Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

piątek, 16 października 2026

Sudety jesienią, cz. II

 260926 do 011026

Na zboczu Bielca, kaczawskiej górki wznoszącej się nad Wojcieszowem, jest nieczynny kamieniołom „Gruszka”. Dziwna nazwa dla kamieniołomu, nieprawdaż? Na moje pytanie o etymologię, odpowiedzi udzieliła mi AI Google:

»Nazwa kamieniołomu „Gruszka” na wzgórzu Bielec w Wojcieszowie (Góry Kaczawskie) pochodzi bezpośrednio od nazwiska dawnych właścicieli tego terenu – braci Gruschka. Choć współcześnie nazwa kojarzy się ze znanym owocem, jej geneza jest typowym przykładem polonizacji dawnego miana własnościowego. (…) Po II wojnie światowej fonetycznie brzmiące nazwisko naturalnie przekształciło się w polską „Gruszkę”.«

Wiele ładnych miejsc w górach ma cechę stopniowego odkrywania swojej urody. Przy każdym powrocie poznaje się nowe szczegóły, widoki, zakątki. Miejsce wydaje się ładniejsze, więc wracamy ponownie, tworząc w ten sposób nić emocjonalną z miejscem, a ta nie pozwala na zapomnienie. Wprost przeciwnie: przyspiesza powroty. Wracamy już nie tyle do atrakcyjnej doliny czy góry, a do miejsca lubianego, swojskiego, znanego, do miejsca budzącego wspomnienia. Mam takie w Sudetach, odwiedzałem je po pięć, po dziesięć razy i wcale nie czuję przesytu. Czy wracając do siebie, albo spotykając przyjaciela, można poczuć przesyt? Kamieniołom Gruszka jest na dobrej drodze do stania się takim sudeckim przyjacielem. Tego dnia byłem tam po raz… bodajże trzeci, i jeśli tylko Prządka pozwoli, nie ostatni. Poznałem nowe ścieżki i widoki, zwróciłem uwagę na przeoczone albo niedocenione szczegóły, słowem: kamieniołom zobaczyłem ładniejszym.

 Są tam cztery łatwo dostępne poziomy, z których widoki na sam kamieniołom i okolicę zmieniając się w sposób jakże charakterystyczny dla gór. Pierwszym jest dno wyrobiska, dwa wyższe to płaskie równe półki kiedyś umożliwiające łamanie kamienia na wysokiej ścianie, teraz zmienione przez czas i przyrodę w urocze zielone zakątki zdobione brzózkami. Najwyższym poziomem jest zaznaczony na mapach punkt widokowy pod szczytem wzniesienia, jednak widoki z niego mam za mniej atrakcyjne niż z wielu miejsc poniżej. Nawiasem mówiąc dość często najładniejsze widoki nie są z miejsc zaznaczonych w przewodnikach, a w innych, anonimowych, częstokroć nieznanych.

Stałem na wyższej półce, blisko krawędzi przepaści. Czułem charakterystyczne mrowienie w nogach – reakcję mojego organizmu na bliskość urwiska – ale trudno było mi się odsunąć od krawędzi będącej granicą. Oto zielona swojska ziemia nagle, w pół kroku, urywa się, a dalej jest przepaść, nicość, przestrzeń, powietrze.

Usłyszałem rozmowę, obejrzałem się i zobaczyłem parę idącą szlakiem w odległości ledwie kilkunastu kroków od miejsca z pięknymi widokami. Schodzili ze szczytu, z punktu widokowego, i zmierzali w dolinę, wszak byli już w miejscu zaznaczonym na mapach więc wracali. Zawołałem ich, podeszli i byli mile zaskoczeni widokami.

Mała polanka na wyższym poziomie nieco dalej zwęża się do ścieżki przekraczającej osypisko. Parę lat temu podszedłem do tego miejsca, ale widząc pochylony piarg cofnąłem się, dzisiaj nawet nie myślałem o przejściu. Owszem, byłem po drugiej stronie, ale doszedłem tam idąc z przeciwnego kierunku.

 Ślicznie wyglądają brzózki rosnące na skałach.
 Jedząc kanapki obserwowałem skałkowców. Ich spokój, pewność swoich umiejętności i używanego sprzętu, zrobiły na mnie dobre wrażenie.
 Zapraszam na fotograficzną wędrówkę po kamieniołomie Gruszka.
 Obrazki ze szlaku

Bele siana zostawione między drzewami. Będą tam leżeć wiele lat, coraz bardziej czarne i brzydkie, nim znikną zamienione na glebę, ale opinająca je siatka plastikowa zostanie na dziesięciolecia.

Stary wapiennik, kiedyś miejsce niewyobrażalnie ciężkiej pracy ludzi, teraz jest turystyczną atrakcją i punktem widokowym. Widok z niego jest... w pobliżu są ładniejsze.

 Rozsypane ziarna. Można byłoby upiec z nich kilka bochenków chleba. Nikt ich nie zbierze ponieważ to się nie opłaca, a ja pamiętam żęcie zboża kosą i zwyczaj znaczenia krzyżem bochnów chleba przed odcięciem pierwszej kromki. Pamiętam i dlatego zatrzymuję się w takich miejscach, patrzę na zmarnowane ziarno i czuję żal pomieszany ze złością.

 Widziałem krzewy dzikich róż, tarnin, jarzębin i głogów z wielką ilością owoców. Bywało, że z pewnej odległości krzewy nie były zielone, a czerwone, pomarańczowe bądź szarogranatowe. Ten mały krzaczek tarniny o pniu wielkości ołówka zrodził kilkanaście owoców.

Gdziekolwiek byłem, każdego dnia po wielekroć pokazywała mi się Śnieżka, Pani na Sudetach. Czasami niespodziewanie, czasami w zaskakującym towarzystwie.

Tutaj wznosi się nad Gostkowem, wioską w Górach Wałbrzyskich.

 Na zboczu pewnej górki zobaczyłem ją nad krzewem dzikiej róży.

 Z podnóża Dudziarza zobaczyłem Śnieżkę nad szczytami Sokolików.

 Malowniczy widok z górnej krawędzi przełomu Czyżynki, a w głębi Ona.

 Chodząc po rozległych stokach Łysicy, za odległą towarzyszkę miałem Śnieżkę.


Miejsca moich wędrówek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz