Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 5 kwietnia 2019

Rozstanie, ale nie pożegnanie

310319
Z Chrośnicy południowymi zboczami masywu Okola na Pańską Wysoczkę i na Okole. Miejsce Za mostem, Gackowa, Krzyżowa, kamieniołom na Widoku, zboczami Łysej Góry i Leśnicy pod Skibę, podnóżem Chrośnickich Kop do Przełęczy Chrośnickiej. Zboczami Kopy i Lastka do Chrośnicy.

Wiele już razy chciałem się nasycić wędrówką na zapas, ale nigdy mi się nie udało, jednak prób nie poniechałem; dzisiejsza była kolejną, podjętą na zakończenie mojego górskiego sezonu. Może jeszcze pojadę raz czy dwa, kradnąc dzień karuzelowemu molochowi, ale patykiem na wodzie te plany pisane.
Zwykle trasę buduję, o ile w ogóle mam jakiś plan, ponieważ czasami jadę zupełnie na oślep, więc buduję wokół jakiegoś wspomnienia, jednego czy dwóch miejsc, które chciałbym zobaczyć. Dzisiaj była to chęć zobaczenia nowego tarasu widokowego na Okolu i odwiedzenie Gackowej. Gdy nad mapą łączyłem te dwa miejsca, pojawiły się wspomnienia innych, i w rezultacie przeszedłem zakręconą pętlę o obwodzie 25, a raczej 30 kilometrów, jeśli uwzględnić myszkowanie w pobliżu trasy. Nieco obawiałem się stanu moich nóg pod wieczór, ale obawy były płonne, jako że niosły mnie bez trudu do ostatnich metrów, co odnotowałem z satysfakcją zrozumiałą dla równolatków.
Wyszedłem z Chrośnicy wkrótce po nastaniu dnia i wszedłem na odkryte stoki masywu Leśniak-Okole. Na długości paru kilometrów są tam widok na trzy strony świata, na wiele kaczawskich szczytów, i to z tych najbardziej lubianych i widokowych, a są miejsca, z których widać Karkonosze i Góry Wałbrzyskie. Do ideału zabrakło dobrej przejrzystości powietrza; szczyty odległe o kilka kilometrów niewiele już odróżniały się od lekko zachmurzonego nieba. Cóż, żadna nowina dla zimowego wędrowcy. Za to było sucho i dość ciepło, w czasie przerw mogłem siadać wprost na ziemi.
W kilku miejscach przekraczałem strumyki zaczynające się niewiele wyżej, trafiłem też na źródełko czyste, jasne i dźwięczne. Ujęty jego urodą poszedłem wzdłuż strumyka, ale niewiele dalej znikł, biedak, wciągnięty na powrót w ziemię. Poczułem dziwny w tych okolicznościach smutek i… oszukanie.
Ciekawy byłem, czy bez poszukiwań odnajdę drogę na Pańską Wysoczkę. To niewielki wzgórek na dużym zboczu Okola, poza bardzo gęstym młodniakiem brzozowym nic tam nie ma, ale gdy trafi się na szczyt, widoki są przednie; przyciągała mnie też pamięć pierwszego, nieudanego, poszukiwania drogi na szczyt wśród gęstwiny brzeziny. Tym razem udało się bez pudła, a że w pobliżu wycięto nadpalony pożarem las, odnalazłem skały, które dobrze widać z drogi biegnącej dołem; są zaznaczone na mapie. Na ostro zakończonej, postrzępionej ścianie widać warstwową strukturę skał, zapewne osadowych, czyli wtórnie utworzonych, a ciekawość budzi skośne ułożenie warstw; patrząc na te struktury, może próbować wyobrazić sobie potężne siły górotwórcze wypychające skały z wnętrza ziemi i ustawiające miliony ich ton silnie nachylonymi. 


Wspomniałem o widocznych tam śladach pożaru. Zapewne likwidując jego skutki, wycięto zarośla, a na odkrytym zboczu zasadzono świerki. Mówi się o nadmiernej, może nawet rabunkowej eksploatacji polskich lasów, jednak w wielu miejscach widać też starania leśników o lasy w przyszłości. Wspomnę tutaj, obok nowych zasadzeń, często widywane małe siewki pomalowane specjalną farbą dla ich ochrony przez zwierzyną; nierzadko widziałem takie zabezpieczenia w dzikich, trudno dostępnych ostępach.
Sprawiłem sobie przyjemność pamiętaniem o skrócie omijającym zakole niebieskiego szlaku na zboczu Okola, a gdy wróciłem na szlak, zobaczyłem coś, co zdziwiło mnie: widzianą po raz pierwszy w życiu specjalnie zrobioną ścieżkę rowerową z utwardzoną powierzchnią. Miała szerokość połowy metra i ostro kluczyła między drzewami. W internecie poznałem angielską nazwę: to single track. Przyznam, iż jazda tą ścieżką wymaga sporej umiejętności, skoro drzewa mija się tam dosłownie o centymetry, ale za to pod kołami nie będzie błota ani korzeni.

Pod szczytem Okola, obok altanki z ławami, stoi tablica informacyjna. Mowa w niej o budowie tarasu widokowego w celu ochrony przyrody przed ludźmi. Użyto tam rzadkiego słowa antropopresja. Jest poprawne i zrozumiałe samo przez się, więc nie wiem czemu nie spodobało mi się, ale nie o tym swoim wrażeniu chciałem napisać, a o samym zamyśle ochrony przyrody ułatwieniami i atrakcjami, skoro sprowadzają one większą ilość ludzi. Widać to bardzo wyraźnie na Trójgarbie, gdzie z powodu postawionej tam wieży widokowej, ruch się zrobił jak na deptaku. A dużo ludzi, to dużo śmieci i ścieżki wydeptane do gołej ziemi. W górach, gdzie jej niewiele, a opady większe, w miejscach niezwiązanych korzeniami roślin, ziemia szybko jest spłukiwana. Równowaga górskiej przyrody jest chwiejniejsza od tej z dolin, więc dla zmniejszenia antropopresji na otoczenie, należałoby zasypać ścieżki kamieniami, a nie wyrównywać je i budować widokowe miejsca. Któregoś dnia wdrapałem się na szczytową skałę korzystając z pomocy drzewka rosnącego na pionowej ścianie, teraz wchodzi się tam po szerokich stopniach. Nie bez związku było przyjście dwóch osób chwilę po moim wejściu na taras – na pewno nie ostatni ludzie w ciągu dnia.



Nie, nie jestem zazdrosny o moje góry, chciałbym jedynie widzieć je mniej zaśmiecone, ciche i puste. Na szczęście przeciętni turyści wiedzą tylko o Okolu i Skopcu. Te dwa miejsca im zostawiam, setki innych są moje a tamtym nieznane – i tak jest dobrze.
Słowo o konstrukcji, jakżeby inaczej. Nie mam zastrzeżeń, poza bardzo źle, wbrew podstawowym zasadom, wykonanymi metalowymi podporami barier. Wykonał je ktoś, kto nie ma pojęcia o działaniu sił i zachowaniu się konstrukcji.
Schodziłem nieznaną mi szutrową drogą w dolinę, a Gackowa rosła przede mną, gdy byłem niżej nawet potężniała. Ładny widok, ale droga najwyraźniej zdążała w dolinę na lewo od góry, a ja miałem iść na drugą stronę, do miejsca zwanego Za mostem. Udało mi się znaleźć jakiś mało wyraźny dukt, nie ufałem mu, ale że zmierzał w dobrą stronę, poszedłem. Moją nieufność odwzajemnił doprowadzeniem mnie do uroczego lasu. Wysokie, duże, luźno rosnące świerki stojące na szeroko rozwartych korzeniach, wokół zielony kobierzec mchu i niezdecydowany w swoim biegu strumyk. Aparat oślepł od jasnych plam słońca, moje oczy widziały ładną grę słonecznego światła na drzewach i mchach. Gdy wyszedłem zza zakrętu, poznałem miejsce: Za mostem. Za szybko skończyła się ta droga, więc dla przedłużenia chwil usiadłem na brzegu leśnej drogi i patrzyłem.
W ciągu dnia zapominałem o tym, że ten dzień jest ostatnim, a gdy uświadamiałem sobie koniec sezonu, zapewne przedostatniego, co chwilom dodawało wagi, zatrzymywałem się i patrzyłem. Patrzyłem, jak może patrzy człowiek na bliską mu osobę przed pożegnaniem. Była też odrobina zazdrości i poczucia niesprawiedliwości: ja wyjadę, a te miejsca zostaną i cieszyć będą inne oczy.
Rosnący na Gackowej buk znam, jest jednym z pamiętanych drzew w tych górach, ale dzisiaj, gdy zobaczyłem go ponownie, wydał się jeszcze ładniejszy i bardziej imponujący. Potężny, prosty i zdrowy pień, a nad nim wielka, największa z widzianych, gęstwina konarów. Chodziłem wokół drzewa z zadartą głową i po prostu podziwiałem. Drzewo nie tylko po prostu stoi i rośnie, ono żyje! To żywy osobnik, jego geny są zrozumiałe dla naszej komórkowej maszynerii produkcyjnej, ponieważ wszystko, co żywe, jest z sobą spokrewnione.



Odkąd w pełni uświadomiłem sobie ten fakt, inaczej patrzę na drzewa – właśnie jak na żywą istotę. Czasami stanę nad świeżo ściętym drzewem, nad powalonym martwym olbrzymem, i odczuwam żal. Wiem, że irracjonalne to odczucie, jak tamten smutek nad wsiąkającym w ziemię strumykiem, ale tak czuję.
Miary nie miałem, ale dokładnie zmierzyłem jego obwód przykładając do pnia kij. Po powrocie zmierzyłem jego długość, okazało się, że drzewo ma około pięć metrów obwodu, czyli półtora metra średnicy. W pełni zasługuje na chroniącą go tabliczkę pomnika przyrody. Z ciekawości zajrzałem teraz na odpowiednią stronę i tam dowiedziałem się, że dla buków granicznym wymiarem jest 310 cm obwodu; ten przekracza próg o niemal dwa metry. Może zmobilizuję się i napiszę nadleśnictwa?…
Od Gackowej aż do lasów Łysej Góry szedłem odkrytymi zboczami wzgórz, moje góry mając wokół siebie. Jedne zostawały ze mną długo, inne szybko znikały gdzieś po drodze, ale w ich miejsce pojawiały się inne, albo te same, widziane jednak z innej strony, odmienione, ciekawe i ładne. Tylko paskudny beton na szczycie Krzyżowej był taki jak zwykle. Gdy jestem tam, szybko wchodzę po betonowych stopniach i już nie patrzę pod nogi, a tylko w dal bardzo tam widokową. Dwakroć ukrzyżowano tę górę. Pierwszy raz stawiając na niej krzyż, drugi raz zalewając szczyt betonem.


Widząc duży głóg skręciłem ku niemu. Pnie tych roślin są zwykle niziutkie, konary wyrastają już 20 czy 30 centymetrów nad ziemią, a niemal zawsze są bardzo liczne i bardzo ze sobą poplątane. Piszę tutaj o powszechnie spotykanych głogach jednoszyjkowych. Lubię patrzeć na gęstwinę ich gałęzi, lubię gubić wzrok w tym poplątaniu. Głóg rósł na brzegu strumienia, o metr od źródła. Gdy zajrzałem między gałęzie, zobaczyłem oponę samochodową. Odwróciłem się zniechęcony. Chwilę patrzyłem w dal nie bardzo ją widząc, a gdy wyostrzyłem wzrok i uświadomiłem sobie patrzenie na Przełęcz pod Kobyłą, odległą o 2-3 kilometry, wspomniałem duży i ładny głóg tam rosnący. Szukałem go wzrokiem, pamiętam dokładnie gdzie rośnie, ale nie dojrzałem go. Może był za daleko? Westchnąłem i poszedłem dalej.
W pobliżu przełęczy Widok jest stary kamieniołom, a jakoś tak się składało, że dopiero dzisiaj poznałem go. Owszem, w niektórych miejscach kształty poszarpanych skał i ich kolory są ładne, ale dopiero kępy podbiałów, delikatnych i tak cudnych swoją złożonością, w zestawieniu z martwymi skałami zrobiły wrażenie. Niestety, nie dały się sfotografować. Mimo iż cały obszar ustalania ostrości wypełniony był kwiatkiem, aparat uparcie ostrzył na trawę i nawet jej zasłanianie dłonią nie pomagało. Zamieszczone zdjęcie wykonałem w poprzednim roku. Czy widzicie bajeczną jego konstrukcję? Toż to bukiet cały, kwiatuszki w kwiatku – cud natury.


Jesienią udało się nam (szedłem wtedy z Jankiem) przejść wygodnymi przejściami istny labirynt łąk wrzynających się w las i pasemek lasu schodzących w dół po łąkach na zboczu Łysej Góry. Wiedziałem, że trudno będzie powtórzyć przejście, a dzisiaj znalazłem potwierdzenie. Przeszedłem bez przedzierania się przez chaszcze, ale sporo kluczyłem i na koniec wyniosło mnie paręset metrów w bok od właściwego miejsca.
Szedłem pod górę bez drogi, wyszukując dogodne przejścia, ale i skręcałem tam gdzie było ładnie, w cieniste zakamarki, szedłem ścieżkami zwierząt między drzewami i pod kolczastymi gałęziami w znalezionym tam lasku głogowym. Podobała mi się ta wędrówka. Cisza tam panująca przerywana jedynie szczekaniem saren, pewność niespotkania nikogo poza nimi, zapomniane, zarastające dróżki, sobie samej zostawiona przyroda, drzewa i wrażenia. Na niewielkiej polance odwróciłem się i zobaczyłem ładne, odkryte zbocza Zazdrośnika; dlaczego nie byłem tam jeszcze?
Widoki z przełęczy pod Skibą warte są kontemplacji, więc siedziałem i pijąc resztkę herbaty patrzyłem. To miejsce, jak niemal wszystkie przełęcze, jest czarodziejskie, ponieważ odsłania nowe krainy, pasma i szczyty. Za sobą zostawiam te znane, widziane w czasie drogi, po drugiej stronie czekają nowe. Wystarczy podejść pod siodło przełęczy, a wynurzą się dla nas z niebytu.

W oddali majaczył przymglony Stromiec. Wiedziałem, że skrajem lasów Chrośnickich Kop będę szedł póki ta góra nie będzie dokładnie po lewej, wtedy wejdę w las po prawej i po chwili trafię na drogę pnącą się ku przełęczy – na drugą stronę Kop. Łąki są tam ogrodzone, pasie się bydło. Wiele razy przekraczałem elektryczne ogrodzenia, a gdy na jednej z łąk zobaczyłem krowy, skręciłem bliżej lasu; wśród drzew bezpieczniej. Będąc bliżej zobaczyłem, że wielka krowa była bykiem, co poznałem po jednym cycku wiszącym w nietypowym dla krowy miejscu. I patrzył się na mnie bykiem!
W paru miejscach widziałem skupiska wierzb iw. Nie są urodziwe te drzewa, ale przyciągają wzrok. Często widzę przewrócone, niemal całkowicie wyłamana drzewa lub konary, na pół spróchniałe, omszałe, ale wypuszczające młode pędy. Bywa, że te pędy nabierają rozmiarów sporych drzewek i swoją ilością tworzą żywy gąszcz wśród rozsypujących się szczątków innych, albo też i rodzicielskich iw. Wrażenie robią swoją żywotnością, czy raczej żywiołowością.


Mówi się o starych wiązach jako drzewach mogących straszyć, zwłaszcza o zmroku, swoimi rosochatymi kształtami; czasami widuję takie, jednak nie mniejsze wrażenie czynią skupiska wierzb iw, chociaż więcej smutku budzą niż strachu.
Na stoku Kopy (bywa też używana nazwa Kazalnicy), góry w paśmie Chrośnickich Kop, na brzegu rozległej i bardzo ładnej brzeziny, znalazłem jesion mogący straszyć niesamowicie wyglądającymi naroślami. Na zdjęciu widać fragment młodego konaru wyrastającego pionowo w górę – to jedna z cech charakterystycznych dla tych drzew bardzo starych jako gatunek.

Jeszcze tylko pokręciłem się między Kopą a moim Lastkiem, jeszcze odwiedziłem znaną i lubianą wierzbę-samotnicę, i skręciłem ku wsi, kończąc ostatnią wędrówkę sezonu.
W dwanaście godzin później odpaliłem swoją scanię i czując tremę, jak zwykle po półrocznej przerwie, ruszyłem w drogę.












7 komentarzy:

  1. Dobry wieczór Krzysztofie.
    Miałem na dzisiejszy, wreszcie wolny wieczór, przygotowany specjalny "plan działania". Jutro i pojutrze dzień wolny od pracy, a więc mogę trochę dłużej posiedzieć. Żona i córka mają z rana jakieś wspólne plany, a więc poszły szybciej spać i zostawiły mnie samego... Przy takim obrocie spraw usiadłem sobie spokojnie w dużym pokoju, nalałem ulubionego piwa z Aldiego, na słuchawki wrzuciłem "The Best of Pink Floyd", a w ściszonym telewizorze pozwoliłem aby Rosjanie i Japończycy rozegrali do końca partię curlingu. W takich sielankowych okolicznościach chciałem "napocząć" dopiero co dostarczoną z Polski książkę. No, ale myślę sobie tak: "Wejdę jeszcze na chwilkę na stronę Krzysztofa i zobaczę czy jest coś nowego"... No i to był błąd, bo jest tu kilka nowych postów, które chciałbym spokojnie przeczytać, ale książka aż woła ze stołu aby się za nią złapać. No nie wiem, może Ty mi poradzisz?

    Pozdrawiam,
    Piotr.
    P.S. A, zapomniałem powiedzieć jaka książka mi dzisiaj z Polski przyjechała. Oto ona:

    https://www.dropbox.com/s/skqzwzd81vt3n4w/20190405_222036.jpg?dl=0

    Jeszcze raz pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piotrze, to zaczyna przypominać stan oblężenie: na ekranie Krzysiek, w książce Krzysiek :-)
      Dziękuję za obecność i za zakup książki. Co najpierw czytać? Mimo wygody i ekologii, wolę trzymać w ręku papierową książkę niż czytnik czy laptopa. Słowa wydrukowane na papierze mają inną wagę, chociaż nie wiem jak to uzasadnić, nadto jakby żyły swoim życiem, co też trudno wyjaśnić.
      Jednak w książce są opisy tylko niewielkiej części moich wędrówek, natomiast na blogu są niemal wszystkie. Teraz w pamięci oszacowałem objętość tekstów tutaj opublikowanych, i wyszło mi, że jest ich około dwa tysiące typowych stron książkowego formatu. Boże drogi, tyle słów…
      Cenię Pink Floyd. Były czasy, gdy ja i mój starszy syn często słuchaliśmy ich utworów. Od wielu lat słucham klasycznej muzyki, zwłaszcza barokowej, a wspominam o tym, ponieważ mam w swoich zbiorach parę utworów Fink Floyd w wersji na orkiestrę symfoniczną.
      Przerwałem pisanie i kazałem wyświetlić utwory tego zespołu, zajmują sześć godzin. Właśnie włączyłem Time w wykonaniu na orkiestrę :-)

      Usuń
    2. Money kiedyś wysłuchałem setki razy.
      Nobody home jest cudne na orkiestrę. Ciekawe, co powiedziałbyś na takie wykonanie...

      Usuń
    3. A ja dodam, że to jest potrójne oblężenie.
      Krzysiek, zapomniałeś o piwie?

      Usuń
    4. Faktycznie! A kufelek słusznej pojemności :-)
      Mam w lodówce, wypiję, ale troszkę później, bliżej końca wieczoru.
      Janku, a kiedy zamieścisz zaległe opisy? Jak udaje Ci się zamieścić aktywny link, nie wiem. Chyba masz jakiś specjalny komputer albo co.

      Usuń
  2. No, to zatoczyłeś solidne pętlisko:-)
    Po przeczytaniu tego postu odczułam żal, razem z Tobą, że już zaczyna się karuzelowy zawrót głowy i zostawiasz na długi czas swoje góry, będzie mi brakowało tych wypraw w Kaczawy, jak i gdzie indziej; ale mam nadzieję, że i w nowych miejscach zobaczysz coś ciekawego i napiszesz o nich; beton na szczycie, to coś okropnego, tyle kamienia różnego do wykorzystania, a tu beton leją; tak podobają mi się utwardzenia kamienne, jeśli nie z płyt, to bruk "kocie łby", ale to ja, a inni mają zupełnie odmienne zdanie i spojrzenie na świat; podobają mi się te uroczyska, czasami nietknięte przez ludzi, z powalonymi drzewami, omszone pnie, powykręcane gałęzie i lusterka wody, tak pierwotnie jakby; piszesz o lasach ... cierpię, kiedy jadę przez nasze lasy, ogołocone z pomnikowych drzew, olbrzymy leżą przy drodze, rachityczne drzewka dopiero posadzone nie wiem kiedy urosną; na jak długo wystarczy lasu na taki rabunek, co nam zostanie; Las Niemiecki był kiedyś wielką gęstwiną, teraz widać Kopystańkę, boję się, że przyjdą wkrótce za naszą drogę i wytną również to, co pozostało:-( pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za Twój żal, Mario. Miło mi czytać takie słowa. Mam nadzieję na napisanie w czasie sezonu karuzelowego paru tekstów o górach. Myślę, że uda się wyskoczyć na wędrówkę w niedzielę za 2 lub za 3 tygodnie. Będzie już zielono i zobaczę mało znane oblicze moich gór.
      W uznawaniu za ładne połączenia kamienia i drewna jesteśmy podobni. Dodałbym jeszcze tradycyjną czerwoną cegłę wypalaną, chociaż z tego powodu ekologiczna to ona nie jest. Mój wymarzony dom zbudowany byłby z kamienia, cegły i drewna. Miałby duży salon z wielkim kominkiem, w którym paliłbym w zimie solidne polana.
      Przez wiele lat mieszkałem pod Lublinem, w wiosce Niemce. W tej nazwie jest zachowana stara historia: po wojnach z Krzyżakami, król Jagiełło osadzał jeńców wojennych na niezagospodarowanych ziemiach. Mogli żyć tam swobodnie, ale tylko tam. No i jak się domyślasz, pierwszymi mieszkańcami tej wioski byli Niemcy. Pamiętam las niemiecki z dawnych lat. Teraz rosną chaszcze i niewielkie drzewa nie mające wartości handlowej, czyli jest tak, jak u Ciebie. A słyszałem, że nierzadko Skandynawowie kupują drewno za granicą, nie chcąc wycinać swoich lasów, mimo iż mają ich dwa razy więcej niż Polacy. Co prawda są zamożniejsi od nas…

      Usuń