140826
Opis tego dnia może być bardzo krótki: piękna pogoda i moje leniwe włóczenie się po niewielkim paśmie wzgórz. Gdzie miałem chodzić, skoro będąc tam, łatwo o realizację mojego ideału włóczęgostwa: bycie cały czas u celu?… Byłem tam już kilka razy, dzisiejsza wędrówka na pewno nie była ostatnią. Miejsc z ładnymi widokami mam na Roztoczu wiele, ale tam gdzie byłem dzisiaj nie ma jednego ładnego miejsca, a dziesiątki. Cały obszar o powierzchni paru kilometrów kwadratowych jest nimi wypełniony. Wystarczy przejść sto kroków, a czasami tylko w poprzek wąskiego pola, by z ukontentowaniem patrzeć na odmieniony widok, gdzie więc się spieszyć?…
Nie spieszyłem się. Patrzyłem, czasami najzwyczajniej gapiłem się, myślami będąc gdzie indziej, a później szedłem niewiele dalej – do kolejnego miejsca dobrego na przerwę. Przeżyłem piękny dzień.
Obrazki ze szlaku
Ulubiona miedza z brzozami. Jedno drzewo wycięto, co źle wróży tej nader wąskiej i niestabilnej skarpie, już widać w niej prześwity. Miedza z okienkiem?
Miniaturowy gąszcz na polu, a wewnątrz mała dżungla na krawędzi uskoku.
Ptak drapieżny. Jaki? Nie wiem. Ładny, majestatyczny.
Całe pole marchwi zwyczajnej. Zadziwia zaradność roślin nierozleniwionych uprawą i naszą dbałością o nie.
Wypłukane deszczem jamy na brzegu pola. Tak się tworzą rozległe i głębokie doły roztoczańskie.
Przykład dość charakterystycznej dla Roztocza uprawy zboża do samej krawędzi stromego i głębokiego uskoku albo odwrotnie – do ściany pionowej skarpy. Zajrzałem między drzewa, dno zobaczyłem pięć metrów niżej; miałbym trudności z zejściem po tym niemal urwistym zboczu. Ciekawe, czy kierowca kombajnu, wielotonowej i wysokiej maszyny, wiedział o tym...
Po żniwach. Na polu leżą wyjątkowo duże bele słomy. Ile ważą? Czy ruszę taką? Zaparłem się mocno, udało mi się przetoczyć pół metra.
Malownicza sosna na miedzy.
W kukurydzy.
Trzcinnik w słońcu. W naturze wyglądał dużo ładniej. Ta trawa ma rzadką cechę: wygląda równie ładnie w lecie, jak i w zimie.
Tytoń zwraca uwagę ładnym kwitnieniem i jasnym odcieniem zieleni liści.
Późne popołudnie. Nie czekałem na zachód, miałem inny plan: zobaczyć chociaż jednego Perseidka. Zobaczyłem, a było tak:
Jak co roku dwunastego sierpnia Ziemia była w centrum wielkiego roju Perseidów. To drobne odłamki odpadają od pewnej komety która zanadto zbliża się do Słońca. Kiedy te drobiny z kosmiczną szybkością wynoszącą ponad 200 tys km na godzinę wchodzą w atmosferę, rozgrzewają się od tarcia o powietrze tak bardzo, że przez ułamek sekundy świecą nim rozlecą się w proch. Są owymi „spadającymi gwiazdami”. Przy sprzyjających okolicznościach co kilkanaście sekund widzi się na niebie te świecące ślady ostatniej sekundy istnienia perseidka, a widok czyni niemałe wrażenie. 12 sierpnia byłem na pewnym wzgórzu oglądać zaćmienie Słońca, widziałem i wróciłem zadowolony, ale zapomniałem, po prostu zapomniałem o Perseidach. Wróciłem tam po dwóch dniach, właśnie 14 sierpnia, z nadzieją zobaczenia chociaż jednej świecącej drobiny. Pierwsze gwiazdy pojawiły się około godziny 21, a później z każdą minutą było ich więcej.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu widziałem Drogę Mleczną. Stojąc oparty o samochód, z zadartą głową i bolącym karkiem, wspomniałem podobne widoki z wczesnej młodości. Wyobraźcie sobie ścieżkę lub polną drogę widzianą jedynie w świetle księżyca, a nawet tylko gwiazd, jako odrobinę jaśniejszą wstęgę z ciemności. Ciemność prawdziwa, niezaśmiecone, przełamana jedynie nader nielicznymi i widocznymi tylko z bliska małymi prostokątami słabego światła lamp naftowych sączących się przez okna rzadko rozrzuconych domów wioski bez prądu. Nieoślepianym, wyostrzonym ciemnością i młodością, wzrokiem widziałem nad sobą tyle gwiazd, ile nigdy później już nie było mi dane zobaczyć. Patrząc na ten przeogromny majestat byłem… trudno mi powiedzieć, że byłem oczarowany, ale widok bardzo mi się podobał. Wtedy nie potrafiłem nazwać swoich wrażeń, tym bardziej ich docenić. Po prostu patrzyłem z upodobaniem.
Będąc w lecie u babci spałem na stryszku stodoły, na składowanym tam sianie. Duże drzwi w drewnianej ścianie nie zamykały się, dlatego leżąc i wdychając oszałamiający zapach siana, widziałem przed sobą widok, który często wspominam: wokół idealna czerń nierozpraszana dosłownie żadnym sztucznym światłem, a na wprost prostokąt gwiazd widzianych przez otwór w ścianie.
Prostokąt gwiazd wśród ciemności… Chciałbym chociaż na chwilę wrócić w tamte lata by zobaczyć ten widok raz jeszcze.
Teraz pomyślałem o ogromnej przestrzeni dzielącej tamte widoki od kolorowych ekranów i ustawicznego bombardowania wiadomościami, a więc o tym, jak niewiele nam trzeba by doznać przeżyć pamiętanych przez dziesięciolecia: wystarczy natura i oczy ciekawie patrzące.
Wracam na wzgórze pod Lubartowem. Po upływie dwóch kwadransów w centrum pola widzenia zobaczyłem błysk światła – wyraźną jasną kreskę mknącą z oszałamiającą prędkością ku Ziemi i nagle niknącą. Gęba mi się roześmiała: widziałem swojego Perseida. Widziałem też Drogę Mleczną i miriady gwiazd, przeżyłem piękne chwile. Od paru lat obiecuję sobie wybrać się na całonocną obserwację nieba; może w przyszłym roku nic nie stanie na przeszkodzie...
Zdjęcie skopiowałem ze strony TVN METEO.
Trasa: na południe od Zagroble i Załawcze pod Turobinem, w zachodniej części Roztocza.
Statystyka: 16 km w 13 godzin.


















































































































