Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Piękny dzień wiosny

210419
Komarno, Ziemski Kopczyk, Maślak, Wysoczka, Trzmielowa Dolina, Ogier, Kobyła, Źróbek, Ulina, powrót podobną drogą do Komarna.

Powoli stają się tradycją moje wyjazdy na zbocza Maślaka i w Trzmielową Dolinę w pełni wiosny, gdy uda mi się wyrwać molochowi z gardła dzień wolny. Ładnych miejsc znam wiele w Górach Kaczawskich, jednak tam jest ich tak dużo, że wypełnić mogą cały dzień wędrówki otwartymi przestrzeniami. Zauważyłem też u siebie cechę, która w pierwszym wrażeniu może wydawać się dziwna: otóż im więcej razy jestem w jakiejś okolicy, tym bardziej mi się podoba i więcej chciałbym tam przebywać. Przyczyna jest jednak prosta, wszak z miejscem wiąże nas czas w nim spędzony i wspomnienia przeżyć, a w Trzmielowej Dolinie i w okolicy spędziłem sporo już czasu.
Jeszcze kilka dni temu zaryzykowałbym twierdzenie o poznaniu tam wszystkich zakątków, jednak okazało się to nieprawdą, z czego bardzo się cieszę.
Do dzisiaj nie miałem szczęścia do aury w swoje późne wyjazdy. Bywało, że w szeregu pięknych dni tkwił jeden chmurny i deszczowy – akurat ten jedyny, który mogłem mieć wolny od pracy. Ta zła passa została przełamana, ponieważ od świtu do zmierzchu widziałem słońce i błękitne niebo, a widoczność była bardzo dobra.
Oczywiście chytrość, czy może tęsknota dopiekająca po trzech tygodniach wędrówkowej abstynencji, kazały mi wykorzystać cały dzień, od świtu do zmroku. Niemal mi się udało: na szlak wyszedłem kwadrans przed wschodem słońca, wróciłem, gdy słońce trzymało się tylko paru najwyższych szczytów karkonoskich, a w dolinach zaczynał się zmierzch.
Z Maślaka i z Trzmielowej Doliny wschód słońca nie jest widoczny, poszedłem więc na płytkie siodło przełęczy pod Barańcem; może nawet zdążyłbym zobaczyć wyłaniania się naszej gwiazdy spod horyzontu, gdybym nie zechciał sprawdzić nieznanego mi przejścia. Kiedy odsłonił mi się rozległy widnokrąg, słońce stało dwa palce nad horyzontem. Stosuję tutaj starą jednostkę miary: wyciąga się rękę przed siebie na całą długość ramienia, i wtedy wystawiony palec jest miarą.
Widziałem te rzadkie i krótkotrwałe chwile poziomego światła o barwie mocno dojrzałej pomarańczy, widziałem brzozy do połowy stojące w mroku przedświtu, z górną połową oblaną barwami, które na zdjęciach wydają się nieprawdziwe, zbyt nasycone. Patrzyłem na wyraźnie widoczny odległy horyzont, na jak zwykle ładne połączenie oranżu światła z ciemnymi błękitami i granatami najdalszych gór, ale i na świeżą barwę traw świecących słońcem odbitym w kropelkach rosy.



Wróciwszy na zbocze Maślaka, po raz pierwszy skręciłem w dół zaraz za ostatnim domem, niżej dostrzegając faliste łąki i brzozy. W ten sposób odkryłem fragment nieznany mi, nieco ukryty za szpalerami drzew, sąsiadujący z omijanym do tej pory zboczem Wysoczki, górki, na której byłem wiele razy, zawsze jednak idąc z innej strony. Owszem, żadne odkrycie i nic wyjątkowego, ale ucieszyłem się znalezieniem tych miejsc zarówno dla nich samych, tak ładnych, jak i z powodu przyszłych odkryć możliwych nawet tam, gdzie, wydawałoby się, nic nowego nie ma już do poznania.
Widziałem dzisiaj rozległą brzezinę tak gęstą, że trudno byłoby nią iść, widziałem mniejsze i większe szpalery tych drzew, oczywiście w wielu miejscach rosnące samotne brzozy, natomiast najładniejsze z poznanych dzisiaj miejsc z brzozami jest podobne do znanej mi od dawna i zawsze odwiedzanej grupy brzóz rosnących na tym samym zboczy, tyle że wyżej i kilometr dalej: drzewa nie przeszkadzają sobie, rosnąc w odległości kilkunastu kroków od siebie. Pod nimi lekki, dziurawy cień niewiele zasłania słońce, między pniami widać dalekie widoki, długie gałązki brzóz lekko się kołyszą, słychać ich cichy, delikatnie szeleszczący szept. Wystarczy usiąść pod drzewem, oprzeć się o nie, patrzeć i słuchać.
Mam teraz dwa zagajniki do odwiedzania.

Gdzieś tam polna droga wciska się między drzewa rosnące nad strumykiem; usłyszałem go wcześniej, niż zobaczyłem, a doszedłszy do drzew, zatrzymałem się mile zaskoczony widokiem. Strumyk spływa tam wodospadem metrowej wysokości i płynie ocienionym wąwozem. Miejsce kontrastów: jasne pod słońcem zielone łąki, lekki szum wiatru, głosy ptaków – i nagle, bez żadnego stopniowania, głęboki cień, wypłukane korzenie drzew, a między nimi głośno szumiąca kaskada wody.
Ten był pierwszym strumieniem, a wiele ich widziałem dzisiaj. Są tam miejsca, w których strumyczki szerokości jednej lub dwóch dłoni widzi się często. Jeden z nich ocieniał się pochylonymi trawami, a gdy je rozchyliłem, zobaczyłem piękny widok: czysta, dźwięczna woda i dno wyłożone jasnymi kamykami, po których biegły urocze refleksy światła odbitego od powierzchni wody. Dosłownie dziesięć kroków dalej spotkałem drugi taki strumyk, równie jasny, dźwięczny i mały. Idąc jego brzegiem pod górę zobaczyłem widok wyjątkowy: obok siebie dwa boczne dopływy. Każdy miał metr długości i szerokość przy ujściu równą moim trzem palcom, jednak gdy rozchyliłem źdźbła, i na ich dnie zobaczyłem połyskliwe pełganie światła.

Szedłem pod górę brzegiem chcąc zobaczyć źródło, ale gdy po paru krokach wspomniałem zaśmiecony strumyk, widziany parę tygodni temu niedaleko stąd, poczułem obawę zobaczenia śmieci w źródle tego słonecznego strumyczka. Iść dalej, czy zawrócić? Poszedłem, śmieci nie było, chociaż i klasycznego źródła też nie ma – woda wycieka w paru miejscach, tworząc miniaturowe czarne bagienka przystrojone kaczeńcami.
Przed wyjazdem myślałem, że lepszą porą wyjazdu byłby maj, jednak ten czas okazał się równie dobry. Owszem, lipy, dęby, jesiony są jeszcze bez liści, ale zielenią się róże, kwitną licznie tam rosnące czereśnie i tarniny, a zielone już głogi szykują się do swojego kwitnienia, jednak najsilniej przyciągały wzrok brzozy: ich liście nie w pełni jeszcze są rozwinięte, a takie widzę najładniejszymi. Liczne kotki, bardziej żółte niż zielone, powodują dwojakie widzenie brzóz: z bliska są zielone, z daleka wydają się żółknąć jesiennie. Czuję się trochę tak, jakbym nie był lojalny wobec nich, muszę jednak przyznać palmę pierwszeństwa modrzewiom. Zieleń ich młodego igliwia uznałem za najładniejszą. Wspomnę jeszcze o listeczku wiązu. Drzew tego gatunku rośnie trzy w Trzmielowej Dolinie, odwiedziłem staruszków, liści jeszcze nie mają, ale na niskich gałęziach wypatrzyłem jeden listeczek, był wielkości paznokcia i miał piękny kolor.
Siedziałem na trawie i patrzyłem w dal, na karkonoskie szczyty, nadal w śniegach, na łąki zdobne brzozami i czereśniami, na słoneczne i zieleniejące się moje góry. Była cisza, słyszałem tylko śpiew ptaków, nic więcej. Jedynie na szczytach i na przełęczach niewielki wiatr szumiał w uszach. Patrząc na Sokoliki, wspomniałem Jastrzębią Turnię, skałę na zboczu Krzyżnej Góry. Czy ją stąd zobaczę? Wychyliłem się zza wiszącej przede mną gałązki róży i zobaczyłem skałę odległą o jakieś 8 kilometrów. Pamiętam ją dobrze: ze skalnego chaosu podstawy wysoka skała wznosi się ku niebu, jakby, zapatrzona w skrzydła jastrzębia, zerwać się chciała do lotu.
Kilka godzin później miałem podobnie miłą chwilę rozpoznania. Siedząc pod kępą drzew rosnących przy szczycie Kobyły, przypomniałem sobie widzianą tutaj opasaną jarzębinę. Spojrzałem tam, gdzie spodziewałem się ją znaleźć i nie musiałem szukać: zobaczyłem od razu, rosła dwieście metrów ode mnie. Dlaczego opasana? Ano, bo opasała się jednym ze swoich konarów, co widać na zdjęciu.

Śnieżkę widziałem niemal cały dzień. Na ogół stała nad wszystkimi szczytami, ale nierzadko bywało, że zajmowała miejsce między brzozami i pozwalała się fotografować razem z nimi. Widziałem ją też wśród gałęzi tych drzew, a raz wystroiła się zieloną już gałązką różanego krzewu założoną na swój szczyt. Uznałem, że wcale nie jest wyniosłą górą, jak o niej mówią. Nie. Wysoka jest, owszem, ale nie wyniosła.
W sąsiedztwie Wysoczki, w znanej mi nieźle okolicy, poszedłem na brzeg lasu chcąc zobaczyć widziany dwa lata temu świerk – żywy, mimo że leżący. Czy żyje nadal? Z żalem stwierdziłem, że nie było go. Będąc tam, przyjrzałem się pozostałym świerkom, a rośnie ich tam kilka wyjątkowo wysokich. Ze zdumieniem odkryłem, że najwyższym drzewem jest daglezja. Jakim cudem nie zauważyłem jej wcześniej? – pytałem siebie. Zapewne widziałem, ale za małą mając wiedzę, nie rozpoznałem i wydawało mi się, że patrzę na świerk. Dla pewności dzisiaj długo oglądałem pień i szukałem szyszek. Dwie znalezione obejrzałem i sfotografowałem. Drzewo jest daglezją, a ja ślepotą, wszak wystarczyło spojrzeć z dala na tę grupę drzew, żeby zobaczyć, jak bardzo to drzewo przewyższa sąsiadów. 



Mam dobry sposób na wzbudzenie w sobie podziwu dla daglezji: stańcie przy samym pniu i spójrzcie w górę. Idealnie równa strzała pnia wydaje się nie mieć końca i sięgać nieba. Widzicie jej idealny kształt i nieskończoność?
Właściwie to się cieszę z tego mojego opóźnionego rozpoznania. Wiem teraz, że nawet gdy odwiedzę jakieś miejsca po raz kolejny, mogę odkryć w nich coś nowego, niezauważonego wcześniej.
Włócząc się po okolicy, oglądałem kępy roślin, niektóre są mi znane, więc moje podejście do nich było odwiedzinami znajomych; jak zwykle myszkowałem wzrokiem po drzewach i krzewach rozpoznając gatunki, parę razy podchodziłem bliżej mając wątpliwości. Podoba mi się rozpoznawanie drzew, to dobra zabawa, mimo że czasami polegnę.
Widziałem głóg, różę i tarninę rosnące razem, niemal zrośnięte pniami, mieszające tak dokładnie swoje gałązki, że przy różanych listkach widziałem z jednej strony małe kwiatuszki tarniny, z drugiej jeszcze zielone maleńkie pąki kwiatowe głogu.
Szedłem zaoranym polem pod górę patrząc na przemianę krajobrazu przede mną: pojawienie się i wznoszenie dalekiej linii Karkonoszy, wyłonienie się małych górek u stóp tych wielkich, w końcu otwieranie się całej Kotliny Jeleniogórskiej. Obraz w poziomie dzieliła linia grzbietu zbocza, więc białe szczyty karkonoskie pojawiały się między skibami ziemi, jakby z nich wyrastały; mój marsz pod górę obniżał linię bliskich skib, a wznosił odległe góry. Na szczycie wzgórza świat się ustatkował: zaoraną ziemię miałem u stóp, a przede mną wysoko znieruchomiałą linię gór.
Siedząc na szczycie wędrowałem wzrokiem po dobrze widocznych zboczach Łysej Góry, szukając swoich śladów sprzed paru tygodni, ale wzrok mi się gubił między szpalerami drzew rosnących wzdłuż dróg i miedz. 
 
Z Uliny wracałem nieznanym mi przejściem. Poznałem źródliska Bełkotki, ładnej strugi, niżej płynącej głębokim jarem; wśród kaczeńców pływały tam dzikie kaczki. Kiedy na zboczu wzgórza po drugiej stronie obejrzałem się, zobaczyłem widok, który chciałbym ocalić od zapomnienia: bliski stok opadający ku drzewom ocieniającym strumień, wznoszące się zbocze góry za nim, nad nią piętrowa, coraz rozleglejsza i dalsza, przestrzeń licznych gór. Wszystko to widziałem przez przymrużone oczy, pod schodzące z nieboskłonu silne światło słońca, i pomalowane w jego jaśniejące, nasycone barwy.
Po raz pierwszy obszedłem wokół ruiny folwarku w Trzmielowej Dolinie i ze zdziwieniem stwierdziłem, że budowla jest dużo większa niż się wydaje z drogi. Trzypiętrowy budynek o masywnych ścianach kamienno-ceglanych jeszcze stoi, ale już bez dachu i stropów. Pomyślałem o ogromie pracy włożonej w jego postawienie i teraz marnotrawionej, a przecież dom mógłby służyć do dzisiaj jako schronisko, na przykład. Terenowym samochodem dojedzie się tam, a drogą obok biegnie niebieski, międzynarodowy szlak.

Wracałem. Cienie się wydłużały, linia światła wznosiła się po drzewach, a gdy puściła ich czubki uciekając w górę, z lasu i z doliny zaczął się sączyć mrok. Gdy wyjeżdżałem z wioski, w lusterku zobaczyłem czerwoną łunę zachodu. Zatrzymałem się, wysiadłem i patrząc żegnałem dzień.
Kiedy wjechałem na eskę, zorzę miałem na wprost: nieco straciła na intensywności, ale rozlała się na pół nieba. Widziane na jej tle długie łańcuchy zapalonych lamp oświetlających rozjazdy dawały ciekawy i ładny efekt.
Przyjechałem przed godziną 23. Trzy kwadranse później usnąłem tak szybko, że nie pamiętam swojego dojścia do łóżka. Idąc, chyba już spałem. Cóż, wstałem kwadrans po drugiej, a wędrowałem 14 godzin.
Kiedyś, gdy tak naprawdę porządnie zmęczę się na szlaku, zaspokoję swój głód wędrowania na miesiąc, może nawet na dwa; póki co udaje mi się ta sztuka jedynie na tydzień albo dwa, więc próbuję dalej.

 








































































czwartek, 25 kwietnia 2019

O jednym "momencie"

250419
Dostałem w prezencie ciekawą książeczkę, to wybór starożytnych anegdot z bardzo dobrym słowem wstępnym napisanym przez jednego z najlepszych naszych starożytników. Poczytuję ją w wolnych chwilach, a nie mam ich wiele, wszak trwa karuzelowy sezon. Chciałem napisać kilka zdań o tej lekturze, ale to później, teraz wezmę się za opis wędrówki. Tak, udało mi się dostać dzień wolny i wyrwać się spomiędzy karuzel na otwarte przestrzenie, jednak i ten tekst powstanie z opóźnieniem.
Wczoraj wspomniałem słowa Pierwszej Damy mówiącej o popularności „momentów” w książkach, o podnoszeniu przez nie rynkowej wartości powieści, i zaraz uświadomiłem sobie, że przecież i w moich tekstach są momenty.
Jeden z nich publikuję w nadziei na przeczytanie uwag i opisu wrażeń z lektury – jakie by one nie były.
Proszę o nie.
Parę słów wprowadzenia.
Rzecz jest o dwojga młodych ludziach, a akcja dzieje się we Wrocławiu i na Lastku, górze w paśmie Chrośnickich Kop w Górach Kaczawskich. Na Lastku, ponieważ właśnie na tej górze przyszedł mi do głowy pomysł na to opowiadanie.
Czas akcji: wiosna 1947 roku, później przeskok do 2014 roku i w kilku wspomnieniach przedstawiony szereg ich wspólnych lat. Czemu tak dziwnie? Bo lubię dziwności. Ona, w przeciwieństwie do niego, nie jest zwykłym człowiekiem, potrafiąc coś, co chyba należałoby nazwać przemieszczaniem się w czasie i przestrzeni, jednak ta jej cecha objawia się tylko dwa razy: na początku i na końcu ich historii. Na co dzień jest… może niekoniecznie przykładną żoną w tradycyjnym wyobrażeniu, ale na pewno niezwykłym muzykiem. Muzyka, obok miłości i gór, jest trzecim wątkiem opowiadania.
Może tyle wystarczy, teraz oddaję głos narratorowi.
* * * *

Całowaliśmy się. Ona inaczej całuje niż znane mi dziewczyny. Nie, wcale nie namiętniej czy bardziej zmysłowo, nie. Ta jej odmienność jest trudna do określenia jak wszystko u niej. Chwilami mam wrażenie, jakby całą siebie chciała zawrzeć w ustach.
– Jasiu, tak cudnie całujesz.
– Całą sobą chciałabym cię całować – szepnęła.
Zaniosłem ją do swojego pokoju.
Później zauważyłem, że lubi zanoszenie jej do łóżka.
– Czuję się jak królewna. Albo jak twoja branka – powiedziała mi kiedyś.
Objęliśmy się. Tonęła w moich ramionach, tonąłem w rozkosznym dotyku jej ciała. Całowaliśmy się w półmroku pokoju, w nienasyceniu, w zapamiętaniu, w nagości naszych ciał. Ogarnęła nas gorączka dawania i odbierania pieszczot, a za nią niecierpliwość plącząca nasze usta i dłonie. Gorączka niesłabnąca, a rosnąca wraz z tysięcznymi pieszczotami i domagająca się spełnienia…

Leżałem wsłuchując się w powolne wędrowanie jej ust po mojej twarzy. Ich dotyk sprawiał mi przedziwną przyjemność.
– Pocałuj mnie jeszcze – prosiłem, gdy podnosiła głowę i patrzyła na mnie. Przez chwilę widziałem jej uśmiech, a później czułem dotyk ust na powiekach.
W niej tkwi jakiś tajemny pierwiastek, który próbuję od tylu już lat znaleźć i nie potrafię, ale on jest, przecież czuję jego przyciąganie. Był czas, szczególnie w pierwsze nasze lata, gdy dopatrywałem się go w jej seksapilu. Och, nie!: nie wykorzystywała swojej kobiecej przewagi, nie prowokowała, nic z tego. Ona jest… nie wiem jaka. Naturalna w kochaniu? Też, ale jest jeszcze coś innego. Nie wiem co.
Zachowała do końca odrobinę swojego początkowego wstydu, nierzadko gasząc światło lub chociaż zasłaniając story, ale też potrafiła zachować czar świeżości i jeszcze podzielić się nim ze mną... Wiem!: jeśli ten jej pierwiastek miałby być tutaj, to raczej w sposobie dawania siebie. Ona tak się kocha ze mną, jakby tym jednym aktem chciała nasycić się na całe lata, jakby miał być ostatnim, jakby nic się nie liczyło poza daniem siebie do ostatniej cząstki.
Później, gdy umiała już swobodnie grać, tę samą cechę usłyszałem w jej muzyce i wtedy zrozumiałem, że dla niej miłość – do mnie i do muzyki – jest dawaniem siebie całej bez reszty, bez liczenia zasobu swoich sił. W tym szafowaniu sobą, w zachłystywaniu się miłością, nie ma beztroski (skoro ta wynika raczej z lekkomyślności lub z niedoceniania), a naturalne dla niej przekonanie o braku ograniczeń w niej samej. Jej nigdy nie przyszło do głowy pytanie o to, co da jutro, skoro dzisiaj da wszystko. Daje wszystko i zawsze ma wszystko.
Początkowo myślałem, że jest w niej dążenie do perfekcji, że po prostu jest ambitna, ale szybko uznałem, że nie ma w niej za grosz takich dążeń, ponieważ ona jest dalej i wyżej. To, co brałem za przejaw dążenia do doskonałości, nie jest u niej intelektualnym wyborem, a najzupełniej pierwotną radością życia i pragnieniem wzięcia od niego wszystkiego, co tylko dać może.
Jest też szacunkiem doń i wdzięcznością za możliwość przeżywania.
Niemal żadne z tych mnogich celów, do których ludzie dążą w życiu, nie pociągają jej na tyle, aby kłopotać się o ich osiągnięcie. Muzyczne sukcesy oczywiście cieszą ją, ale do swojej popularności w świecie muzycznym podchodzi z dystansem, jakby z przymrużeniem oka; o pieniądzach chyba już pisałem. Zachłanna jest jedynie na przeżywanie. Tyleż razy mówiła mi o górze usypywanej przeze mnie na jej ramionach, ale wszystkie miłe dla niej moje słowa, gesty i czyny, są ledwie wzgórkiem wobec góry przeżyć jakie ona sama zbiera zewsząd i zgarnia do siebie, nienasycona.
Odbiegłem od tematu, wracam więc do jej tajemnicy.
Później, gdy byliśmy już małżeństwem, dopatrywałem się jej tajemnicy w gracji gestów, w uroku ruchów jej ciała. Gdy nie było Jasi tak długo, gdy szukałem jej, nie tyle nasze noce mi się śniły, co urzekające piękno jej dłoni trzymającej smyczek.
Odchyla głowę odsłaniając szyję… zamyślona bezwiednie bawi się końcem swojego warkocza… urywa z kiści winogron jeden owoc i niesie go do ust… wyciąga dłoń ku kwiatom rosnącym na brzegu górskiego strumienia… dłonią podpiera brodę patrząc na mnie i uśmiecha się kącikami ust, a ja patrzę na nią i czuję, że opuszcza mnie napięcie całego dnia i wszystkich jego kłopotów.
W końcu doszedłem do wniosku, że przecież niemożliwością jest, żeby samymi gestami tak mnie oczarowała, i w ten sposób, nie doszedłszy do źródła jej siły, znowu wróciłem do punktu wyjścia moich rozmyślań nad jej tajemnicą. Odkryłem ją dopiero wtedy, gdy spojrzałem na zapłakaną twarz Jasi w chwili znalezienia jej na Lastku: ja ją po prostu kocham.
Kocham nie za to, że ma takie czy inne przymioty, ale za to, że jest, a kochając, podziwiam taką jaką jest.
* * * * *


Streszczenie




Młody mężczyzna, wędrując po swoich ulubionych górach, w nader dziwnych okolicznościach spotyka dziewczynę, którą po jej usilnych prośbach zgadza się zabrać ze sobą. Szybko zbliżają się do siebie, ale wtedy okazuje się, że dziewczyna jest postacią wymyśloną, istniejącą tylko w wyobraźni mężczyzny. Jednak pewnego ranka budzi się i widzi ją – współczesne wcielenie Galatei Pigmaliona.
Ich dalsze losy są historią udanego małżeństwa pokazanego w kilku wspomnieniach mężczyzny, ale dobry czas trwa tylko do chwili, w której kobieta zaczyna podejrzewać, że jest fantazją swojego męża istniejącą li tylko w komputerowym pliku. Po jego skasowaniu kobieta znika, rozpływa się w powietrzu. Jej mąż i jednocześnie narrator uświadamia sobie, że tak naprawdę wcale nie ma pewności istnienia żony, a tym samym i realności wspomnień. Jeden tylko do niej należący przedmiot, jedna rozmowa telefoniczna, pozwalają mu wierzyć w istnienie kobiety i każą szukać jej w górach, w których po raz pierwszy ją zobaczył. Albo wyobraził sobie, ponieważ pewności nie ma do końca.
Parę delikatnych opisów erotyki, muzyka klasyczna i nieco gór uzupełniają powieść.
Dodam tylko, że historia kończy się dobrze.

sobota, 13 kwietnia 2019

Wiosenny spacer

060419
Trwa najbardziej kolorowy czas kwitnienia, a że pracę skończyłem wcześniej, po raz pierwszy wybrałem się na wiosenny spacer. Na najbliższym rondzie różowieją śliwy wiśniowe, tak cudne o tej porze i przywołujące wiele wspomnień, a wśród nich obraz śliwy z Trowbridge w UK kwitnącej już w lutym. Stałem pod drzewkami i patrzyłem na ich kwiaty, na płatki prześwietlone słońcem; widok wyjątkowo ładny, kolory właściwie nie do oddania fotografią.



Ulica obok wysadzona była dorodnymi lipami. Miesiąc temu ze zdumieniem zobaczyłem po nich tylko resztki gałęzi. Kilkadziesiąt pięknych i jakże naszych, polskich i letnich, drzew wycięto. Później okazało się, że z powodu budowy szerszej ulicy – jakieś wytłumaczenie, ale żadna pociecha. Ten wieczny konflikt źle nam wróży, wszak prawda jest w twierdzeniu o możliwym istnieniu drzew bez nas, i o niemożności istnienia nas bez drzew. Lip zostało niewiele po drugiej stronie ulicy, a niektóre znam z widzenia. Odmianę szerokolistną najpewniej odróżnię od drobnolistnej po orzeszkach, a teraz, gdy trudno je znaleźć pod drzewem, a liści jeszcze nie ma, nie potrafię jednoznacznie rozpoznać, jednak akurat tę znam, wiem, że jest lipą szerokolistną. Dzisiaj zobaczyłem na niej pierwsze listki, a jej sąsiadka o drobniejszych liściach dopiero nabiera oddechu przed wiosennym wysiłkiem.
Za ostatnimi domkami osiedla, na nieużytkach, rosną klony jesionolistne, już zielone. Drzewa tego gatunku zawsze bardzo się śpieszą, nieokiełzane w dążeniu do rozrostu; może wiedzą, że nie będąc zbyt cenione przez ludzi, życie mogą szybko skończyć?


 Mirabelki co do jednej wystrojone w biel oblubienicy, stoją zasłuchane w zapylające je pszczoły, tylko moja mirabelka już nie założy godowego stroju. Niedawno zajrzałem w kąt posesji, za budynek, gdzie rosła. Śladu nie ma po niej na ziemi, ale we mnie jest. Uśmiercono moją wiosenną towarzyszkę, ponieważ nie chciało się liści grabić! Nie, nie rozpamiętuję, w końcu to tylko lubiana przeze mnie mała mirabelka, ale gdy przypomni mi się powód jej wycięcia, znowu jestem zły na sprawcę. Jeszcze kilka lat po tym zdarzeniu mieszkałem w pokoju, do którego zaglądała, a ilekroć wchodziłem, starałem się nie patrzeć w okno.
Było puste.

Dęby nadal pamiętają o zimie, jeszcze czekają grzejąc się w słońcu, a obok szybsze klony pospolite już w pięknie zielonych pęczkach swoich kwiatów. W alei, którą szedłem, rośnie dużo wielkich jesionów, one też kwitną, ale ich kwiaty trudno nazwać ładnymi. Te drzewa mają w sobie coś, co nie pozwala mi je polubić.
Tak, oceniam drzewa biorąc pod uwagę ich urodę i wrażenia jakie na mnie czynią, także różne drobnostki, nierzadko przypadkowe, ale pamiętane i wiążące mnie z drzewami określonych gatunków, czasami też z konkretnymi osobnikami. Obraz kasztanowców zawsze będzie przywoływać wrażenia chłopaka wdrapującego się na nie dla ich pięknych kasztanów, a brzozy betula przypominać śmiech mojej małej córki i pewną scenkę z napisanej książki.
Jesiony mają nieładne grube gałęzie z licznymi naroślami i czarnymi pąkami, kwiaty maleńkie, właściwie niewidoczne, poza wiechciami długich ogonków. W porze ich kwitnienia więcej na nich szarości niż zieleni – gdzie im do jasnej, wesołej kolorystyki kwitnących klonów, których kwiaty nie są pokaźne, ładnymi jednak będąc. A liście? Nie dość, że jesiony późno je rozwijają, to i tracą bez przebarwień, a klony zwyczajne olśniewają swoją jesienną urodą.
Jesiony mają jednak coś ciekawego: totalne pomieszanie płci. Są osobniki męskie i żeńskie, są drzewa mające jednocześnie kwiaty obu płci, a na dokładkę drzewo może zmienić płeć. Hmm, w sumie czemu nie? Chętnie dowiedziałbym się, jak to jest być kobietą, zwłaszcza że jak wieść niesie… Może zacznę od początku.
W historii ludzkości jeden tylko człowiek był kobietą i mężczyzną. Transseksualistów po operacjach nie można tutaj liczyć, ponieważ ich płeć psychiczna, gender, jak to mówią Anglicy, nie uległa zmianie, a nie tylko o cechach zewnętrznych płci, ale i tych ważniejszych dla odczuwania, właśnie psychicznych, piszę tutaj. Więc ten jedyny człowiek nazywał się Tejrezjasz. Tak się złożyło, że przez kilka lat był kobietą, a fakt ten przyczynił się do jego kłopotów z Herą. Otóż kiedyś pokłóciła się z Zeusem, a poszło im o intensywność odczuwanej przyjemności seksualnej. Hera twierdziła, że większą ma mężczyzna, Zeus, że kobieta. Wezwano Tejrezjasza dla rozstrzygnięcia sporu, a ten stwierdził, że kobieta ma znacznie większą przyjemność, bodajże nawet dziewięciokrotnie. Oj, nie spodobało się to pani niebios, a we mnie budzi chęć osobistego sprawdzenia tych krotności odczuwania :-)
A propos opowiedzianej historii i wracając do jesionów powiem, że te drzewa mają dziwne zapylanie, bo jedne kwiaty korzystają z pomocy wiatru, inne preferują owady. Może dzięki tym swoim dziwnościom gatunek istnieje 10 mln lat?
Na stronie o mojedrzewa.pl dowiedziałem się, że jeszcze starszym gatunkiem jest magnolia istniejąca od 50 mln lat. Drzewa te zapylane są przez chrząszcze, ponieważ w czasie ich wykształcania się jako odrębny gatunek, nie było jeszcze pszczół. Dzięki bajecznej urodzie kwiatów (których płatki są, zdaje się, odmienionymi liśćmi), magnolii nie grozi wyginięcie. Będę więc mógł spokojnie szukać wiosną drzewek obsiadłych wielkimi kwiatami niczym motylami, i stać pod nimi z otwartymi ustami.

Jeśli już o wieku gatunków wspomniałem, napiszę parę zdań o miłorzębie. Nie widziałem go dzisiaj, nie wiem, czy rośnie w Lesznie, bo nie spotyka się często tych wyjątkowych drzew. Ich rodowód sięga ćwierci miliarda lat wstecz. Jest jedynym na świecie liściastym drzewem nagozalążkowym, czyli, mówiąc w uproszczeniu, niewytwarzającym owoców. Spośród wszystkich drzew (z wyjątkiem części iglastych) i nieprzeliczonego mrowia najróżniejszych roślinek, jedynie miłorzęby są nagozalążkowe. Mówi się o nich, że z tego powodu są żywą skamieliną, ponieważ w pradawnych czasach właśnie takie przeważały, a do dzisiaj ostały się jedynie bardzo nieliczne.
Miłorzęby są endemitami, czyli ich ojczyzną jest jedno miejsce, konkretnie jakiś skrawek Chin; są też bardzo długowieczne, może nawet najbardziej, skoro mówi się o dwóch, a nawet o ponad trzech tysiącach lat.
Dwa razy widziałem miłorząb jesienią, a wygląda wtedy wyjątkowo ładnie. Ten pierwszy był w słoneczny dzień jesieni we Wrocławiu, calutkie drzewo było idealnie żółte, a kolor był bardzo czysty i żywy. Wyglądało nie tylko pięknie, ale i odmiennie – jak zjawa z innego świata; później dowiedziałem się, że właściwie tak jest w istocie. Wszak przodkowie tego miłorzębu byli świadkami rozwoju dinozaurów i o tyleż milionów lat późniejszego ich końca. Drugie spotkanie był kilka lat temu w Kłonicach, w kaczawskich Chełmach. Drzewa rosną przed pałacem, a widziałem je już nagimi, jednak pod nimi leżały opadłe liście, nadal idealnie żółte. Wspomnę jeszcze miłorząb widziany w Szczecinie. Nie widziałem go kilka lat, ale pamiętam gdzie rośnie i trafiłbym do niego. Te kaczawskie postaram się odwiedzić jesienią.


Wracam na moją aleję w Lesznie.
Brzozy przy magnoliach wydają się pospolite, nie mające czym olśnić, ale pamiętajmy o chwilowości urody magnolii. Ich chwała trwa krótko, a gdy przeminie, zostaje nam szara gąska – tuzinkowe, trudno rozpoznawalne drzewo, a brzozy, zwłaszcza pendule, przyciągają wzrok cały rok. Teraz, gdy rozwijają listki, wydają się być obrazem pieściwych marzeń otulonych zieloną mgiełką wiosny. Przy całej swojej delikatności i zwiewności, są nie tylko odporne i wytrwałe, ale też przyjazne i uśmiechnięte. One proszą o ich objęcie ramionami. Brzozy są jak ta kobieta, która uśmiechając się do nas w sklepie, odkryła swoje piękno, a my odruchowo idziemy za nią, żeby raz jeszcze zobaczyć jej uroczą przemianę.
Wierzby budzą we mnie mieszane odczucia, ale też różnią się one znacznie między sobą. Wierzba babilońska teraz właśnie rozwija jasnozielone listeczki na swoich uroczo zwiniętych gałązkach i cieszy oczy urodą; ładnie też wyglądają długie włosy wierzby płaczącej, zieleniejące się już od dwóch tygodni, a na drugim biegunie urody smutne, połamane i szarawe iwy, których uroda zaczyna się i kończy na baziach.
Widziałem forsycje w pięknych, świetlistych żółciach, widziałem mniszki, jasnoty, wiosnówki, widziałem wiele innych niepozornych roślinek strojących się kwiatami, których nazwać nie potrafię.
Ach!, zapomniałbym o akacjach, czyli robiniach akacjowych. Dzięki oryginalnym liściom i nieregularnemu pokrojowi, drzewo widzę ładnym i kojarzącym się z Afryką. Przy alei rośnie ich kilka, jeszcze śpią snem zimowym, ale, jak zawsze w zimie, zwróciłem na nie uwagę z powodu kory. Jej głębokie spękania przyciągają wzrok, a i fascynować potrafią. Kiedyś powiedziałem znajomej, że pnie akacji wyglądają jak twarz starego, zmęczonego życiem mężczyzny, w odpowiedzi usłyszałem, że jej kojarzą się z mądrością nabywaną z wiekiem. Podobne wrażenie, ale jednocześnie odmienne. Ładniejsze.
Nierzadko bywa dziwnie z naszą pamięcią, skoro na lata, albo i na zawsze, potrafią utkwić w niej zwykłe, zdawałoby się, chwile i obrazy. Pamiętamy je nie wiedząc dlaczego. Kilka takich chwil związanych z akacjami przechowuje moja pamięć. Wiele lat temu, jesienią, po nocnym przymrozku, widziałem cicho i spokojnie opadające zielone listeczki akacji, a po latach, gdy zdarzyło mi się zobaczyć Panią Jesień w lesie (naprawdę!), dowiedziałem się, że to właśnie Ona zrzucała liście; pokazała mi nawet, jak to robi. Kiedyś w środku ciepłej nocy przyjechałem do jakiegoś miasteczka, i nie mogąc jeszcze spać, wyszedłem na ulicę. To była akacjowa aleja, szedłem brodząc po kostki w kwiatach, otoczony ich silnym, słodkim zapachem.
Prawdziwy, pełny ich zapach odkryłem niedawno, na wędrówce górskiej, gdy z nosem w kiści kwiatów wciągnąłem powietrze do dna płuc. Pod dominującym, słodkim i miodowym zapachem, poczułem drugi, nieco ukryty, głębszy zapach świeżości i lekkiego chłodu. Stałem przy niskiej gałęzi akacji i wąchałem jakbym zmysł ten miał dopiero od dzisiaj i nie mógł się nadziwić.
Akacja fotografowana dzisiaj ma wyjątkowo głębokie spękania i narośle potęgujące wrażenie jej starości, czy też mądrości życiowej.

Spójrzcie jeszcze na zdjęcie topoli. Pewności nie mam, wydaje mi się, że to mieszaniec – topola szara powstała ze skrzyżowania topoli białej i osiki. Tak przypuszczam na podstawie pęknięć kory: jest wzdłużne, bez przeplatających się poletek jak w czarnej i białej, no i kolor kory wskazuje raczej na szarą. Czasami różnice są na tyle niewielkie, że umykają mojemu widzeniu, czyli po prostu za mało wiem i dlatego za mało widzę.
Właśnie o jednej z cech charakterystycznych chciałem powiedzieć. O niewielkim, romboidalnym, niemal okrągłym pękaniu kor młodych topól, które widać nawet wtedy, gdy na dole pnia z wiekiem ciemnieje i pęka. Widać te pęknięcia na podłużnych poletkach kory, zwłaszcza w ciemniejszym miejscu.

Wędrówki górskie już zakończyłem, a przecież tak niedawno zaczynałem swój sezon.
Czasami bardzo wyraźnie widzę ambiwalencję mojego subiektywnego odczuwania czasu. Z jednej strony dzień, a nawet godzina, potrafią się dłużyć, do końca tygodnia tak daleko, do wiosny jeszcze dalej, z drugiej, gdy obejrzę się wstecz, widzę, zdumiony, jak dni skracają się do sekundowych klatek. Dzisiaj jest czwartek, wczoraj był poniedziałek, co więc się stało z wtorkiem i środą? A gdzie umknął mi styczeń, skoro pamiętam z niego parę obrazów mogących wypełnić sobą ledwie kilka dni?
Już wiosna. Oczywiście cieszę się nią, ale i wstecz się oglądam, żałując zbyt szybko mijającego czasu.