Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

środa, 7 stycznia 2026

Pierwsza w nowym roku

 040126

 Słońce, niebo błękitne, kilka stopni mrozu i dość silny wiatr – tak w telegraficznym skrócie można opisać aurę dnia pierwszej mojej roztoczańskiej wędrówki w tym roku. To już szósty rok poznawania krainy łagodnych wzgórz, wąskich pół i licznych miedz.

Po godzinie wędrówki odczuwane ciepło przypomniało mi, że podwójny zestaw (po dwa podkoszulki, swetry i bluzy polarowe) jest tylko na silne mrozy, więc jeden polar upchnąłem w plecaku. Oczywiście wytłumaczyłem sobie to przeszacowanie zasadą mówiącą, że zawsze lepiej mieć na sobie za dużo ubrań niż za mało. Skoro wspomniałem o plecaku dodam, że ze zwykłym u mnie zwlekaniem i oporem w końcu wysłałem stary na emeryturę kupując nowy. Jest najzwyklejszy, niewielki, ale akuratny na jednodniowe wyjazdy, a kosztował 65 złotych. Nie wiem, doprawdy, jak producentowi opłaca się sprzedawać za tak małe pieniądze.

 Iść nie było łatwo, śnieg przykrył nierówności i w rezultacie poślizgnąłem się wiele razy, ale udało mi nie przewrócić; kije były dzisiaj bardzo pomocne. Przeszedłem 12 kilometrów, czyli niewiele, ale biorąc pod uwagę warunki, dystans śmiało mogę powiększyć do dwudziestu. Raz czy dwa widziałem delikatnie niebieski odcień śniegu w cieniu, a w słońcu czystą, równie lekko zaznaczoną żółć – rzadki, piękny i długo pamiętany widok.  
Na zdjęciu nie widać tych delikatnych barw, ale ja je tam widziałem. Są też na nim liczne ślady zwierząt. Widziałem je wszędzie, a w niektórych miejscach dosłownie ścieżki wydeptane łapami i racicami. Na zaśnieżonych polach znajdowałem ślady posilania się zwierząt oziminą, a jedną sarnę złapałem w kadr. Zatrzymałem się wiedząc, że jeśli będę stał nieruchomo, zwierzę podejdzie bliżej. 

 


Szła na mnie rozglądając się wokół siebie, a gdy w końcu zauważyła mnie, chwilę patrzyła nim spokojnie, bez paniki pobiegła. Szkoda. Gdyby sarny podchodziły do mnie, kupiłbym większy plecak i przed wyjazdem na wędrówkę odwiedzał sklep warzywny.


 

Widziałem zimę jak z pocztówki, zimę skrzącą się w słońcu, białą, czystą, pod błękitnym niebem. Widziałem malownicze zaspy przy miedzach, a dla mnie są one jednym z symboli zim pamiętanych z dawnych lat. Widziałem na polach nienaruszone obcymi śladami płaskorzeźby utworzone przez wiatr w stwardniałym śniegu. Stałem u podnóża wzgórza, patrzyłem pod słońce na wznoszące się pole i z autentycznym podziwem obserwowałem pędzącą wprost na mnie śnieżną kurzawę rzeźbiącą labirynty wąwozów i muld w śniegu pokrywającym pole. Była lśniąca, prześwietlona słońcem, zjawiskowa. Ustawiłem aparat, zaczekałem chwilę i włączyłem nagrywanie gdy u szczytu zobaczyłem kolejną kurzawę. Jak to zwykle bywa, film nie oddaje pełni urody natury.  
Tam stałem na wietrze mrużąc oczy od słońca, a widziałem białą mgiełkę pojawiającą się na szczycie i pędzącą wprost na mnie niczym uosobiony Boreasz tworzący w białej płaszczyźnie śniegu swoje płaskorzeźby. Minął mnie nie zauważając i pognał na dno doliny.

 Przekraczając miedzę zobaczyłem na krzewie tarniny wyjątkowo duże owoce. Późną jesienią i na początku zimy zawsze je próbuję, ale z reguły są cierpkie albo wyschnięte. Te były winno-słodkie, soczyste, aromatyczne. Zjadłem ich dużo i zjadłbym więcej gdyby nie przemarznięta ręka. Czy ktoś wie, jak cudnie rubinową barwę ma sok z tych śliweczek?


 Odwiedziłem znane mi dziwne pole. Jeśli przyjrzeć się rzeźbie terenu, widać wyraźnie, że w miarę równą jego płaszczyznę uzyskano niwelując maszynami znaczne nachylenie zbocza wzgórza. W rezultacie pole z jednej strony ograniczone jest skarpą, z drugiej nagłym uskokiem i głębokimi dołami. Przypomniała mi się rozmowa sprzed paru laty z miejscowym rolnikiem, opowiadał o karczowaniu drzew na zboczu wzgórza przez jego dziadka chcącego mieć dodatkowe pole pod zasiew. Teraz tamto pole ponownie zarasta, nieuprawiane, ponieważ jego nachylenie uniemożliwia wjazd kombajnu.

 Na szczycie pionowej lessowej ściany utworzonej spychaczem tkwi pniak po ściętym drzewie, a niżej widać gruby ucięty korzeń; z kikuta wyrasta nowe drzewko, dwa metry poniżej macierzystego i tyleż poniżej pierwotnego poziomu gruntu. To wyjątkowe drzewo, bo wyrastające nie z karpy nadal tkwiącej na swoim odwiecznym miejscu, a w tam, gdzie bez interwencji człowieka byłoby podziemie.

Obrazki ze szlaku

 Kotki leszczynowe, czyli kwiatostany męskie. Śpieszy się im bardzo do zapylania. 


 
Wielopienna lipa. Zwróciła moją uwagę nie tyle ilością pni, co ich strzelistością i gładkością, a to po niedawnym oglądaniu dużej alei starych, kostropatych lip pod Lublinem. Niżej zamieszczam ich zdjęcie. Co za odmienność morfologiczna! Chociaż… czy nastolatek będzie podobny do siebie mającego 90 lat?



 Leszczynowe doły. Przechodziłem obok nich parokrotnie, ale dopiero dzisiaj zdecydowałem się wejść w głąb, między stożkowate pryzmy lessu. Im dalej, tym ładniej tam było, a na koniec musiałem przeciskać się między pniami zwalonych drzew.








 

Zimowe obrazy.

 



W odwiedzinach. 





 Przemiana popołudnia w wieczór.

Trasa: pola pod Turobinem na zachodnim Roztoczu.

Statystyka: w 9 godzin przebrnąłem 12 km.

 















 

2 komentarze:

  1. Krzysiek, po karuzeli, to jest najlepsze sanatorium.
    A teraz podzielę się s Tobą pewnym stwierdzeniem, które znalazłem w necie.
    Jeśli chcesz wierzyć, że świat jest okropny, oglądaj wiadomości.
    Jeśli chcesz wierzyć, że świat jest niesamowity, idź na łono natury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Celne!
      Czytanie wiadomości jest bardziej skuteczne w pozbawianiu wiary w ludzi niż praca w lunaparku, dlatego ich nie słucham. Janku, pada śnieg. Pojechałbym na włóczęgę, ale samochód mam w naprawie. Może w niedzielę uda się, wtedy potwierdzę słuszność cytowanego stwierdzenia.

      Usuń