Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

wtorek, 14 lipca 2020

Wrażenia i chwile

Oto zapowiadane fragmenty mojej niewydanej książki "Wrażenia i chwile".


Krople deszczu na szybie i Marcel Proust
Dzisiaj znowu deszczowo. Na krzaku pod oknem błyszczą krople wody – piękne jak zwykle. Pęcznieją, odrywają się od liści i wolno, takie mam wrażenie, spadają, ciągle błyszcząc. Ponownie, jak wiele już razy, wspomniałem podobne zapatrzenie sprzed laty, gdy z wojska jechałem na przepustkę; tego dnia padał deszcz, szyba okna w przedziale wagonu była mokra, ponaznaczana kropelkami wody. Te małe, przezroczyste wybrzuszenia na tafli szkła zsuwały się nierównym tempem, znacząc swą krętą drogę mokrym śladem, niczym ślimak, by po chwili, nie mając siły na przebrnięcie suchego odcinka drogi, zubożałe, zmniejszone, zatrzymać się. Czasem taka kropla, pchana przemożną siłą ciążenia, milimetr po milimetrze przesuwała się, aż w końcu, trafiwszy na ślimakowy ślad swojej siostry, ruszała w dalszą drogę. Bywało też tak, że drogi dwóch kropelek krzyżowały się: wtedy stapiały się w jedną, większą, i ta przyspieszała, czasem bardzo mocno, spływając błyskawicą zygzaków, porywając (jakby karmiąc się w ten sposób) inne, mniejsze drobiny wody, by po chwili zniknąć poniżej dolnej krawędzi szyby. Zwykły widok, najzwyklejszy, ale wtedy stało się coś dziwnego i znaczącego, coś, co w pełni doceniam dopiero w ostatnie lata.
Otóż z zupełnie nieznanych mi wtedy powodów zachwyciłem się tym tuzinkowym widokiem; może nawet wstydziłem się – nie pamiętam – przyznać do tego zachwytu, bo i czym, prawda? Teraz wiem, że tak naprawdę wszystkie takie chwile ledwie inicjowane są zdarzeniami zewnętrznego świata; zdarzeniami, które w żaden racjonalny sposób nie są w stanie tłumaczyć naszych przeżyć – jak się wydaje nam, dorosłym, którzy tyle widzieli, że przez to mało widzą. Wtedy po raz pierwszy poczułem to nieokreślone, dziwne i piękne pragnienie pisania, i po raz pierwszy poddałem się mu – to powód drugi. Z pisania szybko zrezygnowałem po uświadomieniu sobie skali trudności – chyba pojawiło się ono zbyt wcześnie, ale chwilę zapamiętałem i teraz, po latach, piszę o niej.
Trzeciej przyczyny ważności tamtej chwili na pewno nie uświadomiłem sobie, chociaż mogłem, ponieważ tkwiła ona między ową obudzoną potrzebą pisania, a siłą wrażenia, jakie wywarły na mnie ruchy kropel wody, ważności potwierdzonej pamięcią, o której już nie raz zdarzyło mi się myśleć jako o tej części naszego jestestwa, która bywa od nas mądrzejsza, bo lepiej od nas wiedząca co pamiętać, jakie chwile mają dla nas wartość, a jakie jej nie mają. Zapamiętałem tamte krople wody równie dokładnie, jak wygląd widzianej po raz pierwszy w życiu twarzyczki maleńkiej Małgosi śpiącej w beciku na moich kolanach w szpitalu – tuzinkowy widok i wyjątkowa dla ojca chwila. Dlaczego druga – wiadomo, ale pierwsza? Przyczyny najgłębszej, powodu wyboru tej, a nie innej chwili, nie jestem w stanie wskazać; mogę jedynie powiedzieć, iż obie były prawdziwie moje, a więc z tych, które tworzą życie wewnętrzne, i wcale nie chodzi tu o same krople, co o wrażenie. O przeżywanie, którego intensywność daleko wykracza poza codzienne doznania, i które z tajemnych – mimo wszystkich prób wyjaśnienia – powodów pojawia się w zwykłej, niczym niewyróżniającej się chwili, czyniąc ją niezwykłą tylko poprzez swoją obecność. Tutaj docieram, poprzez krople wody wiszące u wiosła, różową barwę śmietany z truskawkami, i tyleż innych drobnych, zdawałoby się nieznaczących chwil opisanych w powieści, do Prousta.

"...dane im będzie przetrwać w ich najbardziej ulotnych zjawiskach; a przecież ten zapach głogów wabiący wzdłuż żywopłotu, gdzie niebawem zastąpi go dzika róża, odgłos kroków bez echa na ścieżce, bańkę utworzoną na wodoroście przez strumień i pękającą natychmiast – wszystko to zachwyt mój uniósł i dał temu przetrwać tyle lat..."

Marcel Proust, „W stronę Swanna".

Czy to jest egzaltacja? W początkowym okresie mojej przygody z Proustem tak uważałem, mając go za człowieka egzaltowanego, chociaż wiem, iż sam przymiotnik może określać dość dużą rozpiętość cech osobowych w zależności od używającej go osoby, szczególnie, gdy używa się go do określenia cech innej osobowości niż własna. W powszechnym rozumieniu w określeniach „egzaltacja" i „egzaltowany" mieści się spora doza udawania, a już na pewno nienaturalności, może nawet odrobina zachowań z pogranicza patologii – i chociażby z tych powodów nie pasują one do Prousta, a jeśli, to z zastrzeżeniem usunięcia z nich tych pejoratywnych odcieni znaczeniowych.
Krążę wokół owego zachwytu, który na wiele lat uniósł Proustowi zapach, echo i bańkę na wodoroście; w jednej chwili wydaje mi się, że rozumiem, w drugiej, że chyba jednak nie, ale cóż, w końcu piszę dla siebie, a piszę, ponieważ dostrzegam tutaj swój mały krok w kierunku lepszego zrozumienia Prousta. Otóż gdy po raz pierwszy przeczytałem te słowa, zrozumiałem je dosłownie: Proust zachwycił się czymś, czym w istocie trudno się zachwycić, ponieważ był egzaltowany. Teraz tak nie myślę, inaczej odczytując umieszczone tam słowo „zachwyt", w czym pomogły mi moje przeżycia, łącznie z tamtą odległą chwilą przy mokrej szybie okna. Tyle piękności było w spływających kroplach wody, co i w bańkach powietrza wśród liści wodorostu, czyli niewiele, ale też zachwyt nie ich samych dotyczył, a tego, co w nas – chwytających w locie przemijającą chwilę naszego życia.
* * *

Eden przy ulicy
Wyskoczyłem do pobliskiego sklepu po fajki, a idąc chodnikiem, tuż przy metalowym parkanie z wygiętych profili stalowych, kątem oka zauważyłem coś, co kazało mi się zatrzymać. Była to dziwnie powykręcana gałąź nieznanego mi gatunku żywopłotu (na pewno nie był to ligustr), w zadziwiającą symetryczny sposób przepleciona między kolejnymi pionowymi prętami parkanu, mijając je raz z jednej, raz z drugiej strony, a co najdziwniejsze, to oplatając sobą szerszy słupek. Po prostu rozgałęziała się, by objąć swymi dwoma ramionami metal, i zaraz za nim ponownie łączyła się w jedno. Stałem i patrzyłem na to wyjątkowe połączenie żywej tkanki drzewa z martwym metalem, a po chwili podniosłem głowę i ponad zielonym gąszczem zajrzałem do wnętrza ogrodu. W tej jednej chwili jakbym się przeniósł o wieki i mile, znajdując się w Edenie; w głowie pojawiła się myśl o Miltonie i już tylko czekałem pojawienia się Adama i jego pięknej Ewy. Zdawało mi się, że na tym skrawku ziemi, w środku miasta, o krok od ulicy szumiącej samochodami, Stwórca powtórzył swój cud stworzenia, gromadząc w jednym miejscu wszelką rozmaitość flory.
Bo i czegoż tam nie było! Tuż przy mnie wzdłuż parkanu rósł żywopłot utworzony z mnogości nieprzeliczonej – zdawało się – rodzajów drzew stojących tak blisko siebie, że przenikały się gałęziami, niczym ramiona splecionych ciał kochanków, gdy nie wiadomo które dłonie obejmują, a które są obejmowane; tak i tam na gęstych gałęziach tui zwieszały swe witki powoje, końcami dotykając srebrzystej gęstwiny świerku, która mieszała się z zielenią igliwia małej sosenki, a spomiędzy jej gałęzi wychylała się gałązka jabłoni czerwieniąc się wianuszkiem maleńkich owoców; pół kroku dalej poznałem wśród drobnych listeczków czarne jagody krzaka ligustra, dołem otoczonego gęstwiną irgi wyciągającej wokół siebie długie ramiona gałązek z nanizanymi nań rządkami ciemnych listeczków przetykanych czerwienią owoców. O krok gęścił się krzak bukszpanu, a nad nim tamaryszek rozwijał swą zwiewną, niczym ze snu utkaną, zieloną mgiełkę.
Stałem i patrzyłem na to pomieszanie, na różnorodność w której wzrok się gubił, nie mogąc ogarnąć i nazwać tej bujności gatunków. Później przypomniałem sobie o celu mojego wyjścia z pracy i spojrzałem w lewo: poprzez szerokość ulicy widziałem karuzele lunaparku – jakbym na inny świat patrzył, oddzielony ode mnie nie tylko ulicą, ale i moją doń niechęcią. Opuszkami palców dotknąłem gałęzi oplatającej ogrodzenie, poczułem jej ciepło, westchnąłem, i przeszedłem na drugą stronę ulicy.
* * *

O środku widzianego świata
Skrzyżowanie dwóch autostrad – M11 biegnącej z centrum Londynu na północ i M25, obwodnicy stolicy. Widok odmienny w dzień i w nocy, ale w obu porach doby czyniący wielkie wrażenie. Jadąc M11 w kierunku Londynu, wjeżdża się na wzgórze, z którego widać w oddali, na wprost, chyba wszystkie, a jest ich tam aż pięć, wieżowce miasta, w którym dominuje niska zabudowa, a blisko, o milę, w dole, widać tysięczne światła skrzyżowania dróg. Prowadzi ku niemu podwójny sznur jaskrawożółtych świateł rozpiętych na wysokich słupach, sznur wijący się łagodnymi łukami, a dalej, po przecięciu z innymi, po wielokrotnym rozdzieleniu i ponownym połączeniu, biegnący wielkimi zakolami aż po horyzont. Jadąc, widzę dziwną przemianę ustawienia świateł: otóż one wychodzą mi naprzeciw. Cały wielokilometrowy ich wąż zamiata ogonem, faluje, zmienia swoje łuki, by w końcu ustawić się na wprost mnie. Wygląda to tak, jakbym nie ja skręcał podążając wyznaczanym światłami łukiem drogi, a właśnie światła zbliżały się do mnie, prostując swój bieg, jakby ustawiały się w równym szeregu przede mną. W lusterkach widzę zjawisko odwrotne, bo oto światła przez chwilę tylko oddalają się prosto, by za moment zwolnić i zacząć wyginać się w łuk, ginąc mi z oczu za ciemnym konturem mojej naczepy.
Gdzieś po drodze mijałem tuż przy autostradzie wielki, oświetlony wieloma szeregami świateł, parking przed supermarketem. Światła spostrzegły moje zbliżanie się już z daleka, rozpoczynając wzajemne przemieszczanie się, które nabierało tempa w miarę mojego zbliżania się, a gdy byłem tuż przy nich, ruszyły swoimi słupami rozpoczynając szaleńczy taniec, a może ucieczkę, chowanie się, nie wiem, to było wzajemne przenikanie się tak złożone, że nic tam nie było nieruchomego, a wszystko było wirem i ruchem. Przemianą. Zamętem świateł wchodzących na siebie i znowu rozdzielających się, by w ułamku sekundy ponownie zderzyć się z innymi. Wszystko trwało sekundy, bo moje oddalenie się uspokoiło światła, przywracając właściwą im nieruchomość. Patrząc na te zrozumiałe, a ciągle tak zadziwiające przemiany, doznaję wrażenia bycia nie tylko środkiem otaczającego mnie świata, ale i przyczyną sprawczą tych wszystkich jego przemian. Przecież widziałem!: światła ruszyły dopiero wtedy, gdy zbliżyłem się do nich! Głębiej pojawia się myśl o przekłamanym widzeniu świata wokół mnie, tego świata, którego tylko w ten właśnie sposób mogę oglądać – siebie widząc w jego środku, co przecież nie jest prawdą. Czy można wyobrazić sobie przestrzeń widzianą liniowo? Bez samoczynnie wyznaczanego naszym oglądem jej środka, którego przestrzeń przecież nie ma?
* * *

Skrzyżowanie angielskich autostrad
Ich przejechanie jest łatwe: zjazd zawsze w lewo, zjazd, który po chwili łagodnie rozchyla się na dwie odnogi – odpowiedniki skrętu w lewo lub w prawo na zwykłym skrzyżowaniu. Ta lewa odnoga jednym łukiem doprowadza do jezdni poprzecznej autostrady, a prawa przecina ją górą lub dołem, wije się w prawo, później w lewo, znowu w prawo, ponownie wspina się nad inne odnogi lub wbija się tunelem pod nie, by w końcu skończyć się pasem rozbiegowym przy jezdni poprzecznej autostrady. Tak, to jest proste, ale tylko wtedy, gdy jedzie się swoją slip road, bo ta jest jedna i prowadząca, ale wystarczy spojrzeć w bok, w dół albo w górę, aby doznać wrażenia poplątania, niemal zagubienia się w trójwymiarowym labiryncie owych dróg dojazdowych i zjazdowych. Dwie autostrady to cztery jezdnie, każda ma taki podwójny zjazd, więc skrzyżowanie jest plątaniną czterech jezdni i ośmiu dróg zjazdowych, które nigdzie nie mogą krzyżować się na jednym poziomie, ani zbyt gwałtownie skręcać. Nierzadko bywa, iż do tego labiryntu dochodzą jeszcze dodatkowe pasy innej drogi – niebędącej autostradą; czasem łączą się z tamtymi, a czasem nie, tylko wysoką, trzy albo i czteropiętrową estakadą przekraczają skrzyżowanie, albo odwrotnie – zanurzają się pod najniższe jezdnie długimi tunelami. W rezultacie efekt nieco przypomina złożony wir współczesnych karuzel. Jadąc swoim pasem, w lusterku zobaczyłem samochód skosem jadący wprost na mnie; moment strachu gaszonego wiedzą, i zaraz tamten samochód wyrównuje swój tor, przez sekundę jadąc tuż przy mnie, ale oto moja droga opada wprost w otwartą gardziel wiaduktu, gdy tamten wznosi się razem ze swoją drogą i po sekundzie niknie ponad kabiną mojej scanii. Ze swojej wysokości widzę dokładnie na wprost siebie, na poziomie oczu, samochód dostawczy przecinający mój tor jazdy, a tuż przed nim czerwony kabriolet pędzący wprost na niego. Nim pojmuję, iż patrzę na samochody jadące różnymi pasami, w skrócie perspektywy, czerwony znika za białym dostawczym, a właściwie w nim, jakby w niego wjechał, ale w tej samej chwili widok ucieka mi w górę i znika zasłonięty stropem wiaduktu. Wyjeżdżam spod wiaduktu łukiem w prawo; na wprost mnie widzę ścianę zarośli, między którymi dostrzegam migające samochody. Nieco na prawo i trochę niżej, skosem do mnie, biegną trzy pasy autostrady, do której prowadzi mnie mój dojazd. Jeszcze tylko jeden wiadukt, i za łukiem drogi otwiera się kilkusetmetrowy pas rozbiegowy; po jego przejechaniu jestem na drugiej autostradzie. Kilometr dalej wysoki sznur cytrynowych świateł urywa się nagle; wjeżdżam w ciemność zostawiając za sobą owe angielskie Junction – oszałamiający splot świateł i ruchu.
* * *

Walijskie okolice
Urocze bywają tutejsze wioski, śliczne niektóre domki, jakby z bajki wyjęte, i tylko kurzej łapki im brakuje. Małe domki przytulone do wielkich kamiennych kominów, z których pierwszy dym poszedł w niebo pewnie jeszcze za pierwszej Elżbiety, domki z kolorowymi ogródeczkami, kwitnącymi jabłoniami, z girlandami kwiatów pnących się po kamiennych murach, z kolorowymi drobinami roślin wyrastających ze szczelin kamiennych ogrodzeń, domki schowane gdzieś w fałdzie ziemi, wrośnięte w nią między jednym a drugim wzgórzem, domki pamiętające narodziny i śmierć dziesięciu swoich poprzednich właścicieli. Chciałbym mieć taki domek gdzieś w ustronnym miejscu, przy bocznej dróżce, którą czasem przemknie tir zmierzający do dalekich, wielkich miast, do pośpiechu i tłoku. Czasami wyszedłbym przed dom i popatrzył na pędzącą ciężarówkę, zastanawiając się nad przyczynami wyboru takiej pracy przez człowieka, który dni spędza w drodze. Może to przypadek, a może coś go goni po świecie, nie pozwalając osiedlić się w takim miejscu? – pomyślałbym, patrząc na znikającą za szczytem wzniesienia ciężarówkę, i wróciłbym do książek i laptopa.
Może wypiłbym lampkę koniaku za zdrowie tych na szlaku?
* * *

Dwie czarowne chwile
Pierwsza nie jest teraz niedostępna dla mnie i nie wiem, kiedy będę mógł przeżyć ją ponownie, a jest nią początek koncertu w filharmonii. To ta chwila, gdy dyrygent odwraca się do orkiestry, podnosi ręce i na chwilę zamiera, a muzycy przybierają sobie właściwe pozycje: smyczki podnoszą się i zastygają w bezruchu nad strunami, wargi dotykają ustników fagotów, klarnetów i waltorni, mechate pałeczki zawisają nad kotłami, a harfistka przechyla swój instrument do siebie i tym jedynym w swojej urodzie ruchem wyciąga dłonie ku strunom. Piękne dłonie z palcami, które już za chwilę zaczną pieścić struny wykonując ruchy tak subtelne, zgrabne, delikatne, tak pełne gracji, że często gubię się w swoim odbiorze nie wiedząc, czy raczej patrzeć mam na dłonie harfistki, czy skupić się na słuchaniu całej orkiestry. To chwila oczekiwania na spełnienie, więc najpiękniejsza chwila: wszystko jeszcze przede mną, a we mnie drżenie, radość i ekscytacja.
Pożądanie.
Żeby przeżyć drugą chwilę nie jest potrzebny wyjazd do filharmonii ani wieczorowy strój; ta chwila może się zdarzyć wszędzie: w pociągu, w pokoju, w czasie przerwy w pracy, a nawet, czasem tak bywa, na ulicznej ławce, na której przysiądę i wyciągnę swój komputerek. To chwila tuż przed napisaniem pierwszych słów, gdy gnany potrzebą albo myślami, które znalazły słowa zdolne je wyrazić, otwieram edytor tekstu i patrząc na pustą jasną stronę, kładę palce na klawiaturze. Ta chwila jest siostrą tamtej, z filharmonii, bo mimo swojej odmienności, daje mi, jak i tamta, przeżyć radość i ekscytację. Dotykam klawiszy, opuszkami palców czując ich gładkość i delikatny opór, a na ekranie pojawiają się pierwsze litery. Pojawiają się jak zjawy, jak duchy z innego świata, nie wiadomo skąd, jakim cudem, na białej stronie wirtualnej kartki papieru. To tajemnica, cud, który nieodmiennie, od tylu już lat, dziwi mnie, mimo niejakiego pojęcia o funkcjonowaniu komputerów, ale z tą wiedzą jest podobnie, jak z wiedzą o tajnikach życia: jej posiadanie nie umniejsza fascynacji. Myśl, wrażenie – czym one są w materialnym świecie? Zapewne elektrycznymi czy chemicznymi zmianami w miliardowym gąszczu neuronów mojego mózgu. Nie są słowami, obywają się bez nich, i już to jedno jest zadziwiające. Zapisanie ich jest w istocie próbą przeobrażenia tego, co jest pozasłowne – właśnie w słowa. A czym stają się zapisane słowa? Znowu czymś niematerialnym, ale w odmienny, trudny do wyobrażenia sposób: stają się zmienionymi stanami elektrycznymi krzemowych drobin w układach pamięci, lub stanem namagnesowania określonych miejsc na twardych dyskach, miejsc, które komputer odczytuje jako niekończący się ciąg zer i jedynek, który to fakt dodatkowo potęguje tamten cud, bo przecież ja tam napisałem o smutku listopadowego zmierzchu, albo o drodze przede mną – o swoich wrażeniach!
Gdy zaczynam pisać, prawie nigdy nie wiem, w jakie słowa ubierze się moja myśl; czasem po pierwszych słowach czy zdaniach ona mi umyka, nie dając się uchwycić i przeobrazić w te czarne znaki na białym ekranie, ale bywa też odwrotnie: myśl staje się szybkim strumieniem słów, a wtedy palce ledwie nadążają za nimi, zamieniając je w literki wyłaniające się na ekranie jakby z tajemnego świata, by po udzieleniu mi cząstki swojej tajemnicy, być zapisanymi w przepastnych pamięciach komputera, a oznacza to właściwie tyle, co zniknięcie ze świata nam zrozumiałego i dostrzegalnego.
Zapisanie słów, każdych słów, i późniejsza możliwość ich odczytania, jest czymś niesamowitym, czymś z pogranicza magii, którą na pewno odczuwał kiedyś człowiek niepiśmienny patrząc na tekst; magii, którą zapewne i teraz odczuwają dzieci, ale zapisanie słów wyrażających wrażenie, stan ducha, jest magią najczystszą.
* * *

Słowa i zwątpienia
W pociągu wyciągam laptopa i piszę. Mam kilka godzin czasu, może mniej, jeśli senność zwycięży. Wyjęcie komputerka z pokrowca jest odruchem, ale pisanie jest potrzebą.
Mówię o pisaniu przez kilka godzin, ale przecież tak naprawdę pisania będzie tyle ile czasu spędzonego nad klawiaturą tylko wtedy, gdy myśli gonią palce. Częściej owo „pisanie" jest zastanawianiem się, układaniem słów, zwątpieniem – zwłaszcza nim! Zwątpieniem we wszystko: w sens tego pisania, w jego wartość, w siebie i widzeniem siebie jako ostatniej osoby, która winna się brać za pisanie. Pisanie bywa nie tylko radością tworzenia, ale też ostatnim dnem zwątpienia. Pisanie to czytanie napisanego, poprawianie, a w końcu wykasowanie, bo i tak bywa. To na swój specyficzny sposób może i cięższa praca od codziennego wstawania i wychodzenia w noc ciemną do pracy fizycznej. Po cóż więc to robię? Bo i radości daje, a chwilami nawet euforię. Radość tego rzadkiego rodzaju, jaką jest radość tworzenia i obcowania ze słowem.
Słowa! Ledwie trzydzieści liter, a tworzą one wielką ilość słów, które ułożyć można na nieskończoną ilość sposobów i wyrazić nimi wszystko. Każdy odcień ludzkich uczuć – od ostatniej niegodziwości, do najwznioślejszej miłości; każdą barwę świata – od ostatniej brzydoty, do siedmiu jego cudów. Niemożliwe? Ależ nie!, co potwierdza istnienie literatury – tej naprawdę pięknej. Trudne? Ależ tak!, nawet bardzo trudne – jak każde tworzenie, ale przecież także w trudności mieści się źródło tej jedynej radości. Pisanie bywa formą przeżywania świata raz jeszcze, wydobywaniem z wnętrza siebie wrażeń niezauważonych bądź niedocenionych, ale może też stać się tworzeniem nowego świata, tego, który staje się dla piszącego w najpełniejszy sposób jego światem. Pisanie bywa treścią życia, pragnieniem, niemożliwą do nazwania i do zaspokojenia potrzebą, nigdzie indziej niemożliwym spełnieniem, a zawsze jest pasją. Pisać! Ileż to razy słyszałem ten tajemniczy głos w sobie. Pisać! Nic nie jest ważniejsze ponad dotyk klawiszy i zanurzenie się w bezkresnym świecie słów. To forma przymusu, któremu poddaję się z przyjemnością.
* * *

Dzień wstał zimny i chmurny, listopadowy, ale stopniowo powrócił październik przynosząc odrobinę ciepła i sporo słońca. Piękny był zmierzch tego listopadowego dnia, miesiąca, o którym w lecie myśli się z głęboką niechęcią i dojmującym smutkiem. Głogi i tarniny nad moim strumieniem otulały się delikatną mgiełką, którą prawie poziome promienie słońca nasycały pozłotą, ale ten wyjątkowy urok listopada trwał chwilę, tylko chwilę, bo oto wraz z ciemnością przyszła gęsta mgła, i nieprzejrzystą opończą przykryła wszystko wokół, a na rozdrożu znowu stanęła Hekate. Nie boję się jej, ale smutek jej twarzy i mnie się udziela. Nie chcę na nią patrzeć. Przejmujące zimno wstrząsnęło mną, i zawróciłem do domu. Włączyłem laptopa i słuchając kantaty Bacha patrzyłem w ciemność za oknem. Była paskudna, bezdenna i beznadziejna, prawdziwie listopadowa, ale tutaj, w pokoju, było lepiej, oddzielały mnie od niej okno i światło. I jeszcze coś... coś ważnego, co nie tylko odsuwało ode mnie brzydotę tej nocy, ale i czyniło mnie bezpiecznym. Ten śpiew – zrozumiałem po chwili – to on dawał mi bezpieczeństwo; słuchając go, miałem wrażenie otulenia ciepłymi ramionami kobiecymi. Cudny sopran śpiewał arię z kantaty Ein feste Burg ist unser Gott, i nie było już listopada, mgły, zimna i jutrzejszego wstawania do pracy, było tylko pragnienie słuchania tego głosu, który w tej chwili skupiał w sobie wszystkie wdzięki kobiece i całą, tak ciepłą, urodę kobiecą, a ja poddawałem się czarowi tego głosu, prosząc o jeszcze, o dalsze czarowanie. O wygonienie ze mnie listopada, mgły i smutku. I pozostanie ze mną.
* * *

Proust i „Sroka” Moneta
W czasie dzisiejszej jazdy słuchałem przez radio Błękitnej rapsodii i uwertury z Tannhuser’a. Aż łzy stanęły mi w oczach, chyba zbyt zaniedbuję innych kompozytorów słuchając w domu niemal wyłącznie kantat Bacha. Rapsodia ma cudowny początek, jej najpiękniejszy motyw tak uroczo tutaj nabrzmiewa, waha się i jakby oddala, aby w końcu być pochwyconym przez całą orkiestrę. Piękne!
Ponownie czytam ostatni tom dzieła Prousta, widząc przy tym różne obrazy: jest to kępa maleńkich kwiatków widzianych kiedyś na tatrzańskim szlaku, fragment rzeźby przedstawiającej Hebe, a widzianej w londyńskim muzeum, niedokończony niewolnik dłuta Michała Anioła, „Ważka” Moreau, jeden z posiadanych przeze mnie obrazów, a przedstawiający zamarzający strumień na brzegu lasu, widzę też „Srokę” Moneta. Ten obraz ściśle wiążę z dziełem Prousta, i to nie tylko dlatego, że ktoś wpadł na bardzo dobry pomysł ozdobienia nim tomu powieści, ale z powodu budzonych sobą wrażeń we mnie. Ten obraz jest kwintesencją sztuki i idealnym zobrazowaniem dzieła Prousta. Jest nie tylko pokazaniem innego świata, tego widzianego oczami twórcy, świata, którego być może bez jego pomocy nie dostrzeglibyśmy – jak to napisał Proust – ale i pokazuje ten świat dużo ładniejszym, niż jakże często ja go widzę. Właśnie ten fakt stanowi o jego największej wartości. Zimowy dzień i sroka siedząca na starym płocie. Czy może być bardziej tuzinkowy, bardziej powszedni widok? A przecież ten obraz tchnie ciepłym, wcale nie zimowym pięknem.
Słyszę też dźwięki, które również są swoistymi obrazami widzianymi w czasie rozmyślań o proustowskich ideach. Tyle uroku w nich, że nie zdecyduję się podać przykładów, aby nie skrzywdzić tych nie gorszych, a nie wymienionych.
Są też moje własne obrazy, niemalowane, a pamiętane. Zapisane na zawsze w pamięci chwilą ich intensywnego przeżywania. Wielka, prześwietlona wschodzącym słońcem, rozpięta między drzewami jesiennego lasu, pajęczyna z nanizanymi nań mikroskopijnymi diamencikami wody, pyszni się nadal swoim pięknem mimo upływu dziesiątków lat; kępa czerwonych muchomorów widzianych w lesie gdzieś pod Siedlcami nadal rośnie pod brzozą gubiącą swoje liście; pola Roztocza ciągle rozbrzmiewają muzyką słuchanego tam po raz pierwszy Brahmsa; platan w pewnym parku nadal widzi moje spóźnione, ale przecież (tym bardziej) młodzieńcze szczęście, a oczy małej Małgosi zawsze już będą wędrować po mojej twarzy nachylonej ku niej.
Tyle piękna, które co prawda nigdy nie postawiło mnie – jak Prousta – poza czasem i nie uczyniło obojętnym wobec śmierci, ale którego istnienie i przeżywanie w takim stopniu, w jakim jest mi dostępne, pozwala po prostu żyć.
* * *

Lato i urok zwykłych chwil
Spieszyłem się. Chciałem wrócić przed wyjściem córki na stację, chciałem zobaczyć ją jeszcze raz i odprowadzić do pociągu. Goniłem więc służbowego busa tnąc zakręty bocznej, wąskiej drogi, ledwie rejestrując krajobraz wokół. Letni, żniwny, słoneczny.
Zwolniłem, gdy deszcz grubymi kroplami załomotał o dach samochodu. Słońce nadal świeciło prosto w twarz, mocne słońce, jasne, rozświetlające miriady spadających i rozbijających się o szosę kropel deszczu. Tuż nad jezdnią wzniosła się drgająca, migotliwa, świecąca perliście kurzawa kropel deszczu rozbitych na tysięczne kropelki, a każda z nich starała się zaistnieć rozbłyskiem w swoim życiu trwającym mgnienie. Droga ociekała światłem i wodą.
Zdążyłem przyjechać na czas, odprowadziłem córkę.
Wróciłem ze stacji i zajrzałem w kąt między dwoma kontenerami, gdzie drzwi jej pokoju. Były zamknięte. Nie wiem, po co tam zajrzałem, przecież wiedziałem, że będzie tam pusto, ale wiem, że przez te parę dni dzielących mnie od dnia wyjazdu stąd, będę tam zaglądać. Jak co roku.
Na ludzi idących ulicą patrzyłem ze zdziwieniem: córka wyjechała, wokół mnie zrobiło się pusto, a tutaj tyle ludzi – kontrast dostrzegany każdego roku. Dołączam do niego bezradne i zupełnie nielogiczne, ale natrętne pytanie: co robią tutaj ci ludzie, skoro ona wyjechała?
Już czuję wyrzuty do siebie, może nie tyle o czas jej poświęcony, bo ile mogłem, tyle byłem z nią, co o zbyt słabe chwytanie tych chwil, o traktowanie ich tak… normalnie, bez uświadomienia sobie w trakcie trwania ich wyjątkowości i niepowtarzalności. Powinienem bardziej się starać chwytać je, sycić się nimi, nie pozwolić na ich spowszednienie.
Tylko na ile starania takiego rodzaju są skuteczne w utrwaleniu czasu? Nie wiem.
Inaczej wybieramy chwile my świadomi, inaczej nasza pamięć, czy może podświadomość. Ileż to razy uznawałem chwilę za ważną i byłem przekonany o jej pamiętaniu, a po miesiącach lub po latach nie zostawał po niej nawet ślad w mojej pamięci, i odwrotnie: jakiś nieistotny drobiazg, zdawałoby się, a tkwi w pamięci latami, albo i zawsze. Pamiętam go nie wiedząc, co w nim było wyjątkowe, co utrwaliło go we mnie.
Idę brzegiem morza i górskim grzbietem; patrzę na jarzębiny i na maleńką niezapominajkę polną; słucham krzyku jaskółek i kołyszącego śpiewu mew; czuję gorące słońce i uderzenia lodowych drobin na twarzy; włączam La Notte Vivaldiego i z rozczuleniem dostrzegam zmarszczki na twarzy drogiej mi osoby.
Tysięczne drobiazgi: rój maleńkich muszek tańczących w smudze światła; smak pitej kawy; chwila przytulenia głowy do poduszki; szum wiatru w uszach; sople lodu wiszące u rynny; brązowy kapelusz grzyba pod liściem; wróble kłócące się na nagich gałęziach drzewa; polna grusza ciężarna swoimi owocami; czarodziejski moment zawiśnięcia palców nad klawiaturą; droga niknąca za grzbietem wzniesienia; cień brzozowego zagajnika.
Urok zwykłych chwil.
Jednocześnie z coraz wyraźniejszym poczuciem straty dostrzegam mijanie czasu bez śladu w mojej pamięci; dni odchodzą niewyróżnione w żaden sposób, szare, tuzinkowe i zapominane, a przecież były one moim czasem, dniami mojego życia. Czemu nie potrafię wyróżnić ich wszystkich, skoro wszystkie warte są zapamiętania?
* * *

O śpiewaniu
Po piętnastogodzinnej, nie tylko fizycznie ciężkiej pracy, wyruszyłem w drogę. Jechałem walcząc z obezwładniającą sennością: mówiłem głośno, dłonią strzelałem się po twarzy, ruszałem szczękami. Daremnie. Trzęsienie scanii zjeżdżającej z szosy budziło mnie, przestraszony szarpałem kierownicą, ale adrenaliny wystarczało mi na parę minut, nie dłużej; pragnienie snu ciała zmęczonego wielogodzinną pracą zwyciężało i znowu usypiałem na sekundy. Zatrzymawszy się za naszą ciężarówką stojącą na światłach awaryjnych, nie wysiadłem od razu, zbierałem siły na opuszczenie ciepłej kabiny, a gdy w końcu wyszedłem, zimno uderzyło we mnie taranem. Drżałem i kuliłem się, a po przeraźliwie pustej głowie kołatało mi się rozpaczliwe pytanie: co ja tutaj robię!??
Do celu dojechałem cudem, po niemal dwudziestu czterech godzinach pracy non stop. Był już dzień, trawy siwo oszronione, w kampingu zimniej niż w zamrażarce mojej lodówki. Założyłem na siebie podkoszulki i swetry, skarpety i kalesony, skuliłem się pod dwoma kołdrami i czekałem na ustanie drżenia ciała żeby usnąć. Budzik zadzwonił po niespełna czterech godzinach. Wstałem zanurzając się w lodowatym powietrzu, a musiałem, żeby zmontować instalację elektryczną przed przyjazdem pogotowia energetycznego.
Kiedyś w jakiejś rozmowie powiedziałem, zapytany, że pracuję w branży rozrywkowej.
Śpiewa pan?! – usłyszałem zdumiony okrzyk.
* * *

O próbie zatrzymania słońca
Gdy wszedłem do kampingu po zakończeniu pracy, niskie już słońce zaglądało do środka: firanka rozjaśniona była perłowo, a ściana szafy pokryta słonecznymi freskami. Przez chwilę patrzyłem na widok tak bardzo oczekiwany w czasie zimowych miesięcy, ale zaraz poderwałem się chcąc zobaczyć słońce na dworze i spojrzeć na dwa sąsiednie drzewa wyglądające jak otulone zieloną mgiełką; jednak gdy stałem na dworze, chciałem raz jeszcze zobaczyć te słoneczne plamy na szafie i rozjaśnione okno, więc wróciłem. No i tak chodziłem tu i tam nie mogąc się zdecydować gdzie ładniej, aż słońce zaszło, i tylko okrągła i wielka ściana sąsiedniego centrum handlowego jaśniała miedzianym blaskiem.
„Chciałbym, aby wschód słońca zastygł mi na dłoni...” – pisał Drzeżdżon. Słowa te często wspominam, a nawet szepczę je cicho w czasie słonecznego zachodu, bo chciałbym, żeby właśnie zachód zastygł mi na dłoni. Wschód niech się spełnia, niech stanie się jasnym dniem, a zatrzymać chciałbym te ostatnie chwile słońca, piękne i niepowtarzalne mimo jutrzejszego zachodu. Ilekroć patrzę na zachodzące słońce, czuję przemijanie chwili, nieodwołalność upływu czasu i jego niezmierną wagę; czuję w sobie pragnienie zatrzymania go czarodziejskim zaklęciem. Zatrzymać czas... W czasie krótszym od mgnienia oka zobaczyć, poznać i przeżyć to wszystko, na co zwykły jego upływ mi nie pozwala. Doświadczyć wszystkiego i nasycić się wszystkim, a później mrugnąwszy powiekami uruchomić czas i już bez żalu patrzeć na słońce chowające się za domy jakiegoś miasta.
Chciałbym, aby zachód słońca zastygł mi na dłoni...
Napisałem te słowa i do wieczora następnego dnia czułem bliskość jakichś ważnych myśli, prawdy głębokiej, tajemnicy, nie wiem w końcu czego. Czegoś tuż pod poziomem świadomości, ledwie przeczuwanego, ale niedającego się wysłowić, a co jest nastrojem i oczekiwaniem, bliskością i niedokończonym wykluwaniem. Podoba mi się ten stan tyleż razy przeżywany, mimo iż rzadko coś się z niego wykluwa. Jest on staniem u bram innego świata.
Wieczór tego słonecznego wiosennego dnia był rześki i gwieździsty, a w kampingu cichy, wypełniony słowami, wspomnieniem gór i czytaniem książki Dawkinsa opisującego dziwaczne przystosowania jeszcze dziwaczniejszych zwierząt; zaczynam rozumieć jego ideę rozszerzonego fenotypu. Jakże mi to wszystko niepotrzebne, i jakże potrzebne!
Miałem też muzykę tego wieczoru: Pachelbel i Bach.
Teraz dochodzi pierwsza, wstaję pół do ósmej, więc pora zamienić wieczór w noc.
Dobry czas za szybko mija.
* * *

Urok zimowej chwili
Przez brudne okienka warsztatu zobaczyłem jasny blask słońca, i wyszedłem je zobaczyć. Słońce – panaceum na brzydotę warsztatu, w którym spędzam całe dnie. Oparty o ślepą ścianę warsztatu stoi tam regał na stalowe profile z odzysku, a na nim rzucone byle jak, pokrzywione, ze zgrubieniami spawów i odciętych elementów, z plamami łuszczącej się farby, leży zardzewiałe żelastwo. Stałem i patrzyłem na to złomowisko nieświadome tego, co się właśnie na nim dzieje: z krawędzi dachu spadały kropelki wody i rozbryzgując się na wszystkie strony w tysiącach drobin, opadały zgrabnymi łukami świecąc jak kolorowe iskry sztucznych ogni. Na wprost, pomiędzy wykręconymi, rdzawymi, jakby starymi i zmęczonymi, kawałami stalowych profili, daleko i nisko, widoczne między stojącymi dalej pniami wysokich drzew, świeciło słońce, nadając tym skaczącym kropelkom wody krystaliczny, ale też ciepły i wesoły blask. Blask, który nie pozbawił wody jej miękkiej wodnistości, a wprost przeciwnie: zaznaczał i podkreślał wilgoć każdej jej kropli tak mocno, że i najmniejsza – takie miałem wrażenie – mogłaby ugasić największe pragnienie.
Po chwili usłyszałem wołanie, zamknąłem więc drzwi wracając do swojej pracy – jakbym w czarną czeluść lochów Pandemonium się zanurzał.

* * *
Historia mojej mirabelki

Kwiecień.
Zagracony korytarz w budynku magazynowym kończy się klatką schodową i małym oknem tuż przy podłodze. Przez jego brudną szybę widać skrawek dzikiego zaniedbanego trawnika, betonowy parkan, rozrzucone śmieci, puszki i butelki. A tuż przy ścianie tego nieoglądanego przez nikogo zakamarku rośnie drzewko. Mała mirabelka. Wczoraj zobaczyła mnie gdy przechodziłem obok okna i wychylając parę swoich gałązek aż do szyby, pokazała mi pierwsze swoje białe kwiaty. Biedna mirabelka. Stoi tam sama, wśród śmieci i betonu, zapomniana przez wszystkich, może nawet i przez pszczoły, ale mimo tego smutnego losu, każdego kwietnia stroi się w swoją piękną, białą suknię wiosenną i czeka, jeśli nie na oblubieńca, to może chociaż na chwilę mojego podziwu, którą daję jej zatrzymując się przy oknie i patrząc na jej małe, krótkotrwałe i nieoglądane przez nikogo piękno...
Wiem, bajdurzę, ale chciałbym, żeby ona właśnie dla mnie zakwitała.

Kwiecień następnego roku.
Przez długie miesiące zimowe widziałem przez okno służbowego pokoju brzydkie światła lamp oświetlających plac składowy firmy na sąsiedniej posesji. Punktowe, jaskrawe światło wydobywało z mroku fragmenty stalowych konstrukcji, a czerń wokół wydawała się jeszcze czarniejsza i brzydsza.
W dzisiejszą bezksiężycową noc kwietniową wynurza się do mnie z ciemności okna; jej najdalsze gałęzie są ledwie majaczeniem, domysłem białych punkcików jej pąków, bliższe są współgraniem szarości z młodą zielenią wykluwających się liści i jasną, nawet nocą, bielą pączkujących kwiatów; gałąź przytulona do szyby zwraca w moją stronę białe pąki, niczym oczy istoty tęskniącej do światła, zapatrzonej w jasność okna wśród ciemności nocy.
W zapłakany dzień ona i deszcz potrafi wykorzystać do wystrojenia się. Cała jest już w delikatnej zieleni, w pączkującej bieli kwiatów, w pełnej krasie swej wiosennej urody, a dzisiaj dodała jeszcze błyszczące diamenciki wody do bieli i zieleni swego stroju. Gdy zobaczyłem pierwsze rozwinięte kwiaty na gałęzi przytulonej do szyby; powróciło do mnie wrażenie z poprzedniego roku – o pokazywaniu mi swoich kwiatów w geście chwalenia się.
Chwalę cię, mirabelko. Jesteś piękna.
W słoneczny ranek cienie ją wyprzedzają: ona sama jest tą pierwszą, drugą mirabelkę mam na szybie, a trzecią na ścianie pokoju. Zieleń jej liści jest błyszcząca, jasna, prześwietlona słońcem, rześka, obmyta w chłodnej rosie ranka, a w południe, gdy stoi w pełnym słońcu, barwa liści jest inna, traci swoją świetlistość na rzecz płatków kwiatów, które teraz lśnią nieskalaną bielą o delikatnym odcieniu masy perłowej.
W trzy tygodnie później gwałtowna burza wiosenna pozbawiła moją mirabelkę ostatnich kwiatów. Gdy po pracy wszedłem do pokoju i spojrzałem na nią, zobaczyłem jej niepewność, ona bała się mojej reakcji. Cóż miałem jej powiedzieć? Że z białym welonem kwiatów była ładniejsza? Przecież nie mogłem. Zrobiłem więc to, co jako jedyne powinienem zrobić: uśmiechnąłem się i zapewniłem o pięknym wyglądzie, bo i po prawdzie, to teraz, po deszczu, w świeżej zieleni swoich liści, prezentowała się ładnie, brak kwiatów naprawdę niewiele zaszkodził jej urodzie.

Grudzień tego samego roku.
Dwa tygodnie temu mirabelka wytargana silnym wiatrem straciła swoje ostatnie liście i drżąc mocno, stukała gałązkami w moje okno prosząc o wpuszczenie jej. Później przyszedł mróz, a ona znieruchomiała, zamarła w bezruchu, nie mając sił nawet na stukanie w szybę. Parę dni temu spadł śnieg i przykrył każdą jej gałązkę grubą pierzynką białego puchu chroniącego przed mrozem, a wtedy w niewielkich ruchach jakby rozluźnionych gałęzi dostrzegłem jej zadowolenie – już nie marzła tak bardzo.

Kwiecień piątego roku.
Jem kolację siedząc na ławce ustawionej pod mirabelką, przy stojącym obok wozie kuchennym zaparkowanym na poboczu szosy pod Ostrowem. Żuję chleb, jest jakiś gliniasty, bez smaku. Patrzę w górę: nad głową mam zieloną gałąź, liście prześwietlone są słońcem, a między nimi widzę błękitne niebo. Doczekałem wiosny, to drzewo też, ale moja mirabelka nie doczekała...
Minęło już dwa lata od tamtej chwili z jesieni, gdy wróciwszy do bazy z karuzelowego sezonu, nie zobaczyłem mirabelki w oknie swojego zimowego pokoju. Było przeraźliwie puste i paskudne, patrzyło na świat ślepym i pustym wzrokiem. Nie było mojego drzewka, wiernego towarzysza jesiennych i zimowych dni.
Wczesną wiosną moja mirabelka pochylała do okna swoje ukwiecone gałązki, niewątpliwie w geście chwalenia się. Chwaliłem ją. Cudnie wyglądała w słońcu, w cieniu, pod chmurnym niebem, ale i wieczorem, gdy z ciemności wychylała się ku mnie bielą swoich kwiatów. Była ładna nawet w deszczu, gdy zmoknięta i szarpana porywami wiatru stukała w okno. Gdy wracałem jesienią, ona, w ubogiej szacie jesiennej, jakby nie była pewna mojej reakcji. Rozczulała mnie tymi swoimi obawami, bo przecież i wtedy nie brakowało jej uroku. Nawet w środku zimy patrzyłem na nią z upodobaniem. Roztrzepane wróble często siadały na jej gałęziach kołysząc nimi…
Pytałem o powód wycięcia tego drzewka, niewielkiego przecież i rosnącego w nieużywanym kącie posesji, pod samym płotem. Bo liście trzeba grabić, usłyszałem. Pamiętam, że poczułem wtedy silną złość i nie mniejszy żal. Żal został mi do dzisiaj. Od tamtego dnia wchodząc do pokoju staram się nie patrzeć w okno; siedząc w fotelu mam je, na szczęście, za plecami i mogę wyobrazić sobie rosnącą za nim moją mirabelkę.
* * *

Smaki dzieciństwa
Oderwałem się od książki i podszedłem do stolika kuchennego przygotować herbatę, a wtedy, zapewne pod wpływem czytanej powieści Gołubiewa, nagle, niczym objawienie, wróciła do mnie w całej swojej krasie pamięć dzieciństwa spędzonego na wsi, u babki, w letni czas. Stałem przy stoliku, patrzyłem na niego, ale nie widziałem, byłem tutaj, a jakby mnie nie było. Przez chwilę byłem na wsi.

Dzień zaczynał się dotykiem budzącej mnie babki i w chwilę później smakiem zacierki, zupy gotowanej przez nią na śniadanie, wiejskiej, prostej zupy z mleka, wody, ziemniaków i klusek robionych w wyjątkowy sposób: babka trzymała nad wysokim, żeliwnym saganem przechyloną miskę z półpłynną masą, i szybkimi ruchami łyżki odrywała małe kąski ciasta, a te spadały do bulgoczącego zupy. Nigdy później już nie jadłem takiej zupy, i nigdy nie zapomnę jej smaku. Czasami czekał na mnie kubek mleka przykryty wielką pajdą chleba – proste jedzenie, któremu teraz nie dorównują żadne musle ni danonki. Albo chleb ze smalcem!: babka opierała o pierś wielki, okrągły bochen, i jednym ruchem noża, przesuwając go do siebie, odcinała długą i grubą kromkę, dając mi ją – niezapomniany gest i niespotykany już sposób – przyciśniętą kciukiem do noża. Perfekcja jej ruchów fascynowała mnie, zazdrościłem jej umiejętności idealnie równego krojenia, co mnie nie udawało się nigdy. Z chlebem w ręku schodziłem do piwnicy i smarowałem go smalcem nabieranym z wielkiego kamionkowego gara; kopałem studnie w białej płaszczyźnie smalcu chcąc dobrać się do skwarków ukrytych niżej, a później babka burczała na mnie. Z pajdą szedłem do warzywniaka za domem, zrywałem garść szczypioru i tak z dwoma zajętymi rękoma biegłem gdzieś za swoimi pilnymi i ważnymi sprawami, na przemian gryząc chleb i szczypior.
Smaki dzieciństwa…
Pamiętam gorące żniwne dni i flanelową koszulę założoną dla ochrony rąk i piersi przed ostrymi wąsami żytnich kłosów drażniących skórę do czerwoności. Ciało miałem spocone, swędzące, zakurzone polnym pyłem. Powietrze pachniało rozgrzaną słomą, kurzem wyschniętego lessu, ziołami rosnącymi na miedzy i zielonym zapachem starego sadu owocowego – zapachami nieistniejącej już wsi i dawno minionych żniw, jedynym takim zapachem. Na brzegu pola, w cieniu starej wiśni, stała beczka z wodą do picia; pamiętam chłodny i rozkoszny smak tej wody nabieranej wielką chochlą zawieszaną na brzegu beczki, pamiętam orzeźwienie wlewające się we mnie i swoje nienasycenie smakiem tego eliksiru.
Pamiętam ostry, głośny, szybki, równomiernie powtarzający się dźwięk kosy tnącej łodygi żyta i zgarniającej je na wysoką ścianę stojącego jeszcze zboża; szmery podbieranego żyta, chrzęst rżyska po którym trzeba było iść coraz dalej, by dojść do wiśni osłaniającej beczkę z wodą. W krótkich chwilach odpoczynku słuchać było inne dźwięki: delikatny szum kłosów czesanych wiatrem i śpiew skowronka. Pamiętam, że rzadko kiedy udawało mi się znaleźć na niebie tę nieruchomą, trzepoczącą skrzydełkami, ciemną drobinkę na tle błękitnego ogromu – jakby ona tylko dźwiękiem była. Czasami przerwa była rytuałem ostrzenia kosy: wujek wbijał zaostrzony koniec drewnianego styliska w ziemię i trzymając kosę pod pachą, tym jedynym, nie do powtórzenia uchwytem, wyciągał z kieszeni spodni osełkę i wyćwiczonymi, zapomnianymi już przez żniwiarzy ruchami, ostrzył kosę. Słyszę jeszcze ten ostry, metaliczny zgrzyt stali tartej kamieniem…
Znojne dni wypełnione pracą, ale przecież piękne, i nie tylko we wspomnieniach – one i wtedy takie były, ale dopiero teraz wiem o tym, wtedy nie zastanawiałem się nad ich urokiem, nie miałem świadomości przeżywania czasu wyjątkowego; po prostu ochoczo przyjmowałem każdy dzień, nie zastanawiając się nad źródłem swojej radości, nawet nie mając świadomości jej posiadania, jako że radość była stanem naturalnym.
Dla dziecka dzień jest zamkniętą całością, jest jedynym dniem, nie ma wczoraj i jutro, jest chwila pełna dziwów, tajemnic i poznawania, chwila rozciągnięta od rana do wieczora, a każda jej cząstka jest cenna zachłannością naturalnego, nienazwanego, pierwotnego przeżywania.
Może właśnie dlatego? Może właśnie wtedy życie jest najpiękniejsze, gdy jest najprostsze i najprościej przeżywane?
Mówią, że starość jest mądra, ale gdy wspominam dzieciństwo, jak dzisiaj wspominałem te gorące, pracowite i piękne dni żniw na podlubelskiej wsi lat sześćdziesiątych, myślę, że wtórna to mądrość, bo wracająca do mądrości tamtego dziecka cieszącego się dniem, zachłystującego się światem i życiem, że oto ów nawrót czasu pozwalający mi ponownie przeżywać tamte dni, unosi ze sobą cały, tak gruby i niepotrzebny, nalot tych dziesiątków lat i wszystkiego, co ze sobą niosły i co ciągle odsuwało mnie od pierwotnej, instynktownej mądrości tamtego dzieciaka biegającego miedzami – szczęśliwego i intensywnie przeżywającego.
Nie wiem, gdzie zapodziałem mądrości chłopca, którym byłem wtedy; gdzieś je roztrwoniłem w swoich gonitwach za mirażami, i dopiero teraz, widząc ich daremność, usiłuję mozolnie, bezradnie właściwie, odnaleźć to zatracone bogactwo dzieciństwa i wczesnej młodości.
Stojąc przy stoliku zastawionym kuchennymi rupieciami zasłanianymi wizjami przeszłości, doszły do mnie dźwięki preludium i fugi C-dur Bacha, przecudne dźwięki fortepianu śpiewającego pieśń bez słów. Wróciłem z krainy dzieciństwa i ponownie, jak przed laty, gdy dźwięki te oczarowały mnie po raz pierwszy, odczułem całe ich piękno, teraz dodatkowo splecione z ciepłymi wspomnieniami dawnego czasu, nieznającego przecież, nawet nieprzeczuwającego istnienia tych dźwięków. Później przyszła do mnie inna myśl: że warto było przeżyć to wszystko, co za mną, bo dzięki temu jestem gdzie jestem i słucham tej muzyki.
* * *

Fragment mojej polemiki z Octavio Paz’em po przeczytaniu jego książki „Podwójny płomień. Miłość i erotyzm”.
Za możliwość kupienia komputera po tygodniu pracy, albo samochodu za kilkumiesięczny dochód, płacimy nerwową pracą, biegiem, alienacją, częstym uprzedmiotowieniem w pracy; płacimy widzeniem nas jako żywe narzędzia i jako konsumentów, i sami jakże często widzimy bliźniego jako przeszkodę lub środek w staraniach o zysk. To ten nasz raj konsumpcyjny wysusza nam serca, z uczucia i z erotyki czyniąc dochodową gałąź przemysłu – nie neuronowe pochodzenie naszej świadomości.
Po namyśle stwierdzam, że ta pogoń za rzeczami jest jednak wtórna, jest skutkiem. Co pierwotną przyczyną? Najogólniej mówiąc: brak innych celów. Nasz konsumpcjonizm jest widomym dowodem bezsilności religii i wewnętrznej słabości wielu ludzi. No bo skoro małej będąc wiary nie bardzo potrafią nadać swojemu życiu sensu mniej związanego z dobrami doczesnymi, a nadto nie umieją w subtelniejszy sposób wypełnić swojego czasu…
Wypada mi zaznaczyć, że owa pogoń za dobrami, nasze dni zabiegane i zapracowane, często są po prostu na nas niejako wymuszone; co prawda człowiek tak naprawdę niewiele potrzebuje do życia, ale przecież gdzieś musi zatrzymać swoje ograniczanie potrzeb – nie każdy może być Diogenesem, a i nasz klimat uniemożliwia mieszkanie w beczce. Dla wielu ludzi konieczność zapewnienia podstawowego utrzymania, więc wyżywienia, ubrania i utrzymania niechby najskromniejszego mieszkania, zajmuje dużo czasu i dostarcza wielu trosk. Ci ludzie dalecy są od konsumpcjonizmu w ścisłym znaczeniu tego słowa, mimo iż tak wiele ich wysiłku związanego jest z dobrami materialnymi.
„A gdyby tam, po drugiej stronie, niczego ani nikogo nie było? Wówczas człowiek byłby skazany i musiałby się nauczyć żyć z tą straszliwą prawdą." – stwierdza Paz.

Ona nie jest straszliwa; oblicze tej prawdy tylko czasami bywa smutkiem, bywa żalem, na co dzień będąc raczej koniecznością, ale bywa też oczywistością, a nawet litością.
Ludzie wierzący uważają, że jeśli wiara w byt po śmierci rozpada się, człowiek traci wszelki sens życia – co jeszcze jest zrozumiałe – ale uważają też, że taki człowiek zmieni się w zwierzę swoim barbarzyńskim zachowaniem lub zwierzęcą formą życia dla samego życia, co trudno mi zrozumieć, mimo iż znam drogę ich rozumowania. Jest tutaj jakaś dziwna, niczym nieuzasadniona wiara w dobroczynną moc wiary, jest także wyraźna dla mnie forma poniżenia ich Boga. Tutaj odpowiadam im: wasza wiara w duszę nieśmiertelną może być pomocna osobie, społeczeństwom ludzkim raczej się nie przysłużyła dobrze, o czym dobitnie świadczy historia. Mój przyjaciel napisał mi kiedyś jakoś tak: kiedyś zdziwisz się ty i wielu innych, widząc Boga. Z kontekstu wynikało, iż nie uznaje on wiary za czynnik zbawczy, a ludzkie serce, w czym góruje nad swoimi współwyznawcami, którzy właśnie w ten sposób poniżają swojego Boga.
Historia tej religii przechowała fragment rozmowy dwóch hierarchów: jeden z nich powiedział drugiemu o swojej chorobie i bliskiej śmierci, na co ten zakrzyknął: „Co za wspaniała wiadomość! Zazdroszczę ekscelencji!" Wierzył. Po prostu wierzył w spotkanie z Bogiem po śmierci, chociaż wiara jego była niemal nadludzka (może i w jakiejś mierze nieludzka), bo zrywająca wszystkie, tak liczne, silne i często wzniosłe, więzy łączące nas z życiem, a jednak takiej wiary – gwaranta zbawienia, jak głosi religia – można było mu zazdrościć, bo mając ją, czy miałyby znaczenie jakiekolwiek uciążliwości ziemskiego bytowania? Czy warto kłopotać się czymkolwiek, a już szczególnie brakiem wszystko mającego telefonu i urlopu w Tajlandii? Tyle że jakoś nie widzę tej obojętności na dobra materialne wśród wyznawców Chrystusa, włącznie z ich kapłanami, a nawet wprost przeciwnie: rzuca się w oczy zachowanie odwrotne – jakby nasze ziemskie życie było wszystkim, co mają i mieć będą.
Mijają się też w ocenie wpływu braku wiary na jakość życia, ponieważ WŁAŚNIE z powodu życia tylko tutaj i teraz, jedyne co można zrobić i czym odpowiedzieć konieczności ostatecznego końca, to żyć godnie, ponieważ nie ma możliwości wyspowiadania się, a odpowiada się przed surowym i pamiętliwym sędzią: przed własnym sumieniem.
Jesteśmy częścią życia naszej planety, i nie ma w nas nic, co czyni nas niezależnymi od praw życia i śmierci, a tylko przez posiadanie najwyższej wśród ziemskich stworzeń świadomości i przez możliwość abstrakcyjnego myślenia nie potrafimy pogodzić się z kresem naszych dni. Celem życia, każdego życia, jest jego kontynuacja. Naszego też, więc żyjmy godnie, bo to wszystko, co zrobić możemy.
Bardzo smutna może być świadomość zupełnego zniknięcia tego mikrokosmosu, który budujemy w sobie przez całe życie. Świadomość końca budzi w nas protest, każe szukać pocieszenia. No i mamy go: to, co w nas najlepsze, nie umiera, a trafia w ręce Boga by żyć wiecznie – pozwalam sobie posłużyć się tutaj słowami Proust’a. Piękna, podnosząca na duchu idea. Dlaczego jej nie wyznaję? Chrześcijanin powiedziałby, że Bóg nie obdarzył mnie łaską wiary, ja przyznam się do dokuczliwej wady: nie potrafię wierzyć wbrew rozumowi, mimo iż wiara ze swojej istoty jest pozarozumowa. Wierzyć mogę w coś, co nie przeczy wiedzy, logice, sercu, zdrowemu rozsądkowi w końcu. Moje serce nie pozwala mi uwierzyć w kochającego i miłosiernego Boga wysyłającego swojego syna na krzyż, zdrowy rozsądek w uznawaniu jego i syna za jedną osobę, wiedza w kreację, logika w wieczność mojej duszy.
* * *

Gapiłem się na pola za oknem, nie wiem już po raz który zadziwiony przemianą krajobrazu oglądanego przez okno szybko jadącego pociągu. Tylko najdalsze fragmenty krajobrazu zachowywały się tak, jak powinny, a więc były nieruchome, jakby podążające wraz z pociągiem. I tutaj ogarnęło mnie pierwsze dziwienie tą tak przecież naturalną cechą postrzeganego krajobrazu, bo przecież gdy zastanowić się nad widzianą nieruchomością odległych drzew, wydaje się dziwna wobec mojego pędu. Bliższe drzewa, pola, domy, już wyraźnie umykały, czy raczej pozostawały w tyle, ale w ten sposób, jakby też biegły, tyle że wolniej niż ja z pociągiem. To wszystko, co tory kolei mijały blisko, wydawało się pędem – nie ja, a one właśnie: ukazywały się nagle gdzieś z przodu, krótką chwilę rosły w oczach, przez moment były na wprost mnie, by po sekundzie zmaleć i zniknąć gdzieś daleko w tyle. A najdziwniejsze wydało mi się wzajemne przenikanie poszczególnych, stałych przecież (wiedziałem o tym, ale tylko wiedziałem, jako że oczy mówiły mi co innego) fragmentów krajobrazu, zmienność ich wzajemnego położenia, wyprzedzanie się i pozostawanie w tyle. Zadziwiał ciągły ruch nieruchomych pól i drzew, któremu nawet domy się poddały i pędziły, w jednej chwili widoczne po lewej stronie grupy biegnących ku mnie drzew, bo w ułamku sekundy przeniknąć się wzajemnie, zamienić z nimi swe miejsce i pokazać mi się z prawej strony. A to wszystko na tle zmian dalszych, nieco wolniejszych, ale tak licznych, że cały krajobraz jawił się jako ruch. Wtedy sięgnąłem wzrokiem ku tym najdalszym drzewom i polom, ku niezmiennej, jak mniemałem, linii horyzontu, i dopiero teraz zobaczyłem, że pęd, jaki ruch pociągu nadał krajobrazowi za oknem, jest wszechogarniający, i nic już nie ma w nim stałego, a cały jest zmiennością i nawet ja się mu poddaję i nie jestem już (jak wtedy, gdy idę polami, horyzont mając widoczny wokół siebie) nieruchomym centrum widnokręgu, środkiem mojego świata, a też zostaję porwany pędem, który w ruch wprawia wszystko za oknem i wszystko zostawia za mną.

2 komentarze:

  1. Zapowiada się dłuższe czytanie. Wrócę w deszczowy dzień, bo dziś woła mnie drzewo czereśniowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc masz czas zbierania czereśni. Przy okazji napisz, jakie masz zbiory.

      Usuń