Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

niedziela, 24 września 2017

Nie tylko o grzybach


220917
Od jutra dzień będzie krótszy od nocy, mijają właśnie ostatnie minuty lata. Nie rozpieszczało nas, ale przecież razem z nim mija cud długich dni, chodzenie w krótkich portkach, widok jaskółek. Niemal dwa tygodnie temu patrzyłem na niebo pełne ekspresyjnego wirowania tych pięknych ptaków. Było ich więcej niż widuje się w pełni lata czy wiosny, latały inaczej, szybciej, jakby chciały w najkrótszym czasie złowić najwięcej owadów. Patrzyłem na nie ze zwykłą przyjemnością, ich widok nieodmiennie wypogadza mojego ducha, ale też patrzyłem z odrobiną smutku, ponieważ wiedziałem, że one zebrały się w większą gromadę szykując się do dalekiego lotu.
Pełnia lata mija wraz z ich odlotem. Zostają puste pola i puste niebo.

Kątem oka zobaczyłem skrawek czegoś brązowego wystającego zza pnia sosny, spojrzałem tam, ale nic nie zobaczyłem. Gdy już miałem odchodzić, wydało mi się, że znowu coś widzę. Stałem chwilę patrząc w inna stronę i niespodziewanie, szybko, odwróciłem głowę. Dał się złapać: przy pniu drzewa stał spory i zgrabny podgrzybek brunatny. Gdy nachylałem się ku niemu, zrobił kwaśną minę przegranego.
Na szczycie pochyłości rósł samotny grzyb z kapeluszem błyszczącym po niedawnym deszczu. Kucnąłem i nożykiem przeciąłem mu nogę, a wtedy wypsnął mi się z ręki, śliski, i zaczął uciekać tocząc się w dół. Może i udałoby mu się zbiec, ale utknął wśród wysokiego mchu i tam go dopadłem.

W ostatnie dni pracę zaczynam wcześnie chcąc mieć dłuższe wolne popołudnia. Kilka ostatnich wypełniłem rzetelną i mozolną pracą nad swoimi wybranymi tekstami, mając nadzieję na zainteresowanie nimi wydawcy. Parę dni temu, słysząc od znajomych o pojawieniu się grzybów, uznałem, że króciutki wypad jest możliwy. Pracę kończę o godzinie 17, do podmiejskiego znanego mi lasu jest kilka minut jazdy, parking blisko pierwszych drzew, więc… na grzyby!
Nie przebierałem się, wpadłem tylko na moment do kampingu po jedzenie i torbę, w rezultacie już dwadzieścia minut po skończeniu pracy wszedłem między pierwsze drzewa. Miałem nie więcej jak półtorej godziny czasu do zmroku o którym wiadomo, że między drzewami lasu pojawia się najszybciej.
Znajoma zapytała się mnie, co takiego jest w grzybach, że czuje się zazdrość i chęć pójścia do lasu, gdy słyszy się o udanych grzybobraniach. Faktycznie, czuje się zazdrość, a jeszcze dodam od siebie, że gdy zobaczę w lesie grzybiarza, to co prawda mile go przywitam i zagadam, ale w głębi ducha mam skłonność traktowania go jak konkurenta, a jego grzyby jako łup mnie odebrany, więc istotnie, coś tajemniczego mają w sobie grzyby znajdowane w lesie.
Cóż to takiego?
Dla mnie pierwszy, najsilniej odczuwany i najoczywistszy urok grzybów tkwi w ich pierwszym zobaczeniu. Bywa, że stoję nad znalezionym grzybem smakując tę chwilę, nim nachylę się po niego, ale przecież nie tylko moment zauważenia tworzy aurę grzybobrania. Oczywiście urok lasu i jego zapachów, u mnie także odruchowe kojarzenie grzybów z wigilijnymi potrawami – i dalej to wszystko, co czuje się na myśl o zimowych świętach – także tradycja sięgania w kuchni po grzyby zebrane w lesie, a nie kupione. Jest tutaj wyraźny związek ze zwyczajami, na szczęście nadal istniejącymi w wielu domach, zaopatrywania spiżarni w przetwory własnej roboty, i to niekoniecznie dla oszczędności, a raczej dla domowej atmosfery. Po prostu dla tworzenia Domu i wspólnoty jego mieszkańców. Gdy próbuję sięgnąć myślą głębiej dla znalezienia wszystkich związków i przyczyn, pojawiają mi się niewyraźne już myśli o dawnym życiu w zgodzie z naturą, o zagospodarowaniu i wykorzystaniu wszystkich jej darów dla przeżycia chłodnych i głodnych miesięcy. Sposób i podejście odległe od sklepowych półek i chwalące się bardzo starym rodowodem. Gdy patrzę na półki regału zapełnione domowymi przetworami, na wianuszek główek czosnku lub suszących się grzybów, odnoszę wrażenie przenikania się czasów, obecności we mnie śladów zwyczajów ludzi żyjących wieki temu. Tamta zazdrość jest echem dawnej zazdrości o pełniejszą spiżarnię.
Związek z dawnymi czasami, z ludźmi żyjącymi z tego, co sami zebrali i przetworzyli, przed erą całodobowych sklepów i lodówek w każdym mieszkaniu, dzisiaj poczułem wyraźniej dzięki zabranej ze sobą kolacji.
Otóż na jednym z festynów zobaczyłem litewskie stoisko z żywnością. Wędliny wyglądały bardzo smakowicie i bardzo tradycyjnie, mocno wędzone i suche, ale moją uwagę przyciągnęły ciemne pasemka czegoś, co okazało się suszoną wołowiną; kupiłem parę skrawków do spróbowania. Dało się to zjeść, o ile ucinało się nożem plasterki w poprzek włókien. Gdy po pracy wpadłem jak po ogień do kampingu, nagle pojawił się pomysł na kolację w lesie, kolację dawnego wędrowca. Włożyłem w kieszeń dwa kawałki tej twardej i słonej wołowiny, równie twardy kawałek ciemnego chleba i pojechałem. Szedłem wypatrując grzybów i jadłem, a właściwie żułem kolację czując wyraźnie, że ten posiłek pasuje do grzybobrania, że między tymi dwiema czynnościami jest związek, pokrewieństwo w rodowodzie.
Ciekawe, jaką drogę przeszły moje myśli łącząc grzyby z posiłkiem, jaki mógł kiedyś spożywać grzybiarz, i szerzej – z dawnymi czasami ludzkiej zależności od przyrody, czasami, w których ludzie musieli się natrudzić by przeżyć. Wydaje mi się, że cała moja wiedza o dawnych czasach, wspomnienia lektur książek, których akcja dzieje się w odległej przeszłości, moje wyobrażenia tych czasów i współczucie dla ludzi żyjących w ciężkich warunkach, że to wszystko uległo we mnie transformacji, w efekcie której jedząc w lesie swój prymitywny posiłek odczuwałem duchowy związek z anonimowym człowiekiem, którego śladami być może szedłem. A może przekaz nie jest kulturowy? Może wiele pokoleń ludzi zbierających plony natury dla przeżycia, więc z konieczności, przekazały mi w genach swój dar pomocy dla mnie, ich dalekiego potomka – skłonność do wykorzystywania grzybów i nie tylko?
Nie wiem.



Nazajutrz nic nie zapowiadało wyjazdu na grzyby. W czasie obiadu powiedziano mi o awarii młyna, pięknej i wielkiej widokowej karuzeli. Szafa sterownicza wypełniona jest mnóstwem podzespołów pracujących pod dyktando komputerowego sterownika, a ten uparcie twierdził, że ma przegrzany jeden z silników kręcących kołem. Silnik był zimny, ale jak przekonać do tego uparciucha? Zrezygnowany, mozolnie rozgryzałem system zależności i połączeń. Była 16.30, gdy znalazłem uszkodzony podzespół. Dobrze, nawet bardzo, wszak znalazłem przyczynę, ale jak uruchomić karuzelę, skoro tego elementu nie miałem i nie był do kupienia w pierwszym lepszym sklepie? Jak oszukać sterownik, by łaskawie zgodził się dać zezwolenie na kręcenie kołem? Pomogła mi bardzo logiczna budowa systemu i wzorowe opisanie wiązek przewodów. Odczułem ulgę i radość, gdy kolega krzyknął ze sterówki, że system nie sygnalizuje przegrzania. Po chwili koło ruszyło. Spojrzałem na zegarek, była godzina 17.05.
Grzyby! Jeszcze zdążę!
Poderwałem się do biegu, w efekcie dwadzieścia minut później wchodziłem między pierwsze drzewa lasu, po kolejną porcję małych podgrzybków. Zwróciłem uwagę na nagłą zmianę, która niemal zawsze ma dla mnie urok: w ciągu krótkiego czasu od szafy sterowniczej karuzeli, od kabelków i przekaźników, do lasu i grzybów – dwa światy w dwadzieścia minut.
Później upewniłem się przy pomocy googli, że oprócz podgrzybków brunatnych i sitarzy, zebrałem nieco podgrzybków złotawych czy też złocistych; wcześniej zbierałem je nie znając ich nazwy.
W kolejny dzień nie mogłem pojechać do lasu, pracę skończyłem dopiero po dwudziestej, jednak dzisiaj, w sobotę, byłem między drzewami już o 15.30. Od rana padał deszcz, ale nawet na chwilę nie pojawiła się myśl o rezygnacji, wszak dzień trzeba wykorzystać. Nie zmokłem mając na sobie gumowce i płaszcz, a grzybów zebrałem sporo, mimo silnej konkurencji innych grzybiarzy.
Suszą się. Czuję zapach wigilii.
Dopisek z następnego dnia, z niedzieli.
Mając możliwość, oczywiście pojechałem do lasu. Było to najdłuższe, bo niemal pięciogodzinne, i prawdopodobnie ostatnie moje grzybobranie. Z kilkuset zebranych małych podgrzybków wybrałem najładniejsze i przyrządziłem je w zalewie octowej. Będą na świąteczny stół.

Tak mi się przypomniało, chyba przez kontrast.:
W UK nie można chodzić po polach tak, jak u nas, bo te są ogrodzone, nierzadko lasy też. Tylko tu i ówdzie wyznaczone są publiczne ścieżki dla pieszych, stosownie oznaczone i opisane, wiodące także przez prywatne pola i lasy. Któregoś razu szedłem taką ścieżką w lesie, co kilkadziesiąt metrów mijając tabliczkę zakazującą zbierania grzybów. Właściciel lasu nie chce konkurentów w grzybobraniu? Ależ nie! Typowy Anglik nie odróżnia kani od podgrzybka, ani kurki od muchomora, ponieważ grzyby zbiera na sklepowych półkach, a tam są one opisane.
Po co więc tamte tabliczki?
Zauważyłem, nota bene, że od powrotu z Anglii używam nazwy tego kraju w wersji angielskiej. Jeszcze pamiętam te ich „jukey”. My zwykliśmy mianem „Anglia” określać całe Zjednoczone Królestwo, dla Wyspiarzy różnica jest istotna.


Na zakończenie coś całkowicie odmiennego.
Szukając czegoś w komputerze… Właśnie! Pamięć jest wirtualna, fizycznie mając postać malutkiej kasetki, ale w jej niewielkiej objętości mieści się ogromna przestrzeń, która dokładnie tak jak przestrzeń rzeczywista może być rozległa i trudna do ogarnięcia z powodu bałaganu i mnogości zakamarków. Trzeba ją porządkować dokładnie tak, jak przestrzeń fizyczną, rzeczywistą. Czyż nie jest to dziwne?
Więc przy okazji poszukiwań znalazłem plik niemal zapomniany. Nosi datę z 2002 roku i zatytułowany jest „wiersze”.
Oto jeden z nich, erotyk. Może i niewiele warty, ale jest pamiątką czasu. Mojego czasu.

Uszy mi mówią, że chcą cię słyszeć,
Oczy, że chcą cię widzieć.
Usta wyszeptują swoją tęsknotę,
Samotne dłonie szukają twoich dłoni.
Dlaczego?

Ustami przy twoich ustach,
Zatracić chciałbym się przy tobie.
Czas przeszły i obecny gubiąc,
Roztopić się w niepamięci i w tobie.
Dlaczego?

Obejmując cię głodnymi ramionami,
Chciałbym zrosnąć się z tobą.
Bez jednej myśli, z jednym pragnieniem:
Być jeszcze bliżej.
Dlaczego?

Wdychać twój oddech prędki,
Gorącą całować twą kobiecość,
Podziwiać łuk bioder i kształt piersi
Chciałbym jednocześnie, a nie mogę.
Dlaczego?

Sto ust całujących cię wszędzie,
Sto par oczu chciałbym mieć,
Aby widzieć cię całą jednocześnie.
Nie mam ich tyle.
Dlaczego?


piątek, 15 września 2017

Garść myśli o życiu

100917
Na brzegu placu stoi brzoza płacząca. Chodzę tam patrzeć na nią i obejmować jej pień. Na trawie wokół leżą jej opadłe listki, ale ona nadal jest piękna, teraz chyba nawet bardziej niż na wiosnę. Jej żółte liście są jak pierwsze zmarszczki na kochanej twarzy: budzą rozczulenie i potrzebę objęcia. Przed chwilą wyszedłem na dwór i zobaczyłem ją inną, ale równie ładną: prześwietloną światłem lampy stojącej za nią. Chwilę patrzyłem na poruszające się na wietrze wiotkie gałęzie, na migotliwą grę światła wśród liści, ale zaraz wróciłem do kampingu, do słów.
Czasu mam bardzo mało. Minęła godzina druga, rano zaczynamy przeprowadzkę, więc powinienem położyć się spać, ale może chociaż zacznę pisać, bo zapisane słowa dopominają się towarzyszy i pomagają w ich znalezieniu.
Dla mnie czymś naturalnym jest powołanie się na słowa przeczytane w książce. Książki, a więc myśli innych ludzi, miały i mają wpływ na mnie i na moje myśli, są moimi towarzyszkami od wczesnej młodości. Biblioteka jest dla mnie najważniejszym miejscem domu, miejscem naprawdę moim. Z tych powodów często przywołuję w swoich tekstach słowa z książek.
Jako młody chłopak bardzo ceniłem książki Stanisława Lema, przeczytałem je niemal wszystkie, a przez minione lata wielokrotnie wracałem i nadal wracam do ulubionych pozycji. W opowiadaniu „Ananke” są słowa, na które dawno temu zwróciłem uwagę; w głównym swoim nurcie mówią o psychologicznych aspektach starzenia się, ale tutaj cytat ograniczę do fragmentu wymową związanego z myślami, które mam nadzieję wyrazić.
„Smuga cienia to jeszcze nie memento mori, ale miejsce pod niejednym względem gorsze, bo już widać z niego, że nie ma nietkniętych szans. To znaczy: teraźniejsze nie jest już żadna zapowiedzią, poczekalnią, wstępem, trampoliną wielkich nadziei, bo niepostrzeżenie odwróciła się sytuacja. Rzekomy trening był nieodwołalną rzeczywistością; wstęp — treścią właściwą; nadzieje — mrzonkami; nie obowiązujące zaś, prowizoryczne, tymczasowe i byle jakie — jedyną zawartością życia.”
Czasami wydaje mi się, że tymi słowami Lem zasiał we mnie nasiona, które długo leżały uśpione, ale z czasem zaczęły puszczać kiełki licząc na przyjęcie się we mnie. Teraz wiem, że działo się tak, ponieważ cudzych myśli nie jesteśmy w stanie przyjąć od razu. Aby uczynić je swoimi, to znaczy w pełni zrozumiałymi i wzbogaconymi własnym doświadczeniem i przemyśleniami, aby one jakoś odcisnęły się w naszym wnętrzu, musimy dojść do nich swoją drogą, jakby na nowo odkryć prawdy, które stoją za nimi. Bez tej własnej ścieżki cudze słowa nie mają swojej wymowy, cała głębia myśli nimi wyrażonych nie dociera do nas, spływając po nas niczym krople wody po zatłuszczonej szybie. Powtarzamy za innymi słowa o nadrzędnej wartości uczuć w życiu, o cieszeniu się życiem bez negatywnych emocji, o bezsensie tracenia swoich dni na zdobywanie pozycji czy majątku, ale dalej robimy swoje idąc w przeciwnym kierunku. Odkładamy wiele spraw najbardziej naszych, najważniejszych spraw naszego życia na później, no bo przecież teraz musimy zarabiać, zdobywać, uzyskiwać, zapewniać sobie – i dopiero gdy to wszystko będziemy mieć, tak sobie myślimy, będziemy żyć naprawdę, to znaczy dla siebie, bliżej naszych bliskich, spełniając się w naszych pasjach, pogodniej i godniej.
I tutaj należałoby wrócić do słów Lema. Są one bardzo pesymistyczne, owszem, można jednak pozbawić je pesymizmu i pójść dalej, zaznaczę jednak, że aktualnymi pozostają moje słowa o niemożności bezpośredniego przyjęcia cudzych myśli.
Horacy napisał o chwytaniu dnia, ponieważ nie wiadomo, co bogowie przyniosą.
Swoją drogą, to uwaga na marginesie, nie potrafię zrozumieć, dlaczego wiarę w wielobóstwo uznaje się za mniej idealną i prymitywniejszą od wiary w jednego boga. Moje wyobrażenia są dwojakie: jeśli myślę o Bogu jako kosmokratorze, to widzę go jednym, ale jeśli Bóg miałby być tak wszechobecny na Ziemi i w życiu ludzi, tak ludzki w swoich cechach, jak opisują go religie, wtedy bardziej naturalna wydaje mi się liczba mnoga. Odnoszę wrażenie, iż człowiek wolałby wierzyć i modlić się do boga bardziej wyspecjalizowanego – niechby kosztem swojej wszechmocy – boga bliższego, potrafiącego zrozumieć człowieka przez pewne podobieństwo i nieprzytłaczającą wielkość. Może dlatego chrześcijanie, a już zwłaszcza chrześcijanki, mają swoją boginię w osobie Marii, a ich Kościół przydziela zakresy szczególnych uprawnień i zdolności swoim świętym, bezpośrednim potomkom niezliczonych bóstw politeizmu, według ich życiowych doświadczeń.
Może jednak wrócę do meritum.
Tak naprawdę Horacy wyraził myśl, którą w formie nakazu przysłała mi moje znajoma tuż przed swoją śmiercią: cieszyć się tym, co jest, co właśnie trwa, co dzieje się tutaj i teraz. Nie odkładać życia na później, bo każdy dzień nazajutrz staje się przeszłością, której już nie poprawimy.
Chwytać dzień, ponieważ czego dzisiaj nie przeżyjemy, może nie będziemy mieć okazji przeżyć.
Jeśliby pozostać przy słowach Lema, rozwiązanie pojawia się w sposób nieunikniony i logiczny: wystarczy nie mieć wielkich nadziei i takich ambicji, by pozbyć się zawodów i zyskać spokój. Wystarczy uznać, iż nasze prawdziwe życie jest tutaj i teraz, a nie kiedyś, w przyszłości; że życie na każdym swoim etapie nie jest wstępem ani trampoliną, a treścią właściwą, którą my sami kształtujemy i sami oceniamy. Ten ostatni fakt ma kapitalne znaczenie, ponieważ równie dobrze można być niezadowolonym mając to wszystko, co ludziom przychodzi do głowy gdy myślą o szczęściu i stabilizacji, jak i być zadowolonym mając bardzo, bardzo niewiele i ciężkie przeżycia za sobą.
Nie ma tutaj – nawiązuję do słów Lema – ani krztyny rezygnacji czy opuszczenia rąk, natomiast ambicje są przekształcone. Z coraz większą nieufnością, nota bene, a nawet z podejrzliwością, patrzę na ludzkie ambicje, mając je za jedną z przyczyn nie tylko technicznego postępu, ale i naszych kłopotów w życiu wewnętrznym i w naszych relacjach z bliskimi. Robić dobrze to, co się robi, jest godną ambicją, ale z obłędnym pędem jakże wielu ludzi do znaczenia i bogactwa jest inaczej. Pewien znajomy biznesmen, zapytany po rocznym niewidzeniu się o bieg swoich dni, odpowiedział mi, że chyba jednak majątku Rockefeller’a nie zdobędzie. Pamiętam, że wtedy wzruszyłem ramionami pytając o cel tych zabiegów, ale teraz zadałem sobie pytanie, czy moje uporczywe trzymanie się bardzo ciężkiej pracy w lunaparku dla zarabianych tutaj pieniędzy, tak wiele różni się od dążeń mojego rozmówcy? W pierwszej chwili uznałem, iż nie ma tutaj dużej różnicy, w drugiej zaprzeczyłem. Ja pracą zarabiam na życie, on pracuje dla bogactwa, chociaż zapewne w swoim przekonaniu także po prostu zarabia na życie. Być może on nie wie, że to, co człowiekowi jest niezbędne do życia, rozciąga się od kromki chleba do prywatnego odrzutowca.
Szkoda, że te jakże celne słowa nie są moje.
Jak wyglądałaby nasza cywilizacja – to druga, możliwa do zastosowania, linia obrony milionerów – gdyby wszyscy ci, którzy dorobili się majątków budując firmy, dając pracę i płacąc podatki, w młodości uznali, że zamiast dążyć do bogactwa, lepiej kontemplować urok natury lub się modlić? Myślę, że świat przypominałby wtedy minione już epoki. Czy byłby lepszy? Nie wiem, może tak, ale chyba jednak wolę jeździć samochodem niż dyliżansem; pisać na komputerze, a nie gęsim piórem przy świeczce. Niech więc biznesmeni zajmą się pomnażaniem swoich majątków, skoro w tym upatrują cel swojego życia, albo środek do osiągnięcia swoich celów, ja zajmę się chwilami mojego życia.
Z biegiem lat coraz częściej uznaję, iż celem życia jest jego godne przeżycie, ponieważ godność mam za jedyną odpowiedź, jaką dać możemy światu stworzonemu przez nas i nieuchronnemu końcowi nas samych. To wniosek dokładnie odwrotny w stosunku do wniosków wielu kapłanów i ludzi silnie związanych z Kościołem, którzy uznają, iż ateistę stać na najgorsze, ponieważ nie wierzy w życie po życiu i w boski bat nad sobą. Cóż, umysłowy prymitywizm i zadufanie były i są cechami częściej występującymi wśród tych ludzi, niż w całej ludzkiej populacji.
Znowu odbiegłem od tematu, już wracam. Więc poczucie godności nakazuje życie prawe, ale ta jego cecha jest na tyle ogólna, że raczej niewiele pomaga w biegu zwykłych dni. Potrafi dać satysfakcje po dokonaniu moralnego wyboru, ale i bywa zaprawiona goryczą na widok świętowania zwycięstwa ludzi niegodnych.
Z czasem, wsłuchując się w siebie, ale i prowadząc dyskusję z sobą, coraz większą wagę przykładałem do pozytywnego przeżywania. Do tych wszystkich wrażeń, myśli, czynów, gestów dla mnie miłych, a które nie są dla kogokolwiek przykre. Tutaj w sposób naturalny, właściwie automatyczny, na przedzie pojawiło się to, co najwartościowsze i najgodniejsze: sfera ducha. Trudno pogardzać przyjemnością jedzenia dobrej potrawy, ale jeszcze trudniej ograniczyć się tylko do rozkoszy podniebienia. W gruncie rzeczy trudno uzasadnić wyższość doznań w czasie wędrówki górskiej lub czytania poezji, od doznań w czasie jazdy sportowym samochodem lub oglądania telewizorni, jednak czujemy, że ta wyższość istnienie, że jest niewątpliwym faktem.
Dobrze, więc godność i pozytywne przeżywanie, ale… znowu dochodzi do głosu moja nierzadko uprzykrzona logika, a może zwykłe szukanie dziury w całym. Wszak trudno na tym świecie o nieustające święto dobra, pogody i piękna, wśród których będziemy żyć; wszak takie bywają tylko chwile. Cóż odpowiedzieć?… A może nie pozwolić, by minęły niezauważone, wykorzystać je w pełni, przeżyć do dna i starać się zapamiętać, by w ten sposób działały mimo swojego odejścia? Myśl dobra, ale czy możliwa do wprowadzenia w życie?
Może należałoby pójść jeszcze dalej, przeskakując trudność: zauważyć, docenić i dobrze przeżyć także te zwykłe chwile, najzwyklejsze, więc najliczniejsze, wypełniające nasz dzień powszedni. Jak jednak osiągnąć taki stan, skoro dni nierzadko są tak bardzo szare? Nie wiem, albo mnożą mi się wątpliwości, wtedy staram się szukać pomocy. Na przykład w świadomości, iż każda chwila jest ważna sama w sobie, stanowiąc cząstkę mojego życia, a nie poczekalnię czy szczeble drabiny mającej zawieść mnie na jakieś wyżyny. Usilnie przypominam sobie samemu fakt powszechnie znany, jednak niedostatecznie zmieniający moje postępowanie zgodnie ze swoją wymową: życie jest jedyne, niepowtarzalne i szybko upływające. Żaden dzień się w nim nie powtórzy, żadna chwila, a skoro tak, to każda jest ważna. Jeśli dzisiaj przeżyłem coś negatywnego, na przykład pokłóciłem się z kimś, zdenerwowany i zły, nie zmienię tego w żaden sposób, skoro czas przeszły jest czasem już dokonanym. Ta złość zostaje za mną jak brudna plama na ciągu moich dni profanując je, zmniejszając wartość życia, które przecież powinno być bezcenne, a więc chronione. Mogę jedynie postarać się, aby już więcej takich plam nie zostawiać za sobą.
Niestety, w tej budowli widzę rysę – rezultat wad w konstrukcji fundamentów.
Rysą jest wyraźne przeciwstawienie wybranych chwil całej reszcie naszego czasu.
Logika podpowiada dwa sposoby naprawy wady konstrukcji: radykalne zwiększenie ilości czasu dobrego, pięknych chwil, albo poprawienie jakości czasu codziennego, tego zwykłego. Cóż… nie bardzo widzę możliwości istotnych zmian, ale jeśli zmienić swoje podejście do zagadnienia, pojawia się trzeci sposób, omijający tamte niemożności. To dystans do siebie, swojego życia i do ludzi. Nie wojować z nimi, pozwolić życiu na swobodny bieg, okazać mu trochę zaufania. Jeśli obejrzawszy się wstecz wspomnimy złe dni i nasze reakcje, niemal zawsze zauważymy, że niepotrzebnie martwiliśmy się, wojowaliśmy czy próbowali innych przekonać do swojego. Powiedzmy sobie krótko: po co?, i zajmijmy się sobą.
Czasami odnoszę wrażenie, iż wszystkie moje starania przypominają zmagania przeciwników, jakby dwóch nas było: ten, który burzy się i szarpie, irytuje, złości i martwi drobiazgami codzienności, oraz ten, który chciałby wznieść się ponad to wszystko, skoro odczuwa tłamszenie i przyduszanie do ziemi. W związku z tą walką wspomnę o przeciwstawianiu nas naszemu umysłowi (częstemu na przykład w filozofiach Wschodu), ale takie rozdzielenie budzi mój sprzeciw. Wszak „ja” jest tworem mojego umysłu, więc czynienie z niego wroga jest dzieleniem jedności, uznaniem, iż sam sobie jestem wrogiem. Owszem, pewne przeciwieństwa i niepożądane cechy są w nas, narosłe w toku ewolucyjnego rozwoju lub wykształcone w dzieciństwie, ale są one nasze i obok dobrych cech czyniące nas ludźmi. Człowiek niemal zawsze działa pod wpływem przeciwnie skierowanych bodźców, także tych umysłowych. Myślę, że jeśli już szukać przeciwnika, to w niezdolności naszego umysłu do przyjęcia wszystkich konsekwencji ograniczoności czasowej naszego życia. My zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie, albo przynajmniej bardzo długo.
Ludzie starzeją się i umierają, ale ja nie. No… może kiedyś, w nieokreślonej przyszłości.
Przecież takie mniemanie jest podstawą, niemal fundamentem funkcjonowania naszej psychiki, ale właśnie tę jej cechę oskarżam o wiele naszych kłopotów ze znalezieniem sensu, pogody ducha, radości życia. Przez nią popędzamy czas mówiąc: aby do wiosny, aby do wakacji, żeby ten dzień już minął – wszak tych dni mamy (niemal) nieograniczoną ilość. Przez tę cechę z roku na rok odkładamy swoje życiowe plany, bo przecież teraz musimy dorabiać się pozycji i pieniędzy, teraz czynimy przygotowania do prawdziwego życia. Kiedyś będziemy żyć naprawdę. Kiedyś. Przez nią gonimy za mirażami i mało nam nie tylko pieniędzy, ale i przeżywania, dziania się czegoś, czasami czegokolwiek, dla wypełnienia swojego czasu.
O psychologii wiem niewiele, tylko nieco więcej o ewolucji, ale z tych wycinków wiedzy wyłaniają mi się słowa obrony tej naszej cechy psychicznej. Nie da się normalnie żyć z nieustającą świadomością końca, więc… Więc niech tak będzie, że ten koniec jakby dla nas nie istniał. Nie przyjmujmy go w pełni, zachowujmy się tak, jakbyśmy nie pamiętali, jakby nas to nie dotyczyło. No i powstaje sprzeczność, owych dwóch wrogów: jednym jest nasza świadomość śmierci, drugim cecha umysły wyrzucająca ją z pamięci. Zwierzę instynktownie broni się przed śmiercią, ale nie ma jej świadomości – my swoim rozdarciem płacimy za osiągnięty poziom rozwoju umysłowego, za opuszczenie raju niewiedzy i nieświadomości.
Ostatnio sporo rozmawiałem ze znajomą o pewnego rodzaju chwilach, jakie się nam zdarzają. Nie wiadomo dlaczego tutaj i teraz, raczej nagle, zauważam zmianę w percepcji świata i siebie. Trudno opisać ten stan, skoro nic się nie dzieje, a próbowałem kilka już razy. Pisałem o zjednoczeniu swojej świadomości ze światem wokół, o silnym poczuciu bycia tutaj i teraz – i nigdzie więcej, co oznacza także, że poza tym wrażeniem nie ma we mnie innego odczuwania, ale te opisy nie są kompletne, ani idealnie wierne. Ten stan obywa się bez słów, jego opis słów wymaga, a tym samym pojawia się sprzeczność trudna do usunięcia. Moja rozmówczyni stwierdziła, iż jest to trwanie w stanie jedności ze światem. To celne określenie, ponieważ takie chwile niczego się nie dopominają, pragnąc jedynie trwać. Przypominają mi się piękne słowa Drzeżdżona a propos, ale nie mając tutaj jego książek, nie mogę dodać cytatu.
Bardzo mi się te chwile podobają, ponieważ przypominają stanie u wrót innego, lepszego świata. Ostatnio przyszło mi do głowy, iż w czasie ich trwania jakbyśmy się cofali do zwierzęcej niewinności i nieświadomości, do życia dla samego życia w najpierwotniejszych jego przejawach: jestem, patrzę, oddycham, nie odczuwam głody ni bólu, jest więc dobrze. Jest dobrze bez ambicji posiadania znaczenia i wpływów, bycia zamożnym i znanym, a nawet mądrym.
Może wracamy wtedy do raju utraconego, do czasów przed zerwaniem tego nieszczęsnego jabłka?
Niewiele jest miejsc w chrześcijańskich pismach świętych, które bez zastrzeżeń podobają mi się – ta poetycka wizja utracenia dawnej niewinności z powodu wiedzy podoba się bardzo, mam ją za twór geniuszu. Jest też prawdziwa. My ten raj naprawdę utraciliśmy stając się ludźmi. Umysł dał nam swobodę tworzenia abstrakcji i świadomość, a mając je, zaraz zaczęliśmy zadawać sobie pytanie o cel istnienia, odrzucając życie dla jego kontynuacji jako niegodne nas. No i zaczęły się kłopoty, dlatego do dystansu między nami (czyli tyle, co naszą świadomością), a życiem, dodać należałoby też potrzebę spuszczenia z tonu, zejście chociaż z kilku szczebli naszej wysokiej drabiny człowieczeństwa stawianego w opozycji do zwierzęcości. Uznać nam trzeba, iż w naszym życiu nic nie musimy osiągnąć ani nic udowodnić, a mamy je po prostu dobrze przeżyć. Potrzebna jest nam świadomość faktu oczywistego: nadzy tu przyszliśmy i nadzy odejdziemy.

Ideały? Lista życzeń? Po części tak, ale ważne, może nawet najważniejsze, jest określenie ideałów, ponieważ nawet niezrealizowane promieniują ukazując kierunek starań, drogę, którą należy iść.
Pisałem ten tekst pięć dni, w czasie których przepracowałem ponad 60 godzin. Pisałem godzinę albo dwie, przerywałem idąc spać lub dla napisania listu czy zadzwonienia, a na drugi dzień od nowa wgryzałem się w temat i próbowałem przypomnieć sobie dobre myśli i zgrabne sformułowania, które ukazały mi się w pracy, ale wieczoru nie dożyły. Pisałem, ponieważ słowa są dla mnie światem, sposobem, drogą. Właściwie wszystkim.