260926 do 011026
Łysica i Gostków
Okolice Gostkowa na Pogórzu Wałbrzyskim coraz skuteczniej konkurują z najładniejszymi miejscami Gór Kaczawskich. W wałbrzyskim paśmie Sudetów powtarza się proces obserwowany wcześniej nad Kaczawą: im lepiej je znam, im więcej widzę tam moich śladów i więcej budzą wspomnień, tym skuteczniej wołają, aż w końcu wracam nie tyle w określone góry Sudetów, co do siebie.
Tej jesieni liczyłem na kilka wędrówek w okolicy Gostkowa, Jaczkowa, Witkowa i Bogaczowic, a ostatecznie w pobliżu Trójgarbu zdążyłem być dwa dni nim musiałem wracać. Wspomniany rozczłonkowany masyw kilku sporych gór widać z niemal całego Pogórza Wałbrzyskiego, jest tym, czym dla Pogórza Kaczawskiego jest Ostrzyca. Cztery lata temu obszedłem całą tę grupę dookoła trzymając się granicy lasów. Trasa liczyła 26 km i ponad tysiąc metrów przewyższenia. Ostatnio chodzi mi po głowie myśl o powtórzeniu tej trasy ale w przeciwnym kierunku. Postaram się zrobić to za rok, jesienią, ponieważ idzie się bezdrożami, łąkami, w paru miejscach polami, a jesienią są one łatwiejsze do przejścia. Z tego właśnie powodu wróciłem na rozległe zbocza Łysicy, góry wznoszącej się nad Gostkowem. Mam tam dwa wyjątkowo ładne miejsca do odwiedzania, a przybywa kolejnych.
Pierwszym jest niesamowicie pokręcona sosna, wspólna znajoma moja i gostkowskiego pszczelarza , u którego kupuję bardzo dobry miód. Historię powiązań nas dwóch i drzewa opisałem tutaj, w rozdziale „Przygoda”.
Oto sosna o której piszę, nasza sosna.
Nim doszedłem do niej, trochę kluczyłem po polach, łąkach i jarach wżynających się w zbocza góry. Nie z powodu zabłądzenia, a celowo, wszak właśnie dla takiej włóczęgi tam pojechałem. Oczywiście nie obyło się bez przedzierania się przez chaszcze i meandrowania po podmokłych miejscach. Jedno z nich sfotografowałem. Trudno mi powiedzieć, dlaczego takie nieprzyjazne dla wędrowca miejsca przyciągają mnie. Chyba po prostu swoją dzikością, może i silnie działającym na mnie kontrastem z pobliskimi równymi, sztucznymi, ale i jasnymi, otwartymi na słońce polami.
Drugim miejscem szczególnym dla mnie na Łysicy jest grupa brzóz rosnących na bocznym wypiętrzeniu góry. Widać je na tle nieba z odległości kilku kilometrów, kusiły mnie od pierwszej chwili ich zobaczenia, a co ważne, nie tracą swojej urody z bliska.
Oczywiście odwiedziłem kilka urokliwych wzgórków tak charakterystycznych dla tego pogórza, a wśród nich Dębowe Wzgórze. Nazwa jest moja, nadana z powodu dęby tam rosnącego. Chyba po raz pierwszy udało mi się oglądać tę górkę w słoneczny dzień.
Siedząc pod dębem (moim, oczywiście!) na tym wzgórzu, patrzyłem na wielki kombajn z hederem szerokości tak na oko 10 metrów zbierającym grykę na wielkim polu otaczającym szczyt wzniesienia. Myśl wracała do żniw pamiętanych z lat dzieciństwa, tych z kosą, snopkami i końmi. Ta maszyna kierowana przez jednego człowieka, w ciągu godziny wykonywała pracę, którą zespołowi trojga żniwiarzy z tamtych lat zajęłaby zapewne tydzień, może i dłużej, skoro kombajn nie tylko ścina grykę, ale i młóci.
Kiedy po przejściu jednej z moich ulubionych dróżek zszedłem do wioski, droga do samochodu wypadła mi obok posesji pszczelarza. Traf chciał, że był przy bramie. W dalszą drogę ruszyłem po dłuższej rozmowie. Dziękuję za niespodziewaną pogaduchę, panie Sebastianie. Do zobaczenia w przyszłym roku!
Obrazki ze szlaku
Brzoza, której chyba się wydaje, że jest wierzbą iwą.
Przeprawa przez podmokłą dolinkę.
Gołoborze na Łysicy w Górach Wałbrzyskich? Tak wygląda to miejsce, ale gołoborzem nie jest. Są to, jak mniemam, kamienie zebrane z sąsiednich pól.
Dęby czerwone i te zwykłe. O tej porze roku, w słońcu, na tle czystego błękitu nieba, wyglądają cudnie. Chciałbym mieć kawałek ziemi z dużym dębem, a gdyby ten kawałek był duży, chciałbym mieć na nim wiele innych dużych drzew. Chciałbym mieć drzewa...
Na wałbrzyskich szlakach.
Kilka przeoczonych wcześniej zdjęć z różnych miejsc w Sudetach.
Miejsca moich jesiennych wędrówek.







































































