Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

sobota, 22 sierpnia 2026

Doły, górki i Perseidy

 140826

Opis tego dnia może być bardzo krótki: piękna pogoda i moje leniwe włóczenie się po niewielkim paśmie wzgórz. Gdzie miałem chodzić, skoro będąc tam, łatwo o realizację mojego ideału włóczęgostwa: bycie cały czas u celu?… Byłem tam już kilka razy, dzisiejsza wędrówka na pewno nie była ostatnią. Miejsc z ładnymi widokami mam na Roztoczu wiele, ale tam gdzie byłem dzisiaj nie ma jednego ładnego miejsca, a dziesiątki. Cały obszar o powierzchni paru kilometrów kwadratowych jest nimi wypełniony. Wystarczy przejść sto kroków, a czasami tylko w poprzek wąskiego pola, by z ukontentowaniem patrzeć na odmieniony widok, gdzie więc się spieszyć?…

Nie spieszyłem się. Patrzyłem, czasami najzwyczajniej gapiłem się, myślami będąc gdzie indziej, a później szedłem niewiele dalej – do kolejnego miejsca dobrego na przerwę. Przeżyłem piękny dzień.

Obrazki ze szlaku




 Ulubiona miedza z brzozami. Jedno drzewo wycięto, co źle wróży tej nader wąskiej i niestabilnej skarpie, już widać w niej prześwity. Miedza z okienkiem?




 Miniaturowy gąszcz na polu, a wewnątrz mała dżungla na krawędzi uskoku.

 Ptak drapieżny. Jaki? Nie wiem. Ładny, majestatyczny.

 


Całe pole marchwi zwyczajnej. Zadziwia zaradność roślin nierozleniwionych uprawą i naszą dbałością o nie.


 Wypłukane deszczem jamy na brzegu pola. Tak się tworzą rozległe i głębokie doły roztoczańskie.

 
Przykład dość charakterystycznej dla Roztocza uprawy zboża do samej krawędzi stromego i głębokiego uskoku albo odwrotnie – do ściany pionowej skarpy. Zajrzałem między drzewa, dno zobaczyłem pięć metrów niżej; miałbym trudności z zejściem po tym niemal urwistym zboczu. Ciekawe, czy kierowca kombajnu, wielotonowej i wysokiej maszyny, wiedział o tym...

 Po żniwach. Na polu leżą wyjątkowo duże bele słomy. Ile ważą? Czy ruszę taką? Zaparłem się mocno, udało mi się przetoczyć pół metra.


 Malownicza sosna na miedzy.


 W kukurydzy.


 Trzcinnik w słońcu. W naturze wyglądał dużo ładniej. Ta trawa ma rzadką cechę: wygląda równie ładnie w lecie, jak i w zimie.


 Tytoń zwraca uwagę ładnym kwitnieniem i jasnym odcieniem zieleni liści.





 Późne popołudnie. Nie czekałem na zachód, miałem inny plan: zobaczyć chociaż jednego Perseidka. Zobaczyłem, a było tak:

Jak co roku dwunastego sierpnia Ziemia była w centrum wielkiego roju Perseidów. To drobne odłamki odpadają od pewnej komety która zanadto zbliża się do Słońca. Kiedy te drobiny z kosmiczną szybkością wynoszącą ponad 200 tys km na godzinę wchodzą w atmosferę, rozgrzewają się od tarcia o powietrze tak bardzo, że przez ułamek sekundy świecą nim rozlecą się w proch. Są owymi „spadającymi gwiazdami”. Przy sprzyjających okolicznościach co kilkanaście sekund widzi się na niebie te świecące ślady ostatniej sekundy istnienia perseidka, a widok czyni niemałe wrażenie. 12 sierpnia byłem na pewnym wzgórzu oglądać zaćmienie Słońca, widziałem i wróciłem zadowolony, ale zapomniałem, po prostu zapomniałem o Perseidach. Wróciłem tam po dwóch dniach, właśnie 14 sierpnia, z nadzieją zobaczenia chociaż jednej świecącej drobiny. Pierwsze gwiazdy pojawiły się około godziny 21, a później z każdą minutą było ich więcej.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu widziałem Drogę Mleczną. Stojąc oparty o samochód, z zadartą głową i bolącym karkiem, wspomniałem podobne widoki z wczesnej młodości. Wyobraźcie sobie ścieżkę lub polną drogę widzianą jedynie w świetle księżyca, a nawet tylko gwiazd, jako odrobinę jaśniejszą wstęgę z ciemności. Ciemność prawdziwa, niezaśmiecone, przełamana jedynie nader nielicznymi i widocznymi tylko z bliska małymi prostokątami słabego światła lamp naftowych sączących się przez okna rzadko rozrzuconych domów wioski bez prądu. Nieoślepianym, wyostrzonym ciemnością i młodością, wzrokiem widziałem nad sobą tyle gwiazd, ile nigdy później już nie było mi dane zobaczyć. Patrząc na ten przeogromny majestat byłem… trudno mi powiedzieć, że byłem oczarowany, ale widok bardzo mi się podobał. Wtedy nie potrafiłem nazwać swoich wrażeń, tym bardziej ich docenić. Po prostu patrzyłem z upodobaniem.

Będąc w lecie u babci spałem na stryszku stodoły, na składowanym tam sianie. Duże drzwi w drewnianej ścianie nie zamykały się, dlatego leżąc i wdychając oszałamiający zapach siana, widziałem przed sobą widok, który często wspominam: wokół idealna czerń nierozpraszana dosłownie żadnym sztucznym światłem, a na wprost prostokąt gwiazd widzianych przez otwór w ścianie.

Prostokąt gwiazd wśród ciemności… Chciałbym chociaż na chwilę wrócić w tamte lata by zobaczyć ten widok raz jeszcze.

Teraz pomyślałem o ogromnej przestrzeni dzielącej tamte widoki od kolorowych ekranów i ustawicznego bombardowania wiadomościami, a więc o tym, jak niewiele nam trzeba by doznać przeżyć pamiętanych przez dziesięciolecia: wystarczy natura i oczy ciekawie patrzące.

Wracam na wzgórze pod Lubartowem. Po upływie dwóch kwadransów w centrum pola widzenia zobaczyłem błysk światła – wyraźną jasną kreskę mknącą z oszałamiającą prędkością ku Ziemi i nagle niknącą. Gęba mi się roześmiała: widziałem swojego Perseida. Widziałem też Drogę Mleczną i miriady gwiazd, przeżyłem piękne chwile. Od paru lat obiecuję sobie wybrać się na całonocną obserwację nieba; może w przyszłym roku nic nie stanie na przeszkodzie...

 Zdjęcie skopiowałem ze strony TVN METEO.


Trasa: na południe od Zagroble i Załawcze pod Turobinem, w zachodniej części Roztocza.

Statystyka: 16 km w 13 godzin.















poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Lato na Roztoczu, cz. II

 02 – 060826

 
W powolnym procesie, dostrzegalnym jedynie retrospektywnie, młodość zamienia się w wiek dojrzały, a ten w tak samo podstępny i bezlitosny sposób staje się w starością. Podobnie jest z porami roku. Żniwa to kulminacja lata, a kiedy przejadą kombajny, puste pola odsłaniają stoki łagodne i długie, ale opadające ku jesieni.

Żniwa… Jako dziecko doświadczyłem takich, jakich teraz już nie ma. Tych z kosą, powrósłami, snopkami ustawianymi w równe kupki po dziesięć. Bardzo mi się podobały pola z długimi rzędami tych dziesiątek. Pamiętam widok sprzed może sześćdziesięciu lat, a był tak piękny, że wrył mi się w pamięć: letni wczesny ranek, snujące się tuż nad polami niskie, białe mgiełki lekko podświetlone bladym światłem słońca, i wystające ponad nie, odrealnione, jakby na mgle postawione, rzędy kup snopków.

Widoki malownicze i swojskie, aż któregoś sierpnia stało się coś nieodwracalnego i nieuświadomionego: widziałem je po raz ostatni. Nie wiem, jakim sposobem, ale tkwi we mnie wyraźna pamięć pokoleń moich przodków uprawiających ziemię. To dzięki nim czuję coś, co należałoby nazwać rozczuleniem, gdy patrzę na mizerne zboża wyrosłe na kamienistej lub piaszczystej ziemi, a właśnie taka przeważa w tamtej części Roztocza. Niektórzy zasiewają te pola uznając, że lepiej mało zarobić niż nic, ale wiem, że są i tacy, którzy sieją, bo nie wyobrażają sobie braku zasiewów, ziemi leżącej odłogiem. Może oni nie wiedzą o ścisłym związku słów „żyto” i „życie” w naszym języku, ale wierzę w to, że ten związek czują będąc Polakami żyjącymi z uprawy roli. Ziemia musi rodzić ponieważ z dawien dawna dla nas, Słowian, żyto (najczęściej wtedy uprawiane zboże) było tym, co pozwalało żyć.

Niżej zamieszczam odpowiedzi uzyskane od AI Google na pytania o związki etymologiczne życia i żyta.

»Słowa żyto i życie są blisko spokrewnione. Pochodzą od tego samego prasłowiańskiego czasownika *žiti (żyć). Pierwotnie żyto oznaczało dosłownie „to, co daje życie” lub „pożywienie”, ponieważ chleb z tego zboża był podstawą przetrwania naszych przodków.

Życie: Wywodzi się od prasłowiańskiego formantu *žitbje opartego na rdzeniu *žiti (żyć).

Żyto: Powstało bezpośrednio od czasownika *žiti. Oznaczało w dawnych wiekach wszelkie plony i pożywienie niezbędne do podtrzymania egzystencji.«

»Słowo żniwa pochodzi z języka prasłowiańskiego. Wywodzi się bezpośrednio od czasownika żąć (w prasłowiańskim znaczeniu ścinania zbóż sierpem lub kosiskiem), z dodaniem dawnego przyrostka rzeczownikowego -iwo. Podobne formy występują w innych językach słowiańskich, oznaczając dosłownie „czas i wynik żęcia plonów”. «

»Słowo ściernisko pochodzi od prasłowiańskiego określenia ścierń (dawniej ścirnie), oznaczającego resztki łodyg zboża sterczące w ziemi po żniwach. Do rzeczownika ścierń dodano przyrostek -isko, który wskazuje na miejsce po czymś. W starszych badaniach łączono je czasem ze słowem ścierw, ze względu na skojarzenie z martwą, ściętą tkanką roślinną. Końcówka -isko tworzy przestrzeń – tak powstało ściernisko, czyli dosłownie „miejsce, na którym została ścierń”. Synonimy: Bliskim, choć węższym znaczeniowo synonimem jest rżysko (pole po żęciu samego żyta). Ściernisko to nazwa ogólna dla każdego zebranego zboża.«

Blog z postem na temat związków etymologicznych żyta i życia: tutaj.

Żyto czyli to, co daje życie.

SOCHY I BUKOWA GÓRA

Kilka kilometrów od Zwierzyńca jest wieś Sochy. Domy stoją na dnie doliny, po obu stronach wioski wznoszą się wysłużone pasma wzgórz. Brzegiem lasów, przez wzgórze Bukowa Góra, biegnie granica Roztoczańskiego Parku Narodowego. Tam właśnie byłem na pierwszej swojej wędrówce pięć lat temu. Skoro już o tym napisałem, dodam, że do dzisiaj spędziłem niemal 230 dni na Roztoczu, a przeszedłem drogami i bezdrożami tek krainy cztery tysiące kilometrów.

Na zboczu Góry, tuż przy wejściu na teren Parku, jest miejsce odpoczynku i punkt widokowy, właśnie ten.

 Przepisałem część informacji z tablicy tam stojącej:

„Bukowa Góra stanowi dość rozległe wzniesienie od wschodu ku dolinie Wieprza – na ogół szerokimi ale głęboko wciętymi suchymi dolinkami. Zbocza ich są strome, co w rezultacie stwarza krajobraz o dużej intensywności urzeźbienia, zbliżony do krajobrazu górskiego. (…) To krajobrazy unikalne w skali Polski i Europy. Wysokie miedze z pojedynczymi drzewami i grupami krzewów tworzą misterną strukturę nadając im niepowtarzalny charakter. Niestety, wskutek zaniechania działalności rolniczej, której konsekwencją jest sukcesja wtórna, krajobraz ten w wielu miejscach zanika.”

Autor tych słów nieco się zaplątał w pierwszym zdaniu i zbyt często powtórzył słowo „krajobraz”, ale trafił w sedno.

Są tam trzy równoległe pasma wzniesień, poznałem je wszystkie. Wzrok przyciągały wzgórza po drugiej stronie wioski, wiedziałem, że pójdę tam aby zobaczyć wioskę i Bukową Górę ze szczytu wzgórza Borczyna.

Odwiedziłem las na Bukowej, a rośnie tam klasyczna buczyna zwana karpacką. 

 Dla mnie, miłośnika dużych drzew, była to uczta duchowa. Wrażenie robiły liczne grube i wysokie buki, ale i te, które zakończyły życie i leżąc rozpadają się oddając ziemi swoją materię.

 

 Zgodnie z zasadami funkcjonowania Parku, nie wywozi się tych drzew ani żadnych nie ścina, a jeśli widać gdzieś przecięty pień, to tylko tam, gdzie leżał na ścieżce.  

Zauważyłem pionowe długie uszkodzenia na pniach rosnących drzew, to ślady ocierania przewracającego się drzewa w pobliżu. Bywa, że taki walący się olbrzym łamie i przygniata do ziemi sąsiednie mniejsze drzewa. 

Ziemia w tamtych stronach uboga, piaszczysta, zboża mizerne, wiele nieużytków, jedynie sosny radzą sobie nieźle. Łąki bardziej stepy przypominają. Widziałem całe połacie ziemi wyschniętej na wiór, z nielicznymi kępami żółtych traw, a wśród nich ładnie kwitnącą nieznaną mi roślinę.  

W domu sprawdziłem, to jasieniec piaskowy, tak twierdzi pewna strona internetowa, czy raczej komputer tam działający. Przydomek rośliny jest bardzo a propos.

 Kilka godzin później skręciłem z polnej drogi na pola celujące w niebo, znalazłem tam ładne miejsca które na pewno odwiedzę, a ponad nimi, już na szczycie Borczyny, westchnąłem z ukontentowania: patrzyłem na jeden z najładniejszych widoków na Roztoczu.

Wioska w dolinie to Sochy, zalesione wzgórze jest Bukową Górą na której byłem rankiem, lasy są już na terenie Roztoczańskiego Parku Narodowego.


OBRAZKI ZE SZLAKU


NATURA



Pszczoły i kwiaty.

 Cykoria podróżnik, jeden z najpiękniejszych kwiatów lata i jesieni.

 Drzewa w Parku Narodowym. Są tam jodły, są wyjątkowo wysokie sosny. Buk i sosna, przyrodnie rodzeństwo.

Wielka wierzba i druga, w słońcu późnego popołudnia. Liście prześwietlone słońcem świeciły zielonym złotem. Tak, wiem, że nie ma takiego, ale... je widziałem! Widok, który chciałbym zapamiętać i mieć go na przywołanie w ciemne dni zimowe.

 Skała pod cienką warstwą ziemi – jak w górach.

 Maślaki. Widziałem dużo tych grzybów, ale musiałem je zostawić skoro wracałem do domu dopiero za parę dni.

 Śliwy tarniny. Wyglądają apetycznie, ale wiadomo, że smaczne będą dopiero po przymrozkach.

 Nawłoć i kalina, ładne zestawienie kolorystyczne.


RÓŻNOŚCI ZE SZLAKU 

 Zielona urocza dróżka biegnąca przy łące z licznymi kwiatami. Wrócę do niej.

O Bukowej Górze i Borczynie już pisałem, tutaj dodam zdjęcia ze szczytów lub zboczy paru innych wzniesień:

 Kopyczyzna.

 Masin.

 Łamana Góra.

 Owoce czereśni leżące na drodze. Tyle dobrego jedzenia się zmarnowało!


Wynik chwili nieuwagi. Przechodząc przez miedzę zarośniętą tarniną nie zauważyłem, że jedna z gałązek zagradzających mi drogę była kolczastym pędem jeżynowym. Małym, ledwie widocznym, nie tym olbrzymem ze zdjęcia, ale równie... zadziornym.

 

Nic wyjątkowego, dwa drzewa rosnące na miedzach, a jak bardzo poprawiły widok i zdjęcie!

Z jednej strony zarośla, z drugiej chaszcze, droga wypadła zaoranym polem po nierównej i spulchnionej ziemi w którą zapadały się buty.

 Kilka razy widziałem w oddali, na zboczu wzgórza, wśród pól, dwa drzewa. Kusiły mnie. Gdyby nie upał, zapewne dodałbym pięć czy osiem kilometrów do trasy i poszedł do nich.

 Cienisty, kolorowy zakątek.

 Jak przejść przez mur tarniny, mając nieosłonięte przedramiona i nogi?

 Śmieci na skraju dołów – częsty widok, niestety.

 Dzikie, ciemne i zarośnięte doły. Dokąd zaprowadzi mnie ta ścieżka? Czy nie skończy się za zakrętem, jak tyle jej poprzedniczek-zwodniczek?

 Niewielka kępa drzew na polu. Podszedłem i zajrzałem do wnętrza. Zobaczyłem ciemny dół zasypany uschniętymi gałęziami, szczelnie otoczony zwartą ścianą zarośli – mikroświat skrajnie odmienny od rozpalonych pól wokół.

 Idąc ścierniskiem zobaczyłem dużą czereśnię. Wiedziałem, że owoców już nie ma, ale podszedłem, chyba dla cienia. Stojąc pod nią zobaczyłem nieco dalej ładną kępę drzew i poszedłem ku nim. Brzoza, przy niej wierzba iwa i karpa tak uciętego drzewa, że idealnie nadawała się na siedzisko. Na czas przerwy miałem wygodne siedzenie w cieniu brzozy. Parę godzin później wyszedłem w lasu na ściernisko. Na niekończącym się długim sąsiednim polu rosła kukurydza; kształt miedzy, bieg pola, wydał mi się znajomy. Po paruset metrach zrozumiałem, dlaczego: przed sobą zobaczyłem znane mi już drzewa, brzozę i iwę. Na kolejną przerwę usiadłem na tej samej karpie.


Na szlaku.

 Drogi.

Trasy: pola, lasy i wioski środkowej części Roztocza, między Frampolem a Zwierzyńcem.

Statystyka: będąc średnio dziennie 11 godzin na szlaku, przez cztery dni przeszedłem w sumie 68 kilometrów.