130926
W Góry Kaczawskie poszedłem po raz pierwszy w styczniu 2011 roku, a na Roztocze dziesięć lat później. Ostatnie foldery ze zdjęciami z wędrówek po obu krainach mają obecnie takie same numery porządkowe, mianowicie 232. Tyle dni spędziłem wśród kaczawskich górek i tyle na podlubelskich polach. Pięć lat temu, w czasie pierwszych wyjazdów na Roztocze, nie mogłem pozbyć się odruchu porównywania wyglądu krainy do znanych widoków kaczawskich, czułem coś podobnego do obcości i bycia tam „w zamian”. Po dwustu trzydziestu dniach i przejściu kilku tysięcy kilometrów, to wrażenie nie tylko odwróciło się, ale i pojawił się nowy odruch: będąc gdzie indziej, porównuję krajobrazy do roztoczańskich, swojskich, moich. Ostatnio było tak miesiąc temu, w Górach Świętokrzyskich.
Znam Roztocze, podobnie jak Góry Kaczawskie, na swój sposób. Są miejsca poznane dogłębnie, gdzie niemal każda droga jest mi znana i budzi wspomnienia, ale jednocześnie są duże obszary terra incognita, ziemi nieznanej. Bardzo niewiele wiem o miastach, zabytkach, historii. Kiedy okazjonalnie zajrzę do przewodników, okazuje się, że nie znam wielu popularnych miejsc tam opisywanych, albo byłem tam kiedyś i tylko raz, chyba dla zamalowania białej plamy. Czytam o punktach widokowych, o malowniczych miejscach wartych zobaczenia, i czasami uśmiecham się z politowaniem, ponieważ tutaj i tam znam dziesiątki miejsc i widoków znacznie ładniejszych, a żaden przewodnik o nich nie wspomina. Czasami ta różnica jest obiektywna, czasami wynika po prostu z odmienności widzenia, ponieważ tyle jest obrazów świata, ilu jest ludzi.
Z powodu swojego wieku nie odczuwam wyraźnego obniżenia zdolności chodzenia, ale już tak z powodu choroby opisanej ponad dwieście lat temu przez Jamesa Parkinsona, angielskiego lekarza, filantropa i… geologa. Póki jednak mogę przebierać nogami, nie opuszczę moich dróg, ani sudeckich, ani roztoczańskich.
Parę lat temu przypadkowo trafiłem na ładne miejsce: tarasowo ułożone, wąskie pola falujące po krótkich wzgórkach i kilka malowniczych sosenek. Później zapomniałem, gdzie ono jest, ponownie „odkryłem” je przypadkiem a następnie… Tak, znowu zapomniałem. Olśnienia doznałem parę dni przed ostatnim wyjazdem na Roztocze, no i oczywiście odwiedziłem owe sosenki. Skąd taki problem, może ktoś zapyta. Pierwotną przyczyną jest po prostu moje zapominalstwo, a kolejną ilość wyjazdów i zdjęć.Mam ich w komputerze tak wiele, że mimo funkcji wyszukiwania nierzadko trudno znaleźć te, których potrzebuję, zwłaszcza jeśli nie pamiętam daty ani żadnych słów kluczowych albo są one zbyt powszechne, ponieważ wtedy nie bardzo wiem, o co mam pytać komputer.
Oto miejsce, o którym tyle się tutaj rozpisuję.
Obrazki ze szlaku
Samotna sosenka na polu.
To samotne drzewo kusiło mnie. Może na następnej wędrówce?...
Dla odmiany dwa drzewa. Idąc obserwowałem zmianę perspektywy, wydawało się, że drzewa zamieniły się miejscami. Znany to każdemu efekt, ale jego powszechność nie czyni rezultatu mniej ciekawym. Mam tylko dwa zdjęcia, nie pomyślałem o zrobieniu odpowiedniej serii.
Daleko, na tle nieba, widziałem duże drzewo. Od razu pojawiła się myśl o pójściu tam i zobaczeniu z bliska, ale w chwilę później przyszło rozpoznanie: przecież znam to drzewo! To lipa ocieniająca krzyż stojący na rozdrożu. Później zauważyłem lipę jeszcze na tym zdjęciu, jest przy prawej krawędzi kadru.
Droga po deszczach.
Kwitnąca gryka. Dużo widziałem takich pól. Unosił się nad nimi głośny, równomierny szum pszczół. Jak właściwie nazwać ten odgłos? Nie jest szumem, ale przecież i nie buczeniem, więc jakiego określenia użyć? Ładna chmura, słońce, zieleń i błękit.
Odwiedziłem jedne z pamiętanych ładnych miejsc. Schodząc polem w dolinkę uświadomiłem sobie, że nawet nie spojrzałem na znajomą brzozę.
Obejrzałem się, była za garbem, podszedłem nieco wyżej i stamtąd ją zobaczyłem. Jest, żyje.
Miejsce kojarzące się mi z zachodem słońca. Otóż kiedyś patrzyłem na te drzewa późnym popołudniem, ich liście były prześwietlone słońcem.
Odszukałem zdjęcia z tamtej wędrówki, oto jedno z nich. Zrobiłem je dwa lata temu, jesienią.
Malowniczo rosochaty grab. Nasze stare słowiańskie słowo „rosocha” oznacza rozwidlenie o widlastym kształcie. Tutaj użyłem w obecnym znaczeniu, jako przymiotnik określający drzewo pokręcone, gęsto rozgałęzione.
Bliski koniec dnia.
Trasa: między Zdziłowicami Trzecimi a Piłatką na Zachodnim Roztoczu.
Statystyka: zabrakło kwadransa do pełnych dwunastu godzin na polach, a przeszedłem 18,5 km.





























































































