Etykiety

Moja książka

Miłość, muzyka i góry

060320 Narodziny powieści i książki Pomysł przyszedł mi do głowy w czasie przerwy w wędrówce po Górach Kaczawskich, na przedw...

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Dwa odmienne tematy: jedzenie i światło

221219



„Wspólnotą stworzeń rządzi prawo pokarmu: pochłaniamy się wzajemnie, sami będąc nieodwołanie skazani na pochłonięcie. Naszym przeznaczeniem jest istnieć dzięki pokarmowi, jakim są dla nas inne stworzenia, i stać się pokarmem dla nich. Uczestniczymy w kosmicznej uczcie kanibali. (…)

Dlatego nie chcemy o tym pamiętać ani przyjmować świadomie wynikających z tego faktu konsekwencji. Robimy tysiące uników prymitywnych i wyrafinowanych, by imaginacyjnie wyłączyć siebie z tej wspólnoty. O stworzeniu leżącym na talerzu nie myślimy w kategoriach śmierci. To tylko pokarm, a jego miejsce jest na naszym stole. Natomiast nasza śmierć jest tragedią. Wolimy myśleć, że ona zaburza, a nie utrwala ład świata. (…)

Ten fakt, że nasza wspólnota składa się ze stworzeń, które żywią się sobą wzajemnie, ustala jakąś prostą równowagę, oszczędność, poszanowanie istnienia, jakby prawo stałości życia wewnątrz całości, do której należymy. Można powiedzieć, że żyjemy pod prawem, którym jest zasada zachowania życia przenoszonego pod postacią pokarmu z jednego stworzenia na drugie. (…)

Przyjmując inne stworzenie jako pokarm, dokonujemy transformacji śmierci w życie. Na razie jest to śmierć innej istoty, a nasze życie, ale z czasem wszystko zostanie wyrównane. Za każdym razem, gdy połykamy inne ciało, stajemy się miejscem przejścia przez śmierć na drugą stronę życia. Przemiana ta ustanawia świętość aktu jedzenia, szczególnie wyrazistą, gdy przyjmowanym pokarmem jest mięso. Dobrze, że jesteśmy istotami, których świadomości to zjawisko może się objawić, i wielka szkoda, że pozwalamy, by jego niezwykłość umykała naszej uwagi, bo w taki właśnie sposób życie uchodzi niedostrzeżone z każdym kawałkiem mięsa.

Obojętność, jaką objawiamy wobec tego aktu i wobec ceny, za jaką zachowane jest nasze i każde inne istnienie – dopóki trwa – jest karygodna, i tę karę sami stale płacimy, gdy wegetujemy niezdolni do przeżycia wartości zdarzeń podstawowych. Sami bowiem nieodwracalnie wyjaławiamy każdy moment naszego istnienia. Żywe procesy zmieniamy w mechaniczne przebiegi, których sensu nie tylko nie próbujemy zrozumieć, ale nawet się nie domyślamy, że jest w nich coś, co może domagać się uwagi, co zdumiewa i co odsłania przed napiętą świadomością zapoznane święto istnienia skryte w tajemnicach zdarzeń elementarnych.”



Mocna słowa. Brzmią jak oskarżenie, ale przecież jakże są prawdziwe!



Jakiż głębszy sens znaleźć można w czynności jedzenia?

Gdybym takie pytanie usłyszał przed lekturą tej książki, powiedziałbym, że ludzie na każdy temat potrafią pisać długo i uczenie, chociaż niekoniecznie zajmująco i mądrze. Teraz po raz kolejny zostałem przekonany o potrzebie innego spojrzenia na zwykłe czynności naszego życia, a niechby próbowanie tegoż.

Oto autentyczna filozofka, pani Jolanta Brach-Czaina, dobywa z codzienności, z najzwyklejszych czynności i zdarzeń, ich istotę, cechy zwykle niedostrzegane, sens ukryty przed nami pod maską nudy i rutyny, więc spłycenia naszego widzenia i odczuwania.

To są cechy tej filozofii, która mnie pociąga, ponieważ umożliwia pogłębienie przeżywania życia, a dzięki temu ma zdolność nadawania mu nie tylko większej wartości, ale i uroku.

Że trudne do zrozumienia bywają te teksty? A cóż w naszym życiu jest łatwe? Na pewno nie wiedza, tym bardziej nie mądrość. Może gdyby były łatwe, nasze ich zrozumienie nie byłoby dla nas tak cenne? Bo cóż z tego, co łatwe, cenimy?



„Kiedy nadchodzi śmierć, powinniśmy z wdzięcznością pomyśleć o tych wszystkich stworzeniach, które w ciągu życia zjedliśmy, bo były ofiarą służącą naszemu istnieniu.”



Cytaty z książki „Szczeliny istnienia” ująłem w cudzysłów.



Dodam jeszcze swoje zdumienie odczute w czasie rozmowy ze znajomą. Otóż powiedziała mi, że warzywa przyniesione z warzywniaka należy spożytkować, ponieważ pozbawione zostały życia dla zjedzenia, nie zmarnowania.

– Ależ tak! – pomyślałem. Przecież wspólnota, o której pisała Brach-Czaina, obejmuje zwierzęta i rośliny.



231219

Gdzieś na obrzeżu czerwonego kręgu pojawia biały jasny punkt. Przez chwilę pulsuje, ale zaraz wybucha, rozsadzany tkwiącą w nim energią, wypierając czerwień ku środkowi kręgu. Ta jednak nie poddaje się łatwo i dochodzi do zaciętej walki. Siły przeciwników wydają się wyrównane, ale niedługo, bo oto czerwień przestaje być statyczną siłą, a zmienia się w długie i liczne szeregi wojowników biegnących ku bieli i napierających na nią. Wydaje się, że ściskana kula zaraz zniknie, przygnieciona bezwzględną czerwienią, ale przebija się przez szereg czerwonych wojów i z niesamowitą szybkością ucieka wzdłuż obrzeża. Za nią rusza czerwona pogoń, i oto cały krąg zamienia się w imponujące wirowanie bieli i czerwieni. Może mała biała kula miałaby szansę na skuteczną ucieczkę, ale ich świat jest ograniczony kręgiem, poza którym nie ma już nic. Wzięta w dwa ognie, biel znika, i cały krąg znowu świeci jaskrawą, ale uspokojoną już czerwienią.

Cisza trwa tylko chwilę, ponieważ świat kręgu jest zmiennością form i kolorów, jest światem akcji, dziania się.

Z centrum kręgu wybiegają niebieskie linie wypierając różowości, ale te nie poddają się łatwo, naciskając na niebieskości. Ich wzajemne przepychanie się przerywa pałająca biała pręga, niczym promień lasera wybiegająca z centrum ku granicy ich świata. Jest tylko jedna, ale chce być wszędzie. Biegnie wokół kręgu, wypierając niebieskość, ale ta ustępuje tylko na mgnienie oka, bo gdy biała pręga światła pomknie dalej, natychmiast zajmuje jej miejsce. Krąg znowu zamienia się w obłędne wirowanie światła, ale tym razem koniec jest odmienny: biel wybucha. Setki pałających strzępów białego światła pulsują na kręgu, a gdy gasną, ciąg łagodnych przemian żółci, oranżu i zieleni zapełnia uspokajający się krąg.



Czy to moje senne widziadła? A może obraz nocnego nieba na obcej planecie z filmu fantasy?

Nie, to parę tylko obrazów spośród wielu tworzonych przez LEDy na bocznych płaszczyznach trzydziestometrowego kręgu karuzeli.

Jeszcze nie opatrzył mi się ten widok. Może dlatego, że nie mogę często patrzeć na niego, a może dlatego, że cały program trwa wiele minut. Żałuję, że nie mam statywu potrzebnego do nagrania tego naprawdę ładnego spektaklu.

Często widzę kamery ustawione przed karuzelą i ludzi nagrywających filmy, więc może na YouTube są filmiki, ale adresów nie znam.

Dla ciekawskich garść informacji technicznych: obrazy tworzone są przez około sześć tysięcy wielokolorowych punktów świetlnych, z których każdy ma wbudowany sterujący mikroprocesor z pamięcią. Praca tego zdecentralizowanego systemu synchronizowana jest sinusoidą przemiennego prądu zasilającego, a całość kosztuje tyle, ile przeciętnej wielkości mieszkanie.

Któregoś dnia podeszła do mnie starsza pani i zapytała, pokazując na krąg:

– Kto wymyślił coś takiego?

– Ludzie. Elektronicy – odpowiedziałem.

Dodaję dwa filmiki ze światłem, tutaj tutaj
Trzeci film pokazuje, co widzi klient - kliknąć tutaj. Spostrzegawcza osoba zobaczy mnie na peronie.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

O jednym tygodniu, czyli zwykłe ple ple o pracy

151219

Poprzedni weekend wspominam jak wydarzenie z innego świata: w mieszkaniu syna i synowej spotkałem się z żoną i przez dwa dni zajmowaliśmy się naszymi wnukami, bo młodzi zrobili sobie wolne. Należy się im oderwanie od codzienności przy małym dziecku, a ja z przyjemnością zająłem się dużą już wnuczką i wnukiem – małym ludzikiem.

Tydzień, o którym chciałem napisać, zaczął się po powrocie do firmy w niedzielny wieczór. W nocy coś się zaczęło źle dziać z moim organizmem, sporo czasu spędziłem w toalecie. W poniedziałek rano poszedłem do pracy, ale pół godziny później poddałem się, obolały i bez sił. Poprosiłem kolegę o kupienie czegoś na żołądek, wróciłem do pokoju i położyłem się. Wieczorem obudziłem się i spojrzałem na zegarek: była godzina dwudziesta.

– Kurcze, czeka mnie bezsenna noc – pomyślałem, zrezygnowany, i… zaraz usnąłem.

Z krótkimi przerwami spałem więc półtorej doby, sporo ponad trzydzieści godzin, ale we wtorek wstałem zdrowy.

Nie wiem, co mi było. Wiem, że odespałem zaległości.

Zapełniłem swój samochód torbami i pudłami, szykując się do pięciotygodniowego wyjazdu służbowego; miałem pracować przy młynie, wysokiej, widokowej karuzeli. Popołudniu byłem już w Łodzi, wczesnym wieczorem zaczęliśmy demontaż młyna. Długo będę pamiętał tę nocną pracę. Kiedy o siódmej rano w czwartek stanąłem pod drzwiami pokoju w barakowozie, przydzielonym mi dla przespania się, nie mogłem wyciągnąć klucza z kieszeni, tak bardzo miałem zgrabiałe dłonie. Kiedy już go miałem w ręku, nie mogłem trafić w zamek. Lewą ręką naprowadzałem trzęsącą się prawą, później nie byłem w stanie przekręcić klucza w zamku, a gdy w końcu otworzyłem drzwi, na wysokim stopniu fiknąłem koziołka, bo i nogi miałem nieco zdrętwiałe.

Na szczęście w pokoju było ciepło, miałem w nim dwa grzejniki. Nie przeszkadzał podejrzany stan pościeli wydzielającej dziwny zapach – usnąłem w parę minut, oczywiście bez mycia się, bo gdzie?

Po ledwie paru godzinach snu zadzwonił budzik. Pora była jechać do Kielc. Na szczęście nie jechałem ciężarówką, a swoim oplem, co wymusiłem na szefie, ponieważ planowane były tylko dwa dni wolne w działaniu karuzeli: w wigilię i pierwszy dzień świąt, a z Kielc do domu mam dwieście kilometrów. W wigilijny wczesny ranek wyjadę do domu, a w drugi dzień świąt rano prawie na pewno będę wracał do pracy.

Jadąc swoim samochodem, mogłem pognać szybciej do celu i zająć pokój w hotelu, ale chcąc być pomocny, pilotowałem kolegę obawiającego się drogi przez miasto, a ja jak zwykle zakułem na pamięć trasę przejazdu.

Tutaj uwaga: przejazd przez miasto musi być dokładnie sprawdzony, także „ludzikiem” na Googlach, ponieważ ponadwymiarowym zestawem pojazdów ważącym pięćdziesiąt ton, nie można zawrócić byle gdzie, jak samochodem osobowym, ani nie zmieści się w ciasnych, krętych uliczkach. Przejazd ulicami musi być bezbłędny, skoro naprawa błędu, czyli powrót na właściwą trasę, może być kłopotliwy.

A w następny dzień od rana zajęliśmy się montażem młyna na rynku w Kielcach. Dobrze, że telefony mają funkcję GPS, bo labiryntem jednokierunkowych ulic w życiu nie trafiłbym z hotelu na rynek, a wieczorem do hotelu.

Z przywożenia nam obiadów zrezygnowaliśmy, bo gdzież jeść? Na dworze, stojąc i trzęsąc się z zimna? Bary miały dla nas wielki, pociągający urok: ciepłe wnętrze. Przez cztery kolejne dni jadłem kebaba, czyli zjadłem tych dań więcej, niż przez całe dotychczasowe życie. Dobrze, że później znalazłem nieodległą bardzo dobrą jadłodajnię.

Biorąc pod uwagę mój wiek i niewielką siłę fizyczną, kolega prowadzący prace postawił mnie przy pilotach. Było ich trzy, a służyły do obsługi wind podnoszących ciężkie elementy koła karuzeli. Fajna to była robota przez pierwszą godzinę. Gdy minęła, zacząłem przytupywać nogami, bo mimo trzech par skarpetek, marzły mi stopy, a po trzech godzinach byłem soplem lodu. Naciskałem guziki, ale przemarznięte palce nie czuły nacisku. Włączenie windy poznawałem po przesuwaniu się lin.

Wieczorem, stojąc pod bardzo gorącym prysznicem, przeżywałem ekstazę.

Ludzie uganiają się za silnymi wrażeniami, płacą ogromne pieniądze za luksusy, a wystarczy porządnie zmarznąć, żeby upajającej przyjemności i poczucie najwyższego luksusu doświadczyć w tanim hotelu pod strumieniem gorącej wody.

Gonitwa. Szybko, szybciej.

Żeby wcześniej skończyć, żeby czasu wystarczyło na sen, żeby w niedzielę otworzyć imprezę. Ci, którzy przyjechali tylko na montaż, śpieszyli się, chcąc wrócić do domu na niedzielę.

Wariactwo. Kiedyś znajdowałem w tej pracy ślady męskiej przygody, elementy szkoły przetrwania dla twardzieli, nieco podobała mi się zmienność miejsc i zajęć, a teraz wolałbym, żeby mniej się w niej działo.

Chciałem, żeby już młyn ruszył, i żeby prace przy jego obsłudze weszły w swój zwykły codzienny nurt.

Akurat pierwszego dnia ten nurt okazał się być podobny do nurtu górskiego strumienia po roztopach: kielczanom tak się spodobała karuzela, że pracę przy obsłudze skończyliśmy późnym wieczorem, nie mając chwili wolnego czasu. Na obiad zastępowałem kolegów, ale na kolację czasu już zabrakło.

Znowu pośpiech.

Jak najszybciej wysadzić klientów i usadzić następnych, zapewnić przerwę na posiłek i zagrzanie się, a jeszcze jest kasjer domagający się drobnych do wydawania. Przypomniały mi się scenki z filmu o wymianie kół w samochodach F1. Tam każdy ruch musiał być dopracowany i wyćwiczony, tutaj jest nieco podobnie, jeśli chce się skrócić czas wymiany klientów. Ten młyn, mimo że daleko mu do London eye, mieści ponad sto osób i ma sześć stanowisk do wysiadania i wsiadania.

Przez parę dni przychodził pod młyn mężczyzna w średnim wieku i w nieokreślonym stanie upojenia. Zdejmował kurtkę, buty i skarpety, układał na kupkę i… tańczył w rytm puszczanej przez nas muzyki. Dobrze tańczył. Trochę mu zazdrościłem tej umiejętności, bo ze mnie klasyczny słoń, nie tancerz.



Kiedy po powrocie do hotelu uświadomiłem sobie, że minął tydzień od mojego powrotu od wnucząt, poczułem znaną przecież, ale zawsze tak zadziwiającą zmienność naszego odczuwania upływu czasu: te kilka dni jakby miesiącem się stały, wypełnione tak różnymi pracami i okolicznościami.







O wielce nowoczesnych, skomputeryzowanych firmach.

Wiele razy miałem problemy z firmami kurierskimi, najczęściej z powodu adresu. Otóż ich komputerowe systemy są na ogół tak zaprogramowane, że nie przyjmują adresu bez numeru posesji, a jakaż ona ma być dla karuzeli? W Ustroniu stoimy przy ulicy Kolejowej. Czasami podaję numer jeden, oczywiście dopisując „wesołe miasteczko” w adresie. Ale wtedy się zdarza, że kurier puka do drzwi domu Kolejowa 1. Natomiast wpisanie zera jako numeru posesji nie zawsze się udaje, bo niektórym „systemom” to się nie podoba i odrzucają adres jako nieprawidłowy. Wszak SYSTEM wie lepiej od mieszkańca, jaki ten ma prawidłowy adres.

Parę dni temu kupowałem coś na allegro na potrzeby firmy, w adresie podałem rynek (w Kielcach) z dopiskiem „karuzela”. Na drugi dzień odebrałem telefon od kuriera: nie zabrał paczki z magazynu, bo adres nie jest kompletny. Musiałem jechać do nich, żeby paczkę odebrać osobiście. Stojąc pod światłami uświadomiłem sobie, że kasjerowi nie dałem klucza od kasy, a do otwarcia zostało pół godziny. Na szczęście w magazynie nie chciano ode mnie kodu dostępu ani autoryzacji potwierdzonej przez bank lub starostę, i na czas wróciłem.

W tego rodzaju firmach rządzi „SYSTEM”. Nie szef, nie logika, nie klient, a SYSTEM, który jest wszystkim.

Jest alfą i omegą, bo jeśli czegoś nie zaakceptuje, to nikt już nic nie poradzi.

Zaczynam myśleć o dołączeniu firm kurierskich do listy firm i zawodów, które należy omijać z daleka.

Czyż nie podobnie jest przy próbach dodzwonienia się do „konsultanta” w wielkich firmach?

Najpierw serwują nam pięć minut (albo kwadrans) hałasu zwanego muzyką dla umilenia oczekiwania, później wymuszają na nas zgodę na nagrywanie rozmowy (bo jeśli nie, to się rozłącz, człowieku), oczywiście w trosce o nas, a jakże.

Później wysłuchujemy litanii:

– Jeśli chcesz się dowiedzieć, dlaczego nasza firma jest najlepsza na świecie, naciśnij jeden...”.

Swoją drogą, rzadko proponowane tematy rozmowy pasują do sprawy, jaką ja mam.

Kiedy już usłyszymy powitanie i prezentację rozmówcy, kiedy wyjaśnimy jaką mamy sprawę, nierzadko słyszymy o potrzebie przełączenia. No i znowu debilna muzyczka przez pięć minut albo kwadrans.

Oczywiście to wszystko jest zgodne najnowszymi normami ISO i jest bardzo, bardzo dwudziestopierwszowieczne, jakżeby inaczej!

Kiedyś jakiś wirus komputerowy sparaliżuje naszą cywilizację, a my będziemy głodowali, bo w sklepie nie kupimy chleba, skoro nie będzie działała skomputeryzowana kasa.

I bardzo dobrze! Niech tak się stanie, może w końcu nie będę musiał naginać swojego myślenia i kojarzenia, do dziwactw wszechmocnych SYSTEMÓW i ich twórców.

sobota, 7 grudnia 2019

Góry czartów, krasnoludków i dinozaurów

241119

Góry Stołowe:

Głazy Krasnoludków i Diabelska Maczuga pod Gorzeszowem. Czartowskie Skały między wsiami Różana i Łączna.


Nie pamiętam, kto z nas wspomniał o Głazach Krasnoludków, dość, że pomysł przypadł nam do gustu i krótko po rozwidnieniu się dotarliśmy do parkingu przy rezerwacie.

Byłem tam tylko raz, osiem lat temu, pora więc była najwyższa odwiedzić miejsca zapamiętane jako ładne.

Zarówno wtedy, jak i dzisiaj, sądziłem, że jadę w Góry Kamienne, dopiero po powrocie, chcąc nabrać pewności, zajrzałem do Internetu i ze zdumieniem dowiedziałem się, że byliśmy w Górach Stołowych, w paśmie Zaworów.

Czasami granice podziałów gór wydają mi się dziwne, czasami zbyt dokładne, gdy czytam o wątpliwościach dotyczących przynależności niewielkiego wzgórza, tutaj jednak wspomnę podobieństwo widzianych dzisiaj form skalnych do klasycznych grzybów i zwierzaków stojących właśnie w Górach Stołowych. Nie wiem, jak jest z ukształtowaniem terenu, ale z powodu kształtów skał, odwiedzone miejsca niewątpliwie są w tych właśnie górach.

Rezerwat Głazy Krasnoludków utworzono dla ochrony roślin, zwierząt i form skalnych. Na długości ponad kilometra, na uskoku terenu, wznoszą się skały, jedna przy drugiej, o wysokości do kilkunastu metrów. Od góry zbocza ich szczyty są tak niskie, że łatwo podziwiać je można nie tylko od dołu, patrząc na nie z zadartą głową, albo i stojąc na nich. Parking jest sto metrów od skał, wspinaczki nie ma żadnej, chociaż ostrożność jest potrzebna wobec obłości kształtów, można więc skupić się wyłącznie na swoich wrażeniach i na skałach

A te oszałamiają. Są tam skalne ściany, mury ze zdobieniami i basztami, skalne szczeliny, bloki zaklinowane w swoim locie ku ziemi, ale najliczniejszą grupą są głowy zwierząt, a zwłaszcza dinozaurów. Podobieństwo jest duże także z powodu wyraźnie zaznaczonych paszcz tych skalnych zwierząt.

Otóż zbudowane są piaskowców i to bynajmniej nie monolitycznych. Słowo wyjaśnienia:

Kiedyś jakieś góry, których ludzkie oko nie widziało, w ciągu milionów lat swojego istnienia uległy procesom niszczącym, stając się małymi drobinkami skalnymi znanymi nam pod nazwą piasku. Ich pokłady zalewała woda morza, na warstwy piasku opadały inne materiały, na przykład pyły wulkaniczne, szczątki roślin i zwierząt, albo osady przyniesione nurtem rzeki. Warstw przybywało, ich ciężar rósł, materiał ulegał sprasowaniu i sklejeniu stając się nową skałą, piaskowcem, a z racji pochodzenia mówi się o skale osadowej. Później morze znikło, pokłady zostały wypiętrzone tajemniczymi procesami wewnątrz Ziemi, przy czym ogromne płyty nie zostały uniesione równo, a pod skosem. W efekcie odsłonięcia się pokładów piaskowców, uruchomił się nowy proces ich niszczenia. Natura ma cierpliwych, wolno działających, ale niestrudzonych niszczycieli: to woda, wiatr, różnice temperatur, słońce.

Skała jest osadowa, a jej warstwy cechuje zmienność w składzie i odporności na te wszystkie procesy, które rozdrabniają kamienie. Jeśli się zdarzy tak, że pod warstwą twardszą jest skała mniej spoista, tworzą się kształty rodem z filmów fantasy: górą szersze, mniej zniszczone, dołem bardziej. Pojawiają się szczeliny, monolit dzieli się na oddzielne skały, a te stoją na coraz cieńszych podstawach, póki ich ciężar ma jeszcze oparcie. Widziałem piękne głowy zwierząt na długich i wąskich szyjach, w pozycjach bliskich utraty stabilności, widziałem też taką, która dawno temu przewróciłaby się, gdyby nie oparła się o sąsiednią skałę, mniej podciętą u podstawy. Widziałem też obłe skały leżące w dole, a na zboczu niewielkie wzgórki – resztki rozpadłych skalnych form.

Wyróżnia się jedna, cienka i ciemna, warstwa osadów. Właśnie po jej biegu widać nierówne wypiętrzenie skorupy i to ona, ciemna krecha, tworzy pyski skalnych zwierząt. Z niektórych nawet sterczą wiechcie traw czy paproci, niczym nieprzełknięte resztki pokarmu tych zwierząt.

 Na równi z kształtami fascynuje mnie ten pobieżnie opisany proces nieustających przemian powierzchni Ziemi. To właśnie te metamorfozy są wieczne, nie skały i nie łańcuchy górskie.
Głazy Krasnoludków utworzone zostały z resztek nieistniejących gór. Można na te skały spojrzeć inaczej, z perspektywy milionów lat. Wtedy łatwo zauważyć nie tylko ich chwilowość, tylko dla człowieka niemal wieczną, a w piasku leżącym u ich stóp dostrzec zaczyn, z którego może powstaną nowe góry w świecie wyglądającym zupełnie inaczej od nam znanego.

Jednak nadal będzie to Ziemia. Chciałbym wierzyć w możliwość zobaczenia tych nowych gór przez ludzi.

Zwracały moją uwagę korzenie drzew. Wiele z nich rośnie na nagich skałach, a życiodajnej ziemi szukają niżej, wypuszczając bardzo długie i nierzadko powykrzywiane korzenie. Kilka razy odniosłem wrażenie ich niezdecydowania, a raczej szukania ziemi. Te korzenie jakby zawracały, nie znajdując jej tam, gdzie próbowały.

Na wielu skałach rosną małe świerki, czasami są to miniaturowe laski z poszyciem, bo i krzaczki jagód tam rosną, są paprocie i trawy. Niektóre kojarzą się z czupryną włosów na głowie, wszystkie dziwią witalnością, życiem w skrajnie trudnych warunkach.

Skały w rezerwacie już opisywałem, ale zgodnie z moją zasadą, teraz nie czytałem starego tekstu, nie chcąc się sugerować czy ograniczać. Wtedy tekst może być tylko nieco podobny, na pewno nie będzie kalką ani też sztucznym omijaniem tych samych tematów.



Zbliżając się do Czartowskich Skał, obaj zwróciliśmy uwagę na urokliwą okolicę. To klasyczne pogórze, jakby cudem przeniesione z moich gór. Stojąc później na porębie pod szczytem Bieśnika, góry wznoszącej się nad Skałami, głodnym wzrokiem myszkowałem po urokliwej okolicy. Nie, obaj tam staliśmy i obaj podziwialiśmy krajobraz. Już wyszukiwałem przejścia ku widocznej w oddali ładnej przełęczy, gdy uświadomiłem sobie, że przecież nie są to moje góry. Zdziwiony byłem siłą przeżytych odczuć: zawodu, smutku, tęsknoty, ale i czegoś na kształt oszukania mnie. Jakby zabrano mi te okolice, uniemożliwiono ich poznanie, no bo jakże mi tam iść, skoro nie są to Góry Kaczawskie??

Jeśli bogowie pozwolą, pójdę ku tamtej nieznanej mi przełęczy. Wydaje mi się, że patrzyliśmy na fragment pogórza Gór Wałbrzyskich.


U podnóża Bieśnika biegnie droga, którą zapamiętałem będąc tutaj osiem lat temu. Nic się nie zestarzała, nic nie straciła ze swojej urody, nadal czarując mnie i budząc pragnienie jej poznania.


Oczywiście weszliśmy na wierzch Czartowskich Skał. Janek wynalazł ścieżynkę doprowadzającą do pionowej ściany piaskowca z najprawdziwszymi oknami i niewielką jaskinią. Zrobiła wrażenie swoim umiejscowieniem nie w ziemi, a pod samym szczytem skały. Ponieważ okna nie miały szyb, przez jedno z nich przeszliśmy na drugą stronę. Kiedy po wyprostowaniu się spojrzałem za siebie, wiedziałem, dlaczego nie poznałem tego przejścia będąc po tej stronie poprzednio: ścieżki właściwie nie widać, tylko krawędź urwiska.


Pamiętam, że przed laty zszedłem z tych skał zadowolony z decyzji wejścia, ale i z ulgą.

Dzisiaj moja ulga wydała mi się większa.



W czasie grzybobrania wiele razy chciałem zapamiętać ostatniego znalezionego grzyba, ale nie udawało mi się, bo albo trafiałem na kolejny, albo niespodziewanie, późną już jesienią, znajdowałem spóźnione grzyby. Tak było dzisiaj. Znalazłem kilka dorodnych, a przy tym czerstwych, młodych podgrzybków, tych najładniejszych, z brunatnymi łebkami. Są już ususzone, dodam je do bigosu. Ostatnie moje tegoroczne grzyby.

Nie wiedziałem też, że dzisiejsze nasze wędrowanie jest ostatnim w tym roku. Jestem teraz na delegacji, daleko od Sudetów, a do bazy wrócę w połowie stycznia. Obiecuję sobie wziąć kilka dni wolnego, bo przecież trzeba mi będzie nadrobić zaległości i nasycić potrzebę włóczęgi.

Zdjęcia ze mną oczywiście robił Janek.