140618
Brałem
czas za rogi i mocowałem się z nim jak Ursus z bykiem, ale im
mocniej zaciskałem dłonie i bardziej się sprężałem, czas
okazywał się szybszy i silniejszy. Ostatnio przyszła mi do głowy
zupełnie odmienna metoda radzenia sobie z nim; metoda dokładnie
odwrotna.
Po pracy
biorę prysznic i siadam nic nie robiąc. Tak, wiem: mam do napisania
dwa listy, czekają odpowiedzi na blogu, powinienem zadzwonić do
kogoś, skończyć prace nad tekstem drugiej książki, ale to
wszystko później. Może poczytam teraz? Może zajrzę tu i tam, tak
niezobowiązująco? Siedzę i czuję charakterystyczne odpływanie:
myśl uwalnia się z więzów mojej woli i szybuje gdzieś, a ja nie
zawracam jej, a po prostu patrzę gdzie mnie wiedzie. Wczoraj
podniosłem poduszkę i półsiedząc czytałem książkę wiedząc,
że w tej wygodnej pozycji szybko zacznę drzemać. Drzemałem, a
zbudziwszy się nie ganiłem się za stracony czas, a z lubością
przeciągałem na swoim wielkim łożu. Było mi fajnie.
Na razie
próbuję metody i słucham siebie, czy przypadkiem nie odezwie się
we mnie ten, który zawsze gonił czas. Milczy, ale ja go znam i
wiem, że łatwo z nim nie wygram.
Ano,
zobaczymy kto komu da radę.
W kilka dni
później.
Przegrałem
potyczkę.
Od wielu
lat mam poczucie tracenia czasu gdy oglądam film, biorę udział w
nieciekawych rozmowach, takich zwykłych pleple przy stole, czytam
bieżące informacje podawane w popularnych mediach, a nawet gdy
czytam książkę z gatunku łatwych i przyjemnych.
W ramach
walki z moją walką o czas uznałem, że mógłbym obejrzeć film. Z
pierwszego wybranego zrezygnowałem po kwadrancie, z drugiego jeszcze
szybciej, trzeci wyłączyłem w połowie. Wszystkie wydały mi się
nieciekawe, takie „pleple”. Dzisiaj wspomniałem Matrixa, film,
który kiedyś podobał mi się, a że nie znam zupełnie nowości,
nie chcąc znowu błądzić, wybrałem powtórkę, film sprawdzony.
Po trzydziestu minutach, mimo iż oglądałem go z ciekawością,
wyłączyłem. Skończę na raty – postanowiłem – wszak Marek
Aureliusz czeka, a jeszcze parę słów o wcześniej przeczytanej
książce powinienem napisać.
To jest ta
przegrana, którą właściwie można uznać za wygraną. A może
tylko się tłumaczę ze swojego przymusu gonienia czasu?
Coraz
częściej myślę o drodze. Wspominam te najpiękniejsze, zalotnie
uśmiechające się, radosne, ale przecież chciałbym widzieć
niechby chmurną i bez kolorów, byle była przy mnie i gasiła
tęsknotę. Wiele razy próbowałem słowami wyrazić swoją potrzebę
drogi i jej wołanie, ale jak w słowa ubrać coś, co bez nich się
obywa? Czym tak naprawdę jest to tajemne pragnienie, tak
nieuchwytne, a przecież tak silne?
Znam
uzasadnienia filogenetyczne, rozumiem praźródła pragnienia drogi
tkwiące w nas samych, ale tutaj – i nie tylko – objawia się we
mnie wyraźna ambiwalencja: z ciekawością poznaję tajniki nauki,
wiele dla mnie znaczy wiedza, za oczywisty mam związek z widzeniem
świata ładniejszym, bardziej złożonym i ciekawszym, ale
jednocześnie gdy czytając o człowieku dotrę do jądra jakiejś
naszej cechy czy skłonności, budzi się we może nie bunt, ale coś
bliskiego. Coś objawiającego się przekonaniem, takim cichym,
niewyrażonym nawet w myśli, o istnieniu drugiego jądra, drugiej
prawdy, może nawet głębszej i – co najważniejsze – mojej,
tylko mojej, bo zależnej li tylko od mojego ducha, a nie uwarunkowań
istniejących poza mną. Często zdaję sobie sprawę z bezradności
takich myśli wobec faktów, ale nadal są mi bliskie i potrzebne.
Sztuczne,
wydumane, intelektualne problemy? Może i tak, ale to najprawdziwsze
moje życie i dlatego tkwi w nich wartość trudna do przecenienia.
Jak i w ich odległości od świata, w którym spędzam większość
swojego czasu.
180618
Więc
„Rozmyślania” Marka Aureliusza.
Dzielę je
na trzy grupy:
Pierwsze są
celne, odkrywcze i mądre – takie, pod którymi stawiam wykrzykniki
i podkreślenia. Drugie uznaję za ciekawe i warte zastanowienia dla
ich zgłębienia. Z trzecimi się nie zgadzam, a przy kilku czuję,
że mój wizerunek Marka-mędrca traci na wartości. Niżej swobodny
wybór cytatów przynależnych do trzech grup i moje komentarze. Nie
są specjalnie wnikliwe czy odkrywcze, pisane były na bieżąco i są
jedynie echem słów autora odbitych w moim wnętrzu.
„Pożądać
niemożliwości – jest szaleństwem. A niemożliwe jest, by ludzie
moralnie źli nie popełniali nic takiego.”
„Cała
doczesność – to punkcik wieczności. Wszystko małe, zmienne,
znikome!”
Jakbym
Koheleta czytał, co
właściwie nie powinno dziwić, ponieważ ich obu sporo łączy –
ponad wszystkim, co dzieli.
„Co
nie jest pożyteczne dla roju, i dla pszczoły nie jest pożyteczne.”
Czy na
pewno można odnieść to spostrzeżenie i do ludzi? Bo że do
pszczół to i owszem, ale w istocie znaczy to tyle, co powiedzenie
wprost, że jednostka się nie liczy. Budzi to we mnie niemiłe
skojarzenia z niedawnymi dziejami ludzkości, ale tutaj powinno się
znajdować tylko ślad myślenia obywatelskiego – jak w wielu
miejscach „Rozmyślań”. W innym miejscu autor odmienia
powiedzenie stosując je do nas:
„Co
państwu nie jest szkodliwe, nie przynosi szkody i obywatelowi.”
Cóż,
tutaj uwidacznia się zmiana w pojmowaniu państwa – skutek wieków
nas dzielących.
Niżej
zmiana jest wyraźniejsza:
„Czyż
nie jasne, że niższe istoty stworzone dla wyższych, a wyższe dla
siebie nawzajem?”
Obok
poniższego fragmentu napisałem słowa „O, nie!” – odruchowy i
bezradny protest.
„I
chętnie przyjmuj każde wydarzenie, chociażby się zdawało zbyt
przykre, bo ono prowadzi tam, prowadzi do zdrowia wszechświata, do
powodzenia i pomyślności Zeusa. Nie byłby on bowiem tego nikomu
nadarzył, gdyby to nie było zarazem darem dla całości. (…) Dla
dwu więc powodów należy z miłością przyjmować to, co się
wydarza: po pierwsze dlatego, że tobie się to stało i tobie
zostało zlecone i do ciebie w jakimś pozostawało stosunku,
sprzężone z tobą od wieków, z przyczyn przedwiecznych, po wtóre
zaś dlatego, że dla zarządcy świata jest i to, co jednostkom się
wydarza, czynnikiem powodzenia i doskonałości wszechświata, a –
na Zeusa – nawet samego istnienia. Kaleczy się bowiem całość,
gdybyś nawet w drobnostce przerwał związek i spójnię tak cząstek
fizycznych, jak i przyczyn. Przerywasz zaś – o ile to w twej mocy
– jeżeli się czujesz z czegoś niezadowolonym i jakoby
niweczysz.”
Fascynuje
mnie i jednocześnie przeraża wizja wszechświata, w którym
jesteśmy maleńkim trybikiem mającym obrócić się tak, jak nasz
twórca ustalił, nawet kosztem swojego rozsypania się. Stoickie
poddanie się temu, co nie od nas zależne – owszem, ale tutaj
podane w
sposób nie do przyjęcia przeze mnie, ponieważ odzierający mnie z
podmiotowości, woli i godności – na chwałę boga i jego zamysłów
oraz szczęśliwości wszechświata. Jakbym jednocześnie czytał
słowa stoika, chrześcijańskiego filozofa, buddyjskiego
myśliciela
i scenariusz działań głównego komputera w filmie „Matrix”.
Nie
wyobrażam sobie jakiegokolwiek mechanizmu fizykalnego wszechświata,
który doznać mógłby szkody na skutek mojej niezgody na wydarzenia
złe. Jeśli uwzględnić sprawcę, inicjatora zdarzeń we
wszechświecie, to jedno z dwojga: albo nie interesuje go los tych
ludzkich zębatek, albo, jeśli przyjmie się za pewnik miłosierdzie
stwórcy,
łatwo dochodzi się do sprzeczności. Nie przekonują mnie
tłumaczenia ludzi wierzących w boską nieingerencję dla zachowania
nienaruszalności ludzkiej woli, ponieważ nadal zostaje otwarta
kwestia tsunami, wirusów i
innych kataklizmów najzupełniej
niezależnych od ludzi.
Podejrzewam,
że Marek nie rozpatrywał tych zagadnień, ponieważ jego
rozumowanie biegło innym torem, nieznanym mi. Nie piszę, że
błędnym, a nieznanym. Dość mi jednak przeczytanego, by poczuć w
sobie ostry protest. To, co jednostce się wydarza, ma być
czynnikiem powodzenia i doskonałości wszechświata.
To
jego słowa. Jak je zrozumieć, żeby móc chociaż trochę zbliżyć
się do jego rozumowania, skoro wymowa tych słów poraża?
Dobrze
byłoby prześledzić rozwój myśli Marka doprowadzających go do
tego miejsca. Niżej znowu o wszechświecie. Właśnie w takich
spostrzeżeniach znajduję drogę do stoickiej niezależności wobec
życiowych kłopotów.
„Składam
się z pierwiastka przyczyny i tworzywa. Ani jedno, ani drugie nie
marnieje w nic, tak jak nie powstało z niczego. Każda więc moja
cząstka przez przemianę przejdzie w jakąś cząstkę wszechświata.
A owa znowu w inną jakąś cząstkę wszechświata się zmieni. I
tak w nieskończoność.”
W innym
miejscu zwróciłem uwagę na ciekawą i niepozbawioną logiki
definicję dobra i zła. Marek pisze o skutkach wybrania przez nas za
dobro czegoś, co jest niezależne od nas: że takie wybory prowadzą
do niezadowolenia z bogów i nienawiści do ludzi.
„Ale
gdy osądzimy jako dobro i zło to tylko, co od nas zawisło, to nie
ma żadnego powodu ani żalić się na bogów, ani w
nieprzyjacielskim pozostawać do ludzi stosunku.”
Tutaj
podobna myśl:
„Zawsze
masz możność żyć szczęśliwie, jeśli pójdziesz dobrą drogą
i zechcesz dobrze myśleć i czynić. Dwie są bowiem cechy wspólne
duszy boga i człowieka, i wszelkiego stworzenia obdarzonego rozumem.
A te są, że nie ulega przeszkodzie z niczyjej strony i to, że
znajduje dobro w usposobieniu i działaniu pełnym sprawiedliwości i
że na tym poprzestaje w swoim dążeniu.”
„I
pamiętać o tym, że wszystko, co jest poza granicami twej istoty
fizycznej i duchowej, ani do ciebie nie należy, ani od ciebie nie
zależy.”
Jednym z
fundamentów jego stosunku do świata i życia jest wiara w bogów
kierujących ludzkim życiem.
„Jeżeli
bogowie uradzili coś o mnie i o tym, co mnie ma spotkać, to
uradzili dobrze. Niełatwo bowiem wyobrazić sobie boga niezdolnego
do mądrego postanowienia. A z jakiego też powodu mieliby dążyć
do wyrządzenia mi krzywdy?
Najwyraźniej
wiary tej Marek nie podaje w wątpliwość, istnienie bogów
ustalających ludzki los przyjmując jako pewnik. Nieco niżej
przychodzi mu do głowy myśl określana przez niego jako bezbożna,
o bogach nie podejmujących w stosunku do nas żadnych postanowień.
Cóż wtedy?
„Jeżeli
rzeczywiście nie przedsiębiorą postanowień w żadnej sprawie,
która nas dotyczy, to ja mam władzę postanowienia sam o sobie.
Mogę cenić to, co mi jest pożyteczne.”
Co
wybiera? Wybiera to, co pożyteczne jest dla państwa. Rzymianin do
ostatniej kosteczki.
Słowa o
powinnościach społecznych i obywatelskich powracają w wielu
miejscach.
„Życie
krótkie, a jedyny owoc życia ziemskiego to pobyt na ziemi zbożny i
prace obywatelskie.”
„Nie
przestaniesz cenić i wielu innych rzeczy? To nie będziesz ani
wolny, ani zadowolony z siebie, ani panem namiętności.”
Prawdziwości
tych słów doświadczyłem na sobie. Kiedyś straciłem wszystko, co
miałem w świecie materialnym. Będąc na dnie ubóstwa poczułem…
wyzwolenie. Wolność i
ulgę.
Później znowu zacząłem obrastać w dobra, ale ślad tamtej chwili
został we mnie i zachował swoje oddziaływanie.
Na koniec
refleksja ogólniejszej natury:
Głębokie prawdy brzmią jak banały. Fakt obiektywny, czy paskudne znamię
naszych czasów?
„Najlepszym
sposobem obrony jest nie odpłacać pięknym za nadobne.”
„A
szczęśliwy los – to dobre drgnienie duszy, dobre skłonności,
dobre czyny.”
Dobro jest
wypełnieniem ludzkiego celu – to myśl Marka napisana moimi
słowami.
Metoda nic nie to robienia i zachwytu nad nią jest dla mnie doskonała. Ciężko mi ją niekiedy praktykować lecz wiem, źe to ona daje mi siłę, energię. Właśnie to wielkie NIC. Dla mnie oznacza odrzucenie przymusu, rezygnacje z wszelakich konieczności i podążanie za sygnałami z ciała płynącymi. Takie „odgruzowywanie” siebie. Nie wiem, czy to dobre, czy złe, do czego prowadzi lecz niekiedy sił już brakuje. Najczęściej kończy się to porządnym wysłaniem, takim, ktore nazywam „smacznym” i wtedy tyle rzeczy mi się chce, a inne same rozwijają swoje chodniki, którymi łatwo podążać. Szybko spisuje co i kiedy, a potem wystarczy tylko zrobić błyskawicznie i co najdziwniejsze czas się rozszerza, wydłuża.
OdpowiedzUsuńWiesz, te rozmowy ple, ple, zaczynam je również cenić. Czasem ich unikam (no dobrze - postępuję tak często i irytuję się w trakcie), lecz od dawna ćwiczę się w płynięciu z nimi, reagowaniu, odpowiadaniu, nie bagatelizowaniu. W końcu w każdej z tych sytuacji jestem ja sama. Próbuję, są i porażki i małe zwycięstwa - dzisiaj udało mi się sprowokować kolegę (była to prowokacja poprzez podanie przykładu) do wymyślenia zdania, ktore byłoby prawdą, a nie kłamstwem na użytek konieczności wypełnienia bzdurnego punktu. Dlaczego?, ponieważ jest rubryka i trzeba ją wypełnić, czyli napisać co bądź. Przy czym okazało się, że nawet nie wiadomo kto te rubrykę stworzył. Jak zwykle ręce opadają, robić coś, żeby robić.
Droga to dla mnie problemy nie wydumane. Droga to moje życie, chce aby było na tyle spełnione na ile mogę wpływać, kontrolować jego przebieg. To nie jest łatwe. Zdaję sobie sprawę, źe na wiele rzeczy po prostu nie mam wpływu lecz i tak staram się zajmować stanowisko. Dotyczy to kwestii związanych z polityką mojego kraju, sprawami globalnymi i tymi na moim podwórku. I tak niewiele robię tj. w gruncie rzeczy zajmuję się sobą, lecz to też jest istotne, ponieważ jeśli mam być sobą i zajmować jakieś stanowiska to chce wiedzieć za czym się opowiadam i dlaczego.
Aureliusz był bardzo mądrym człowiekiem lecz rozpatrywał sprawy w swoich czasach. Może dlatego nie wszystkie są dostępne, przydatne, aktualne w naszym bytowaniu?
Ta z rojem pszczół zdaje mi się interesująca. Obecnie przechył jest w kierunku indywidualizmu i niewielu dba o dobro wspólne, a ono jest tworzywem naszej rzecyzwistości. Z kolei podziałowi na istoty wyższe i niższe jestem (jak się domyślasz) głęboko przeciwna. Podobnie jest z akceptacją losu. Skrajny determinizm mnie odrzuca. Zgadzam się i jednocześnie buntuję, gdyż silnie wierzę w nasz, możliwy wpływ i to niezależnie od końcowego wyniku - czy nam się udało czy nie. Popatrz, nawet słowo „udało” wskazuje na niepewność. Czytam ostatnio wspaniałą lecz trudną książkę Małgorzaty Jacyno „Kultura indywidualizmu”, podzielam jej pesymizm i żywotność. Jeśli są tacy myślący ludzie, sięgający poza to co ukryte to jest dobrze, a i ja czytam te książkę.
Pozdrawiam, ciut zmęczona dzisiaj, nie będę sprawdzać:)
Dziękuję Ci. Jesteś niezawodna :-)
UsuńGdyby dobrze się zastanowić, łacno (czasami lubię użyć starego wyrazu) dojdzie się do wniosku, że tak naprawdę nic nie robiąc jednak robimy coś bardzo ważnego, mianowicie odpoczywamy, relaksujemy się, regenerujemy siły, także, czy raczej przede wszystkim, psychiczne. Człowiek powinien mieć czas dla siebie, tylko dla siebie. Żeby przemyślał to i owo, pomarzył, uładził się ze sobą, a niechby i zdrzemnął bez żalu.
Chomiku, na pewno niektóre poglądy Marka, a zwłaszcza te budzące w nas sprzeciw, są mocno osadzone w jego epoce nieprzystającej do naszych czasów, chociażby ten o istotach wyższych i niższych. Wiadomym jest, że w starożytności nawet światli ludzie traktowali niewolnictwo jako stan naturalny – to kolejny przykład. Z tym faktem, nota bene, bardzo trudno mi się pogodzić. Jednakże Markowa myśl o porządku wszechświata, w którym mieści się nasz los, nawet ten trudny i przykry, ta myśl i obecnie jest powtarzana. Jest w niej coś, co ciekawi mnie i pociąga, mimo całego mojego sprzeciwu.
W państwie mającym dobre prawo i rząd, ustabilizowanym, bezpiecznym, nawet ci, którzy nie zajmują się wcale dobrem wspólnym, ową rzeczą pospolitą, dają państwu to, co prawy obywatel winien dawać. Tak uważam. Pracując coś wytwarzają, rzecz lub wartość niematerialną – wszak dla dobra ogółu, a podatki płacą nawet jeśli nie chcą, chociażby przy okazji zakupów, więc zasilają kasę państwa. Ergo – są dobrymi obywatelami.
Nasilenie indywidualizmu mam za skutek stanu, w jakim żyją obywatele tych krajów, i nie znajduję w tym trendzie cech negatywnych. Zawsze znajdą się jednostki chcące się spełniać w polityce, ale człowiek ma powinności przede wszystkim względem siebie; ojczyzny już nie trzeba wyzwalać ani czynnie bronić.
Właśnie. Wiesz, doszedłem do pewnego wniosku: człowiek który bardzo chce mieć stanowisko dające mu dużą władzę, nie powinien dostać tej posady. Za ideał mam postawę Marka, który tylko przyjął funkcję cezara, świadom ciężarów, i chyba wolałby wcześniejsze swoje spokojne życie. No tak, tylko kto i kogo miałby wybierać na te setki stanowisk, skoro powszechnie mówi się o nich, iż są prestiżowe? Co niewłaściwego w takim określeniu, może zapytasz? Bo myli się, czy też utożsamia, władzę wynikającą z piastowanego stanowiska, z wartością osoby piastującej. Szczególnie podatni na tę pomyłkę są politycy, co bardzo źle o nich świadczy.
Podoba mi się obecna definicja społeczeństwa zorganizowanego w państwo (nie wyczytana, piszę tutaj o moim rozumieniu nowoczesnego państwa) – nie jako mrowisko czy rój, a zbiór indywidualności, jednostek w pełni autonomicznych. Jako podmiotów tworzących razem państwo. Więc odwrócenie roli: suwerenem jest każda jednostka, a państwo jest formą zorganizowania ich życia społecznego i jako takie pełni wobec nich funkcję usługową, im podległą. Do takiego ideału jeszcze nam daleko, a żeby to sobie uświadomić, wystarczy popatrzeć na „polytyków” w telewizorni.
Pełna zgoda co do skrajnego determinizmu. Chomiku, ostatnio chyba częściej niż kiedyś dochodzę do wniosku, iż lepiej dać losowi więcej luzu, nie trzymać tak mocno wędzideł, bo im mocniej je ściągamy, tym bardziej nerwowy i nieprzewidywalny się staje wierzchowiec. Moim powracającym… może nie marzeniem, ale na pewno pociągającą wizją, jest całkowite puszczenie wodzy i patrzenie gdzie też mnie ta szkapina, mój los, zawiedzie. Nie mam odwagi tego zrobić, ale chciałbym.
Zaufać i poczuć wolność.
W jednym fragmencie mojej rzeczywistości udało mi się puścić wodze – właśnie w polityce, w sprawach państwa. Lepiej mi, Chomiku. Pozbyłem się niepokojów związanych z polityką, na którą mniejszy mam wpływ, niż wynosi prawdopodobieństwo trafienia szóstki. Wolę więc nie wiedzieć – a moja niewiedza polityczna jest niemal absolutna, skoro miesiącami nie dopuszczam do siebie najmniejszej informacji – ale w zamian czasami zagrać w totka.
Zmęczony i ja jestem, dzisiejszy dzień był trzecim dniem przeprowadzki. Ustawiamy lunapark w Ustroniu, pojutrze będzie otwarcie. Przede mną siedem tygodni bez przeprowadzek – uśmiech losu :-)