100226
Ranek był zimny nie tyle temperaturą, co kolorystyką i wrażeniami. Śnieg był świeży, czysty, ale miał odcień zimnej, odpychającej szarości, chwilami z niewielkim dodatkiem granatu. Drzewa stały czarne, pozbawione zwykłych swoich zimowych brązów i szarości, wydawały się już nawet nie zamarłe, a wprost martwe. Jedynie brzozy nie uległy tym zmianom, nadal przyciągając wzrok swoją urodą.
W miarę przejaśniania się nieba i zmian oświetlenia, zmieniało się moje subiektywne widzenie zimowych krajobrazów: jakby nabierały barw nadal będąc niemal monochromatyczne.
Kiedy po paru godzinach niebo wypogodziło się, a jasne, mocne słońce rozjaśniło krajobraz odmieniając go radykalnie, mimo że tak naprawdę jedynie śnieg zmienił barwy. Śnieżna biel – tak mówi się o czystej, chłodnej bieli, i taki był w cieniu. Na słońcu świecił się i skrzył srebrzyście, diamentowo, żółto, a pod wieczór pomarańczowo.
Początkowo szedłem koleinami wygniecionymi na nieodśnieżonych drogach, ale kiedy zboczyłem na pole dla zrobienia zdjęcia zauważyłem, że starszy śnieg, stwardniały z wierzchu, utrzymuje mój ciężar. Buty zagłębiały się tylko parę centymetrów, więc szło się dość wygodnie. Na ogół, bo jednak nie zawsze skorupa była wystarczająco mocna, wtedy zapadałem się nawet po kolana.
Skoro w ten sposób otworzyły się wszystkie drogi, polami poszedłem ku wiatrakom widocznym na widnokręgu. Mam do nich ambiwalentny stosunek: nadal podobają mi się jako konstrukcje, są smukłe, wysokie, zgrabne, o ile można tak powiedzieć o rzeczy. Jednocześnie nie podobają mi się, ponieważ są kiepskie jako źródła prądu, nie są też tak ekologiczne, jak się nam wmawia. Właściwie są gorsze pod każdym względem w stosunku do tradycyjnych elektrowni węglowych, o ile te są wyposażone w nowoczesne systemy filtrowania spalin.
Zatoczyłem spory krąg, a wracając znalazłem wąskie pole zarośnięte kępami tarniny i krzewami dzikich róż, jedne i drugie były obsypane owocami. Spróbowałem, smakowały, więc oczywiście połasuchowałem. Zaskakujący był efekt kolorystyczny, sąsiedztwo granatowych śliwek i pomarańczowoczerwonych owoców róż na tle białego śniegu. Wyobraźnia podsunęła obraz tego miejsca w czasie kwitnienia, a był tak uroczy, że obiecałem sobie wrócić tam wiosną.
Uwaga o języku. Napisałem o pomarańczowoczerwonych owocach i przez chwilę ten długi wyraz wydawał mi się nieprawidłowy i dziwaczny, ale jednak jest zgodny z zasadami. Pomarańczowo-czerwone jest coś, co miejscami jest pomarańczowe, miejscami czerwone, a pomarańczowoczerwony powstaje przez wymieszanie obu kolorów, dlatego zebra jest biało-czarna, a nie białoczarna czyli szara.
Krzewy tarniny są tak gęste, że w lecie ich nieprzeniknione ściany tworzą idealne miejsca na schronienia dla wielu gatunków zwierząt, a ptasi drobiazg buduje gniazda w gęstwinach. Dzisiaj widziałem wiele małych gniazd wśród nagich gałęzi. Ich widok ma w sobie magiczną zdolność budzenia licznych myśli: ciepłych, ale i nostalgicznych. Teraz są opuszczone, niepotrzebne, może zapomniane, ale przecież ptasia para budowała je dużym nakładem pracy aby stworzyć dom dla swoich dzieci. W tych gniazdach troskliwie wyścielonych puchem wykluwały się i dorastały otoczone opieką rodziców i z nich wyfrunęły w świat aby przeżyć swój czas.
Rodzinne gniazdo, dom i dzieci. Nadzieje, wspomnienia i jeszcze raz dzieci.
Obrazki ze szlaku
Pięć brzóz. Ich ustawienie wskazuje na zasadzenie. Ktoś wybrał właśnie brzozy, a więc chciał, aby rosły na jego ziemi.
Ścięte brzozy. Tak, wiem, potrzebujemy opału, ale… szkoda mi tych drzew. Już nie wystroją się zieloną mgiełką na wiosnę, nie zaszumią na wietrze; nie usiądę pod nimi i nie zobaczę muchomorów.
Wszedłem na wzgórek i w oddali zobaczyłem zagajnik śródpolny. Skusił mnie wyglądem, więc poszedłem ku niemu na przełaj polami. Zobaczyłem słońce kryjące się za sosną i czerwień owoców dzikiej róży wysoko na drzewie. Rzadko, ale widuję pędy dzikich róż pnące się po drzewach na wysokość piętra, tak właśnie jak tutaj.
„Mały” domek. Ciekawe, dla ilu osób był zbudowany. Tak się składa, że w ostatnich latach dość często bywam w nowych domach i wiem, jak są duże i jak niewielu ludzi w nich mieszka, ale ten jest wyjątkowo wielki. O kształcie nic nie napiszę, bo gusta są różne.
Droga w popołudniowym słońcu. Śnieg, tak zimny i nieładny wczesnym rankiem, w tamtych miejscach, oświetlony niskim ale jeszcze mocnym słońcem, wydawał się być ciepły i po prostu ładny.
Plantacja aronii.
Słońce!
Przed zachodem.
Trasa: pola i drogi na zachód od Goraj, miasteczka na zachodnim Roztoczu.
Statystyka: przebrnąłem po śniegu 15,5 km w czasie nieco ponad ośmiu godzin.









































































































