Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

niedziela, 30 sierpnia 2026

Pola Roztocza

 160826

 Nie nadążam za swoimi wędrówkami. Właśnie wróciłem z pięciodniowego wyjazdu Góry Świętokrzyskie, mam mnóstwo pracy przy zdjęciach i opisach, ale i liczne ostatnio zajęcia zupełnie innego rodzaju. Przed wspomnianym wyjazdem byłem na Roztoczu, opisu do dzisiaj nie mam, a przecież trzeba mi się nim zająć – żeby pamięć dnia trwała, mimo tylu innych zajęć i wrażeń. Cóż mi napisać o nim? Napatrzyłem się na pagórki, samotne drzewa, słońce i błękitne niebo. Obserwowałem jaskółki, lśnienie słońca na liściach, ale i swoim paskudnym zwyczajem podkradałem maliny…

To wszystko, co napisałem do tego miejsca, jest prawdziwe, ale powinienem zacząć od ranka. Otóż poszedłem na znane mi miejsce wśród pól w pobliżu wsi Aleksandrówka i utknąłem tam na dłużej niż zamierzałem. Cóż można robić na polu przez parę godzin? Też się dziwię. Zajęć nie miałem żadnych, po prostu siedziałem i się gapiłem. Czasami przeszedłem kawałek dalej, oparłem się o czereśnię i patrzyłem. Bywało, że niewidzącymi oczami, bo z myślami bujającymi w obłokach. Nie chciało mi się iść dalej… nie, nawet poszedłem, ale zawróciłem. Łatwo dałem się przekonać argumentami w rodzaju „a po co iść dalej skoro tutaj tak ładnie?”. Gdy w końcu poszedłem, mój niewyraźny plan trasy stał się niemożliwy do realizacji, ale co tam! Dzień miałem piękny, a na koniec znalazłem małą wisienkę trzymającą dla mnie kilka swoich ostatnich w tym roku owoców. Dzień zamyślenia i wiśni.

 




Obrazki ze szlaku

 

W oddali widać miejsce, gdzie spędziłem przynajmniej dwie godziny.

 Patrzyłem na jaskółki. Te ptaszyny mają umiejętność wzbudzania uśmiechu. Próbowałem zrobić im zdjęcia, ale one są szybsze niż ja; tylko jedną udało mi się uchwycić w locie.


 Późnym popołudniem pojawiły się ładne chmury. Te ze zdjęć ledwie wyobrażenie dają tych na niebie: wielkich, mięsistych, nasyconych słońcem i barwami.

 Miedza pod brzozą. Wahałem się, czy zostawić to zdjęcie, ponieważ nie wyszło tak, jak chciałbym i jak powinno. Jest na nim miejsce charakterystyczne dla Roztocza i ważne dla mojej estetyki: zielona, niezachwaszczona i niesymetryczna miedza pod brzozą betulą. Niesymetryczna, bo jest na wysokości wyższego pola, a nad niższym góruje dwa metry. Może innego dnia właśnie w tym miejscu posiedzę parę godzin?...

 Maliny. Oj, dobrutkie były.

 Zadbana posesja na końcu małej wioski. Pozazdrościć właścicielom. Najbliższego sąsiada mają ponad sto metrów dalej, sąsiadują z lasem, a przy ich bramie kończy się droga.

 Ostatnie w tym roku wiśnie.

 Ostrożeń, o którym zawsze myślałem, że się zwie ostem.

Trasa: wokół Aleksandrówki i Węglinka

Statystyka: przeszedłem 17 km w 12 godzin.

* * *

Jednym z moich ulubionych utworów Antonio Vivaldiego jest koncert na flet „La Notte”, czyli po naszemu „Noc”. System YT podsunął mi do wysłuchania oryginalne, nieco odbiegające od tradycyjnych, ale bezsprzecznie warte wysłuchania wykonanie.

tutaj jest klasyczne wykonanie tego utworu;

Sztuczna inteligencja Google zapytana o ilość skomponowanych przez Vivaldiego koncertów udzieliła takiej odpowiedzi:

»Antonio Vivaldi skomponował ponad 500 koncertów instrumentalnych (dokładne katalogi wykazują około 452–500+ utworów tego gatunku). Większość z nich to koncerty na jeden instrument solowy i orkiestrę smyczkową, w tym jego najsłynniejsze dzieło – „Cztery pory roku”. (…) Około 350 z nich przeznaczonych jest na instrumenty solowe i smyczkowe, z czego 230 na skrzypce; pozostałe na fagot, wiolonczelę, obój, flet, violę d'amore, flet prosty, lutnię lub mandolinę.«

Mimo że koncerty w czasach Vivaldiego były krótkimi, kilkuminutowymi utworami, stworzenie ich w takiej liczbie i tak dobrych, że po upływie wieków nadal są słuchane, graniczy z cudem. Albo z genialnością.

* * *


 






sobota, 22 sierpnia 2026

Doły, górki i Perseidy

 140826

Opis tego dnia może być bardzo krótki: piękna pogoda i moje leniwe włóczenie się po niewielkim paśmie wzgórz. Gdzie miałem chodzić, skoro będąc tam, łatwo o realizację mojego ideału włóczęgostwa: bycie cały czas u celu?… Byłem tam już kilka razy, dzisiejsza wędrówka na pewno nie była ostatnią. Miejsc z ładnymi widokami mam na Roztoczu wiele, ale tam gdzie byłem dzisiaj nie ma jednego ładnego miejsca, a dziesiątki. Cały obszar o powierzchni paru kilometrów kwadratowych jest nimi wypełniony. Wystarczy przejść sto kroków, a czasami tylko w poprzek wąskiego pola, by z ukontentowaniem patrzeć na odmieniony widok, gdzie więc się spieszyć?…

Nie spieszyłem się. Patrzyłem, czasami najzwyczajniej gapiłem się, myślami będąc gdzie indziej, a później szedłem niewiele dalej – do kolejnego miejsca dobrego na przerwę. Przeżyłem piękny dzień.

Obrazki ze szlaku




 Ulubiona miedza z brzozami. Jedno drzewo wycięto, co źle wróży tej nader wąskiej i niestabilnej skarpie, już widać w niej prześwity. Miedza z okienkiem?




 Miniaturowy gąszcz na polu, a wewnątrz mała dżungla na krawędzi uskoku.

 Ptak drapieżny. Jaki? Nie wiem. Ładny, majestatyczny.

 


Całe pole marchwi zwyczajnej. Zadziwia zaradność roślin nierozleniwionych uprawą i naszą dbałością o nie.


 Wypłukane deszczem jamy na brzegu pola. Tak się tworzą rozległe i głębokie doły roztoczańskie.

 
Przykład dość charakterystycznej dla Roztocza uprawy zboża do samej krawędzi stromego i głębokiego uskoku albo odwrotnie – do ściany pionowej skarpy. Zajrzałem między drzewa, dno zobaczyłem pięć metrów niżej; miałbym trudności z zejściem po tym niemal urwistym zboczu. Ciekawe, czy kierowca kombajnu, wielotonowej i wysokiej maszyny, wiedział o tym...

 Po żniwach. Na polu leżą wyjątkowo duże bele słomy. Ile ważą? Czy ruszę taką? Zaparłem się mocno, udało mi się przetoczyć pół metra.


 Malownicza sosna na miedzy.


 W kukurydzy.


 Trzcinnik w słońcu. W naturze wyglądał dużo ładniej. Ta trawa ma rzadką cechę: wygląda równie ładnie w lecie, jak i w zimie.


 Tytoń zwraca uwagę ładnym kwitnieniem i jasnym odcieniem zieleni liści.





 Późne popołudnie. Nie czekałem na zachód, miałem inny plan: zobaczyć chociaż jednego Perseidka. Zobaczyłem, a było tak:

Jak co roku dwunastego sierpnia Ziemia była w centrum wielkiego roju Perseidów. To drobne odłamki odpadają od pewnej komety która zanadto zbliża się do Słońca. Kiedy te drobiny z kosmiczną szybkością wynoszącą ponad 200 tys km na godzinę wchodzą w atmosferę, rozgrzewają się od tarcia o powietrze tak bardzo, że przez ułamek sekundy świecą nim rozlecą się w proch. Są owymi „spadającymi gwiazdami”. Przy sprzyjających okolicznościach co kilkanaście sekund widzi się na niebie te świecące ślady ostatniej sekundy istnienia perseidka, a widok czyni niemałe wrażenie. 12 sierpnia byłem na pewnym wzgórzu oglądać zaćmienie Słońca, widziałem i wróciłem zadowolony, ale zapomniałem, po prostu zapomniałem o Perseidach. Wróciłem tam po dwóch dniach, właśnie 14 sierpnia, z nadzieją zobaczenia chociaż jednej świecącej drobiny. Pierwsze gwiazdy pojawiły się około godziny 21, a później z każdą minutą było ich więcej.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu widziałem Drogę Mleczną. Stojąc oparty o samochód, z zadartą głową i bolącym karkiem, wspomniałem podobne widoki z wczesnej młodości. Wyobraźcie sobie ścieżkę lub polną drogę widzianą jedynie w świetle księżyca, a nawet tylko gwiazd, jako odrobinę jaśniejszą wstęgę z ciemności. Ciemność prawdziwa, niezaśmiecone, przełamana jedynie nader nielicznymi i widocznymi tylko z bliska małymi prostokątami słabego światła lamp naftowych sączących się przez okna rzadko rozrzuconych domów wioski bez prądu. Nieoślepianym, wyostrzonym ciemnością i młodością, wzrokiem widziałem nad sobą tyle gwiazd, ile nigdy później już nie było mi dane zobaczyć. Patrząc na ten przeogromny majestat byłem… trudno mi powiedzieć, że byłem oczarowany, ale widok bardzo mi się podobał. Wtedy nie potrafiłem nazwać swoich wrażeń, tym bardziej ich docenić. Po prostu patrzyłem z upodobaniem.

Będąc w lecie u babci spałem na stryszku stodoły, na składowanym tam sianie. Duże drzwi w drewnianej ścianie nie zamykały się, dlatego leżąc i wdychając oszałamiający zapach siana, widziałem przed sobą widok, który często wspominam: wokół idealna czerń nierozpraszana dosłownie żadnym sztucznym światłem, a na wprost prostokąt gwiazd widzianych przez otwór w ścianie.

Prostokąt gwiazd wśród ciemności… Chciałbym chociaż na chwilę wrócić w tamte lata by zobaczyć ten widok raz jeszcze.

Teraz pomyślałem o ogromnej przestrzeni dzielącej tamte widoki od kolorowych ekranów i ustawicznego bombardowania wiadomościami, a więc o tym, jak niewiele nam trzeba by doznać przeżyć pamiętanych przez dziesięciolecia: wystarczy natura i oczy ciekawie patrzące.

Wracam na wzgórze pod Lubartowem. Po upływie dwóch kwadransów w centrum pola widzenia zobaczyłem błysk światła – wyraźną jasną kreskę mknącą z oszałamiającą prędkością ku Ziemi i nagle niknącą. Gęba mi się roześmiała: widziałem swojego Perseida. Widziałem też Drogę Mleczną i miriady gwiazd, przeżyłem piękne chwile. Od paru lat obiecuję sobie wybrać się na całonocną obserwację nieba; może w przyszłym roku nic nie stanie na przeszkodzie...

 Zdjęcie skopiowałem ze strony TVN METEO.


Trasa: na południe od Zagroble i Załawcze pod Turobinem, w zachodniej części Roztocza.

Statystyka: 16 km w 13 godzin.