Etykiety

Moja książka

Miłość, muzyka i góry

060320 Narodziny powieści i książki Pomysł przyszedł mi do głowy w czasie przerwy w wędrówce po Górach Kaczawskich, na przedw...

sobota, 2 maja 2020

Wiosenna włóczęga i muzyka

260420
Z Komarna na zbocza Maślaka, niebieskim szlakiem pod Źróbka, zbocza Łysej Góry i Leśnicy. Skiba, Ulina, Źróbek, Kobyła, zbocza Ogiera, Trzmielowa Dolina, Komarno.

Niezdecydowany siedziałem nad mapą, a w końcu jak zwykle, gdy mogę zobaczyć swoje góry zielonymi, pojechałem w Trzmielową Dolinę. Wróciłem w góry szybciej, niż się spodziewałem, po ledwie kilkutygodniowej nieobecności. Co prawda maska leżała na sąsiednim siedzeniu, ale wygląda na to, że trzeba nam przyzwyczaić się do niej, bo szybko nie zniknie nam z oczu i z nosa.
Całą trasę znałem, ale i dzisiaj poznałem kilka ładnych zaułków albo szedłem w przeciwną stronę niż zazwyczaj, a przecież wiadomo, że oglądając się, nie zobaczymy wszystkiego. Starałem się iść dokładnie, jak to powiedziała Maria o swojej znajomej. Pożyczyłem sobie jej wyrażenie, bo bardzo mi się spodobało.
Słońce widywałem tylko popołudniu, ale cały dzień patrzyłem na kwitnienie czereśni i tarnin, no i oczywiście na brzozy wystrojone teraz delikatnymi, drżącymi, zwiewnymi kreacjami wiosennymi.
Przytulałem się do nich i… coś czułem.
Widzę siebie jako osobę rzeczową, racjonalistę z nader niewielką dawką poetyckości, bez żadnych skłonności do tajemnej wiedzy ezoterycznej, a mimo tych cech od lat uważam, że cielesny kontakt z żywymi drzewami, a już zwłaszcza z brzozami, daje nam coś pozytywnego. Nie wiem, co to miałoby być. Nie wiem nawet, czy dzisiaj sugerowałem się swoim nastawieniem, czy rzeczywiście odczuwałem stan ulgi, uspokojenia i wypogodzenia. Nawet jeśli podpowiadałem sobie takie stany, te chwile były przyjemne i będę je powtarzał. Za najlepszy sposób mam objęcie pinia brzozy, przyłożenie do niego dłoni i policzka – i po prostu stanie. Kto nie próbował, niech tak zrobi. Nie obiecuję, że coś poczuje, ale przynajmniej spróbuje.

Przy okazji pokażę, jak można zagmatwać proste wyjaśnienie.
Zajrzałem do Wikipedii chcąc dowiedzieć się, jak definiują ezoterykę, i oto co przeczytałem:
„Ezoteryzm, ezoteryka – cecha wierzeń zwanych wiedzą tajemną, hermetyczną lub ezoteryczną i przekazywaną jedynie wybranym osobom w przeciwieństwie do dostępnej dla ogółu wiedzy egzoterycznej (...)”
Ezoteryka jest więc wiedzą ezoteryczną? Tkwi w tych słowach istota znaczenia ezoteryki, ale jest trochę ukryta.
Ezoteryka to po prostu wiedza dla wybranych. Definicja ma być krótka i konkretna.
Słowa użyłem w nieco innym, potocznym znaczeniu: wiedza dziwna, nieakceptowana przez naukę.

Dość o słowach, wracam na szlak.
Nie zajrzałem do wszystkich zakątków okolicy Trzmielowej Doliny, chociaż dzisiaj, korzystając z suszy, po raz pierwszy dolinę przeszedłem samym dnem, między uschniętymi szuwarami sięgającymi ponad głowę.

Umyśliłem sobie dojść aż pod Skibę, a po drodze jeszcze raz spróbować odnaleźć przejście, którym przypadkowo udało mi się przejść rok temu.
Szedłem wtedy rozległym zboczem Łysej Góry w stronę Skiby, jak dzisiaj, i cudem udało mi się znajdować dogodne przejścia w labiryncie polanek poprzecinanych jęzorami drzew, otoczonym sporym leśnym masywem. Dzisiejsza próba była drugą i jak poprzednia, nieudaną. Nie mam pojęcia, jak udało mi się przejść tamtędy za pierwszym razem. Jakiś zanikający dukt wyprowadził mnie na prostą, ale zarośniętą, nieużywaną od lat drogę. Byłem na niej i przy poprzedniej próbie, poznałem ją po wierzbach iwach wyrosłych tutaj. Te drzewa zwracają uwagę, ale bynajmniej nie urodą. One żyją byle jak, byle szybciej, połamane i pokręcone, ale nawet gdy leżą już i próchnieją, wypuszczają nowe pędy. Ich żywiołowość godna jest podziwu, ale wygląd starszych iw może przestraszyć albo przygnębić. Na tamtym zupełnym odludziu, które jest sypialnią dzików, jak zauważyłem, pod chmurnym niebem, wśród szczątków drzew leżących pod nogami, iwy wyglądają jak strzaskane jakimś kataklizmem. Smutne drzewa i nieładne. 


Dopiero w parę godzin później, gdy stałem po drugiej stronie doliny i ze sporej wysokości Uliny dobrze widziałem znaczną część rozległego zbocza Łysej, wzrokiem przeszedłem cały ten labirynt i domyślałem się, gdzie nie skręciłem i którędy powinienem pójść.
Tak, obiecałem sobie wrócić, bo jakże to tak? Mam nie wiedzieć, którędy iść? W moich górach?
Stojąc tam, w pewnej chwili uświadomiłem sobie niedostrzeganie Zazdrośnika, górki przylepionej do zbocza dużej Łysej Góry. Szukałem jej i nie znajdowałem.
Czy ja czegoś nie pomyliłem? Ależ nie! Przecież rano jeszcze była tutaj – pomyślałem w formie wyrzutu wobec góry.
Podszedłem bliżej i zobaczyłem ją, chociaż nie od razu. Tak dokładnie stopiła się swoimi lasami z lasami dużego zbocza za nią, że stała się prawie niewidoczna.
Na wzgórzu Ulina odwiedziłem samotny dąb. Chociaż próchno się z niego sypie, stoi i jeszcze dycha, zapatrzony na jakże ładne widoki wokół siebie. Staliśmy tam razem, gapiąc się w dal.


Przy nim zaczyna się jedno z tych ogromnych kaczawskich pól wielkości kilku całych gospodarstw starej Lubelszczyzny. Wchodząc na niego, wspomniałem wielką kępę chabrów widzianą tutaj którejś jesieni. Odruchowo, nie licząc się z porą roku, rozejrzałem się po polu. Chabrów oczywiście nie było, ale wszędzie widziałem polne bratki czyli fiołki trójbarwne. Miliony malutkich kwiatków na stu hektarach pola wspinającego się po zboczu, a za szczytem opadającego aż ku łące pod drugiej strony wzgórza. Wśród bratków sporo rośnie przetaczników – niebieskich drobin wśród biało-żółtych fiołków. Starałem się omijać kwiaty, ale w wielu miejscach po prostu nie było możliwości przejścia, tak wiele ich rośnie.
Parę razy klękałem i nachylałem się. Tylko taka pozycja jest dobra do oglądania kwiatków wielkości paznokcia i rosnących przy ziemi. Oglądane z góry nie robią wrażenia, ot, małe białe kropki na starym ściernisku. 


Obok większego płatka z żółtą plamką podkreśloną kilkoma cienkimi kreseczkami, są cztery mniejsze, przy czym skrajne widywałem białe, jasnoniebieskie lub intensywnie fioletowe. Dopiero z tak bliska widać misterną konstrukcję, żywość kolorów, urodę kształtów, całe piękno tych kolorowych drobin.
Podniosłem głowę i widząc ich tyle wokół siebie, poczułem… nie wiem, co. Coś podobnego do bezradności, bo raz czy kilka razy można podziwiać kwiat bratka, ale nie tysiące razy, a przecież każdy z nich tak samo jest ładny.
Pewnie tej wiosny pole zostanie zaorane i zginą te niepoliczone kwiatuszki. Polne kwiaty, często niezauważane i niedoceniane, kwiaty bezbronne i mające bardzo niepewne życie, jeśli wyrosną tam, gdzie traktory ciągną pługi.
Ten mój głupi aparat ostrzy na trawę, nie widząc kwiatków podsuwanych mu przed oczy, to jest przed obiektyw. Nie potrafię go tego oduczyć, więc zdjęciami się nie pochwalę.
Odwiedziłem kilka znajomych drzew: plecioną jarzębinę pod Kobyłą, brzozę pod Skibą (możliwe, że tylko dla niej tam poszedłem), jej siostry stojące w szeregu pod Źróbkiem, głóg i czereśnie na Ogierze. Wszystkie mają się dobrze i zaczynają mnie rozpoznawać :-)

W lasach jeszcze przedwiośnie. Czereśnie zaczęły rozwijać liście, bukom ledwie nabrzmiewają pąki, dęby i lipy dopiero szykują się do wiosny. Jesiony też. Nie podobają mi się te drzewa, w moich oczach są brzydkie. Wiele z nich ma dziwne, nieciekawie wyglądające narośla lub spękania (jak na zdjęciu niżej), jesienią szybko i bez efektownego przebarwiania tracą liście, wiosną długo sterczą nagie, z czarnymi resztkami zeszłorocznego życia, a i nieładnie kwitną. Gdzież im do lip czy klonów, o brzozach nawet nie wspomnę! Olsze też nie grzeszą urodą, ale akurat teraz są ładne. Ich listki, o tak przygaszonym kolorze w lecie, teraz są bardzo ładne i niepodobne do siebie dorosłych. Przypominają mi grabowe liście.
Hmm, pomyślałem, że w tych moich ocenach tkwi antropocentryzm. Człowiek i jego potrzeby, także estetyczne, są najważniejsze. Może przyjdzie czas, gdy za niewłaściwe będzie się uznawać takie oceny żywych organizmów Ziemi?
Wydaje mi się, że częściej widzę butelki i puszki nałożone na gałązki przydrożnych drzew. To chyba jakaś nowa moda, a może dowcip, tych śmiecących barbarzyńców.

W drogę ruszyłem o szóstej, a niewiele brakowało do dwudziestej, gdy wróciłem. Nie śpieszyłem się, kilka razy zrobiłem nieco dłuższe przerwy, siedząc w ładnych miejscach. Takiej możliwości czasami mi brakuje w zimne i mokre dni zimowe.
Ponieważ nic nie wskazuje na bliską możliwość wyjazdu z karuzelami, w następne weekendy będę wyjeżdżał na łazęgi, nie tylko w moje góry.
PS
Jeśli ktoś zauważy błąd w opisie kwiatów, proszę o sprostowanie.
PS2
Mój syn zaczął zamieszczać na You Tube filmiki ze swoimi nagraniami klasyki muzycznej. Zajrzyjcie, proszę. Jego pianino stoi w moim pokoju, odziedziczonym po córce, która po ślubie przeniosła się do domu męża.
Proszę zwrócić uwagę na ciekawe opisy granych utworów.





















14 komentarzy:

  1. Fiołki trójbatwne uwielbiam. Są nie tylko śliczne, ale też smaczne i ładnie wyglądają na potrawach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm, zjeść fiołka. Dlaczego nie?
    Aniu, nie mogąc zrobić zdjęcia, urwałem jeden kwiat i położyłem go w trawie, bo ten mój aparat tylko trawę widzi dobrze, ślepota jedna. Dobrego zdjęcia mimo tego podstępu nie zrobił, a mnie się szkoda zrobiła kwiatka, więc jego łodygę włożyłem w usta i szedłem tak dłuższy czas. Teraz widzę, że powinienem kwiat po prostu zjeść.
    Wiedziałbym, jak smakuje. W jedzeniu kwiatów jest coś niesamowitego. Nic złego, nie! Raczej coś z pogranicza mistycyzmu i naturyzmu. Coś, co łączy sprzeczności, wzniosłość i przyziemność.
    Nie zapomnę Twojej zupy owocowej z kwiatami. Chwila jej zobaczenia była niesamowita.
    Tak, te malutkie kwiatuszki są śliczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, do jedzenia kwiatów trzeba się przekonać. To swego rodzaju wychodzenie ze strefy komfortu. Podobnie z jedzeniem pączków a potem liści lipy (są pyszne).

      Usuń
    2. Aniu, ja już jestem przekonany :-)
      Oswoić się jednak trzeba, bo my tutaj (myślę: w Europie) mamy zakodowane, że na kwiaty się patrzy, wącha się je i podziwia, ale jeść?? Jednak wystarczy niedługie zastanowienie się, by dojść do wniosku, że dlaczego nie?
      Dzisiaj byłem na łazędze z Jankiem. Spotykaliśmy fiołki na łąkach, nawet sporo, chociaż nie tyle co na Ulinie, i pamiętając o Tobie… zjadłem kilka. Smak mają neutralny, to znaczy nie wyczułem żadnego konkretnego smaku (może przez te moje papierochy), ale to znaczy, że śmiało można je dodawać do dań jako ozdoby, piękne i oryginalne ozdoby, nie zmieniając smaku potrawy.
      Lipa? Muszę spróbować.

      Usuń
    3. Spróbuj! Lipa jest pyszna!

      Usuń
  3. Kiedyś, może trzy lata temu, popełniłam czyn straszliwie komercyjny. Otóż pojechałam do Doliny Chochołowskiej w czasie kwitnienia krokusów. Pomyślałam, że chcę to zobaczyć choć raz w życiu, nieważne są koszty. Kosztem okazały się niesamowite korki i taki tłum w dolinie, że odebrało mi mowę a także poczucie wyjątkowości tego dnia, czasu kwitnienia, budzącego się życia, piękna i hojności natury. Nie cierpię tłumów, bo tłum to zawsze motłoch. Ale nie tym chciałam przecież. Miałam wtedy podobne do Twoich odczucia względem ilości tych kwiatków. Właśnie bezradność, że jak to? Tyle? Jak przejść obok, nie depcząc? Dlaczego ci ludzie wywalają się tam na kocach, gniotąc to piękno? Dlaczego chcąc sfotografować jednego krokusa depczą kilka innych?
    Spektakularne są takie widoki. Mąż czasem namawia, żeby pojechać jeszcze raz, ale w środku tygodnia, a ja nie wiem, czy chcę. Boję się kolejnego rozczarowania, że zamiast poczucia magii będzie silna irytacja. Natomiast chętnie zobaczyłabym Twoje fiołki.

    Latorosłka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proponuję wybrać inne miejsce z krokusami. Bez tłoku. Na przykład w Górach Izerskich 😉

      Usuń
    2. Nasze Tatry są za małe. Zawsze takie były, a szczególnie teraz, gdy ludzi bardziej stać na wyjazdy. Trudno się im dziwić, chociaż faktycznie tłum łatwo zamienia się w motłoch, a część tych ludzi po prostu nie potrafi właściwie zachować się w miejscach chronionych.
      Tej wiosny widziałem trzy krokusy rosnące obok siebie, na skarpie, poza drogą czy ścieżką. Mam ich widok pod powiekami. Te kwiaty są zupełnie inne od fiołków polnych (czy trójbarwnych, bo różne wersje nazw spotykam), one są królewskie. To księżniczki, a fiołki są zwykłymi malutkimi kwiatuszkami polnymi. Jedne i drugie tak samo bezbronne, ale w moim odczuciu, w tym subiektywnym odruchu ducha czy serca, uznaję, że fiołki bardziej. Tamte chociaż prawo chroni, tych drobin nic.
      Szkoda, że mieszkasz gdzieś tam. Gdybyś mieszkała z Lesznie, już mogłabyś uzgadniać z mężem mój przyjazd po was. Zawiózłbym was na Ulinię i pokazał morze fiołków na polu sięgającym horyzontu i żadnej osoby w promieniu setek metrów.
      Moglibyśmy zejść do stóp górki, w dolinę Bełkotki, strumienia strojącego się kaczeńcami. Ostatnio gdy tam byłem, widziałem rodzinę kaczek pływającą wśród tych kwiatów.
      A ludzie pędzą gdzieś nieprzytomnie...

      Usuń
    3. Nie wiem, pod czyim postem wskoczy odpowiedź :)
      Aniu, bliżej mi w Tatry niż w Izery. Bliżej o jakąś godzinę drogi. Gdyby jechać na jeden dzień ta godzina robi dużo. Są w Beskidach moich ukochanych, Żywieckich, takie miejsca, gdzie rosną łąki krokusów, np. pod schroniskiem na Rysiance, ale o tym miejscu też wszyscy wiedzą, też przekazują sobie facebookiem informacje, że już, już zakwitły! I pewnie jadą tam potem, wywalają się na trawie, dzieci biegają bo teraz dzieciom wszystko wolno przecież, kto wie, może ustawiają jednorazowe grille, tam jest duża łąka... Nie, dzięki. Widziałam raz, wystarczy. We wspomnieniach retuszuję obraz: zostawiam fioletową łąkę, ośnieżone szczyty a wymazuję ludzi.

      No, właśnie, Krzysztofie. Gdybym nie mieszkała gdzieś tu, tylko gdzieś tam
      :)

      Latorosłka

      Usuń
    4. Latorosłko, pojedź w rumuńskie góry, tam będziesz sama i oceany krokusów:-)

      Usuń
    5. Mario! Toż to jeszcze dalej niż Izery! :)

      Latorosłka

      Usuń
    6. Latorosłko, może i dalej, ale... korek mniejszy 😂 Hala Rysianka... ileż ja mam dziecięcych wspomnień z Beskidów!

      Usuń
  4. Widoki zmieniają się, las rośnie i zasłania; kiedyś z naszej Kopystańki widać było Wysokie Bieszczady, a jeszcze wyraźniej z Połoninek Arłamowskich; podoba mi się zdjęcie z samotnym dębem na Ulinie, takie swojskie, jakby nasze, pogórzańskie; wierzby są ciekawe, czasami obserwuję przechylony poziomo pień, a z niego wyrastające gałązki prościutko do góry, dziesiątki młodziutkich gałązek, jak grzywa; i to zdjęcie z czapami traw, jakby zaczochrane włosy wiedźm, a może innych stworów; czasami widuję takie zanurzone w wodzie, wyglądają wtedy jak włosy topielic:-) to my podchodzimy do jedzenia kwiatów z wielką rezerwą; odkryłam filmiki Chinki Liziqi, olaboga, tam jedzą wszystko ... płatki magnolii, lotosu, kaktusów, to te, co poznałam:-) niebo było przychylne Twojej wędrówce, miałeś doskonałą pogodę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chmur było dużo i często zasłaniały słońce, ale faktycznie było ładnie, nie mam powodu do narzekania.
      Zmienność perspektywy zadziwia mnie w górach. Spójrz, proszę, na zdjęcie numer 25, podpisane jako „Ulina i Karkonosze”. Niewielka, obła, zaorana górka zasłania sobą wyniosłą ścianę Karkonoszy. Gdybym zrobił 20 kroków i stanął na szczycie, górka zasłaniająca Śnieżkę byłaby ziemią pod moimi nogami.
      Na jej przeciwległym zboczu rośnie dąb samotnik.
      Samotne drzewa, zwłaszcza duże, mają siłę przyciągania nie tylko wzroku. Czy też zdarza Ci się podchodzić do nich?
      Chińczycy jedzą kwiaty? Cóż, akurat temu się nie dziwię, ale niektóre inne ich gusta kulinarne są… ech.

      Usuń