Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 26 listopada 2014

Drogi Gór Ołowianych


Świerkowy i Księży Dół.


Od Bolkowa jechałem bocznymi drogami nie tylko dla skrótu, ale i dla satysfakcji poznawania bezimiennych szos ledwie zaznaczonych na mapach: przez Stare Rochowice, a z Płoniny skrótem wprost do Świdnika. Celem dzisiejszej wędrówki były Góry Ołowiane, a wejść na nie chciałem od wschodu, gdzie zaczyna się Droga Wojenna, główny trakt całego masywu tych gór. Samochód zostawiłem na kościelnym parkingu i ledwie rozwidniło się, gdy poszedłem szukać początku drogi. Dzień już taki krótki, trzeba więc wykorzystać go od pierwszych do ostatnich chwil – uzasadniałem sam przed sobą swoje zbyt wczesne wyjście. Eos chyba innego była zdania, bo ledwie uniosła się z pościeli i pokazała maleńki rąbek swojej różowej piżamki, ponownie położyła się spać, w nosie mając swoje ranne obowiązki przygotowania nieboskłonu dla Heliosa. No i w rezultacie ani jutrzenki nie widziałem, ani słońca.

Na wschodnich zboczach gór jest miejsce, gdzie łąki wchodzą długim jęzorem w zalesiony masyw; według mapy Droga Wojenna prowadzi wzdłuż południowej krawędzi lasów. Biegnie tam szutrowa droga, następczyni tej, którą wykonano w czasie wojen napoleońskich. Widoki z tej drogi są ładne – idąc, oglądałem się na ostatnie wzgórza wschodniego pasma. Widziałem na nich moje ślady, ale nie było ich tam zbyt dużo, trzeba mi więc wybrać się tam ponownie.

Wszedłem w gęsty, ciemny las świerkowy, prawdziwy bór. Uspokoiło się, tylko w górze wiał wiatr tarmoszący czupryny drzew. Na pierwszym rozdrożu usiadłem żeby posmakować herbatę i chwilę. Nieoczekiwanie przyniosła mi poczucie samotności w tym lesie tracącym kolory, jesiennym, smutnym, niespokojnym, daleko od ludzi, ale spodobało mi się to wrażenie; byłem tam, gdzie być chciałem, sam na sam z przyrodą i z górami.


Pierwszy mój cel, Księży Dół, znalazłem nadspodziewanie szybko. Jest to, podobnie jak sąsiedni Świerkowy Dół, głęboki jar z zalesionymi zboczami i strumieniem płynącym dnem. Zaczyna się blisko szczytu Turzca i schodzi aż do wioski Miedzianka, około 300 metrów niżej. Zgodnie z zamierzeniem zszedłem dnem aż do granicy lasu, a że drogi nie ma tam żadnej, szedłem korytem strumienia. Marsz łatwy nie był, droga wymagała uważnego stawiania stóp na chwiejących się kamieniach lub próchniejących resztkach drzew i omijania głębszej wody lub rozmiękłej ziemi, ale szło się bez męczącego przedzierania się przez zarośla,. Stoki są wysokie, równe, całe pokryte brązowymi liśćmi rosnącego tam dorodnego lasu bukowego. Za towarzyszy miałem silne poczucie prawdziwie traperskiej wędrówki bezludnymi i dzikimi górami, cichy i przyjemny szmer strumienia, górą natomiast – efektowny kontrast – odgłosy niespokojnego wiatru targającego drzewami. Drugi jar, Świerkowy Dół, jest blisko od tamtego i też jest łatwy do znalezienia. Większy, głębszy od Księżego, chociaż łatwo nim iść, ponieważ wzdłuż strumienia biegnie dukt. 



Wygoda marszu pozwalała częściej gapić się w górę, na stoki, a nie pod nogi. Świerki są, owszem, ale tylko w górnej części jaru, niżej królują buki – nagie, szarostalowe pnie na tle brązowych, stromych stoków, tu i ówdzie najeżonych czarnymi skałami, stoków niemal majestatycznych.

Czasami, patrząc na góry, mam silną świadomość ich niemal wiecznego trwania. Trwania niezupełnie martwego, bo mającego pewien niewielki, ale odczuwalny wtedy pierwiastek życia. Czuję, jakbym patrząc na nie, podpatrywał je w ich tajemnym, niepojętym dla mnie, życiu. Wydaje mi się wtedy, że one nie są zwykłymi tworami przyrody po prostu stojącymi w swoich miejscach od milionów lat, nie są ani dla zwierząt, ani dla moich wrażeń, nie: one są same dla siebie – jakby było w nich coś żywego; coś, co je upodmiotawia i co emanuje na mnie wyjątkowym spokojem wynoszącym mnie ponad małe kłopoty dnia codziennego.

Czuję się wtedy mały i mało ważny ze swoimi ludzkimi bolączkami, jakże często niewartymi zmartwień, czuję się drobinką żyjącą tutaj tylko chwilkę. Uświadamiam sobie szczególnie wyraźnie oczywistą prawdę: wszelki ślad po mnie zaginie, a te góry dalej będą stały tutaj tak, jak stoją teraz.

To wszystko, cały ten strumień myśli obywających się bez słów, przechodzi przeze mnie zostawiając po sobie jakże pożądane ślady: spokój, pogodę i większe docenianie radości zwykłego dnia. Jestem chwilą, ale z możliwością przeżywania.



Uff, znowu wpadłem w proustowsko-filozoficzne tony, wracam więc na szlak.

Gdy w górnej części jaru dukt opuszcza strumień, poszedłem jego brzegiem w górę chcąc zobaczyć źródło. Gdyby oczyścić je z zalegających liści i omszałych gałęzi, byłoby ono klasyczne: woda wycieka spod kamieni, czysta i dźwięczna od pierwszych swoich chwil.

W planie miałem, oprócz poznania obu jarów, przejście całej Drogi Wojennej. W części zachodniej jej przebieg nie jest pewny, z tego powodu, także z braku czasu, nie przeszukałem tego fragmentu gór, ale sporą część całej drogi poznałem. Rowerzystom, ale i pieszym miłośnikom lasów i spokojnej ciszy, drogę tę polecam. Gdy byłem już blisko Różanki, zszedłem północnym zboczem aż do szosy chcąc zobaczyć na stoku zwanym Czerniak początek drogi ładnej widokami, a później powtórzyłem zejście, także dla widoków, czarnym szlakiem. Na mojej mapie postawiono tam znak ładnych widoków – i bardzo słusznie.





Może w nagrodę za nieznalezienie jaskiń na Połomie, dzisiaj znalazłem ruiny dawnego schroniska na zboczu Różanki; jeśli już zauważyło się je, wydają się być łatwe do odnalezienia – ciekawe, czy tak samo jest z jaskiniami.

Rozejrzałem się wokół: nic, żadnego innego śladu poza paroma cegłami wystającymi z ziemi i omszałymi kawałkami betonu, ślady, które nieodległy czas zetrze zupełnie. Oczywiście została sama dróżka, która wtedy na pewno często była używana, ale takie gruntowe drogi bywają trwalsze od ludzkich budowli. Nic więcej, a przecież tutaj mieszkali ludzie. W pokoju patrzącym swoim oknem na to zbocze kłócili się lub kochali, snuli marzenia… Teraz ledwie cegła została z tamtego życia.

Gdy zaczął kropić zapowiadany deszcz, wyciągnąłem ostatni swój nabytek, rękawice mające być nieprzemakalne, a za niewielki grosz kupione z demobilu. Założyłem je, ale po kwadransie zdjąłem, bo deszcz tylko pokropił i było mi w nich zbyt ciepło. Muszą zaczekać na swoją chwilę.

Wracając, postanowiłem wpaść na Turzca, no bo przecież taki nieodległy, a i drogę z tej strony poznałbym. Poszedłem. Z dwóch dróg zaznaczonych na mapie znalazłem jedną, ale za to naprawdę ładną ścieżynkę. Turzca zobaczyłem, a nawet zajrzałem na chwilkę do Jarzębinek, tak po prostu, dla ich zobaczenia, i na dobre zarządziłem odwrót. Zmierzchało się, gdy wyszedłem z lasu, ciemno było, gdy doszedłem do samochodu.





wtorek, 25 listopada 2014

Połom – kamieniołomy i jaskinie

W słoneczne dni wybieram wędrówki otwartymi przestrzeniami, a że na dzisiaj zapowiadano pełne zachmurzenie, pojechałem na Połom z zamiarem zobaczenia jego kamieniołomów i jaskiń. Pierwsze zamierzenie zrealizowałem, drugie nie, ale nic to: jaskinie czekają na mnie.

Pierwszym znalezionym i poznanym kamieniołomem była nieczynna już kopalnia Silesia. To wąwóz długości paruset metrów wykuty w górze, miejsce dzikie, surowe, zwłaszcza pod chmurnym niebem, w ponury dzień listopadowy. Czułem się tak, jakbym trafił w Góry Skaliste; nigdy tam nie byłem, ale tak je sobie wyobrażam: skały, nic, tylko niemal pionowe ściany skalne, tutaj wysokości do 50 metrów. 





Na jednej ze ścian zobaczyłem czarną dziurę – jaskinię, jak mniemałem. Czy to była zaznaczona na mapie Jaskinia Silesia? Chyba tak. Później okazało się, że była pierwszą i ostatnią znalezioną. Mogłem tylko patrzeć na nią, bo wejście było jakieś 10, może 15 metrów od podnóża ściany, dla mnie nie do wejścia bez liny.

Na płaskim dnie tego sztucznego wąwozu leżały duże złomy skalne – zostawione przez ludzi, a może odpadłe od ściany. Duże były gdy stałem przy nich, chociaż w tej wielkiej wyrwie kopalni były drobinami piasku, ale jedna taka drobina położona na ciężarówkę, ugięłaby jej opony swoim ciężarem. Kiedyś, będąc w starym kamieniołomie koło Lubiechowej, pomyślałem, że lata ludzkiej pracy wyszarpały ledwie kawałeczek niewielkiej góry; myśl ta wróciła do mnie teraz: góra, nawet niewielka, jest tak ogromnym tworem natury, że przy niej wysiłki ludzi są niczym dziecięce próby zebrania piasku plaży w jednym miejscu. Myśl ta jeszcze dzisiaj wróciła do mnie, ale w postaci zmienionej aż do odwrotności - w kopalni na zboczu Połomu, gdzie wywieziono już sporą część niemałej góry.

Poszedłem dalej na poszukiwanie jaskiń. Jedna z nich, Śmiertelna, na mojej mapie zaznaczona jest dokładnie na drodze, ale przecież na drodze jest droga, nie jaskinia, więc po upewnieniu się, czy jestem na właściwym odcinku drogi, kręciłem się po poboczach, myszkowałem po krzakach – bezskutecznie.

Gdzieś przy jednym z głównych duktów leśnych zobaczyłem tabliczkę z napisem „jaskinia 0,7” i strzałką w bok. Nie wiedziałem, czy zero siedem to jakiś numer, czy odległość, na mojej mapie nie ma znaku jaskini we wskazanym miejscu, ale oczywiście poszedłem. Nie znalazłem, mimo wdrapania się po chybotliwych kamieniach na skalny szczyt wzgórza stojącego w tamtym rejonie.

Czy ja jestem aż takim gapą? – pomyślałem. Chyba tak… Ale – dla obrony wspominam zdarzenie sprzed dwóch laty – gdy w Podgórkach wypytywałem o drogę do Jaskini Walońskiej, powiedziano mi, że i tak jej nie znajdę, a znalazłem, i to szybko; co prawda pierwsze, co zauważyłem, to czerwona tabliczka informacyjna stojąca przy niewidocznym ze ścieżki wejściu…

Łażąc tu i tam po wertepach, po zarastających starych kamieniołomach – a w paru byłem – pomyślałem, że może przechodziłem o parę kroków od jaskini, ale nie widziałem wejścia zasłoniętego gęstym świerkiem, krzakami czy skalnym występem. Te nieczynne kamieniołomy mogą się podobać swoją dzikością, niespodziewanym i szybko zmieniającym się ukształtowaniem terenu, skalnymi ścianami i ślepymi zaułkami. Wejście w nie to niemal wyprawa w nieznane. Oczywiście myszkowanie po nich wymaga rozwagi, ale nie będę się tutaj rozpisywać o tym aspekcie wędrówek, ponieważ dotyczy on każdego wyjścia w góry, bo te są właśnie dla ludzi rozważnych.

Jedna z szutrowych dróg kopalni ma charakterystyczny zakręt, blisko powinna być jaskinia Nad Potokiem – obejrzałem mapę i poszedłem na poszukiwanie. Pewnie gdzieś tam jest, ale akurat nie tam, gdzie byłem….

Pójdę dalej, może znajdę chociaż jedną – pomyślałem, ale raczej z niewiarą.

Na południowym zboczu jest odsłonięty stok z drogą biegnącą od wsi; moja mapa informuje o jaskiniach znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie tej drogi, na brzegu lasu. Drogę znalazłem, mapa okazała się być dokładna, a nawet zszedłem nią do wsi żeby zobaczyć gdzie się zaczyna; warto było dla samych widoków z tej drogi, kiedyś pójdę tam jeszcze. 




Już blisko pierwszych domów wioski mignęła mi wyróżniająca się w tym szarzejącym, prawdziwie już listopadowym krajobrazie, plama nasyconych, żółtych kolorów: malutki klon trzymał dla mnie wszystkie sześć swoich liści. Doceniając ten gest podszedłem do niego i zrobiłem mu kilka zdjęć. Wracam na szlak: więc byłem na drodze pod lasem, po lewej rośnie tam gęsty młodniak, a ponieważ nierzadko na mapach takie obszary są zaznaczane jako otwarte przestrzenie łąk, pomyślałem, że trzeba mi dojść przez młodniak do ściany starego lasu. Zobaczyłem ścieżkę, właściwie niewyraźną ścieżynkę – wydeptana przez grotołazów! – myśl radosna. Poszedłem nią, po chwili ścieżka zaczęła zupełnie bez powodu zmieniać kierunki, z jednej zrobiło się ich kilka, a na wolnym od drzewek skrawku młodniaka zobaczyłem charakterystyczne wygniecenia w trawie – miejsce nocowania dzików. Rozejrzałem się bezradnie, między drzewami bliskiego lasu majaczył zarys skał. Na pewno tam! Poszedłem uznając, że najpewniej wejście do jaskini będzie w skale, nie w ziemi, wśród traw. Skały faktycznie były, jaskini nie zauważyłem.

Poszedłem dalej rozglądając się, po chwili zobaczyłem czarną dziurę na stromym zboczu parędziesiąt metrów od drogi. Mam jaskinię! Z bliska zobaczyłem czarny, próchniejący pniak na brązowym od liści stoku…

Usiadłem na brzegu drogi, napełniłem kubek herbatą i pijąc, patrzyłem na buki rosnące obok; nie były już żółte, słonecznie świecące jak ledwie tydzień temu, liście miały matowe i brązowe. Nieprzyjemnie mżył drobny deszcz targany porywistym wiatrem. Listopad - westchnąłem. Dwie godziny do zmierzchu; ile mam drogi do przełęczy, a tym samym do samochodu? Godzinę, może trochę mniej, pójdę więc poszukać dojścia do czynnego kamieniołomu na zboczu Połomu, bo po głównej drodze jeżdżą ochroniarze, wejście jest zabronione – postanowiłem. Poszedłem i znalazłem – cóż, kamieniołom jest sporo większy od dziury w ziemi…

Jego widok zrobił na wielkie wrażenie; to już nie jest wyrwa w zboczu jak tyle innych kamieniołomów, nie jest to nawet wąwóz wykopany w masywie góry, jak stara Silesia, tam wyrąbano i wywieziono pół dużej góry! Z górnej krawędzi monstrualnej dziury w zboczu widziałem tarasy wykute w masywie i drogi dla ciężarówek, widziałem kolorowe wnętrzności Połomu, a drobny ruch oczu przenosił wzrok na pobliski Miłek i dalej, na liczne szczyty kaczawskie - do ostatnich gór wschodniego pasma i jeszcze dalej – po majaczące na horyzoncie niebieskie szczyty Gór Wałbrzyskich. Piękny widok także swoim kontrastem.




Zaczynał się zmierzch. Wracając, doszedłem do rozdroża: w którą stronę iść? Tę prawą drogę rozpoznałem, nie pasowała mi, a lewa? Lewej nie ma na mapie, ale wydaje się prowadzić w dobrą stronę, powinna wyprowadzić mnie gdzieś w okolice Skopca – zastanawiałem się stojąc na skrzyżowaniu. Poszedłem lewą, a gdy las skończył się, rozpoznałem stok: byłem na zboczu Ziemskiego Kopczyka, więc niezupełnie tam, gdzie się spodziewałem, ale odchylenie nie było duże. Ucieszyłem się nie tylko z powodu rozpoznania i znajomości dalszej drogi, ale i przyjścia tutaj, na Kopczyk – ładną i lubianą górę.

Szarość zmierzchu powoli zmieniała się w czerń nocy, gdy doszedłem do samochodu.

Bez chwili wahania wędrówkę dzisiejszą uznałem za udaną, chociaż w trakcie jej trwania dowiedziałem się, że kiepski ze mnie poszukiwacz jaskiń.


Oczywiście w Górach Kaczawskich. Listopad.


Dzień pięćdziesiąty pierwszy.
Wojcieszów, Zadora, Lipna, Garb, Kapela, wieś Dobków, Zadora, Wojcieszów.

Wejście na Zadorę rozpocząłem z głównej ulicy Wojcieszowa. Nie wiedząc którędy iść, wybrałem drogę wzdłuż cmentarza, bo ta była łatwa do odnalezienia; później okazała się niezbyt wygodną, ale takie moje wybory stają się tradycją, należy więc je pielęgnować. Gdy wstążka asfaltu skończyła się, przeciąłem pas lasu, wdrapałem się na strome z tej strony zbocze i byłem na szczycie.
Zadora. Podoba mi się to słowo, ma w sobie coś zadziornego, ostrego i… szlachetnego? Wiem, że tak nazywa się herb szlachecki, ale nie znam etymologii tego słowa; niejasno kojarzy mi się z ogniem.
Słońca nie było ani śladu, ciemne chmury nie zapowiadały ładnego dnia. Po trzech słonecznych dniach patrzyłem na chmury nie tyle z niechęcią, co z odrobiną zdumienia - nie ma słońca? Widok ze szczytu jest ładny: największe kaczawskie szczyty widać po drugiej stronie doliny wypełnionej domami miasteczka, a za nimi lub u ich stóp wiele drobiazgu kaczawskiego. 



Jak zwykle zabawiałem się identyfikacją gór i górek, gdy zobaczyłem mgłę szybko podnoszącą się ponad domy i przesuwającą się po zboczach wprost na mnie. Poczułem smutną bezradność. Chodziłem po szczycie, patrzyłem w przeciwną stronę, na Lipną, bo i tam widoki są ładne, a później z ulgą zobaczyłem, że mgła zatrzymała się, a nawet jakby cofała, zapewne przestraszona moją doń niechęcią.
Ze wzgórzem Lipna miałem kłopoty. Otóż z mapy (później dowiedziałem się, że i z mojej encyklopedii Sudetów) wynika, że to wzgórze jest niższe od Zadory, a ja wyraźnie widziałem, że jest sporo wyższe. Poza tym zbocza są tam tak urozmaicone, poprzerastane zagajnikami, nitkami drzew wzdłuż miedz czy uskoków, że trudno o dokładne rozeznanie - tym bardziej, że mapa pokazuje okolicę nieco inaczej. Dość, że dobrą godzinę łaziłem po zboczach i przymierzałem mapę do otoczenia. Podobnie było ze znalezieniem przejścia, niezalesionego pasa, którym można przejść w stronę Garbu. W czasie swoich wędrówek wiele razy mam wątpliwości, nie raz coś pomylę, ale dzisiaj szło mi jak po grudzie; na pewno z powodu braku słońca! – stwierdziłem w końcu.



Nie znalazłem skał Kazalnicy. Co prawda nie szukałem ich zbyt pilnie, a siedzą gdzieś między drzewami, ukryte przede mną; kiedyś pójdę tam i znajdę je.
Wątpliwości co do wzajemnej wysokości Zadory i Lipnej zostały, pozostałe udało mi się wyjaśnić, i ruszyłem dalej, ku Garbowi, a później zboczami wzniesień w stronę wzgórza Kapela.
Garb jest właściwie garbikiem mniejszym nawet od Owczarka pod Radzimowicami, który kiedyś zdziwił mnie swoją małą wysokością względną, a gdy skręciłem w stronę Kapeli, znowu naszły mnie wątpliwości co do nazw wzgórz; ech, nie był to mój dzień. Kupić GPS? Żeby mnie prowadzić jak niewidomego? A w życiu!
Na stokach wzgórz schodzących od południa do Dobkowa byłem po raz pierwszy. Rozglądałem się po nieznanych mi zboczach i znowu przymierzałem mapę do okolicy chcąc dokładnie wiedzieć gdzie jestem i gdzie jest Kapela. Trafiłem na duże pole przeoranego, zarośniętego badylami, ugoru; szło się ciężko, ale szedłem przyciągany widokiem wzgórza przede mną. Było to jedno z tych setek bezimiennych wzgórz kaczawskich wyrastających wśród pól, łąk lub w lasach, wzgórz nieodwiedzanych i nieznanych, o których pamiętają tylko zwierzęta. To otoczone jest polem – wielką płaszczyzną wyrównaną chytrym pługiem podchodzącym pod szczyt broniony szpalerem krzaków i drzew. Jedno z lubianych przeze mnie miejsc: granica cywilizacji i dzikiej przyrody, koniec nienaturalnej, przemienionej przez człowieka przestrzeni, i początek naturalnego, niekontrolowanego życia. Z jednej strony zasiew, jedna roślina powtórzona krocie tysięcy razy, z drugiej rozmaitość, czasami oszałamiająca, stosunkowo nielicznych roślin; tam nudne uporządkowanie, tutaj żywiołowa chaotyczność. Gdy stoi się na granicy, jeden krok zmienia światy.
Szczyt upodobały sobie ptaki. Sądząc po odgłosach, musiało być ich tam mnóstwo, a kłóciły się o coś wielce ważnego, bo ich krzyki czyniły wrażenie. Miło mi było je słuchać. Później nie wiadomo po co wgramoliłem się na jakieś strome, lasem zarośnięte wzgórze (wiadomo: bo było i stało na wprost mnie); w drodze powrotnej trafiłem na długie ogrodzenie szkółki leśnej, przedzierałem się przez gęsty młodniak bukowy, a pędy malin łapały mnie za buty.
Doszedłem do strumyczka tak ładnego, tak czystego i dźwięcznego, z jasnym dnem pełnym wymytych kamyczków, że dłuższą chwilę stałem nad nim, patrząc i słuchając. W końcu przechodząc pomyślałem, że moja niechęć postawienia zabłoconego buta w jego nurcie jest nieco irracjonalna; może i taka była, ale podobała mi się.
Odetchnąłem na stoku małej górki, w dużej części zjedzonej przez nieczynny już kamieniołom. Niżej, między drzewami, w głębokiej wyrwie, widziałem ruiny wapiennika, który karmiono skałami tego wzgórza. Wokół otwarta przestrzeń, dalekie widoki i słońce. 


Słońce, które jednak zaświeciło i nic więcej się nie liczyło.
Myślę, że to dzięki słońcu skończyły się moje niepewności i łażenie gęstwinami, a zaczęła się przyjemna wędrówka. Z tego miejsca zobaczyłem następny swój cel – wzgórze Kapela. Robiło wrażenie stromością zbocza w porównaniu do łagodności wzgórz w tej okolicy. Poszedłem ku niemu na przełaj, przez pola, po tłustych, błyszczących pod słońce, skibach przewróconej ziemi; ładnie wyglądają, ale pierońsko ciężko idzie się po nich.

Listopadowe kwiaty! Wielka kępa niebieskich przetaczników, wiele nieznanych mi żółtych kwiatów, tu i ówdzie spóźnione chabry, sporo iglic, czasami stokrotki, a na stromym podejściu na Kapelę przysiągłbym, że widziałem kwitnącą poziomkę.
Gdy stanąłem u stóp wzgórza, poznałem powód stromości: strumień, mimo iż niewielki, ale z tych ładnych, czystych i jasnych, wyżłobił sobie koryto dużej głębokości; cóż, mówi się, że cicha woda brzegi rwie. Rwie, zwłaszcza, gdy ma na to naprawdę dużo czasu.





Na szczycie Kapeli (wzgórze tylko od strony strumienia jest wysokie i strome) stoi kapliczka, wotum dziękczynne ufundowane przez dawnego mieszkańca Dobkowa, a obok duży krzyż. Na kamiennej płycie wykute są słowa Jana Pawła II:
„Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem.”
Poczułem smutek. Oto pozbawia się mnie, nie chrześcijanina, polskości.
Ciekawe, czy ktoś, kto kazał wykuć tutaj te słowa, zastanowił się nad ich wymową, nad ich bezmyślnością i głęboką niesprawiedliwością…
Obok wzgórza biegnie urocza droga polna. Według mapy nie prowadzi tam gdzie chciałem iść - w stronę Zadory i dalej do Wojcieszowa - ale jest tak ładna, że poszedłem nią w dół, do Dobkowa, żeby chociaż ten jej kawałek przejść. W wiosce znalazłem drogę obiecującą poprowadzić mnie w stronę Zadory, a oznaczona jest czarnym kolorem – lokalny to szlak, niezaznaczony na mapie. Poszedłem nią; obietnicę spełniła doprowadzając mnie w okolice Lipnej.

Droga ładna, widoki wokół też, ciepły i słoneczny dzień, więc gdzie się spieszyć? Usiadłem na pniaku wrośniętym w miedzę.
Miedze, miniaturowe ogrody natury: rozmaitość roślin, kolory kwiatów, wysokie, szumiące na wietrze trawy i zapachy. Tuż obok skiby czerwonawej ziemi, a daleko Ostrzyca, która znalazła sobie miejsce w obniżeniu między Skąpą a Sokołowską Górą.
Gdy wyszedłem z lasu, szlak kazał mi iść w lewo, więc zostawiłem go, spodziewając się na wprost Lipnej. Była niezupełnie na wprost, ale dzięki odchyleniu poznałem ładny stok niezauważony rano. 


Zadorę zobaczyłem z daleka i przywitałem jak starą znajomą. Poszukałem Ostrzycy -  zobaczyłem ją niewiele przesuniętą, nadal między szczytami Sokołowskich Wzgórz.
Niskie już słońce stało nad masywem Skopca, ale że miasteczko i samochód były blisko, uznałem, że mam jeszcze trochę czasu i poszedłem raz jeszcze na Lipną. Ładnie tam jest, na pewno wrócę na tamte stoki.
Zachód słońca w górach… Wiele razy próbowałem oddać słowami widoki i wrażenia, ale z mizernym raczej rezultatem. Opisanie tych wszystkich barw i ich przemian nie oddaje istoty, jest jak próba opisu mistrzowskiego obrazu lub utworu muzycznego, które, aby poznać, trzeba zobaczyć lub posłuchać. Dzisiaj przyszło mi do głowy, że ostatnie chwile słonecznego dnia wśród gór są jak sen. Czasami budzimy się pamiętając tylko ogólny zarys, kontur snu, jego mało istotne dzianie się bez szczegółów, a jeśli już, to nie tyle one są istotne, co ogólne wrażenie silnie nasycone naszym przeżywaniem. To dlatego czasami oddychamy z ulgą, gdy śniło się nam coś przykrego, albo odwrotnie: chcemy wrócić do snu jak do utraconej krainy baśni. Góry w tych chwilach są jak taki sen, są bardziej odczuwane i śnione niż oglądane.


poniedziałek, 24 listopada 2014

Słoneczny listopad w Górach Kaczawskich


Wokół Skąpej w Sokołowskich Wzgórzach. Okolice Owczarni, Rakarza i wąwozu Piekiełko.



Planowałem pojechać w lasy nadbobrzańskie, w okolice elektrowni wodnych, ale jeszcze przed świtem, siedząc już w samochodzie i widząc czyste niebo, szkoda mi się zrobiło słońca i pojechałem do Sokołowca z zamiarem powłóczenia się po okolicznych wzgórzach. Dzień wstawał jasny i ciepły, perlisty i błyszczący – zaprzeczenie naszego wyobrażenia listopadowego ranka. 
Wybrana droga na Skąpą skończyła się, jak wiele innych, na podwórzu gospodarstwa – tym razem przejść dalej nie mogłem, bo każde przejście było ogrodzone. W pośpiechu, czując pilną a niespodziewaną potrzebę kucnięcia w ustronnym miejscu, wróciłem do szosy i obchodziłem linię zabudowy. Później były już tylko słońce, kolory jesieni, dal, droga i nieśpieszne wędrowanie.

Szedłem wschodnim zboczem Skąpej prosto na wschodzące słońce. Szczyty przede mną były ledwie widoczne przez jaśniejącą w słońcu mgiełkę poranka, ale stojąca dalej od niskiego słońca Wielisławka, tym razem rozpoznana od pierwszego spojrzenia, była czysta, ostro narysowana na tle błękitu, tylko dołem otulona cienką woalką delikatnych mgiełek. Wąskie pasemka białych wacików tkwiły jeszcze u podnóży wzgórz, sięgały niższych przełęczy, ale było ich coraz mniej. 




Szedłem wokół wzgórza granicą lasu i pól, wracałem żeby raz jeszcze popatrzeć na słoneczny przestwór, siadałem wystawiając twarz ku słońcu i szedłem dalej patrząc na moje góry.

Do wioski wróciłem zachodnim zboczem Skąpej, drogą wyjątkowej urody. Była to okrężna trasa, wszak miałem iść na wzgórza po drugiej stronie szosy sędziszowskiej, ale koniecznie chciałem zobaczyć, gdzie się ta dróżka zaczyna w wiosce. Zobaczyłem i na wszelki wypadek napisałem opis, bo moja pamięć nie zawsze się mnie słucha.

Szczerze mówiąc słucha się mało kiedy…






Problem ze znalezieniem drogi prowadzącej na zbocza wzgórz i zaczynającej się w wiosce polega na ich pogmatwanym biegu i na zwartej zabudowie wzdłuż szosy. Z daleka, z przeciwległego wzgórza, widać dróżkę biegnącą pod górę, ale z bliska, gdy stoi się wśród domów, na ogół nie widać jej początku. Nierzadko zaczyna się za stodołą gospodarstwa, konieczne jest wtedy przejście przez podwórze, a rzadko kiedy można uzyskać informacje od mieszkańców. Nie tylko z powodu wczesnej pory, ale także częstej obojętności ludzi na góry wśród których mieszkają. Gdy zapytałem kogoś w Sokołowie o dojście na Skąpą, mój rozmówca nie wiedział o czym mówię, a góra wznosiła się za jego plecami.

Z tego powodu na zbocza Rakarza poszedłem żółtym szlakiem, ale później znalazłem dogodniejszą drogę. Obie schodzą się pod wzgórzem, przy wielkim polu kukurydzy. Usycha już, nie wiem, czy zapomniana, czy tak późno zbiera się to zboże. Zerwałem jedną kolbę, była dorodna, zdrowa, równa i żółciutka; szedłem drogą pogryzając ziarna.



Rzadko kiedy pędzę na szlaku, chyba że ciemno się robi a do samochodu mam jeszcze daleko, ale dzisiaj, w ten słoneczny dzień, wędrowałem wyjątkowo powoli, często siadając gdzieś, gdzie widoki były szczególnie ładne. Było tak ciepło, że plecak spęczniał zdjętym ubraniem – już przed południem miałem na sobie tylko T-shirt i wiatrówkę – ja, zmarzluch wyjątkowy.

Kręciłem się po zachodnim zboczu Rakarza chcąc znaleźć dogodne przejście przez las na drugą stronę zbocza. Na mapie droga była, na zboczu nie, ale czasu miałem dość, no i przecież nie cel, a droga jest ważna. Ta była naprawdę ładna – słońcem, urozmaiceniem i dalą. Drzewa, a zwłaszcza buki, dęby, sporo rosnących tam czereśni, oczywiście klony i brzozy, stały kolorowe, świecące w słońcu paletą ciepłych barw, pola zielone oziminą, niebo błękitne, słońce na twarzy, łagodny wiatr we włosach, droga przede mną – czegoż trzeba więcej?



Drogę przez las znalazłem w innym miejscu, a wyszedłem nią na rozległe, uroczo pofałdowane pola między Owczarnią, Rakarzem a Wygorzelem. Szedłem ładną dróżką, a że ona też szła przede mną, wspólnie doszliśmy do ruin pałacu w północnej części Sokołowca. Nie tylko pałac jest tam w ruinie, ale i wiele okazałych kiedyś i solidnych budowli folwarku. Tylko jeden czy dwa małe budynki są częściowo zamieszkałe.

Jak mieszkać wśród niechcianych i opuszczonych domów bez dachów, domów patrzących na nas ślepymi oknami bez futryn? Jak można dobrze mieszkać wśród ruin? Nie wiem; ja czułbym się tam źle.

Zawróciłem i znowu ruszyłem przed siebie, wpatrzony w uśmiechniętą drogę przede mną. Wspomniałem pierwszą moją wędrówkę tutaj, chyba sprzed trzech lat. Wszedłem wtedy w wylot wąwozu Piekiełko idąc jego dnem, ale ze względu na skrajną uciążliwość marszu, szybko wszedłem na zwieńczenie wąwozu. Na otwarte przestrzenie wyszedłem gdzieś tutaj; wtedy spodobało mi się to, co widziałem. Dzień też był słoneczny, wrześniowy, bo pamiętam pełno błyszczących kasztanów leżących na drodze. Gdzieś tutaj musi rosnąć kasztanowiec! – oto moja myśl odkrywcza. W ten sposób ułożył mi się plan: odtworzyć tamtą moją trasę i znaleźć źródło strumienia płynącego wąwozem Piekiełko.

Źródło – czarujące i tajemnicze miejsce, dar natury dla ludzi i zwierząt.

Kasztanowiec znalazłem nadspodziewanie szybko, rozpoznałem też drogę którą wtedy szedłem. Poszedłem i dzisiaj, ale zaprowadziła mnie na zbocze Wygorzela, czyli w bok od spodziewanego miejsca. Siedząc na brzegu lasu, przypomniałem sobie wędrówkę polem po wyjściu z lasu i spotkanego tam węża (żmija zygzakowata, zaskroniec? – nie wiem) złotego koloru. Pamięć dziwne drobiazgi potrafi pamiętać… Poszedłem więc wzdłuż lasu i nadspodziewanie szybko znalazłem początek wąwozu; mapa tym razem okazała się być dokładna.

Nie ma tam takiego źródła, jakie chciałem zobaczyć. Woda wycieka spod liści i próchniejących gałęzi zalegających błotniste dno wąwozu. Piekielnie trudno nim iść, to niesamowicie dzikie miejsce. Zaraz na początku, może po dwudziestu metrach, jest skalny uskok dwumetrowej wysokości, później jest jeszcze trudniej. Po stu metrach zawróciłem; jeśli kiedyś będę chciał wykończyć siebie lub buty, przejdę cały wąwóz, a ma on około półtora kilometra długości.


Z półmroku wąwozu, z plątaniny kamieni, chaszczy i martwych drzew, wyszedłem na otwartą przestrzeń i z ulgą uśmiechnąłem się do słońca.

Poszedłem jeszcze raz na zbocze Owczarni. Szedłem zarastającą, starą, nieużywaną drogą. Kiedyś musiała być ważnym traktem, jeszcze rosną na nim dęby i czereśnie. Z lubością stawałem pod nimi, bo dla mnie samotne drzewa rosnące wśród pól mają wyjątkowy urok.






 Lubię patrzeć w dal spod wychylonych nisko gałęzi drzew, a widziałem je nie nagie, jak zwykle widuję drzewa w czasie swoich z konieczności zimowych wędrówkach, a w kolorach jesieni i w słońcu – cenna dla mnie odmiana.

Słońce świeciło cały dzień; czasami prześwitywało zza woalki leciutkich białych chmurek rozmazanych na błękicie nieba, ale świeciło. Teraz, w połowie listopada, świecenie słońca było dla mnie niczym uśmiech radości na zasmuconej na ogół twarzy kobiety, z którą przeżyło się dziesięciolecia.

Pokręciłem się jeszcze trochę po okolicy, w końcu, widząc niskie słońce, poszedłem ku drodze, która miała przeprowadzić mnie przez lasy na drugą stronę szczytów, bliżej Sokołowca. Mam nadzieję na zapamiętanie tej i innych dróżek, czasami przemyślnie ukrytych, bo niewątpliwie wrócę tutaj.