Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

sobota, 3 października 2026

Dobrobyt a zmiany w psychice i postawach ludzi

 210926

»Brutalny paradoks polega na tym, że najbardziej komfortowe społeczeństwa w historii są jednocześnie tymi, które wykazują najwyższe wskaźniki lęku, depresji i niezdolności do radzenia sobie z najdrobniejszymi przeciwnościami.«

Źródło: tutaj.

„Prawdziwa wolność oznacza odpowiedzialność i niepewność, oznacza możliwość porażki. (…) Współczesne społeczeństwo jest neurotyczne właśnie dlatego, że zastąpiło pseudokomfortem infantylizujących przyjemności uzasadnione cierpienie związane z dorastaniem, z przyjmowaniem odpowiedzialności i stawianiem czoła rzeczywistości.«

Źródło: tutaj.

Kiedyś, przed wielu laty, wierzyłem, że jeśli dziecko nie zazna niebezpieczeństw, niedostatków i wszelkich innych negatywnych przeżyć psychicznych, jeśli otoczone będzie opieką przez bliskich, wyrośnie na człowieka spokojnego, pogodnego, pozytywnie nastawionego do siebie, świata i ludzi. W zasadzie nadal tak uważam, ale ten idylliczny obraz okazał być prawidłowy tylko w ogólnym zarysie, a z bliska widoczne są obszary wymagające znacznego uzupełnienia o szereg zastrzeżeń. Nic wyjątkowego, w nauce to raczej norma nie wyjątek.

Zagmatwane powiązania między przyczynami istnienia pewnych cech naszej psychiki a otoczeniem w jakim żyjemy, pomogła mi rozplątywać ewolucja, którą interesuję się od lat. Z niej wypączkowało cały szereg nowych gałęzi nauki, na przykład psychologia ewolucyjna.

Taką definicję, a jest zgodna z moją własną, samodzielnie wypracowaną, podsunęła mi AI Google:

»Psychologia ewolucyjna to obszar badań w psychologii, który wyjaśnia ludzkie zachowania, myśli i mechanizmy psychiczne jako efekty ewolucji biologicznej i kulturowej.

Psychologia ewolucyjna bada, jak ludzki umysł przystosował się do środowiska na przestrzeni tysiącleci. Traktuje cechy psychologiczne jako rezultaty doboru naturalnego, które pomagały naszym przodkom przetrwać i się rozmnażać. Analizuje uniwersalne wzorce zachowań występujące u ludzi niezależnie od kultury.

Główne założenia:

Nasze mechanizmy psychiczne (np. strach, zazdrość, umiejętność współpracy) to narzędzia wypracowane przez ewolucję w celu rozwiązywania problemów przetrwania. Współczesny człowiek żyje w nowoczesnym świecie, ale jego mózg posiada strukturę przystosowaną do życia w warunkach plemiennych.«

Artykuł w Wikipedii jest tutaj.

Psychologia ewolucyjna, nawet jeśli się ją zna na poziomie amatorskim, czyli tak jak ją znam, pomaga wyjaśnić wiele z pozoru dziwnych naszych odruchowych, czasami nieracjonalnych, zachowań. Wystarczy tylko pamiętać o skutkach i głębokości przemian cywilizacyjnych ostatnich stuleci. Nasz gatunek istnieje około 300 tysięcy lat. Znaczy to tyle, że zbadane szczątki kostne, a od niedawna i geny, sprzed tylu lat są identyczne z naszymi. Nasi przodkowie, a była to spora grupka gatunków homo, liczą sobie parę milionów lat. Ci ludzie żyli przez tysiące pokoleń bez żadnych zmian w swoim zachowaniu i w sposobach korzystania ze środowiska. Zmiany ruszyły dopiero w górnym paleolicie, czyli jakieś 40 tysięcy lat temu. Zmiany były szybkie tylko w stosunku do bezruchu poprzednich tysiącleci, a z naszego obecnego punktu widzenia nadal niewiele się działo. Świat dziadów był niemal identyczny do świata wnuków i prawnuków. Jakieś 10 tysięcy lat temu zaczęliśmy się uniezależniać od kaprysów przyrody, uprawiając rośliny i hodując zwierzęta, ale nadal, jak przez wszystkie poprzednie milenia, powszechne były okresy głodu, wielkiej śmiertelności, ustawicznego zagrożenia życia spowodowane chorobami, niedostatkami i wojnami. Nadal człowiek zdecydowaną większość czasu pracy od rana do wieczora poświęcał na zabezpieczenie podstawowych potrzeb, czyli jedzenia, schronienia i odzieży. Zmiany na lepsze były bardzo powolne, dopiero rewolucja przemysłowa zapoczątkowana w XVIII wieku radykalnie przyspieszyła ten proces. Ten pęd nadal przyspiesza. Nigdy ludzkość nie bogaciła się tak szybko, jak w ciągu ostatnich dziesięcioleci.

Ludzie, czyli gatunek homo sapiens sapiens (jak to dumnie brzmi!: człowiek podwójnie myślący!!), nie zjawili się nagle na scenie dziejów. Nie zostaliśmy stworzeni od podstaw, albo jak kto woli z żebra czy gliny. Ewolucja jest bardzo powolnym procesem przemian gatunków już istniejących. Nasi bezpośredni przodkowie, nasi pradziadowie w linii prostej, przez setki tysiącleci żyli w jaskiniach, na drzewach i pod nimi. Korzystne dla ich przeżycia geny nadal są w nas. Są nawet i starsze geny, naszych odleglejszych przodków przedludzkich. Wiecie, dlaczego dostajemy gęsiej skórki? Bo kiedyś ten odruch podnosił futra naszych przodków aby było im cieplej w zimne dni. Futra nie mamy od setek tysięcy lat, ale geny i odpowiednia budowa skóry zostały. Takich śladów dawno minionych czasów jest w nas mnóstwo, zarówno w budowie i reakcjach naszego ciała, jak i w psychice.

Tutaj właśnie docieramy do meritum.

Nam, ludziom żyjącym w warunkach XXI wieku, lubiącym kawę parzoną w określony sposób, kupującym buty tej nie innej marki, ceniącym filmy tego reżysera, latającym do ciepłych krajów na urlop, wydaje się, że nic nas nie łączy z tamtymi brudnymi, prymitywnymi istotami które zabiły niedźwiedzia jaskiniowego i zajęły jego miejsce, ale to nieprawda: jesteśmy tacy sami jak oni. W najdrobniejszych szczegółach anatomicznych i psychicznych tacy sami. Jedyna różnica jest w wiedzy i skumulowanej umiejętności budowy coraz bardziej wyrafinowanych narzędzi. Tyle że ta różnica przejawia się głównie na polu walki: kiedyś pałą waliliśmy w łeb przeciwnika, teraz rakietą wystrzeliwaną naciśnięciem guzika na pulpicie sterowniczym. Przeciwnik, człowiek, istota z naszego gatunku, został. Nadal boimy się nieznanych, ciemnych i ciasnych pomieszczeń, dokładnie tak, jak nasi przodkowie wchodzący do czarnych jaskiń, nadal odczuwamy aprioryczną, niwelowaną jedynie rozumowaniem i kulturą, niechęć do obcych i inaczej wyglądających, nadal chcemy dominować nad innymi, bo dominacja oznacza dostęp do dóbr i samic. Maczugi tamtych ludzi nie są dowodem na ich głupotę, tak jak rakiety nie potwierdzają naszej mądrości. Te różnice dowodzą zmian w poziomie wiedzy, nie mądrości.

Pierwsze istoty uznawane za ludzkie żyły parę milionów lat temu, my jesteśmy ich dalekimi co prawda potomkami, ale w linii prostej. W warunkach znacznego oddzielenia od przyrody, zabezpieczeni od jej zmian i nieprzewidywalności, objęci prawami, z dostępem do medycyny, żyjemy od… różnie można tu liczyć, powiedzmy, że od paruset lat, ale można bronić tez o dłuższym lub krótszym przedziale czasowym, jednak ograniczonym do wieków, nie dziesiątek tysiącleci. Jak to się ma do tamtego ogromu czasu? Gdyby zmienić skalę na osiemdziesięcioletnie ludzkie życie, to rówieśnik pierwszych istot homo w wieku 79 lat zaczął udoskonalać obróbkę kamieni i malować obrazy na ścianach jaskiń, mając 79 lat i 9 miesięcy nauczył się siać i zbierać ziarno, niecałe dwa dni przed osiemdziesiątymi urodzinami skonstruował silnik parowy, pół doby przed osiemdziesiątką przyszła mu do głowy myśl o komputerze, a od paru godzin jest zapatrzony w kolorowy ekran smartfona. Inaczej mówiąc: właściwie całe życie spędziliśmy na drzewach lub pod nimi, z pałką lub kamieniem w ręku, i stosownie do takich warunków został dopasowany nasz zestaw genów oraz nasza psychika i odruchy. Ostatnie setki lat, a tym bardziej dziesięciolecia – to mgnienie oka – nic w nas nie zmieniły, a my uważamy, że wyrośliśmy wysoko, bardzo wysoko ponad naszą przeszłość. W tym tkwi jądro naszych kłopotów. Ogół ludzi nie wie, że żyjąc w niewielkiej grupie dobrze znanych i spokrewnionych ludzi zostaliśmy psychicznie ukształtowani przez niedobory, niebezpieczeństwa, przeciwności i trudności, a dobrostan psychiczny i szczęście osiągamy jedynie poprzez wyuczone w dzieciństwie i młodości umiejętności radzenia sobie z negatywnymi cechami naszego bytowania. Młody człowiek bardziej ucieszy się z drobnostki na którą zapracował niż z kolejnego drogiego prezentu od rodziców czy dziadków. Lepiej rozumie świat i swoje w nim miejsce, jeśli wie, co mu wolno a co nie. Jeśli nie ponosi konsekwencje swoich błędów i porażek, nie nauczy się rozwagi i odpowiedzialności, a porażka, nawet drobna, będzie dla niego katastrofą; będzie jednak bardzo sprawny w wyszukiwaniu winnych swoich kłopotów. Człowiek, który w dzieciństwie nic nie musiał robić, jako dorosły nie tylko ma dwie lewej ręce, ale i nie zna obowiązkowości, a pracę postrzega jako przymus odrywający go od przyjemności, a nie jako wstępny warunek późniejszego oddawania się przyjemnościom. Człowiek który nie musiał nikogo się słuchać, w pracy dozna szoku, a jeśli w dzieciństwie dbano o wszystkie jego potrzeby, jako dorosły nie będzie zdolny do samodzielności.

Tę listę można dowolnie wydłużać. Jej istotą jest fakt kształtowania naszej psychiki i relacji ze światem w dzieciństwie poprzez doświadczenie i obserwację rodziców – dokładnie tak, jak jest u zwierząt, którymi, nota bene, jesteśmy. Pozbawieni tychże, zatracamy się w życiu dorosłym i nagle wizyta u psychologa staje się koniecznością. Okazuje się, że wzrost zamożności ludzi, długotrwałe bezpieczeństwo, rozbudowane prawa i materialny komfort życia, mogą być dla ludzi niebezpieczne bez należytego przygotowania. Zwłaszcza, że żyjemy w środowisku diametralnie odmiennym od naszych rodzinnych sawann, drzew i jaskiń.

Czuję, że drugą część wywodu zbytnio skróciłem, ale niech taką zostanie, bo i tak za dużo napisałem, a chciałem przejść do części zasadniczej. Moje słowa miały być tylko wprowadzeniem.

Proponuję wysłuchanie kilku wykładów na temat przyczyn i skutków zmian obserwowanych w społeczeństwach a związanych ze wzrostem zamożności i oddziaływaniem na nas techniki.

Prowadzą je ludzie znają tajniki ludzkiej psychiki, a przy wnioskowaniu stosują osiągnięcia psychologii ewolucyjnej. Jako zapowiedzi i zachętę dodaje cytaty. Dodam, że nie mając możliwości ich skopiowania, zapisałem je ręcznie.

* * *

"Dziecko rozwija się wtedy, kiedy swoje prawa łączy z obowiązkami."

Tytuł: „Hodujemy beznadziejne pokolenie”

Podtytuł wywiadu:

„Tak niszczysz przyszłość własnego syna i córki. Profesor Jędrzejko o podstawowym błędzie”

Kliknij tutaj aby przeczytać garść informacji o profesorze. 

Wywiad jest tutaj.

* * *

Jeszcze jeden wywiad z profesorem Jędrzejkiem - tutaj.

Tematy: o stanie Polski, o upadku moralności i rozpadzie funkcji społecznych, o degrengoladzie wśród polityków. Także o wychowywaniu dzieci.

„To państwo ma 8 służb, które pana i mnie inwigilują. (…) Czy myśmy na to zasłużyli? Widzę na Marszałkowskiej samochód ze służby ochrony państwa który jedzie ponad 80, a z tyłu siedzi jakiś polityczny fajfus albo od premiera albo z kancelarii prezydenta Rzeczpospolitej. Pytam: czy was prawo nie obowiązuje?”

„Narzuciliśmy dzieciom logo. Narzuciliśmy konieczność bycia gdzieś tam, ale one nie muszą tam być.”

„Znam prywatną szkołę, do której dzieci przyjeżdżają własnymi samochodami „pięćdziesiątkami”, bo rodziców na to stać. A ja się pytam: no i co wy robicie? A dlaczego oni nie idą do szkoły? Przecież mają do szkoły 1000 metrów. (…) Po prostu zwariowaliśmy. System marketingowy narzucił nam wzory wychowania dzieci.”

„Jestem zwolennikiem zwolnienia postępu technologicznego, bo póki co, to prowadzi człowieka, jego naturę, na manowce. (…) Mamy ciągle nowe wyzwania i coraz mniej czasu.”

„Przestańcie się spieszyć bo tak wam każe świat. Po prostu zwolnijcie a będzie żyć dłużej.”

* * *

Tutaj podaję link do kanału angielskojęzycznego. Nie wiem, przez kogo personalnie prowadzony, ale na pewno jest to osoba mająca duży zasób wiedzy i zdolności obserwacji. 

»Bogactwo materialne nigdy nie było tak obfite, prawa tak gwarantowane, dostęp do informacji tak nieograniczony, a jednak coś fundamentalnego ulega pogorszeniu. Nie w liczbach, nie we wskaźnikach, a w ludziach tworzących te społeczeństwa. W zdolności do ponoszenia konsekwencji i przyjmowania odpowiedzialności, tolerowania tego co trudne bez natychmiastowego szukania winnych lub czegoś do konsumpcji. To nie jest moralna ocena pokoleń, to strukturalna diagnoza tego, co się dzieje, gdy cywilizacja przez dekady buduje coraz bardziej bardziej wydajne systemu eliminowania tarcia z ludzkiego życia nie zdając sobie sprawy z tego, że owe tarcie w dużej mierze kształtowało ludzi zdolnych do podtrzymania tej cywilizacji.«

»Czteroletnie dziecko, które nie może dostać tego, czego chce, płacze. (…) Problemem jest, gdy społeczeństwo dorosłych wykształca taką samą reakcję z frustracją i zaczyna budować wokół niej całe instytucje polityki i kultury, które legitymizują płacz jako odpowiedź na to, co jest trudne.«

»Skłonność do przesady, ucieczka od tego, co wymaga wysiłku, nie jest patologią. To kondycja ludzka w swojej najbardziej uczciwej formie. Tym, co się zmienia i co definiuje epoki, jest to, co kultura robi z tymi słabościami. Czy traktuje je jako punkty wyjścia do rozwoju, czy instytucjonalizuje je jako akceptowalny stan docelowy.«

»Problem nie leży w posiadanych narzędziach (osiągniętym stopniu rozwoju technicznego). Leży w cichym założeniu, które nam towarzyszy, że postępujące eliminowanie wszelkiego dyskomfortu tworzy lepszych ludzi, lepiej przygotowanych i bardziej zdolnych, podczas gdy dowody konsekwentnie wskazują na coś przeciwnego. Dziecko, które nigdy nie musi czekać, buduje zupełnie inne relacje z czasem niż dziecko, które nauczyło się, że pewne rzeczy wymagają cierpliwości. Młody człowiek, który nigdy nie zetknął się z prawdziwym niedoborem, buduje inną relację z wartościami niż ktoś, kto nauczył się, że każdy wybór ma swoją cenę. To nie jest chęć powrotu do czasów braków, to spostrzeżenie, że pewne ludzkie zdolności rozwijają się tylko pod presją i że wyeliminowanie wszelkich kłopotów wcale nie daje wolności, wytwarza za to kruchość pod maską komfortu.«

»Osiągnęliśmy taki stan kultury społecznej, w którym domaganie się praw stało się nieskończenie łatwiejsze niż przyjmowanie obowiązków. (…) Kultura, która systematycznie uczy swoich członków szukania wszystkich ich problemów poza nimi samymi, nie tylko wykazuje niesprawiedliwość wobec rzeczywistości, ale i masowo tworzy ludzi niezdolnych do skutecznego działania w jej ramach.«

»Zaobserwuj, co się stało ze znaczeniem słów dotyczących odpowiedzialności. Słowa takie jak porażka, błąd, konsekwencja, zostały stopniowo zastąpione terminami, które przenoszą przyczynę poza jednostkę. Człowiek już nie ponosi porażki, a przechodzi trudne doświadczenie; człowiek nie popełnia błędu, a staje przed wyzwaniem; nie zbiera już owoców złego wyboru, a cierpi z powodu niesprawiedliwego systemu. (…) Człowiek, który nie nazywa swoich porażek porażkami, nie rozwija zdolności mierzenia się z nimi.«

* * *

Ten sam kanał, inny  wykład.

»Prawdziwa wolność nie tkwi w wysokości pensji, a w różnicy między wysokością dochodów a tym, co jest potrzebne do godnego życia. Jeśli ta różnica jest dodatnia i rosnąca, pozwala na to, aby praca była wyborem, a nie obowiązkiem.«

Mój komentarz.

Inaczej mówiąc: jeśli zarabiamy więcej niż wydajemy na życie uznawane przez nas za godne, jesteśmy wolni od przymusu ustawicznej gonitwy za pieniędzmi. Twierdzenie słuszne pod jednym warunkiem: że nie podnosimy poprzeczki w uznawaniu jakie życie jest godne. Jest takie bardzo trafne spostrzeżenie: „To, co człowiekowi jest niezbędne do życia, rozciąga się od kromki chleba do prywatnego odrzutowca.” Aby twierdzenie o wolności niezależnej od dochodów stało się słuszne i możliwe do wcielenia w życie, koniecznym jest zaprzeczenie tym słowom swoimi ocenami i postawą.

* * *

Dopisek końcowy.

Jakie wnioski należy wysnuć? Koniecznym jest gruntowna przebudowa całej filozofii wychowywania dzieci, zarówno w domu jak i w szkołach. Za niezbędną mam gruntowną zmianę naszego podejścia do posiadania i konsumpcji; przebudowę całego gmachu nauczania i filozofii rozwoju gospodarczego.

Jednak obserwowane zmiany zmierzają w kierunku przeciwnym, to znaczy pogłębienia problemów, jakie już mają dzieci, młodzi ludzie wkraczający w dorosłość i całe społeczeństwa, zwłaszcza zachodnie. Niestety, zarysowane wyżej procesy będą narastały aż osiągniemy możliwość odbicia się, czyli dno, bo i cóż możemy zrobić? Mogę napisać ten tekst, owszem, ale przeczyta go może kilka osób (znam statystyki tego bloga), a część z tych którzy tu zajrzą wzruszy ramionami nie doczytawszy do końca – i tyle.

Tylko tyle.

poniedziałek, 28 września 2026

Dwa razy po 232 dni

 130926

W Góry Kaczawskie poszedłem po raz pierwszy w styczniu 2011 roku, a na Roztocze dziesięć lat później. Ostatnie foldery ze zdjęciami z wędrówek po obu krainach mają obecnie takie same numery porządkowe, mianowicie 232. Tyle dni spędziłem wśród kaczawskich górek i tyle na podlubelskich polach. Pięć lat temu, w czasie pierwszych wyjazdów na Roztocze, nie mogłem pozbyć się odruchu porównywania wyglądu krainy do znanych widoków kaczawskich, czułem coś podobnego do obcości i bycia tam „w zamian”. Po dwustu trzydziestu dniach i przejściu kilku tysięcy kilometrów, to wrażenie nie tylko odwróciło się, ale i pojawił się nowy odruch: będąc gdzie indziej, porównuję krajobrazy do roztoczańskich, swojskich, moich. Ostatnio było tak miesiąc temu, w Górach Świętokrzyskich.

Znam Roztocze, podobnie jak Góry Kaczawskie, na swój sposób. Są miejsca poznane dogłębnie, gdzie niemal każda droga jest mi znana i budzi wspomnienia, ale jednocześnie są duże obszary terra incognita, ziemi nieznanej. Bardzo niewiele wiem o miastach, zabytkach, historii. Kiedy okazjonalnie zajrzę do przewodników, okazuje się, że nie znam wielu popularnych miejsc tam opisywanych, albo byłem tam kiedyś i tylko raz, chyba dla zamalowania białej plamy. Czytam o punktach widokowych, o malowniczych miejscach wartych zobaczenia, i czasami uśmiecham się z politowaniem, ponieważ tutaj i tam znam dziesiątki miejsc i widoków znacznie ładniejszych, a żaden przewodnik o nich nie wspomina. Czasami ta różnica jest obiektywna, czasami wynika po prostu z odmienności widzenia, ponieważ tyle jest obrazów świata, ilu jest ludzi.

Z powodu swojego wieku nie odczuwam wyraźnego obniżenia zdolności chodzenia, ale już tak z powodu choroby opisanej ponad dwieście lat temu przez Jamesa Parkinsona, angielskiego lekarza, filantropa i… geologa. Póki jednak mogę przebierać nogami, nie opuszczę moich dróg, ani sudeckich, ani roztoczańskich.

Parę lat temu przypadkowo trafiłem na ładne miejsce: tarasowo ułożone, wąskie pola falujące po krótkich wzgórkach i kilka malowniczych sosenek. Później zapomniałem, gdzie ono jest, ponownie „odkryłem” je przypadkiem a następnie… Tak, znowu zapomniałem. Olśnienia doznałem parę dni przed ostatnim wyjazdem na Roztocze, no i oczywiście odwiedziłem owe sosenki. Skąd taki problem, może ktoś zapyta. Pierwotną przyczyną jest po prostu moje zapominalstwo, a kolejną ilość wyjazdów i zdjęć.Mam ich w komputerze tak wiele, że mimo funkcji wyszukiwania nierzadko trudno znaleźć te, których potrzebuję, zwłaszcza jeśli nie pamiętam daty ani żadnych słów kluczowych albo są one zbyt powszechne, ponieważ wtedy nie bardzo wiem, o co mam pytać komputer.

Oto miejsce, o którym tyle się tutaj rozpisuję.



Obrazki ze szlaku


 Samotna sosenka na polu.



To samotne drzewo kusiło mnie. Może na następnej wędrówce?... 


Dla odmiany dwa drzewa. Idąc obserwowałem zmianę perspektywy, wydawało się, że drzewa zamieniły się miejscami. Znany to każdemu efekt, ale jego powszechność nie czyni rezultatu mniej ciekawym. Mam tylko dwa zdjęcia, nie pomyślałem o zrobieniu odpowiedniej serii.


Daleko, na tle nieba, widziałem duże drzewo. Od razu pojawiła się myśl o pójściu tam i zobaczeniu z bliska, ale w chwilę później przyszło rozpoznanie: przecież znam to drzewo! To lipa ocieniająca krzyż stojący na rozdrożu.  
Później zauważyłem lipę jeszcze na tym zdjęciu, jest przy prawej krawędzi kadru.


 Droga po deszczach.

 Kwitnąca gryka. Dużo widziałem takich pól. Unosił się nad nimi głośny, równomierny szum pszczół. Jak właściwie nazwać ten odgłos? Nie jest szumem, ale przecież i nie buczeniem, więc jakiego określenia użyć? 
Ładna chmura, słońce, zieleń i błękit.


 Doły i buki.

Odwiedziłem jedne z pamiętanych ładnych miejsc. Schodząc polem w dolinkę uświadomiłem sobie, że nawet nie spojrzałem na znajomą brzozę. 

 

Obejrzałem się, była za garbem, podszedłem nieco wyżej i stamtąd ją zobaczyłem. Jest, żyje.

 Miejsce kojarzące się mi z zachodem słońca. Otóż kiedyś patrzyłem na te drzewa późnym popołudniem, ich liście były prześwietlone słońcem.

 Odszukałem zdjęcia z tamtej wędrówki, oto jedno z nich. Zrobiłem je dwa lata temu, jesienią.

 Malowniczo rosochaty grab. Nasze stare słowiańskie słowo „rosocha” oznacza rozwidlenie o widlastym kształcie. Tutaj użyłem w obecnym znaczeniu, jako przymiotnik określający drzewo pokręcone, gęsto rozgałęzione.

 


 Bliski koniec dnia.

Trasa: między Zdziłowicami Trzecimi a Piłatką na Zachodnim Roztoczu.

Statystyka: zabrakło kwadransa do pełnych dwunastu godzin na polach, a przeszedłem 18,5 km.








poniedziałek, 21 września 2026

Dwa dni

 05 i 090926

 Ten wpis jest dziewięćsetnym. Przynajmniej dwa tysiące stron tekstów i kilkanaście tysięcy zdjęć. Góry i pagórki, pola i skały, filozofia i socjologia, ekonomia i psychologia, nauka i literatura, myśli głębsze i wprost przeciwnie, oto podsumowanie dwunastu lat prowadzenia bloga. Kiedyś był uzupełnieniem Biblionetki, mojego pierwszego miejsca w internecie, ale z czasem stał się głównym, a teraz jedynym moim adresem w sieci. Wiele razy myślałem o zaprzestaniu jego prowadzenia, ale na razie tę decyzję odkładam na później. Tak więc za kilka dni pojawi się następny tekst, po nim kolejne. Ile ich będzie, nie wiem, ale któryś niezbyt odległy będzie ostatnim. Jedno mogę obiecać bywalcom tego miejsca: uprzedzę ich o końcu.

* * * 

Kilka razy pisałem o swojej wizji idealnej wędrówki, a przepis na nią jest krótki i w opisie prosty: przez cały dzień i całą trasę być u celu. Nie traktować miejsca w którym jesteśmy i tej chwili jako przedsionka, drogi prowadzącej do ładniejszych miejsc i głębszych przeżyć, a wszystkie uznawać za ważne; tak samo cenne jak te sprzed godziny i te czekające na nas za zakrętem drogi. Przyczyna jest oczywista: wydłużamy satysfakcję z chwili do całego dnia, i dalej – na całe lata. Pozbywamy się wysoce prawdopodobnego ryzyka zawodu owym celem, ponieważ mamy skłonność do jego idealizowania, a więc do nadmiernych oczekiwań.

Celem czynimy samo życie, nasz zwykły dzień.

Oczywiście stanowczo za rzadko udaje mi się ta sztuka, ale staram się i mam pewne osiągnięcia. Bywa, że przeszkadza ciało i jego potrzeby, co zauważam, na przykład, oglądając zdjęcia po przyjeździe do domu. Mówię sobie wtedy: ta droga, te liście prześwietlone słońcem, były tak ładne, a ja nie doceniłem, albo należycie nie doceniłem ich urody! Owszem, tyle że myślę tak siedząc wygodnie w fotelu, mając pod ręką kubek z kawą i idealną temperaturę w pokoju, a kiedy szedłem tamtą drogą, bolały mnie nogi i było mi gorąco lub marzłem. Bywa też, że jakaś uporczywa myśl się przyczepi jak rzep lubiący psie ogony i nie chce mnie puścić przeszkadzając w odczuwaniu, a nawet stając się barierą między mną a otoczeniem i chwilą.

Zdarzają się jednak chwile wyjątkowe. Czas tak intensywnej świadomości bycia u celu, przeżywania uroku natury albo po prostu TEJ chwili, że zatrzymuję się, zdumiony czy oszołomiony, i patrzę wokół załzawionym wzrokiem pytając się nie wiadomo kogo:

Może być aż tak... pięknie? Nie, inaczej. Przecież nie jest tak, że w tym czasie zwykła brzoza wydaje się nagle cudna. Wiele razy próbowałem dojść sedna moich stanów, ale dogłębnie nie potrafię ich rozpoznać. Po prostu przychodzi chwila, gdy stwierdzam… też nie: czuję, bez udziału świadomej myśli czuję, że chwila w dziwny sposób jest cenna. Świat nie jest wtedy piękniejszy, a moje widzenie pełniejsze.

Nic mnie nie dzieli od niego.

A później przychodzi myśl o konieczności oddania samochodu do naprawy i czar pryska.

Wracam na Roztocze, do piątego i dziewiątego dnia września 2026 roku.

Musiałem połączyć opis dwóch dni z powodu braku czasu. Ostatnio za dużo czasu poświęcam (tylko nie śmiejcie się ze mnie!) sprawom światowego systemu finansowego, a mam jeszcze swoje pisania (na przykład kolejną powieść do szuflady), lektury najczęściej wcale nie łatwe, dodatkową pracę zarobkową, no i wyjazdy, a tych uzbierało się już około 70 dni od początku roku.

 Często zdarza mi się zapomnieć, gdzie widziałem ładne miejsce, mimo dokładnego pamiętania wielu szczegółów, ale lokalizację tego zakątka zapamiętałem od razu.  
Byłem w odwiedzinach już dwa albo trzy razy, a dzisiaj zostałem tam do końca dnia, myszkując między drzewami za grzybami, a później patrząc na przemiany kolorów ostatniego kwadransa dnia.

 Tam właśnie znalazłem tego prawdziwka. Rósł na polu, metr od miedzy i drzew, ale na polu. Był tak ładny, tak jędrny, tak bardzo prawdziwkowaty, że spory kawałek drogi szedłem trzymając go w ręku by móc cieszyć wzrok, co zrozumie każdy grzybiarz. Ładne prawdziwki mają jedną cechę wspólną z pieniędzmi: jednych i drugich nigdy dość.

Na następnym wyjeździe znalazłem wyjątkowo dużego prawdziwka i też na polu. Widać go na zdjęciu wyżej, a przed zrobieniem fotki położyłem scyzoryk dla porównania wielkości. Oczywiście zabrałem go, ale kiedy pod wieczór doszedłem do samochodu, ten stary grzyb tak sczerniał, że z żalem go wyrzuciłem.

Jeśli już piszę o odwiedzinach, nie mogę pominąć brzóz. Te ze zdjęć są znane, pamiętane, odwiedzane, a w głębi widać kolejne. Zaraz przyjdę do was.

Kolejne znajome.

Obrazki ze szlaków

 Brzozy i równa miedza właściwej wysokości, dobre miejsce na przerwę.

 Wiatr czesze włosy brzozom.

 Godzina jedenasta, pierwsze promienie słońca po chmurnym poranku.

 Pagórki i chmury.

 Martwe drzewo a na nim ślady kucia. Przytoczę tutaj słowa Wojciecha Eichelbergera: „To takie proste, właściwe, naturalne i potrzebne – być starym, umierającym drzewem, być tym, co nigdy nie umiera, lecz przyobleka się jedynie w inne niezliczone i zachwycające formy życia.”

 
Jak zwykle o tej porze roku jadłem owoce aronii. Nigdy nie widziałem zbiorów, a owoców jest mnóstwo. Ich sok jest smaczny i świetnie gasi pragnienie.
 
Słoneczniki, rośliny użytkowe, ale jednocześnie piękne w porze kwitnienia. Zauważyłem pewną ich wyjątkowość: otóż zdjęcia z nimi niemal zawsze są udane. Chyba po prostu lubią być fotografowane.
 
Ładne, bo czyste, strome, jasne, zielone doły z bukami. Widziałem tam ścieżkę, raczej nie przez zwierzęta wydeptaną, więc ktoś tam bywa.
 

Przewieszona skarpa, a przy niej wypłukany dół na brzegu pola. Kolejne doły in spe? Jeśli właściciel pola nie zadba o właściwy spływ wody opadowej, zapewne tak.
 
Orka. Jeszcze niedawno to słowo miało drugie znaczenie: było synonimem bardzo ciężkiej pracy fizycznej. Teraz jeden człowiek, niekoniecznie mężczyzna, siedzący w średniej wielkości traktorze, bez dużego wysiłku wykona pracę dziesięciu oraczy i tyluż koni. Bez przesady! Maszyna AI ustaliła, że zaoranie hektara pługiem ciągnionym przez konia zajmowało 15-20 godzin, a ciągnikiem i trzyskibowym pługiem, czyli maszynami średniej wielkości używanymi w niedużych gospodarstwach, zajmuje od 1,5 do 2 godzin, natomiast dużym ciągnikiem z pługiem pięcioskibowym zrobi się to w niecałą godzinę. 

Rachityczna sosna.


 Brzozy na szlaku.

 Późne popołudnie.

 

Zachód słońca, dzień pierwszy.

 Koniec drugiego dnia.

050926


Trasa na Roztoczu Zachodnim: wyszedłszy z Sulowa doszedłem do wsi Cieślanki. Następnie przez Blinów i Góry wróciłem do Sulowa.

Statystyka: przeszedłem 22 km będąc 12,5 godziny na polach.

090926 


Trasa: pola między Kolonią Pasieka a Pasieką.

Statystyka: 15,5 km w czasie 11 godzin.