Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lipca 2026

Wojsławice, ogród botaniczny

 160626

Około 50 km na południe od Wrocławia, na łagodnych stokach Wzgórz Dębowych, zajmując powierzchnię ponad 60 hektarów, rozciąga się ogród botaniczny Wojsławice, własność Uniwersytetu Wrocławskiego. Słyszałem o nim tak wiele pochlebnych opinii, że nie mogłem ominąć ogrodu w czasie swojego letniego pobytu w Sudetach. Zaprosiłem dwoje moich znajomych i w trójkę już o dziewiątej, czyli na otwarcie ogrodu, byliśmy przy kasach. Jako emeryci płaciliśmy 20 zł za bilet, normalny kosztuje 30. Za parking opłaty nie ma, a bilet jest ważny cały dzień, do zamknięcia ogrodu.

Jestem nim oczarowany.

Szukając informacji przeczytałem, że na dokładniejsze poznanie arboretum trzeba przeznaczyć do czterech godzin, ale teraz wiem, że całego dnia zabraknie na pobieżne poznanie ogrodu. Ludzie jeżdżą gdzieś daleko, spędzają wolny czas w tłoku, w hałasie, nieustannie wyciągając portfel (teraz raczej kartę płatniczą), a po powrocie chwalą się nazwami popularnych miejscowości wypoczynkowych w kraju, a jeszcze lepiej za granicą. W Wojsławicach rodzina może spędzić cały dzień za sto złotych, w ofercie mając nie tylko oglądanie roślin i wystaw tematycznych. Wiele jest ławek i stolików zarówno w miejscach widokowych, a ogród jest na zboczu wzgórza, więc nie brakuje dalekich widnokręgów, ale też w cienistych, uroczych zakątkach. Widziałem plac zabaw dla dzieci, wiele tablic wskazujących najbliższe toalety, płonące ognisko do pieczenie kiełbasek i kiosk z lodami. Są kilometry alejek i ścieżek, a nade wszystko jest bujna zieleń wokół. Feeria Pani Flory w całej swojej pysznej okazałości.

Nie jestem znawcą roślin ani ich gorliwym miłośnikiem. Niewiele, bo może setkę uzbierałbym rozpoznawanych gatunków roślin, ale trudno nie zachwycić się oszałamiającym bogactwem i różnorodnością życia w ogrodzie. W pewnym momencie, patrząc na długie rabaty z różami, pomyślałem o mitycznym Eden: że tak właśnie wyglądał. 

 

W ogrodzie rośnie kilka tysięcy krzewów i drzew, a bylin, czyli roślin niezdrewniałych, odradzających się po zimie, jest kolejne kilka tysięcy. Samych tylko rododendronów, czyli cudnie kwitnących różaneczników, jest 1300 gatunków, a liliowców ponad 3 tysiące. Jak wyglądają kwiaty liliowca? Poniżej przykład. Teraz postarajcie się wyobrazić możliwy wygląd trzech tysięcy odmian tych kwiatów!

Łatwo nie zauważyć roślin bez kwiatów, ale nie można przejść obojętnie obok nich w porze kwitnienia bez chociaż chwili kontemplacji ich piękna i różnorodności.

Wygląd ogrodu zmienia się w rytmie natury. Na kwitnienie wspomnianych różaneczników spóźniliśmy się, ale nie na czereśniową ucztę. Otóż na terenie ogrodu jest duży sad czereśniowy, owoce można zrywać i jeść bez ograniczeń. Przy tak wielkiej różnorodności gatunków, ogród w każdym miesiącu wygląda inaczej, a fakt ten jest świetnym powodem do powrotów.

Wyróżnię dwa gatunki drzew widzianych w ogrodzie.


 Dawno temu, mieszkając i pracując w UK, widywałem drzewo o tak nietypowym wyglądzie, że wydawało się być wymysłem scenarzysty filmu fantasy. Dzisiaj zobaczyłem je ponownie, to araukaria chilijska, drzewo mające jedno tylko miejsce naturalnego występowania – stoki Andów w Chile. Jest żywą skamieliną, podobnie jak miłorząb, czyli gatunkiem bardzo, bardzo starym, niezmienionym od milionów lat i osamotnionym. Wszyscy bliżsi kuzyni tych drzew dawno temu przegrali swoje losy na loterii życia. Te drzewa są jak ponadstuletni człowiek, którego cała rodzina już nie żyje. Patrząc na araukarię można podjąć próbę wyobrażenia sobie wyglądu Ziemi i jej lasów przed milionami lat.


 Mamutowiec olbrzymi, czyli sekwoja olbrzymia, jest największym żywym organizmem na Ziemi: waga starych osobników przekracza tysiąc ton, a więc aby wywieźć takie drzewo, trzeba by użyć ponad 40 dużych ciężarówek zwanych u nas tirami. Długo oglądałem wojsławickiego mamutowca, dotykałem (ma grubą, czerwoną korę uginającą się pod naciskiem palców!), robiłem zdjęcia i trudno było mi odejść. Jak na nasze standardy już jest wielkim drzewem, skoro ma 30 metrów wysokości i półtora średnicy pnia, ale tak naprawdę jest maluchem, ponieważ jego pobratymcy osiągają rozmiary trudne do wyobrażenia. Jest też niemowlakiem: został wyhodowany z nasiona w 1963 roku, ma więc przed sobą dwa tysiące, albo i więcej, lat życia. Na jednym zdjęciu widać mój plecak, położyłem go dla uzyskania skali porównawczej.

 Cedrzyniec kalifornijski.


 
Liliowce.


 
Wystawy tematyczne, tutaj kolejno skały i stare narzędzia rolnicze. Na zdjęciu wagi. Pamiętam takie. Nie z muzeum, a z firm i sklepów.

 Kamienny grzyb.

 Czereśniowy sad. Oczywiście objadłem się owocami tych drzew.

Wracając, pojechaliśmy, ja i Janek, do pewnego znanego nam kamieniołomu zapolować na storczyki. Krótko byliśmy, ale udało się znaleźć ładny storczyk, mianowicie kukułkę plamistą, zwaną też storczykiem plamistym lub stoplamkiem.

 


















wtorek, 23 czerwca 2026

Drzewa, których już nie ma

 300526

Kiedyś przypadkiem znalazłem ładny zakątek ukryty wśród pól: stromy pagórek podzielony miedzami i grupy drzew na nich. Nic wyjątkowego, ale bardzo mi się to miejsce spodobało. Później chciałem je odwiedzić, i… zapomniałem gdzie jest. Ponownie znalazłem je przypadkiem, ale nie zapisałem miejsca będąc pewny swojej pamięci. Przed dzisiejszym wyjazdem przeszukiwałem swoją pamięć i foldery w laptopie, znowu bezskutecznie. Za dużo mam zdjęć, ich przeszukanie zajęłoby mnóstwo czasu, a niechętny jestem jeszcze bardziej szczegółowym zapisom. Trudno, któregoś dnia miejsce odkryję po raz trzeci. Gdzie więc jechać? Kręciłem się po mapie, w końcu pojechałem do Tokar. Na północ od tej wsi jest wiele wyjątkowo ładnych miejsc i drzew.  

Na przykład kilka wielkich lip wspierających stare drewniane krzyże i czereśnia rosnąca na zboczu malowniczego zdebrza. Poznałem ją kilka lat temu i wiele razy je odwiedzałem. Wydawało mi się, że pamiętałem, przy której miedzy mam skręcić z drogi by dojść do niej ukrytej za grzbietem, ale się pomyliłem, bo czereśni nie zobaczyłem. Wróciłem do drogi i skręciłem nieco dalej i dopiero wtedy dotarła do mnie prawda: nie pomyliłem miedzy. Skręciłem dobrze, tylko czereśni już nie ma. Piękne, duże drzewo, podziwiane w czasie kwitnienia, owocowania i przebarwiania się jesienią; drzewo, pod którym nie raz siedziałem jedząc kanapki i podziwiając widok, drzewo widoczne z drugiej strony rozległego zdebrza – znak, symbol i największa ozdoba tamtej okolicy, zostało uśmiercone. Niżej zamieszczam kilka jej zdjęć znalezionych w swoich zbiorach.



A dzisiaj stojąc na dnie zdebrza, zobaczyłem smutne, puste zbocze...
 
Byłem zły i przygnębiony. Bałem się, że to moje niezaadresowane na razie zniechęcenie przeleje się na całą okolicę, ładną i lubianą. Wtedy wspomniałem drugie drzewo, równie mi bliskie jak ta czereśnia: brzozę samotnie rosnącą pod szczytem wzgórza, z wysoką miedzą obok i rozległym widokiem wokół. Szperając gorączkowo w pamięci uświadomiłem sobie, że nie jestem od niej daleko, kilka kilometrów stąd. Sprawdziłem na mapie, ustaliłem przejście, część drogi wypadła polami, na przełaj. Godzina, raczej dwie godziny drogi – oszacowałem. Zmieniwszy plany dnia poszedłem sprawdzić, czy nadal żyje moja brzoza.






 Była, jest. Rośnie, żyje. Oczy mi załzawiły, niewątpliwie od wiatru. Zrobiłem brzozie sesję zdjęciową i podszedłem do miedzy, stałego miejsca siedzenia w czasie przerw.

Przygoda



 
Na mój widok jaszczurka wygrzewająca się na słońcu uciekła do swojej norki. Trudno, przez kwadrans będę ci przeszkadzał – pomyślałem, i usiadłem jakieś półtora metra od jej mieszkania. Z plecaka wyjąłem torbę z jedzeniem i termos, a kiedy spojrzałem w bok, zobaczyłem ją: znowu siedziała przed swoją norką. Aby jej nie spłoszyć, ostrożnie wyjąłem aparat i siedząc zrobiłem pierwsze zdjęcie. Wstałem i powoli zbliżałem aparat do gada robiąc zdjęcia. Ostatnie prztyknąłem z odległości dwudziestu centymetrów, jaszczurka nie drgnęła. Siedziała z podniesionym łebkiem, parę razy zmieniła pozycję, ale nie reagowała na moje ruchy. Kiedy odchodziłem, nadal siedziała przy wejściu.

Niech żyją obie, jaszczurka i brzoza.

Obrazki ze szlaku


 
Plantacja róż. Wcześniej poczułem zapach kwiatów niż zobaczyłem plantację. Widok dziesiątek krzewów i setek, nie, tysięcy kwiatów, jest ładny i rzadki, jednak nie widok kwiatów uczynił największe wrażenie. Ich wyraźny, ale subtelny zapach jest nieporównywalnie przyjemniejszy od zapachu perfum.



 Trybula leśna.

 
Wielka, szeroka lipa, pierwsza z czterech lip dźwigających stare krzyże na tej drodze.


 Kolejne lipy i ich krzyże.

 Wracałem zakolem, jak często gdy mam rezerwę czasu. Obok drogi wznosi stok pagóra, miedze wąskich pół skosem wspinają się po nim, biorąc na siebie różnice poziomów i w ten sposób tworząc tarasy. Jedna z tych miedz czerniała spalenizną. Będąc bliżej zobaczyłem szereg karp. Nie dość, że wycięto tyle drzew, to jeszcze spalono trawę!

 

Czasami robię skróty, niektóre nawet skracają czas przejścia, chociaż chyba częściej wydłużają. Bywa jednak tak jak dzisiaj: jedna droga kończy się na jakimś polu, a sto albo pięćset metrów dalej zaczyna się druga, pasująca mi swoim biegiem. Cóż wtedy? Ano, idę polami, krzakami, w poprzek dołów albo szukam przejścia przez strumień czy mokradło. Różnie. Dzisiaj szedłem pod górę po stoku gęsto zarośniętym nawłocią. Co prawda przejście było krótkie, a zielona gęstwina sięgała tylko kolan, ale w połączeniu ze stromizną i miękką, nierówną, chrzęszczącą od uschniętych badyli ziemią, przejście dało mi się we znaki.

 Ale na szczycie odebrałem nagrodę: ładny widok. 

 Ujmujący widok: mały krzaczek dzikiej róży z jednym kwiatem.

 

Wyciąg narciarski ale bez śniegu. Dziwne… :-)

 Droga skończyła się na polu z rzepakiem. Podniosłem ręce i przeszedłem. Spodnie i koszula są do prania po takim marszu.

 Warto było się przedzierać, dalej trafiłem na bardzo malownicze doły.

 

Naturalna przyszłość nie tylko drzewa: rozsypanie się w proch i użyźnienie gleby.


 Kontrast oświetlenia: pola i zalesione doły.


 Podleśny Zdebrz.



Kalinowy Dół.
 
Szukając starych zdjęć czereśni, znalazłem zdjęcie brzozy, której też już nie ma. Fotkę zrobiłem w maju 2022 roku.

Trasa: pola i drogi na północ i na południe od wsi Tokary.

Statystyka: na polach byłem 11 godzin i kwadrans, a przeszedłem 24 km.