Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

czwartek, 9 lipca 2026

Wiśnie i lato

 040726

Sięgnąłem gałęzi niskiej wiśni, zerwałem dwa owoce i nim włożyłem do ust, chwilę oglądałem: były błyszczącymi bordowymi kulkami. Jedna nieco pękła, na opuszce palca lśniła w słońcu kropelka wiśniowego soku. Rozgryzłem owoce, usta błyskawicznie wypełnił intensywny słodko-winny smak miąższu. Przełknąłem, wyplułem pestki i sięgnąłem po następne owoce. Były dobre.

 Jest coś diametralnie odmiennego między zakupami w sklepie i przyrządzaniem posiłków w domu, a jedzeniem prosto z drzewa, czy szerzej: tam, gdzie jedzenie znaleźliśmy, gdzie urosło, a różnica jest niemal mistyczna. Może to pradawne echo naszego związku z naturą, czasy silnej zależności od niej? A może ten gest sięgania po owoc nie dla handlu i zysku, a dla zaspokojenia głodu, budzi w nas odwieczne marzenie o karmiącej i opiekuńczej Naturze, a więc o Edenie i wiecznej w nim szczęśliwości?

 Jakże inna była aura tej wędrówki! Sześć dni temu temperatura dochodziła do czterdziestu stopni, dzisiaj chwilami tylko sięgała dwudziestu, wtedy miałem na sobie krótkie portki, dzisiaj pół dnia szedłem w wiatrówce. Z wyraźnym opóźnieniem, bo dopiero w te dni, zauważyłem istotną zmianę w wyglądzie pól, przydroży i łąk. Wiosna definitywnie odeszła, przyszła dostojna Pani Lato. Zboża się żółcą, bylice sięgają głowy, maki przekwitają, zakwitają pierwsze cykorie i wrotycz. Tak, widziałem już kwitnący wrotycz! Nie za szybko?





 Byłem w miejscu, gdzie na niewielkim obszarze pól rośnie chyba z dziesięć samotnych dębów; odwiedziłem największego i najładniejszego z nich. Stoi na wysok
iej miedzy, widok spod niego jest ładny i jest gdzie wygodnie usiąść. Później improwizowałem. Miałem mgliste zamiary pójście tędy i tamtędy, niewiele z nich zrealizowałem, ponieważ o dalszej trasie decydowały chwile na rozstajach dróg. Czyli dzień spędziłem tak, jak lubię: na włóczeniu się po polach.

Pozdrowiłem rolnika zbierającego świeżo skoszoną trawę, odpowiedział i jak wielu poprzednich moich rozmówców zapytał, czy aby się nie zgubiłem. Na moje zapewnienie o niezłej znajomości okolicy, zaskoczył mnie sprawdzianem: zapytał, w którą stronę trzeba iść, by dojść do czterech (tutaj wymienił nazwy) wiosek. O jednej nie wiedziałem, więc w sumie mogę powiedzieć, że egzamin zdałem na czwórkę. Rozmawialiśmy przynajmniej kwadrans, na koniec uświadomiliśmy sobie, że dwa albo trzy lata temu spotkaliśmy się w podobnych okolicznościach. Przybywa znanych mi miejsc na Roztoczu, ale też takich znajomości z mieszkańcami.

Obrazki ze szlaku

 Czereśniowa miedza. Skręciłem w zarośniętą drogę widząc grupę drzew na polu. Okazało się, że rośnie tam na miedzy kilkanaście czereśni, jakże więc inaczej nazwać to miejsce? Owoców niewiele zjadłem, wyprzedziły mnie sarny i ptaki.

 Kapliczka, ta błękitna, jest starsza ode mnie o miesiąc.





 Klasycznie roztoczańskie drogi w wąwozach i podobnie powszechny widok drzew rosnących na krawędzi uskoku.

 Jaskółkom latającym nad polem zrobiłem dużo zdjęć, ale żadne nie było dobre. Ganiając za owadami, obserwują i ziemię. Zauważyłem już parokrotnie, że widząc człowieka, odlatują nieco dalej.

 Łąka pod znajomymi brzozami zarosła przymiotnem, nie ma już poziomek, których smak pamiętam mimo upływu lat.

Ta łąka kończy się na ścianie lasu. Dzisiaj po raz pierwszy podszedłem do pierwszych drzew i zobaczyłem mało widoczną drogę, która, jak mi się wydawało, prowadzi w krzaki. Wszedłem na nią, wiodła mnie wprost na bliską ścianę lessowego urwiska. Zapomniana kopalnia? 

 

Podszedłem bliżej i z boku zobaczyłem wąskie i ciemne przejście prowadzące dalej i w lekko górę. 

 

Zaciekawiony, widząc lessowe urwiska zawalone martwymi drzewami, poszedłem, i w ten sposób poznałem doły ładne dzikością, splątaniem materii żywej i martwej. 

 




Nieco dalej, w gęstwinie zwalonych próchniejących drzew, na stromym zboczu zobaczyłem ścieżkę. Tutaj, w tych dzikich dołach? Prawie na pewno została wydeptana przez zwierzęta.


 
Droga do nieba, a ledwie dwie dziesiątki kroków dalej widnokrąg gwałtownie ucieka w dal otwierając przestrzeń ogromną i kuszącą.

 Droga i wierzbówka. Zwykła roślina, ale jej kwiaty o ładnym odcieniu różu kojarzą się mi z… córką.


 Wysychające jezioro w Podlesiu. Na zdjęciu widać pomost zaczynający się i kończący nad suchą ziemią.

 Jeszcze parę lat temu był tutaj strumień zasilający wysychające jezioro.

 Sterta starych płyt azbestowych przy drodze – zwykły widok. W każdej wsi widzę takie i podobne składowiska. Czy aby na pewno azbest tak jest szkodliwy, jak to nam wmawiano? Wygląda na to, że szkodliwy był na dachu, a leżąc latami przy drodze już nam nie szkodzi.

 Ostropest plamisty. Rzadko, ale widuję na Roztoczu plantacje tej rośliny. Oto co mi powiedziała maszyna AI:

»Nasiona ostropestu plamistego są cennym źródłem sylimaryny, która chroni i regeneruje komórki wątroby. Stosuje się je wspomagająco przy problemach z trawieniem, wysokim poziomie cholesterolu oraz w łagodzeniu stanów zapalnych dróg żółciowych.«

 


Mając jeszcze czas i odczuwając (jak zwykle, mimo zmęczenia) niedosyt, skręciłem w drogę biegnącą w pobliżu malowniczego wzgórza. Kiedyś poznałem je zupełnie przypadkowo, dzisiaj chciałem odwiedzić. Nim doszedłem, widziałem urocze miejsce: polną drogę znikającą za zakrętem. Droga, podobnie jak brzoza, ma dla mnie cechy kobiece, a kiedy znika za zakrętem jak tutaj, podobna jest do kobiety uwodzicielsko oglądającej się przez ramię. Nie, wcale a wcale nie wstydzę się takich skojarzeń, ja się nimi cieszę.

Trasa: między Wólką Czernięcińską a Podlesiem Małym na Roztoczu Zachodnim.

Statystyka: na polach i w lasach byłem 11,5 godziny, a przeszedłem 20,5 km. 


 










poniedziałek, 6 lipca 2026

W upalny dzień

 280626

Miałem na sobie biały podkoszulek i białą czapkę z daszkiem, kark i ręce posmarowałem kremem z filtrem. Rano było 30, później 39 stopni, bezchmurne niebo, nieruchome powietrze. Na słońcu wydawało mi się, że nie ciepłe powietrze mnie otacza, a owinięty jestem nagrzanym kocem elektrycznym. Temperatura nie była najbardziej dokuczliwa, nawet nie piekące oczy zalewane potem, a lepiące się ciało i dłonie. Bardzo rzadko widuję krople potu na przedramionach i mokrą plamę na podkoszulku na piersi, a dzisiaj widziałem jedno i drugie. Nie narzekam, a jedynie staram się opisać warunki dzisiejszego wyjazdu. Świadomie nie używam zwyczajowego u mnie słowa „wędrówka”, ponieważ niewiele jej było; większość dnia przesiedziałem w cieniu drzew.

Więc nie narzekam, a nawet chciałbym, aby upalne dni lata trwały jak najdłużej. Chciałbym nasycić się nimi i dobrze je zapamiętać nim przyjdą niekończące się tygodnie i miesiąca trzęsienia się z zimna – czas zgrabiałych rąk, zdrętwiałych od zimna palców stóp; czas krótkich szarych dni i niekończących się nocy. Czas odbierający mi wiarę w możliwość wychodzenia na dwór w samej koszuli. Po stokroć wolę aby było mi za ciepło, niż za zimno, a w zimie tak mi jest bardzo często.

Dzisiejszy wyjazd był też eksperymentem. Chciałem dowiedzieć się, jak zniosę tak wysoką temperaturę, doświadczyć żaru przekraczającego normy polskiego lata. Rezultat ucieszył mnie.

Dodam parę zdań o wyposażeniu. Wspomniane białe części ubrania mam za ważne z prostego powodu: białe powierzchnie najskuteczniej odbijają światło i ciepło. Zabezpieczyłem też stopy, a sposób może się wydawać dziwnym: do skórzanych butów włożyłem nowe wkładki skórzane własnego wykonania (surowy krupon grubości 3 mm), najlepsze wkładki na upały, doskonale izolujące od podłoża i wchłaniające wilgoć. Na stopach miałem dwie pary nieco cieńszych skarpet dobrej jakości – jak zawsze w ciepłe dni. W rezultacie nie odczuwałem parzenia, a jedynie lekkie, niedokuczliwe ciepło i stóp nie obtarłem ani nie ugotowałem. Ważne też są płyny, a za najlepszy mam zwykłą wodę; najgorszymi płynami są te różne cole. Przez lata zimowych wędrówek tak przywykłem do picia herbaty zaprawianej sokiem malinowym, że zawsze, także i w lecie, biorę duży termos. Razem miałem 5 litrów płynów. Pocenie się (a ściślej parowanie) schładza, wyprowadza ciepło na zewnątrz, o czym doskonale wiedzą fizycy, a że ten proces pozbawia nas wody, trzeba dźwigać butelki i w drodze je opróżniać. Jadłem kanapki z wędliną. Wieczorem w przeddzień wyjazdu włożyłem je do zamrażalnika. Jeszcze w południe były chłodne.

Pojechałem do wioski Łada wiedząc o licznych niewielkich zagajnikach porastających okoliczne pagóry, ponieważ z góry zakładałem częstsze i dłuższe przerwy. Ciekawym i mocnym doświadczeniem było otwarcie samochodu około godziny 19; było identyczne z otwieraniem piekarnika.

Obrazki ze szlaku

 Rozgryzłem owoc, poczułem jego ciepły, słońcem nagrzany, słodki miąższ z charakterystyczną lekko gorzką nutką. Przez mgnienie oka byłem w latach dzieciństwa, w czasach, w których dzikie czereśnie były przysmakiem. Niekoniecznie (chociaż też) z powodu małego wyboru, biedy tamtych lat, bardziej z powodu dziecinnego i młodzieńczego, a więc intensywnego, przeżywania.

 Dojrzewające, a może usychające, zboże.



  
Licznie kwitnący, hmm, chyba rumian, gubię się coraz częściej, a powinienem rzadziej. Oczywiście
często widziane i jak zwykle ładne chabry.


 



Zakwitła gryka, maki przekwitają, a rzepak już dawno zapomniał o kwitnieniu.

 Drewniana skarpa. Tak nazwałem to miejsce, ponieważ więcej w nim rozkładających się karp dawno temu wyciętych drzew niż ziemi.

 
 Maliny. Połasuchowałem, przyznaję. Kradłem? Tak, przyznaję. Zjadłem może promil ilości owoców przejrzałych i opadających na ziemię. Podobnie było na plantacji czarnej porzeczki. Tym owocom nie służy tak wysoka temperatura. Stają się miękkie, pękają i ugotowane w sosie własnym – opadają.


 
Koniec plantacji, dalej są zarośnięte, trudne do przejścia doły. Ale zaraz, ten wydeptany ślad…
Poszedłem i znalazłem wygodną i ładną ścieżkę prowadzącą mnie dalej, na następny pagór.


 

Tarnina, czereśnia i grusza rosnące na wysokiej miedzy. Wiosną byłem przy tych drzewach, wszystkie trzy kwitły. Dzisiaj widziałem spore już gruszki i dojrzałe czereśnie. Dodaję zdjęcia tego ładnego miejsca z 23 kwietnia tego roku.


 
Przytulia właściwa, czyli ta nieczepiająca się mnie. Przy niej druga pospolita roślina przydroży – krwawnik. Kwitnie też ta czepiająca się przytulia.

 Dziurawiec też nie należy do rzadko widywanych roślin, ale zawsze miło zobaczyć kwiaty przy drodze, nawet tak pospolite.

 Ładne miejsce pod brzozami. Podobne do tego opisanego parę dni wcześniej, zapewne dlatego zwróciłem na nie uwagę. Kolorów nie podbijałem, są naturalne, zdjęcie zrobiłem o 18.30, stąd tak ciepłe barwy.

 Głębokie, ciemne doły o stromych zboczach. Na dnie na pewno nie ma upału. Może zejdę i sprawdzę? Lenistwo wygrało – nie zszedłem.

 Dla odmiany – jasna, słoneczna dal.

Statystyka: przeszedłem 11 km w czasie 11.5 godziny. Łączny czas przerw szacuję na około 8 godzin. Czyli dzisiejsza wędrówka tak naprawdę była głównie siedzeniem w cieniu drzew.