Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

poniedziałek, 28 września 2026

Dwa razy po 232 dni

 130926

W Góry Kaczawskie poszedłem po raz pierwszy w styczniu 2011 roku, a na Roztocze dziesięć lat później. Ostatnie foldery ze zdjęciami z wędrówek po obu krainach mają obecnie takie same numery porządkowe, mianowicie 232. Tyle dni spędziłem wśród kaczawskich górek i tyle na podlubelskich polach. Pięć lat temu, w czasie pierwszych wyjazdów na Roztocze, nie mogłem pozbyć się odruchu porównywania wyglądu krainy do znanych widoków kaczawskich, czułem coś podobnego do obcości i bycia tam „w zamian”. Po dwustu trzydziestu dniach i przejściu kilku tysięcy kilometrów, to wrażenie nie tylko odwróciło się, ale i pojawił się nowy odruch: będąc gdzie indziej, porównuję krajobrazy do roztoczańskich, swojskich, moich. Ostatnio było tak miesiąc temu, w Górach Świętokrzyskich.

Znam Roztocze, podobnie jak Góry Kaczawskie, na swój sposób. Są miejsca poznane dogłębnie, gdzie niemal każda droga jest mi znana i budzi wspomnienia, ale jednocześnie są duże obszary terra incognita, ziemi nieznanej. Bardzo niewiele wiem o miastach, zabytkach, historii. Kiedy okazjonalnie zajrzę do przewodników, okazuje się, że nie znam wielu popularnych miejsc tam opisywanych, albo byłem tam kiedyś i tylko raz, chyba dla zamalowania białej plamy. Czytam o punktach widokowych, o malowniczych miejscach wartych zobaczenia, i czasami uśmiecham się z politowaniem, ponieważ tutaj i tam znam dziesiątki miejsc i widoków znacznie ładniejszych, a żaden przewodnik o nich nie wspomina. Czasami ta różnica jest obiektywna, czasami wynika po prostu z odmienności widzenia, ponieważ tyle jest obrazów świata, ilu jest ludzi.

Z powodu swojego wieku nie odczuwam wyraźnego obniżenia zdolności chodzenia, ale już tak z powodu choroby opisanej ponad dwieście lat temu przez Jamesa Parkinsona, angielskiego lekarza, filantropa i… geologa. Póki jednak mogę przebierać nogami, nie opuszczę moich dróg, ani sudeckich, ani roztoczańskich.

Parę lat temu przypadkowo trafiłem na ładne miejsce: tarasowo ułożone, wąskie pola falujące po krótkich wzgórkach i kilka malowniczych sosenek. Później zapomniałem, gdzie ono jest, ponownie „odkryłem” je przypadkiem a następnie… Tak, znowu zapomniałem. Olśnienia doznałem parę dni przed ostatnim wyjazdem na Roztocze, no i oczywiście odwiedziłem owe sosenki. Skąd taki problem, może ktoś zapyta. Pierwotną przyczyną jest po prostu moje zapominalstwo, a kolejną ilość wyjazdów i zdjęć.Mam ich w komputerze tak wiele, że mimo funkcji wyszukiwania nierzadko trudno znaleźć te, których potrzebuję, zwłaszcza jeśli nie pamiętam daty ani żadnych słów kluczowych albo są one zbyt powszechne, ponieważ wtedy nie bardzo wiem, o co mam pytać komputer.

Oto miejsce, o którym tyle się tutaj rozpisuję.



Obrazki ze szlaku


 Samotna sosenka na polu.



To samotne drzewo kusiło mnie. Może na następnej wędrówce?... 


Dla odmiany dwa drzewa. Idąc obserwowałem zmianę perspektywy, wydawało się, że drzewa zamieniły się miejscami. Znany to każdemu efekt, ale jego powszechność nie czyni rezultatu mniej ciekawym. Mam tylko dwa zdjęcia, nie pomyślałem o zrobieniu odpowiedniej serii.


Daleko, na tle nieba, widziałem duże drzewo. Od razu pojawiła się myśl o pójściu tam i zobaczeniu z bliska, ale w chwilę później przyszło rozpoznanie: przecież znam to drzewo! To lipa ocieniająca krzyż stojący na rozdrożu.  
Później zauważyłem lipę jeszcze na tym zdjęciu, jest przy prawej krawędzi kadru.


 Droga po deszczach.

 Kwitnąca gryka. Dużo widziałem takich pól. Unosił się nad nimi głośny, równomierny szum pszczół. Jak właściwie nazwać ten odgłos? Nie jest szumem, ale przecież i nie buczeniem, więc jakiego określenia użyć? 
Ładna chmura, słońce, zieleń i błękit.


 Doły i buki.

Odwiedziłem jedne z pamiętanych ładnych miejsc. Schodząc polem w dolinkę uświadomiłem sobie, że nawet nie spojrzałem na znajomą brzozę. 

 

Obejrzałem się, była za garbem, podszedłem nieco wyżej i stamtąd ją zobaczyłem. Jest, żyje.

 Miejsce kojarzące się mi z zachodem słońca. Otóż kiedyś patrzyłem na te drzewa późnym popołudniem, ich liście były prześwietlone słońcem.

 Odszukałem zdjęcia z tamtej wędrówki, oto jedno z nich. Zrobiłem je dwa lata temu, jesienią.

 Malowniczo rosochaty grab. Nasze stare słowiańskie słowo „rosocha” oznacza rozwidlenie o widlastym kształcie. Tutaj użyłem w obecnym znaczeniu, jako przymiotnik określający drzewo pokręcone, gęsto rozgałęzione.

 


 Bliski koniec dnia.

Trasa: między Zdziłowicami Trzecimi a Piłatką na Zachodnim Roztoczu.

Statystyka: zabrakło kwadransa do pełnych dwunastu godzin na polach, a przeszedłem 18,5 km.








poniedziałek, 21 września 2026

Dwa dni

 05 i 090926

 Ten wpis jest dziewięćsetnym. Przynajmniej dwa tysiące stron tekstów i kilkanaście tysięcy zdjęć. Góry i pagórki, pola i skały, filozofia i socjologia, ekonomia i psychologia, nauka i literatura, myśli głębsze i wprost przeciwnie, oto podsumowanie dwunastu lat prowadzenia bloga. Kiedyś był uzupełnieniem Biblionetki, mojego pierwszego miejsca w internecie, ale z czasem stał się głównym, a teraz jedynym moim adresem w sieci. Wiele razy myślałem o zaprzestaniu jego prowadzenia, ale na razie tę decyzję odkładam na później. Tak więc za kilka dni pojawi się następny tekst, po nim kolejne. Ile ich będzie, nie wiem, ale któryś niezbyt odległy będzie ostatnim. Jedno mogę obiecać bywalcom tego miejsca: uprzedzę ich o końcu.

* * * 

Kilka razy pisałem o swojej wizji idealnej wędrówki, a przepis na nią jest krótki i w opisie prosty: przez cały dzień i całą trasę być u celu. Nie traktować miejsca w którym jesteśmy i tej chwili jako przedsionka, drogi prowadzącej do ładniejszych miejsc i głębszych przeżyć, a wszystkie uznawać za ważne; tak samo cenne jak te sprzed godziny i te czekające na nas za zakrętem drogi. Przyczyna jest oczywista: wydłużamy satysfakcję z chwili do całego dnia, i dalej – na całe lata. Pozbywamy się wysoce prawdopodobnego ryzyka zawodu owym celem, ponieważ mamy skłonność do jego idealizowania, a więc do nadmiernych oczekiwań.

Celem czynimy samo życie, nasz zwykły dzień.

Oczywiście stanowczo za rzadko udaje mi się ta sztuka, ale staram się i mam pewne osiągnięcia. Bywa, że przeszkadza ciało i jego potrzeby, co zauważam, na przykład, oglądając zdjęcia po przyjeździe do domu. Mówię sobie wtedy: ta droga, te liście prześwietlone słońcem, były tak ładne, a ja nie doceniłem, albo należycie nie doceniłem ich urody! Owszem, tyle że myślę tak siedząc wygodnie w fotelu, mając pod ręką kubek z kawą i idealną temperaturę w pokoju, a kiedy szedłem tamtą drogą, bolały mnie nogi i było mi gorąco lub marzłem. Bywa też, że jakaś uporczywa myśl się przyczepi jak rzep lubiący psie ogony i nie chce mnie puścić przeszkadzając w odczuwaniu, a nawet stając się barierą między mną a otoczeniem i chwilą.

Zdarzają się jednak chwile wyjątkowe. Czas tak intensywnej świadomości bycia u celu, przeżywania uroku natury albo po prostu TEJ chwili, że zatrzymuję się, zdumiony czy oszołomiony, i patrzę wokół załzawionym wzrokiem pytając się nie wiadomo kogo:

Może być aż tak... pięknie? Nie, inaczej. Przecież nie jest tak, że w tym czasie zwykła brzoza wydaje się nagle cudna. Wiele razy próbowałem dojść sedna moich stanów, ale dogłębnie nie potrafię ich rozpoznać. Po prostu przychodzi chwila, gdy stwierdzam… też nie: czuję, bez udziału świadomej myśli czuję, że chwila w dziwny sposób jest cenna. Świat nie jest wtedy piękniejszy, a moje widzenie pełniejsze.

Nic mnie nie dzieli od niego.

A później przychodzi myśl o konieczności oddania samochodu do naprawy i czar pryska.

Wracam na Roztocze, do piątego i dziewiątego dnia września 2026 roku.

Musiałem połączyć opis dwóch dni z powodu braku czasu. Ostatnio za dużo czasu poświęcam (tylko nie śmiejcie się ze mnie!) sprawom światowego systemu finansowego, a mam jeszcze swoje pisania (na przykład kolejną powieść do szuflady), lektury najczęściej wcale nie łatwe, dodatkową pracę zarobkową, no i wyjazdy, a tych uzbierało się już około 70 dni od początku roku.

 Często zdarza mi się zapomnieć, gdzie widziałem ładne miejsce, mimo dokładnego pamiętania wielu szczegółów, ale lokalizację tego zakątka zapamiętałem od razu.  
Byłem w odwiedzinach już dwa albo trzy razy, a dzisiaj zostałem tam do końca dnia, myszkując między drzewami za grzybami, a później patrząc na przemiany kolorów ostatniego kwadransa dnia.

 Tam właśnie znalazłem tego prawdziwka. Rósł na polu, metr od miedzy i drzew, ale na polu. Był tak ładny, tak jędrny, tak bardzo prawdziwkowaty, że spory kawałek drogi szedłem trzymając go w ręku by móc cieszyć wzrok, co zrozumie każdy grzybiarz. Ładne prawdziwki mają jedną cechę wspólną z pieniędzmi: jednych i drugich nigdy dość.

Na następnym wyjeździe znalazłem wyjątkowo dużego prawdziwka i też na polu. Widać go na zdjęciu wyżej, a przed zrobieniem fotki położyłem scyzoryk dla porównania wielkości. Oczywiście zabrałem go, ale kiedy pod wieczór doszedłem do samochodu, ten stary grzyb tak sczerniał, że z żalem go wyrzuciłem.

Jeśli już piszę o odwiedzinach, nie mogę pominąć brzóz. Te ze zdjęć są znane, pamiętane, odwiedzane, a w głębi widać kolejne. Zaraz przyjdę do was.

Kolejne znajome.

Obrazki ze szlaków

 Brzozy i równa miedza właściwej wysokości, dobre miejsce na przerwę.

 Wiatr czesze włosy brzozom.

 Godzina jedenasta, pierwsze promienie słońca po chmurnym poranku.

 Pagórki i chmury.

 Martwe drzewo a na nim ślady kucia. Przytoczę tutaj słowa Wojciecha Eichelbergera: „To takie proste, właściwe, naturalne i potrzebne – być starym, umierającym drzewem, być tym, co nigdy nie umiera, lecz przyobleka się jedynie w inne niezliczone i zachwycające formy życia.”

 
Jak zwykle o tej porze roku jadłem owoce aronii. Nigdy nie widziałem zbiorów, a owoców jest mnóstwo. Ich sok jest smaczny i świetnie gasi pragnienie.
 
Słoneczniki, rośliny użytkowe, ale jednocześnie piękne w porze kwitnienia. Zauważyłem pewną ich wyjątkowość: otóż zdjęcia z nimi niemal zawsze są udane. Chyba po prostu lubią być fotografowane.
 
Ładne, bo czyste, strome, jasne, zielone doły z bukami. Widziałem tam ścieżkę, raczej nie przez zwierzęta wydeptaną, więc ktoś tam bywa.
 

Przewieszona skarpa, a przy niej wypłukany dół na brzegu pola. Kolejne doły in spe? Jeśli właściciel pola nie zadba o właściwy spływ wody opadowej, zapewne tak.
 
Orka. Jeszcze niedawno to słowo miało drugie znaczenie: było synonimem bardzo ciężkiej pracy fizycznej. Teraz jeden człowiek, niekoniecznie mężczyzna, siedzący w średniej wielkości traktorze, bez dużego wysiłku wykona pracę dziesięciu oraczy i tyluż koni. Bez przesady! Maszyna AI ustaliła, że zaoranie hektara pługiem ciągnionym przez konia zajmowało 15-20 godzin, a ciągnikiem i trzyskibowym pługiem, czyli maszynami średniej wielkości używanymi w niedużych gospodarstwach, zajmuje od 1,5 do 2 godzin, natomiast dużym ciągnikiem z pługiem pięcioskibowym zrobi się to w niecałą godzinę. 

Rachityczna sosna.


 Brzozy na szlaku.

 Późne popołudnie.

 

Zachód słońca, dzień pierwszy.

 Koniec drugiego dnia.

050926


Trasa na Roztoczu Zachodnim: wyszedłszy z Sulowa doszedłem do wsi Cieślanki. Następnie przez Blinów i Góry wróciłem do Sulowa.

Statystyka: przeszedłem 22 km będąc 12,5 godziny na polach.

090926 


Trasa: pola między Kolonią Pasieka a Pasieką.

Statystyka: 15,5 km w czasie 11 godzin.