Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

czwartek, 21 marca 2019

Orsk, czyli o niechlujstwie

130319
Przez kilka lat jeździłem w góry drogą numer 3, a dojeżdżałem do niej dwunastką, więc przez Głogów. Jechałem zakolem, ale głównymi drogami, co w zimie nierzadko ma znaczenie. Parę lat temu rozkopano moją drogę, trójkę prowadzącą z północy do Czech przez Jelenią Górę. Całą zimę jeździłem niekończącymi się objazdami, w końcu wybrałem inną drogę, najkrótszą ale boczną, z licznymi zakrętami i skrzyżowaniami. Przed pierwszą jazdą nową trasą dokładnie obejrzałem jej przebieg na googlach, w rezultacie udało mi się dojechać bez przygód. Wracając, a dodam, że w obie strony jeżdżę nocą, więc przy ograniczonej widoczności, dojechałem do skrzyżowania bez drogowskazu. Hmm... chyba w lewo – niejasna myśl w głowie. Skręciłem, i po chwili zobaczyłem drogowskaz, wskazywał na Orsk i Głogów. Nie wiem, gdzie jest Orsk, wiedziałem jednak, że moja droga o numerze 323 nie prowadzi do Głogowa, a do Leszna przez Górę, i na wszystkich wcześniejszych drogowskazach te miasta były wymieniane. Widocznie źle skręciłem, pomyślałem, ale może niejasność wyjaśni się na najbliższym skrzyżowaniu. Po kilku kilometrach znowu pojawił się Orsk, na kolejnym też, ale uparcie jechałem dalej. W końcu na piechotę nie idę, więc 10 czy 20 kilometrów więcej... Kilkanaście kilometrów dalej z tablicy znikł Orsk, a pojawiło się Leszno, byłem więc na dobrej drodze. Tutaj jest pokazana moja trasa.
Później rozszyfrowałem łamigłówkę. Cały czas jechałem swoją drogą, 323, znalazłem nawet tabliczkę z tym numerem przy felernym drogowskazie. Dalej moja droga krzyżuje się z inną, która faktycznie prowadzi do Głogowa. Orsk okazał się być małą wioską leżącą na uboczu, nie przy mojej drodze. Może tam mieszkał ten, który ustalał treści drogowskazów? A dlaczego Głogów, skoro przez to miasto droga 323 nie prowadzi? Wszak – pewnie myślał ten specjalista od zarządzania ruchem drogowym – tą drogą dojedzie się do Głogowa i do Orska, więc treść jest prawidłowa.
Owszem, dojedzie się, ale jadąc tędy dojedzie się też do Warszawy, Suwałk i Ustrzyk Górnych. Dojedzie się też do Pcimia Dolnego pod Kielcami i do setek innych wiosek, czyli po prostu nie można bez niejasności dowolnie wybierać sobie miejscowości do których można dojechać jadąc w określonym kierunku, ani zamieszczać ich nazw na drogowskazie. Na nim jest miejsce wyłącznie na miejscowości leżące przy drodze, na dokładkę wybranych według powszechnie przyjętego klucza.
Tutaj właśnie ujawnia się to, czemu nadałem umowną nazwę orska: niechlujność myślenia i lenistwo.
Powie ktoś, że trzeba wzruszyć ramionami? Staram się tak robić, ale nie potrafię przywyknąć, zbyt poważnie traktując służbowe obowiązki i szanując mienie publiczne, nadto ceniąc poprawność, celowość i logikę. Wszak za nasze pieniądze stawia się drogowskazy po to, żeby wskazywały drogę, a nie żeby pokazywały ignorancję i myślowe upośledzenie inżynierów ruchu drogowego.
Każdy z kierowców zna podobne przykładu absurdów, zapewne niektórzy przekonali się – jak ja – o nieskuteczności interwencji, tutaj chciałem zwrócić uwagę na powszechność orsków nie tylko na drogowskazach.
Ileż ich jest w programach komputerowych! Toż to dżungla poplątanych drogowskazów, w których góra i dół, zamknij i wyłącz, zapisz i skasuj, Leszno i Głogów, często bywają synonimami; to dżungla, w której najprostsze funkcje potrafią być starannie ukryte w labiryncie absurdów i pseudologiki.
Dwa przykłady orsków typu „światło w lodówce”.
Wiadomo, że gdy otworzy się drzwi lodówki, zapali się światło. Po zamknięciu światło gaśnie, po kolejnym otwarciu zapala się i tak w nieskończoność. Ciekawe, kiedy się nie zapali...
Kiedyś zarejestrowałem się na facebooku i coś tam napisałem o sobie. System zapytał, czy ta informacja ma być publiczna, czy prywatna. Kliknąłem przycisk „publiczna”, strona się przeładowała i pojawiło się to samo pytanie. Coś nie zadziałało, pomyślałem, i kliknąłem ponownie. Po chwili zobaczyłem to samo pytanie. Próbowałem jeszcze parokrotnie z zerowym skutkiem, w końcu machnąłem ręką zniechęcony i ostatecznie postawiłem krzyżyk na facebooku.
Kupiłem tani telefon do używania w pracy, jest z funkcją obsługi dwóch kart sim. Włożyłem jedną, w menu odfajkowałem pracę na jednej karcie, ale po wyjściu na ekranie pojawiło się żądanie włożenia drugiej karty. Myśląc o swoim błędzie, wszedłem w menu i ponownie kliknąłem funkcję pracy na jednej karcie. Bez skutku. Jaki miałby być ten skutek? Tak jak na stronie facebooka, tak i tutaj, potwierdzenie przyjęcia polecenia, a tym samym nie bombardowanie mnie przypominaniem o drugiej karcie ani pytaniami, na które już się odpowiedziało.
Ilekroć spojrzę na ekran, widzę na nim żądanie włożenia drugiej karty sim – jakbym zamykał i otwierał lodówkę sprawdzając, kiedy w końcu to światło się nie zapali. Albo kiedy moje oczekiwania zetkną się z zamiarem programisty.
Otwórzcie większość instrukcji obsługi, albo uruchomcie funkcję pomocy w jakimkolwiek programie komputerowym, a znajdziecie orski.
Czasami w niektórych gazetach, częściej na tablicach reklamowych i w internetowych artykułach, orsk objawia się nie tylko niechlujnością językową, ale i orskową logiką.
To, co najbardziej mi przeszkadza w programach komputerowych, to konieczność nagięcia swojej logiki, swoich przyzwyczajeń i oczekiwań, swojego sposobu porządkowania informacji i wyobrażenia komunikacji z urządzeniem, do wymysłów programisty, nieznanej mi osoby, która jakże często ma zupełnie inny bieg skojarzeń i której logika znacznie odbiega od mojej. Tutaj akurat nie wyceniam tych logik, po prostu stwierdzam znaczne między nimi różnice.
Gdy książka mi nie pasuje, nie czytam jej; gdy obraz nie podoba, nie oglądam go, a niepasującej muzyki nie słucham, natomiast zmuszany jestem do ekwilibrystyki umysłowej przez obcą osobą nie mogąc uciec, nie mając wyboru, i jeszcze muszę za to płacić (nie, czasami mam wybór, ale rzadko, nader rzadko).
Takie sytuacje przypominają gwałt na mojej psychice.

* * *
Jeśli już marudzę, powiem o innego rodzaju orska. O wmawianiu konsumentom co jest dobre, modne, nam potrzebne, co mamy kupować, a to na przykładzie baterii do smartfonów.
Na ostatnim wyjeździe w góry prądu w telefonie zabrakło o godzinie 14, mimo że o szóstej bateria była w pełni naładowana. Fakt, korzystałem z urządzenie intensywnie: trochę (może dwa kwadranse) GPS, rozmowa, parę smsów, no i przede wszystkim dużo zdjęć, ale przecież to typowe funkcje smartfona. Codzienną praktyką wielu ludzi jest podładowywanie baterii przy każdej okazji: w domu, w pracy, w samochodzie. Gdy przyjdzie do jego używania tam, gdzie nie ma gniazdek, ludzie zabierają zewnętrzne baterie i kabelki. Parę razy widziałem osoby rozmawiające przez telefon, od którego biegł kabelek do kieszeni – niewątpliwie do power banku.
Nawiasem mówiąc, dlaczego tak powszechnie używamy angielskich zwrotów? Przecież wiele z nich brzmi w naszym języku idiotycznie. Bank mocy – też mi coś! A jak brzmi „czym mogę służyć” w ustach telefonistki firmy chcącej być nowoczesną?...
Mój znajomy jakże słusznie zauważył, że teraz telefony na powrót mają kabelki. Chodziło o podobieństwo do tradycyjnych telefonów: tam kabelek do słuchawki, tutaj do ładowarki.
Słowem: pojemność stosowanych baterii jest ewidentnie za mała, a producenci nadal prześcigają się w produkcji coraz cieńszych telefonów.
Moim pierwszym prawdziwie kieszonkowym telefonem komórkowym była nokia 450, w latach dziewięćdziesiątych obiekt pożądania, a początkowo też przejaw zamożności. Z tyłu telefonu była dopinana na zatrzask bateria, a w sprzedaży były cienkie i grube; niemal wszyscy używali grubych; fakt ten należy podkreślić. Wystawały one z tyłu telefonu, pogrubiały go, ale pozwalały na dłuższe korzystanie bez doładowania. Wymiana baterii trwała parę sekund.
Dlaczego teraz nie produkuje się telefonów z możliwością szybkiej wymiany baterii? Nie znajduję konkretnego powodu, czyli żadnej straty u producentów, a nawet odwrotnie: byłby zysk ze zwiększonej ilości sprzedanych baterii. Za to słyszę i widzę podkreślanie cienkości smartfonów przez siebie produkowanych i zapewnienia, że wszyscy użytkownicy właśnie takich pożądają.
Prosty rachunek wykazuje, iż pogrubienie telefonu o 2 milimetry zwiększyłoby objętość baterii dwukrotnie, a telefon nadal byłby cienki.
Owszem, do garnituru lepszy byłby cieńszy, do małej kobiecej dłoni czy kieszonki z żakiecie też (właściwie to nie wiem, czy żakiety mają kieszonki, a nawet nie wiem, jak wygląda żakiet), ale mając wybór, można byłoby podłączyć cieniutką baterię, albo założyć grubą – w zależności od potrzeby. Pozbawia się nas tego wyboru wmawiając nam, że wyboru już dokonaliśmy: koniecznie chcemy nosić telefony ponownie kabelkowe, a pełni szczęścia zaznamy trzymając milimetrowy telefon z baterią wystarczającą na calutką godzinę użytkowania.
Co to jest, do cholery?
To też jest orsk, tyle że w nieco innej postaci.
* * *

Zostająca w tyle za formalnym wykształceniem umiejętność logicznego myślenia, połączona w nieumiejętnością poprawnego przełożenia myśli na słowa, także nachalne urabianie klientów przez wielkie korporacje, stają się znakami naszych czasów.
Porusza mną powszechna akceptacja tego stanu rzeczy.

czwartek, 14 marca 2019

O drzewach

100319
Chełmy na kaczawskim pogórzu.
Wieś Grobla, Wąwóz Grobla, Wądolno, wieś Siedmica, Piekiełko, góry Nad Groblą i Grabowa, wieś Grobla.

Otworzyłem encyklopedię na jednej z zakładek i pod hasłem „Nad Groblą” przeczytałem o skalnym wąwozie, o jednym z nielicznych w kraju skupisku jarząbu brekinii, kolejnym Wądolnie (nazwy w moich górach często się powtarzają), o świerku metrowej średnicy, dębie i modrzewiach. Wspomniałem nieodległe skupisko dużych daglezji i plan wędrówki miałem gotowy.
Tylko jak ten jarząb wygląda? Obejrzałem zdjęcia w internecie, konkretnymi wskazówkami były ciemne obwódki na pąkach i kształt liści, kora natomiast na małych zdjęciach była bardzo podobna do kory olsz. Cóż, znajdę albo nie, ale same poszukiwania mogą być ciekawą przygodą. Pojechałem do Grobli, małej wioski na końcu wąziutkiej szosy. Wśród zalesionych wzgórz ukrywa się garść domów, mały ale ładnie odnowiony pałac i takiż kościółek. Za budką przystanku znalazłem jedyne miejsce na samochód i tuż po szóstej ruszyłem zielonym szlakiem w stronę Wąwozu Grobla.
Droga wiedzie podnóżem góry Nad Groblą. Jej zbocza są strome, a w wielu miejscach sterczą z nich skały. Gdy nad pierwszymi mijanymi zobaczyłem następne, siedzące wyżej na stoku, skręciłem tam i ruszyłem pod górę. Tylko, kawałek, na zwiady i dla przyjrzenia się dalszym skałom – mówiłem sobie – wszak cały plan to szwendanie się po okolicy. Znalazłem tam daglezję mającą równo metr średnicy, największą z widzianych, a po dzisiejszym dniu znam w tej okolicy kilkadziesiąt sporych drzew tego gatunku. Średnicę podaję dokładną, ponieważ wiedząc o dużych drzewach, wziąłem miarę. 

Schodząc tą samą drogą nachyliłem się pod niską gałęzią i spojrzałem na pień, a wtedy nagle wspomniałem Ustronie Morskie. To było tak niespodziewane, że zatrzymałem się i przyjrzałem drzewu. Osadzenie konaru w pniu, pewne szczegóły pękania kory, przypominały znany mi właśnie z Ustronia jarząb szwedzki, od kilkunastu lat tam oglądany w czasie wakacji.
Dopiero wczoraj dowiedziałem się o istnieniu brekinii, i co prawda obejrzałem zdjęcia, ale przecież wiadomo, że na ich podstawie nie nauczy się bezbłędnie rozpoznawać drzew, potrzebne jest ich oglądanie, wprawa nabywana praktyką. Akurat to drzewko było niskie, miałem więc możliwość obejrzenia pąków. Ciemne obwódki były, kolor gałązek też się zgadzał. Obejrzałem kilka liści, były dokładnie takie, jak na zdjęciach. Teraz już nie miałem wątpliwości: znalazłem pierwszy jarząb brekinia.


Jak łatwo o przeoczenie! Wszak tą samą drogą szedłem pod górę i drzewa nie zauważyłem, ale że encyklopedia wspomina o siedmiuset okazach, mam szansę znaleźć inne.
Poszedłem dalej z stronę Wądolna. Podoba mi się ukształtowanie terenu w formie jaru, wąwozu i dolinki, zwłaszcza gdy dnem płynie strumień, a to miejsce kusiło jeszcze spodziewaną pustką, ciszą i wielkim świerkiem. Jednakże niewiele dalej wspomnienie chwili sprzed roku czy dwóch kazało mi zboczyć ze szlaku. W pobliżu, po drugiej stronie strumienia, rosły wtedy liczne śnieżyce wiosenne. Powinny już kwitnąć, pomyślałem skręcając ku brodowi. Popatrzyłem na wezbraną wodę, pomacałem kijem, i stwierdziwszy, że to kiepski bród skoro głęboki, poszedłem szukać swojego. Przejście było balansowaniem na śliskich kamieniach, ale udało mi się nie zażyć kąpieli. Kwiatów było dużo – jak wtedy. Delikatne, młode piękno wśród szarych i brązowych badyli, nowe życie między resztkami zeszłorocznego istnienia. Udało mi się wysłać jedno zdjęcie córce w prezencie, na dobry początek dnia.

Szlak dalej wiódł podnóżem góry Nad Groblą, a na skałach, między nimi, ponad nimi, rosną drzewa. Czasami w bardzo dziwnych miejscach, które nigdy nie byłyby wybrane, gdyby istniała możliwość wyboru.
Czasami uświadamiam sobie skutki tego oczywistego przecież faktu: przypadek wybiera miejsce życia dla drzewa, a ono samo może tylko próbować wyrosnąć i żyć w tym miejscu. Widziałem dzisiaj drzewa rosnące na niemal pionowej ścianie, widziałem stojące na długich korzeniach szukających oparcia kilka metrów niżej, widziałem drzewo dosłownie wiszące w powietrzu obok skalnego uskoku, w który wczepiło się korzeniami.



Niewielka polanka, głęboki cień, dzisiaj właściwie półmrok pod świerkami, a nieco z boku, nie bratając się z drobiazgiem, stał świerk, o którym pisano w encyklopedii. Zmierzyłem mu obwód, wynosi 310, może 315 centymetrów na wysokości piersi, czyli drzewo ma metr średnicy. Dwoje dorosłych ludzi musiałoby wyciągać ramiona chcąc go objąć. Stałem przy nim z zadartą głową dając się czarować temu wiekowemu, jakże tajemniczemu życiu. Niech rośnie. Niech zobaczy jeszcze moich dalekich potomków, a w odległej przyszłości skończy życie jako największy świerk naszych lasów.
Ma na to szansę, ponieważ do pnia przybita jest tabliczka oznaczająca pomnik przyrody, co w praktyce oznacza gwarancję nietykalności.

Za drzewem zaczynało się Wądolno. Typowym wądołem nie jest, to raczej dolinka ze strumieniem, podobnie jak drugie kaczawskie Wądolno, to ze strumieniem Starucha. Strumień dodaje urody dolince, jej samej brakuje zieleni. Zbocza i dno zasypane są starym igliwiem i dzisiaj, w chmurny dzień, były przygaszone, zwłaszcza z powodu choroby świerków: niemal wszystkie usychają. Kiedyś oblicze tego miejsca odmieni się, zapewne znacznie, ale wiele lat musi upłynąć. Wyszedłem na polanę i odszukałem źródło strumienia. Urodziwe nie jest, woda powoli wycieka z ziemi, miejscami tworząc podmokłe, czarne miejsca, dopiero sporo niżej przybiera tak ładny kształt strumyka i wydając radosny dźwięk podąża w otwierające się przed nim Wądolno.


Chciałem wrócić po śladach, ale i chciałem pójść drogą kończącą się blisko wioski Siedmica; jest tam na mapie zaznaczony dąb, a przecież dzień ten miał być drzewom poświęcony. Poszedłem zakolem, i mimo wypatrywania, dębu nie znalazłem. Może i jest w nieco innym miejscu niż zaznaczone, a może twórcy mapy pomylili się, jak to mają w zwyczaju, ponieważ w miejscu dębu rośnie lipa. Prawdopodobnie największa z widzianych; myślę o tej z mosińskiego parku, ale raczej jest mniejsza. Ta lipa rośnie na uskoku, a gdy stałem po niższej stronie, jej korzenie miałem na wysokości piersi. Były monstrualne, przy ziemi pień miał około dwa metry. Świerk z Wądolna mimo swojej średnicy nie zapiera się o ziemię tak wielkimi korzeniami, jak ta lipa. Szukałem nasion, ponieważ po ich wyglądzie najłatwiej mi rozpoznać odmianę, ale nie znalazłem, natomiast lotki wyglądały jak lipy drobnolistnej. 


Odchodząc, spojrzałem za siebie: lipa górowała nad innymi drzewami. Trzy razy widziałem dzisiaj górowanie odwiedzanych drzew nad innymi. Poza tą lipą były daglezje w Piekiełku i na szczycie Nad Groblą.
Zboczyłem ku Piekiełku właśnie dla tych drzew. W obrębie kilku dziesiątków kroków rośnie ich tam przynajmniej dwadzieścia, na zdjęciu niżej naliczyłem ich dziewięć czy dziesięć. Wszystkie są spore, jednak najgrubsza z tej grupy jest nieco mniejsza od widzianej rano, mierząc 90 centymetrów średnicy. Chodząc między tymi drzewami zauważyłem dziwne, chyba tylko dla tego gatunku charakterystyczne, oddzielanie się grubych płatów kory od pnia. Na zdjęciach widać też cechę dla mnie bardzo charakterystyczną daglezji: bursztynowy kolor kory na dnie pęknięć. 


Piekiełko nazywa się akuratnie, ponieważ piekła tam nie ma, nawet piekiełko jest udawane. Dnem wąwozu płynie ładny, uśmiechnięty strumyczek, któremu nawet zwaliska drzew urody nie odbierają. Parę godzin później wróciła do mnie myśl o tej nazwie. Otóż na zboczu Nad Groblą znalazłem starą, od dawna nieużywaną drogę wygodnie trawersującą dość strome zbocza. Tam właśnie było jak na drodze ku piekłu: szare drzewa, szara i czarna ziemia, szaroczarne omszałe skały i szarobrązowe liście. Zgaszony, smutny świat na drodze ku czeluściom podziemia. 


Przy Piekiełku siedziałem pod największą daglezją, i oglądając mapę wspominałem informacje przeczytane w encyklopedii. Nie pamiętałem całej notki, ale coś mi nie pasowało. W końcu włączyłem GPS, jak zwykle trochę się mordowałem żeby wśród nieznanych mi ikonek znaleźć właściwe (ot, trudność osoby nawykłej to liter, nie symboli), w końcu znalazłem potwierdzenie: wzgórze Nad Groblą nie jest tam, gdzie zaznaczone jest na mapie, a tam, gdzie zielone litery rezerwatu i moje niebieskie koło trasy. Odległość wynosi nieco ponad kilometr. Dla wydawcy to drobnostka – jeden błąd w tą czy w tamtą stronę...
Wyszedłem na otwartą przestrzeń i przed sobą zobaczyłem zmierzwioną czuprynę wzgórza Nad Groblą. Nie wybierając drogi poszedłem na przełaj, doszedłem do podnóża i wszedłem między drzewa, ostro pod górę. Nieco wyżej stromizna zmalała, a ja rozejrzałem się za jarząbami brekinia, drzewami, dla których ustanowiono tutaj rezerwat.
Dziwne to było wędrowanie. Chodziłem od drzewa do drzewa patrząc na nie. Ładny tam jest las: widny, niezachwaszczony, na sporych nachyleniach, jednak łagodniejących bliżej szczytu. Przeważają dęby i graby (a widziałem dziesięciopienny!), sporo jest lip, tu i tam świerk, jawor czy buk, no i oczywiście jarząb brekinia. 




Znalazłem ich sporo, nauczywszy się rozpoznawać młodsze i średnie okazy. Encyklopedia informuje o największym jarząbie mającym blisko 2 metry obwodu i określa go jako jeden z największych w kraju, ale tego osobnika nie znalazłem. Zbocza są rozległe, lasy zajmują kilkadziesiąt hektarów, ale mimo wszystko mogłem przechodzić obok niego nie rozpoznając. Inaczej wyglądają pnie drzew młodych, inaczej średniej wielkości, a te największe mogą mieć jeszcze inny wygląd. Rosnąc w zwarciu, drzewa są wysokie, nie miałem szans obejrzeć pąków, mogłem tylko przyglądać się pniom. Liście? Jak zwykle głównie dębowe. Młode brekinie mają cienką, gładką skórkę podobną do czereśniowej. Starszym ta skórka pęka w bardzo charakterystyczny sposób, co starałem się pokazać na zdjęciach. Na czereśniach też jest rozrywana pęczniejącym pniem, ale w zupełnie inny sposób.
Jeszcze tydzień temu nie wiedziałem o istnieniu brekinii, teraz jako tako rozpoznaję to rzadkie u nas drzewo i cieszę się z ustanowienia rezerwatu na terenie ich siedliska.
To tylko zwykłe drzewa, nic się nie zmieni, gdy ich zabraknie – może ktoś pomyśleć. Może się i nie zmieni, chociaż pewności nie mamy wobec istnienia ogromnej ilości różnorakich zależności, jednak powód istnienia rezerwatu i mojej radości jest inny: my, ludzie, musimy dbać o życie na Ziemi, także o jego różnorodność. Jesteśmy to winni Gai, matki nas wszystkich – zwierząt i roślin – za te niezliczone gatunki wytępione przez nas, czasami z premedytacją i bez presji przymusu; winni jesteśmy opiekę także przez wzgląd na naszych potomków, aby żyli na Ziemi jak najmniej zubożonej; winni jesteśmy także tym niepokaźnym i nieznanym jarząbom, ponieważ w ciągu niewyobrażalnie długiego czasu wykształciły się jako odmienny gatunek, znalazły dla siebie miejsce i żyją. W znacznej mierze od nas zależy, czy ich jedyny w swoim rodzaju (jak każdego gatunku) przepis na życie, ich łańcuch pokoleń rozciągnięty od przeszłości odległej o setki tysięcy i miliony lat do teraz, czy istnieć będzie nadal i rozciągnie się w odległą przyszłość.

Na niższym szczycie rośnie grupa daglezji. Jedną widziałem złamaną, drugą opartą o sąsiada, parę pochylonych. Za dużo wiatrów, za mało ziemi dla takich wysokich kolosów.
Z daleka uwagę zwróciły zielone liście - drzewo w uścisku ogromnego bluszczu. 




Mówi się o nieszkodliwości bluszczów, ponieważ one tylko wspierają się na drzewie, a system korzeniowy mają swój, ale to nieprawda. Wielkie bluszcze duszą drzewo, co wielokroć widziałem w UK. Spójrzcie na te kosmate, paskudne ramiona, jak obejmują drzewo i zaciskają się na nim. To nie jest miłosny uścisk, a morderczy. Kiedyś dotykałem konarów bluszczu, są włochate, ostre, ohydne, a tak mocno się trzymają, że nawet gałązkę o średnicy ołówka trudno oderwać. Drzewo-nosiciel ma jedynie kilka górnych konarów, tylko one wystają ponad zielony gąszcz liści bluszczu. Owszem, ta roślina ma swoje korzenie, ale są one tuż przy korzeniach drzewa, a tym samym odbierają wodę i składniki odżywcze, ponieważ tych nigdy nie ma w przyrodzie w ilościach nieograniczonych. Nie ma zwłaszcza na zboczu góry, gdzie ziemi jest na pół szpadla albo i mniej. Liście bluszczu zasłaniają życiodajne słońce, wszak dlatego drzewo pozbywa się gałęzi nieprzydatnych, czyli nieprowadzących fotosyntezy. Bluszcz, zwłaszcza tak duży jak ten, obciąża drzewo swoim ciężarem. Gdy wieją wiatry, siła ich działania jest znacznie większa, a wszystko razem prowadzi do stopniowego obumierania drzewa i w końcu jego usychania lub złamania.
To moje obserwacje i wnioski, nie przeczytane w internecie, a zwykłem opierać się pierwej na wnioskach ze swoich obserwacji.
Gapiąc się na drzewa, a pod nogi patrząc tylko tyle ile konieczne, nie rozglądałem się wcale, więc gdy minąłem szczyt góry i trzeba mi było zawracać, niezbyt wiedziałem gdzie jestem. Na wyczucie wybrałem kierunek, a po paruset metrach, widząc drzewo z bluszczem, wiedziałem, że koło zatoczyłem dobrze.
Wróciłem na poznaną drogę i poszedłem nią; gdzie mnie zaprowadzi? Zaprowadziła w miejsce poznane rano, tam, gdzie rośnie pierwszy poznany jarząb. Do zmierzchu było trzy godziny, stanowczo za wcześnie na koniec wędrówki. Poszedłem czerwonym szlakiem, tak właściwie na ślepo. Poszedłem mając czas. Gdy wyszedłem z lasu, zobaczyłem krawędź Chełmów, a w oddali bezkresną równinę. Po lewej stały w rzędzie wzgórza ciągnące się od poznanego Nad Groblą aż do Radogostu. Na pierwszym i ostatnim byłem, na pozostałych nie, a skoro lasy są tutaj tak ładne, może warto byłoby kiedyś przejść tą trasę?
Zawróciłem, a widząc w lesie ładną drogę pod górę, skręciłem i tym sposobem wszedłem na Grabową.
Na Sośniaku rosną buki, na Bukowince świerki, a na Grabowej niemal wyłącznie dęby. Co prawda wydaje mi się, że miejscowi tę górę nazywają Dębową, co byłoby słuszne. Cóż tam jest ładnego? Poza ładnym lasem niewiele: na szczycie, między drzewami, ze sporej wysokości górki, widać odległe wzgórza. Na Grabową poszedłem mając możliwość bycia tam, gdzie jeszcze nie byłem; poszedłem chcąc iść.
Z powodu pogody, o wyjeździe myślałem bez entuzjazmu, dopiero informacje o drzewach obudziły mój zapał. Ma padać i wiać, ale co tam! – myślałem wtedy. Padało od południa do wieczora z przerwami, ale nieobficie. Deszcz nie przeszkodził mi w łażeniu, chociaż przeszkadzał w patrzeniu na konary drzew.
Czy produkuje się okulary z wycieraczkami?
Moja chęć powrotu tam i przejścia bezdrożem długiego masywu leśnego, najlepiej świadczy o urodzie poznanej okolicy.










piątek, 8 marca 2019

W Górach Wałbrzyskich

030319
Góry Wałbrzyskie.
Z Lubomina na Trójgarb zielonym szlakiem, wejście na nową wieżę widokową, powrót częściowo poza szlakiem.
Przejazd pod zamek Książ, przejście szlakiem żółto-niebiesko-żółtym przez Wąwóz Książ (przełom rzeki Pełcznica) do ruin zamku Stary Książ, powrót tą samą drogą.

Na Trójgarbie byłem dwukrotnie w ciągu dziesięciu ostatnich lat, a z tych wejść zapamiętałem ciszę pustego szlaku i strome zbocza głębokiego jaru, którymi prowadził szlak. Ze szczytu nie było widoków, chyba tylko w jednym miejscu między drzewami pojawiała się dal, bokami mocno ograniczona. Pierwszy raz poszedłem tam… nie wiem dlaczego. Byłem wtedy na Chełmcu, górze, z którą wiążą mnie przedziwne związki, a że Trójgarb nie jest odległy i nie byłem na nim… Drugie wejście było kilka lat później, w słoneczny i śnieżny dzień mroźnej zimy, a poszedłem tam wspominając ładne zbocza góry.
Jadąc tam dzisiaj, byłem ciekawy nie tylko wieży na szczycie, ale i mojego widzenia jaru i lasów na podejściu. Zobaczyłem je ładniejszymi niż dawniej. Tam jest po prostu pięknie.
Trafiliśmy… Właśnie! Zapomniałem napisać, że byłem tam z Jankiem. Trójgarb był moją propozycją, przełom Pełcznicy jego, za co mu dziękuję, ponieważ dzięki niemu zobaczyłem niezwykłe dzieła natury.
Więc trafił się nam dzień chmurny i dość wietrzny, z rana padał deszcz i było zimno, ale później pogoda poprawiła się, chociaż słońce pokazało się tylko na moment.
W gęstym lesie pod chmurnym niebem aparat zgodził się robić zdjęcia, ale otoczenie widział znacznie gorzej niż ja widziałem. Nieliczne zostawione zdjęcia wymagały znacznych zmian, zwłaszcza kontrastu. Może kiedyś uda się zbudować aparat fotograficzny widzący świat tak jak widzą ludzie. Może.
Szczególnie urokliwe były chwile z mgłą przygnaną silnym wiatrem wiejącym górą. Świerkowy las rosnący na stromych zboczach wyglądał wtedy bajkowo; był większy, surowszy, bardziej intrygujący i tajemniczy. Kilka razy zbaczaliśmy ze szlaku na brzeg jaru dla spojrzenia w dół, na dno ze strumieniem, i zachwycenia się widokiem lasu omalże wiszącego na zboczach naprawdę trudnych do przejścia. Jak drzewa utrzymują pion w takich warunkach? – to pytanie, będące też zdumieniem i podziwem, słyszałem w sobie często.



W pobliżu przełęczy między szczytami góry, a zgodnie z nazwą ma ich trzy, jest miejsce na szlaku, z którego widać Chełmiec. Widzieliśmy go i dzisiaj, chociaż bez szczegółów, które wilgotne powietrze zagubiło na dzielącej nas przestrzeni pięciu kilometrów.
Wieża robi wrażenie. Wysokością też, ale głównie nowoczesnym kształtem. Jest trójkątnym słupem zbudowanym ze stalowych kratownic, we wnętrzu którego są wygodne, szerokie schody zabezpieczone masywną balustradą. Pod szczytem wisi pięć platform widokowych na trzech poziomach. Są w kształcie trójkąta wystającego w bok od wieży na około osiem metrów. Gdy stoi się najdalej od wieży, przy zbiegających się barierach trójkąta platformy, rury wieży ma się z tyłu, balustrady też, jedynie przy piersi widać ich skrawek. Ma się wtedy wrażenie zawiśnięcia w powietrzu, a wzrok leci w dal ogromną niczym niekrępowany. Dopiero spojrzenie za siebie pozwala dostrzec konstrukcję. Nie wymienię wszystkich widzianych pasm i szczytów, te najdalsze słabo były widoczne, rozpoznałem jednak kilka kaczawskich szczytów, widziałem Ślężę, Chełmiec i Waligórę.



Przy dzisiejszym silnym wietrze czułem niewielkie ruchy całej wieży, co jest normalnym zjawiskiem w takich konstrukcjach, ma też swój urok dla ludzi lubiących silne przeżycia. Schody i platformy widokowe wyłożone są deskami, ale jedna z nich podłogę ma metalową, z pionowych cienkich żeber. Między nimi widać niewiele zasłoniętą ziemię i szczyty drzew. Po zrobieniu pierwszego kroku zatrzymałem się, dalsze wymagały mobilizacji woli, ponieważ wydawało mi się, że idę… w powietrzu, więc zrobienie kroku może spowodować lot ku ziemi.
Znając się nieźle na stalowych konstrukcjach, obejrzałem wieżę okiem technika. Rury i profile w kształcie litery H (w zawodowym slangu mówi się o hebach) są skręcane, czego się spodziewałem. Zwróciłem uwagę na wytrzymałość śrub i z satysfakcją stwierdziłem, że wśród nich są najmocniejsze, wytrzymałości oznaczonej symbolem 12,9, a takie śruby produkuje się ze stali tak wysokiej jakości, że naprawdę trudno je urwać. Zauważyłem kilka drobnych niedoróbek, na przykład w mocowaniu balustrad i krat stalowej podłogi, a w paru miejscach miałem nieco poważniejsze wątpliwości, między innymi chodzi o mocowanie platform widokowych. Otóż one wiszą, każda na dwóch potężnych prętach stalowych, których długość jest w procesie montażu regulowana śrubami zwanymi rzymskimi; zwykle blokuje się je dodatkowymi nakrętkami, czego na wieży się nie dopatrzyłem. Zapewne uznano, iż nie ma potrzeby stosowania dodatkowych zabezpieczeń. Reasumując, wieża jest ładnie zaprojektowaną i porządnie wykonaną konstrukcją. Kilka lat temu byłem na nowej, drewnianej wieży ustawionej na szczycie Trójmorskiego Wierchu w masywie Śnieżnika. Znalazłem tam mnóstwo niedoróbek i poważnych błędów projektowych. Nie wiem, w jakim jest teraz stanie, ale długo nie postoi. Natomiast ta trójgarbska będzie służyć wiele lat, jeśli tylko właściciele zadbają o nią.
Ze wsi Lubomin prowadzą dwa szlaki na szczyt. Ilekroć tam byłem, szedłem zielonym dla urody tamtych miejsc, drugiego nie znałem, więc namówiłem Janka na zejście nim. Nie poznaliśmy go i dzisiaj, ponieważ niewiele niżej skusiła nas ładna droga odbiegająca od szlaku. Weszliśmy na nią, a ona, niewdzięcznica, zostawiła nas samych po paruset metrach. Poszliśmy na przełaj w kierunku rannej ścieżki, a na koniec schodziliśmy cholernie stromym zboczem starannie dobierając miejsca postawienia stóp i mocno podpierając się kijami.
Od ostatniego domu wioski, czyli od podstawy, na szczyt jest około 250 metrów w pionie. Gdy byliśmy 30 metrów nad samochodami widocznymi między drzewami, mijała nas rodzina. Nastoletnia dziewczyna zapytała się, czy przeszli już połowę drogi, a jej ojca pocieszałem mówiąc o późniejszej mniejszej stromiźnie ścieżki. Dużo jest teraz ludzi na szlakach Trójgarbu, a sporo wśród nich góry widziało na pocztówkach, o czym jeszcze napiszę.
Wreszcie mam internet w telefonie, mam i nawigację, więc dojechanie bocznymi drogami do celu nie wymaga teraz zakuwania całej trasy na pamięć. Co prawda taka nauka pozwala dobrze poznać dojazd, w przeciwieństwie do podróżowania według GPS, który oducza zapamiętywania drogi.
Pod pałacem Książ są eleganckie alejki, królewskie bramy i płatne parkingi, jest dużo ludzi i samochodów, stoją banery reklamowe i szlabany; pachnie miastem i komercją. Od razu poczułem się tam źle, nie u siebie. Z ulgą wchodziłem między drzewa.
Pełcznica jest małą rzeczką, właściwie strumieniem, ale płynie przełomem o głębokości, jak oceniłem, 70 metrów.
Przełom jest niesamowitą formacją geologiczną: to miejsce, gdzie rzeka przepływa w poprzek gór, a że pod górę nie chce się jej płynąć, ryje, czy raczej wypłukuje w górach głębokie koryta. W internecie znalazłem informację o głębokości dochodzącej do 80 metrów, a ściany tego jaru, raczej wąwozu z powodu płaskiego dna, są albo bardzo strome, albo wprost pionowe. W połowie ich wysokości wiedzie szlak zbudowany wielkim nakładem pracy. 




Wąską ścieżkę wykuto w skale, albo utworzono ją budując kamienne mury od niżej strony, a w kilku miejscach idzie się stalowymi kładkami zakotwiczonymi w pionowych ścianach. Z jednej strony strome zbocza lub piętrzące się skały, z drugiej urwiska i strumień w dole. Szlak jest bardzo urozmaicony, pełen zakrętów omijających skalne występy, a każdy budzi ciekawość niewidocznej drogi.
Mnóstwo jest drzew rosnących na wielu poziomach: obok pni jednych drzew, widzi się korony innych, wyrastających z ocienionego dna. Wiele widziałem dużych buków, wiele strzelistych, jak to w zwarciu, lip i dębów. Widziałem wyjątkowy las bukowo-modrzewiowy bez domieszek innych gatunków. Jedne i drugie duże, ale szczególnie modrzewie zwracały uwagę swoją wielkością. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego połączenia. 


Wielopiętrowość gęsto rosnących drzew zapewne mocno ogranicza widoczność w zielone miesiące, dzisiaj jednak widzieliśmy przeciwległe zbocze, a później ruiny po drugiej stronie i platformę widokową jakby zawieszoną w przestrzeni, a w rzeczywistości zbudowanej na końcu skalnej ostrej grzędy zwężającej wąwóz. Kolejne piękne miejsce.
Do obecnego stanu ruin wydatnie przyczynili się nasi wyzwoliciele w 1945 roku, co nie dziwi, ale fakt, iż zbudowane były właśnie jako ruiny, nie zamek, owszem, zdziwienie budzi. Wydać mnóstwo pieniędzy żeby popatrzeć na „ruiny”, uznawane wtedy za romantyczne! Co prawda „ruiny” wybudowano na resztkach średniowiecznych ścian starszej budowli. W tworzeniu romantycznego nastroju wydatnie przeszkadzały mi walające się butelki i zardzewiała stalowa belka dwuteowa przykręcona do ściany, pasująca tam równie dobrze, jak gniazdko tiwi w rekonstrukcji chłopskiej chaty.
Mówi się o hitlerowskich tajemnicach, o ukrytych podziemiach i skarbach, ale szczerze mówiąc nie pasjonują mnie takie wieści. Z przyjemnością oglądałem buki rosnące przed ruiną i ogromny bluszcz siedzący na kamiennej ścianie. Jego pień jest najgrubszym z widzianych, na oko ma ćwierć metra średnicy, czyli bardzo dużo jak na taką roślinę, skoro za duże uznaje się pnie o średnicy trzech palców.

Moje męskie oko wychwyciło w oddali inny ładny widok: dziewczynę zgrabną jak łania. Nieco później, będąc blisko, zobaczyłem, iż nie jest młódką, a kobietą w średnim wieku. Do przyjemności patrzenia dodałem podziw.
Zabrakło nam czasu na dotarcie do wylotu wąwozu i powrotu okrężną drogą, ta trasa będzie czekać na nas i się doczeka.
Gdy wracam tą samą drogą, zawsze inaczej widzę otoczenie, zauważam niedostrzeżone wcześniej ładne drobiazgi, i nigdy ta droga mi się nie nudzi. Ot, na przykład, w czasie powrotu zauważyliśmy nad drzewami szczyt skały i ludzi na nim, a później dróżkę wijącą się zakolami po stromym, kamienistym zboczu na górę. Jeszcze jedno piękne miejsce, którego wcześniej nie dostrzegliśmy.
Na ostatnich metrach szlaku, tuż przed wejściem na chodnik ulicy przed pałacem, spotkaliśmy dwoje młodych ludzi. Mężczyzna pytał, co mogą zobaczyć na szlaku.
Przecież widać – miałem mu odpowiedzieć – czego się tutaj spodziewasz?
Za godzinę miał zapaść zmierzch, ona na gołych stopach miała nieskazitelnie białe tenisówki z odkrytymi kostkami (zdaje się, że teraz tenisówki zwane są adidasami) a on ciągnął ją na kamienistą ścieżkę, właściwie nie wiedząc po co. Uważam, że mężczyzna ma dbać o bezpieczeństwo swojej kobiety, a nie ciągnąć ją tam, gdzie może sobie zrobić krzywdę. Ona też mogłaby pomyśleć, skoro jej facet nie potrafił i puknąć go w czoło.
W parku przed pałacem wiele jest pomnikowych drzew, ale i one muszą zaczekać na nasz następny przyjazd.
Im bliżej tegorocznego wyjazdu z karuzelami i bliżej końca mojej pracy w pobliżu Sudetów, tym dłuższa robi się lista miejsc do poznania lub powrotów. To niesprawiedliwe, miałem napisać, ale uświadomiłem sobie fakt zobaczenia tutaj, w nie moich przecież górach, tak wielu ładnych miejsc. Znajduję w nim pocieszenie na przyszłość: na drugim krańcu Polski też znajdę ładne miejsca, chociaż nie będą to Góry Kaczawskie ani nawet nie Sudety.