04 i 070326
Dwa ciepłe i słoneczne dni na Roztoczu. Nie potrafię spokojnie siedzieć w domu widząc błękitne niebo za oknem. Od ponad tygodnia świeci słońce, więc częściej wyjeżdżam starając się napatrzeć na słoneczne krajobrazy.
Niewiele poznałem nowych dróg, ale przypomniałem sobie te, które widziałem parę lat temu i odwiedziłem kilka wspominanych miejsc.
Na przykład ten urokliwy dla mnie zakątek. Znam go dobrze, ale przecież im lepiej znam miejsce, widok, drzewo czy drogę, tym więcej nici wspomnień mnie z nimi wiąże, a wtedy częściej wracam. Aby to miejsce lepiej zobaczyć, trzeba zejść z drogi na pole. Idąc nim przypomniałem sobie o samotnej brzozie rosnącej po drugiej stronie drogi; obejrzałem się i ją zobaczyłem. Jest, żyje. Nie jest po prostu zwykłym drzewem, jest jednym z dziesiątek znajomych drzew rosnących tutaj, na Roztoczu, i daleko stąd, w Sudetach. Są pamiętane, czasami wspominane, a bywa nawet, że specjalnie odwiedzane. Dla mnie są w pewien sposób wyjątkowe.
Droga, a przy niej duże rozlewisko wód roztopowych. Nic wyjątkowego, ale przecież w ostatnie lata rzadko widujemy takie chwilowe stawy zalewające pola. Zatrzymałem się i patrzyłem poruszony nagle wzbudzonymi tym widokiem wspomnieniami z dawnych lat. Kiedyś, dzieckiem będąc, badałem ich głębokość brodząc w gumiakach albo jeździłem po nich gdy zamarzły. Szczęśliwe dzieciństwo nic nie wiedzące o biedzie tamtych lat.
Na szczycie wzgórza górującego nad wsią Wólka Batorska mam swoje ulubione miejsce widokowe. Byłem na nim parokrotnie, ale ostatni raz ponad rok temu, może dwa lata. Pamiętałem, że w pobliżu zaczyna się ładna zielona droga, która kiedyś zauroczyła mnie swoją urodą, a niewiele dalej widziałem przy drodze mnóstwo kwitnących goździków kropkowanych. Chciałem odwiedzić te miejsca i dlatego wybrałem taką trasę drugiego dnia wędrówki. Widok wioski ze wzgórza i zieleń drogi były inne od tych widzianych u progu lata, a kwiatów oczywiście nie było ni śladu, ale mimo tych różnic miejsca na swój sposób były takie, jakimi je zapamiętałem.
Szedłem wioskową ulicą, mijałem obszczekujące mnie psy i zadbane, najczęściej ładne domy, a przy końcu wsi zobaczyłem pola biegnące od ulicy aż hen, po odległy horyzont. Poczułem wtedy tęsknotę. Zwykłe u mnie odczucie budzone widokiem dali, ale w tej chwili byłem nim nieco zaskoczony – wszak od rana do wieczora szedłem ku horyzontowi. Zatęskniłem więc za czymś, co, zdawałoby się, właśnie przeżywam. A może jednak nie? Inaczej pytając: za czym tak naprawdę tęsknię? Swoim zwyczajem zastanawiałem się, i doszedłem do wniosku, że w tamtej krótkiej chwili chciałem być w miejscu, w którym nie ma możliwości bycia: tam, gdzie patrzyłem, gdzie niebo dotyka ziemi.
Wspomnę jeszcze o dwóch ładnych miejscach widzianych drugiego dnia. Nie są w żaden sposób wyjątkowe, a nawet można je nazwać tuzinkowymi; teraz pomyślałem, że może właśnie dlatego zwróciłem na nie uwagę. To, co niepozorne, ciche, ukryte za fasadami, tkwiące na uboczu, bywa zaskakująco pełne treści, wartościowe i ładne.
Czasami łagodne, równe i długie zbocza zaoranych pagórów jakby ożywiają się, budzą ze snu i nagle załamują swoje linie, opadając w miniaturową, nierzadko zalesioną, dolinkę tworząc w ten sposób zakątek malowniczy i zaskakujący urozmaiconą morfologią.
Drugi widok też jest bardzo charakterystyczny dla Roztocza, to nagle wypiętrzająca się miedza i drzewa na niej, a czasami i kępki albo całe pasy tarniny.
Nic wyjątkowego, więc nie wiem, dlaczego skręcam ku takim miejscom i dlaczego z ukontentowaniem patrzę na nie.
Obrazki ze szlaku
Moje drogie drogi.
Drugiego dnia wędrówek tak się dziwnie składało, że chcąc zrobić zdjęcie, nader często słońce świeciło mi w obiektyw.
Lessowe skarpy i drzewa na nich.
Cóż to za pobojowisko? Pole po zbiorze kukurydzy.
Cztery stare czereśnie. Zwróciłem uwagę na te rosochate, czarne, zamarłe drzewa, ponieważ zobaczyłem je takimi, jakie będą już za dwa miesiące: wystrojone bielą swoich kwiatów i buczeniem pszczół.
A te pracowite i wykorzystywane przez nas owady widziałem dzisiaj i słyszałem. Latały nad kwitnącą leszczyną stojącą w słońcu, w miejscu osłoniętym od wiatru.
Gospodarstwo na Roztoczu. Ładne, zadbane, dość zamożne. Nie dajmy go zniszczyć przez owładniętych manią biurokratów.
Bazie, drugi po leszczynowych kotkach ślad przedwiośnia.
Dwa małe domki. Ten dalszy jest odnowiony i najwyraźniej pełni funkcję domku letniskowego.
Wiedziałem przecież, ale w tamtej chwili zapomniałem, że o ile łachami śniegu dobrze się idzie po mokrym polu, to tuż przy nich ziemia jest grząska; zapomniałem i w rezultacie wpadłem w błoto po kostki.
Samotna sosna. Na drogę biegnącą obok skręciłem specjalnie, po oszacowaniu czasu potrzebnego na dojście do samochodu i czasu do zmroku. Często tak robię chcąc wypełnić cały dzień. Widok i kolorystyka zdjęć spodobały mi się. Fotki zrobiłem tuż po zachodzie słońca.
Śmieci przy drodze. Opowiem zadziwiającą historię. Otóż spotkałem dwóch… nie, to nie byli mężczyźni, powiedzmy, że dwie istoty. Oddałem im pewną przysługę, a w rewanżu spełnili moją prośbę. Otrzymałem urządzenie służące oddawaniu własności. Brzmi dziwnie, prawda? Oni też byli dziwni. Ich urządzenie działa prosto i niezawodnie: nakierowuję je na rzecz, którą chcę oddać właścicielowi, urządzenie przeprowadza dogłębną analizę, łącznie ze śladami kodów DNA i Bóg wie czego jeszcze, i… i już. Rzeczy są unoszone tajemną siłą i trafiają do swoich właścicieli, a ściślej: do ich mieszkań. Super się sprawdza przy oczyszczaniu przydroży ze śmieci, a ma tylko jedną jedyną wadę: nie ma czegoś takiego. A tamte istoty? Miały wielkie głowy, zieloną skórę i po sześć palców, dlatego podejrzewam, że byli po prostu kosmitami. Bredzę? Nie, marzę.
Wąwozy.
Wólka Batorska.
Późne popołudnia i zachody słońca. Nasza gwiazda zaszła kilka minut po 17, a więc blisko dwie godziny później niż w końcu grudnia. Dobra nasza!
Cudna, intensywnie kolorowa i czysta, łuna zachodu.
Trasa pierwszego dnia: między Zdziłowicami Trzecimi a Anatolinem na zachodnim Roztoczu.
Statystyka: przeszedłem 25 km, będąc na szlaku 10 godzin. Nie szedłem dla dystansu, po prostu szedłem. Zwykle skręcam na pola widząc ładne miejsca, czasami kręcę się po nich dłuższy czas, a niewiele wtedy przybywa kilometrów. O tej porze roku pola są jeszcze zbyt mokre, ale drogi gruntowe podeschnięte, więc trzymam się ich, a wtedy dość szybko przybywa kilometrów. Dla mnie, siedemdziesięciolatka, ważny i satysfakcjonujący jest brak skutków na drugi dzień. Rano wstaję nie czując wczorajszych kilometrów i pokonania dwustu lub trzystu pięter przewyższeń. Jeśli nie powali mnie ten podstępny i nieubłagany Parkinson, jeszcze trochę kilometrów przejdę.
Trasa drugiego dnia: wokół Wólki Batorskiej, zachodnia część Roztocza.
Statystyka: na polach byłem 10 godzin, a przeszedłem 21 km.


































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz