Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 6 stycznia 2016

Jadąc prawą stroną, czyli zimowe rozmyślania


Myśli spisane w grudniu 2009 roku, po długiej podróży przez Polskę. 

Siedząc po lewej stronie samochodu nie czuję się pewnie. Wydaje mi się, że jadę zbyt blisko środka jezdni, szczególnie gdy wymijam tiry, no i niewłaściwe wydaje mi się wysiadanie na złą stronę, bo wprost na jednię; plus znajduję właściwie tylko jeden: mogę wygodnie, bez uderzania głową w szybę prawych drzwi, zajrzeć pod kierownicę przy wkładaniu kluczyka w stacyjkę.
Z uczuciem żalu i zdrady patrzyłem na moją angielską micrę ładowaną na lawetę handlarza samochodowymi częściami. Ja byłem tym zdrajcą. Samochód tak wiernie mi służący przez dwa lata zniknął za bramą, a ja poczułem się uboższy o jeszcze jedną rzecz przypominającą mi angielski czas.

Teraz został mi tylko coraz rzadszy odruch sięgania lewą ręką do dźwigni zmiany biegów, może jeszcze podchodzenie do samochodu z niewłaściwej strony. Z czasem i to zniknie - cóż wtedy zostanie? Poza drobiazgami, jak służąca mi teraz jako zakładka do książki karta z biblioteki w Trowbridge, uroczo zaprojektowana karta z sylwetką Bonda trzymającego książkę zamiast pistoletu i z napisem “007 licence to read”, pozostanie chyba tylko niezaspokojone pragnienie pójścia przez szkockie wrzosowiska.
Gdzieś pod Włodawą jest małe jeziorko, nazywa się... chyba Święte. Byłem tam kilka razy, ale wiele lat temu. Dlaczego myśl o nim pojawiła się we mnie właśnie teraz? Przez chwilę słuchałem wspomnień: to przez wrzosowiska. Łagodne pagórki wokół jeziora pokrywały łany gęstego wrzosu. Kiedy widziałem je po raz ostatni? Chyba w 94 roku. We wrześniu tego roku, u stóp Śnieżki – pamięć podsunęła bliższy obraz - widziałem rzadkie co prawda jego kępy, ale z kwiatami o cudnie nasyconym kolorze.
Wrzosy… - myślę patrząc przed siebie, na rozpaczliwie szary krajobraz. Wokół kamienia, na którym siedziałem robiąc przerwę w zejściu w dolinę Łomniczki, rosły drobniutkie kwiatki o różowych płatkach, przytulone do szarego odłamu Śnieżki, a teraz nie ma kwiatów, jest zima. Podmuch powietrza szarpie samochodem; każda mijana ciężarówka ciągnie wokół siebie szeroką aureolę zimowej szarości, przeraźliwie brzydką opończę brudnej mgły wodnej. Nie mogę opanować odruchu obrzydzenia wymieszanego z odrobiną strachu, z jakim zanurzam się w niej przy wyprzedzaniu ciężarówek, wyciągniętymi palcami szukając pod kierownicą włącznika wycieraczek.
Styczeń jest najgorszy. Otwiera przede mną długi ciąg dni jednakowych, szarych, krótkich, monotonnych, a do wiosny tak daleko! Przednia szyba co chwila pokrywa się szarym nalotem brudu schnącego w pędzie powietrza; włączam spryskiwacz, z niesmakiem patrząc na paskudną maź zgarnianą piórami wycieraczek na brzeg szyby.
Zima. Brrr!
Widząc reklamę baru, zjechałem na parking, a gdy wysiadłem, buty zanurzyły się w breji rozmoczonego śniegu. Drzwi były zamknięte, na głowę ciurkała mi woda z okapu dachu. Obok otworzyło się małe okienko i usłyszałem nieprzyjemny głos:
-Bar zamknięty. Ja tylko skupuje palety.
Stałem nie mogąc się zdecydować co robić. Między drzewami lasu widziałem budkę WC. Z niechęcią pomyślałem o konieczności pójścia tam – przez kałuże i błoto.
Nie, tak nie można, to przecież mój dzień. Brzydki tylko z powodu mojego nastawienia. Trzeba mi objąć go ramionami, przyciągnąć do siebie, blisko, twarz do twarzy, i wtedy przyjrzeć się mu, rozpoznać jego indywidualne rysy nadając mu w ten sposób wartości, a może i uroku.
Łatwo mówić – pomyślałem ruszając między drzewa. Smród czułem już kilka metrów przed budką. Nie wszedłem, pod drzewem skorzystałem z przywileju męskiej wygody.
Jak to zrobić? – myśl żałośnie bezradna. Jak znaleźć urok takiego dnia?
W samochodzie włączyłem Vivaldiego, mój ulubiony koncert wiolonczelowy c-moll. Szybę mam dziwnie blisko, tuż przy twarzy, gdy wyjeżdżając na szosę patrzę w lewo.
Przywyknę – wzruszam ramionami.
Pisać. Pisać! Gdzieś tam głęboko, w tajemnych zakamarkach mojego jestestwa, tkwią niewyobrażone, ledwie przeczuwane, gesty i słowa, myśli i uczucia, kształty i barwy, są wrażenia, mnóstwo wrażeń; jest tam cały świat o tyleż lepszy od rzeczywistego, o ile marzenia są piękniejsze od rzeczywistości. Oczarowanie chciałbym zmieścić w nim i zachwyt, baśń i... nie wiem, czy chcę rzeczywistości, a jeśli już, to niech ma rozmazane kontury, niech będą tam łagodne, a nawet niedostrzegalne, przejścia między światem baśni a rzeczywistością, o której nie będzie wiadomo gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. I niech tam będzie wiosna wieczna urokiem uczuć i niezgodą na ich przemijanie, na zmienność ludzkiego serca. Dziecinne? Niech będzie.
Zejść w tajemną, tak trudno rozpoznawalną głębię, i wydobyć na światło dzienne to tajemnicze coś, co tam się ukrywa, czego przedsmak czuję w tych chwilach, gdy one same podnoszą się ku powierzchni świadomości, bliżej mojego zrozumienia. Wydobyć z siebie te pierwiastki, które, mocno w to wierzę, zawierają w sobie wszystko, czego tak bardzo brakuje dniom powszednim. Pozwolić im unieść mnie ponad codzienność, przenieść do lepszego świata, tego świata, w którym odczuwa się i przeżywa swoje życie najintensywniej, najgłębiej, najpiękniej. Stworzyć dzieło skomponowane z ulotnych wrażeń, z tęsknot, z marzeń najtajniejszych, najjaśniejszych i najcieplejszych. Przenieść się w wyimaginowany, baśniowy świat, aby tam znaleźć świat prawdziwszy, bo piękniejszy. Czy to ma sens, a jeśli tak, to jak zrobić ten ostatni krok? Rozglądam się, jakbym w mijanym krajobrazie spodziewał się znaleźć odpowiedź na to dręczące mnie od dawna pytanie.
Potrzebuję pisania, ale nie mogę ruszyć z miejsca. Vena… Czasami przychodzi do mnie. Jest ledwie muśnięciem, przeczuciem, pragnieniem wyobrażenia uroczych treści. Czuję ją blisko, jakby stała obok mnie, może na długość ramienia, ale ciągle jest za daleko, będąc w innym wymiarze, nie w moim świecie. To uczucie nieprzebytej bliskości towarzyszy mi od kilku już lat, na przemian dając siły i radości, chwilami nawet euforię – i siły te odbierając, budząc we mnie myśli o prozaiczności i ślepocie, o zupełnym braku umiejętności. Rozglądam się wokół siebie myśląc czasami o Prouście i jego drzewach, które, jak przeczuwał, miały mu coś powiedzieć, ale on nic nie usłyszał. Rozglądam się z podobnym przeczuciem. Tak trudno wydobyć coś z siebie!
Zbliżam się do Radomia, muszę pamiętać o skręcie w lewo na tamtym rondzie – wbrew znakom, które prowadzą w labirynt ciasnych uliczek śródmieścia. Sto metrów przed sobą widzę ciemny tył samochodu, za którym jadę już od kwadransa. Wyprzedzić go? – myśl pojawia się na chwilę, ale zaraz znika. Kieruję odruchowo, pozwalając myślom biec swoimi ścieżkami.
Znaleźć w sobie to, co jest tylko moje i tylko ode mnie zależne. Nie przejęte od osób mnie otaczających, nie wyczytane w książkach, także nic z tego, co jest owocem chwili, nastroju dnia dzisiejszego, ale to, co we mnie niezmienne, tylko mnie właściwe i co stanowi o mojej tożsamości na przestrzeni wszystkich lat mojego życia. Czy jest coś takiego? Jest!, mimo iż w najgorszych swoich chwilach twierdzę przeciwnie. To pamięć - kapryśna, często zawodna i nieciągła jak ludzkie postrzeganie czasu, ale moja. Więc pamięć, ale i coś jeszcze.
…Brakuje mi nierównych płyt z baptysterium św. Marka. Brakuje łączności między mną obecnym, a mną zmieniającym się na przestrzeni lat; potrzebuję pomostu między odizolowanymi wyspami moich przeżyć, pomostu umożliwiającego powrót do mnie tego wszystkiego, co dawały mi przeżycia  – ponad monotonią dni powszednich i uwolnione od brzydoty codzienności.
Właściwie dlaczego w zimie tak mało jest słońca?
Proust pisał tam o prawdach podsuwanych nam przy pomocy wrażenia, ale pisał też o ich rozszyfrowywaniu; skoro dla niego nie było to łatwe zadanie, to cóż ja mam powiedzieć?
Często mam poczucie bliskości odkrycia tajemnicy, krążenia wokół mnie prawdy, objawienia czegoś wielkiego i wspaniałego. Przyjemne to uczucie, dające przedsmak radości ogromnej, ale bywa też inaczej, dziwnie, gdy pustka w głowie rozrasta się gwałtownie, zapełniając się nieuchwytnymi, niemożliwymi do określenia, poplątanymi, szamoczącymi się i skłębionymi myślami. Ten spazm bezradności, ów pulsujący węzeł gordyjski myśli trwa tylko chwilę, po której eksploduje uwalniając gorycz niemożności, bezsilność w wyrażeniu siebie.
Jak to on powiedział? Prawdziwie nasze jest tylko to, co wydobędziemy z naszej ciemności. Było tam, w słowach Prousta, coś jeszcze: pełne wrażeń wspomnienie pustego pokoju z perkalowymi firankami (nie wiedzieć czemu zapamiętałem ten perkal), wspomnienie silnie kontrastujące z pustką wspomnień wystawnych przyjęć. No właśnie.
Patrzę na czarne pudełko GPS, które właśnie kobiecym głosem oznajmia mi, iż “ after four hundred metres turn left”, i wiem, że ten szereg wspomnień układających się w chwilowy nastrój budzony widokiem tego przedmiotu jest indywidualny, odmienny od wrażeń wszystkich innych ludzi. Wspomnienia z nim związane nie są w takiej chwili wyrażone, domyślone do końca, one tkwią niżej, jakbym oglądał je wszystkie razem, z daleka, ale nad nimi wznosi się momentalnie powstająca, delikatna tkanka mojego wrażenia utkanego z dziesiątków tamtych wspomnień.
Gdy biorę w rękę zielonkawy, wytarty tom Raju utraconego, odczuwam swoistą emanację czasu, ćwierćwiecza towarzyszenia mi tej książki; nie ma w tej chwili słów ani obrazów, ale jest wrażenie: ciepłe i cenne, bo umożliwiające mi w tym jednym momencie poczucie związku mnie dzisiejszego z licznymi, odizolowanymi od siebie i jakby obcymi „ja” z przeszłości.
Proust widział powieść (dzieło sztuki) najdalszą kronice filmowej dokumentującej rzeczywistość, a ludzką realność widział w związkach wrażeń chwili bieżącej z wrażeniami przeszłości. Muszę wrócić do niego, tyle znaków zapytania jest jeszcze na marginesach mojego egzemplarza Czasu. Wrócę, on mi pomoże.

Droga wspinała się długim, łagodnym nasypem, celując w szczyt widocznej w oddali konstrukcji nowego mostu na Wiśle pod Puławami. Jak zawsze z przyjemnością patrzyłem na fascynującą prostotę i logikę budowy potężnych, ale nie ociężałych, dźwigarów unoszących w powietrzu wiszącą pod nimi nitkę szosy, ale dzisiaj zjazd z mostu na chwilę przeniósł mnie na most nad River Severn. Przez moment jakbym widział stojącą tam białą tablicę z napisem Welcome to England, i wjeżdżając na Lubelszczyznę poczułem – jak wtedy – że wracam do siebie.


8 komentarzy:

  1. Wrzosowiska! Czy wiesz, Krzysztofie, że obraz wrzosowisk zamknięty pod powiekami nieraz ratuje moje szare zimowe dni? Fakt, nie są to wrzosowiska rodem z Wichrowych wzgórz", czy "Tajemniczego ogrodu" (jeszcze kiedyś pojadę na wyspy jesienią, by zobaczyć to, co przyciągało bohaterów angielskich powieści), ale wrzosowiska z moich eskapad. Pierwsze leżało gdzieś w Beskidzie Żywieckim i czasem wraca do mnie przetworzone w snach, na zboczu, poprzerastane ostami. Drugie porastało okolice Konotopu, gdzie kiedyś zbieraliśmy grzyby jesienią- rozległe, płaskie, niedostępne- teren poligonu.
    Trzecie wrzosowisko to najniezwyklejszy pejzaż, jaki kiedykolwiek widziałam- piaszczyste wydmy Bornholmu porośnięte wrzosem, karłowatymi sosenkami, ostrą trawą; a hen na horyzoncie ukochany Bałtyk. Gdybym miała gdzieś utknąć i skamienieć- to tylko tam. Gui mówi, że nigdy wcześniej ani później nie widziała mnie tak niewymownie szczęśliwej.Na Bornholmie jest jeszcze inne niezwykłe- to tam gdzie mieszkają trolle, a wrzosy i skały splatają się tam w niesamowitej harmonii- tam Gui przez małą chwilę UWIERZYŁA w istnienie trolli ;) No i jeszcze ostatnie wrzosowisko z ostatniej wyprawy- znów poligon, tym razem już dostępny, zamieniony w ogromny rezerwat przyrody- Kłomińskie Wrzosowiska. (no to popłynęłam na tych wrzosach, lecę oglądać swoje bornholmskie zdjęcia!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy wiecie gdzie znajdują się największe lasy? To Bory Dolnośląskie. Są one tak rozległe, że gdy Armia Radziecka weszła do nich w 1945 roku, to wyszła z nich dopiero w 1992 r. Destrukcyjna działalność tych wojsk spowodowała powstanie w Puszczy Przemkowskiej rozległych wrzosowisk, które zostały nazwane Wrzosową Krainą.

      Usuń
    2. Aniu, dziękuję za ten wyjątkowy komentarz.
      Łatwo uwierzyć mi w istnienie trolli, skoro (czasami) wierzę w rozgarnianie nocnego nieboskłonu przez dziewczynę o różowych palcach :-)
      Powracający, przetworzony w snach obraz wrzosowisk…. Ładnie napisane.
      Zaciekawiłaś mnie wydmami Bornholmu; poczułem chęć popłynięcia tam. Masz gdzieś w internecie ich zdjęcia? Chętnie obejrzałbym.

      Usuń
    3. Na Bornholmie świat pozazmysłowy zda się realny, wręcz namacalny. W powietrzu unosi się znana ze skandynawskich powieści atmosfera, bo Bornholm to taka Skandynawia w pigułce. Nasze spisane na gorąco wrażenia są na blogu, trzeba tylko w targach znaleźć Bornholm. A zdjęcia tu: https://goo.gl/photos/b3Wh7Q7au4DhMPGz8

      Usuń
    4. Przeczytałem i obejrzałem, Aniu. Faktycznie, tyle miejsc do poznania, tyle do zobaczenia, do posmakowania, do przeżycia, a czasu tak mało, tak mało. Te wrzosowiska nadmorskie, skały na brzegu, ta cisza i spokój życia w małych miejscowościach. Pociągające to wszystko.

      Usuń
    5. Miejsce niesamowite i nie dziwię się, że Cię kusi (góry na północy spodobałyby Ci się - oczywiście też są w miniaturze, jak wszystko na wyspie)

      Usuń
  2. 1999- 12 -31 wcześnie rano jechałem autostradą do Żar. Padał mokry śnieg, który przy styku z przednią szybą samochodu zamieniał się w plamki wody, Wycieraczki pracujące na pierwszym biegu po kilkunastu sekundach swoim machnięciem zgarniają rozmazane kropelki na boki. Z głośniczków płyną słowa Serduszkowej Wiązanki:

    Guantamera, dwójka trzy zera
    Tarira Guantamera, to nowa era...

    Jechałem do oddziału firmy, w której pracuję, rozliczyć inwentaryzację, w programie komputerowym zamknąć stary rok i przenieść dane do nowego okresu. Lewym pasem wyprzedza mnie Jeep Grand Cherokee. Taki sam, jak w naszej firmie - kątem oka spojrzałem na niego z sympatią. A w sekundę później moja przednia szyba pokryta została szaroburoczarną mazią. Sukinkot nie kierowca. On prawie na zderzak wjechał na mój pas. Autostrada pięła się pod górkę i zauważyłem, że dowcipniś tak samo postępował z innymi wyprzedzanymi pojazdami.
    Humoru mi nie zepsuł, zaraz wjechałem w zjazd w kierunku Żar, a tam ma mój przyjazd czekała niezwykle sympatyczna osoba.

    Cienka jest granica dwóch odmiennych światów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, Janku.
      Dobrze, że już nie ma tych wojsk u nas. Swoją drogą: czy ktokolwiek w Polsce pomyślał w latach 70. czy nawet 80. o takiej możliwości?
      Przypomniałeś mi zdarzenie obserwowane na esce pod Łodzią. Przede mną jakiś samochód wjechał na lewy pas i zaczął wyprzedzać inny samochód, a wtedy dojechało z tyłu szybko jadące porsche. Jego kierowca wyhamował, a gdy pierwszy samochód minął ten wyprzedzany, porsche wpadło w lukę między nimi, wyjechało przed wyprzedzający samochód i nagle zahamowało, zmuszając tamten samochód do hamowania. Po dłuższej chwili blokowania porsche wystrzeliło do przodu. On nie miał zajechanej drogi, ale był zły na tego, który wyprzedzał, że robi to wolno i on musi zwolnić, a przecież chciał jechać szybko, bo ma taaaki samochód! Mówi się, i mówi uczenie, że niektórzy faceci mocą silnika swojego samochodu dodają sobie mocy. Tej męskiej. Cóż, skoro całą męskość upatrują w potencji, to chyba należy im współczuć.

      Usuń