Wyjeżdżając w Góry Świętokrzyskie nie miałem konkretnych planów. Ściślej mówiąc miałem jeden, obwiązujący na każdym wyjeździe: dużo przeżyć, wiele zobaczyć, jeszcze więcej poczuć w sobie. Z realizacją tego ambitnego planu różnie bywa, a w praktyce nierzadko skutkuje zmianą trasy albo takim jej ustaleniem, aby pójść za nagle obudzonymi wspomnieniami. Z tamtych lat jest we mnie garść obrazów, pamięć wrażeń które oparły się czasowi, a wśród nich wspomnienie Malinówki. Tak zapamiętałem nazwę jednej z górek świętokrzyskich. Chciałem ją odwiedzić, ale… nie mogłem jej znaleźć, mimo skorzystania z pomocy AI. Byłem przekonany o przekręceniu nazwy, jednak po powrocie mój syn zapytał, czy byłem na… Malinówce. Wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, byliśmy razem na tej górze. Skoro obaj zapamiętaliśmy taką samą nazwę górki, to… nie wiem, co myśleć. Na pewno ta zagadka może być dobrym powodem powrotu pod Kielce, a nim wyjadę, skontaktuję się z kimś dobrze znającym te góry i poproszę o pomoc.
Zapraszam na ostatnią część wędrówki po Górach Świętokrzyskich.
Obrazki ze szlaku
Informację o przełomie utworzonym przez rzeczkę Lubrzanka zauważyłem na mapie jeszcze w domu, a że takie formacje geologiczne z reguły robią dobre wrażenie, już pierwszego dnia poszedłem tam, gdzie rzeczka miała się wcinać w górę. Lubrzanka okazała się być malowniczą strugą. Miejscami wody rozlewa szeroko, a wtedy jest tak płytka, że po kamieniach przechodziłem na drugi brzeg. Klasycznego kanionu nie widziałem. Uznałem, że może ukrywa się w gęstym, trudnym do przejścia lesie. Wróciłem tam dwa dni później z mocnym postanowieniem przedarcia się przez zarośla. Zobaczyłem strome i rozgałęzione jary jako żywo przypominające roztoczańskie doły. Miejscami na czworaka, ale przeszedłem przez nie. Zdjęcia nie wyszły dobrze, niwelują różnice poziomów. Z oczywistych powodów w miejscach najbardziej stromych nie w głowie mi było wyciąganie aparatu.
Widziałem przy szlakach kamienne, masywne podstawy, a na ich bokach wmurowane tablice z kutymi napisami o treści religijnej. Na drugi czy trzeci dzień zobaczyłem gotowe już konstrukcje: rzeźby z piaskowca na owych kamiennych podstawach.
Oczywiście widziałem też klasyczne kapliczki.
Skrzyżowanie szlaków. Zamieszczam dla pokazania egzotyki lokalnych nazw. Są Mąchocice, ale i są Podmąchocice. Nadmąchocic nie widziałem. Jeśli dobrze pamiętam, w Mąchocicach był obóz harcerzy z książki Czarne Stopy.
Zgodnie z mapą między końcem jednej polnej drogi a początkiem drugiej było ledwie parę setek metrów do przejścia. Poszedłem i trafiłem na podmokłe miejsca. Zawracać? Iść na przełaj? Przede mną rozciągało się trzcinowisko, a drzewa zapowiadające suchsze miejsca były sporo dalej. Kręcąc się, niezdecydowany, zobaczyłem niewyraźną ścieżynkę i wszedłem na nią. Poprowadziła mnie przez dwie prowizoryczne kładki nad stojącą wodą. Na suchy grunt wyszedłem bez wody w butach.
Radostowa, brzozy, trzcinnik i chmury.
Pomnik poświęcony ofiarom II Wojny.
Wieża na Klonówce okazała się być dwumetrowym podestem z bardzo ograniczonym widokiem.
Lipa bez konarów. Wypuszcza gałązki, wykształca liście, chce żyć.
Skały zwane Diabelskim Kamieniem. Wiadomo, jak było: diabeł ma zwyczaj latania po Polsce i rzucania skał na pobliskie kościoły albo głowy miejscowych biskupów, ale zawsze coś mu przeszkadza, rzuca skały gdziekolwiek i ucieka w panice. Tak też było i na Klonówce.
Roślinka pod szczytem Diabelskiego Kamienia. Jak widać, nie przejmuje się ani skałą, ani jej diabelskim pochodzeniem. Znalazła garstkę ziemi, ukorzeniła się i żyje.
Widokowa ładna dróżka, a na jej końcu dowiedziałem się, że nie powinno mnie tam być.
Hotel na zboczu góry. Wielki, nowoczesny, ruchliwy, nie dla mnie.
Parking na grzbiecie wzniesienia. Widziałem ludzi parkujących samochody dla zrobienia zdjęć. Nie dziwię się: stamtąd wzrok sięga bardzo daleko. Na moim zdjęciu widać Łysicę.
Jarzębina jest wyjątkowym gatunkiem. Raz jeden widziałem las jarzębinowy, rośnie w Bieszczadach, na Bukowym Berdzie, wysoko, tam, gdzie wbrew nazwie buki już nie dają rady.
To zdjęcie zrobiłem w Bieszczadach w 2012 roku.
Podobnie jest w Górach Świętokrzyskich: widziałem małe, pokręcone jarzębiny rosnące w najdziwniejszych miejscach, także na pokruszonych skałach ledwie przyprószonych garstką ziemi. Te drzewa są dla mnie… hmm, powiedzmy: gatunkiem wskaźnikowym. Kiedy widzę ich czerwone owoce wiem, że minęła kulminacja, że czas zaczął powoli toczyć się ku jesieni.
Dwie identyczne tablice. Taka tablica i jej postawienie nie kosztują ani 10 ani 100 złotych, a sporo więcej, zwłaszcza że płaci urząd, nie osoba czy firma prywatna, bo wszyscy wtedy wiedzą, że mogą żądać znacznie wyższych cen. Czy nikt, żaden urzędas czy miejscowy „wielce ważny” polityk (przepraszam za użycie tego obraźliwego określenia) nie widzą tej pomyłki? Czy nie rozumieją ekonomicznej i organizacyjnej wymowy tego zdublowania? No i te wyliczenia kosztów: półtora miliona złotych i jeden grosz… Całość może byłaby śmieszna, gdyby nie była na nasz koszt.
W oddali zamek w Chęcinach.
Wieś w której miałem swoją kwaterę. Po prawej góra Wymyślona. Po jej drugiej stronie jest wieś Wymyślona z główną ulicą Wymyśloną.
Trasy.Statystyka: przejechałem 490 km a przeszedłem 85. Na szlakach byłem 50 godzin, pokonałem różnice poziomów o łącznej wysokości 2 i pół kilometra.














































































