Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

wtorek, 3 listopada 2026

Sudety jesienią, cz. VI

 260926 do 011026

Łysica i Gostków

Okolice Gostkowa na Pogórzu Wałbrzyskim coraz skuteczniej konkurują z najładniejszymi miejscami Gór Kaczawskich. W wałbrzyskim paśmie Sudetów powtarza się proces obserwowany wcześniej nad Kaczawą: im lepiej je znam, im więcej widzę tam moich śladów i więcej budzą wspomnień, tym skuteczniej wołają, aż w końcu wracam nie tyle w określone góry Sudetów, co do siebie.

Tej jesieni liczyłem na kilka wędrówek w okolicy Gostkowa, Jaczkowa, Witkowa i Bogaczowic, a ostatecznie w pobliżu Trójgarbu zdążyłem być dwa dni nim musiałem wracać. Wspomniany rozczłonkowany masyw kilku sporych gór widać z niemal całego Pogórza Wałbrzyskiego, jest tym, czym dla Pogórza Kaczawskiego jest Ostrzyca. Cztery lata temu obszedłem całą tę grupę dookoła trzymając się granicy lasów. Trasa liczyła 26 km i ponad tysiąc metrów przewyższenia. Ostatnio chodzi mi po głowie myśl o powtórzeniu tej trasy ale w przeciwnym kierunku. Postaram się zrobić to za rok, jesienią, ponieważ idzie się bezdrożami, łąkami, w paru miejscach polami, a jesienią są one łatwiejsze do przejścia. Z tego właśnie powodu wróciłem na rozległe zbocza Łysicy, góry wznoszącej się nad Gostkowem. Mam tam dwa wyjątkowo ładne miejsca do odwiedzania, a przybywa kolejnych.

Pierwszym jest niesamowicie pokręcona sosna, wspólna znajoma moja i gostkowskiego pszczelarza , u którego kupuję bardzo dobry miód. Historię powiązań nas dwóch i drzewa opisałem tutaj, w rozdziale „Przygoda”.

Oto sosna o której piszę, nasza sosna.

 Nim doszedłem do niej, trochę kluczyłem po polach, łąkach i jarach wżynających się w zbocza góry. Nie z powodu zabłądzenia, a celowo, wszak właśnie dla takiej włóczęgi tam pojechałem. Oczywiście nie obyło się bez przedzierania się przez chaszcze i meandrowania po podmokłych miejscach. Jedno z nich sfotografowałem. Trudno mi powiedzieć, dlaczego takie nieprzyjazne dla wędrowca miejsca przyciągają mnie. Chyba po prostu swoją dzikością, może i silnie działającym na mnie kontrastem z pobliskimi równymi, sztucznymi, ale i jasnymi, otwartymi na słońce polami.

Drugim miejscem szczególnym dla mnie na Łysicy jest grupa brzóz rosnących na bocznym wypiętrzeniu góry. Widać je na tle nieba z odległości kilku kilometrów, kusiły mnie od pierwszej chwili ich zobaczenia, a co ważne, nie tracą swojej urody z bliska.

 Oczywiście odwiedziłem kilka urokliwych wzgórków tak charakterystycznych dla tego pogórza, a wśród nich Dębowe Wzgórze. Nazwa jest moja, nadana z powodu dęby tam rosnącego. Chyba po raz pierwszy udało mi się oglądać tę górkę w słoneczny dzień.

Siedząc pod dębem (moim, oczywiście!) na tym wzgórzu, patrzyłem na wielki kombajn z hederem szerokości tak na oko 10 metrów zbierającym grykę na wielkim polu otaczającym szczyt wzniesienia. Myśl wracała do żniw pamiętanych z lat dzieciństwa, tych z kosą, snopkami i końmi. Ta maszyna kierowana przez jednego człowieka, w ciągu godziny wykonywała pracę, którą zespołowi trojga żniwiarzy z tamtych lat zajęłaby zapewne tydzień, może i dłużej, skoro kombajn nie tylko ścina grykę, ale i młóci.

Kiedy po przejściu jednej z moich ulubionych dróżek zszedłem do wioski, droga do samochodu wypadła mi obok posesji pszczelarza. Traf chciał, że był przy bramie. W dalszą drogę ruszyłem po dłuższej rozmowie. Dziękuję za niespodziewaną pogaduchę, panie Sebastianie. Do zobaczenia w przyszłym roku!

Obrazki ze szlaku

Brzoza, której chyba się wydaje, że jest wierzbą iwą.

 Przeprawa przez podmokłą dolinkę.

 Gołoborze na Łysicy w Górach Wałbrzyskich? Tak wygląda to miejsce, ale gołoborzem nie jest. Są to, jak mniemam, kamienie zebrane z sąsiednich pól.

 Dęby czerwone i te zwykłe. O tej porze roku, w słońcu, na tle czystego błękitu nieba, wyglądają cudnie. Chciałbym mieć kawałek ziemi z dużym dębem, a gdyby ten kawałek był duży, chciałbym mieć na nim wiele innych dużych drzew. Chciałbym mieć drzewa...

 Na wałbrzyskich szlakach.

 Kilka przeoczonych wcześniej zdjęć z różnych miejsc w Sudetach.

Miejsca moich jesiennych wędrówek.


 

piątek, 30 października 2026

O procesie upadku imperiów

 

Moje niektóre zainteresowania czasami dziwią mnie samego swoją… egzotyką? Odległością od codzienności? Możliwe, ale akurat ta odległość jest pozorna. Wśród owych dziwności jest socjologia, psychologia, ewolucja, działanie współczesnego systemu finansowego i zagrożenia związane z jego stanem, kiedy więc zobaczyłem ten tytuł wykładu na YT,

„Każda cywilizacja umiera w ten sam głupi sposób”,

kliknąłem na chybił trafił, nie od początku, i oto co usłyszałem.:

„Bohaterami kultury nie są już żołnierze, budowniczowie czy mężowie stanu. Stają się nimi sportowcy, piosenkarze i aktorzy. Mieszkańcy stolicy mają obsesję na punkcie rozrywki i seksu. Napływają obcokrajowcy przyciągnięci bogactwem, a rdzenni mieszkańcy, wygodni, kłótliwi, wiecznie dyskutujący, przestają mieć dzieci. Rozbudowany aparat państwowy przejmuje funkcje pełnione kiedyś przez rodzinę lub plemię. (…) Wszyscy debatują, nikt nie działa.”

Hmm, trafne spostrzeżenia, pasujące do państw Zachodu, ale dlaczego autor wymienia żołnierzy wśród grupy bohaterów kultury i dlaczego pisze tylko o stolicy? Zacząłem od początku, a to, co usłyszałem, zrobiło na mnie wielkie, niemal wstrząsające wrażenie. Cytowane wyżej słowa napisał sir John Glubb, autor książki „Losy imperiów”, a tymi słowami opisywał Bagdad w X wieku. Przeczytacie o nim tutaj,  tutaj.

Glubb badał historię upadku wielkich i silnych państw, opisał prawidła rządzące tym procesem, a ten powtarza się dokładnie przy każdym upadku. To, co zrobiło największe wrażenie na autorze, to dzieci, a ściślej ich brak. Na koniec dodaje:

„Bezdzietność jest tym, co boli najbardziej, ponieważ powtarza się wszędzie.”

Zapraszam do lektury. Słowa nie ograniczone znakami » « lub cudzysłowem są moje, pozostałe przepisałem słuchając wykładu, więc możliwe są drobne odstępstwa od oryginału, ale tylko stylistyczne. Pogrubienia są moje.

* * *

Link do wykładu.

>>Historia każdego zbadanego imperium przechodziła przez sześć takich samych etapów.

Epoka pionierów. Biednych, twardych, nieustraszonych, pojawiających się znikąd. Epoka podbojów. Epoka handlu, kiedy miecza zmieniają się w księgi rachunkowe. To epoka dostatku. Epoka intelektu, kiedy ludziom żyjącym w komforcie zaczyna wszystko przeszkadzać. Po niej epoka dekadencji opisana przez autora eseju w tak szczegółowy sposób, że gdy to usłyszysz uznasz, że pisał o tym roku. (…) Glubb zauważył, że żadna cywilizacja nigdy nie czuła, że chyli się ku upadkowi. Ludzie żyjący w końcowej epoce nie odbierali jej jako końca, a jako wyrafinowanie, jako postęp, jako najbardziej zaawansowany, tolerancyjny i inteligentny poziom do którego dotarła ich kultura. Jesień wydaje się szczytem. W tym tkwi pułapka. (…)

Antropolog Joseph Tainter: Cywilizacje nie umierają z dekadencji, argumentował, nie umierają przez barbarzyńców, umierają przez rozwiązywanie problemów. Społeczeństwo mierzy się z nowym wyzwaniem: suszą, wojną na granicy, niedoborami. Rozwiązuje je nowym urzędem, nowym podatkiem, nową klasą specjalistów, większą armią. (…) Odpowiedzią na kolejny problem jest to samo: więcej struktury, więcej administracji, więcej warstw między osobą z łopatą a osobą podejmująca decyzje o łopatach. Przez długi czas to się opłaca. Każda jednostka dodana do istniejącej już złożoności przynosi więcej zysku niż kosztuje. (…) Potem krzywa się załamuje: każde nowe rozwiązanie kosztuje nieco więcej i daje nieco mniej. Biurokracja potrzebna do obsługi biurokracji rośnie. (…) Społeczeństwo wydaje coraz więcej aby utrzymać swoją pozycję, a nie dla rozwoju. Rzym jest podręcznikowym przykładem. (…) Kiedy barbarzyńcy w końcu przekroczyli granice Romy, w co tak naprawdę wchodzili? W strukturę tak kosztowną w utrzymaniu, że jej właśni obywatele przestali jej chcieć. (…) Społeczeństwo tonące we własnej administracji postrzega siebie jako zaawansowane: spójrz, ilu mamy specjalistów! Ile zabezpieczeń, ile procedur! Ten ciężar postrzegany jest jako koszt postępu, dlatego nikt go nie odsuwa. (...)

Peter Turchin, ekolog populacyjny, o nadprodukcji elit. »Każde społeczeństwo w okresie wzrostu tworzy więcej wykształconych ludzi niż potrzebuje. Więcej prawników niż sądów, więcej urzędów niż województw, więcej ważnych ludzi niż pozycji, które mogliby objąć. W dobrych dekadach jest to niewidoczne, bo tort rośnie wystarczająco szybko by wszystkich pomieścić. Potem ekspansja zwalnia. Liczba krzeseł maleje, a liczba ludzi oczekujących na nie stale rośnie. (…) Otrzymujesz więc masę gniewnych ludzi na dole, a na górze nadmiar ambitnych ludzi nie osadzonych na ważnych stanowiskach. (...)

Arnold Toynbee: „Cywilizacje nie są mordowane, one popełniają samobójstwo.”

„Cywilizacje wznoszą się reagując na wyzwania i upadają gdy przestają reagować. Kreatywna mniejszość odpowiada na każdy kryzys czymś nowym, społeczeństwa je naśladują i pną się w górę. Upadek zaczyna się w momencie gdy twórcza mniejszość staje się jedynie dominującą klasą rządzącą która przestała tworzyć a zaczęła po prostu rządzić utrzymując swoją pozycję siłą i przyzwyczajeniem, zamiast mieć jakiekolwiek odpowiedzi na wyzwania.” (...)

Najpierw złożoność rozwiązałeś systemem, a potem problem z tym systemem rozwiązałeś kolejnym systemem. Aplikacje, rutyny, protokoły, konta, warstwy optymalizacji piętrzące się jedna na drugiej, aż utrzymanie twojego życia pochłania energię, która miała służyć do jego przeżywania. (...)

Żaden z tych ruchów nie jest głupi. Każdy z nich jest inteligentną odpowiedzią na zaistniałą sytuację. Dlatego ten schemat nigdy się nie zmienia.«

* * *

Każdy, kto czerpie informacje o świecie nie tylko z mediów podległych władzy, i bacznie obserwuje zachowania ludzi wokół niego, dostrzeże uderzające podobieństwo historycznych zdarzeń poprzedzających gruntowne i zawsze bolesne dla zwykłych ludzi skutki gwałtownych przemian geopolitycznych do obecnej sytuacji państw Zachodu i kierunku, w jakim zmierzają.

Tekst zrobił na mnie silne wrażenie ponieważ znalazłem w nim potwierdzenie moich obserwacji i obaw, ale wyrażone głębiej i precyzyjniej, a na dokładkę poparte badaniami naukowymi.

Proste obliczenie do wykonania w pamięci wskazuje, że za dwa pokolenia, czyli za około 60 lat, Polaków będzie o połowę mniej niż obecnie. Moje wnuczęta na starość będą żyły w kraju, w którym imigrantów będzie tylu, ilu etnicznych Polaków, a ich dzieci będą już w mniejszości. Potworne zadłużenie (i nadal szybko rosnące) krajów Zachodu, w tym i Polski, w połączeniu ze skutkami starzejącego się społeczeństwa, będą przyczyną biedy, protestów, rozruchów społecznych, zabrania nam ziem i fabryk. Ten proces już się rozpoczął. Już teraz płacimy tyle samych odsetek od długu, że co kilkanaście miesięcy moglibyśmy sfinansować budowę kolejnego CPK albo co drugi rok oddawać do użytku nową elektrownię atomową. Politycy zajęci są wzajemnym opluwaniem się, rząd skupiony jest na utrzymaniu władzy, a ludzi najbardziej zajmuje wypowiedź kolejnej gwiazdki mediów, co jeden polityk powiedział o drugim oraz nowe, coraz bardziej błyszczące i puste, programy rozrywkowe. Coraz więcej chcemy od innych, także od państwa, coraz mniej wymagamy od siebie, nie chcemy mieć dzieci, wolimy opiekować się pieskiem lub kotkiem, a byle kłopot tak nas przygniata, że musimy szukać pomocy u psychologa. Jakby tego wszystkiego było mało, u władzy są szaleńcy wywołujący wojny, zaślepieni, nie, wyrachowani ideolodzy w B. i nie tylko tam, szykują nam wielkie rzesze imigrantów obciążających nas finansowo i niszczących kulturowo, a z którymi nic nie potrafimy zrobić, spętani tak zwaną poprawnością polityczną. Zajmujemy się pierdołami jednocześnie biegnąc na betonową ścianę.

Dobrze, że mam 71 lat. Tylko dzieci i wnuków mi żal. Ich życie nie będzie tak dostanie, bezpieczne i uporządkowane, jak obecnie.

Cytat:

„Potem zima trwa, miasto pustoszeje, w końcu ktoś bez historii przybywa z krańca mapy, głodny, twardy, dziesięć pokoleń przed własnym upadkiem, i zegar rusza od nowa.”

środa, 28 października 2026

Sudety jesienią, cz. V

 260926 do 011026

Przełom Czyżynki

Idąc parę lat temu do ruin zamku Cisy, widziałem w pobliżu mojej drogi długą, stromą ścianę nieznanej mi góry. Była zalesiona, ale w kilku miejscach ponad drzewa wystawały skalne ściany zapowiadające ciekawą morfologię. Tamtego dnia pomyślałem tylko, że warto byłoby poznać to miejsce i poszedłem dalej. Tej jesieni znajomy pszczelarz z Gostkowa na Pogórzu Wałbrzyskim opowiadał mi o tak ładnym zboczu góry, że mógłby tam spędzić (to jego słowa) cały dzień. Oczywiście zaciekawił mnie, a nie mając konkretnych planów, poprosiłem o szczegóły chcąc owe miejsce zobaczyć. Trochę kluczyłem, a kiedy w końcu dotarłem na miejsce, zobaczyłem ścianę zapamiętaną na wędrówce sprzed paru lat.

 Dzięki poziomicom i odpowiednim kolorom, na mapie dobrze widać ową ścianę, która okazała się być częścią przełomu strumienia Czyżynka. Jest na lewo od szczytu Kruszyc, a przy dolnej krawędzi zdjęcia z mapą są zaznaczone ruiny zamku Cisy, który odwiedziłem tego dnia.

Głęboka, wyraźnie wyrzeźbiona dolina strumienia Czyżynka jest długa, nie poznałem jej całej, a tam, gdzie byłem, widoki zasłaniają zarośla i gęsty las. Patrząc z dna doliny na ścianę przełomu uznałem, że nie mam szans wejść na górę. Dostałem się tam drogą dłuższą, ale wygodną i bezpieczną. Blisko szczytu wzniesienia równa droga podprowadziła mnie na brzeg lasu, a tam niespodziewanie skoczyła w przepaść przełomu. Stałem na granicy równej wierzchowiny, z tyłu widziałem bezpieczne płaszczyzny pól między pierwszymi drzewami lasu, a przed sobą opadające na dno doliny wierzchołki drzew. Górą obłe i łagodne stoki, niżej bardziej strome, miejscami zamieniające się w urwiska, porosłe są malowniczo pokręconymi sosenkami i dębami. Bursztynowa kora sosen i przebarwiające się liście dębów świeciły feerią ciepłych barw kolorowej jesieni.  

Między konarami drzew widziałem odległy o wiele kilometrów horyzont zamknięty niebieską linią Karkonoszy i bliżej szczytów wałbrzyskich, a w miejscu najbardziej odsłoniętym zobaczyłem taki widok. 
Jest tam zrobiona ława, są ślady ogniska; zapewne o tym miejscu, albo o całej jakże malowniczej części przełomu, mówił pszczelarz. Nie raz i nie dwa obiecałem sobie posiedzieć długo albo i dłużej w takim miejscu, ale zawsze goni mnie… miałem napisać o niecierpliwości, ale nie odczuwam jej; chyba przeważa tutaj ciekawość dalszego szlaku, widoki, które gdzieś tam za tą górą czekają na mnie. Po dwóch czy trzech kwadransach ruszyłem dalej.

Zamek Cisy zobaczyłem dokładnie takim, jakim zapamiętałem go będąc tam po raz pierwszy. Gęsty las na stromych zboczach, miejscami urwistych, w dole ciemny, zarośnięty, w wielu miejscach niedostępny strumień, metrowej grubości poszarpane szare ściany zamku, a między nimi i wprost na nich drzewa w pysznych barwach jesieni.

 Kiedy już ludzie znikną zostawiając budowlę samą sobie, albo kiedy wszyscy się powyrzynają, wtedy powoli, ale nieustępliwie, wraca natura i na murach, wcześniej oblanych potem i krwią, zasiewa nowe życie, a jest ono obojętne na szaleństwa i zbrodnie tych, którym wydaje się, że są ukoronowaniem życia na Ziemi. W tym fakcie dostrzegam gorzkie co prawda, ale jednak pocieszenie.

Ta budowla mogłaby do dzisiaj (i za setki lat też) służyć ludziom, a została bezmyślnie zniszczona. Bóg jeden wie, ile milionów godzin (proste szacunki na taką skalę wskazują) ludzie mozolili się przy wznoszeniu tych murów, ilu z nich straciło na budowie zdrowie i życie. Niewiele później przyszli inni i w swoich pobratymcach zobaczyli śmiertelnych wrogów. Może tylko dlatego, że inaczej się modlili do tego samego Boga. W widoku drzew rosnących na kikutach ścian jest swoista sprawiedliwość Losu bądź Natury. Jest także przestroga: tak mogą wyglądać za 100 albo za 1000 lat nasze miasta. Co się wtedy stanie z nami? Czy my jeszcze będziemy? A jeśli tak, to do jakiej wojny będą nawoływać nowi przywódcy? Gdzie zobaczą wroga i na kogo każą szykować maczugi?

Obrazki ze szlaku

Piękny, świetlisty ranek złotej jesieni.

 Zamek Cisy. Fragment muru zapamiętany z powodu swojej niestabilności. Od wielu lat wisi w powietrzu potwierdzając rzetelność prac wykonanych przed wiekami.

Las na przełomie. 
Na krawędzi przełomu.

Miejsca wędrówek.

PS

U wspomnianego pszczelarza miody nabywam od paru lat i w niemałych ilościach; ostatni zakup ważył ponad 10 kg. Kupuję nie tylko z powodu smaku, ale i pewności nabywania prawdziwego, w pełni naturalnego, a więc sprzyjającemu zdrowiu produktu. Jem codziennie, może niewielkie ilości, ale litrowy słoik nie wystarcza mi na dłużej niż miesiąc, a przecież są i inni domownicy.

Tutaj  jest strona pasieki pana Sebastiana Bryka.


 

piątek, 23 października 2026

Sudety jesienią, cz. IV

 260926 do 011026

Dudziarz

W pobliżu Przełęczy Radomierskiej, na północ od drogi numer 5 wiodącej do Jeleniej Góry, piętrzy się masyw Dudziarza, jeden z większych w górach kaczawskich. Najwyższe wzniesienia, Dudziarz, Straconka i parę innych, są zalesione, natomiast na wschodnim przedłużeniu masywu, na Gaiku i Górze Bandurskiego są łąki. 

 Mapę tak wykadrowałem, aby widać było na niej południowe, opadające do szosy, stoki masywu. Dudziarza po raz pierwszy zobaczyłem w styczniu 2011 roku, na pierwszej wędrówce kaczawskiej. Wtedy o nazwie góry dowiedziałem się czytając mapę i oczywiście nie przyszło mi do głowy, że właśnie zaczynam wieloletnią przygodę z Górami Kaczawskimi. Niżej zamieszczam zdjęcie Dudziarza z tamtej inauguracyjnej wędrówki, drugie było zrobione siedem lat później. 
 Strzałką zaznaczyłem na nich polanę na zboczu Dudziarza, która od chwili jej zobaczenia przyciągała mój wzrok, a nazwałem ją Polaną Czterech Świerków. Na jednej z kolejnych peregrynacji kaczawskich znalazłem właściwe drogi i zobaczyłem polanę z bliska. Okazało się, że rząd świerków jest dłuższy, ale nazwy już nie zmieniałem.

Od tej polany zaczęła się moja przygoda z Dudziarzem i pobliskimi górkami. Jeśli dobrze się przyjrzeć mapie, widać po krętych liniach poziomic i zawiłych granicach lasów, jak bardzo tamte zbocza są urozmaicone. Spędziłem na nich… nie miałem siły przeglądać długiej listy tras kaczawskich, więc tylko szacuję, że nie mniej niż pięć dni. Kilkadziesiąt godzin na zboczach o łącznej powierzchni raptem kilku kilometrów kwadratowych, a nadal nie znam wszystkich zakątków i na każdej wędrówce odkrywam nowe.

Właściwie nie powinienem pisać o wędrówce, skoro nigdzie nie idę a kręcę się na niewielkim obszarze. Po powrocie rejestr oglądany na ekranie bardziej przypomina drogę mrówki w gąszczu źdźbeł trawy niż trasę wędrowca. Tam w pełni realizuje się moja idea najwartościowszego spędzania czasu nie tylko w górach: iść tam, gdzie ładnie, gdzie oczy poniosą, gdzie skieruje wspomnienie, a czasami zwykła chwila niezdecydowania na rozdrożu. W miarę przybywania dni spędzonych pod Dudziarzem, częściej decyduję się wybrać określoną dróżkę pod wpływem wspomnień. Tam, gdzie z upodobaniem bywamy, przybywa naszych śladów – tych, które tylko my widzimy. Wtedy takie miejsca działają na nas nie tylko cechami widzianymi bezpośrednio, ale i wspomnieniami. Ich obraz staje się pełniejszy, traci obcość i anonimowość, nabiera treści i głębi, a w ten sposób staje się nasz. Tak mam na Dudziarzu, w Trzmielowej Dolinie, na Chrośnickich Kopach, pod Gostkowem i w wielu, wielu innych miejscach Sudetów, a ostatnio także na Roztoczu.

O Polanie Czterech Świerków pisałem, teraz opowiem o grupie świerków ze zdjęcia poniżej.  

Każdy, kto będzie przechodził obok nich ledwie spojrzy i pójdzie dalej, a dla mnie te świerki są schronieniem moim i Janka na czas posiłku w mroźny i wietrzny dzień kilka lat temu. Kwadrans spędzony między tymi drzewami wraca do mnie ilekroć je widzę. Nie tylko: którejś jesieni przy tych świerkach znalazłem kilka okazałych prawdziwków, one też mają swój udział w splocie wrażeń budzonych tym tuzinkowym – dla innych ludzi – widokiem. Dzisiaj ani Janka ani grzybów nie było, ale obrazy owszem.

W pobliżu rośnie krzew różany pod którym leżałem rozkoszując się niedoświadczanym wcześniej ciepłem na pierwszej letniej wędrówce sudeckiej, jest pokrzywiona czereśnia której wydaje się, że jest wierzbą iwą, jest ogromna brzoza, chyba największa jaką widziałem.

Drugie zdjęcie zrobiłem w 2017 roku.

 Pod Dudziarzem mam też polankę, na której jesienią zawsze rosną liczne kanie, mam dobre miejsca na postawienie domu, ukryte przejście do ładnej dolinki i wiele, wiele innych miejsc przemawiających tylko do mnie.

Niestety, doświadczenia dzisiejszego dnia wskazują na kres, a przynajmniej znaczne ograniczenie szwendania się pod Dudziarzem. Kilka lat temu przybyło ogrodzeń na Gaiku i Górze Bandurskiego, teraz zobaczyłem w różnych miejscach wiele nowych tabliczek zakazujących wejścia na teren prywatny. Nic tam nie ma, ani budynków, ani pasącego się bydła czy ogrodzeń, ale tabliczki z zakazem stoją. Czy ja cokolwiek zniszczę przechodząc polną drogą, niekoszoną łąką lub między drzewami zagajnika? Paru miejsc nie odwiedziłem z powodu tablic, w paru innych byłem, ale odczuwając psychiczny dyskomfort łamania zakazu właściciela. Kiedyś przeszedłem od Gaika do wsi Komarno, mile wspominam tamten szlak, raczej już nie do powtórzenia.

Obrazki ze szlaku

Ogrodzone pastwiska na Gaiku.

 Zlot kruków?

Wycinka drzew na Dudziarzu. Widok pobojowiska jest bardzo przygnębiający. To właściwie armagedon.

 Nowa droga budowana prawdopodobnie przez leśników, aby mogli sprawniej prowadzić wycinki, oczywiście pielęgnacyjne. A to, co zostało z budowy i nie jest im potrzebne, zepchnęli na kupę. Taka forma współczesnej estetyki. 
Odwiedziłem starą znajomą, czereśnię pokrzywioną reumatyzmem. Krzywa jest jeszcze bardziej, obrosła mchem, ale żyje.

 Leżąca iwa.

 Mój samochód.

 Często mam trudności z jego parkowaniem. W niepopularnych turystycznie wioskach sudeckich jest mało oznakowanych parkingów, a poza terenem zabudowanym zostawienie samochodu bardzo utrudniają przepisy drogowe, np. linie ciągłe na brzegu jezdni. W ostatnich latach coraz częściej widzę tabliczki informujące o prywatnej własności i zakazujące wjazdu i wejścia. Oczywiście nie odbieram tego prawa właścicielom, ale w efekcie nawet jeśli nie widzę tabliczki i nie ma rowu, odczuwam obawy zostawiając samochód na cały dzień gdzieś na poboczu, bo może zjechałem już z pasa drogowego i stanąłem na gruncie prywatnym, a wtedy będę miał kłopoty z właścicielem?...

Mapa z zaznaczonymi miejscami wędrówek.

  Zapraszam na fotograficzną relację z włóczęgi po zboczach masywu Dudziarza. Publikuję blisko 40 zdjęć, mam ich znacznie więcej, a mimo tej ilości są one tylko przykładami różnorodności morfologicznej, nie pokazując całej jej złożoności.