiących logicznie sformułować prostego pytania.

W pracy często słyszę takie i podobne pytania klientów:

O co tu chodzi?

Na czym to polega?

Jak to działa?

Na ostatnie pytanie odpowiedziałem, że koło młyna jest napędzane silnikami elektrycznymi, czym bardzo zirytowałem klienta, ponieważ jemu, i tym, którzy zadawali pozostałe pytania z listy, chodziło o ilość obrotów koła młyna na jedną jazdę, czyli za jeden bilet. Proste? Logiczne?

Chcąc się dowiedzieć, ile obrotów zrobi koło młyna, pytają, o co tu chodzi. Jak nazwać taką logikę i taką nieporadność?

Otóż chodzi o to, żebyście zostawili tutaj pieniądze. To dokładna odpowiedź na wasze pytanie.


Mało ludzi podchodzących do kasy młyna czyta wywieszony przed ich oczyma informator. Zdecydowana większość pyta, a naszą prośbę o zapoznanie się z informacjami traktuje jako nieuprzejmość, a nawet wyraz lekceważenia. Bywa, że w rezultacie odchodzą, a jeśli nawet przeczytają, to częstokroć nie rozumieją. A tam jest ledwie parę krótkich informacji, może dwadzieścia słów!

Przy dużym ruchu kasjerka musi obsłużyć kilkudziesięciu klientów w ciągu godziny. Ma jedną minutę na jednego kupującego. To taśmowa praca podobna do pracy kasjerki w dużym sklepie spożywczym. Jedna i druga po prostu nie ma czasu na zajmowanie się klientem tak, jak może się nim zająć sprzedawca samochodów. Wystarczy chwila zastanowienia, żeby dojść do tego wniosku. Wystarczy też do wyobrażenia sobie uciążliwości powtarzania setki razy dziennie tych samych informacji. Uważam, że dobre wychowanie nakazuje branie tego pod uwagę, ale nie od dziś wiadomo, że człowiek z chwilą stania się klientem traci nie tylko pół rozumu, ale i połowę kultury.

Pewna część naszych klientów traci znacznie więcej. A może nie traci, bo od dawna nie ma co tracić?

Stojąc na peronie i patrząc na przesuwające się gondole, kilka razy dziennie widzę klientów trzymających buty na tapicerowanej kanapie. Pukam wtedy w szybę i palcem pokazuję im buty. Rzadko widzę zmieszanie, częściej oznaki niezrozumienia. Raz jeden, tylko raz usłyszałem przeprosiny, kiedy na koniec jazdy otwierałem drzwi gondoli, i niejako dla równowagi raz usłyszałem słowa protestu klienta nieżyczącego sobie, żebym mu cokolwiek palcem pokazywał.

Ot, wrażliwe panisko.

Obok młyna stoi mała, dziecinna kolejka kosztująca znacznie mniej niż młyn, a na szybie kasy wisiała stosowna informacja z podaną ceną. Znaczna część klientów uznawała tę niską cenę jako opłatę za jazdę młynem. Kiedy słyszeli właściwą, 30 złotych, byli rozczarowani i protestowali:

Ale tu pisze 10 złotych!

Postanowiłem przykleić cennik na tę kolejkę z boku, żeby trudniej było go zauważyć. Zmiana nic nie dała, nadal ludzie zauważali mniej widoczne 10 zł, a nie eksponowane 30. Musiałem informator zdjąć dla uniknięcia nieporozumień.

Chyba nie muszę dodawać, że cały ów cennik składał się z nazwy urządzenia i ceny, czyli z kilku wyrazów.

Klient płaci za trzy obroty koła trwające około 15 minut. Ta informacja jest w cenniku. Niżej powiesiłem drugą, o rozpoczynaniu się nowych jazd co 3 – 4 minuty. No i w ten sposób zadałem kolejnego klina klientom. No bo jak jazda młynem może trwać 15 minut, skoro co 3 – 4 minuty ludzie wsiadają i wysiadają!?

Oto pełna analogia: pociąg jedzie z miasta A do miasta B godzinę czasu, ale co kwadrans ma przystanek, na którym ludzie wsiadają i wysiadają. Jak w takim razie możliwa jest godzinna jazda od A do B??

Paranoja? Popis bezmyślności? Brak elementarnej logiki? Tak! Po trzykroć tak.


Rzadko, ale klika już razy w okresie wakacyjnym miałem klientów, którzy odmawiali przeczytania informacji zamieszczonych przy kasowym okienku, tłumacząc się w wielce oryginalny sposób:

Jestem na urlopie. Nie muszę myśleć.

Cóż, czytanie literek i składanie z nich sensownych słów bywa trudne dla niektórych.

Trudne staje się dla coraz większej ilości ludzi.


PS

Zarabiam tutaj nieźle, ale i koszta mam spore. Do największych zaliczam obniżającą się opinię o ludziach.


PS 2

Letnie dni płyną mi spokojnie, tyle że zlewają się w jeden ciąg, w którym nie można znaleźć nic wyróżniającego, nic, czego mogłaby chwycić się pamięć.

Jestem tutaj już półtora miesiąca, ale kiedy obejrzę się wstecz, ledwie garść chwil i obrazów pamiętam. Wiem jednak i pamiętam: spojony upływ dni ma swoją wartość, którą łatwo doceni ten szarpiący się z problemami.

Ile czas pozwoli, coś przeczytam i napiszę, a w pracy rozglądam się starając się zapamiętać letnie obrazki: dziewczyny ubrane w przewiewne sukienki, przyjemny cień pod zielonym drzewem, moje gołe ramiona i nogi, słońce na twarzy. Opalony jestem jak zwykle na brąz. Wieczorem uświadamiam sobie, że mimo późnej pory jestem lekko ubrany i nie jest mi zimno. Wiem, że za pół roku trudno będzie mi w to uwierzyć.

Dni są jednakowe, ponieważ wypełniają je monotonne i powtarzalne zajęcia. Cóż, mój wybór. Nie musiałem kontynuować pracy, jednak pracując zarabiam, zasilając swój prywatny fundusz górski.


PS 3

Minęła godzina druga. Zaraz muszę wyłączyć laptopa i pójść spać, ale jeszcze chwilę posłucham muzyki.

Właśnie przebrzmiała aria z bachowskiej kantaty i po chwili ciszy usłyszałem całkiem odmienne dźwięki. Poznałem je od razu: allegro non troppo z koncertu skrzypcowego D-dur Johannesa Brahmsa. Jeden z dwóch najpiękniejszych koncertów na skrzypce, jakie kiedykolwiek człowiek skomponował!

Dlaczego tylko wspomniałem o nim w swojej opowieści o Jasiach?

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Recenzja mojej książki





160820

Na stronie Tania książka ukazała się recenzja mojej książki „Miłość, muzyka i góry”. Podpisu nie ma, więc nie wiem, kto ją napisał. Wysłałem do redakcji zapytanie o możliwość publikacji tekstu na moim blogu, ale nie doczekałem się odpowiedzi. Bardzo mnie dziwi taki zwyczaj, a jest coraz bardziej powszechny. Po zastanowieniu uznałem, że skoro podam stronę źródłową, czynu nagannego nie popełnię. Więc podaję: tekst opublikowany jest tutaj.




Oto treść recenzji.




Pragnienie idealnej miłości widziane oczyma mężczyzny. Powieść dopieszczona od wstępu aż po ostatnią stronę, wzruszająca, trzymająca w napięciu, ale przede wszystkim ukazująca piękno najważniejszych wartości w życiu. Tej książki się nie czyta - przez nią się płynie...

Powieść "Miłość, muzyka i góry" jest niezwykle chwytliwa, ale i krótka - autor w zaledwie stu czternastu stronach zdołał przekazać wszystko na temat tego, co ma w jego życiu ogromną wartość: miłości. Jedni powiedzą, że książka mogłaby być dłuższa, drudzy zaś z niedowierzaniem będą podziwiać pracę, jaką autor włożył w to, aby treść była staranna, a przy tym zwięzła.

Ta publikacja jest dowodem na to, że nie ilość jest ważna, a jakość. Świat stworzony w powieści jest wyjątkowo subtelny, pełen uczuć i magii, której nie da opisać się słowami bez zdradzenia zbyt wiele z książki. Wybierz się w niezapomnianą podróż szlakiem głównych bohaterów: Jasia i Jasi - odkryj to, co nieodkryte, i poznaj to, co niepoznane. Po prostu zatrzymaj się na chwilę, dostrzeż i doceń wartości, o których marzysz i śnisz. A może już masz je w swoim życiu, tylko w codziennym biegu czasem o nich zapominasz?

Autorem powieści jest Krzysztof Gdula, który pisze o sobie: "jestem synem, mężem, ojcem, dziadkiem". Technik z wykształcenia, który z umiłowania życiowych wartości tworzy szczere i poruszające opowieści, ukazujące świat, w którym wszystko jest czarne i białe i ma swoje odpowiednie miejsce. W obecnych czasach bywa, że dostrzegamy chaos, czujemy, że nic już nie ma swojego porządku. Ta publikacja pokaże Wam, że wcale tak nie jest!

Autor w swoim życiu opublikował trzy powieści, a każda z nich została pozytywnie oceniona przez czytelników. Poza "Miłość, muzyka i góry" zaliczają się do nich "Sudeckie Wędrówki" oraz "Góry Kaczawskie słowem malowane".

wtorek, 11 sierpnia 2020

Przy okazji jedzenia śliwki

 

080820

Kilka dni temu napisałem parę zdań pod opublikowanymi na Instagramie zdjęciami uschniętych drzew. Później uznałem, że dobry to temat na blogowy post.


Niedaleko miejsca mojej krakowskiej pracy znalazłem uliczne stoisko z owocami i warzywami. Parę już razy kupowałem na nim duże i soczyste śliwki. Smak ich bardzo słodkiego miąższu doskonale kontrastuje z winną skórką.

Któregoś dnia, jedząc śliwkę, ponownie uświadomiłem sobie niesamowitość tej czynności.

Ten owoc, tak odżywczy dla ludzi, zrodziło drzewo. Śliwa pobrała z ziemi wodę i drobiny kilku minerałów, z powietrza wzięła dwutlenek węgla, i z tego miksu pierwiastków, z których my sami nic nie potrafilibyśmy zrobić, przy użyciu energii słońca wytworzyła owoc, którym mogę się najeść. Owoc zawierający cukry i witaminy potrzebne mojemu organizmowi.

Oto najczystsza alchemia! Oto cud natury, którego magii nie doceniamy chyba tylko z powodu naszego przyzwyczajenia, czyli po prostu ślepoty.


Przez wiele lat mojego życia drzewa były dla mnie zwykłą częścią krajobrazu. Widziałem domy, pola, góry i drzewa. Ich liście rozwijają się wiosną i opadają jesienią, tak jak śnieg wiosną topnieje, a zimą rzeka pokrywa się lodem. Zwykłe przemiany krajobrazu, raczej niekojarzone z życiowymi cyklami żywych organizmów.

Uświadomienie sobie faktu najprawdziwszego życia drzew było dla mnie odkryciem możliwym dzięki moim zainteresowaniom ewolucją – kolejny przykład wzbogacania wiedzą obrazu postrzeganego świata.

Drzewa są żywymi organizmami, a w tej konstatacji nie ma krztyny naciągania faktów czy „zielonej” egzaltacji. Żyją, ponieważ pobierają i przetwarzają pożywienie, dzięki niemu budując i odnawiając siebie, rozwijają się i rozmnażają, w końcu umierają z powodu starości, chorób lub wypadku. Dokładnie tak jak my i inne zwierzęta.

Mają geny zbudowane dokładnie tak samo jak nasze i wszystkich zwierząt, to znaczy zbudowane z białkowych struktur skrótowo oznaczanych jako ACGT. Geny drzew działają tak samo jak nasze i mają takie same słownictwo jak zwierzęce. Jak wszystko, co żywe na Ziemi.

Tak jak my chorują atakowane przez bakterie i wirusy, mają układ immunologiczny do obrony przed patogenami i jak my umierają po prostu ze starości. Jeśli się im pozwoli.

To, co je odróżnia od nas, to ich nieruchomość, bardzo wolne reakcje i brak takiego systemu nerwowego, jaki mają zwierzęta, a co za tym idzie i świadomości. Chociaż w świetle ostatnich badań trudno tutaj o kategoryczne podziały i wypowiedzi.

Wiadomo, na przykład, że drzewa rodzicielskie połączone są korzeniami ze swoimi dziećmi – siewkami rosnącymi w pobliżu, i je dokarmiają. Panuje u nich najprawdziwsza solidarność gatunkowa, ponieważ dokarmiają też osobników, którym gorzej się dzieje; ostrzegają się przed niebezpieczeństwem ogryzienia ich liści przez roślinożerców oraz aktywnie potrafią się bronić przed tym procederem.

Pewnie, można powiedzieć, że nie ma tu efektu myślenia, a po prostu ciąg reakcji chemicznych doprowadzających do efektów podobnych do świadomych działań. W jakiejś mierze tak jest, ale trzeba uświadomić sobie naszą niepełną wiedzę o reakcjach zachodzących w naszych mózgach. To, co widzimy, co czujemy, co myślimy, w istocie jest szczytem góry sięgającej naszej świadomości. Co głębiej? Reakcje chemiczno-elektryczne, które nijak się mają do tego, co świadomie odczuwamy. Może więc i drzewom należałoby przyznać zdolność odczuwania, niechby szczątkową, mimo braku systemu nerwowego zbudowanego na podobieństwo zwierzęcego?

Drzewa postrzegają świat zewnętrzny, chociaż jego obraz niewątpliwie jest ubogi. Proszę jednak obejrzeć drzewa rosnące na brzegu lasu: odrzucają gałęzie mające liście w cieniu, więc mało produktywne, a intensywnie rozbudowują konary z liśćmi wystawionymi na życiodajne dla nich promienie słoneczne. Zabliźniają swoje rany, czyli wiedzą o nich; wiedzą też o nadejściu wiosny, a to znaczy, że na swój sposób obserwują siebie i świat zewnętrzny.

Kiedy patrzę na drzewa różnych gatunków rosnących blisko siebie, czasami wydaje mi się, że jedne się lubią, inne nie. Widuję drzewa odchylone od siebie, jakby (podkreślam to słowo, bo być może tak mi się tylko wydaje) tolerujące się z konieczności, ale też widuję splecione w objęciach, w gałęziami tak ułożonymi, żeby nie przeszkadzać sobie zasłanianiem słońca. Przypadek, domysł, czy prawda?

Drzewa można jeść, i nie tylko ogryzanie ich młodej kory przez sarny mam na myśli. Żywą tkanką drzew w części nadziemnej jest dość cienka warstwa białawego miąższu pod korą. Jest dla nas przyswajalna i pożywna, chociaż lepiej tego nie robić, ponieważ łatwo o uśmiercenie drzewa. Wspomniałem teraz o swoim zwyczaju zbierania bukwi, czyli nasion buków. Są bardzo pożywne mając 30% łatwo przyswajanego tłuszczu i na dokładkę dobry, orzechowy smak. Co prawda zjedzenie ich na surowo w dużej ilości nie jest dobre, ale zawsze korzystam z okazji posmakowania. Dziki też. Zresztą, ich żołądki i z dębowymi nasionami radzą sobie dobrze.

Oto symbioza, na której opiera się gmach ziemskiego życia: drzewa potrzebują dwutlenku węgla, który rozkładają, wykorzystując dla siebie węgiel, a odrzucając niepotrzebny im tlen. My wdychamy ten uboczny produkt ich życiodajnych procesów, a wydychamy dwutlenek węgla. Nasz odpad, ich pożywienie.

Zależymy od siebie, przy czym zależność nie jest równa. Drzewa bez nas się obędą mając inne źródła CO2, nam byłoby trudniej.

Starożytni Grecy wierzyli w driady, boginki żyjące w lasach, oraz w hamadriady żyjące w samych drzewach i utożsamiane z ich siłami witalnymi. Im więcej wiem, im jestem starszy, tym bardziej ich podziwiam i bliższy jest mi politeizm dawnych Greków.

Drzewa umierają stojąc, napisałem na Instagramie.

To wyrażenie ma u nas, ludzi, wyraźną wymowę. Jest w nim duma i niepokonanie. Umrzeć, skoro taki los, ale się nie poddać.

Tak właśnie umierają drzewa.



 

środa, 5 sierpnia 2020

Aktualności i praca

040820

Nie jeżdżę w góry, niemal nie czytam, nawet posiedzieć i podumać nie bardzo mam kiedy, więc zostaje tylko napisać o aktualnościach i uzupełnić je spostrzeżeniami o ludziach.

Jak na emeryta pracuję całkiem sporo, skoro regularnie przekraczam 80 godzin tygodniowo. Na szczęście praca jest spokojna, w czym niemała zasługa moich współpracowników. Do pracy przychodzą na czas i nawet trzeźwi, czego więc chcieć więcej?…

Obsługujemy niedawny nabytek firmy, czterdziestopięciometrowy młyn. Biała konstrukcja podświetlana jest silnym, wyrazistym i łagodnie zmieniającym kolory światłem reflektorów. Efekt całkiem ładny. Zdjęcia zrobiłem z peronu, zadzierając głowę do góry. Plątanina elementów konstrukcyjnych pozwala widzieć tylko niższą połowę młyńskiego koła, ale wrażenie i tak jest niemałe.

Duże jest też w kasie. Eleganckie, przestronne pomieszczenie, a w nim komputer, drukarki, dotykowy ekran, terminale płatnicze, rutery i coś tam jeszcze. Klient dostaje wydrukowany paragon i bilet, ale nim podejdzie do gondoli, nierzadko z karteluszek robi kulkę i wciska w kieszeń, a nawet po prostu wyrzuca. W chwilę później poproszony o bilet wybałusza oczy: bilet?? Jaki bilet?

Niewątpliwie dzieje się tak także z powodu podobieństwa biletu do paragonu, ale główny powodu jest inny i bardzo znamienny dla obecnych czasów.

Otóż ludzie nie czytają. Ileż to razy w czasie zamieniania kasjerki na posiłki miałem do czynienia z klientami, którzy pytają o cenę lub czas jazdy, a mówiąc do mnie odchylają głowę, bo wyraźny i niedługi informator wiszący przed ich twarzą zasłania mnie. Nie czytają też nadruków na otrzymanych papierkach. Dziwne to dla mnie, bo przecież dostali je za swoje pieniądze, łatwo więc dojść do wniosku, że zapewne są to bilety, a skoro tak, to ktoś o nie poprosi. Parę już razy klienci grzebali w koszu na śmieci szukając wyrzuconych biletów, oczywiście wkurzeni na… nie, nie na siebie: na nas.

Ciekawe, czy tak samo robią z biletami do kina czy na pociąg.

Inni, zwłaszcza kobiety, już przy kasie starannie ukrywają bilety na dnie torby. Im większa, tym głębiej chowają, a przy wejściu do gondoli zaczynają nerwowe poszukiwania, czasami połączone z wyjmowaniem mnóstwa drobiazgów z toreb.

Wielu ludzi czyta wyrywkowo i ma trudności ze zrozumieniem treści, co jest skutkiem nieposługiwania się pismem. Podany czas jazdy odczytują jako cenę, a wysokość młyna jako czas jazdy, myląc tutaj powszechnie używane skróty: „m” to metr lub mili (tysięczna część), a minuta jeśli już jest skracana, to zwykle do postaci „min.”. Wielu ludzi nie wie o tym, ale cóż się dziwić komuś, kto, być może, nie ma styczności z żadną postacią techniki, skoro podobnie rozumują i piszą programiści, więc technicy?

Program do sprzedaży biletów napisany był przez polską firmę, ale wyjaśnienia i opisy jego funkcji tylko udają polski. W każdym możliwym i niemożliwym miejscu jest oczywiście „generował”, „generujący”, „generowanie”. Kasjerka nie drukuje raportu, ona go „wygenerowywuje”, a ja muszę patrzeć na te potworki, na dokładkę za darmo, bo szef nie uznaje moich argumentów na rzecz wypłacania mi dodatku za warunki szkodliwe dla mojej wrażliwości językowej, co przecież jest powodem wołania o pomstę do nieba, a przynajmniej żądania podwyżki.

Godziny u tych speców od programów to „g”. Nie „godz.”, nawet nie „h”, a po prostu „g”; zobaczywszy ten kulfon, odruchowo pomyślałem o ciążeniu, jako że takie właśnie ma oznaczenie. Dużo zwykłych literówek, które najwyraźniej nikomu nie przeszkadzają, skoro od lat nie są poprawiane; wyjaśnienia zaciemniające sprawę, logika dziwaczna albo i żadna. Ot, jeden przykład: przy procedurze zwrotu biletu pojawia się systemowy, domyślny powód zwrotu: zwrot. Naprawdę! Napis ma treść „powód zwrotu: zwrot”.

Są oczywiście i plusy. Na przykład niemal pewność uczenia się obsługi nowego programu komputerowego po raz ostatni w życiu. Na (rzeczywistej) emeryturze będę je omijał równie starannie, jak karuzele.

Jednak główny plus jest we mnie. To wyraźnie odczuwany luksus możliwości zaprzestania pracy niemal z dnia na dzień.

Pracował będę do końca lata, a wtedy zrobię sobie parotygodniową przerwę. Przypomnę żonie, jak wygląda jej mąż, a później pojadę na długą łazęgę kaczawską. W czasie najpiękniejszych dni roku!







PS

Z tyłu młyna znalazłem krzaczek cykorii podróżnik. Nikt tam nie chodzi, więc mam nadzieję na jej długie życie i wiele moich odwiedzin.