Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

piątek, 30 października 2026

O procesie upadku imperiów

 

Moje niektóre zainteresowania czasami dziwią mnie samego swoją… egzotyką? Odległością od codzienności? Możliwe, ale akurat ta odległość jest pozorna. Wśród owych dziwności jest socjologia, psychologia, ewolucja, działanie współczesnego systemu finansowego i zagrożenia związane z jego stanem, kiedy więc zobaczyłem ten tytuł wykładu na YT,

„Każda cywilizacja umiera w ten sam głupi sposób”,

kliknąłem na chybił trafił, nie od początku, i oto co usłyszałem.:

„Bohaterami kultury nie są już żołnierze, budowniczowie czy mężowie stanu. Stają się nimi sportowcy, piosenkarze i aktorzy. Mieszkańcy stolicy mają obsesję na punkcie rozrywki i seksu. Napływają obcokrajowcy przyciągnięci bogactwem, a rdzenni mieszkańcy, wygodni, kłótliwi, wiecznie dyskutujący, przestają mieć dzieci. Rozbudowany aparat państwowy przejmuje funkcje pełnione kiedyś przez rodzinę lub plemię. (…) Wszyscy debatują, nikt nie działa.”

Hmm, trafne spostrzeżenia, pasujące do państw Zachodu, ale dlaczego wymienia żołnierzy wśród grupy bohaterów kultury i dlaczego pisze tylko o stolicy? Zacząłem od początku, a to, co usłyszałem, zrobiło na mnie wielkie, niemal wstrząsające wrażenie. Cytowane wyżej słowa napisał sir John Glubb, autor książki „Losy imperiów”, a tymi słowami opisywał Bagdad w X wieku. Przeczytacie o nim tutaj,  tutaj.

Glubb badał historię upadku wielkich i silnych państw, opisał prawidła rządzące tym procesem, a ten powtarza się dokładnie przy każdym upadku. To, co zrobiło największe wrażenie na autorze, to dzieci, a ściślej ich brak. Na koniec dodaje:

„Bezdzietność jest tym, co boli najbardziej, ponieważ powtarza się wszędzie.”

Zapraszam do lektury. Słowa nie ograniczone znakami » « lub cudzysłowem są moje, pozostałe przepisałem słuchając wykładu, więc możliwe są drobne odstępstwa od oryginału, ale tylko stylistyczne. Pogrubienia są moje.

* * *

Link do wykładu.

Historia każdego zbadanego imperium przechodziła przez sześć takich samych etapów.

Epoka pionierów. Biednych, twardych, nieustraszonych, pojawiających się znikąd. Epoka podbojów. Epoka handlu, kiedy miecza zmieniają się w księgi rachunkowe. To epoka dostatku. Epoka intelektu, kiedy ludziom żyjącym w komforcie zaczyna wszystko przeszkadzać. Po niej epoka dekadencji opisana przez autora eseju w tak szczegółowy sposób, że gdy to usłyszysz uznasz, że pisał o tym roku. (…) Glubb zauważył, że żadna cywilizacja nigdy nie czuła, że chyli się ku upadkowi. Ludzie żyjący w końcowej epoce nie odbierali jej jako końca, a jako wyrafinowanie, jako postęp, jako najbardziej zaawansowany, tolerancyjny i inteligentny poziom do którego dotarła ich kultura. Jesień wydaje się szczytem. W tym tkwi pułapka. (…)

Antropolog Joseph Tainter: Cywilizacje nie umierają z dekadencji, argumentował, nie umierają przez barbarzyńców, umierają przez rozwiązywanie problemów. Społeczeństwo mierzy się z nowym wyzwaniem: suszą, wojną na granicy, niedoborami. Rozwiązuje je nowym urzędem, nowym podatkiem, nową klasą specjalistów, większą armią. (…) Odpowiedzią na kolejny problem jest to samo: więcej struktury, więcej administracji, więcej warstw między osobą z łopatą a osobą podejmująca decyzje o łopatach. Przez długi czas to się opłaca. Każda jednostka dodana do istniejącej już złożoności przynosi więcej zysku niż kosztuje. (…) Potem krzywa się załamuje: każde nowe rozwiązanie kosztuje nieco więcej i daje nieco mniej. Biurokracja potrzebna do obsługi biurokracji rośnie. (…) Społeczeństwo wydaje coraz więcej aby utrzymać swoją pozycję, a nie dla rozwoju. Rzym jest podręcznikowym przykładem. (…) Kiedy barbarzyńcy w końcu przekroczyli granice Romy, w co tak naprawdę wchodzili? W strukturę tak kosztowną w utrzymaniu, że jej właśni obywatele przestali jej chcieć. (…) Społeczeństwo tonące we własnej administracji postrzega siebie jako zaawansowane: spójrz, ilu mamy specjalistów! Ile zabezpieczeń, ile procedur! Ten ciężar postrzegany jest jako koszt postępu, dlatego nikt go nie odsuwa. (...)

Peter Turchin, ekolog populacyjny, o nadprodukcji elit. »Każde społeczeństwo w okresie wzrostu tworzy więcej wykształconych ludzi niż potrzebuje. Więcej prawników niż sądów, więcej urzędów niż województw, więcej ważnych ludzi niż pozycji, które mogliby objąć. W dobrych dekadach jest to niewidoczne, bo tort rośnie wystarczająco szybko by wszystkich pomieścić. Potem ekspansja zwalnia. Liczba krzeseł maleje, a liczba ludzi oczekujących na nie stale rośnie. (…) Otrzymujesz więc masę gniewnych ludzi na dole, a na górze nadmiar ambitnych ludzi nie osadzonych na ważnych stanowiskach. (...)

Arnold Toynbee: „Cywilizacje nie są mordowane, one popełniają samobójstwo.”

„Cywilizacje wznoszą się reagując na wyzwania i upadają gdy przestają reagować. Kreatywna mniejszość odpowiada na każdy kryzys czymś nowym, społeczeństwa je naśladują i pną się w górę. Upadek zaczyna się w momencie gdy twórcza mniejszość staje się jedynie dominującą klasą rządzącą która przestała tworzyć a zaczęła po prostu rządzić utrzymując swoją pozycję siłą i przyzwyczajeniem, zamiast mieć jakiekolwiek odpowiedzi na wyzwania.” (...)

Najpierw złożoność rozwiązałeś systemem, a potem problem z tym systemem rozwiązałeś kolejnym systemem. Aplikacje, rutyny, protokoły, konta, warstwy optymalizacji piętrzące się jedna na drugiej, aż utrzymanie twojego życia pochłania energię, która miała służyć do jego przeżywania. (...)

Żaden z tych ruchów nie jest głupi. Każdy z nich jest inteligentną odpowiedzią na zaistniałą sytuację. Dlatego ten schemat nigdy się nie zmienia.«

* * *

Każdy, kto czerpie informacje o świecie nie tylko z mediów podległych władzy, i bacznie obserwuje zachowania ludzi wokół niego, dostrzeże uderzające podobieństwo historycznych zdarzeń poprzedzających gruntowne i zawsze bolesne dla zwykłych ludzi skutki gwałtownych przemian geopolitycznych do obecnej sytuacji państw Zachodu i kierunku, w jakim zmierzają.

Tekst zrobił na mnie silne wrażenie ponieważ znalazłem z nim potwierdzenie moich obserwacji i obaw, ale wyrażone głębiej i precyzyjniej, a na dokładkę poparte badaniami naukowymi.

Proste obliczenie do wykonania w pamięci wskazuje, że za dwa pokolenia, czyli za około 60 lat, Polaków będzie o połowę mniej niż obecnie. Moje wnuczęta na starość będą żyły z kraju, w którym imigrantów będzie tylu, ilu etnicznych Polaków, a ich dzieci będą już w mniejszości. Potworne zadłużenie (i nadal szybko rosnące) krajów Zachodu, w tym i Polski, w połączeniu ze skutkami starzejącego się społeczeństwa, będzie przyczyną biedy, protestów, rozruchów społecznych, zabrania nam ziem i fabryk. Ten proces już się rozpoczął. Już teraz płacimy tyle samych odsetek od długu, że co kilkanaście miesięcy moglibyśmy sfinansować budowę kolejnego CPK albo co drugi rok oddawać do użytku nową elektrownię atomową. Politycy zajęci są wzajemnym opluwaniem się, rząd skupiony jest na utrzymaniu władzy, a ludzi najbardziej zajmuje wypowiedź kolejnej gwiazdki mediów, co jeden polityk powiedział o drugim oraz nowe, coraz bardziej błyszczące i puste, programy rozrywkowe. Coraz więcej chcemy od innych, także od państwa, coraz mniej wymagamy od siebie, nie chcemy mieć dzieci, wolimy opiekować się pieskiem lub kotkiem, a byle kłopot tak nas przygniata, że musimy szukać pomocy u psychologa. Jakby tego wszystkiego było mało, u władzy są szaleńcy wywołujący wojny, zaślepieni ideolodzy w B. i nie tylko, mamy wielkie rzesze imigrantów obciążających nas finansowo i niszczących kulturowo, a z którymi nic nie potrafimy zrobić, spętani tak zwaną poprawnością polityczną. Zajmujemy się pierdołami jednocześnie biegnąc na betonową ścianę.

Dobrze, że mam 71 lat. Tylko dzieci i wnuków mi żal. Ich życie nie będzie tak dostanie, bezpieczne i uporządkowane, jak obecnie.

Cytat:

„Potem zima trwa, miasto pustoszeje, w końcu ktoś bez historii przybywa z krańca mapy, głodny, twardy, dziesięć pokoleń przed własnym upadkiem, i zegar rusza od nowa.”

środa, 28 października 2026

Sudety jesienią, cz. V

 260926 do 011026

Przełom Czyżynki

Idąc parę lat temu do ruin zamku Cisy, widziałem w pobliżu mojej drogi długą, stromą ścianę nieznanej mi góry. Była zalesiona, ale w kilku miejscach ponad drzewa wystawały skalne ściany zapowiadające ciekawą morfologię. Tamtego dnia pomyślałem tylko, że warto byłoby poznać to miejsce i poszedłem dalej. Tej jesieni znajomy pszczelarz z Gostkowa na Pogórzu Wałbrzyskim opowiadał mi o tak ładnym zboczu góry, że mógłby tam spędzić (to jego słowa) cały dzień. Oczywiście zaciekawił mnie, a nie mając konkretnych planów, poprosiłem o szczegóły chcąc owe miejsce zobaczyć. Trochę kluczyłem, a kiedy w końcu dotarłem na miejsce, zobaczyłem ścianę zapamiętaną na wędrówce sprzed paru lat.

 Dzięki poziomicom i odpowiednim kolorom, na mapie dobrze widać ową ścianę, która okazała się być częścią przełomu strumienia Czyżynka. Jest na lewo od szczytu Kruszyc, a przy dolnej krawędzi zdjęcia z mapą są zaznaczone ruiny zamku Cisy, który odwiedziłem tego dnia.

Głęboka, wyraźnie wyrzeźbiona dolina strumienia Czyżynka jest długa, nie poznałem jej całej, a tam, gdzie byłem, widoki zasłaniają zarośla i gęsty las. Patrząc z dna doliny na ścianę przełomu uznałem, że nie mam szans wejść na górę. Dostałem się tam drogą dłuższą, ale wygodną i bezpieczną. Blisko szczytu wzniesienia równa droga podprowadziła mnie na brzeg lasu, a tam niespodziewanie skoczyła w przepaść przełomu. Stałem na granicy równej wierzchowiny, z tyłu widziałem bezpieczne płaszczyzny pól między pierwszymi drzewami lasu, a przed sobą opadające na dno doliny wierzchołki drzew. Górą obłe i łagodne stoki, niżej bardziej strome, miejscami zamieniające się w urwiska, porosłe są malowniczo pokręconymi sosenkami i dębami. Bursztynowa kora sosen i przebarwiające się liście dębów świeciły feerią ciepłych barw kolorowej jesieni.  

Między konarami drzew widziałem odległy o wiele kilometrów horyzont zamknięty niebieską linią Karkonoszy i bliżej szczytów wałbrzyskich, a w miejscu najbardziej odsłoniętym zobaczyłem taki widok. 
Jest tam zrobiona ława, są ślady ogniska; zapewne o tym miejscu, albo o całej jakże malowniczej części przełomu, mówił pszczelarz. Nie raz i nie dwa obiecałem sobie posiedzieć długo albo i dłużej w takim miejscu, ale zawsze goni mnie… miałem napisać o niecierpliwości, ale nie odczuwam jej; chyba przeważa tutaj ciekawość dalszego szlaku, widoki, które gdzieś tam za tą górą czekają na mnie. Po dwóch czy trzech kwadransach ruszyłem dalej.

Zamek Cisy zobaczyłem dokładnie takim, jakim zapamiętałem go będąc tam po raz pierwszy. Gęsty las na stromych zboczach, miejscami urwistych, w dole ciemny, zarośnięty, w wielu miejscach niedostępny strumień, metrowej grubości poszarpane szare ściany zamku, a między nimi i wprost na nich drzewa w pysznych barwach jesieni.

 Kiedy już ludzie znikną zostawiając budowlę samą sobie, albo kiedy wszyscy się powyrzynają, wtedy powoli, ale nieustępliwie, wraca natura i na murach, wcześniej oblanych potem i krwią, zasiewa nowe życie, a jest ono obojętne na szaleństwa i zbrodnie tych, którym wydaje się, że są ukoronowaniem życia na Ziemi. W tym fakcie dostrzegam gorzkie co prawda, ale jednak pocieszenie.

Ta budowla mogłaby do dzisiaj (i za setki lat też) służyć ludziom, a została bezmyślnie zniszczona. Bóg jeden wie, ile milionów godzin (proste szacunki na taką skalę wskazują) ludzie mozolili się przy wznoszeniu tych murów, ilu z nich straciło na budowie zdrowie i życie. Niewiele później przyszli inni i w swoich pobratymcach zobaczyli śmiertelnych wrogów. Może tylko dlatego, że inaczej się modlili do tego samego Boga. W widoku drzew rosnących na kikutach ścian jest swoista sprawiedliwość Losu bądź Natury. Jest także przestroga: tak mogą wyglądać za 100 albo za 1000 lat nasze miasta. Co się wtedy stanie z nami? Czy my jeszcze będziemy? A jeśli tak, to do jakiej wojny będą nawoływać nowi przywódcy? Gdzie zobaczą wroga i na kogo każą szykować maczugi?

Obrazki ze szlaku

Piękny, świetlisty ranek złotej jesieni.

 Zamek Cisy. Fragment muru zapamiętany z powodu swojej niestabilności. Od wielu lat wisi w powietrzu potwierdzając rzetelność prac wykonanych przed wiekami.

Las na przełomie. 
Na krawędzi przełomu.

Miejsca wędrówek.

PS

U wspomnianego pszczelarza miody nabywam od paru lat i w niemałych ilościach; ostatni zakup ważył ponad 10 kg. Kupuję nie tylko z powodu smaku, ale i pewności nabywania prawdziwego, w pełni naturalnego, a więc sprzyjającemu zdrowiu produktu. Jem codziennie, może niewielkie ilości, ale litrowy słoik nie wystarcza mi na dłużej niż miesiąc, a przecież są i inni domownicy.

Tutaj  jest strona pasieki pana Sebastiana Bryka.


 

piątek, 23 października 2026

Sudety jesienią, cz. IV

 260926 do 011026

Dudziarz

W pobliżu Przełęczy Radomierskiej, na północ od drogi numer 5 wiodącej do Jeleniej Góry, piętrzy się masyw Dudziarza, jeden z większych w górach kaczawskich. Najwyższe wzniesienia, Dudziarz, Straconka i parę innych, są zalesione, natomiast na wschodnim przedłużeniu masywu, na Gaiku i Górze Bandurskiego są łąki. 

 Mapę tak wykadrowałem, aby widać było na niej południowe, opadające do szosy, stoki masywu. Dudziarza po raz pierwszy zobaczyłem w styczniu 2011 roku, na pierwszej wędrówce kaczawskiej. Wtedy o nazwie góry dowiedziałem się czytając mapę i oczywiście nie przyszło mi do głowy, że właśnie zaczynam wieloletnią przygodę z Górami Kaczawskimi. Niżej zamieszczam zdjęcie Dudziarza z tamtej inauguracyjnej wędrówki, drugie było zrobione siedem lat później. 
 Strzałką zaznaczyłem na nich polanę na zboczu Dudziarza, która od chwili jej zobaczenia przyciągała mój wzrok, a nazwałem ją Polaną Czterech Świerków. Na jednej z kolejnych peregrynacji kaczawskich znalazłem właściwe drogi i zobaczyłem polanę z bliska. Okazało się, że rząd świerków jest dłuższy, ale nazwy już nie zmieniałem.

Od tej polany zaczęła się moja przygoda z Dudziarzem i pobliskimi górkami. Jeśli dobrze się przyjrzeć mapie, widać po krętych liniach poziomic i zawiłych granicach lasów, jak bardzo tamte zbocza są urozmaicone. Spędziłem na nich… nie miałem siły przeglądać długiej listy tras kaczawskich, więc tylko szacuję, że nie mniej niż pięć dni. Kilkadziesiąt godzin na zboczach o łącznej powierzchni raptem kilku kilometrów kwadratowych, a nadal nie znam wszystkich zakątków i na każdej wędrówce odkrywam nowe.

Właściwie nie powinienem pisać o wędrówce, skoro nigdzie nie idę a kręcę się na niewielkim obszarze. Po powrocie rejestr oglądany na ekranie bardziej przypomina drogę mrówki w gąszczu źdźbeł trawy niż trasę wędrowca. Tam w pełni realizuje się moja idea najwartościowszego spędzania czasu nie tylko w górach: iść tam, gdzie ładnie, gdzie oczy poniosą, gdzie skieruje wspomnienie, a czasami zwykła chwila niezdecydowania na rozdrożu. W miarę przybywania dni spędzonych pod Dudziarzem, częściej decyduję się wybrać określoną dróżkę pod wpływem wspomnień. Tam, gdzie z upodobaniem bywamy, przybywa naszych śladów – tych, które tylko my widzimy. Wtedy takie miejsca działają na nas nie tylko cechami widzianymi bezpośrednio, ale i wspomnieniami. Ich obraz staje się pełniejszy, traci obcość i anonimowość, nabiera treści i głębi, a w ten sposób staje się nasz. Tak mam na Dudziarzu, w Trzmielowej Dolinie, na Chrośnickich Kopach, pod Gostkowem i w wielu, wielu innych miejscach Sudetów, a ostatnio także na Roztoczu.

O Polanie Czterech Świerków pisałem, teraz opowiem o grupie świerków ze zdjęcia poniżej.  

Każdy, kto będzie przechodził obok nich ledwie spojrzy i pójdzie dalej, a dla mnie te świerki są schronieniem moim i Janka na czas posiłku w mroźny i wietrzny dzień kilka lat temu. Kwadrans spędzony między tymi drzewami wraca do mnie ilekroć je widzę. Nie tylko: którejś jesieni przy tych świerkach znalazłem kilka okazałych prawdziwków, one też mają swój udział w splocie wrażeń budzonych tym tuzinkowym – dla innych ludzi – widokiem. Dzisiaj ani Janka ani grzybów nie było, ale obrazy owszem.

W pobliżu rośnie krzew różany pod którym leżałem rozkoszując się niedoświadczanym wcześniej ciepłem na pierwszej letniej wędrówce sudeckiej, jest pokrzywiona czereśnia której wydaje się, że jest wierzbą iwą, jest ogromna brzoza, chyba największa jaką widziałem.

Drugie zdjęcie zrobiłem w 2017 roku.

 Pod Dudziarzem mam też polankę, na której jesienią zawsze rosną liczne kanie, mam dobre miejsca na postawienie domu, ukryte przejście do ładnej dolinki i wiele, wiele innych miejsc przemawiających tylko do mnie.

Niestety, doświadczenia dzisiejszego dnia wskazują na kres, a przynajmniej znaczne ograniczenie szwendania się pod Dudziarzem. Kilka lat temu przybyło ogrodzeń na Gaiku i Górze Bandurskiego, teraz zobaczyłem w różnych miejscach wiele nowych tabliczek zakazujących wejścia na teren prywatny. Nic tam nie ma, ani budynków, ani pasącego się bydła czy ogrodzeń, ale tabliczki z zakazem stoją. Czy ja cokolwiek zniszczę przechodząc polną drogą, niekoszoną łąką lub między drzewami zagajnika? Paru miejsc nie odwiedziłem z powodu tablic, w paru innych byłem, ale odczuwając psychiczny dyskomfort łamania zakazu właściciela. Kiedyś przeszedłem od Gaika do wsi Komarno, mile wspominam tamten szlak, raczej już nie do powtórzenia.

Obrazki ze szlaku

Ogrodzone pastwiska na Gaiku.

 Zlot kruków?

Wycinka drzew na Dudziarzu. Widok pobojowiska jest bardzo przygnębiający. To właściwie armagedon.

 Nowa droga budowana prawdopodobnie przez leśników, aby mogli sprawniej prowadzić wycinki, oczywiście pielęgnacyjne. A to, co zostało z budowy i nie jest im potrzebne, zepchnęli na kupę. Taka forma współczesnej estetyki. 
Odwiedziłem starą znajomą, czereśnię pokrzywioną reumatyzmem. Krzywa jest jeszcze bardziej, obrosła mchem, ale żyje.

 Leżąca iwa.

 Mój samochód.

 Często mam trudności z jego parkowaniem. W niepopularnych turystycznie wioskach sudeckich jest mało oznakowanych parkingów, a poza terenem zabudowanym zostawienie samochodu bardzo utrudniają przepisy drogowe, np. linie ciągłe na brzegu jezdni. W ostatnich latach coraz częściej widzę tabliczki informujące o prywatnej własności i zakazujące wjazdu i wejścia. Oczywiście nie odbieram tego prawa właścicielom, ale w efekcie nawet jeśli nie widzę tabliczki i nie ma rowu, odczuwam obawy zostawiając samochód na cały dzień gdzieś na poboczu, bo może zjechałem już z pasa drogowego i stanąłem na gruncie prywatnym, a wtedy będę miał kłopoty z właścicielem?...

Mapa z zaznaczonymi miejscami wędrówek.

  Zapraszam na fotograficzną relację z włóczęgi po zboczach masywu Dudziarza. Publikuję blisko 40 zdjęć, mam ich znacznie więcej, a mimo tej ilości są one tylko przykładami różnorodności morfologicznej, nie pokazując całej jej złożoności. 




poniedziałek, 19 października 2026

Sudety jesienią, cz. III

 

260926 do 011026

Śledztwo

Któregoś dnia wspomniałem strumyk poznany gdzieś w Sudetach kilka lat temu, i od razu pojawiła się chęć ponownego jego zobaczenia w czasie jesiennego pobytu w górach Pani Śnieżki. Pamiętałem wiele szczegółów, ale o najważniejszym zapomniałem: gdzie płynie strumyk. Oporna pamięć stopniowo podsuwała mi drobiazgi, z których wyłoniły się Twardocice, wioska na Pogórzu Kaczawskim. Strumień miał płynąć gdzieś w pobliżu. Co dalej? Zapytałem komputer o strumień w tekstach opisujących wędrówki, a maszyna podsunęła mi setki stron tekstów z tym słowem. O co pytać, by nie dostać tak mało precyzyjnej odpowiedzi? Próbowałem tak i siak, w końcu przypomniałem sobie, że w pobliżu wznosi się zielony pagór na którym widziałem sarny. Wydały mi się wtedy wyjątkowo pięknymi zwierzętami. Idąc tym tropem, pytałem maszynę stosując słowa kluczowe w rodzaju „piękna sarna”, aż w końcu znalazłem. Byłem tam 14 lutego 2021 roku. Wykreślonej trasy nie miałem, ale jest dość dokładny jej opis, a mając go, właściwe miejsce znalazłem szybko. Całe poszukiwania trwały… nie patrzyłem na zegarek, ale myślę, że do dwóch godzin. Czy znalezienie jakiegoś tuzinkowego strumyka, jednego z tysięcy w tych górach, było tak ważne? Oczywiście nie było ważne, ale zadziałał tutaj znany mechanizm psychologiczny: skoro zacząłem poszukiwania, mam je przerwać z powodu trudności? Inicjatorem była ciekawość, później już ciekawość wspomagana pewnym przymusem nie pozwalającym się poddać.

Pojechałem do Twardocic, przytuliłem samochód do ruin opuszczonego domu bo tylko tam mogłem, i poszedłem.  

Droga do strumienia była jeszcze ładniejsza od mojego obrazu zapisanego w pamięci, okolica też, mimo że będąc płaską nie przypomina pogórzańskiej, a strumień… Tam, gdzie się go spodziewałem, gdzie linia drzew była taka, jaką zapamiętałem, nie ma nawet śladów strumienia. Więc gdzie? Był po mojej prawej stronie, a niewiele dalej zieleniło się niewielkie nagie wzgórze… Poszedłem przez las, a kiedy wyszedłem na otwartą przestrzeń zobaczyłem wzgórek. 
Tak, to na pewno ten! Na jego zboczu znalazłem źródło innego strumyka. Idąc z przeciwnej strony, właśnie od wzgórza, znalazłem poszukiwany strumień. Był raptem 200 metrów w bok od pierwszego przeszukanego miejsca.
 Poza tym, że zarósł chwastami (a tak jest wszędzie), nic się nie zmienił. Początek jaru jest suchy, dalej pokazuje się woda – tak jak pięć lat temu. Niewiele jej, stoi, nie płynie, ale jest. Poszedłem brzegiem przedzierając się przez zarośla, a po paru dziesiątkach kroków strumyk znikł. Wsiąkł w ziemię. Widziałem suche kamieniste dno, a po dwudziestu metrach i ten ostatni ślad znikł. Nie ma strumyka.

Nie żałuję, broń Boże, wszak przeżyłem ciekawą przygodę i byłem tam, gdzie chciałem być, ale ponownie uświadomiłem sobie, że wracając po latach trzeba być przygotowanym na różne niespodzianki, nie zawsze dobre.

Ruszyłem w kierunku kilku znanych mi wzgórków. Oficjalnym celem były odwiedziny, ale może bardziej chodziło o drogi, bo te w okolicach Twardocic są po prostu ładne. Ich cechą wyróżniającą jest duża ilość ocieniających je dębów.

 Parę razy przechodziłem drogą, z której widziałem łagodne, niewielkie wybrzuszenie pól, a na szczycie dwa drzewa widziane na tle nieba.  

Budziła się we mnie myśl o podejściu do tych drzew, ale dopiero tego dnia się zdecydowałem. Oto seria zdjęć z mojego marszu polem wprost na dwa drzewa i Ostrzycę. 

 Miejsce okazało się być ładniejsze w bliska niż z daleka, a rośnie tam nie dwa a trzy drzewa i są to dęby, jakżeby inaczej.

Ostrzycę widziałem wiele razy z różnych miejsc trasy. Będąc najwyższą i najbardziej charakterystyczną górą, jest panią dużej części rozległego Pogórza Kaczawskiego. Niżej zamieszczam kilka zdjęć Ostrzycy widzianej tego dnia.

 Ze wzgórz bliskich wiosce najwyższym jest Świątek. Ten, nie ta Świątek. W naszym języku to słowo oznaczało dzień święty (stąd Zielone Świątki). Potwierdza to historia wzgórza: dawno temu miała tam stać świątynia. Kiedyś byłem na tej górce, nawet wszedłem na bazaltowy szczyt. Jest kolejnym w tych górach nekiem. Potwierdziła to AI Google:

»Z punktu widzenia geomorfologii to izolowane wzniesienie twardzielcowe stanowi pozostałość dawnego komina wulkanicznego, w którym zakrzepła płynna lawa bazaltowa. Wulkan ten był aktywny w okresie paleogenu lub neogenu (około 15–35 milionów lat temu), podobnie jak wiele innych obiektów w tym rejonie.« 

Świątek.

A propos świątyń!

W Twardocicach jest kościół ewangelicki w ruinie. Nie ma dachu ani części ścian zewnętrznych, na poszarpanych szczątkach murów rosną drzewa. W miarę cała jest tylko kościelna wieża. Kiedy byłem tam po raz pierwszy, jakieś 10 lat temu, na szczycie stał pochylony szkielet kopuły wieńczącej wieżę.

Parę lat później już jej nie było.
Ostatnie zdjęcie jest z 2025 roku. Dzisiaj zobaczyłem las rusztowań i nową kopułę na wieży.
Stosowne tablice informują o koszcie pierwszego etapu remontu w wysokości 500 tys zł. Mam mieszane odczucia. Wydaje się pół miliona (na początek!) na nowe zwieńczenie wieży zrujnowanego kościoła, który i tak ruiną zostanie, a w tym czasie szpitale ograniczają zabiegi z powodu braku pieniędzy. Na jednym ze zdjęć widać pęknięcia muru nad otworem okiennym. Korzenie drzew tam rosnących i zamarzająca w zimie woda z czasem powiększą szczeliny a wtedy fragment mur straci spoistość i runie. Chyba że zabezpieczy się je wydając kolejne setki tysięcy albo miliony. Bardzo mi szkoda tej budowli. Kiedyś obejrzałem ją dokładnie, była zbudowana solidnie i bogato wykończona, ale teraz rozlatuje się – jak wiele podobnych budowli w Sudetach. Czy stać nas na uratowanie ich wszystkich z publicznej kasy? Czy stać będzie na późniejsze ich utrzymywanie? Wątpię.

O chrześcijanach będących budowniczymi i właścicielami tej świątyni przeczytacie tutaj. 

Obrazki ze szlaków pod Twardocicami. Zmieniam organizację: do tej pory opisy zdjęć były pod nimi, teraz daje je wyżej, aby czytelnik przewijając wpis w dół wiedział, na co patrzy.

Drogi w okolicy wioski.

 Wzgórki Jedlnia, Skowronek i Chmielec oraz widoki z nich.

 
Współczesny siewnik jest- zaskakująco skomplikowaną maszyną. Kiedy robiłem zdjęcie tej maszynie stojącej na brzegu pola, z kabiny ciągnika wysiadł kierowca, podszedł do mnie i zaczęliśmy dłuższą rozmowę o problemach rolników, o suszy i… literaturze.
 Wiele starych budynków stoi w wioskach sudeckich tuż przy szosie. Powierzchnię mieszkalną tego domu szacuję na jakieś 400, może nawet 500 metrów. Dla kogo dom mieszczący kilka dużych mieszkań? Remont kosztowałby miliony, a w rezultacie mieszkańcy siedzieliby w salonie na kanapie odległej o pięć metrów od przejeżdżających ciężarówek.

Kolejny dom przy jezdni. W nim owa kanapa stoi chyba dwa metry od pasa ruchu ciężarówek, a jeździ ich tamtędy sporo.

 Wąwóz dokładnie taki, jak na Roztoczu.

Miejsca wędrówek.