Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zachód słońca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zachód słońca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 kwietnia 2026

Chmurny, ale wiosenny dzień!

 290326

Pierwszego dnia z prognozowaną słoneczną aurą miałem zajęcie w domu, drugiego zobowiązałem się pomóc zięciowi, a gdy w końcu pojechałem na wędrówkę, trafiłem na pochmurny dzień. Nie narzekam, wszak tej wiosny słońca nie brakuje, ale chociaż godzinkę mogła nasza gwiazda mi poświecić.

 Niemal z dnia na dzień kwitnie więcej roślin. Taszniki, rzodkiewniki, przetaczniki, gwiazdnice, wiosnówki – z radością i satysfakcją rozpoznawania patrzę na te niepozorne roślinki jednoznacznie kojarzące się mi z wiosną.

Nie, nie jestem znawcą. Niewiele rozpoznaję tych jakże często niezauważanych roślin zielnych, po których nasz wzrok się tylko prześlizguje, a przecież wiele z nich naprawdę ma się czym pochwalić. Przez większą część swojego życia nie zwracałem uwagi na rośliny. Patrzyłem nie widząc. „A, tak, to drzewo, a pod nogami jakaś roślina” – myślałem. Z biegiem lat w końcu dostrzegłem swoją niewiedzę, a wtedy zaczęła mi przeszkadzać. W rezultacie zacząłem się uczyć rozpoznawania: najpierw drzew, później tych drobnych roślinek spod nóg. Nadal mało wiem, rozpoznaję ledwie 20 czy 30 roślinek spośród tysiąca, z drzewami idzie mi nieco lepiej, bo zidentyfikuję zdecydowaną większość powszechnie u nas rosnących. Rozpisuję się o tym nie dla pochwalenia się, bo i nie mam czym mając tak małe osiągnięcia, chodzi mi o zauważony przy okazji element naszego mechanizmu postrzegania świata.

Wyobraźcie sobie taką scenę: idziecie ulicą, wokół widzicie dużo przechodniów. Czyż nie są dla was ledwie zauważanym tłem? A w pewnej chwili w tej niemal jednolitej masie twarzy i postaci zauważacie kogoś znajomego. Fakt rozpoznania wyróżnia tę osobę spośród tłumu: postać dostrzegamy wyraźniej, zauważając więcej szczegółów, budzi w nas emocje określone naszymi wzajemnymi relacjami.

Całkiem podobnie jest z roślinami ale i szerzej: z całą florą i fauną, także z nieożywioną przyrodą Ziemi. Wiedza, nawet tak szczątkowa jak rozpoznanie rośliny, wyostrza nasz obraz świata, czyni go bardziej szczegółowym, bardziej zrozumiałym i – co nie jest już tak oczywiste – także piękniejszym.

Obrazki ze szlaku

 Gniazdo ze sznurka na plantacji malin. Ten plastikowy ptasi domek jest rezultatem rzucania na ziemię przez plantatorów uciętych sznurków z tworzywa sztucznego, używanych przez nich do wiązania pędów malin.



 Lipa i krzyż. 

 Gruba warstwa uschniętej nawłoci, tuzinkowy widok. W takich miejscach nic nie ma szans wyrosnąć – poza nawłocią.

 Zrośnięte brzoza i czereśnia. Międzygatunkowa miłość?

 Zielona plantacja porzeczek. Widziałem też pąki kwiatowe na tarninie, ale wszystkie zdjęcia okazały się nieostre.

 Biała betonowa droga – jakby ktoś wielką linię położył na ziemi i grubym flamastrem narysował prostą krechę.

 Skowronek. Jego śpiew działa na mnie magicznie: przenosi do dzieciństwa spędzonego na wsi. Podejrzewam (tylko się nie śmiejcie ze mnie!) że nie jakieś tam obroty Ziemi sprowadzają wiosnę, a przylot tej ptaszyny i jej śpiew.

 Śnieg na zboczu narciarskim. Wspomnienie poru roku, za którą można tęsknić tylko jako za czasem już minionym.

 Tam szedłem. Planu trasy nie miałem. Po odwiedzeniu mojej brzozy (jestem poligamistą: wiele jest moich brzóz) zobaczyłem w oddali dolinkę, przez którą kiedyś przechodziłem i postanowiłem ją odwiedzić.


 

Wracając, zobaczyłem wzgórze, a na jego grzbiecie linię brzóz na tle nieba. Pójdę tam! Poszedłem. Z bliska miejsce było jeszcze ładniejsze. Niezarośnięta uprzykrzoną nawłocią brzezina zapraszała do spaceru.


 
Wilczomlecz i miodunka.


 Podbiał, ogród kwiatów w jednym kwiatku.

 

Odrobina słońca.


 Brzegiem lasu, polami, iść było trudniej. Omijanie dołów wchodzących na pola wydłużało marsz, ale widoki były ładniejsze i bardziej urozmaicone.

 Zwykłe tuzinkowe miejsce, ale w moich oczach ładne i zapamiętane. Nie wiem, dlaczego.

 Nowa ambona.

 Wierzbowe kotki.


 W drodze powrotnej, blisko już wioski, niespodziewanie zobaczyłem miejsce, które kiedyś bardzo mi się spodobało, a nie pamiętałem, gdzie je widziałem. Teraz już nie zapomnę i wkrótce wrócę, aby lepiej je poznać.

 




 Odwiedziłem jedną z moich ulubionych brzóz.

 

Słońce zobaczyłem zaraz po wyjeździe – przez chwilę i tuż nad horyzontem. Zatrzymałem samochód i zrobiłem zdjęcie, ale aparat nie zobaczył intensywnie czerwonej, może raczej buraczkowej barwy, którą ja widziałem wyraźnie.

Trasa: między Otroczem, Chrzanowem a Zdziłowicami.

Statystyka: 26,5 km w 11 godzin. Jedna z najdłuższych tras. Nie planowałem bicia rekordów. Samo tak jakoś wyszło, ja tylko przebierałem nogami.

Z okazji świąt życzę Wam tego, co teraz najcenniejsze i czego coraz mniej mamy: poczucia prawdziwej bliskości z drugim człowiekiem.

 


















środa, 25 marca 2026

Odwiedziny

 180326




 Odwiedziłem jedną z kilku najładniejszych w mojej ocenie okolic zachodniego Roztocza. Byłem na znanych mi pagórkach, szedłem drogami pamiętanymi z kilku wcześniejszych wędrówek, specjalnie skręcałem tam, gdzie pamięć podsuwała mi miłe wspomnienia, ale jak zawsze w czasie takich powrotów poznałem też nowe dróżki, niezauważone wcześniej zakątki, niedocenione widoki. Na tak ukształtowanym terenie jest podobnie jak w górach: wystarczy pójść ścieżką biegnącą sto czy dwieście metrów obok tej znanej, by poczuć zaskoczenie odmiennością widoków tych samych gór. Okazuje się wtedy, że co prawda są one te same, ale nie takie same. Doświadczyłem tych zmian widoków wiele razy w Sudetach, a teraz mam je na Roztoczu. Czasami wystarczy skręcić w boczną dróżkę, wejść na ścieżkę wydeptaną przez sarny albo po prostu skrócić drogę marszem przez pole, by zobaczyć widok, który spodoba się, ucieszy, zaciekawi, a nawet, chociaż oczywiście rzadziej, i zachwyci. Staram się nie traktować drogi którą właśnie idę jako tej, która ma mnie zaprowadzić w miejsce, dla którego przyjechałem na Roztocze (czy wcześniej w Sudety), inaczej mówiąc staram się mieć poczucie bycia u celu wędrówki cały czas. Nie zawsze udaje mi się ta sztuka, ale rzadko, naprawdę rzadko idę by gdzieś dojść. Uznanie samej drogi jako celu zmienia perspektywę i ogląd otoczenia. Przede wszystkim znika pośpiech, bo gdzież się spieszyć skoro już się doszło tam, gdzie dojść planowało? Często gubię ogólny zarys trasy ustalony nad mapą oglądaną przed wyjazdem, a w jego miejsce pojawia się chwilowa chęć, impuls kierujący mną tam, gdzie patrzę. Może to być obiecujący zarys pagórków, niejasne wspomnienie, skojarzenie lub po prostu ciekawość. W rezultacie bywa, że trasa wygląda na mapie jakby rysowała ją pijana mrówka. Jeśli w czasie przeglądania moich szlaków widzę wyjątkowe poplątanie, ustawiczne kluczenie, zawracanie, skręcanie i powroty, to wiem bez sprawdzania, że tamte miejsca były dla mnie wyjątkowo ładne.




 Jako przykład wspomnianych wyżej przypadkowych odkryć nowych miejsc w znanej okolicy podam lasek, obok którego parokrotnie przechodziłem w poprzednich latach, a dopiero dzisiaj zdecydowałem się wejść między drzewa. Cóż zobaczyłem? Roztoczańskie doły o wyjątkowych formach: bardzo strome i dość regularne stożki wysokości około dziecięciu metrów. Rosną na nich buki, graby i lipy, co samo w sobie jest wyczynem na takich pochyłościach, a na dokładkę nie ma zarośli utrudniających przejście. Poznałem malownicze miejsce, które na pewno będę odwiedzał.

Obrazki ze szlaku

 Słoneczny ranek, parę stopni na plusie, a w cieniu szron.


 
Pola na stromych wzgórzach, miedza i kępa brzóz lub osik, czyli typowy obrazek z zachodniego Roztocza.

 Mały zagajnik śródpolny bez dołu między drzewami. Zwróciłem na niego uwagę nie tylko ze względu na urodę takich miejsc, ale także dlatego, że jest. Tak, że jest. Właściciel pola okrąża zagajnik traktorem, ma dodatkową pracę, zajmuje czas, ale wystarczyłoby wyciąć drzewa i miejsce zaorać. Nie robi tego. Mam nadzieję, że nie wycina drzew nie z lenistwa albo z przyczyn ekonomicznych; chciałbym wierzyć w to, że nie wycina bo szkoda mu drzew i ładnego miejsca.



 Miedze. Gdyby nadać herb tej krainie, powinny na nim znaleźć się miedze.

 Wierzbowy gąszcz.

 Początek dołów. Wiele już zamieściłem takich zdjęć, ale takie miejsca mają dla mnie swoisty czar granicy, zmian i niewiadomego.

 Olsza, drzewo najłatwiej rozpoznawalne nawet z dużej odległości. Tam, gdzie rośnie, zapewne jest mokro.



 Wysoka miedza w formie lessowego urwiska.





 Dzisiejsze drogi.

 Grabina.

 Skiby ziemi po orce. Miejscami lśnią tłusto, wygładzone lemieszem. Ich widok kojarzy mi się z płodnością, z ziarnami i trudem dawnych żniw. Nawet oglądane na zdjęciach pachną orną ziemią i jesienią.



 
Późne popołudnie i zachód słońca.

 Puszka przy drodze. Idąc brzegiem szosy mija się mnóstwo butelek i puszek wyrzuconych przez jadących. Patrząc na te śmieci mam wiele odczuć, ale chyba najczęstszym jest poczucie obcości. Ludzie, którzy tak robią, są mi tak obcy, tak niezrozumiali, jak te zielone ludziki z Marsa, albo jak ci od tych różnych współczesnych ideologii trapiących ludzkość. Czuję coraz większą obcość i samotność, a więc po prostu alienację. Dobrze, że mam gdzie uciekać, a brzegami szos rzadko chodzę.

Trasa: pola między wsiami Pasieka a Błażek na zachodnim Roztoczu

Statystyka: uzbierało mi się 18,5 km w czasie 10,5 godziny.