Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 27 stycznia 2016

O mglistym ranku i słonecznym popołudniu na zboczach Stromca


240116
 
Śnieg i deszcz - przeczytałem prognozę. Ale pogoda na całodzienne łażenie bezdrożami! – westchnąłem w przeddzień wyjazdu.

Ten tydzień był w pracy wyjątkowo ciężki, bo z temperaturami poniżej zera. Po jedenastu godzinach pracy w zimnym warsztacie wracałem tak zziębnięty, że, bywało, nie mogłem opanować dygotania ciała, a gdy już rozgrzałem się w ciepłym pokoju, przychodziła senność. Więc zostać? Nie, nawet przez chwilę nie myślałem o dniu w fotelu, a przeczytana prognoza pogody wywołała efekt odwrotny, coś w rodzaju zaciśnięcia pięści: pojadę, niechby sypało, lało i wiało – pojadę, bo zostało mi tylko kilka niedziel do końca zimy, czyli do ponad półrocznej przerwy w wędrówkach. Gdy w maju lub we wrześniu poczuję tęsknotę, wiem, że będę mieć do siebie żal o każdy dzień, który mogłem spędzić w górach, a który spędziłem w fotelu jak jakiś dziadek…

Zaraz, zaraz, przecież jestem nim. Wczoraj zadzwonił telefon, obcy numer; któż to może być?

-Dziadek? – w pierwszej chwili głosu nie poznałem, wydał mi się nazbyt dorosły, ale przecież jest jedna osoba na świecie, jedna jedyna, dla której jestem dziadkiem.

-Heleno!

Mała nie jest dla mnie Helcią ani Helenką, a właśnie Heleną. Lubię tak do niej mówić i tak o niej myśleć. Wnuczka miała zarecytować mi wiersz, ale… zapomniała. Na szczęście nie jest z tych osób, które przejmują się takimi drobiazgami i miło się nam rozmawiało. Już ułożyliśmy zarys planu zajęć na nasz najbliższy wspólny weekend.

Tak, miałem pisać o wyjeździe, ale wszak zarówno Helena, jak i zimny warsztat, a także tyleż innych osób, zajęć, sytuacji i fascynacji, składają się moje życie.

Gdzie jechać? Tym razem wystarczył jedno spojrzenie na mapę, zobaczyłem Stromca i uświadomiłem sobie, że byłem tam tylko raz, kilka lat temu na szczycie tej góry, a okolic nie poznałem. Zaniedbanie, które postanowiłem naprawić. Drogę wybrałem przez Sokołowiec i Rząśnik, bo wydawała się najkrótszą, chociaż wcale nie krótką: kilkanaście kilometrów bocznymi, nienumerowanymi dróżkami łączącymi wioski, a po drodze przełęcz. Wyjrzałem na dwór, sypał drobny śnieg; jej, jak ja przejadę Rząśnicką Przełęcz po zaśnieżonej drodze?

Po minięciu Rząśnika droga wspina się dość ostro i meandruje zmierzając ku przełęczy, z której roztacza się piękny widok na masyw Leśniaka i na Chrośnickie Kopy, a tuż za nią opada gwałtownie ku Janówku, niemal zawracając w zdradliwym zakręcie. Pojadę drugim biegiem i bez gazu, a gdy szosa będzie wyjątkowo śliska, zaparkuję gdzieś wcześniej i tam się poszwendam– zdecydowałem.

Gdy w Sędziszowej wjechałem na boczną drogę, raz i drugi nacisnąłem hamulec, samochód nieźle zwalniał, było lepiej, niż się podziewałem, ale najwyraźniej nie dla wszystkich, bo gdy minąłem jeden z zakrętów szosy pod przełęczą, zobaczyłem 20 metrów przed sobą nieoświetlony samochód stojący na środku wąskiej jezdni. Wyminąłem go zamiatając prawymi kołami po poboczu; w jednej chwili zrobiło mi się gorąco.

W centrum Płoszczyny jest spory placyk manewrowy i przystanek autobusowy, idealne miejsce na zostawienie samochodu; stamtąd o zwykłej godzinie wyszedłem w szarość kończącej się nocy. Przez chwilę szukałem na śniegu śladu dróżki zaznaczonej na mapie, w końcu machnąłem ręką i poszedłem na przełaj zachodnim zboczem. W wiosce mgły nie było, a ledwie kilkadziesiąt metrów wyżej czekała na mnie, szara i brzydka jak noc listopadowa, ale przyjąłem ją bez protestów.
Trudno, za to w lesie będzie ładnie. Las właściwie przy każdej pogodzie może się podobać, a we mgle potrafi być naprawdę ładny; tutaj go nie brakuje, ponieważ tylko dolne partie zboczy wokół góry są odkryte, a wyżej, po sam szczyt, rosną lasy. Na mapie wypatrzyłem strumień mający swoją nazwę, Biały Potok, a wszelkie miejsca nazwane ciekawią mnie, więc mgle mogłem pokazać język. Śnieg był ciężki i mokry, chociaż świeży. Taki śnieg działa na buty jak drobny papier ścierny albo ostra szmatka do czyszczenia: błyskawicznie usuwa ze skóry wierzchnią warstwę ochronną. Jeśli buty były tylko pastowane, po kilometrze drogi na ich bokach i przedzie pasty już nie będzie i skóra szybko przepuści wilgoć. Buty natłuszcza się; taki preparat wnika w głąb skóry czyniąc ją odporną na przemakanie, natomiast pasta zostaje na wierzchu. Kiedyś robiło się taką miksturę z pewnego rodzaju tłuszczu zwierzęcego, teraz wyręcza mnie w tym niemile pachnącym zajęciu pewna hiszpańska firma. Miałem na stopach buty średniej masywności, ale solidnie zrobione z wyjątkowo grubej skóry, buty, które jeszcze nigdy mi nie przemokły. Wieczorem, po powrocie, z ciekawością wkładałem dłonie do środka badając je, były suche. Dlaczego tak? Z powodu używanych skarpet. Nie jestem fanem nowinek technicznych, stanowczo nie, ale do skarpet z włókna coolmax przekonałem się szybko i teraz tylko takich używam. Otóż skarpetki z niego wykonane nie mokną, tak po prostu. W bucie może być wilgoć, ale na stopie nie czuje się jej, bo też i pozostaje sucha. Ciekawie myje się takie skarpetki: one nie chcą zrobić się mokre, dopiero przy jednoczesnym polewaniu wodą i mydleniu można je zmoczyć.

Rozgadałem się? Wracam na szlak. Mgła ograniczała widoczność do kilkuset metrów i pozbawiła świat resztek kolorów. Pierwszy plan, bliskie drzewa i śnieg na łąkach, były matową, przygaszoną bielą i czernią, a w miarę sięgania wzrokiem dalej, biel ciemniała, czerń szarzała, by w końcu stopić się z jednolitą szarością starej opończy naciągniętej na świat smutny, ale nie pozbawiony uroku. Tak, uroku. Trudno mi go opisać, wskazać, w czym się ukrywał... Myślę, że mógł tkwić we wrażeniu samotnego i dalekiego wędrowania pustymi przestrzeniami o dzień drogi od najbliższych sadyb, a przecież gdyby nie mgła, zobaczyłbym na wprost wioskę odległą o kilometr. Odbierając widoki, mgła dała mi wrażenie traperskiej wędrówki, które wzbogaciło się połączeniem - jak nierzadko u mnie - z nostalgicznym nastrojem. 



Łagodne stoki przecięte są tam głębokim jarem, jego dnem płynie Biały Potok, a przy nim biegnie droga leśników. Poznałem jej wylot, zawróciłem i poszedłem dalej, chcąc obejść górę i dojść do Srebrnej, wydłużonej górki przytulonej do Stromca od południa. Pamiętając urokliwą dróżkę biegnącą wzdłuż grzbietu, chciałem przejść nią raz jeszcze; był to jedyna część dzisiejszej trasy poznana wcześniej, cała reszta była do dzisiaj moją terra incognita – rzadkość coraz większa w tych górach. Doszedłem do szosy i ostatnich domów Płoszczynki, a wtedy zdarzyło się coś, co nieco wyjaśnia działanie naszej pamięci. Może widok lasu na wprost i sąsiednich domów, może wznoszącej się szosy, przypomniał mi chwilę, gdy dwa lata temu schodząc lasem ze Skowrona, wyszedłem na brzeg wiejskiej uliczki i zobaczyłem parę domków nieznanej mi wsi. Gdzie to było? Dlaczego teraz przypomniała mi się tamta wędrówka? – pomyślałem. Po chwili przyszło olśnienie i zdumienie: to było właśnie tutaj! Wyszedłem z lasu na wprost mnie, a tam jest wzniesienie Skowron! Pamiętałem nie pamiętając. Pamiętałem podświadomie. W tamtej chwili postanowiłem wrócić tutaj i pójść drogą przez las na Skowron. Roztacza się z niego rozległy i ładny widok, kiedyś oglądałem go o wschodzie słońca, na początku pogodnego, słonecznego dnia.

Szedłem i stawałem próbując przebić wzrokiem mgłę. Patrzyłem na krople wody wiszące na gałązkach drzew i na brązowe liście małych buków; zadzierałem głowę pod drzewami i dotykałem owoców głogów, a krople wody ściekały mi po nadgarstku pod sweter. 




Wchodziłem między drzewa popatrzeć na czarne kamienie wystające spod otuliny bukowych liści, albo na wielkie, umięśnione pnie tych drzew. Pod jednym z nich przyszła mi do głowy dziwna myśl, nie wiem, na ile trafna: że kobietom bardziej niż mężczyznom powinny podobać się buki, właśnie z powodu wrażenia ich siły i umięśnienia sylwetki. Jeśli tak jest, to inny widziany tam buk niewłaściwie się przystroił: prosty i równy pień na wysokości twarzy otaczały gałązki odrostów z licznymi liśćmi, wyglądając jak brązowa spódniczka otulająca kibić drzewa.



Szedłem grzbietem Srebrnej.

Może dwieście metrów od szczytu na południe stok góry pęcznieje odkrytym wzniesieniem, stoi tam ławka, najwyraźniej często używana – i nie bez powodów, bo widoki z tego miejsca warte są zobaczenia: w dole widać niemałą część Kotliny Jeleniogórskiej i miasta z mrowiem małych górek bliskich i dalekich, po prawej Karkonosze, obok Rudawy, a blisko rozsiadła się szeroka Szybowcowa. Po lewej zza drzew wystaje szczyt Stromca. Chciałbym być w tamtym miejscu o wschodzie słońca, miałbym je na wprost, wschodziłoby nad Rudawami. Kiedyś będę i zobaczę.

Tylko przez chwilę szedłem drogą, wyznaczonym szlakiem rowerowym, ale zaraz, widząc ładnie falujące łąki tuż poniżej linii lasów, porzuciłem ją idąc tam, gdzie ładniej. Mgła podniosła się, niebo jaśniało. Pasmo Chrośnickich Kop powoli wynurzało się zza Stromca, a gdy ten schował mi się za placami, a Kopy ustawiły się na wprost pokazując mi wszystkie swoje siedem szczytów, od Czernickiej Góry po Skibę, zaświeciło słońce. Piłem herbatę patrząc na te moje góry: na Lastek, na wąwóz Przełęczy Chrośnickiej, na nitki dróżek wybiegających spomiędzy domów wioski i pędzących ku lasom Kop. Po lewej widziałem kropkę na szczycie odległej góry – zamek nad Wleniem odległy stąd o 9 km (sprawdzałem na mapie), a po prawej, zza odkrytego grzbietu Skiby, wystawała moja brzoza, wyraźnie widoczna na tle błękitu nieba, mimo dwukilometrowej odległości. Brzoza na zboczu Ptasiej? Spojrzałem na Kopy, góra stała niemal na wprost mnie, ale przecież tamta brzoza jest po drugiej stronie pasma. Tamta góra to Lastek, w dwie godziny, może w trzy, mógłbym być na nim… - kalkulowałem drogę. Nie, będę tam zapewne jeszcze nie raz, ale nie dzisiaj. 








Niemal całe podnóże Stromca można obejść odkrytymi stokami, a jedynym utrudnieniem są liczne ogrodzenia pastwisk. W zimie nie są przeszkodą, bo bez prądu, a bydła nie ma, chyba gorzej byłoby w zielone miesiące roku. Tutaj uwaga: prąd włącza się samoczynnie po dotknięciu drutu gołą częścią ciała, nieprzyjemnie uderza, ale nie jest niebezpieczny. Łatwo uniknąć „kopnięcia”: ja przyciskam drut do ziemi kijem, oczywiście trzymając go za izolowaną, bo korkową, rękojeść.

Doszedłem do zachodnich stoków, tych samych, które oglądałem rankiem, we mgle; jakże inaczej teraz wyglądały! Ładnie tam jest, po prostu ładnie. 



Przyszła pora na poznanie widzianej wcześniej drogi i strumienia. Dwa razy przeszedłem południowe stoki góry, poznając tamtejsze drogi; idąc pod górę brzegiem strumienia, doszedłem do jego źródła w górnej części Jeżowa. Na całej poznanej długości płynie jarem, miejscami głębokim i stromym, ciemnym i dzikim. Ładnym. Wrócę tam, bo chyba nie jedyny to jar na stokach Stromca.

Płynąc na zachód, po opuszczeniu lasów góry, strumień mija odkryte wzgórze, niewielkie i bezimienne, ale z ładnymi widokami. Wszedłem na nie gdy słońce dotykało koron drzew. 



Patrzyłem na kończący się dzień, ale po chwili zapragnąłem raz jeszcze zobaczyć Kopy nim zapadnie ciemność. Przeszedłem nieco dalej, na stok opadający ku Płoszczynie, Kopy stały wyraźne na tle czystego, jasnego jeszcze nieba, mimo iż dołem już szarzało. Obok biegła dróżka, przy niej rosło kilka brzóz, czekały już na mnie, ale jeszcze zwlekałem z zejściem. Oglądałem się patrząc na łunę zachodu, patrzyłem w głąb Przełęczy Chrośnickiej i do góry, na białe, a bliżej słońca perłowe, linie kreślone samolotami na czystym niebie. Tak odmienny był koniec dnia od swojego początku!





Wszedłem na dróżkę, musnąłem opuszkami palców pień mijanej brzozy i zszedłem do wioski.


środa, 20 stycznia 2016

Słońce, śnieg i mróz, czyli dzień w Górach Wałbrzyskich


170116

W nocy miał padać śnieg. Lubię świeży puch na szlaku, ale nie na drodze, więc trasę wybieraliśmy możliwie krótką i bez podjazdów górskimi serpentynami; jak się okazało, niezupełnie udało się mi to omijanie. Wstałem przed trzecią, o piątej zabrałem Tomka spod Wrocławia i pojechaliśmy pod Wałbrzych, do Boguszowa, gdzie na końcu bocznej uliczki zostawiliśmy samochód i krótko po siódmej, w szarówce zimowego świtu, wyruszyliśmy w drogę. początek trasy
Niżej było ledwie 3 stopnie mrozu, śniegu niemal wcale, a tam mróz szczypał twarz i mroził palce, a świeżego śniegu, lekkiego i sypkiego puchu, było ponad 10 centymetrów. Świt był zachmurzony, czerwony, granatowy i szary, śnieg skrzypiał pod butami, palce zaciśnięte na kijach marzły, mróz wciskał się pod wiatrówkę. Wyjąłem z plecaka ostatnią swoją broń, zawsze noszony zapasowy sweter, na szyję założyłem komin, czapkę naciągnąłem na uszy i poszliśmy zielonym szlakiem na Chełmiec. 



Pierwsze kilometry wiodą ładnymi, odkrytymi zboczami górskimi, w których znajdowaliśmy podobieństwo do swoich gór, ja do Kaczawskich, Tomek do zachodnich Tatr. W połowie drogi, w jednym z nielicznych miejsc widokowych, w przerwie między drzewami, widzieliśmy wschód słońca nad Górami Suchymi. 




Przejaśniało się, w powietrzu wisiała lekka mgiełka nadając górom wokół wrażenia zmrożenia, zamarcia świata w okowach zimna, którego niskie i też zimne światło słońca nie miało szans ogrzać, mimo rozpalenia wysokiej i intensywnej łuny nad czarnogranatowymi szczytami.

Zaczynał się dzień najprawdziwszej zimy, dzień, o jakim myślimy wspominając najpiękniejsze dni tej pory roku: świeży, czysty, puszysty śnieg, drzewa pod białym czapami, mroźne i suche powietrze, brak wiatru i słońce – czarodziejski malarz. Rzadko zdarza się widzieć takie barwy śniegu, jakie widzieliśmy tego dnia: od szarobiałych o brzasku, poprzez niebieskie jego odcienie w cieniu, po przepyszne skrzenie się diamentami i złotem w słońcu. Czarno-biały wszak las oglądany pod słońce lśnił roziskrzoną bielą i jaśniejącymi żółciami, a opadający z drzew śnieżny pył stawał się w słońcu srebrzystym, perłowym i złotym migotaniem tysięcy drobin światła. Raz taki czarodziejski proszek wpadł prosto za mój kołnierz, ale w dotyku był normalny, zimny i mokry.



Wydawało mi się, że spod krzyża, ogromnie wysokiej i ogromnie brzydkiej stalowej konstrukcji postawionej na szczycie Chełmca, jest widok na miasto, ale jeśli nawet był, to teraz drzewa już go zasłoniły. Na szczęście świeży śnieg zasłonił też śmieci tam wyrzucane przez licznych „turystów”. Na trzech wieżach antenowych osiadły nieprzeliczone talerze anten kierunkowych i szron, razem tworząc ciekawą kompozycję oglądaną na tle czystego błękitu nieba. Rozglądałem się wokół szukając dawnych śladów, nie tylko moich, o czym napiszę w post scriptum. Chełmiec

Ze znalezieniem szlaku prowadzącego ku Trójgarbowi mieliśmy takie same kłopoty, jakie miałem będąc tutaj sześć lat temu - po prostu szlak kończył się na oznakowanym drzewie, dalej ni znaków, ni ścieżki. Poszliśmy na przełaj, klucząc w wyszukiwaniu przejść między drzewami na zaśnieżonym zboczu o pochyłości 35 – 40 stopni. W połowie stoku o trzystupięćdziesięciometrowej różnicy poziomów odnaleźliśmy szlak i ruszyliśmy w stronę Trójgarbu. U stóp góry spotkaliśmy pierwszą, a na szczycie drugą dziewczynę, obie zaimponowały nam swoim samotnym wędrowaniem. Ach!, była jeszcze jedna niewiasta: we wsi Lubomin na kwadrans dołączyła do nas leciwa dama. Byłem zdziwiony nie tylko jej opowieścią o swoim oryginalnym marzeniu, ale i dotrzymaniem nam kroku na drodze pod górę.

Na Trójgarb weszliśmy wygodnym, równym żółtym szlakiem wiodącym lasem, tylko z kilku miejsc widać było dal, ale w ten dzień, tak czysty, śnieżny i słoneczny, w mało znanych górach, widoki te czyniły niemałe wrażenie. Czarnogranatowy, poprószony bielą, stromy i wyniosły masyw Chełmca widziany na tle błękitu nieba wydawał się daleką górą. Trójgarb





Chyba pod wpływem tego wrażenia zaczęliśmy powątpiewać w powrót przed zmrokiem, ale poszliśmy dalej. Uznałem, że skoro niebo i śnieg są czyste, drogę widać będzie nawet po zmroku. O godzinie czternastej byliśmy na szczycie; podaliśmy sobie dłonie, Tomek sprawdził GPS - wskazywał 13 km drogi za nami. O której dojdziemy do samochodu? Wypiłem herbatę, do kieszeni włożyłem dwie kanapki, zrobiłem kilka zdjęć i ruszyliśmy w dół, tym razem zielonym szlakiem.

Szliśmy ścieżką trawersującą brzeg stromego i głębokiego jaru. Nachylenie stoków wynosi tam do 45 stopni, idzie się lasem świerkowym. Świerki! Te, które widziałem na zboczach Trójgarbu były wyjątkowo ładne: strzeliste, wysmukłe, zgrabne niczym modelki i równie pięknie wyglądające. 




Niżej, przy dnie jaru, leżą splątane martwe drzewa, a jeszcze niżej, tak głęboko, że ledwie go widać, płynie strumień. Śnieg na lewym stoku skrzył się i świecił barwami niskiego słońca prześwitującego między drzewami, prawy stok, w cieniu, miał cudne, tak rzadko widziane, niebieskie zabarwienie podobne do koloru czystego nieba zimowego o brzasku.

W dolinie między obiema górami szlak zatacza spore półkole omijając strome zbocze; Tomek, patrząc na ekran GPS, uznał, że jeśli uda się nam przejść lasem pod górę, zaoszczędzimy sporo czasu. Z obawą, podejrzliwie patrząc na czarne plamy skał na stromym stoku, zgodziłem się. Poszliśmy. Tomek dobrze prowadził: idąc zakosami nabierał wysokości, ja drapałem się za nim wbijając kanty butów w śnieg i podpierając się kijami. Na szczycie zbocza była nasza droga i szlak. Nieco dalej, w świerkowym lesie, zdarzyło się coś, co bardzo lubię – ciekawy zbieg okoliczności, swoiste zapętlenie czasu i zdarzeń. Otóż kolega pokazał mi dziwne ślady odbite w śniegu: trzy bodajże podłużne poduchy i jakby ślady dużych pazurów przed nimi. Nie znam się na tropach, powiedziałbym, że te wyglądały jak ślady psa, ale parokrotnie powiększone i o nieco zmienionych proporcjach, albo – błysk wspomnienia - albo harpi!

Oto fragment opisu mojego przejścia tym lasem przed ponad sześcioma latami.:

„Zbocze Chełmca pokrywał rosły las bukowy, a w dolinie rósł bór świerkowy. Gdy wszedłem w niego, od razu zrobiło się cicho i ciemno. Jedynym jasnym miejscem była zabłąkana plama słońca na pniu drzewa, w tym ciemnym lesie przyciągająca wzrok niczym motyl w zimowej martwocie, a jedynym dźwiękiem usłyszanym gdzieś w koronach drzew, był rytmiczny świst powietrza bitego skrzydłami dużego ptaka. Przez moment oczekiwałem uderzenia dziobem jakiejś harpi w tył mojej głowy - dziwne są nasze skojarzenia...”

Wniosek wydaje mi się oczywisty: w tym lesie mieszka przynajmniej jedna harpia!

W ciągu półtorej godziny marszu bez przerwy doszliśmy do stóp Chełmca. Strome zbocze pięło się przed nami ponad trzysta metrów w górę, ale że mieliśmy wiele kilometrów w nogach i słońce ledwie świeciło między drzewami, uznaliśmy, że warto spróbować obejść górę wypatrzonymi na mapie dróżkami i już za szczytem wejść na nasz szlak. Wiem, jak jest z takimi drogami, ale orientacja była łatwa: wystarczyło mieć górę po lewej, żeby obchodzić ją, a las był na ogół czysty, wysokopienny. Poszliśmy. Las tworzyły buki i jawory, na sporych połaciach nie rosły żadne inne drzewa. Wyobrażałem sobie te miejsca w lecie i wczesną jesienią, w czasie przebarwiania się liści. Oczywiście odgałęzienia prowadzącego do szlaku nie było, więc znowu poszliśmy bezdrożem po stromym zboczu i znowu Tomek prowadził posiłkując się GPS. Gdy już doszliśmy do szlaku w oczekiwanym miejscu, miałem chwilę satysfakcji: droga, którą wybrałbym idąc sam, niewiele różniła się od naszej. Na zboczach Trójgarbu przeżywałem lekki kryzys sił w nogach, ale że szedłem swoim tempem (Tomek często czekał na mnie na podejściach), wiedziałem, że kryzys minie – i tak było. Ostatnie kilometry szło mi się dobrze, lekko i swobodnie. Po wyjściu z lasów zobaczyliśmy łunę zachodu, miała kolor charakterystyczny dla mroźnych dni zimowych, kolor czerwieni i szarzejącego granatu, a o godzinie 17.30, po ponad dziesięciu godzinach marszu, doszliśmy do samochodu. Przeszliśmy 25 kilometrów pokonując ponad kilometr różnicy poziomów. Poznaliśmy dwie góry widoczne z wielu miejsc w Sudetach, a zobaczyliśmy je piękne w piękny dzień zimy.

---------------- 
---------------- 

Dopisek.

Dwie były propozycje celu wyjazdu: Wałbrzyskie i Rudawy. Przychylałem się ku Rudawom, ale gdy Tomek powiedział, że nie był jeszcze na Chełmcu, uznałem, że on zobaczy tę górę, a ja nie tylko odwiedzę ją po sześciu latach niewidzenia, ale i przypomnę sobie miejsca w pewien szczególny sposób związane ze mną. W 2003 roku pracowałem kilka dni w Wałbrzychu; był to czas przygotowywania się do pisania mojej drugiej powieści, potrzebowałem miejsc. Konkretnych, rzeczywiście istniejących miejsc widzianych własnymi oczami. Skoro jestem tutaj, to dlaczego nie Wałbrzych? – pomyślałem. Skoro widzę nad miastem tę górę, skoro robi na mnie wrażenie, to i na moich bohaterach mogłaby – uznałem. Wziąłem dzień wolnego i spędziłem go na szwendaniu się po mieście. Wybrałem ulicę, na której miała mieszkać Dorota, wybrałem jej dom, poznałem drogę na przystanek autobusowy, widok z jej okna, najbliższy sklep i pub, okoliczne uliczki. Do dzisiaj mam w pamięci komputera opisy najdziwniejszych szczegółów, na które wtedy zwróciłem uwagę i które zapisałem. Historia tych dwojga ludzi jest fikcją nie tylko z powodu jej wymyślenia, ale i z powodu zatarcia granic między rzeczywistością, fantazjami wyobraźni i magią mitów przeniesionych ze starożytnej Grecji, jednak dla mnie była i jest prawdziwa – jak wszystkie wymyślone przeze mnie historie.

Po powrocie ze szlaku pojechaliśmy do miasta, odnalazłem tamtą małą uliczkę i domek, Tomek został  w samochodzie, a ja poszedłem na spotkanie z moją fantazją i z minionym czasem, z miesiącami spędzonymi nad tekstami, z historią, która tam i na Chełmcu dotykała rzeczywistego świata.

Już u siebie, w Lesznie, wróciłem do tamtego świata raz jeszcze: włączyłem La Notte Vivaldiego, utwór tak ściśle związany z powieścią, że ilekroć go słucham, widzę tamtą uliczkę wysadzaną kasztanowcami, a czasami i ich obojga, ludzi, którzy spotkali się dzięki pewnej historyjce opowiedzianej przy winie przez Arystofanesa w domu Agatona, jakieś 2400 lat temu.

Tak oto splatają się w jedno trasa lunaparku i uczta sprzed wieków, fantazje Platona i moje własne, urok gór i muzyka włoskiego księdza.

------------------- 
 Niżej kilka zdjęć wykonanych przez towarzysza mojej dzisiejszej wędrówki.:








piątek, 15 stycznia 2016

Tam, gdzie kwiaty na łąkach


110116

Im bliżej byłem Legnicy, tym większa była mgła. Słuchałem siebie: czy czuję bunt lub zniechęcenie? Nie chciałem odczuwać nic negatywnego, wszak jechałem powłóczyć się. Na szczęście tylko trochę żal mi było dalekich widoków, które chciałem pokazać koledze. O szóstej zabrałem Janka spod bloku i wyruszyliśmy za Bolków, na poszukiwanie pewnej łąki. Tak!: była to wyprawa poszukiwaczy.

Otóż parę tygodni temu Janek podał mi adres strony ze zdjęciem: była na nim przełęcz między dwoma wzgórzami, a na pierwszym planie kolorowe kwiaty na łące. Janek poluje na motyle i rzadkie rośliny, a na tej łące miały być kwiaty nie tylko wyjątkowo piękne, ale i rzadkie. Gdzie jest ta łąka? W opisie była mowa o łące między Popielem a Sośniakiem, to dwie góry we wschodnich Górach Kaczawskich. Znam je, wiem też, że one nie sąsiadują ze sobą, bo między nimi jest dwukilometrowa odległość i kilka bezimiennych wzgórz. Od razu ułożył mi się plan wspólnego wyjazdu i poszukiwania sfotografowanej łąki: pojedziemy w pobliże Popiela, lokalną szosą można wjechać na wysoką przełęcz w górnej części wsi Pastewnik, zostawimy tam samochód i połazimy po okolicy.  początek trasy

W Bolkowie nie było mgły, z radości albo z rozpędu (najpewniej z gapiostwa) wyjechałem z miasta szosą numer 3, zawracałem, bo wszak powinienem wyjechać piątką, a gdy dziurawą szosą, która nawet numeru nie ma, zaczęliśmy wjeżdżać na przełęcz, drogę zagrodziła nam mgła. Na miejscu byliśmy kilka minut po siódmej. Mgła i ciemność. Zaczekamy, postanowiłem. Po dwudziestu minutach, gdy szarość zastąpiła ciemność, poszliśmy z postanowieniem obejścia podnóżem Popiela i zejścia w dolinę, do wsi Świdnik. Liczyłem na brak mgły w dole i na jej szybkie podniesienie się, skoro w pobliskim Bolkowie nie było jej.

Parę lat temu myszkowałem po lasach Gór Ołowianych, a gdy dukt wyprowadził na mnie na brzeg lasu, otworzył się przede mną rozległy widok: po lewej znane mi góry z charakterystyczną sylwetką Połomu, po prawej nieznane mi wtedy pasmo wschodnie z uroczą doliną, dnem której spływała zakolami droga ku wiosce. Ten widok tak mnie zauroczył, że zmieniłem plany i poszedłem tam, poznać dolinę i jej drogę. Tą właśnie, którą teraz szliśmy we mgle. Pod Sośniakiem widzieliśmy na odległość stu metrów, ale w miarę schodzenia widoczność szybko się poprawiała. Zbocza wzgórz po obu stronach odsłoniły się, zobaczyliśmy boczne dróżki zbiegające stokami w naszą stronę. Właśnie zbiegające, nie schodzące, i jeszcze uśmiechnięte. Tam właśnie Janek ujął mnie i to bardzo: rozglądając się powiedział, że tą i tamtą, że każdą z nich chciałbym przejść, każdą poznać – dokładnie tak, jak ja, bo wszak każda z nich jest piękna i poznania warta. Mój towarzysz ujął mnie swoją wrażliwością na piękno kaczawskich krajobrazów.

Ilekroć idę tamtą drogą, a szedłem już parę razy, kończy się ona stanowczo za szybko. Doszliśmy do wioski i skręciliśmy pod górę, kierując się w stronę bezimiennych wzgórz i dalej, ku Sośniakowi, ostatniej górze stojącej w zwartym i wyraźnie zaznaczonym, najbardziej na południe wysuniętym masywie Gór Kaczawskich. Mgła uparcie trzymała się najwyższych szczytów, ale niżej już jej nie było. Wiele, bardzo wiele znam punktów widokowych w tych górach, ale też znam kilka większych obszarów, miejsc wyjątkowo ładnych, takich, po których można łazić cały dzień i szkoda będzie je opuszczać. Zaliczam do nich południowe stoki Maślaka z Trzmielową Doliną, wzgórza między Bełczyną a Rząśnikiem, stoki Osełki, Dudziarza i Gaika, okolice od Uliny po Ogiera, by wymienić tylko te, nie zamykając listy. Są na niej też stoki na północ od stacji Domanów, także wzgórza między wsiami Świdnik i Pastewnik. Te dwa ostatnie miejsca odwiedziłem dzisiaj, te dwa pobieżnie pokazałem Jankowi, bo dnia mało na dokładne ich poznanie. Na wzgórzach, przez które przechodziliśmy, tych między Popielem a Sośniakiem, rosną niewielkie lasy poprzedzielane polanami; albo inaczej: są na nich wielkie łąki z dużymi zagajnikami, między którymi są przejścia tworzące labirynt lasków, łąk i dróżek między nimi.

Idę polaną mając odległy widok przed sobą, wchodzę w las, ale po minucie wychodzę na inną polanę mając przed sobą nowy widok. Tam wchodzę wyżej na stok, z tyłu, daleko, rosną całe masywy górskie, a horyzont ucieka dalej i dalej, do niebieskiej nieskończoności. Pod szczytem łąka skręca tworząc literę L, idę tam i po chwili doznaję nowego oczarowania nagle otwierającym się widokiem na drugą połowę horyzontu. Nie wszystko pokazałem Jankowi, na przykład tylko dołem przeszliśmy tę literową łąkę, ale przecież dzisiejszy dzień nie był ostatnim. Szliśmy dróżką skosem wspinającą się na szczyt, zostawiając z tyłu coraz głębszą dolinę, a za nią ciemniejący masyw Ołowianych, których szczyty okrywały sinoszare mgły. Garb szczytu naszego wzgórza zasłonił ten widok, ale po chwili z przodu otworzył się zupełnie odmienny: łąki poprzedzielane miedzami i nitkami zarośli falują tam opadając w przełęcz i zaraz podnoszą się w górę po drugiej stronie, rozpędzają się po równym stoku, by kilometr dalej zniknąć na tle nieba. Obok nich dzika łąka zarasta małymi jeszcze brzozami i świerkami, a wokół rosną liczne krzaczki głogów i dzikich róż; Janek uśmiecha się widząc ten zakątek, bo obiecuje sobie znaleźć na nim ładne okazy fauny i flory. Nieco z boku ciemnieje wierzchołek góry porośniętej wysokim lasem bukowym – Sośniak, nazwany bardzo nie a’propos. 






Jego buki są piękne: masywne i wysokie, naprężające swoje ciało, niektóre fantastycznie rozgałęzione. Tu i ówdzie brązowe liście na drzewach cieszą oczy wśród szaroołowianych pni, a u stóp czarne lub zielono omszałe zębiska skał na pół przysypane grubą warstwą liści.  Sośniak

Nieco dalej czarni się skała zasłonięta wierzbami i czereśniami; pokazałem Jankowi miejsce, gdzie parę lat temu w listopadzie widziałem kwitnącą iglicę, trudno mu było uwierzyć, ale i ostatniej jesieni widziałem w lesie, na środku nieużywanego duktu, taką roślinkę trzymającą jeden kwiatek.

Przecięliśmy dolinę zajętą przez wioskę Pastewnik i drogą biegnącą łąkami poszliśmy ku wiosce Domanów. To kraniec Gór Kaczawskich, góry po drugiej stronie doliny są już Górami Wałbrzyskimi, ale bliżej, wokół nas, roztaczają się jedne z najpiękniejszych stoków kaczawskich.  tutaj

Wznoszą się tam niewielkie wzgórza, wchodziliśmy na nie dla widoków, ale i z bardzo praktycznego powodu: otóż wybieraliśmy miejsce na budowę domu. Mieliśmy poważny problem gdzie go stawiać, bo każde kolejne wzgórze wydawało się nam równie dobre jak poprzednie, a może nawet lepsze. Cóż, trzeba będzie tam wrócić, żeby w końcu dokonać wyboru.



Zjedliśmy posiłek (Janek poczęstował mnie pieczonym kurczakiem), popatrzyliśmy na dużego ptaka krążącego nad lasem, zapewne drapieżnika patrolującego swój rewir. Unosił się na niemal nieruchomych skrzydłach wspaniale wykorzystując prądy powietrza. W końcu trzeba było wracać, wszak najwyższa góra ciągle była przed nami.

Po drugiej stronie wioski czekało nas strome podejście, przeszliśmy go laskiem głogowym, jednym z tych dziwów natury spotykanych chyba tylko w tych górach, a kilometr dalej weszliśmy na bliźniaczy szczyt Popiela; oba wzgórza są podobne, stoją na wprost siebie po obu stronach doliny opadającej ku Świdnikowi, ale mapa podaje nazwę tylko jednego. Nie wiem, czy drugi ma imię, obiecuję sobie zapytać mieszkańców wioski, ale do tej pory nie było okazji.

Na jednym i drugi wzgórzu kręciliśmy się sycąc oczy dalą i wyjątkowo urozmaiconymi widokami. Dość powiedzieć, że widać stamtąd sześć pasm górskich: Góry Kaczawskie, oczywiście, i to wiele szczytów, Góry Ołowiane i Izerskie, Wałbrzyskie, Karkonosze i Rudawy. Sokoliki widzieliśmy z wielu miejsc dzisiejszej trasy.  Popiel

Wokół odległego Dudziarza widać było łunę zachodu. Stopniowo jaśniała i nabierała intensywniejszych i czystszych kolorów. Szybko robiło się zimno, wiatr wciskał się pod kaptur i mroził dłoń trzymającą aparat. Zaczynał się zmierzch. Zrobiliśmy ostatnie zdjęcia zachodu i ruszyliśmy w dół, w stronę szosy obsadzonej jesionami.

 
A poszukiwana łąka? Szczerze mówiąc nie jestem pewny jej znalezienia; zafascynowani widokami, zapomnieliśmy o porównywaniu zdjęcia z otoczeniem, ale wierzę, że pięknych kwiatów i motyli nie zabraknie Jankowi tam, gdzie byliśmy.








czwartek, 14 stycznia 2016

Trzy zimowe dni w Górach Kaczawskich. Dzień trzeci


060116
Spakowałem wszystkie drobiazgi do torby, zaparzyłem herbatę w termosie, na pierwsze śniadanie zjadłem dwa jabłka, popiłem mocną kawą, w drzwiach jeszcze omiotłem wzrokiem pokój i świecąc sobie zapaloną latarką czołową, cicho wyszedłem z uśpionego domu „Zaczarowanego ogrodu”. W kwadrans później zaparkowałem na szerokim poboczu szosy w Rzeszówku, wiosce pod Świerzawą. Ten dzień miał być taki, jak dwa poprzednie: bez określonych celów, spędzony na włóczeniu się, tym razem między Kondratowym Wzgórzem a Jastrzębną. Parę lat temu zauroczyły mnie wschodnie zbocza tej góry, najwyższej w okolicy. 


Chciałem wrócić tam, zobaczyć górę w zimowej scenerii, chciałem też odwiedzić nieodległe wzgórze, które nazywam Dębowym nie wiedząc, czy ma swoją nazwę.
Będąc wcześniej w tej okolicy, na szczyt Jastrzębnej nie wchodziłem – do dzisiaj. Wiedziałem, że nic tam nie ma, ani skał wychodnych, ani widoków dalekich, ale mnie też tam nie było, a być chciałem. Skrajem pól i lasu doszedłem w znany mi zakątek, gdzie między rozłożystym dębem a pniem martwego buka zaczynała się zarastająca dróżka, którą mogłem dojść pod szczyt góry. Lubię chwile, gdy gdzieś na odludziu trafiam, kierując się ukształtowaniem terenu, drzewem albo kamieniem, na znaną mi dróżkę ukrytą między drzewami. Tym razem pamiętałem każde jej rozwidlenie i w rezultacie byłem pod szczytem nim rozwidniło się na dobre. Las był jasny, bez zarośli i tak uprzykrzonych maliniaków, i chociaż nachylenie pokrytego śniegiem stoku rosło, szło mi się  dobrze. Im wyżej, tym więcej kamieni omijałem i więcej spotykałem świeżych legowisk dzików. 



Świerki i brzozy zostawiłem niżej, szedłem lasem dębowo-bukowym. Pod samym szczytem kątem oka spostrzegłem ruch, usłyszałem szelest liści i trzask łamanych gałęzi – i nim zdążyłem się przestraszyć, zobaczyłem dzika uciekającego niemal spod moich nóg, najwyraźniej mocniej przestraszonego ode mnie. Jeszcze parę kroków, zbocze zmieniło się w obły wierzchołek, zatrzymałem się i rozejrzałem. Leśne pustkowie, do najbliższej drożyny pół kilometra, wiele drzew powykręcanych wiatrami, zębiska skał wystające ze śniegu i cisza. Byłem na Jastrzębnej.  dróżka na Jastrzebną
Zszedłem do drogi, a nieco dalej, na rozdrożu, skręciłem w drogę obiecującą wyprowadzić mnie na tamte odsłonięte wschodnie zbocza. Obietnicy dotrzymała, chociaż nie od razu, bo za pierwszymi łąkami znowu były lasy. Przesmyk między nimi okazał się być gęstym młodniakiem brzozowym, nie do przejścia, a droga gdzieś sobie poszła zostawiając mnie samego. Nie mam jej tego za złe, wszak i ja z nimi też tak postępuję, jeśli z jakichś powodów pasuje mi taka niewierność. Znalazłem inną, chyba chciała mnie wypróbować, bo kluczyła po lesie (żeby mnie zgubić?), ale w końcu poddała się wyprowadzając na otwarte przestrzenie. Byłem tam, gdzie być chciałem. Za pierwszej tutaj bytności świeciło słońce, była zielona jeszcze jesień, wzrok leciał po odległe horyzonty, a dzisiejszy dzień jakby nie w pełni się rozpoczął: krajobraz był jak obraz na starym telewizorze - mało kontrastowy, biało-czarny, nieostry i zaśnieżony. Prószył drobny śnieg, coraz gęstszy i gęstszy, widoczność spadła do kilometra. 




Ledwie widoczny szczyt góry wystawał ponad linię lasów podnóża, był surowy, szarogranatowy, miejscami przyprószony śniegiem. Góra wydawała się zimną, większą i trudniejszą do zdobycia. Czyniła wrażenie. Szedłem dróżką aż zobaczyłem, że chce uciec w las, wtedy porzuciłem ją dla drugiej, później trzeciej i następnej. Szwendając się po okolicy zszedłem do wioski, do Kondratowa, wróciłem na łąki i szedłem bezdrożami tam, gdzie oczy poniosły. Czasami na ten śnieżący, smutny, mało wyraźny i pozbawiony kolorów obraz nakładał się inny, słoneczny i kolorowy, ciepły i uśmiechnięty. Chciałem go i jednocześnie nie chciałem widzieć, bojąc się zmian odbioru dzisiejszego dnia, tak odmiennego od tamtego. Chciałem dostrzegać zimowy urok tego mojego przecież dnia, przeżywanego tutaj i teraz. Dnia nie do powtórzenia, więc nie powinienem widzieć go gorszym od tamtego słonecznego. Takie myśli miewam często w czasie zimowych wędrówek. Bywa, że wyobraźnia wespół z pragnieniem wygrywają ciągnąc mnie za sobą, ku słońcu i kwiatom na łąkach; bywa, że poddam się i pójdę za nimi, ale gdy na progu odwrócę się i spojrzę na ten zimowy dzień, łzy stają mi w oczach, bo mam wrażenie jego zdrady.
Idąc w stronę Dębowego Wzgórza, doszedłem do lokalnej szosy wysadzanej jesionami. Widząc dwa szpalery tych drzew, a były wśród nich okazy naprawdę duże (najgrubszy miał ponad metr średnicy), schowałem się za pniem jednego z nich zarządzając przerwę. Padał gęsty śnieg, na szczęście suchy, więc nie groziło mi przemoknięcie. Otrzepałem siebie i plecak z białego puchu, napełniłem kubek herbatą i zadarłem głowę na korony jesionów. Kiedyś nieopatrznie uznałem, że odmiana wyniosła gubi nasiona, czyli samary, a pensylwańska nie. Później raz i drugi zobaczyłem jesiony niewątpliwie wyniosłe z gęstymi wiązkami samar, więc tamten wniosek był błędny. Tutaj, nade mną, niektóre osobniki nadal trzymały samary, inne nie. Starałem się wychwycić różnice między nimi, do kilku drzew nawet podszedłem i naginałem do oczu ich gałęzie, ale do niczego nie doszedłem. Mimo dość wyraźnych różnic w pokroju i w uformowaniu gałązek, wszystkie zidentyfikowałem jako wyniosłe, a to po wyglądzie ich pąków: były bardzo, bardzo czarne. Nadal nie wiem, jak odróżnić odmiany jesionów nie widząc koloru ich pąków, bo różnice w wyglądzie nie są jednoznaczne.
Na wschód od szosy rozciągają się rozległe pola, w paru miejscach nabrzmiewające wzgórzami. Według encyklopedii to najwyższe nie jest Kondratowym Wzgórzem, jak wcześniej sądziłem, a sąsiednie, nieco niższe. Pewności nie mam do dzisiaj, ale że byłem na obu wzniesieniach, na pewno byłem na Kondratowym. Szedłem wprost na Dębowe Wzgórze – małe wzniesienie na rozległości pól z zagajniczkiem na szczycie. Śnieg ustał, widoczność poprawiła się, wiatr był niewielki. 
51.033753, 15.985865 Dębowe Wzgórze 


 
Źle się idzie zamarzniętymi polami, zwłaszcza gdy są pokryte cienką warstwą śniegu. Grubsza wyrównuje nierówności, cienki śnieg tylko je maskuje, a że są zmrożone, nie poddają się pod naciskiem buta, które wykręcają się na boki, zjeżdżają z wierzchołków grud, wpadają w bruzdy. Kije pomagają, ale i przeszkadzają, bo lubią swoimi końcami klinować się w szczelinach.
Na Dębowym rośnie kilka brzóz, jedna sosna, którą przywiało nie wiadomo skąd, i kilkanaście dębów, kilka z nich okazałych. Miedzy drzewami jest czysto i jasno, w ciepłe dni chciałoby się położyć na trawie pod drzewami, posłuchać skowronka i popatrzeć na rozległy świat wokół. Z jednej strony widać Jastrzębną, z drugiej Czartowską Skałę, do której kiedyś pędziłem chcąc zdążyć zobaczyć zachód słońca ze szczytu. Dzisiaj dostrzegłem słupek na szczycie Dębowego, typowy betonowy lub granitowy słupek ustawiany na wzniesieniach i górach; może więc ma ono swoją nazwę? Nie wiem tego.
Drogą biegnącą brzegiem lasu wracałem do wioski. Ciszę tak charakterystyczną po opadach śniegu przerywały odgłosy odległych wystrzałów, a słyszałem je cały dzień i to z różnych kierunków. Wystrzelają wszystkie jelenie i sarny – niechętnie pomyślałem o myśliwych, zwłaszcza po wyobrażeniu siebie jako przypadkowego celu jakiejś zabłąkanej kuli. Dzisiaj widziałem jelenia: wyszedł z lasu sto metrów ode mnie, chwilę patrzyliśmy na siebie, nim spokojnie, bez paniki, pobiegł dalej. Duże, ładne, niemal dostojne zwierzę. Sarnom brakuje dostojeństwa, ale nie brakuje wdzięku. Ilekroć uciekają przede mną, chcę wołać za nimi, żeby nie uciekały, nie bały się mnie. Gdyby podchodziły do mnie, napełniałbym sarnimi smakołykami połowę plecaka. Jak im to wytłumaczyć? W powietrzu krążyły kruki (tak mi się wydaje, pewności nie mam) – czarne krzyże powoli zataczające koła i kraczące głośno. Ten ich głos jest niesamowity, jakby lodową śmierć wzywały.
Byłem zmęczony, wracałem więc do samochodu, mimo iż do zmierzchu brakowało jeszcze trzech godzin. Na brzegu lasu usiadłem na pniaku kładąc nań płat specjalnej gąbki otrzymanej kiedyś w prezencie od Tomka; w zimie bardzo się przydaje. Wyciągnąłem nogi i rozglądałem się wokół. Anonimowe miejsce w zastygłym lesie, ostatnia przerwa, ostatnia godzina trzydniowego włóczenia się po kaczawskich pagórkach. Ostatni kubek herbaty i stała towarzyszka tych trzech dni – cisza, której nie przerywały odległe wystrzały lub szum samochodu, a nawet podkreślały ją. Cisza zimowego świata. Patrzyłem na przysypane śniegiem gałązki świerku rosnącego przede mną; zza nich wychylał się mały dąb pokazujący mi brązowe liście – jedyny chyba kolorowy akcent w czarno-białym lesie. 



Dobrze mi tam było, nie chciałem wracać. Po głowie plątały mi się samopas myśli o samotności wśród ludzi, o przeżywaniu piękna i miłości, tych dwóch najważniejszych stanów ludzkiego ducha, o takich miejscach jak to – bezludnych i istniejących tylko dla siebie, bez rozterek i pragnień niemożliwych do spełnienia. Na koniec przyszły myśli o czasie, moim czasie. Chyba uśmiechałem się zapatrzony w swoje myśli.
W końcu zimno wstrząsnęło mną, wstałem więc, założyłem plecak i poszedłem do wsi.
W samochodzie nagle zrobiło mi się szkoda tych dwóch godzin pozostałych do zmierzchu. Jechałem nieuważnie, wzrok uciekał mi na boki, myszkując po mijanych wzgórzach. Raz i drugi, widząc coś ładnego, chciałem się zatrzymać, jednak jechałem dalej. W końcu zatrzymałem się na parkingu w Nowej Ziemi, zobaczywszy miedzy drzewami wielką wyrwę w skalnym zboczu. Poszedłem tam, ale droga nagle skończyła się na brzegu Kaczawy. Lustrowałem rzekę, jednak nie znalazłem miejsca do przejścia dnem, nawet w moich wysokich i masywnych butach. Trzeba by szukać gdzieś mostu – westchnąłem i zawróciłem. Później znalazłem to miejsce na mapie, kiedyś wrócę tam.








wtorek, 12 stycznia 2016

Trzy zimowe dni w Górach Kaczawskich. Dzień drugi


050116
W dużym masywie leśnym południowych Chełmów, między Muchowem a Muchówkiem, stoi kamienny obelisk wyznaczający punkt przecięcia szesnastego południka wschodniej długości geograficznej i pięćdziesiątego pierwszego równoleżnika północnej szerokości, czyli w skrócie 16E, 51N. Na mojej mapie jest ten obelisk zaznaczony i nie raz zwracałem uwagę na to miejsce. Dzisiaj przyszła pora na zobaczenie go, a wcześniej na odnalezienie, jak się okazało.
Wstałem późno, o szóstej, ale wszak nocowałem na kaczawskim pogórzu, kwadrans drogi od celu, a dzisiaj była nią mała wioska Jurczyce, kilka kilometrów na wschód od Świerzawy. Byłem tam o siódmej, kilka minut później nacisnąłem czarodziejski guziczek przy kluczyku samochodu, zamykając w ten tajemny sposób moją vectrę i ruszyłem drogą wyłaniającą się z szarości zimowego brzasku.
51.003146, 15.957965 link
Wydawało mi się, że idąc właśnie tą drogą, najłatwiej znajdę obelisk, ale na chwilę zapomniałem o plątaninie leśnych dróżek, także o fakcie ostatniej aktualizacji mapy w roku, w którym nasz Bolesław dobijał się do bram Kijowa. Biegnąc skrajem lasów, droga wyprowadziła mnie pod wzgórze Piaseczna.
50.990874, 15.988971 Piaseczna 

 
Górka znana mi i pamiętana z powodu rosnącej tam ładnej grupy drzew. Było cicho i szaro, dzień dopiero się zaczynał i w końcu aparat zgodził się robić zdjęcia. Nad czarną linią lasu niebo odrobinę zaczerwieniło się, znacząc miejsce wschodu słońca. Kolor był ledwie widoczny na jednolicie szarym niebie, chyba nawet bardziej spodziewaniem był niż śladem wstającego nad lasy słońca. Nieruchome powietrze wydawało się być szare, niechętnie przepuszczające światło, a wokół mnie krążyły nieliczne, drobne płatki śniegu.
Posiłkując się mapą, ponownie wszedłem w las; droga zaznaczona na mapie jako dobra, przejezdna, była zwykłym garbatym duktem leśnym, ale w spodziewanym miejscu doprowadziła mi do skrzyżowania z równą, porządną szutrówką, czyli taką drogą, o jakiej mówi mapa. Kilometr dalej miał być obelisk. Przeszedłem półtora, przeszedłem dwa kilometry i nic. Wiedziałem, że miejsce już minąłem, ale szedłem dalej chcąc poznać wylot drogi. Las był ładny, jasny, wysokopienny, wiele dębów w nim rosło, buków i świerków; znalazłem też kępę daglezji. Fakt, kształt ich szyszek stanowi najpewniejszy wyróżnik, ale i kora, z jej jasnobrązowymi, nierzadko bursztynowymi pęknięciami, pozwala jednoznacznie rozpoznać gatunek, zwłaszcza w zestawieniu z zupełnie inną korą świerków. Ładne drzewa, ich strzelistość jest imponująca, szczególnie duże okazy czynią wrażenie.
W końcu trafiłem na dwóch drwali; na rozgałęziających się patykach trzymali kanapki nad ogniskiem, dym pachniał igliwiem i żywicą. Zapytałem, wiedzieli o znaku, chociaż mówili o tablicy, nie obelisku. Z ich tłumaczeń wynikało, że wcześniej minąłem odnogę duktu i że tam powinienem iść. Na mapie nie było tej drogi, tamtej też nie. Zawróciłem, drogę znalazłem, a kilkaset metrów dalej i obelisk. Schowany za młodymi bukami i dębami, odsunięty od drogi o 10 metrów, niewiele widoczny, trójboczny kamień wysokości metra, z metalową tabliczką.
16E, 51N link 
 
Stałem przy nim rozglądając się wokół, a po chwili uśmiechnąłem się: przecież tych linii, na skrzyżowaniu których stoję, nie znajdę między drzewami. Tuż obok leży spróchniały pniak, dostrzegłem w nim plastikową butelkę. Z wiadomością dla mnie! Odkręciłem nakrętkę i zobaczyłem kartkę. Jednak! Pierwszy wpis w rodzaju „byłem tutaj” jest z 2012 roku, wszystkich chyba pięć, oczywiście dopisałem i siebie, butelkę porządnie zakręciłem i położyłem w pniaku. A! Był tam jeszcze malutki kluczyk. Do jej serca? Niech tam leży, może znajdzie go młody książę na białym koniu.
Postanowiłem rozpoznać dwa dukty, które zbiegały się w pobliżu kamienia. Jeden wyprowadził mnie na szosę w Muchowie, miejsce zapisałem, może kiedyś wrócę tam. 51.014831, 16.004549 link
Drugi dukt doprowadził mnie na przeciwną stronę leśnego masywu, na kraniec małej wioski, Muchówka, a że w pobliżu zaczynał się strumień, o którym gdzieś czytałem, poszedłem odszukać go.  50.989037, 16.008004 źródła strumienia
Szedłem nieśpiesznie, nie narzucając sobie celów, nie tyle idąc gdzieś, co włócząc się. Dojdę tam, to dobrze, a jeśli nie, to dojdę innym razem, bo jestem tutaj dla drogi, nie dla celu. Rozglądałem się. Wierzba iwa ma białe już szczyty pąków, nad mijanym strumyczkiem kołysze się łan wysokich traw o ładnym kolorze; nie wiem, jak go nazwać, bo nazywając szarożółtym, sugeruję jego mdłość, a kolor jest intensywny, przyciągający wzrok. Obok siebie, niczym przyrodnie rodzeństwo, rosną dwa jakże odmienne drzewa: rozłożysty, krępy dąb i największa osika jaką widziałem. Niskie i daleko sięgające gałęzie dębu, ładna trawa pod nimi, strumyczek tuż obok, a wokół cisza – idealne miejsce na letni biwak. Kilka razy słyszałem klekot i widziałem klucze gęsi. Dopiero odlatują, czy już przylatują? Nie wiem, ale tak czy inaczej pora wydaje się być niezwykłą. Idąc brzegiem Rogoziny, potoku wyschniętego jak wiele innych, znalazłem ruiny domu wśród pozostałości przydomowego sadu. Przejmująco smutny jest widok kikutów ścian z pustymi otworami po oknach, z których kiedyś wyglądali ludzie, a teraz gałęzie drzew. Był czas, gdy w tym pokoju bawiło się dziecko, odpoczywał staruszek, albo kochali się małżonkowie, a teraz leży kupa kamieni pod uschniętymi pokrzywami. Ktoś marzył o tym domu, mozolnie budował go, może całymi latami, cieszył się wprowadzając do niego swoich bliskich i wierzył w ich dobrą przyszłość, teraz zdziczała i przez wszystkich zapomniana jabłoń sadzona jej ręką tkwi na tym pustkowiu pochylona i pokrzywiona niczym wiekowa starość, a smutne wierzby iwy biorą podwórze w swoje posiadanie…


Strumień jest ładny, a wpada do bardzo ładnego stawu; pomiędzy przybrzeżnymi rogożami widziałem urokliwą wysepkę. Po drugiej stronie stawu zaczyna się Wąwóz Lipa, chciałem poznać drogę do niego, ale zbliżał się zmierzch, musiałem wracać. W powietrzu unosiła się delikatna mgiełka przedwieczorna, nieodległe wzgórza majaczyły szarą niebieskością na tle szarego nieba. Aura tej godziny, zimowej i bez kolorów, smutnej i nostalgicznej, podobała mi się. Był w niej urok ciszy i zamyślenia, marzenia i powrotu.


Miałem nadzieję nie zboczyć z leśnego duktu prowadzącego według mapy wprost na mój samochód w Jurczycach, 4 km od stawu. Nie zboczyłem, ale miejscami ciężko mi się szło, bo mało używana droga była zryta przez dziki jak czołgowisko na poligonie. Dowiedziałem się, gdzie nie skręciłem idąc rano w przeciwną stronę i w zupełnych ciemnościach dotarłem do mojego opla.