180326
Odwiedziłem jedną z kilku najładniejszych w mojej ocenie okolic zachodniego Roztocza. Byłem na znanych mi pagórkach, szedłem drogami pamiętanymi z kilku wcześniejszych wędrówek, specjalnie skręcałem tam, gdzie pamięć podsuwała mi miłe wspomnienia, ale jak zawsze w czasie takich powrotów poznałem też nowe dróżki, niezauważone wcześniej zakątki, niedocenione widoki. Na tak ukształtowanym terenie jest podobnie jak w górach: wystarczy pójść ścieżką biegnącą sto czy dwieście metrów obok tej znanej, by poczuć zaskoczenie odmiennością widoków tych samych gór. Okazuje się wtedy, że co prawda są one te same, ale nie takie same. Doświadczyłem tych zmian widoków wiele razy w Sudetach, a teraz mam je na Roztoczu. Czasami wystarczy skręcić w boczną dróżkę, wejść na ścieżkę wydeptaną przez sarny albo po prostu skrócić drogę marszem przez pole, by zobaczyć widok, który spodoba się, ucieszy, zaciekawi, a nawet, chociaż oczywiście rzadziej, i zachwyci. Staram się nie traktować drogi którą właśnie idę jako tej, która ma mnie zaprowadzić w miejsce, dla którego przyjechałem na Roztocze (czy wcześniej w Sudety), inaczej mówiąc staram się mieć poczucie bycia u celu wędrówki cały czas. Nie zawsze udaje mi się ta sztuka, ale rzadko, naprawdę rzadko idę by gdzieś dojść. Uznanie samej drogi jako celu zmienia perspektywę i ogląd otoczenia. Przede wszystkim znika pośpiech, bo gdzież się spieszyć skoro już się doszło tam, gdzie dojść planowało? Często gubię ogólny zarys trasy ustalony nad mapą oglądaną przed wyjazdem, a w jego miejsce pojawia się chwilowa chęć, impuls kierujący mną tam, gdzie patrzę. Może to być obiecujący zarys pagórków, niejasne wspomnienie, skojarzenie lub po prostu ciekawość. W rezultacie bywa, że trasa wygląda na mapie jakby rysowała ją pijana mrówka. Jeśli w czasie przeglądania moich szlaków widzę wyjątkowe poplątanie, ustawiczne kluczenie, zawracanie, skręcanie i powroty, to wiem bez sprawdzania, że tamte miejsca były dla mnie wyjątkowo ładne.
Jako przykład wspomnianych wyżej przypadkowych odkryć nowych miejsc w znanej okolicy podam lasek, obok którego parokrotnie przechodziłem w poprzednich latach, a dopiero dzisiaj zdecydowałem się wejść między drzewa. Cóż zobaczyłem? Roztoczańskie doły o wyjątkowych formach: bardzo strome i dość regularne stożki wysokości około dziecięciu metrów. Rosną na nich buki, graby i lipy, co samo w sobie jest wyczynem na takich pochyłościach, a na dokładkę nie ma zarośli utrudniających przejście. Poznałem malownicze miejsce, które na pewno będę odwiedzał.
Obrazki ze szlaku
Słoneczny ranek, parę stopni na plusie, a w cieniu szron.
Pola na stromych wzgórzach, miedza i kępa brzóz lub osik, czyli typowy obrazek z zachodniego Roztocza.
Mały zagajnik śródpolny bez dołu między drzewami. Zwróciłem na niego uwagę nie tylko ze względu na urodę takich miejsc, ale także dlatego, że jest. Tak, że jest. Właściciel pola okrąża zagajnik traktorem, ma dodatkową pracę, zajmuje czas, ale wystarczyłoby wyciąć drzewa i miejsce zaorać. Nie robi tego. Mam nadzieję, że nie wycina drzew nie z lenistwa albo z przyczyn ekonomicznych; chciałbym wierzyć w to, że nie wycina bo szkoda mu drzew i ładnego miejsca.
Miedze. Gdyby nadać herb tej krainie, powinny na nim znaleźć się miedze.
Wierzbowy gąszcz.
Początek dołów. Wiele już zamieściłem takich zdjęć, ale takie miejsca mają dla mnie swoisty czar granicy, zmian i niewiadomego.
Olsza, drzewo najłatwiej rozpoznawalne nawet z dużej odległości. Tam, gdzie rośnie, zapewne jest mokro.
Wysoka miedza w formie lessowego urwiska.
Dzisiejsze drogi.
Grabina.
Skiby ziemi po orce. Miejscami lśnią tłusto, wygładzone lemieszem. Ich widok kojarzy mi się z płodnością, z ziarnami i trudem dawnych żniw. Nawet oglądane na zdjęciach pachną orną ziemią i jesienią.
Późne popołudnie i zachód słońca.
Puszka przy drodze. Idąc brzegiem szosy mija się mnóstwo butelek i puszek wyrzuconych przez jadących. Patrząc na te śmieci mam wiele odczuć, ale chyba najczęstszym jest poczucie obcości. Ludzie, którzy tak robią, są mi tak obcy, tak niezrozumiali, jak te zielone ludziki z Marsa, albo jak ci od tych różnych współczesnych ideologii trapiących ludzkość. Czuję coraz większą obcość i samotność, a więc po prostu alienację. Dobrze, że mam gdzie uciekać, a brzegami szos rzadko chodzę.
Trasa: pola między wsiami Pasieka a Błażek na zachodnim Roztoczu
Statystyka: uzbierało mi się 18,5 km w czasie 10,5 godziny.













































































































































