280426 do 040526
Granice są sztucznym tworem człowieka. Dzielą jedną przestrzeń, wytyczają podziały tam, gdzie ich tak naprawdę ich nie ma. Miasto kończy się na linii wytyczonej z centymetrową dokładnością, pasmo górskie zaczyna się dokładnie na dnie doliny, państwo na środku rzeczki albo brzegu łąki. Tak jest na zdjęciu niżej: łąka jest polska, las już litewski.
Bywa też, że granica dzieli jeziora – jak tego na zdjęciu niżej. Widać je na mapie ze stykiem trzech granic. Oczywiście poszedłem tam zobaczyć tę linię wykreśloną na wodzie jeziora, ale okazała się być niewidoczna :-(
Skusiła mnie droga biegnąca blisko granicy, a nawet jej dotykająca; widać to miejsce na mapie. Przy drodze stoi słup graniczny i tam przekroczyłem granicę aby z terenu Litwy zrobić zdjęcie. W innym miejscu, widząc polną dróżkę biegnącą od granicy w głąb Litwy, chciałem tam pójść, ale na myśl o ewentualnym spotkaniu z pogranicznikami, wypytywaniem i kontrolą dokumentów, zrezygnowałem, jednak nie uniknąłem kontroli. Idąc drogą blisko granicy usłyszałem samochód, obejrzałem się, był zielony. Po chwili zostałem poproszony o dowód osobisty. Oczywiście całe zdarzenie przebiegło spokojnie, nawet chwilę porozmawialiśmy. Wyraźnie widoczna była u tych ludzi wprawa, fachowość, umiejętność szybkiego oceniania ludzi.
Styk trzech granic
Nie wiem, dlaczego pociągają mnie granice. Wiem, że nie tylko mnie. Pojechałem nieco dalej na północ, do miejsca styku granic trzech państw: Polski, Litwy i Rosji. Nic ciekawego tam nie ma poza samym stykiem granic, a jednak zbudowano parking dla turystów i asfaltową ścieżkę prowadzącą do tego miejsca – jednego z sześciu takich styków na granicach Rzeczpospolitej. W czasie swojej siedmiodniowej wędrówki po Suwalszczyźnie w paru tylko miejscach widziałem turystów, między innymi właśnie na tym trójstyku. Nie krytykuję, skąd!, przecież i ja tam byłem; to jedynie konstatacja.
Ścieżka biegnie równolegle do granicy z Litwą w odległości kilkunastu metrów, oczywiście nie ma tam żadnych tablic z zakazami ani tym bardziej ogrodzeń. Natomiast na obu pozostałych granicach, czyli polsko-rosyjskiej i litewsko-rosyjskiej, są ogrodzenia i zwały drutu żyletkowego. Dotykałem go, na pewno jest bardziej skuteczny z ranieniu ciała niż tradycyjny drut kolczasty. Ta różnica – swoboda przechodzenia jednych granic, a kamery i zasieki na drugich, robi silne wrażenie.
Wspomnę jeszcze o małej rzeczce, Czernicy, przepływającej tuż obok. Jest podróżnikiem, globtroterem, skoro wypływając z Polski, na chwilę wpływa do Litwy, a następnie decyduje się na poznanie Rosji.
Głazowiska
O ogromnej ilości głazów tkwiących z suwalskiej ziemi pisałem, ale o głazowiskach nie. Tak zwane są miejsca ich szczególnie licznego występowania.
Poznałem dwa uznane za rezerwaty przyrody. W pobliżu pierwszego zbudowano nawet parking, ale samo głazowisko nie zrobiło na mnie wrażenia. Na wielu zwykłych łąkach widziałem więcej głazów niż w Bachanowie. Tuż obok jest kładka kończąca się podestem z widokiem na rzeczkę Czarna Hańcza – dla odmiany miejsce bardzo ładne i bezsprzecznie warte poznania.
Natomiast z drugim głazowiskiem, Łopuchowskim, miałem kłopot. Nie tylko nie ma w pobliżu parkingu, ale nawet nie da się zaparkować na brzegu drogi, a cały rezerwat jest ogrodzonym terenem prywatnym. Za zgodą właściciela, samochód zostawiłem na podwórzu pobliskiego gospodarstwa i wszedłem w las. Drapałem się po chaszczach pod górę, przelazłem przez parę ogrodzeń, ale głazowisko poznałem całe. Robi duże pozytywne wrażenie, a i widoki z niego są ładne. Widziałem głazy na tle nieba, zasłaniające dal. Warto było ryzykować rozdarcie spodni i nie tylko.
Jeziora
Niewiele ich poznałem, ale dużo widziałem. Dostęp do brzegów bywa utrudniony zaroślami albo tablicami zakazującymi wejścia. Byłem nad jeziorem Hańcza (pierwsze zdjęcie). Jest najgłębsze w Polsce, dno jest nieco ponad sto metrów poniżej lustra wody. Z tablicy informacyjnej dowiedziałem się, że woda w nim waży 118 milionów ton. Ciężkie jezioro! Dodam, że jest też bardzo czyste, co widziałem na własne oczy. Widziałem też Wiżajny, wioskę i jezioro o tej samej nazwie. Miłośnicy kajaków czy żaglówek, ale też zwolennicy leniwych urlopów na plaży, znajdą na Suwalszczyźnie naprawdę ładne miejsca, a także dobrze urządzone. Widziałem wiele urządzeń służących turystom, a niemal wszystkie nowe, w dobrym stanie, porządnie zrobione.
Różności
Przez kilka godzin szedł ze mną duży pies, widać go na paru zdjęciach. Mając obok siebie tego milczącego towarzysza uświadomiłem sobie, że my, ludzie, za dużo gadamy.
Zajrzałem do starego cmentarza ewangelickiego. W lesie, wśród drzew, są zaniedbane, nieodwiedzane groby dawnych mieszkańców krainy. Nie mieli łatwego życia. Na przykład ewangeliccy autochtoni zostali uznani przez władze III Rzeszy za Niemców i wcieleni do wojska, a ci, co przeżyli i wrócili do swoich domów, zostali wypędzeni albo skazani na więzienia przez władze PRL. Czy żyją potomkowie człowieka, który w tym grobie jest pochowany? Czy wiedzą o tym miejscu?
Kadry z wiosek Suwalszczyzny. Spotyka sią stare opuszczone domy, ale niewiele. Zdecydowana większość jest zadbana, sporo jest nowych. Na drugim zdjęciu widać osiedle ładnych domków. Byłem już daleko od nich, ponad sto metrów, a jeszcze słyszałem dudnienie z głośników wystawionych na dwór przez właściciela jednego z tych domów. Jak dla mnie z tego powodu wartość sąsiednich domów spada do symbolicznej złotówki.
Wszędzie widziałem takie same tabliczki informujące o… właściwie o czym? Powinny wskazywać numer posesji, ale ten jest napisany tak małymi cyferkami, że trzeba być tuż przy tabliczce aby go odczytać. Wyobraziłem sobie podróżnego, który przyjechał do wioski Szeszupie i szuka właściwej posesji. Czego się dowiaduje z tablic? Że jest w wiosce Szeszupie. Jak powinna wyglądać taka tablica, widać na drugim zdjęciu, tyle że jest to tablica zamówiona przez właściciela, a nie jakiegoś urzędnika w powiecie jak ta pierwsza i setki innych, takich samych.
Obrazki ze szlaku
Mieszkańcy Suwalszczyzny palą drewnem. Stosy tego opału widuję i na Roztoczu, ale nie w takiej ilości jak tam widziałem. Rozmawiałem z człowiekiem rąbiącym drewno u siebie na podwórzu, skomentował ten fakt krótko: „a czym palić?” Ciekawe, kiedy Unia się do nich dobierze...
Mało rośnie tam dzikich róż, tarnin i czereśni, ale wyjątkowo dużo jarzębin, olsz i grusz.
Nie tylko grusze miały swoje gody.
Na pewnych wzgórzach podziwiałem liczne i wyjątkowo malownicze sosny. Te drzewa w słoneczny dzień wyglądają przepięknie, zwłaszcza gdy są wiatrem pokręcone.
Droga wzdłuż granicy. Po prawej widać słupek graniczny. Ludzie w domu po lewej mieszkają dosłownie na skraju Polski. Niżej zamieszczam mapę z zaznaczonymi miejscami wędrówek.
Statystyka: w ciągu siedmiu dni na szlaku byłem 72 godziny, a przeszedłem 132 kilometry. Licznik w samochodzie wskazał 950 kilometrów.





























































































