Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 27 czerwca 2015

Majowe wspomnienie


Jeżdżę po Polsce. W rytmie zmian wyznaczanych cotygodniową zmianą miejsca pracy i mieszkania zazieleniły się trawy, mlecze zakwitły drobinami słońca wśród zieloności i w chwilę później zakurzyły się parasolkami nasion, wiśnie i jabłonie przez jeden dzień podziwu i jedną noc zapachów oszałamiały pszczoły i mnie, a teraz, zapomniawszy o strojeniu się i zalotach, skrzętnie zajęły się owocami tamtego dnia. W jednym tygodniu towarzyszyła mi brzoza płacząca; w ciągu przeprowadzek nie pamiętam już nazwy miasta, ale drzewo pamiętam. Przed zachodem słońca stawałem przy nim tak, żeby niskie słońce prześwietlało drobne jeszcze listki nadając im barwy złotozielonej. Długie girlandy gałęzi nieodmiennie kojarzyły mi się z rozpuszczonymi włosami kobiety, albo z wyciągniętymi ku mnie ramionami, a gdy podchodziłem do pnia by dotknąć jego białej kory, gałęzie leciutko, pieściwie, muskały moją głowę.
W innym tygodniu towarzyszył mi bez rosnący pod oknem campingu, ten sam bez, którego pamiętam z dzieciństwa: otulający cieniem i zapachem drewniany dom babki na wsi - wspomnienie wzbogacone ostatnio w przedziwny sposób, bo wrażeniami Prousta - ponad czasem i przestrzenią. W innym mieście i tygodniu duch Marcela towarzyszył mi codziennie -  kwitnące głogi rosły tuż przy moim warsztacie. Patrzyłem na nie widząc przemianę w nabrzmiewaniu: pęcznienie maleńkich, zielonych główek, ich metamorfozę w bielejące pąki, otwieranie się, prostowanie kolejnych płatków, odsłaniających wnętrza kwiatów gotowych na przyjęcie zapładniającego owada; widziałem erotyzm przyrody.
W tym tygodniu moim towarzyszem jest wierzba zwieszająca zielone kiście nad moim mieszkaniem. Przed chwilą widziałem je prześwietlone ostatnimi dzisiejszego dnia promieniami słońca, kołyszące się w podmuchach niespokojnego wiatru – zwiastunie burzy zbierającej siły gdzieś za horyzontem. Były uległe, wiotkie, zwiewne, delikatne, piękne.
Niedaleko stąd widziałem kwitnącą akację, siostrę akacji oglądanych gdzieś i kiedyś przez szybę jadącej ciężarówki, aleję drzew, które nie wiedzieć dlaczego utkwiły mi w pamięci. Och, nie, przecież znam przyczynę: to ich zapach, słodko-miodowy, ale i orzeźwiająco-wiosenny, zapach po raz pierwszy poznany do głębi w górach i od tamtej pory z górami kojarzący się.
Burzy jednak nie było. Mocny wiatr owionął mnie gorącym tchnieniem, zmierzwił moje włosy i gałęzie brzozy, i pognał gdzieś dalej, a po dniu została długo gasnąca, wielka i wspaniale kolorowa, łuna zachodu z kłębkami waty granatowymi wierzchem, a od dołu różowymi na tle rozpalonego nieba.

Na jasnym jeszcze niebie wyróżniała się ciemna korona wielkiego dębu – towarzysza tego tygodnia. Wydawało mi się, że nachyla się ku mnie, zazdrosny o mój podziw rozgwieżdżonego nieba. Z drugiej strony lampa uliczna schowana wśród gałęzi klonu barwiła liście na złote i zielone kolory, a wszystkie one były intensywne, nasycone. Jakiś ptak krzyknął głośno w przelocie; może szukał swojej partnerki wśród ciemnych i cichych koron nieruchomych drzew?
Późny wieczór upalnego dnia. Siedzę na klocku oparty o ścianę campingu, na plecach czuję przyjemny chłód blachy poszycia. Mam na sobie tylko krótkie spodenki, moje nagie ciało rozkoszuje się prawdziwie letnim już wieczorem. Patrzę w górę starając się nie słyszeć głośnych rozmów kolegów przy sąsiednim wozie, patrzę na ciemne kontury drzew i na gwiazdy między nimi. Jedna z nich porusza się szybko, zostawiając za sobą jaśniejącą nitkę – jak w tamtą lipcową noc pod Londynem.

To ostatnia noc majowa… Kiedyś, w tym samym lunaparku i w taki sam uroczy wieczór, ale w innym parku, w innym mieście, stałem wśród drzew starając się – jak staram się dzisiaj - uchwycić chwilę – cząstkę pięknego czasu. Wtedy wydawało mi się, że nie udało się, ale teraz, po kilku latach, wobec pamięci tamtej chwili, tak przecież zwykłej, mało znaczącej w moim życiu, teraz myślę, że tamta próba była udana. Może więc i dzisiejsza taką będzie.

Zapisane w czasie podróży.
Przyciągają mój wzrok i radują go swoją zwiewnością i beztroską, gdy biegną obok mnie, jasną nitką przecinając kępy zmierzwionych traw. Są opiekuńcze, gdy dwiema swoimi odnogami biorą w objęcia kępę brzóz; fantazyjnie wiją się między drzewami i wzgórkami, beztrosko wpadają pod koła i tam giną, lub cudem odnajdują się ponownie. Czuję osamotnienie, gdy szukam tej zgubionej między zaroślami, a gdy pojawia się, zwykle wypływając zza drzew w niespodziewanym miejscu, przez moment patrzę na nią nieufnie, nie mając pewności, czy jest tą szukaną, moją, czy może tamtą zgubiłem znajdując inną, obcą, ale już po sekundzie czuję i wiem, że jest moją nawet będąc inną.
Kapryśne, nieprzewidywalne, zmienne, urocze ścieżki polne widziane z okna pociągu.

piątek, 26 czerwca 2015

Narodziny iglicy


Znalazłem stare teksty o początkach mojej znajomości z iglicami i pomyślałem, że mogą sobie nadal leżeć w szufladzie jak leżały, ale na blogu też mogą.

Kontrast: potężna rama czterdziestotonowej karuzeli zapartej o ziemię grubymi wałami siłowników spoconych olejem, obok zaciągnięty tam przeze mnie gruby przewód do karmienia tego molocha energią, dalej ciężarówka rozkraczona swoimi dziesięcioma kołami, a między tym żelastwem kępka maleńkich kwiatów. Mają wielkość małego dziecięcego paznokcia, intensywnie różowy kolor, i są najzupełniej bezbronne nie tylko wobec ciężkich maszyn, ale i butów ludzi kręcących się tutaj. Pokazałem je koledze pytając się, czy widzi ich urodę; śmiał się w odpowiedzi nic nie mówiąc. Chyba ze mnie się śmiał, a ja rozumiałem go, bo sam sobie wydaję się czasami w takich chwilach śmieszny z tym swoim żalem nad deptaną bezbronną urodą.
W nocy, w żółtym, niemal poziomym świetle lamp parkowych tworzących silne kontrasty jasności i głębokiej ciemności, grube klony i kasztanowce wydawały się być jeszcze większe niż w pełnym słońcu dnia, bardziej tajemnicze, obce niczym nieznane istoty, bo też czułem wyraźną emanację ich milczącej i nieruchomej witalności. Pnie drzew zdawały się trwać w swoich miejscach w tym nocnym i ciemnym bezruchu przez nieskończoność, a ponad nimi wzrok przyciągał kontrast barw: przesiana przez liście jaskrawa, świecąca żółć lamp, odrobinę dalej ginęła w nieprzenikliwej czerni. Całość tchnęła ciszą, ciepłem letniej nocy i spokojem życia drzew.
Żyję jak w malignie: praca wypełnia mi dni, ale urok słonecznego maja woła mnie ponad krzątaniną powszednich zajęć, każąc mi chwytać chwile wrażeń i widoki. Chodzę wśród drzew, patrzę i słucham: tutaj czuję słoneczne ciepło na ramionach, jest rozkoszne, tam zielono pachnie cień pod drzewami; nade mną wiszą wielkie palce liści kasztanowca, a wśród traw różowi się pięć płatków nieznanego kwiatka; za ciężarówką jadącą gruntową drogą wstaje prześwietlony słońcem kurz, a rzeczka ukryta wśród zarośli dyszy wonią leniwie płynącej wody.

Park w Szamotułach.
Dokładnie rok temu znalazłem tutaj kępkę maleńkich różowych kwiatków tuż obok kół wielkiej ciężarówki, kwiatków, których jeszcze nie zdążyliśmy stratować; końca naszego pobytu tutaj nie doczekały. Dzisiaj poszedłem w tamto miejsce i ku mojemu radosnemu zaskoczeniu znalazłem je. Pozbierały się po naszym wyjeździe, ożyły, rosły, kwitły. Gdy klęczałem nad nimi (one są naprawdę bardzo małe) patrząc na nie, poczułem gwałtowną potrzebę poznania ich nazwy, zerwałem więc jedną gałązkę i zaniosłem ją do siebie, do campingu. I oto teraz, wieczorem, podjąłem próbę znalezienia zdjęć w internecie i dowiedzenia się nazwy. Przejrzałem setki zdjęć, które google gorliwie mi wyświetliły, zobaczyłem inne, widziane a nieznane, starałem się zapamiętać ich nazwy, ale na koniec wszystko mi się poplątało i teraz już nic nie pamiętam poza moją cykorią podróżniczką, pospolitą, a tak urodziwą rośliną rosnącą na nieużytkach, kwiatem, z którym wiąże mnie miłe wspomnienie, zabawna historyjka, ale szukanego kwiatu nie znalazłem. Był za mały? Za brzydki? Zbyt pospolity? Nie wiem. Jakoś tak dziwnie smutno mi się zrobiło i poczułem żal – jakbym tracił ten kwiat.
Wczoraj słyszałem wśród koron drzew parku śpiew ptaka, TEGO ptaka. Mojego, bo od dzieciństwa słuchanego i podziwianego. Jego głos zawsze kojarzy mi się z wilgotnym lasem, z ciepłem i z latem; jego wspomnienie w zimie nieodmiennie budzi we mnie tęsknotę za latem. Niestety, nigdy nie wiedziałem jak się nazywa ten ptak. Wieczorem słuchałem ptaków zamienionych na pliki mp3, i nie znalazłem - tak jak dzisiaj tego kwiatu; historia najwyraźniej lubi się powtarzać.
Pomyślałem, że te dwa wieczorne poszukiwania nie były udane, ale zaraz zaprzeczyłem sobie: przecież były.

Były udane, co potwierdził dzisiejszy wieczór.
Zawziąłem się i szukałem dalej, chyba z powodu myśli jaka przyszła mi do głowy: że umrę i nie poznam nazwy mojego śpiewaka, więc jakże to? Co prawda plątało mi się  po głowie słowo „wilga” jako nazwa ptaka, ale nie wiem skąd ono, wydawało mi się, że jedynie przez podobieństwo brzmieniowe z wilgotnym parkiem, z którym kojarzyłem ptaka. Jakiś powód jednak był, skojarzenie okazało się prawdziwe, bo na samym końcu wielkiej listy nazw łacińskich na jakiejś angielskojęzycznej stronie, gdy w głowie znowu miałem poplątanie z pomieszaniem i domieszką wątpliwości (tyle ładnych dźwięków, tyle podobnych!), usłyszałem szukane dźwięki pod nazwą Oriolus oriolus. Wikipedia podała mi polską nazwę: wilga. Jednak wilga. Dźwięk znalazł właściciela mającego swoją nazwę, stając mi się bliższy, jeszcze bardziej swojski, bardziej mój. Co ciekawe, to także trafność mojego wiązania głosu z wilgotnymi parkami, bo, jak dowiedziałem się z wikipedii, ptaki te zamieszkują głównie właśnie parki, a najwięcej śpiewają w wilgotne dni.
Jutro zrobię zdjęcia z małej odległości nadal tajemniczemu różowemu kwiatkowi i dalej będę próbować poznać jego nazwę.

Parę dni później.
Wiem! Mój nowy internetowy znajomy podał mi nazwę: to iglica pospolita. Roślina pospolita, rośnie byle gdzie, także na nieużytkach – jak dowiedziałem się z encyklopedii. To prawda, rośnie wszędzie, ale ta pospolitość nie odebrała kwiatu uroku, a nawet wprost przeciwnie, bo teraz jest bardziej mój – jak i wilga.
Wilga i iglica.

środa, 17 czerwca 2015

O chwilach


170615
Udało mi się wyrwać „na miasto” do fryzjera. Musiałem, bo gdyby żona lub córka zobaczyły mnie tak zarośniętym, nasłuchałbym się uwag o swoim zaniedbaniu. Szedłem parkową alejką wiodącą wzdłuż stawu, z którego bije wysoka fontanna. Gdy pod niskimi, pochylonymi ku wodzie, gałęziami kasztanowca zobaczyłem białe lilie wodne, zszedłem nad wodę. Kilka minut tylko, firma obędzie się beze mnie przez ten czas – tłumaczyłem się przed sobą.
Woda jest tam bardzo czysta, przejrzysta; rośliny wodne pokrywające dno lekko falowały, wyraźnie widoczne, a między nimi uwijały się drobne rybki. Kasztanowiec niemal dotykał tafli wody swoimi zielonymi łopatami liści, a tuż przy mnie unosiły się na wodzie wielkie liście lilii. Jeden kwiat, jakże piękny, rozchylił się, obok kilka pąków szykowało się do swojej metamorfozy. Na powierzchni wody tańczyło migotliwe światło słońca. Patrzyłem chwilę na ten letni obraz, nim podniosłem głowę i rozejrzałem się. W sąsiedztwie stała ławka, siedział na niej starszy mężczyzna i czytał gazetę. W pierwszej chwili pozazdrościłem mu wolnego czasu: ach, mieć go dużo i móc do woli patrzeć na te lilie, siedzieć na ławce, włóczyć się gdzieś tygodniami! Letnie dni i miesiące wolne, przeżywane bez pośpiechu!
W drugiej chwili ponownie, jak wiele już razy, naszły mnie wątpliwości: czy cieszyłbym się tymi dniami tak, jak tą chwilą, albo moimi rzadkimi dniami wędrówek? Czy można nieustannie przeżywać uniesienia i radości? Czy możliwa jest nieustająca otwartość i chłonność umysłu?
Przecież nie – odpowiadam sobie. Prędzej czy później przyjdzie przyzwyczajenie odbierające głębokość i kolory widzenia, urok wędrówek. Przyjdzie i przyniesie swoistą ślepotę i płytkość wrażeń. Nam potrzebny jest kontrast, odmienność, wyjątkowość. Wiosna nie może trwać wiecznie, a raj musi być tracony, jeśli ma być rajem.
Więc zostają tylko takie kradzione chwile?
Niestety, tak. Tylko chwile.
170615
Chciałbym objąć je wszystkie swoją pamięcią, ale nie potrafię. Nie raz rozmyślałem nad tą swoją ułomnością, nim w końcu doszedłem do wniosku, iż to ona sama, moja pamięć, dokonuje wyboru, przechowując te chwile, które najsilniej się odcisnęły we mnie. Jakże często myślimy: tej chwili nie zapomnę; to takie piękne!; nigdy nie przeżyłem nic równie wzruszającego, etc. A po miesiącu, po roku, nie pamiętamy jej, ani ówczesnych uniesień, ale pamiętamy inną chwilę, czasami niepozorną jak niepozorną jest iglica, chwilę, która ledwie nas musnęła, omalże niezauważona, taką drobinkę naszego czasu pamiętamy latami, i gdy podobne okoliczności chwili teraźniejszej przywołają ją, wraca do nas niosąc ze sobą ulotne i zapomniane, zdawałoby się, wrażenia, myśli, nastroje. Dlaczego akurat ta chwila, pytamy się siebie. Odpowiedź wydaje mi się oczywista: bo najsilniej odcisnęła się w naszej psychice. Jest dla nas ważna, bo tworzy nasze wewnętrzne życie, czyli w istocie nas samych.
A dlaczego nie te chwile, które w trakcie ich dziania się były dla nas tak ważne i piękne? Skąd ta niezgodność? Nie wiem. Może nasza pamięć, tutaj pospołu z jakimiś podświadomymi mechanizmami naszej psychiki, uznała je za mniej ważne, niż nam się wtedy wydawało? Całkiem możliwe. Na swój prywatny użytek mówię sobie, że moja pamięć (rozumiana tak, jak wyżej napisałem), jest mądrzejsza ode mnie i lepiej wie, co ważniejsze.
Niewątpliwie ważna jest świadomość przeżywania dobrej chwili, ale czy ona wystarczy, skoro tak podatni jesteśmy na autosugestie, a i ze świadomością czasami dzieje się coś dziwnego…
Plączą mi się po głowie myśli, które trudno mi przełożyć na słowa, tym bardziej, że owe myśli są ledwie domysłem, mglistym przypuszczeniem. Chodzi mi o pewien szczególny rodzaj naszej świadomości chwili. Na co dzień mamy ją przecież, świadomie przeżywamy chwile naszego życia, ale w gruncie rzeczy my ledwie muskamy swoją świadomością nasz czas, ledwie go rejestrujemy w podręcznej pamięci, która już po godzinie, już nazajutrz, jest czyszczona i zapisywana następnymi aktualnie dziejącymi się chwilami. Co ja robiłem wczoraj o tej godzinie? Co się ze mną działo miesiąc temu? Jakże często nie pamiętamy, a jeśli nawet, to raczej szczegóły dotyczące rzeczywistości zewnętrznej względem nas samych: wczoraj o tej porze byłem w drodze, mijałem Poznań jadąc S11 na południe; miesiąc temu?… zaraz… cóż, pracowałem, nie pamiętam gdzie, a wieczorem zapewne czytałem lub pisałem. Ot, i tyle. Prawdą jest, iż nasza pamięć nie pomieści wszystkich dni, a tym bardziej wszystkich chwil naszego życia, ale wydaje mi się, że nie tylko w jej pojemności tkwi przyczyna naszego niepamiętania. Jest także w słabym związku naszej świadomości z chwilą bieżącą, ale obwiniać się o ten fakt nie można, bo po prostu tacy jesteśmy, taką mamy psychikę i tak działa nasza pamięć. Czasami coś się zmienia, jakieś trybiki zazębiają się i wtedy… Co się właściwie wtedy dzieje? Trudno to opisać. Jakaś odmienność w patrzeniu na świat i w jego widzeniu. Pogłębiona świadomość, można by napisać, ale wyrażenie to wydaje mi się zbyt łatwym wytrychem. Sięgam w głąb swojej pamięci, do chwil, o których piszę tutaj, czy raczej chciałbym pisać, i szukam ich wyróżników, a znajduję wrażenia nie dające się wyrazić słowami. To coś, co można nazwać zespoleniem chwili z naszą świadomością, świata wokół z nami, z naszym duchem. Wyraźniejsza niż zwykle świadomość bycia całym sobą, to znaczy duchem i ciałem, tu i teraz. Niczym nieuzasadnione przekonanie o wyjątkowości widzenia i odczuwania. Jednoczesne ja, ta chwila i świat.
Gdybym wierzył w bogów, powiedziałbym, że w takich chwilach odczuwam coś podobnego do zwykłego dla nich stanu ich psychiki.

Kilka lat temu podobne myśli przyszły do mnie w dość nietypowych okolicznościach (nota bene: a jakie okoliczności mają być tutaj typowe?), bo na skraju Urwiska Batorowskiego w Górach Stołowych. Zawarłem je w tekście pod tytułem „Góry Stołowe”. To zbiór tekstów z kilku dni wędrowania tymi górami, jest tutaj opublikowany. Niżej wklejam fragment a propos, ale linku do tego tekstu nie podam, bo nie wiem, jak go tutaj zamieścić. Łatwiej byłoby mi wymienić historyczne uwarunkowania światowości angielskiego, niż znaleźć odpowiednie miejsca i przyciski potrzebne do zrobienia tej sztuczki.

Pierwsze plączą się, zapominane, daty i nazwy, a więc w istocie to, co najbardziej jest nam obce, co sztuczne i umowne. Najlepiej pamiętane jest to, co dla nas jest najważniejsze: pozytywne przeżywanie, chwile dostrzeżenia uroku świata i życia.
Naszego minionego czasu nie pamiętamy w sposób ciągły, a więc tak, jak on upływa; czas jest dla nas wyspami dziania się z rzadka rozrzuconymi w oceanie niepamięci, który tylko symbolicznie istnieje w naszej  świadomości, bo przecież pusty czas zanika, gdy staje się czasem przeszłym. W chwili zapamiętanej, owej wysepce wspomnień wychylającej się ponad poziom martwego oceanu, czas zwalnia, niemal zatrzymuje się, by zmieścić w niej więcej, niż mieszczą dni całe i tygodnie tamtego monotonnego życia.
Nasze wysepki wspomnień są kapryśnymi, bo niezależnymi od naszej woli, skondensowanymi chwilami czasu i przeżywania. Mówimy sobie: to był wspaniały dzień, zawsze będę go pamiętać! – a później zapominamy o nim, albo pamiętamy jakąś jedną jego chwilę, oderwaną tak dokładnie od ram dnia w którym działa się, że tkwi ona sama jedna pośród pustych wód, i tylko jasny promień słońca na świeżych liściach pojawiającego się tam drzewa pozwala kojarzyć nam ją z wiosną niepamiętanego roku i okoliczności.
Czas nasz mija właściwie niezauważony przez nas, mija tak, jakby nie był nasz, mija szeregiem zwykłych, szarych, anonimowych dni naszego życia; usypiamy myśląc o następnym dniu, o planach na weekend, o konieczności zrobienia jutro zakupów, i ani przez myśl nam nie przejdzie pochylić się nad tym dniem. Dniem naszego życia. A później okazuje się, że jednak ten dzień nie był pusty, bo chociaż wtedy jego dar był dla nas ledwie zauważoną drobinką, to teraz, po oczyszczeniu z naszych codziennych trosk, banalnych planów, krzątaniny powszedniej, tego wszystkiego, co wypełnia nam życie i czego nie pamiętamy, zostawia nam jasną perłę przeżytej i zapamiętanej chwili.
Stałem na krawędzi urwiska zataczającego tutaj łuk i patrzyłem na kępy brzóz wdzięcznie wychylających swoje złote korony ponad krawędź zapadliska, patrzyłem na wspaniałe kolory jesieni, a po głowie krążyły mi poplątane myśli o czasie i o pamięci.
Cóż więc zapamiętam z tego dnia? Nie wiem. Karmię pamięć obrazami, wrażeniami i przeżyciami wiedząc, że ona wybierze z mojego dnia to, co było w nim najcenniejsze. Zapamięta go wyróżniając w ten sposób i czyniąc prawdziwie moim.

niedziela, 14 czerwca 2015

O czerwcu, iglicy i o telefonach


120615

Szamotuły, kolejny festyn. Warty zapamiętania z powodu odgłosów dobiegających ze sceny, jako żywo przypominających muzykę rozrywkową, a nie przeraźliwy zgrzyt rozklekotanej szlifierki, jak to nierzadko jest na festynach.

W kaczce, dziecinnym pociągu, siedziała czteroletnia dziewczynka, a przy ogrodzeniu stał jedenastoletni chłopak. Ilekroć wagonik z małą przejeżdżał obok, wyciągał dłoń i muskał jej włosy, a ona śmiała się do niego. Patrząc na tą ciepłą scenkę, pomyślałem, że z tego chłopca wyrośnie porządny facet.

Tutaj, w szamotulskim parku, kilka lat temu zobaczyłem maleńką roślinkę z różowymi, drobnymi kwiatkami, tutaj wzruszyłem się jej rozdeptaniem przez kolegów z firmy.

Wczoraj, po godzinie dziewiętnastej, o cudownej porze dnia w czerwcu, gdy silne jeszcze, ale wyraźnie niższe, słońce nie piecze, a pieści świat swoim ciepłem i barwi zieleń drzew, będąc już po pracy, poszedłem tam, gdzie staliśmy wtedy. Z pochyloną głową kręciłem się trochę między wielkimi kasztanowcami (z tamtego pobytu tutaj pamiętam ich liście uroczo oświetlane parkowymi lampami), nim rozpoznałem miejsce: tutaj stała karuzela Ranger, swoimi potężnymi łapami zaparta o ziemię. Teraz w tym miejscu stała ciężarówka, wyjmowano z niej aluminiowe kratownice sceny. Gdzieś tutaj… rozglądałem się i po chwili znalazłem ją.

Dziwnie mieszają się nasze myśli: klęknąłem nad malutką iglicą, tą samą (a może nie, może nad jej potomkiem?), która wtedy nie przeżyła ustawiania karuzeli, czując radość i coś podobnego do rozczulenia, ale jednocześnie przez głowę przeszła mi myśl o wygodzie chodzenia w roboczym ubraniu, bo oto mogę klęknąć lub usiąść na ziemi nie martwiąc się o czystość ubrania. Siedziałem przy tej mojej pierwszej, a przez to wyjątkowej, ponownie odrodzonej iglicy. Kwiaty miała nieliczne, małe, średnicy mniejszej od centymetra, płatki nierówno rozłożone na obwodzie, takie biedne, jakby wymęczone, ale przecież to była TA iglica. Była po prostu ładna. Dlaczego znowu nie wziąłem aparatu?

Dziwność jest też w działaniu naszej pamięci, w naszym przeżywaniu, w wyborach tego, co będzie pamiętane i tego, co tylko w tej chwili wydaje się być ważne, a czego ślady w nas zaciera nieodległy czas. Im jestem starszy, im więcej mam wiedzy i przemyśleń, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu o ważności takich zwykłych chwil, jak tamta sprzed kilku laty, jak ta obecna. Chwil, które ze światem zewnętrznym niewiele mają styczności, ledwie jakąś niepozorną roślinkę – jak tutaj – a w całej swojej pozostałej rozciągłości tkwią w nas, są elementami mozaiki, z której składamy naszego ducha, nasz wewnętrzny świat.

Gdy podniosłem głowę, zobaczyłem leżące wokół siebie elementy sceny i kilku mężczyzn ciekawie zerkających na mnie.

Ona znowu nie przeżyje – pomyślałem. Odchodząc, odwróciłem się i raz jeszcze spojrzałem na maleńkie kwiatki. Nie wiem, czy za rok, czy za dwa, ale wrócę do was – pomyślałem, jakbym słał komuś pożegnanie.



Słowo nie na temat, bo o zmianach w naszym języku.

Ktoś bardzo niefortunnie nazwał telefon GSM telefonem komórkowym. Związek etymologiczny jest, ale raczej ściśle techniczny i właściwie nijak się mający do cech tego telefonu bez kabelka. Mówiąc wprost: nazwa jest dziwaczna. Zawsze podobała mi się angielska nazwa: telefon mobilny, bo jest jasna i bardzo adekwatna, natomiast komórka kojarzy mi się z szopą na węgiel lub narzędzia ogrodnicze, i ze szpanerstwem pewnej grupy ludzi w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia. Właśnie z powodu szpanowania nikt wtedy nie nazywał telefonu bez kabelka telefonem, a komórką. To słowo było akcentowane, podkreślane, czasami ostentacyjnie. „Mówię z komóry” – słyszało się głośne obwieszczenia swojego statusu materialnego. W tamtych czasach były dwa rodzaju telefonów: (zwykły) telefon i komórka. Od kilku ładnych lat obserwuję zanikanie tego słowa, a powrót starego, swojskiego telefonu. Mamy więc telefon w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, i telefon noszony w kieszeni. Odpowiedź na pytanie o przyczynę tej zmiany wydaje się łatwa, a jest nią radykalne obniżenie cen i powszechna dostępność telefonów komórkowych. Skoro nie ma już czym szpanować, jako że nawet dzieci mają komórki, wyraz stopniowo przenoszony jest tam, gdzie od początku było jego miejsce: na śmietnik wyrazów nietrafionych, źle wymyślonych, wyrazów, których czas i użytkownicy języka zweryfikowali negatywnie.

Zaryzykuję twierdzenie o początkach następnej przemiany znaczenia słowa telefon. Obecnie w zasadzie nie można domyślić się, czy mowa jest o tym, czy o tamtym rodzaju telefonu, ale zauważalna jest tendencja do używania tego słowa w znaczeniu telefonu bez przewodów, czyli GSM. Powód i tutaj jest łatwy do wskazania: ilość telefonów mobilnych jest znacznie większa od telefonów stacjonarnych. W nieodległej przyszłości słowo telefon będzie w domyśle oznaczać telefon mobilny.



W nieposegregowanych tekstach znalazłem parę zdań o czerwcu. Trudno byłoby mi ustalić z którego jest roku, ale czyż cała przyroda nie zatacza rokrocznie pełnego kręgu, idąc starymi swoimi śladami? Przecież tak, a my, w tych rzadkich chwilach patrzenia szeroko otwartymi oczami, gdy uda się nam przebić przez powłokę codzienności i przyzwyczajenia, mamy wrażenie oglądania jej przemian po raz pierwszy.



Czerwiec

Szedłem skrajem lasu, wśród wysokich traw, z dłońmi otworzonymi, wyciągniętymi przed siebie, czesząc palcami zielone kłosy i czując ich łaskotanie między palcami. Zapach nagrzanej trawy mieszał się z kurzem suchej ziemi tworząc wyjątkową mieszankę: ciepły, słoneczny zapach jednoznacznie kojarzący się z latem. Od gęstej kępy krzewów i drzew przy drodze ciągnął przyjemny chłód zielonej barwy. W głębi liściastego lasu, pod gęstą koroną klonów i dębów, na brzegu wilgotnego duktu leśnego, gdzie głęboki cień niepostrzeżenie zmieniał się w mrok, wśród patyków i zeszłorocznych liści, rósł kwiat o małych, bladowrzosowych płatkach. Główkę miał pochyloną na bok, jakby patrząc gdzieś tam, między drzewa, chciał dostrzec swoich zgubionych braci, a wysoko nad nim szczyty drzew, trafione silnym słońcem końca czerwcowego dnia, jaśniały zieloną pozłotą. Las miał wiele zapachów. Na brzegu były ciepłe, na pół polne jeszcze, podkreślane cichym, ale wyraźnie słyszalnym buczeniem pszczół. Dalej, pod wielkimi, zielonymi łapami klonów, las był chłodniejszy, bardziej nieruchomy, nie było tam wiatru mieszającego zapachy. Idąc, rozróżniałem liczne jego archipelagi. Najintensywniej pachniała czeremcha, a jej zapach wcale nie był odrzucający, jak to gdzieś przeczytałem; dalej sosna rozsiewa wokół swój żywiczny aromat ciepłych i słonecznych dni lata; kępa paproci rosnących na brzegu mokradła miała gorzki, intensywnie zielony zapach; piramida ściętych pni ułożonych na brzegu duktu pachniała drewnem, właśnie drewnem - nie drzewem; pod szerokimi ramionami świerku wydawał się być obecny ślad zapachu gór, a dalej stała zapomniana przez wszystkich akacja i wołała mnie miodowym aromatem swoich kwiatów. Inaczej pachniał las gęsty, skupiony, mroczny, inaczej rzadszy, rozgarniający swoje drzewa by dać im światło i przestrzeń zmieniające barwy zapachów, ale w każdej chwili i w każdym miejscu obecna była jeszcze jedna woń: niemożliwy do nazwania zapach wiosny zmieniającej się w lato.

Zapach czerwca.



piątek, 5 czerwca 2015

Początek lata i jej warkocze


310515
Ostatnia noc majowa, minęła północ, zza wozów dobiega dudnienie z głośników. Festyn. Jak mam chłonąć urok tej nocy?
Zaczyna się czerwiec, najpiękniejsza dla mnie pora roku. W kalendarzu jeszcze jest wiosna, ale naprawdę lato zaczyna się właśnie teraz. Letnie dni, które nic nie odejmują z nadal pełnej miary lata. W ostatnie dni czerwca często pojawia się we myśl, że teraz, skoro zaczyna się lipiec, lata będzie ubywać, a w czerwcu nie ubywało, jeszcze całe było przede mną, nienaruszone, mimo że już trwało.
Rozglądam się wokół siebie; na słoneczny obraz zielonego świata nakłada mi się drugi, chmurny i szary, a nagimi drzewami, kałużami lub łachami śniegu – obraz moich gór zupełnie nieznanych w swoich wiosennych i letnich strojach. Tak mało wtedy kolorów, mało słońca. Budzi się we mnie nostalgiczna tęsknota. Pojechać tam chociaż na tydzień!
W wyjątkowo słoneczny dzień późnej jesieni schodziłem z Zadory jeszcze przed zachodem słońca; gdzie mi się tak śpieszyło? Do mroku na dole? Innym razem oglądałem cudny wschód słońca na Grudnej, ale szybko, za szybko, poszedłem dalej, gnany (tak się tłumaczę) łapczywością przeżywania, a przecież mogłem stać tam dalej i patrzeć, wypatrzeć wszystko do ostatniego promienia, ostatniego wzruszenia. Albo tamten wyjątkowo kolorowy wschód widziany pod Rząśnicką Przełęczą! Czemu ja wtedy pojechałem dalej?

Grzechoczące puszki i brzęczące butelki pod nogami, wokół Crazy Dance placki rzygowin, obsikane wozy zaplecza, dudnienia z głośników i głuchy odgłos zwalnianych siedzeń na wieży Mega Dropa. 


Niecierpliwe liczenie czasu: za siedem godzin zaczynamy przeprowadzkę, a ci ludzie wcale nie chcą iść do domu!
Festyn. Spałem cztery godziny, ale w następną noc, już w nowym mieście, udało mi się przespać dziewięć godzin.
020615
Szaleństwo przeprowadzki za mną. Chodzę między drzewami parku, przecinam smugi jaskrawego światła i wchodzę w głęboki cień. Światło niskiego już słońca oślepia mnie, ale nie unikam go, nie odwracam głowy. Dobrze jest tak iść w migotliwym świetle czerwcowego słońca. Podnoszę głowę i cieszę oczy złotozielonymi liśćmi wiązów, maleńkimi pąkami lipowych kwiatów, drobnymi listeczkami glediczji; odstające płaty kory tych drzew rzucają na pnie pofałdowany cień. Na końcu glediczjowej alei przecinki, dwa duże wiązy, a za nimi dwuszereg lip. Pochyła wierzba rosnąca nad brzegiem stawu moczy w wodzie swoje włosy; a może przygląda się sobie lub rozkwitającym liliom?


 Dotykam wysmukłej brzozy, jest ciepła; drzewo zwiesza swoje liczne ramiona – jakby nachylało się ku mnie, a obok widzę masywne przypory wykształcone przez wiąz. Na końcu alejki stoi w słońcu okazałe drzewo, jego liście są spore i mają ładny kolor świeżej zieleni. Przy ziemi słońca już nie ma, podniosło się wyżej nabierając intensywniejszego koloru, barwi nim korony drzew. W górze feeria żółtych i zielonych barw, a w dole spomiędzy konarów krzaczastego klonu wylewa się mrok. Wciągam powietrze, czuję ciepłe zapachy roślin i rozgrzanej ziemi, zapach lata.
Jak zatrzymać czas? Jak uchwycić chwilę?
Chciałbym, aby zachód słońca zastygł mi na dłoni, miałbym wtedy w tym ziarenku zaklętą wieczność…*
W trzy godziny później, gdy już miałem zakończyć wieczór, odebrałem smsa od przyjaciela: wyjdź na dwór, zobacz księżyc. Wyszedłem i zakręciłem się na parkowej alejce nim znalazłem go między drzewami. Stał w pełni, wyraźny jak rzadko kiedy, jakby narysowany ostrym rylcem na granacie nieba i rozsiewał wokół swoją srebrzystą aureolę, a ja stałem zapatrzony w niego i zasłuchany w siebie, w dziwne, ale przyjemne, połączenie radości i tęsknoty. Wspomniałem też swoje zdumienie i zafascynowanie, gdy kiedyś zdarzyło mi się oglądać księżyc w taką noc przez lornetkę. Widok trudny do zapomnienia.
Wczesnym rankiem, nim zadzwonił budzik, obudził mnie śpiew wilgi. Słuchałem tych pięknych, melodyjnych dźwięków i bez śladu niechęci (czy tej milczącej, ale jakże mocno odczuwanej konieczności) pomyślałem o wstaniu i rozpoczęciu kolejnego dnia wypełnionego dwunastoma godzinami ciężkiej pracy. Była we mnie pogoda ducha i radość dnia przede mną.
Może jednak powinienem zatrzymać wschód słońca?

*Jan Drzeżdżon, mało znany pisarz kaszubski,  napisał o pragnieniu zatrzymania w dłoni wschodu słońca, wyżej parafrazuję jego słowa.

050615
Od szeregu tygodni nosiłem się z zamiarem opublikowania na blogu fragmentu napisanej rok temu noweli, której nadałem tytuł „Chrośnickie Kopy”. Tak nazywa się pasmo wzgórz w Górach Kaczawskich, tam zaczyna się i kończy moja opowieść o spotkaniu dwojga ludzi.
Przez szereg lat pisywałem w Biblionetce, ale w miarę upływu czasu coraz bardziej dokuczała mi niepewność miejsca, jak można by określić moje opory przed publikacją swoich tekstów na stronie poświęconej wydanym książkom. W końcu zaprzestałem publikacji, chociaż rozwodu w Biblionetką nie wziąłem. Tutaj jest inaczej, bo mimo iż jestem na łaskawym chlebie Googli, jestem jakby u siebie i sam mogę decydować, co wypada mi tutaj zamieszczać, a co nie. Z założenia strona ta miała służyć do publikacji moich tekstów, co niniejszym czynię.
Oto fragment mojej noweli. Wybrałem go, bo jest zamkniętą całością, która zrozumiała jest bez znajomości reszty tekstu i bez wyjaśnień.
Jest jeszcze drugi powód: wspomnienie słów mojej znajomej, która jeden z rodzajów opisanych niżej warkoczy nazwała „strumykowym warkoczem”. Dopiero od niej dowiedziałem się, że taki warkocz nazywa się francuskim. Dla mnie, dzięki niej, zostanie warkoczem strumykowym.
Czy opublikuję resztę? Nie wiem. Nie wykluczam tego w późniejszym czasie, gdy nabiorę do tekstu większego dystansu emocjonalnego.


Nigdy ich nie obcięła, mimo iż dopiero żyjąc z nią dowiedziałem się, ile pracy kosztuje utrzymanie włosów takiej długości. Niemal zawsze ma warkocz lub warkocze, ale nie ma monotonii w jej fryzurach, mimo niezmienności ich głównej cechy - samych warkoczy. Miejsce ich uczepienia do głowy podlega okresowym wędrówkom, które obserwuję z ciekawością, próbując dojść związku między nim a nastrojami Jasi, okazjami lub porami roku. Czasami jest ich dwa, ale częściej jeden, ogromny grubością, niemal jak moja ręka w nadgarstku. Patrząc na jej małą głowę i cienką szyję, nieodmiennie budzi się we mnie myśl o ciężarze, jaki musi dźwigać, ale Jasia zapewnia mnie, że nie czuje ciężaru warkocza. Na ogół wyrasta z tyłu jej głowy, wyżej lub niżej, ale czasami zbacza w stronę lewego lub prawego ucha, a wszystkie włosy wieloma pasmami biegną za nim by wkręcić się w jego sploty. Same sploty też ulegają przemianom, będąc ścisłe – wtedy warkocz jest cieńszy, twardszy, jakby bardziej nerwowy w swoich ruchach, ale i bardziej połyskliwy – lub luźniejsze, wtedy pogrubiały warkocz nabiera aksamitnego, matowego połysku, jest puszysty, miękki i wiotki. Bywa też bez klasycznych splotów: rozczesane włosy zebrane są gumkami równomiernie rozłożonymi na całej długości włosów; ich ilość też ulega zmianom, których przyczyna pozostaje dla mnie tajemnicą. Bywa, że warkocz nagle kończy się, dalej włosy są proste i luźne, układające się w pędzelki, którymi lubi łaskotać mnie lub w zamyśleniu bawi się nimi sama. Ich długości są bardzo różne: od króciutkich, gdy niesplecione są same koniuszki włosów, do długich, sięgających nawet połowy długości jej włosów. Od czasu do czasu te niesplecione włosy łączą się w jeden warkocz. Jasia ma wtedy jakby trzy warkocze: dwa na ramionach i jeden niżej. Oczywiście zdarza się też odwrotność: jeden gruby warkocz dzieli się niżej na dwa lub więcej warkoczy. Ona chyba lubi zmiany, bo gdy już dobrze poznam szczegóły nowego jej warkocza, gdy w następnych dniach wróci do fryzur jakby mi znanych, nagle przychodzi od fryzjerki uczesana tak, jak jeszcze nie czesała się nigdy. Zwykle zmiana jest niewielka, ukryta w jakimś szczególe, ale na ogół wiem, że ona jest. Skąd? Po zachowaniu się Jasi. Nie chwali się, nie pokazuje, nic nie mówi jakby nic się nie zmieniło, ani ona niczego nie oczekiwała. Zachowuje się niby normalnie, ale czasami łapię jej ukradkowe spojrzenia na mnie – i właśnie po takim jej zachowaniu wiem, że ma inną fryzurę!
Zdarza się, że jej warkocze mnożą się. Jest ich trzy albo trzydzieści, a kiedyś zobaczyłem warkocz upleciony z… warkoczy! Próbowałem prześledzić jego sploty, ale tylko oczy splotły mi się w patrzeniu na jego zawile przenikające się zwoje.
Klasyczny jej warkocz zbiera wszystkie włosy w jednym miejscu i wkręca je w siebie, jest jak strumień mający jedno tylko źródło, chociaż i tutaj jest zmienność, bo warkocz bierze włosy na siebie, albo pod siebie: jest na włosach, lub jakby pod nimi. Bywa, że zaczyna się wysoko, niemal na czubku głowy (albo inaczej, ponad skrońmi, opasując głowę dookoła i z tyłu łącząc się) ale wtedy zbiera włosy tylko z sąsiedztwa i ściśle przylegając do głowy schodzi w dół, zbierając po drodze kolejne pasemka włosów – znowu jak strumień zbierający po drodze wody małych strumyczków - by w końcu nisko, blisko już karku, oderwać się od głowy i popędzić w dół falistymi, przenikającymi się liniami splotów. Bywa też, że warkocz zaczyna się wysoko, ale w swoim biegu w dół meandruje z tyłu głowy, niezdecydowany. Oczywiście miejsce jego skoku także podlega zmianom: wędruje z środka głowy czasami na lewą stronę, częściej na prawą, a wtedy zwykle nosi warkocz z przodu, na piersi. W tym uczesaniu widzę ją dostojną i elegancką, może dlatego, że ta fryzura jest jedną z dwóch wybieranych na publiczne występy, ale wtedy czesze ją jej fryzjerka. Nie wiem dlaczego chodzi do niej, przecież mógłbym sam ją uczesać…
Ach, nie napisałem o tej drugiej fryzurze na oficjalne okazje, zamyśliłem się. Ściśle pleciony warkocz zwijany jest w kręgi, jeden przy drugim, a koniec zmyślnie chowany jest do środka tej czaszy wyrastającej za głową, czasami ponad nią, i utrzymywanej w całości tajemnym sposobem. Szyję i kark ma wtedy odsłonięte, jedynie drobny meszek i parę króciutkich włosków wymyka się ogólnemu porządkowi, ale widać je tylko z bliska, gdy korzystając z rzadkiej okazji nachylam się, żeby ustami dotknąć jej nagi kark. Nierzadko warkocz zaczyna się niżej, nie przy samej głowie, a na wysokości jej ramion; jest tak zwykle wtedy, gdy Jasia sama zaplata swoje włosy. Podziwiam jej perfekcję w pleceniu warkoczy i zazdroszczę tej umiejętności, bo mimo iż z czasem nabrałem niezłej wprawy, ciągle daleko jest mi do jej umiejętności. Ilekroć widzę u niej ten warkocz, odczuwam coś podobnego do żalu zmieszanego z zazdrością: dlaczego musiała sama pleść, dlaczego ja nie mogłem?
Warkocz najbardziej umykający opisowi, warkocz, który swoją ulotnością niemal uniemożliwia prześledzenie biegu jego splotów, biegnie od jednej jej skroni do drugiej, ale splata tylko niewielką część włosów, całej ich reszcie pozwalając swobodnie opadać aż do bioder. Ten warkocz wygląda jakby nie był dokończony, albo jakby nie był zdecydowany: bierze kosmyki włosów, przeplata je raz czy dwa i porzuca, by odrobinę dalej wziąć następny kosmyk i tak samo beztrosko z nim postąpić. Ma dwa początki, właśnie nad skrońmi Jasi, ale końca nie ma. Czasami myślę, patrząc na niego, że jest lekkomyślny w swoim braniu i porzucaniu. Jest jak piękna kobieta, która zmienia kochanków z wdziękiem właściwym dla swojej płci.
Czasami jej fryzury tracą warkocz, główny swój ton. Jasia upina wtedy niesplecione włosy w zawiłe zwoje, w wielokrotnie przeplatające się węzły tworzące na głowie fantazyjne koki, w których nie widać ani końca, ani początku jej włosów, ale bywa też – jakżeby inaczej mogło być – że z tego poplątanego zawirowania wymyka się ogon wolnych włosów i zgrabnym łukiem opada na jej plecy.
Oczywiście zdarzają się, i to w bardzo licznych odmianach, fryzury łączące warkocz lub warkocze z najróżniejszymi układami włosów. Pierwsza jej fryzura tego rodzaju, a Jasia zainaugurowała nią wielką serię zmian, była z dodatkiem: przez jej czoło biegł wąski paseczek w kolorze włosów i znikał owinięty włosami ponad skrońmi; co się dalej z nim działo – nie wiem. Musiałbym podnieść jej włosy albo zapytać, ale przecież my prowadziliśmy grę: ona udawała, że nic się nie zmieniło, ja, że nie widzę zmian i w ogóle małą zwracam uwagę na jej fryzury. Włosów owijających się wokół paska było stopniowo coraz więcej, aż w końcu, gdy jego końce idąc z obu stron znikały za uszami, włosy nagle zamieniały się w warkocz. Całość przypominała opaskę na głowę zrobioną z jej włosów dla trzymania pozostałych, niesplecionych i swobodnie opadających.
Opaski rzadko się u niej pojawiają, raczej nie na oficjalne okazje, ale za każdym razem z innymi warkoczami. Bywa ich dużo, ale cieniutkich, zbierających jedynie niewielką część z całego bogactwa jej włosów, warkoczy ściśle plecionych i długich, rzędem okalających jej głowę i swobodnie schodzących w dół; bywa, że są luźne, ledwie zaznaczone, bywa, że nie ma ich wcale albo jest jeden cienki, wiążący sobą wszystkie jej włosy niczym gumka w koński ogon. A te jej gumki! Te wstążki najróżniejsze, opaski, jakieś chustki, albo nie wiem co takiego, a wszystko to w nieskończoności rodzajów, odmian, faktur i sposobów wplatania we włosy! Przez tyle lat z nią przeżytych naprawdę rzadko zdarzało się, aby jej fryzury powtarzały się w każdym szczególe.
Dla mnie, w domu, czasami robi sobie kucyki, takie zwykłe kucyki wyrastające z boków jej głowy niczym rogi. Włosy, uwolnione od wszelkich ograniczeń, spadają jej za ramiona dwoma lśniącymi, ruchliwymi kaskadami. Nawet teraz, gdy jest już dojrzałą kobietą, tak uczesana wyglądała dziewczęco, jak w pierwszych naszych latach.
Niektóre reguły jej fryzur na zawsze pozostały dla mnie tajemnicą. Nie wypytuję się w jakiejś niewyrażonej obawie zepsucia czaru tajemnicy i własnej zabawy w podpatrywanie i dociekliwość.
Od pierwszego razu polubiłem czesanie jej, Jasia chyba też, bo nie tylko nie odmawia mojej prośbie uczesania jej, ale i nierzadko prosi o to. Czasami przeprasza mnie w ten sposób, czasami prosi o bycie bliżej albo o wyrozumiałość, gdy ma trudne dni w pracy lub gdy nie może skończyć utworu i do późnej nocy słyszę dobiegające z jej pokoju powtarzane i urywane fragmenty tematów.
W czasie czesania włosów bywa skupiona i uważna, wtedy podpowiada jak mam czesać albo wskazuje kosmyk który zostawiłem, ale na ogół jest nieuważna, rozgadana i wesoła. Przechyla głowę na bok odsłaniając swoją długą szyję, a ja szybko zauważyłem, że robi to specjalnie wiedząc, iż natychmiast wykorzystam okazję do pocałowania jej. Bywa, że te pocałunki są początkiem zwariowanych, pełnych wygłupów i śmiechu, naszych chwil...
Później siada przed lustrem z włosami splątanymi i sterczącymi na wszystkie strony.
-Czesz mnie szybko, Jasiu. Zobacz, jak ja wyglądam!
Wygląda wtedy pięknie.
Po wielu latach, całkiem niedawno, Jasia odkryła przede mną część tajemnic swoich fryzur.
-Jasiu, nigdy nie pytałeś o moje fryzury, chociaż widziałam, że byłeś ciekawy. Wiem dlaczego nie pytałeś, urocze to dla mnie. To twoje milczące patrzenie na moje włosy jest dla mnie najpiękniejszym komplementem. Wiele razy wymyślałam nowe fryzury tylko po to, żeby zobaczyć twoje zapatrzenie, czasami nawet z otwartymi ustami.
-Ja miałem otwarte usta? Niemożliwe.
-Miałeś, miałeś – Jasia śmiała się.
-Bo czarujesz mnie swoimi warkoczami.