Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

niedziela, 14 maja 2017

Wiosna i dęby


120517
Ciepło wczorajszego dnia przyjmowałem nieufnie, jakbym nie był pewny swojego odczuwania, albo spodziewał się w każdej chwili zimna i deszczu, najpowszechniejszych cech wiosny tego roku. Dopiero dzisiaj uwierzyłem: jest ciepło i świeci słońce, zaczęła się wiosna! Tak, to nie pomyłka: gdy chodzę opatulony ośmioma kilogramami ubrań, z czapką naciągniętą na uszy, nie widzę wiosny, chyba że w kalendarzu. Jest tutaj pewna dziwność w reagowaniu na temperaturę: w zimie pięć stopni na plusie wydaje się dość wysoką temperaturą, w kwietniu to niemal mróz. Ten miniony miesiąc utwierdził istniejące już wcześniej moje pierwsze, odruchowe skojarzenie: kwiecień – zimno. Po całej zimie przepracowanej w nieogrzewanej hali, po kwietniu spędzonym na dworze, jakże często w deszczu i błocie, nie zieleń drzew, a temperatura i słońce decydują o dostrzeżeniu wiosny. Zaczęła się wczoraj, tyle że rośliny nie wiedziały o jej spóźnionym przyjściu.
Przyjechawszy do bazy, kamping postawiłem przy ogrodzeniu, za którym biegnie alejka wysadzana wysokimi topolami i jesionami; wśród ich konarów ukrywają się wilgi. Na pewno słyszałem je i we wcześniejsze dni, te zimne i deszczowe, ale przysiągłbym, że dopiero od wczoraj budzą mnie tym swoim jakże pięknym dla mnie śpiewem jednoznacznie kojarzącym się z ciepłą porą roku. Budzę się i słucham ich śpiewu, wiem, że za chwilę zadzwoni budzik zmuszając mnie do wielogodzinnej pracy, ale nie czuję niechęci; słucham wilg i czuję, że dobrze zaczyna się ten dzień.
Po pracy poszedłem za miasto; brzegiem lasu biegnie tam znajoma dróżka odwiedzana ilekroć w dłuższe dni pracuję w bazie firmy. Rzadko się to zdarza, ale przez minione kilkanaście lat wiele znalazłem, a nawet odkryłem, idąc tą drogą, niemało chwil i wspomnień związało mnie z nią. Na przykład w niedzielne jesienne i zimowe popołudnia 2004 roku przychodziłem tutaj dla ochłonięcia, gdy po kilku godzinach pisania czułem potrzebę oderwania się od klawiatury. W tamte gorączkowe dni spacery zawsze kończyły się tak samo: szybką chęcią powrotu do słów.
Dzisiaj witałem się z pamiętanymi drzewami i widokami, patrzyłem na zieleń i słońce, na ładną polną dróżkę bez kałuż.
Wzdłuż drogi najwięcej rośnie dębów, ale przecież nie tylko: na samym jej początku wznosi się szpaler wysokich kasztanowców, a do ich pni tulą się bzy, czyli lilaki. Zaczynają kwitnąć, więc nachylałem się nad kiściami kwiatów i wąchałem ich ładny, świeży zapach, któremu trudno dorównać tym wszystkim laboratoryjnym zapachom zamykanym w szkle i sprzedawanym w luksusowych sklepach.
Te krzewy otulały cieniem i zapachem dom mojej babci, dom dzieciństwa, a teraz, po tyluż latach, widząc je równie ładnymi, do ich urody dodaję wiele wspomnień, barw i skojarzeń, wśród których jest także wiele mówiąca nazwa łacińska, a poprzez nią grecka mitologia, miłość i moje pisanie.
Właściwie wystarczy zwolnić, czasami zatrzymać się, rozejrzeć i posłuchać siebie, by dostrzec tysięczne nici łączące nas ze światem, niepoliczone związki chwili obecnej z przeszłością.
Dęby. Jest tam kilka staruszków o klasycznym wyglądzie: grube, krótkie pnie, faliste konary wśród których trudno szukać linii prostych, masywność wyglądu, robiąca wrażenie rosochatość (lubię stare słowa), zwłaszcza wtedy, gdy rosocha usycha, co zdarza się nierzadko, a żywa tkanka drzewa próbuje zamknąć ranę po uschniętej gałęzi. Rosnąc na brzegu lasu, drzewa wychylają gałęzie w jedną stronę, na pola, do słońca, a sięgnąć nimi potrafią daleko. Widuje się wielometrowe poziome gałęzie, które wciskają się w wolną przestrzeń, czasami przy samej ziemi, by tam, w słońcu, rozwinąć swoje liście.
Zdziwiony byłem ilością buków czerwonych, także swoim wcześniejszym niedostrzeganiem ich. Starałem się uchwycić cechy charakterystyczne pni tych drzew, odmiennych od innych dębów, by móc je rozpoznać w zimie, gdy nie ma tak łatwych w identyfikacji liści; mam pewne spostrzeżenia, ale trudna to sztuka, zwłaszcza dla mnie. Z rozróżnieniem odmiany szypułkowej i bezszypułkowej też miałem kłopoty. Tak, tak, pamiętałem: dąb bezszypułkowy na liście bardziej symetryczne i z większą ilością wcięć, czyli klapek, ale dłuższy ma ogonek, czy krótszy? A nerwy? W których dębach dochodzą do wcięć, a w których tylko do szczytów klapek? Ech, zaraza z tą moją pamięcią.
W pewnej chwili, nachylony nad liśćmi, skupiony na oglądzie, szperający w opornej pamięci, roześmiałem się, bo te moje starania rozpoznania odmian wydały mi się ujmującym zajęciem. Ludzie przechodzą widząc… drzewo. Tak widzi znaczna ich część i co gorsza, nie wykazują zainteresowania. Niektórzy rozpoznają dąb bez rozróżnienia odmiany, a rozpoznać te szczegóły potrafią nader nieliczni.
Wróciłem do siebie i zajrzałem do Skarbca Wiedzy Wszelakiej, czyli do internetu: wbijałem sobie do głowy cechy rozpoznawcze, a gdy już ułożyłem chwiejną piramidę słów i zasad na głowie, poszedłem pod las obejrzeć dęby raz jeszcze. Zdziwiłem się ponownie: szypułkowych jest tam mniej niż tych z bez szypułek; możliwe, że z powodu późniejszego rozwijania liści nie miałem możliwości ich rozpoznania.
Może ktoś wie, nota bene, dlaczego edytor tekstu uznaje słowo „internet” za błędnie napisane? Już wiem: napisałem wielką literą i czerwone podkreślenie znikło. Błędem jest jego wyświetlanie, ponieważ za błąd mam pisownię internetu z wielkiej litery; jeśli się mylę, z chęcią przeczytam uzasadnienie.
Nie jestem znawcą drzew, ani wyjątkowym ich miłośnikiem, jednak wielkie drzewa robią na mnie duże wrażenie. Wiele lat temu dane mi było zachwycić się po raz pierwszy ogromem dębu Bartek rosnącym w Górach Świętokrzyskich; kilka razy widziałem Bolesława i Warcisława, dwa wiekowe dęby rosnące niedaleko Ustronia Morskiego. Niedawno dowiedziałem się, że Bolesław, najstarszy dąb w Polsce, skończył żywot, a ja nadal widzę żonę i córkę opartych o jego pień i patrzących w górę, na konary. Leży zwalony i decyzją władz będzie leżeć. W wakacje postaram się zobaczyć pień.
Ilekroć jechałem do Żagania, w wiosce na trasie widziałem tabliczkę informującą o wiekowym dębie, ale jadąc długim ciężarowym zestawem nie miałem możliwości wjechania na mały parking i pójścia pod drzewo. Dopiero parę lat temu, jechałem wtedy busem, udało mi się zobaczyć Chrobrego, najstarszego obecnie dęba w Polsce. Wszedłem do drzewa, do jego wypróchniałego pnia, podniosłem głowę i zamarłem, oczarowany. Jakbym w świątyni natury się znalazł; nie w tym betonowym bunkrze zwanym świątynią, a w miejscu, które świętość wespół z Naturą upodobały sobie. Nierówne, chropawe ściany wewnętrzne pnia ledwie majaczyły w ciemności (wypada powiedzieć, że sypiącego się próchna nie ma tam, olbrzymia dziupla jest oczyszczona), a wzrok przyciągały jaśniejące nieregularne okna wznoszące się na kilku poziomach: to boczne dziuple, pozostałości po spróchniałych konarach. Widok i wrażenie niesamowite i wyjątkowe; gdzież przeżyć można taką chwilę? Od tamtych niezapomnianych minut (w drzewie byłem krótko, wszak wchodząc złamałem zakaz) przejeżdżając pobliską szosą czuję pragnienie pójścia tam jeszcze raz, chociaż teraz, po niedawnym podpaleniu drzewa, zapewne nie miałbym już okazji wejść do dziupli.
Ktoś napisał, że widok sekwoi olbrzymich jest jednym z tych, które koniecznie należy w życiu zobaczyć. Wierzę mu, i gdyby nie Fenicjanie, poleciałbym na drugą stronę Atlantyku. Póki co staję pod każdym dużym drzewem spotkanym na trasie swoich wędrówek i chłonę ową tajemniczą aurę roztaczaną przez wielkie drzewo.






wtorek, 2 maja 2017

O miłości, która nie spadła z nieba


210417
Odkąd napisałem parę zdań o miłości, nie przestaję myśleć o źródłach naszych zdolności duchowego przeżywania; może gdy podejmę jeszcze jedną próbę nakreślenia swoich przemyśleń i wiedzy, uporządkuję je w ten sposób i w końcu oderwę się od tematu.
Dopisek. Z powodu licznych zajęć służbowych i pilnego wyjazdu w rodzinnych sprawach, tekst leżał przez niemal dwa tygodnie. Gdy dzisiaj wróciłem do niego, poczułem, że od tematu uwolnił mnie czas i już nie muszę posługiwać się tekstem, ale że u mnie napisane słowa nabierają cech osobowych, zaraz zamieszczę je na blogu, mimo iż doskonale wiem, że tekst raczej wypaczy mój obraz u czytelników, niż go wyprostuje. Trudno, zostanę wierny zasadzie głównej: na swoim blogu zamieszczam to, co mnie interesuje.

Wydawało mi się, że istnieją dwa zasadnicze stanowiska w kwestii naszej duchowości: mamy ją od Boga, albo została wykształcona w toku ewolucji; ostatnio zaczynam wyraźniej dostrzegać poglądy pośrednie: przy braku negacji faktu ewolucji, obecne jest oczekiwanie wyjęcia wyższych, psychicznych zdolności naszego umysłu spod praw ziemskiego życia i jego ewolucji.
Dla porządku zaznaczę, że takie pojęcia jak duch, dusza, psyche, używam wymiennie, mając na myśli naszą świadomość i całe życie wewnętrzne człowieka; nasze „ja”. Podobnie używam słów umysł i mózg, jako że dla mnie nie ma w tych określeniach innych różnic, jak te ze słownika: w przypadku mózgu ma się na myśli bardziej twór materialny; mówiąc o umyśle, myśli się raczej o funkcjach mózgu, zwłaszcza tych psychicznych. Tkwi w tym pojmowaniu zasadnicze założenie zgodne z wiedzą naukową: nasz mózg jest twórcą i siedliskiem naszego „ja”. Zaznaczam to, ponieważ spotkałem się ze stanowiskiem, dość licznie reprezentowanym wśród wierzących, że umysł jest niematerialną emanacją duszy, a mózg służy jedynie do zawiadywania naszym ciałem i jego zmysłami. Nie zamierzam ustosunkowywać się do takiego stanowiska, jako że wynika ono z wiary, nie wiedzy, a tym samym nie podlega wpływom argumentów.
Myślę, że wśród ludzi, którzy przyjęli do wiadomości fakt ewolucji, nie ma sprzeciwów, gdy mowa jest o obsłudze przez nasz mózg fizycznych potrzeb ciała i przetwarzanie informacji ze zmysłów. Wiadomo, że ciało wymaga zarządzania, że im większe ciało, tym większy mózg jest potrzebny, łatwo też o potwierdzające obserwacje. Gdzieś już posłużyłem się przykładem zmysłu równowagi, wykorzystam go i tutaj zaznaczając, iż inaczej odbiera się typowe objawy pracy naszego ciała, jeśli zwracamy na nie uwagę pod kątem funkcjonowania naszego mózgu.
Gdy stanę na jednej nodze, w zasadzie mogę swobodnie rozmawiać lub myśleć, i nie muszę równowagi pilnować. Jednak jeśli wsłucham się w swoje ciało, a jeszcze lepiej, gdy jednocześnie będę patrzeć na nogę i stopę, zobaczę i poczuję działanie mięśni: jedne napinają się, inne zwalniają, a zmiany bywają dość szybkie i liczne. Wiadomo, że nie dzieje się to automatycznie, że pracą mięśni utrzymujących naszą równowagę steruje mózg. Mógłbym pisać o przejściu tych czynności ze świadomości w fazie nauki chodzenia, do podświadomości w późniejszym okresie, ale chyba za bardzo odbiegłbym od tematu, tutaj wystarczy zaznaczyć, że nasz mózg sam potrafi to robić na skutek wyćwiczenia. Całkiem podobnie jest przy chodzeniu, a niewiele inaczej przy każdych czynnościach wykonywanych często i przez długi czas, jak na przykład przy kierowaniu samochodem. Który z kierowców nie złapał się na myśli, że przecież powinien włączyć kierunkowskaz i zapomniał o tym, a gdy sięgnął po dźwignię, okazała się być już włączona.
Ilość przetwarzanej informacji ze zmysłów jest ogromna. Wszak w każdej chwili wiemy, jaką pozycję ma nasze ciało, odbieramy z całej jego powierzchni wrażenia dotyku i temperatury, słyszymy, widzimy, a przecież piszę tutaj tylko o tych działaniach mózgu, które są nam znane, to znaczy, które są nam świadome; działań pod progiem świadomości jest dużo więcej. Gdy przyjrzeć się każdej z tych funkcji, niech będzie to widzenie, zauważyć można coś dziwnego, coś diametralnie odmiennego od tego, co widzimy. Nasze oczy działają podobnie do matryc aparatów fotograficznych: zmieniające się pod wpływem światła stany naszych komórek światłoczułych są czytane, informacja jest wstępnie przetwarzana, i wiązką kabli – włókien nerwowych, przesyłana jest do mózgu, gdzie podlega dalszej obróbce, a to wszystko dzieje się wiele razy na sekundę. Uwaga w nawiasie: u wielu istot, także u ludzi, powierzchnie światłoczułe komórek skierowane są do tyłu oczu, a nie normalnie, ku światłu – twardy orzech do zgryzienia dla kreacjonistów.
W aparacie fotograficznym obraz jest zapisywany w postaci ogromnego ciągu zer i jedynek, czyli w postaci cyfrowej, z wykorzystaniem tylko dwóch cyfr (przeciętnej wielkości zdjęcie to ciąg kilkudziesięciu milionów zer i jedynek); u nas jest to bardziej skomplikowane, chociaż zapis cyfrowy nie jest nam obcy, tyle że przy użyciu nie dwóch, a czterech znaków. To, co ważne dla mojej myśli przewodniej, to dość proste stwierdzenie: obraz, jaki widzimy, istnieje tylko na poziomie naszej świadomości, natomiast nasz umysł operuje na ciągu umownych znaków i tak też przechowuje w swojej pamięci obrazy naszego życia. To przetwarzanie, dość wierne, a przy tym diametralnie zmieniające informację wejściową, jest powszechne u nas: każde wrażenie zmysłowe wysyłane jest jako ciąg impulsów o zmiennych parametrach, by w mózgu zostać przetworzonym do stanu zrozumiałego dla niego samego i dla nas.
Dokładnie tak samo mają wszystkie zwierzęta, chociaż zachodzą oczywiste różnice ilościowe: jedne widzą lepiej, drugie gorzej od człowieka, albo wzroku nie mają lub patrzą pod szerszym kątem i kilkoma parami oczu. To, co tutaj ważne, to przyjęcie do wiadomości, iż mechanizmy wykształcania zmysłów i ich funkcjonowania były (i są nadal) podobne, a w najszerszym ujęciu takie same u wszystkich żywych istot na Ziemi.
Poza zmysłami, w oczywisty sposób wspomagającymi zdolności przeżycia, natura wykształciła u zwierząt cały szereg funkcji mających na celu posiadania potomstwa i opiekę nad nim. Zaznaczam, iż pisząc o celu natury, nie opisuję istniejącego stanu, korzystam jedynie z języka stworzonego przez ludzi, a my wszędzie doszukujemy się sprawcy i celu. Same mechanizmy ewolucji są bezosobowe, bezrozumne, automatyczne, nie mające żadnego celu, ku któremu zmierzają.
Najsilniejszym bodźcem tego rodzaju jest popęd seksualny, bez którego nie było toków, rykowisk, walk, nieskończonej ilości zalotów, rytuałów, przeobrażeń w zachowaniu i wyglądzie. Natura posłużyła się tutaj przysłowiową marchewką: przyjemnością, chociaż zdaje mi się, że odczuwają ją jedynie te zwierzęta, których mózgi dostatecznie są rozwinięte, by „zmieścić” w sobie wrażenie tak oderwane od codziennych zabiegów, jak rozkosz. Ta uwaga też jest ważna. Te wszystkie mechanizmy wykształciły się po prostu dlatego, że okazały się przydatne, co jest ogólną cechą zmian ewolucyjnych. Zwierzę nie ma świadomości potrzeby zachowania gatunku, przekazania życia; wszystkie działania w tym kierunku podejmuje pod wpływem silnie odczuwanej instynktownej potrzeby. Podobnie jest z opieką nad potomkami, chociaż u różnych zwierząt wykształciły się bardzo odmienne zwyczaje – od starannej opieki przez pierwsze lata, do zostawiania swojego potomstwa samemu sobie. Natura potrafi budzić w młodej matce potrzebę opieki i obrony swoich dzieci, uruchamia mechanizmy laktacji (jeśli jest ssakiem), często uniemożliwia zajście w ciążę w czasie karmienia, itd.
Trudno opisywać wszystkie mechanizmy, w wielu przypadkach nie tylko o wielkość tego tekstu chodzi, ale i o brak specjalistycznej wiedzy, więc poprzestanę na tych paru przykładach zaznaczając, iż wszystkie te zachowania zwierząt i zmiany w ich organizmach są fenotypowe, czyli będące skutkiem działania genów. Tylko przy pomocy genów matka nie opiekująca się potomstwem mogła przekazać dzieciom zespoły odpowiednich zachowań, tylko przy pomocy genów można nakłonić zwierzęta posiadające najprostsze systemy nerwowe do zachowań rozrodczych. Piszę tak, bo czasami myślę, że u zwierząt mających najbardziej rozwinięte mózgi, może występują też zaczątki świadomych działań, jednak zawsze na podłożu uczynionym przez geny.
Każde materialne wcielenie genu trwa co prawda krótko, wiele razy w ciągu naszego życia jest zamieniane na nowe kopie, jednak geny są niemal wieczne w sensie informacji, jakie niosą. Ta przechodzi z pokolenia na pokolenie, a przekaz jest prawie idealnie wierny. Potrzebne są tysiąclecia, żeby zauważyć mikroskopijne zmiany; może z wyjątkiem bakterii, u których wszystko przebiega szybciej. Kopiowaniu i przekazywaniu następnemu pokoleniu podlega cały genom zwierzęcia (ludzie też są zwierzętami w sensie biologicznym, obcym jakimkolwiek wartościowaniom), bez względu na to, jak często cechy, w których zaistnieniu brał udział określony gen, są używane czy przydatne; kopiowaniu podlegają także te geny, które w ogóle nie są używane u danej osoby, na przykład dotyczące męskich cech w genach córki, które mogą się objawić dopiero u jej syna, ale też geny nieużywane od pradawnych czasów. Większość naszych genów jest takim milczącym świadkiem zamierzchłych czasów. Tak jest, ponieważ mechanizmy kopiowania są automatyczne, pozbawione inteligencji, a sama technologia zapewnia niemal wieczne ich trwanie.
Dlatego nadal nosimy w sobie ślady dawno minionych czasów, mamy odruchy i skłonności niepotrzebne w zmienionym przez nas świecie, a nawet szkodliwe.
Jesteśmy cząstką życia Ziemi i wszystkie prawidła dotyczące genetyki zwierząt dotyczą także nas, ponieważ wszystkie istoty żywe na Ziemi są kuzynami i mają bardzo podobną budowę na poziomie komórek i genów; dość wspomnieć, że są geny, które (z minimalnymi różnicami) dzielimy z całą ziemską fauną – aż do bakterii, a wszystkie one i u wszystkich istot zapisane są dokładnie takim samym językiem. Nie ma w nas nic, co wyróżnia nas w zasadniczy sposób, co czyni niepodległym prawom życia Ziemi.

Ponieważ nie czujemy pracy naszego mózgu w żaden sposób, możemy tylko wyobrażać sobie, jak liczne operacje są wykonywanego przez niego, gdy w ułamku sekundy uznajemy, iż musimy się cofnąć dwa kroki, by złapać piłkę lecącą ku nam.
Właśnie ten styk jakże technicznych działań naszego mózgu – i świadomości, to przejście od „komputerowych” obliczeń do uświadamiania siebie, do mówienia „ja”, jest najbardziej fascynujący i najdziwniejszy. Czasami można odnieść wrażenie, iż dwiema jesteśmy osobami: nasze ciało i my. Nie dziwić się wielu religiom, które ten podział uświęcają doktrynami. Co ja na to? Znowu zwrócę się ku zwierzętom najinteligentniejszym: przyglądając się im, dochodzę do wniosku, iż one także mają świadomość, a tym samym poczucie swojego „ja”. Bronić tego stwierdzenia można na wiele sposobów, ale wydaje mi się, że nie ma takiej potrzeby, ponieważ ubywa ludzi, którzy odbierają zwierzętom wszystko, co chociaż trochę przypomina cechy uznawane za typowo ludzkie.
Pomyślałem teraz o tych burkach łańcuchowych, rzucających się na wszystkich: że trudno przypisać im niechby niewielką część cech ludzkich. Owszem, ale gdyby człowieka odpowiednio wytresować i trzymać go na łańcuchu, też warczałby na wszystkich. Tak, człowieka można tresować jak psa. Boli ten fakt? Boli, ale faktem pozostaje. W czarnej Afryce dzieci są szkolone do zabijania, czyni się z nich biologiczne maszyny działające jak automaty. Gdzie w nich poczucie piękna i miłość, gdzie empatia? Nie ma. Po prostu nie ma. Z gorzką ironią można by powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia z przewagą ducha nad materią, bo przecież i w tych dzieciach są te wszystkie geny, które skłaniają człowieka ku drugiej osobie.
Wracając do meritum, zwrócę uwagę na płynność zmian wszystkich cech u zwierząt. By zostać przy mózgu: są gatunki zwierząt nieco mniej inteligentnych od psa, ale są i inne, mające inteligencji odrobinę więcej. Nie ma tutaj żadnych ostrych granic, a tylko płynność. Na jednym końcu tego szeregu są jakieś najprostsze żyjątka pozbawione inteligencji, a w swoim życiu popychane odruchami na stałe wpisanymi w ich geny, na drugim istoty najbardziej inteligentne – ludzie. Co prawda na tym końcu szeregu różnica jest spora: nasz mózg jest dużo większy od szympansiego, jednakże przy takiej samej budowie i działaniu pozostaje różnicą ilościową. To dzięki różnicy w wielkości mózgu (a za nią i możliwości) ludzie stworzyli erotykę i technikę, małpy nie, jednak mają one mózg dostatecznie duży, by stworzyć świadomość. Ta najdziwniejsza, najbardziej tajemnicza cecha mózgu nie jest cechą wyłącznie ludzką, chociaż trudno uchwycić różnice (bardziej je czujemy) w poziomie świadomości i jeszcze trudniej wyznaczyć granicę jej zaniku u zwierząt z mniejszym mózgiem.
Zwykliśmy akceptować genetyczne uwarunkowanie różnic w wyglądzie fizycznym, taki ich wpływ na nas nie budzi protestów. Podobnie jest z uwarunkowaniami zdrowotnymi: wszak wszyscy wiedzą, że jeśli ojciec i matka przebyli chorobę nowotworową, ich dzieci z dużo większym prawdopodobieństwem też zachorują. Trudność w przyjęciu wpływu genów pojawia się, gdy mowa o naszych cechach psychicznych, ponieważ całą sferę życia wewnętrznego przywykliśmy mieć za wyłącznie ludzką dziedzinę i w pełni zależną od naszej woli. Niezupełnie tak jest, a żeby dostrzec pewne zależności, trzeba najpierw pozbyć się złudzeń co do wyjątkowości człowieka i jego odmienności do zwierząt.
Przykładów wpływu genów na naszą psychikę można podawać mnóstwo, wspomnę tylko o paru, niekoniecznie najważniejszych, a po prostu tych, które mi się nasunęły. Ot, powiedzmy PMS. Cóż w jego czasie może się dziać z kobietą? Podaję za wikipedią: uczucie ciężkości, zmieniony apetyt i odczuwanie gorąca, ale też smutek, a nawet depresja, także rozdrażnienie i huśtawki nastrojów. Objawów jest więcej, ale poprzestanę na nich zwracając uwagę na ich dwoistość: dotyczą zarówno funkcjonowania ciała, jak i umysłu. Fakt bycia w depresyjnym stanie nie ma tutaj innej przyczyny, jak zmiany poziomów określonych hormonów, a więc jest natury chemicznej.
Znane są różnice charakterów, czasami bardzo znaczne, między rodzeństwem wychowywanym w takich samych warunkach i w ten sam sposób. Gdzie powody tych różnic? Tylko w mniejszej części można je wyjaśnić różnicami pozagenetycznymi, na przykład innym wpływem organizmu matki w czasie rozwoju płodu, niż przy wcześniejszej ciąży. Główne skrzypce grają tutaj geny. Rodzeństwo ma średnio 50% wspólnych genów, i już ta różnica wystarczy, ale to różnica uśredniona, w praktyce może być i bywa mniejsza lub większa (wyjaśnienia dla zainteresowanych). Oczywiście w późniejszym okresie zaczynają odgrywać ważną rolę wpływy środowiska, ale wszystkie możliwe czynniki wpływające na osobowość człowieka działają na fundamencie uczynionym przez geny.
Tak też jest z miłością erotyczną. Jej podstawą jest popęd seksualny, który odpowiada za
naszą skłonność ku osobom drugiej płci. Cała sfera erotyki, bez której nie ma miłości, jest zmienionym przez nas pożądaniem drugiej osoby, a więc popędem seksualnym. To fundament naszych miłości, zaznaczę raz jeszcze: erotycznych miłości, i jak to z fundamentami jest, są niezbędną częścią budowli, aczkolwiek niewidoczną. Czy byłaby możliwa miłość bez naszego stałego (w przeciwieństwie do wielu zwierząt) apetytu na seks – nie wiem, ale raczej nie. Może byłyby zawierane umowy na zapłodnienie i wspólne odchowanie potomka, a miłość miałaby cechy przyjaźni? Kto wie? Na pewno byłoby zupełnie inaczej.
Natura idzie jeszcze dalej, wzbudzając w nas fascynację drugą osobą, ów stan gorączkowego kochania z pierwszych lat związku, co też znajduje proste i przekonywujące wyjaśnienie w historii rozwoju naszego gatunku. Trudno mi ustalić zakresy i pierwszeństwa w działaniu natury i nas samych, jednakże wiadomo, że przy sprzyjających okolicznościach taka miłość potrafi pojawić się ni stąd, ni zowąd. Czasami sami jesteśmy zdziwieni jej pojawieniem się, a gdy minie, bywamy zaskoczeni osobą, której dotyczyła; myślę tutaj o swoistej ślepocie miłosnej, zjawisku dobrze znanym. Powszechnie też znany jest fakt niezależności zakochania się od naszej woli. Miłość pojawia się sama, nie przychodzi wtedy, gdy tego chcemy, a i wygnać ją od siebie jest trudno.
To dalece nie wszystkie cechy zakochania wskazujące na działania niezupełnie zależne od naszych wyborów i woli, działania autonomiczne, co znajduje odbicie także w naszym języku.
U Gołubiewa przeczytałem bardzo ładne nazwanie zakochania: zaplątanie się w kosy dziewczyny. Cóż, zaplątujemy się wbrew sobie, a już na pewno nie celowo.
Nasz jest ciąg dalszy: co zrobimy z tym uczuciem. Słyszałem o ludziach, którym tak bardzo spodobał się stan zakochania, że gdy mija, szukają innej osoby, w której mogliby się zakochać, by ponownie przeżyć, niczym narkotyczne wizje, ten ekscytujący stan. Można by powiedzieć, że uzależnili się od fenyloetyloaminy jak narkoman od amfetaminy.
Te wszystkie fakty, które wyżej opisałem, źle przyjąłem swego czasu. Poczułem się tak, jakby ograbiono mnie z własności najcenniejszej, najbardziej mojej, zależnej tylko od mojego ducha uznającego miłość za arcyludzką. W jakiejś mierze te nasze uwarunkowania pozbawiają nas wolnej woli, jeśli jednak przekształcamy owe genetyczne i chemiczne prapoczątki w dobrą i trwałą miłość, we wspólne życie u boku drugiej osoby, pokazujemy, jak dalece możemy zmienić popęd dany nam w genach.
Uprzedzając możliwe stwierdzenia powiem, iż nie szukałem tej wiedzy, sama przyszła do mnie w czasie zgłębiania tajników ewolucji, a nie przyjąłem jej łatwo. Wolałbym, żeby żadne geny i pod ich dyktando produkowane hormony nie miały wpływu na moje miłości, trudno jednak wojować z faktami, prędzej czy później trzeba je przyjąć, w czym pomocna okazuje się być jedna z naszych cech: ciekawość.
Udało mi się wypracować patrzenie na duchowe cechy człowieka z perspektywy odległych tysiącleci, gdy nasi przodkowie zaczynali stawiać pierwsze kroki w pozycji wyprostowanej, i późniejszych czasów, gdy ruszyliśmy na podbój świata. Widać wtedy fascynujący fakt: nasz mózg, do dzisiaj niewolny od uwarunkowań tamtych czasów, a rozwinięty dla przeżycia w świecie zupełnie odmiennym od dzisiejszego, okazał się być zdolny do czynności diametralnie odmiennych od pierwotnych: zajrzenia w głąb Wszechświata, stworzenia muzyki, i do przekształcenia nakazu rozmnażania się w miłość.
Gdy próbuję spojrzeć na nas i nasze poczynania ze stanowiska religijnego (na tyle, na ile potrafię przyjąć ten obcy mi światopogląd), obraz ulega u mnie dość radykalnej przemianie, ponieważ następuje uwypuklenie naszych wad, nie osiągnięć. Wszak cząstka boskości, jaką mielibyśmy nosić w sobie, nasz duch, nasza psyche, odpowiedzialna jest za bezbrzeżne morze cierpień, jakie sami na siebie sprowadziliśmy przez wszystkie wieki naszej historii, za całe nasze barbarzyństwo (oceniane według obecnych standardów moralnych).
Gdy przyjmie się boskość jako czynnik sprawczy naszych umiejętności i zdolności, nie wydają się one ani wybitne, ani godne podziwu, ale gdy przyjmie się stanowisko naukowe, obraz ulega metamorfozie, mogąc być powodem do dumy: oto jedna z istot żywych tej Ziemi rozwija się na tyle, że mówi o sobie „ja”, a w następnej chwili, zmieniając zwierzęce prawa rozmnażania się, mówi „kocham”.