Etykiety

Moja książka

Miłość, muzyka i góry

060320 Narodziny powieści i książki Pomysł przyszedł mi do głowy w czasie przerwy w wędrówce po Górach Kaczawskich, na przedw...

środa, 29 kwietnia 2020

Jaśkowe miejsce, Jaśkowe uczucia

290420
Będąc na niedzielnej wędrówce, przechodziłem przez zbocze Ogiera w Górach Kaczawskich. Nie zamierzałem łączyć tej włóczęgi z napisaną powieścią, jednak tak wyszło, że przechodziłem obok miejsca w książce wymienianego.
Stosowny cytat i zdjęcia są tutaj.
Jeszcze przed początkiem książkowej akcji, mając wyjechać na kilka miesięcy, Jan żegnał się z kępką drzew na zboczu Ogiera. Niepojętym sposobem widziała go tam i słyszała Jasia.
Odkąd wykorzystałem miejsce w powieści, ilekroć widzę je będąc na Ogierze, myślę zupełnie nieracjonalnie: oni tutaj byli, patrzyli na te brzozy.
Dzisiaj chyba po raz pierwszy rozejrzałem się bardziej rzeczowo i stwierdziłem, że miejsce niezupełnie jest takie, jakim opisałem je w książce. Do lasu jest nie sto, a pięćdziesiąt metrów, a głogów nie ma wcale. Na małym kamienistym wybrzuszeniu zbocza góry rosną trzy brzozy i niewielki krzew różany. Z drugiej strony kępy zobaczyłem jakieś drzewko, a podszedłszy rozpoznałem niewielką jarzębinę. Obok przycupnęło maleńkie drzewko sięgające mi kolan. Nachyliłem się, to jarzębina, pewnie dziecko tej większej. Przy nich stoi pochylony, wymęczony, jakiś taki rachityczny krzew różany. Sprawdziłem, korzeniami trzyma się ziemi i nie jest uschnięty. Może w tym roku uda mi się zobaczyć kwiaty tych krzewów?
Gdzie ja tam dostrzegłem głóg? Ale czy prawda literacka musi pokrywać się z prawdą realiów?
Miejsce było i jest lubiane i po prostu ładne. Od strony opadającego zbocza kilka kamieni układają się w wygodne siedzisko. Siedząc tam, pod zwisającymi gałązkami brzozy, na wprost mam piękny i daleki widok na górną część Trzmielowej Doliny i Wysoczkę, a dalej Sokoliki i kawał Rudaw, a horyzont zamyka rozległa i wyniosła ściana Karkonoszy.
Myślę, że właśnie pamięć o tym ładnym miejscu podsunęła mi pomysł na skierowanie tam Jasiów.
Teraz to miejsce dzielę z nimi.


W portalu lubimyczytac.pl, na stronie książki pojawił się odnośnik do nowej recenzji. Jest zamieszczona na blogu nieznanej mi czytelniczki Anny. Tutaj można się z nią zapoznać.
Każdą recenzję swoich książek czytam z ciekawością i każda mnie cieszy. Łatwo o tą radość, bo negatywnej oceny jeszcze nie było. W przypadku tej książki moja ciekawość wynika z jej odmienności od poprzednich, no i oczywiście tematu, w którym ja, mężczyzna, nie czuję się zbyt pewnie. Obawiałem się, na przykład, uznania treści za zbyt ckliwą, a okazało się, że już druga recenzentka, a także redaktorka wydawnictwa, która napisała tekst na okładkę, uznały uczucie nakreślone w powieści za tak bardzo bezwarunkowe, bezinteresowne, tak bezgraniczne, że naturalnym dla tych pań było pytanie o możliwość zaistnienia takiej miłości.
Przyznam, że nieco zaskoczyły mnie, ale od razu zaznaczę, że bez negatywnych odczuć, nie, a nawet wprost przeciwnie – czytałem te słowa z przyjemnością, jednak ślad zdziwienia we mnie jest.
Dlaczego?
Ponieważ wcale nie starałem się nakreślić idealnego uczucia ani takiego związku. Do tego stopnia nie, że i teraz nie dostrzegam tej idealności, a po prostu udany związek dwojga ludzi.
Niezależnie od innych ludzi, sam doszedłem do prawdy o naszym przeżywaniu mającym zasadnicze znaczenie w życiu, także w odbiorze literatury.
Tyle jest obrazów świata, ilu jest ludzi, ponieważ każdy widzi nieco inaczej. Oczywiście nie o cechy wzroku chodzi, a o to wszystko, co nasz duch dodaje do widzianego, słyszanego, czytanego, przeżywanego.
Ta prawda wzmaga moją ciekawość recenzji tej powieści.
Właśnie z jej powodu w każdej recenzji, jeśli tylko napisana była szczerze, czyli w zgodzie ze swoimi odczuciami, czytać można o nieco innym odbiorze opowieści. Recenzenci większą wagę przykładają do innych szczegółów i inaczej je interpretują. Nie to, że źle, absolutnie nie. Po prostu inaczej niż inni i ja sam. Ta różnorodność fascynuje i ciekawi.

Autorce ostatniej recenzji odpowiedziałem, że chyba ze dwa razy leciutko nakreśliłem możliwe dysharmonie w ich związku, a nie chciałem rozwijać tych pobocznych tematów z dwóch powodów. Nie czuję się pewnie jako autor powieści, a zwłaszcza o miłości, to powód pierwszy. Drugi jest rezultatem przyjętej kompozycji. Otóż narratorem jest Jan, ale nie opowiada historii w czasie rzeczywistym, a wspomina minione lata. Czytelnicy czytają więc jego pamiętnik. Skoro tak, uznałem, że nie na miejscu będzie pisanie o ich ewentualnych kłopotach małżeńskich. Wszak w pamięci nadal kochającego mężczyzny wspomnienia będą wygładzone i wybiórcze, co i sam Jan sugeruje.
Może i były gorsze nasze dni, ale pamiętam tylko te dobre.” – napisał w swoim pamiętniku.
Przyznam jednak, że te nieliczne ślady zostawiłem specjalnie, ponieważ ja sam, osobiście, że tak się wyrażę, nie odczuwałem potrzeby tworzenia jakichś rys na obrazie ich uczucia, bo dla mnie naturalne były ich zachowania względem siebie i ich odczuwanie miłości.
Bez zniekształcających rys.

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

O polszczyźnie

190420

Pisałem już, ale się powtórzę: listów nie zaczynamy słowem „witam”.
To słowo nie tylko brzmi protekcjonalnie, ale i po prostu nie pasuje do okoliczności.
Szukając wyjaśnienia innej mojej wątpliwości językowej, a często je miewam, znalazłem w poradni językowej PWN odpowiedź na zapytanie czytelnika.

„Zwrot do adresata w formie Witam słusznie wywołuje Pana negatywną reakcję, ponieważ wyraża wyższość nadawcy wobec odbiorcy, co nie zawsze odpowiada rzeczywistej relacji łączącej partnerów korespondencji (z moich obserwacji wynika, że częściej jej nie odpowiada, niż odpowiada). Stosownie użyta forma Witam / Witamy dotyczy tylko takich sytuacji, jak powitanie gości przez gospodarzy czy powitanie odbiorców radiowych i telewizyjnych wypowiadane przez prowadzących audycje.

Małgorzata Marcjanik, prof., Uniwersytet Warszawski”

Dokładnie tak. Proszę zwrócić uwagę na podpis. Profesura jest najwyższym stopniem naukowym, czyli pani Marcjanik dobrze wie, jak być powinno i dlaczego tak, a nie inaczej.
Rzadko poddaję się ocenom autorytetów, jednak gdy inny profesor (też na stronie PWN) uznał, że Internet powinno się pisać wielką literą, staram się tak pisać, mimo swoich wątpliwości. Bo ja nie jestem, jak on, polonistą z tytułem profesora.
Chciałem też zwrócić uwagę na ostatnie słowo wypowiedzi pani Marcjanik, na słowo „audycje”, obecnie właściwie już nieużywane, zastąpione słowem „program”.
Program jest zestawem audycji, a nie audycją. Mówić o programie w sensie audycji to trochę tak, jak mówić o zjedzeniu menu w restauracji.
Słowo ma oczywiście i drugie znaczenie: program komputerowy, ale to wyrażenie coraz częściej jest zastępowane słowem aplikacja. Tak więc w nowej polszczyźnie zarówno program komputerowy, jak i złożenie podania (mówi się o aplikowaniu), a na dokładkę technika naszywanych zdobień, mają taką samą nazwę, właśnie aplikacja. Dziwna to dla mnie polszczyzna.

Oto jak ją postrzega polonista:

Aplikować ma w polszczyźnie kilka znaczeń, ale jeśli ktoś mówi „Jan Kowalski aplikuje do Policji” albo „Jan Kowalski aplikuje o pracę”, to mówi raczej po angielsku niż po polsku. Owszem, możemy złożyć aplikację o coś, np. o wizę, ale i tu prościej i zrozumialej byłoby złożyć wniosek lub podanie.
Mirosław Bańko, PWN”

Drugi głupi zwyczaj, to kończenie każdego listu słowem „pozdrawiam”. Lekki ton wyższości i zażyłości tutaj także pobrzmiewa – zupełnie niepasujący w liście do obcej osoby. To słowo można napisać na pocztówce wysyłanej znad morza, albo w liście do kolegi, a nie w każdej korespondencji. Dostaję list ze sklepu, są w nim trzy słowa, ale nadawca koniecznie musi mnie pozdrowić. Gdyby jeszcze postarał się o formę, ale gdzież tam! Po prostu jedno słowo. Pozdrawiam – i już. Jeśliby napisał „Życzę panu zdrowia w tych trudnych czasach”, przyjąłbym mile te słowa uznając je za dobrze napisane, ale tak nie jest. Ludzie niby pozdrawiają, ale szkoda im 15 sekund na jego wyrażenie, oni chcą pozdrowić mnie w dwie sekundy.
W nosie mam takie ich pozdrowienia, bo są nieszczere. Zwłaszcza, jeśli tekst listu nie jest przychylny albo po prostu rzeczowy. Szczytem lekceważenia odbiorcy listu jest skracanie tego jednego słowa do czterech liter: Pzdr.

Nie jestem nauczycielem, ale będąc Polakiem, mam prawo, a nawet pewnego rodzaju obowiązek, dbać o swój język ojczysty, dlatego pozwolę sobie na parę sugestii.

W naszym języku właściwie trudno rozpocząć list, zwłaszcza króciutki list służbowy. Pisząc do obcej osoby, najwłaściwiej jest napisać tradycyjne powitanie „Dzień dobry”. List do osoby, z którą prowadzimy korespondencję, także służbową, można, jeśli kontakty układają się dobrze, napisać „Dzień dobry, Pani Ewo”, chociaż uważam, że takie pisanie słowa „Pani”, wielką literą, pasuje tylko w wyjątkowych okolicznościach.
Ze znajomymi różnie: cześć, hej, Myszko, albo na sto innych sposobów, zależnie od stopnia zażyłości.
Na zakończenie listu piszemy różnie. Tradycyjna formuła „Z poważaniem” pasuje i teraz, ale nie w każdym liście, raczej w liście do osoby faktycznie poważanej, na której nam zależy lub mającej wysokie stanowisko w hierarchii społecznej. Listu do koleżanki tak nie zakończę, ale do Olgi Tokarczuk jak najbardziej.
W zwykłych notkach służbowych ten zwrot byłby nadęty i zafałszowany, w nich wystarczy sam podpis imieniem i nazwiskiem, ewentualnie z podaniem nazwy pełnionej funkcji lub dodając coś przed podpisem, na przykład „W oczekiwaniu na szybką odpowiedź”.
Jeśli się chce, można zakończyć list na wiele dobrych sposobów, tylko na ogół się nie chce, albo ludziom jest to obojętne. Bezrefleksyjnie piszą te swoje paskudne formułki, bo, jak się tłumaczą, wszyscy tak piszą.
Wszyscy dłubią w nosie, ale nie może to być usprawiedliwieniem dłubania publicznego.

Napiszę o jeszcze jednym rozpowszechnionym zwyczaju, chociaż akurat tutaj miewam wątpliwości, ponieważ piszą tak i osoby dobrze znające nasz język.
Typowy list zaczyna się teraz słowem lub słowami powitania, następnie przecinkiem i treścią listu pisaną małą literą od nowego wersetu.
Odbieram ten zwyczaj jako nieoczekiwanie odpowiedzi na powitanie i zaczynanie listu małą literą. Pisemnym wyrazem tego oczekiwania jest dla mnie kropka. Na niej się zatrzymujemy po przywitaniu, symbolicznie dając czas na odpowiedź, a list zaczynamy, jak każde nowe zdanie, wielką literą.
Często także w rozmowach telefonicznych słyszę to nieoczekiwanie odpowiedzi na powitanie: ludzie mówią np. „dzień dobry” i bez chwili przerwy mówią, co chcą powiedzieć. Mało tego! Kiedy ja w ten sposób pozdrowię swojego rozmówcę i zaczekam na odpowiedź, nierzadko słyszę ją z opóźnieniem, albo nutą z zdziwienia czy zaskoczenia w głosie.

Wypada mi zaznaczyć, że nie ogłaszam tutaj prawd ex cathedra, piszę o swoich zasadach, a profesorem nie jestem, więc znawca języka może wytknąć mi jakiś błąd. Wiem jednak, że nawet jeśli będą rozbieżności, to niewielkie.

Dopisek a propos.
W warsztacie zobaczyłem plastikowy pojemnik bez etykiety. Ktoś napisał flamastrem „będzyna”. Z drugiej strony inny poprawił na „bęłdzyna”. Później okazało się, że ten drugi napis był dowcipem kogoś, kto wie, jak się pisze. Ten kolega podał mi przykład napisu, który ostatnio zauważył w pracy: priśnic. Kiedyś chciałem zapisywać przykłady tej okropnej twórczości słownej, ale nie zapisywałem; szkoda, bo przez wszystkie lata tutaj przepracowane zebrałbym niemały słowniczek. Pamiętam jednak pierwsze dwa słowa, z jakimi się zetknąłem: pszut i pszewut.

Dopisek wcale nie a propos.
Parę tygodni temu przeczytałem dwie zupełnie odmienne w swojej wymowie wiadomości. Oto one:

„Ksiądz Tadeusz Guz, wykładowca KUL, na antenie TV Trwam przekonywał, że na mszy nie można się zarazić, gdyż w akcie świętym wirusy nie mogą się roznosić, a jak Polska będzie "bogata Bogiem" to wygra z epidemią. Wg Guza kapłan nie może zarażać, bo jego dłonie są konsekrowane w sposób nadprzyrodzony.”

„Wiesław Nowak, właściciel krakowskiej firmy montażowo-remontowej Novmar wyczarterował samolot, by ściągnąć do kraju swych 45 pracowników ze zlecenia w Hiszpanii, gdyż byli oni zaniepokojeni epidemią. Samolot zorganizował w 2 dni. Następnie wynajął wszystkim mieszkania na 2 tyg. kwarantanny przed powrotem do rodzin.”

Kiedy powiedziałem koledze w pracy o słowach księdza, ten wyraził zdziwienie, że istnieje jeszcze taka ciemnota. Wagi jego słów dodaje fakt bycia przez niego praktykującym katolikiem.
Słowa księdza odbieram nieco inaczej. Są dla mnie przykładem niszczącego myślenie wpływu religii. Rozdzielam tutaj prywatną wiarę ludzi w Boga, od instytucji religijnych wymyślających dziwaczne dogmaty.
Ten człowiek po prostu wierzy w to, co mówi. Sama w sobie taka wiara nie jest zła, ale może być niebezpieczna.
Nie znajduję zasadniczych różnic między poglądem tego uniwersyteckiego (sic!) wykładowcy, a wiarą tych muzułmanów, którzy giną w samobójczych zamachach, wierząc w spodobanie się Bogu ich czynu.
Władze KUL powinny, w obronie swojej opinii jako ośrodka uniwersyteckiego, stanowczo zakazać wygłaszania takich bzdur swojemu pracownikowi.
A panu Nowakowi bije brawo. Jest jednym z nielicznych porządnych biznesmenów.
Ciekawe, czy pracownicy ściągnięci z Hiszpanii odwdzięczą się dobrą pracą, a powinni.

środa, 22 kwietnia 2020

Pieniądze i liczby, czyli znowu o wirusach

220420
Epidemia ma się dobrze, wirusy fruwają w powietrzu i nie zamierzają przejść do defensywy, a rząd ogłasza harmonogram złagodzenia obostrzeń. Spotkałem się w Internecie ze słowami zdziwienia w związku z tymi faktami, ale rozumiem motywy decyzji rządu.
Już niedługo zdecydowana większość firm będzie działać, chociaż z zachowaniem pewnych zasad bezpieczeństwa, jak te nieszczęsne maski, przez które tak źle się oddycha i z powodu których mieć będziemy odstające uszy. Powód jest jeden, ale zasadniczej wagi: pieniądze.
Tak naprawdę one są najważniejsze.
Owszem, mówi to osoba twierdząca, że daleka jest od materializmu i konsumpcjonizmu. Już wyjaśniam.
Pieniądz nie jest papierkiem z nadrukiem (ostatnio coraz częściej zastępowanym danymi cyfrowymi w bankowym serwerze), jest ekwiwalentem towarów i usług, dobrym wtedy, gdy niełatwo go zdobyć, a łatwo wymienić na… na wszystko. Bez ograniczeń, chyba że kwotą samych pieniędzy.
Państwo, albo samorządy, co w sumie na jedno wychodzi, zabierają nam znaczną część naszych dochodów, finansując nimi najróżniejsze wydatki, w tym utrzymanie służby zdrowia, a w obecnym czasie te wydatki są znacznie większe. Dla swojego funkcjonowania szpital musi mieć zapewnione dostawy towarów i usług naprawdę wielu firm z różnych gałęzi gospodarki, a każdy z tych dostawców ma swoich dostawców. Wszak firma zapewniająca szpitalowi dostawy tlenu nie robi sama butli na sprężony gaz, ani nie jest wykonawcą urządzeń do oddzielania tego gazu z powietrza – przykład jeden z setek, albo i tysięcy.
Dostawy najważniejsze, mianowicie leków i – jak obecnie – testów, które w istocie są chemicznym produktem wyrafinowanego przemysłu farmaceutycznego, efektem wytężonej pracy wysokiej klasy specjalistów z zakresy biologii, wirusologii, immunologii i Bóg wie jakich jeszcze dziedzin, są produktami możliwymi do wytworzenia tylko w firmach mających odpowiednich fachowców i wyposażenie. Ci ludzie wiele lat zdobywali swoją wiedzę, opłacani przez państwo, a do jej wykorzystania potrzebują specjalistycznego i bardzo drogiego sprzętu.
Nie bez powodu możni tego świata macają się po kieszeni i wspomagają swoimi pieniędzmi szpitale i laboratoria.
Pieniądz jest napędem nie tylko gospodarki, ale i tych wszystkich firm i instytucji, po których możemy się spodziewać pomocy w walce z zarazą.
Nie lubię słowa pandemia, chociaż nie wiem dlaczego.
Czad czy inna Erytreja nie opracują dobrych leków na koronawirus nie dlatego, że mieszkają tam głupsi ludzie, chociaż zapewne są mniej wykształceni, a z powodu braku pieniędzy. Dzięki nim USA przoduje w tak wielu dziedzinach nauki i techniki. Amerykanów stać na sprowadzenie do miejscowych zakładów naukowych najlepszych specjalistów, kusząc ich wynagrodzeniem. Córka mojego znajomego z pracy od lat pracuję w USA, będąc wybitnym genetykiem. Pojechała, gdy zapoznała się z propozycją warunków zatrudnienia.
Nie siedzenie w domu w masce na twarzy uwolni nas od wirusa, chociaż zapobiegnie spiętrzeniu się ilości chorych i tym samym umożliwi w miarę normalne funkcjonowanie szpitali, a pieniądze. Jednak nie puste wydmuszki drukowane przez NBP, a prawdziwe pieniądze wymienialne na nowoczesne wyposażenie firm biochemicznych i ich produkty. Także na związane z zarazą liczne ostatnio zakupy za granicą. Wszak płacimy za nie walutą, a tę możemy mieć tylko wtedy, gdy nasze produkty sprzedamy w innych krajach.
To oczywiście warunek wstępny. Drugim i ostatecznym jest owocna praca tych firm.
Dobry pieniądz można mieć jedynie w rezultacie normalnego funkcjonowania gospodarki.
Chcąc więc walczyć z wirusem, załóżmy te cholerne maski na twarz i pójdźmy do roboty, aby swoją pracą nadać rzeczywistą wartość naszej walucie.
* * *
Chciałbym poruszyć jeszcze jeden temat związany z wirusem, jako że jest powodem manipulacji bądź nieporozumień.
Mieszkańców Polski jest 38 milionów, a Ziemię zamieszkuje 7,6 miliarda ludzi. W Polsce umiera około 400 tysięcy ludzi rocznie, na świecie około 55 milionów.
Inaczej mówiąc, bardziej obrazowo, co 80 sekund umiera jeden Polak, a na Ziemi w ciągu minuty umiera sto kilka osób, niemal dwie na sekundę.
Jeśli uzmysłowię sobie te liczby, czasami miewam wrażenie mieszkania w wielkiej kostnicy, albo przeżywania horroru, jakichś obłędnych, nieludzkich czasów zagłady, ale po chwili przychodzi refleksja: wszak to tylko prawo wielkich liczb, do których mój ludzki umysł nie jest przyzwyczajony.
Chodzi o to, że my nie czujemy, nie odbieramy wprost dużych liczb. One nie robią na nas wrażenia, bo cóż to znaczy sto milionów czy miliard?
Niedawno w pewnej dyskusji mówiłem o naszym niepojmowaniu dużych liczb na przykładzie dni naszego życia. Traktujemy dzień jak drobinkę niewiele znaczącą. Ot, wstaliśmy, poszliśmy do pracy, wróciliśmy, pokręciliśmy się chwilę po swojej życiowej przestrzeni i położyliśmy się spać. Aby do piątku, myślimy. A przecież całe nasze życie to ledwie dwadzieścia kilka tysięcy tych drobin, tych jętek jednodniówek. Dwadzieścia parę tysięcy, tylko tyle mamy, a gdy sięgnę pamięcią do zdarzeń sprzed półwiecza, wydają się tak bardzo odległe.
Jednym z powodów, może nawet głównym, jest nasza trudność w ogarnięciu wyobraźnią dużych liczb, mimo że w tym przypadku ledwie parę dziesiątek tysięcy mamy sobie wyobrazić. Cóż powiedzieć o dziesiątkach milionów, co o miliardach?
Właśnie zajrzałem do Internetu, na jednej ze stron podają ilości zgonów z powodu koronawirusa: w Polsce 404, na świecie prawie 180 000 osób.
Wszyscy zgodnie twierdzą, że te dane są zaniżone, także w naszym kraju, ale trudno mi opierać się tutaj na spekulacyjnych liczbach, zostanę przy oficjalnych. Pamiętajmy tylko, że w rzeczywistości są wyższe.
W ciągu miesiąca zarazy zmarło 400 osób zarażonych wirusem. To mniej niż ilość samobójstw w Polsce.
W tym czasie na inne choroby lub po prostu ze starości umarło 33 tysiące naszych rodaków.
W ciągu każdego miesiąca umiera na drogach 240 osób, a rannych jest blisko trzy tysiące osób. Mimo wielkości tych liczb, ludzie wsiadają do samochodu bez strachu, i nawet przekraczają bezpieczne szybkości.

Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi zapomina, albo nie zdaje sobie sprawy, z wymowy tych faktów.
A już zwłaszcza nie pomyślą o nich ci moi ulubieńcy, paru znajomych mężczyzn siedzących w zamkniętym sklepie i w panice trzęsących portkami.

sobota, 18 kwietnia 2020

O rzece pędzących samochodów

080420

Każdy, kto mnie zna, wie, jak daleki jestem od konsumpcjonizmu. Czasami myślę, że gdyby wielu ludzi miało taki stosunek do posiadania dóbr materialnych, jaki ja mam, dużo firm nie miałoby co robić. To powiązanie wskazuje na moje widzenie zagadnienia, ale po kolei.
Ukułem nawet powiedzenie o klasie człowieka objawiającej się posiadaniem niewielkiej ilości rzeczy. Niewiele posiadającego nie z powodu ubóstwa, a świadomego ograniczania konsumpcji. Jest w tym stanowisku trochę filozofii greckiego antyku, ale i wiele mojej pracy nad sobą oraz rezultatów rozmyślań o naszej cywilizacji, ekologii, o nas samych i naszych potrzebach.
Jednocześnie cieszy mnie rozwój gospodarczy Polski, nasze bogacenie się, doganianie zamożnych krajów Zachodu. Mimo dostrzegania w tym połączeniu pewnych znamion niespójności, z zadowoleniem dostrzegam w miastach place budów, a między miastami nowe odcinki dróg ekspresowych. Z satysfakcją słyszę o nowoczesnych firmach i nie przeszkadza mi codzienna ludzka krzątanina, a nawet dostrzegam w niej pozytywy dla społeczeństwa. Włączam w ten nurt wzrostu zamożności kraju moją możliwość spłacenia mieszkania i jeżdżenia samochodem w góry.
Dokucza mi znaczna ilość godzin mojej pracy, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę ze swoistego handlu: mój czas dany firmie, za pieniądze od niej. Coś za coś, i – co ważne – bez przymusu zewnętrznego. Wszak nie mam finansowego noża na gardle, i gdybym uznał, że zarabiane pieniądze kosztują mnie zbyt wiele, mogę zmienić pracę.
Szczerze mówiąc, wiele razy bliski byłem zwolnienia się z pracy z powodów stosunków tutaj panujących, ale powstrzymywała mnie myśl o tej rynnie, pod którą się wpada spod deszczu. Akurat tej cechy pracy nie zmieni się. Prywatnych znajomych dobieram sobie, współpracowników nie mogę.
Mój stan posiadania uznaję za niewielki. Przykłady? Mam smartfona kupionego parę lat temu za 250 złotych, laptopa kiedyś wartego tysiąc i samochód o obecnej wartości około dwóch tysięcy złotych. Będę nim jeździł póki się nie rozleci.
Przy tym nie odczuwam żadnego dyskomfortu psychicznego, a nawet wprost przeciwnie: czuję satysfakcję z tego powodu.
Jedyną moją finansową ekstrawagancją jest właśnie samochód utrzymywany głównie z powodu wyjazdów w góry. Nie mam więc dużego apetytu na dobra, jednakże gdyby moje dochody były bliskie minimalnych, nie byłoby mnie stać na własny pojazd, a wtedy wyjazdy w góry byłyby nader rzadkie.
Żeby zapewnić sobie te „luksusy” (cudzysłów jest tutaj zamierzoną ironią), a żonie środki na wydatki domowe i zabezpieczenie naszej starości, pracuję sporo ponad ustalone normy czasowe. Nie tylko ja – czasami pocieszam się tą myślą.
Młodzi biorą ślub i rozglądają się za mieszkaniem, chyba że dostaną je od rodziców. Załatwiają kredyt i spłacają go przez dwadzieścia lat kwotą przynajmniej tysiąca złotych miesięcznie, o ile mieszkanie jest małe. Albo kupują domek w szeregowcu, z malutkim ogródkiem, i płacą dwa tysiące miesięcznie. Spłacą, gdy on będzie miał siwe włosy na skroniach. Jeśli włączy piąty bieg (czytaj: będzie pracował od rana do wieczora), spłaci przed siwizną i przed zawałem.
Czy oni chcą wiele? Czy są konsumpcjonistami? W pewnej mierze tak, są, ale jakiż mają wybór? Przez ćwierćwiecze mieszkaliśmy, ja, żona i nasze dzieci, na stancjach, bo nie było nas stać nawet na kredyt, więc musiało stać na wynajmowanie lokum. Dla wielu alternatywą jest ciasnota i niewygody wspólnego mieszkania z rodzicami, albo – wizja zupełnie nierealna – w przyczepie kempingowej, jak to widziałem na filmie z USA. Kiedyś w Bieszczadach rozmawiałem z człowiekiem, który uciekł od cywilizacji. Mieszkał w kurnej chatce, a przy niej miał stoisko z badziewiastymi pamiątkami dla turystów; wszak nawet uciekinier musi jeść.
Czy takie mają być wybory tych „konsumpcjonistów” od mieszkania?
Co jakiś czas Google podsyła mi oferty luksusowych mieszkań, źle oceniając moje możliwości finansowe. Kiedyś zajrzałem, zaciekawiony wielkością mieszkania: miało ponad 500 metrów, całe najwyższe piętro wieżowca, a kosztowało pięć czy siedem, już nie pamiętam ile milionów. Ot, ciekawostka a propos, ale nieco mówiąca o rozpiętości potrzeb, czy raczej „potrzeb”.
W obecnych czasach za 10% przeciętnego wynagrodzenia można dobrze i zdrowo się wyżywić, a za drugą taką część ubrać. Resztę wydajemy na mieszkanie i rzeczy lub usługi drugiej potrzeby, nie niezbędne dla życia, chyba że utrzymujemy ze swoich dochodów inne osoby – najważniejszy, ale nie jedyny powodów naszej codziennej gonitwy.

Człowiek szczerze przeciwny konsumpcjonizmowi i ogólniej: współczesnemu tempu życia, powinien, aby zachować zgodność poglądów ze swoimi czynami, pracować na pół etatu. Albo mając czterdzieści lat zwolnić się i żyć z oszczędności. Że nie ma ich? To znaczy, że poddał się ogólnemu pędowi do posiadania.
Albo jeździł sobie, jak ja, kawał drogi samochodem dla połażenia po górach.
Tutaj powiem o ciekawym fakcie: nader nieliczne grupy ludzi nadal żyjących tak, jak żyli wszyscy ludzie tysiące lat temu, pracują niewiele. Przypominam sobie wyniki obserwacji pewnego plemienia afrykańskiego: pracują cztery godziny dziennie.
Tyle że oni nie płacą abonamentu na szerokopasmowy internet, nie jeżdżą na nartach we Włoszech ani nie łażą po Sudetach li tylko dla wrażeń estetycznych.
Krytycy konsumpcjonizm niezupełnie są w zgodzie ze swoimi poglądami, decydując się kupić jakiś produkt, zwłaszcza wyrafinowany i techniczny (lub usługę nie pierwszej potrzeby) ze względu na jego niską cenę, ponieważ taką jest z powodu wytwarzania i sprzedawania rzeczy w wielkich ilościach.
Krytykując więc zjawisko, korzystają z jego rezultatów.

Jednakże widzę u nas zakupowe rozpasanie.
Kupowanie nowych rzeczy, mimo że stare są całkiem dobre. Kupowanie tylko dlatego, że stać na zakup. Rzecz ma być nowsza, nowocześniejsza, modniejsza, większa, etc. Miał samochód za trzysta, kupił za sześćset tysięcy, pewnie następny kupi za milion. Bo go stać. Bo pracuje na to – tak właśnie tłumaczy ubogość swojego życia.
Oto zobrazowanie powiedzenia jakże trafnego: to, co człowiekowi konieczne jest do życia, rozciąga się od kromki chleba do prywatnego odrzutowca.
Jedni ludzie z konieczności zaprzęgają się do kieratu, drudzy z wyboru. Bo chcą mieć coraz więcej. Bo są na tyle biedni, że nie znajdują innego uzasadnienia dla swojej wielogodzinnej pracy i nie mogą się oprzeć manii posiadania i pokazania.
Trzecia grupa tkwi pośrodku, mając trochę cech pierwszych, trochę drugich; do tej grupy i siebie zaliczam z powodu samochodu.
W rezultacie wszystko wokół nas pędzi od rana. Obok widzę jedną z głównych ulic miasta; cały dzień szumi samochodami. Gdzież tak się spieszą? Różnie. Starają się zapracować na ratę lub dołożyć kolejny tysiąc do portfela i w końcu kupić wymarzony samochód nafaszerowany gadżetami lub telewizor od ściany do ściany. A ci pędzący w przeciwną stronę jadą do sklepu sportowego po nowe narty, bo w piątek wyruszają w Alpy, albo do biedronki na cotygodniowe skromne zakupy. Różnie.
Czy ich potępiam? W tym tekście chciałem przede wszystkim pokazać, jak złożone są czynniki działające na gospodarkę i wielorakie wpływy na nas samych. Trudno więc o łatwe potępianie, jak i chwalenie bez kilku zastrzeżeń.
Każdy z tamtych ludzi na swój sposób napędza gospodarkę. Jest jednocześnie dostarczycielem dóbr i ich konsumentem.
Jeśliby przerzedzić ten niekończący się sznur samochodów, jak dzieje się teraz z powodu ograniczeń w przemieszczaniu się i zwolnionego tempa pracy wielu firm, w oszałamiająco skomplikowanym systemie połączonych rurek zwanym gospodarką, zazgrzytają zawory, utrudniając przepływ pieniędzy, towarów i usług.
Zamknięcie jednej firmy nic nie zmienia, zamknięcie tysięcy owszem, i to nieważne, w jakich branżach, ponieważ przez wspomniane połączenie, z opóźnieniem jako skutkiem kolejnych zależności, poziom obniży się wszędzie.
Pozbawiony dochodów pracownik biura turystycznego nie kupi nowej lodówki, a przez to zostanie ograniczona ich produkcja, czyli ludzie zatrudnieni w fabryce mniej zarobią i mniej kupią telewizorów i mebli. A jeśli oni nie kupią, to…

Zadziwiają mnie niskie ceny wielu artykułów. Czasami zastanawiam się, jakim sposobem producenci zarabiają na ich wytwarzaniu. Mąka kosztuje mniej niż dwa złote za kilogramowe opakowanie, a olej rzepakowy kilka złotych za litr.
Każdy, kto zna wieś, zwłaszcza dawniejszą, ekologiczną, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, wie, albo potrafi wyobrazić sobie, ogrom pracy między przygotowaniami do siewu a torebką mąki na sklepowej półce. A jednak przeciętny pracobiorca w tym kraju wymieni finansowy rezultat dnia swojej pracy na wielki wór mąki, po który musiałby podjechać busem. Pamiętam żniwa z kosami, pamiętam pierwsze kombajny i widziałem współczesne kolosy, zdolne w ciągu godziny wykonać pracę całej rodziny jeszcze przed półwieczem. Ile jednak trzeba sprzedać ziarna, żeby kupić za ponad milion duży kombajn zbożowy (a tyle kosztuje)? Ile, skoro do niego trzeba mieć cały zestaw innego sprzętu za kolejny milion?
Taniość finalnego produktu wymusza ogrom inwestycji opłacalnych tylko przy masowym zbycie, a ten istnieje tylko wtedy, gdy są nabywcy, czyli konsumenci.
Ile kosztowałby kilogram mąki wytworzonej bez udziału tych maszyn? Nie wiem. Na pewno dużo. Nie byłoby chleba za dwa złote ani równie tanich makaronów. Może byłyby za dziesięć, może za więcej złotych, zwłaszcza, gdyby rolnicy naprawdę byli eko i nie stosowali randapa (roundup, to herbicyd) powszechnie i niewłaściwie używanego do wysuszania zboża na pniu.
Chyba, żeby ludzie zarabiali dziennie nie na worek mąki, a na parę jej kilogramów, jak było przez wieki.

Bezludna, zrobotyzowana fabryka produkuje chipy – krzemowe miniaturowe płytki, na których wyrafinowanymi technikami umieszczono miliony elementów komputerowej logiki. Te płytki sprzedawane są za niewielkie pieniądze, czasami bardzo niewielkie, tylko dlatego, że roboty produkują je w oszałamiającym tempie, a chipy z taką samą szybkością znajdują nabywców – firmy produkujące smartfony, laptopy, telewizory, niemal wszystko, bo niemal wszędzie są teraz stosowane. Wczoraj zauważyłem taki chip w łazienkowej suszarce do ręczników.
Smartfony są tanie, bo są sprzedawane w ogromnych ilościach, a znajdują tylu nabywców nie tylko dlatego, że oferują wiele funkcji, ale też z powodu swojej niskiej ceny. To zamknięty krąg zależności, w którym mieszczą się też dziesiątki tysięcy masztów systemu GSM i nasze rozmowy za grosze.
Gdzież więc pędzą ludzie w tej szumiącej rzece samochodów? – zapytam raz jeszcze.
Ku mące za dwa złote, ku smartfonom za parę stówek i ku mieszkaniu z wygodami za paręset tysięcy.
Jestem przeciwnikiem produkowania rzeczy byle jak, mało trwałych, a za to tańszych, ale one tak są robione w odpowiedzi na oczekiwania ludzi. Bo chcemy mieć. Samochód robiony dawnymi metodami stosowanymi w firmach, które słynęły z niezawodności swoich maszyn, kosztowałby nie 50 czy 100 tysięcy, a dużo więcej. Nie tyle z powodu solidniejszego wykonania, bo ono nie kosztowałoby tak dużo, co głównie z powodu znikomego popytu, radykalnie podnoszącego koszt produkcji.
Uważam jednak, nota bene, że jest dużo produktów, które można by bez kłopotów zrobić solidniej, ale w sytuacji nadpodaży, ostrej konkurencji, trudno byłoby producentowi, zwłaszcza nieznanemu, przebić się ze swoim droższym produktem, szczególnie wobec istnienia firm oszukujących, zachwalających jakoby dobry i dlatego droższy towar, a sprzedających badziewie.
Ludzie chcą mieć. Chcą, żeby ich było stać. Mimo mojego sprzeciwu, mając do wyboru samochód tańszy, ale na parę lat, i wyraźnie droższy na 10 lat (piszę tutaj o pojazdach używanych), mogłoby tak być, że kupiłbym tańszy, bo na ten droższy nie byłoby mnie stać. W rezultacie musiałbym całą noc tłuc się pociągiem do domu, a w niedzielę nie pojechałbym w Sudety. Tak więc mój sprzeciw ma swoją granicę. Każdy ma tego rodzaju granice, nawet ten uciekinier z Bieszczad.

Tekst mi rośnie jak mojej babci rosło ciasto pod lnianym ręcznikiem, więc tylko nakreślę jeszcze jedną cechę gospodarki, która czasami budzi sprzeciw ekologa siedzącego we mnie.
Chodzi o rozrost usług nie pierwszej potrzeby, ani nawet nie drugiej. Mnogość firm i firemek oferujących usługi, o których 30 lat temu nie było słychać, albo były marginalne. Drugą podobną działalnością jest wytwarzanie mało użytecznych produktów dla zamożnych, dla gadżeciarzy, dla chcących czymś się wyróżnić. Trzeba tutaj zaznaczyć, że wszystkie one, chociaż w różnym zakresie, zużywają materiały i energię, a więc zasoby Ziemi.
Czasami obruszam się widząc takie produkty czy słysząc o takich usługach, ale tylko do chwili zastanowienia się.
Maszyny wytwarzają jakiś produkt w tempie tysiąc na kwadrans, a kiedyś robiono je prostymi narzędziami w tempie dwóch sztuk. Były droższe, więc trudniej dostępne, ale stosowane technologie wymagały zatrudnienia ludzi. Teraz robot dmucha szklane butelki jednorazowe (dla mnie to czyste marnotrawstwo), a inne maszyny montują smartfony przez 24 godziny na dobę i to bez składek na ZUS, więc mimo skali produkcji, ludzi zatrudnionych w takich fabrykach nie jest dużo. Nie bez powodu w nowoczesnych gospodarkach jeden człowiek produkuje żywność dla kilkuset osób, a największa ilość ludzi zatrudniona jest w usługach.
Technika zwalnia ludzi, więc szukają nisz dla siebie. W jednej z takich niszowych firm pracuję.
Przez okno widzę pięćdziesięciometrowe koło widokowe, karuzelę wytworzoną wielkim nakładem pracy, surowców i energii, kosztującą miliony, a służącą zwykłej, niewyszukanej rozrywce. Życie człowieka nie byłoby o włos nawet uboższe bez tego rodzaju urządzeń, ale to ludzie dobrowolnie złożyli się na miliony potrzebne do jej wykonania.


W gospodarce wolnorynkowej nie da się zrobić inaczej, a rezultaty stosowania alternatywy wszyscy (starsi) znamy z „komunistycznych” czasów. Kiedyś w gadżeciarskim sklepie samochodowym (kolejna nisza!) zobaczyłem półki zastawione wielkimi głośnikami i wyrafinowanymi wzmacniaczami. Po co to? – pomyślałem. Po nic. Bo chcą mieć, a w wolnej gospodarce nie można odgórnie decydować, co obywatel może kupić, chyba że chce kałacha.

Myślę, że osoby chcące zwolnić, nie pędzić tak szybko, jak pędzą te samochody na ulicy, chcieliby mniej i wolniej pracować, owszem, ale nie rezygnując z wielu wygód oferowanych przez technikę. Tym samym oczekują, chyba nieświadomie, zapewnienia w miarę tanich dostaw i funkcjonowania tych dóbr przez ludzi nadal pędzących.

Chodząc po moich górach, czasami zabawiam się wyobrażeniami postawienia domku w jakimś ładnym miejscu, ale po nacieszeniu się widokami, czasami trzeźwo oceniam możliwość i koszta doprowadzenia prądu i chociażby szutrowej drogi, no bo jakże? Chodzić parę kilometrów z plecakiem na zakupy, a świecić świeczką? Można ledami zasilanymi ogniwami lub wiatrakami, mówicie? Ale to wyroby nie byle jakiego przemysłu. One kosztują, także w eksploatacji. Więc najpierw praca latami, później, gdy już ma się pieniądze, budowa domku w górach? Z telefonem GSM pod ręką, bo przecież hydrofor albo wiatrak mogą się zepsuć? To nie tyle byłaby ucieczka przed cywilizacją, co odsunięcie się od tej szumiącej rzeki samochodów. Żeby nie słyszeć hałasu.
Jesteśmy wygodni, niewielu stać na pełną rezygnację z cywilizacyjnych wygód, mimo konieczności płacenia za nie – i słusznie, bo nie takie ucieczki są nam potrzebne, a umiar w nabywaniu dóbr i dbałość o Ziemię.
Także przyzwoitość w interesach. Pazerność i nieuczciwość wielu ludzi, zarówno wielkich biznesmenów naginających prawo, jak i zwykłych Nowaków „szykujących” swoje pojazdy specjalnie na sprzedaż, znacznie gorzej działa na mnie, niż pędzące ulicą sznury samochodów.
Głębsze zmiany naszej gospodarki, mające na celu uczynienia jej niewrażliwej na wahania rynkowe – jak teraz, z powodu wirusa – oraz przewartościowanie podejścia do natury, wymagają dużych zmian nie tylko w samej gospodarce, ale i trudniejszych do wprowadzenia zmian w nas.
Mam przed oczyma wizję świata nowoczesnego i wygodnego, ale jego nowoczesność przejawiałaby się głównie dbałością o Ziemię i psychiczne dobro ludzi, a ci byliby odpowiedzialni i świadomi rezultatów swoich wyborów. To program na dziesięciolecia, a jeszcze nawet się nie zaczął. Chociaż pewne nieśmiałe i nieliczne jego zapowiedzi daje się zauważyć.
Daję swój punkt do tego programu: klasą człowieka powinna być umiejętność zaakceptowania mniejszego, mimo możliwości posiadania większego.

Obecny czas, jakże kłopotliwy dla nas samych i dla naszej gospodarki, nie jest dobrym czasem na zasadnicze przemiany, chociaż może być dobry dla zastanowienia się nad swoimi wyborami.
Jednak kiedy w końcu sytuacja się unormuje, zdecydowana większość ludzi weźmie się ostro za pracę, a spokojne życie bez pośpiechu odłoży na czas emerytury.
Nie będę ich za to ganił, ale gonić nie zamierzam. Teraz już nie.

czwartek, 9 kwietnia 2020

Ostatnia przed przerwą

280320

Z Mysłowa wokół Osełki. Polami i łąkami przez Głogowiec do Nowych Rochowic. Wokół Lisianek, przez Przełęcz Rochowicką na zbocze Lubrzy. Skały Diablak i sąsiednie. Zejście zboczem Grodzika, łąkami powrót do wioski Mysłów.



Przyznam, że trochę się bałem kontroli policji w czasie jazdy, ale uznałem, że skoro władza zezwala na spacer w lesie (wtedy jeszcze zezwalała), a nie określiła, w jakiej odległości od miejsca zamieszkania ten las może być, to mogę pojechać na spacer po lasach kaczawskich. Nie byłem zatrzymywany.

Zapowiadano ładny dzień, więc ustaliłem trasę widokową po  nieodwiedzanym od paru lat paśmie w moich górach.

Wiedziałem, że z Lisianek zobaczę Ślężę, ale dzisiaj dal była jednolicie niebieska. Lekka mgiełka zasłaniała najdalsze góry, jednak słońce towarzyszyło mi cały dzień.

Łagodne zbocza tej góry pokrywają lasy i łąki. Idąc jedną z nich i nie będąc pewny wyboru właściwej, patrzyłem na grzbiet przede mną.

– Kiedy podejdę wyżej, powinienem zobaczyć ścianę lasu i drogę przy niej – przypomniałem sobie szczegół zapamiętany przed ponad dwoma laty, gdy byłem tutaj po pierwszy ostatni.

Grzbiet opadał, a zza niego wyłoniły się las i droga. Poczułem satysfakcję, wszak tak często mylę drogi lub je zapominam. Niewiele dalej miałem drugą, podobną chwilę.

Idąc tą drogą, przypomniałem sobie o wrotyczu widzianym w tej okolicy i fotografowanym.

Rósł na brzegu drogi i nadal kwitł, mimo późnej pory, bo w połowie listopada.

– To było gdzieś tutaj – rozejrzałem się.

Później znalazłem fotografię, była zrobiona w 2017 roku. Obie zamieszczam niżej, zrobione teraz i wtedy. Widząc kępę drzew na drugim planie obu zdjęć, z satysfakcją stwierdziłem, że miejsce zapamiętałem dokładnie.



Hmm, z czego ja się cieszę? Z zapamiętania kwiatka? Czy to ma być powód? Dokładnie tak, i chociaż trudno mi to uzasadnić, spróbuję, słuchając siebie.

Mam prawo nazywać te góry moimi, a swoje miejsca znamy, pamiętamy też przemiany ich wyglądu. Pamięć łącząca obrazy przeszłości i teraźniejszości jest nam droga, bo potwierdza bliskość i swojskość.

Jest i drugi powód, związany z obecnymi czasami.

Już w czasie poprzedniej łazęgi, tydzień wcześniej, przychodziła mi do głowy myśl, że może być ostatnią przed dłuższą przerwą, dzisiaj wracała ze zdwojoną siłą. Patrzyłem na kwitnące mirabelki, na liczne kwiaty łąkowe, słuchałem szmerów strumyków i ptasich śpiewów; patrzyłem na te górki wokół, tak mi bliskie, jakbym się żegnał. Zapewne dlatego po powrocie uznałem, że za mało patrzyłem, za mało chłonąłem, ale to nieprawda. Ten mój niedosyt jest po prostu pragnieniem dalszych wędrówek, ich miłowaniem.

Jest i drugi powód odczuwania satysfakcji. To świadomość posiadania swojego małego świata niepodległego światowi zewnętrznemu. Temu z wirusem, polityką, niepewnością przyszłości. Świata zmiennego, nieobliczalnego, prozaicznego, utylitarnego i nieprzytomnie pędzącego ku sukcesom i mamonie. Jedną z cząstek tego świata, wcale nie najmniejszą, są te góry, przy czym ludzki związek z miejscem znanym od lat i lubianym jest zbudowany nie tylko z pamięci miejsc, widoków, kształtów gór, a nawet nie tylko z pamięci drogi pod lasem, przy której kiedyś widziałem wrotycz, ale i z pamięci wrażeń, z doznanych tutaj przeżyć.

Wspomnienie polnego kwiatka rosnącego właśnie tutaj, na brzegu drogi pod lasem, na zboczu nieznanej kaczawskiej górki, łączy w sobie wszystkie te cechy bliskości.



Niemal cała dzisiejsza trasa była mi znana, ale z przyjemnością odnowiłem związki z kilkoma górkami, poznałem też parę nowych zakątków i nieznanych dróżek. Jedna z nich objawiła mi się nagle, ukryta za grzbietem, a jest jedną z najładniejszych w tych górach. Usiadłem na rozdrożu, by wypić herbatę patrząc na nią, a później wstałem i poszedłem nią aż pod las. Chciałbym wrócić do niej.



Teraz uświadomiłem sobie, że tak pisałem o niejednej kaczawskiej drodze, ale nigdy nie kłamałem, bo każda z nich była wtedy najpiękniejszą.

Zauważyłem i doceniłem przegapione wcześniej, albo niepamiętane, szczegóły krajobrazu: urokliwą kępę drzew na Głogowcu, samotne drzewo na jego zboczu, jak zwykle pociągające otwieranie się dalekiego horyzontu na Osełce, dźwięczny strumień na zboczu innej góry. Akurat ten poznałem na całej długości. Zauważyłem, że ostatnio coraz częściej idę wzdłuż tych małych, łąkowych strumyków. Może po prostu dla ich urody, a może w nadziei zobaczenia ich szczęśliwego ujścia do większego strumienia. Otóż w ostatnich latach częściej zdarza mi się widzieć ich smutny koniec: dziesięć albo pięćdziesiąt metrów od źródła wsiąkają w ziemię, nie mając sił do dalszego życia.



Sporo się zmieniło w tej części Gór Kaczawskich w czasie mojej ponaddwuletniej nieobecności. Ubyło drzew, przybyło masztów sieci GSM, asfaltu i śmieci. Na łąkach w pobliżu wioski wypasane są krowy. Liczne są tam ogrodzenia z drutu kolczastego lub pod prądem. Tam właśnie widziałem pozostawione i przez wiatr roznoszone siatki z tworzywa sztucznego, którymi owijane są bele siana. Cóż, hodowcy krów nie są już potrzebne, więc po co ma je zabierać?


Życie skończyła najdziwniejsza lipa, jaką kiedykolwiek widziałem: w środku spróchniałego pnia rosły długie, proste, pionowe… nie wiem co. Jakby korzenie, bo raczej nie konary, skoro wyrastały z ziemi. Jednak rosnąca obok para ma się dobrze. Masywna, dwuramienna wierzba nadal podpiera pochyloną lipę w taki sposób, jakby obejmowała jej smuklejszy pień.


Powrót ustaliłem podnóżem Lubrzy nie tylko dla zobaczenia dwóch ładnych i dużych skał na zboczu tej góry, także dla przypomnienia sobie tamtejszych dróg i pewnego widoku, ale po kolei.

Przy żółtym szlaku turystycznym stoi znana skała „Diablak”, a wyżej, na zalesionym zboczu, ukryta wśród drzew, stoi druga, bez nazwy, ale równie duża i ładna. Wcześniej nie było jej widać ze szlaku, teraz strome tam zbocze świeci łysinami poręb i spod jednej skały można zobaczyć drugą. Poszedłem ku tej wyższej i tutaj pamięć mnie troszkę zawiodła. Z bocznego duktu skręciłem w mało wyraźna ścieżkę. Po dziesięciu metrach, gdy utknąłem złapany w kolczaste objęcia jeżyn, wiedziałem, że skręciłem za wcześnie. Druga próba była udana.



Miejsce odkryłem kilka lat temu zupełnie przypadkowo, a spodobało się od razu. Strome zbocze, las wokół, pionowa ściana skały, ładny, zielony dukt, plamy słońca i ja siedzący tam i patrzący na to miejsce tak, jakbym tylko dla siebie je odkrył. Właśnie tak. Wydawało mi się, że nikt o nim nie wie aż do chwili zobaczenia haków wbitych przez skałkowców. Ich na szczęście nie spotkałem.

Odsłonięcie skały pozbawiło miejsce części dzikości, stało się bardziej widoczne i łatwiej dostępne, ale nadal jest ładne. Zwracam uwagę na drobny fragment skały, jest przy ziemi i dlatego łatwo go przeoczyć. To róża skalna, jak myślę, bo moja wiedza z geologii ma duże luki. Ta lubrzańska nie jest tak wielka jak znana róża na Wilczej Górze pod Złotoryją, to mała różyczka, ale moja.


Nieco wyżej jest skrzyżowanie duktów. Skręciłem ku miejscu, które wtedy oczarowało mnie tak bardzo, że parę razy wracałem: łąka coraz węższym jęzorem wżyna się w lasy góry, a jeśli idzie się od szczytu, jak ja szedłem, nagłe rozstąpienie się drzew i ucieczka horyzontu daleko, aż po Okole niebieskie odległością, jest zaskoczeniem i zachłyśnięciem się niespodziewanym a ładnym widokiem.


Dzisiaj elementu zaskoczenia nie miałem, przecież wiedziałem co zobaczę, ale widok był dokładnie taki, jaki zapamiętałem i jaki chciałem zobaczyć, co wcale nie jest oczywistością przy powrotach.

Do wioski wracałem nieco inną drogą; unikając asfaltu znalazłem ładne odkryte zbocza, a na nich ciche skały ukryte wśród drzew i szemrzące strumyki.

Widząc zbliżające się domy wioski, szedłem coraz wolniej. Zatrzymywałem się i rozglądałem, dotykałem drzew i patrzyłem na kwiatki w trawie. Nie chciałem wracać obawiając się długiego niewidzenia moich gór.

W dwa dni później dowiedziałem się o wprowadzeniu bardziej rygorystycznych zakazów podróżowania.

Tydzień później, wyjeżdżając do Krakowa, musiałem wziąć z biura firmy przepustkę – poświadczenie wyjazdu służbowego.

Nie wiem, kiedy wrócę w Góry Kaczawskie. Nie wiem także dlatego, że moja firma nie zarabia i nie wiadomo jak długo mój pracodawca będzie w stanie finansować prace warsztatowe, a jeśli zawiesi działalność firmy, wrócę do domu.

Wiem, że na kaczawskie drogi wrócę, ale kiedy?...