Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 15 stycznia 2016

Tam, gdzie kwiaty na łąkach


110116

Im bliżej byłem Legnicy, tym większa była mgła. Słuchałem siebie: czy czuję bunt lub zniechęcenie? Nie chciałem odczuwać nic negatywnego, wszak jechałem powłóczyć się. Na szczęście tylko trochę żal mi było dalekich widoków, które chciałem pokazać koledze. O szóstej zabrałem Janka spod bloku i wyruszyliśmy za Bolków, na poszukiwanie pewnej łąki. Tak!: była to wyprawa poszukiwaczy.

Otóż parę tygodni temu Janek podał mi adres strony ze zdjęciem: była na nim przełęcz między dwoma wzgórzami, a na pierwszym planie kolorowe kwiaty na łące. Janek poluje na motyle i rzadkie rośliny, a na tej łące miały być kwiaty nie tylko wyjątkowo piękne, ale i rzadkie. Gdzie jest ta łąka? W opisie była mowa o łące między Popielem a Sośniakiem, to dwie góry we wschodnich Górach Kaczawskich. Znam je, wiem też, że one nie sąsiadują ze sobą, bo między nimi jest dwukilometrowa odległość i kilka bezimiennych wzgórz. Od razu ułożył mi się plan wspólnego wyjazdu i poszukiwania sfotografowanej łąki: pojedziemy w pobliże Popiela, lokalną szosą można wjechać na wysoką przełęcz w górnej części wsi Pastewnik, zostawimy tam samochód i połazimy po okolicy.  początek trasy

W Bolkowie nie było mgły, z radości albo z rozpędu (najpewniej z gapiostwa) wyjechałem z miasta szosą numer 3, zawracałem, bo wszak powinienem wyjechać piątką, a gdy dziurawą szosą, która nawet numeru nie ma, zaczęliśmy wjeżdżać na przełęcz, drogę zagrodziła nam mgła. Na miejscu byliśmy kilka minut po siódmej. Mgła i ciemność. Zaczekamy, postanowiłem. Po dwudziestu minutach, gdy szarość zastąpiła ciemność, poszliśmy z postanowieniem obejścia podnóżem Popiela i zejścia w dolinę, do wsi Świdnik. Liczyłem na brak mgły w dole i na jej szybkie podniesienie się, skoro w pobliskim Bolkowie nie było jej.

Parę lat temu myszkowałem po lasach Gór Ołowianych, a gdy dukt wyprowadził na mnie na brzeg lasu, otworzył się przede mną rozległy widok: po lewej znane mi góry z charakterystyczną sylwetką Połomu, po prawej nieznane mi wtedy pasmo wschodnie z uroczą doliną, dnem której spływała zakolami droga ku wiosce. Ten widok tak mnie zauroczył, że zmieniłem plany i poszedłem tam, poznać dolinę i jej drogę. Tą właśnie, którą teraz szliśmy we mgle. Pod Sośniakiem widzieliśmy na odległość stu metrów, ale w miarę schodzenia widoczność szybko się poprawiała. Zbocza wzgórz po obu stronach odsłoniły się, zobaczyliśmy boczne dróżki zbiegające stokami w naszą stronę. Właśnie zbiegające, nie schodzące, i jeszcze uśmiechnięte. Tam właśnie Janek ujął mnie i to bardzo: rozglądając się powiedział, że tą i tamtą, że każdą z nich chciałbym przejść, każdą poznać – dokładnie tak, jak ja, bo wszak każda z nich jest piękna i poznania warta. Mój towarzysz ujął mnie swoją wrażliwością na piękno kaczawskich krajobrazów.

Ilekroć idę tamtą drogą, a szedłem już parę razy, kończy się ona stanowczo za szybko. Doszliśmy do wioski i skręciliśmy pod górę, kierując się w stronę bezimiennych wzgórz i dalej, ku Sośniakowi, ostatniej górze stojącej w zwartym i wyraźnie zaznaczonym, najbardziej na południe wysuniętym masywie Gór Kaczawskich. Mgła uparcie trzymała się najwyższych szczytów, ale niżej już jej nie było. Wiele, bardzo wiele znam punktów widokowych w tych górach, ale też znam kilka większych obszarów, miejsc wyjątkowo ładnych, takich, po których można łazić cały dzień i szkoda będzie je opuszczać. Zaliczam do nich południowe stoki Maślaka z Trzmielową Doliną, wzgórza między Bełczyną a Rząśnikiem, stoki Osełki, Dudziarza i Gaika, okolice od Uliny po Ogiera, by wymienić tylko te, nie zamykając listy. Są na niej też stoki na północ od stacji Domanów, także wzgórza między wsiami Świdnik i Pastewnik. Te dwa ostatnie miejsca odwiedziłem dzisiaj, te dwa pobieżnie pokazałem Jankowi, bo dnia mało na dokładne ich poznanie. Na wzgórzach, przez które przechodziliśmy, tych między Popielem a Sośniakiem, rosną niewielkie lasy poprzedzielane polanami; albo inaczej: są na nich wielkie łąki z dużymi zagajnikami, między którymi są przejścia tworzące labirynt lasków, łąk i dróżek między nimi.

Idę polaną mając odległy widok przed sobą, wchodzę w las, ale po minucie wychodzę na inną polanę mając przed sobą nowy widok. Tam wchodzę wyżej na stok, z tyłu, daleko, rosną całe masywy górskie, a horyzont ucieka dalej i dalej, do niebieskiej nieskończoności. Pod szczytem łąka skręca tworząc literę L, idę tam i po chwili doznaję nowego oczarowania nagle otwierającym się widokiem na drugą połowę horyzontu. Nie wszystko pokazałem Jankowi, na przykład tylko dołem przeszliśmy tę literową łąkę, ale przecież dzisiejszy dzień nie był ostatnim. Szliśmy dróżką skosem wspinającą się na szczyt, zostawiając z tyłu coraz głębszą dolinę, a za nią ciemniejący masyw Ołowianych, których szczyty okrywały sinoszare mgły. Garb szczytu naszego wzgórza zasłonił ten widok, ale po chwili z przodu otworzył się zupełnie odmienny: łąki poprzedzielane miedzami i nitkami zarośli falują tam opadając w przełęcz i zaraz podnoszą się w górę po drugiej stronie, rozpędzają się po równym stoku, by kilometr dalej zniknąć na tle nieba. Obok nich dzika łąka zarasta małymi jeszcze brzozami i świerkami, a wokół rosną liczne krzaczki głogów i dzikich róż; Janek uśmiecha się widząc ten zakątek, bo obiecuje sobie znaleźć na nim ładne okazy fauny i flory. Nieco z boku ciemnieje wierzchołek góry porośniętej wysokim lasem bukowym – Sośniak, nazwany bardzo nie a’propos. 






Jego buki są piękne: masywne i wysokie, naprężające swoje ciało, niektóre fantastycznie rozgałęzione. Tu i ówdzie brązowe liście na drzewach cieszą oczy wśród szaroołowianych pni, a u stóp czarne lub zielono omszałe zębiska skał na pół przysypane grubą warstwą liści.  Sośniak

Nieco dalej czarni się skała zasłonięta wierzbami i czereśniami; pokazałem Jankowi miejsce, gdzie parę lat temu w listopadzie widziałem kwitnącą iglicę, trudno mu było uwierzyć, ale i ostatniej jesieni widziałem w lesie, na środku nieużywanego duktu, taką roślinkę trzymającą jeden kwiatek.

Przecięliśmy dolinę zajętą przez wioskę Pastewnik i drogą biegnącą łąkami poszliśmy ku wiosce Domanów. To kraniec Gór Kaczawskich, góry po drugiej stronie doliny są już Górami Wałbrzyskimi, ale bliżej, wokół nas, roztaczają się jedne z najpiękniejszych stoków kaczawskich.  tutaj

Wznoszą się tam niewielkie wzgórza, wchodziliśmy na nie dla widoków, ale i z bardzo praktycznego powodu: otóż wybieraliśmy miejsce na budowę domu. Mieliśmy poważny problem gdzie go stawiać, bo każde kolejne wzgórze wydawało się nam równie dobre jak poprzednie, a może nawet lepsze. Cóż, trzeba będzie tam wrócić, żeby w końcu dokonać wyboru.



Zjedliśmy posiłek (Janek poczęstował mnie pieczonym kurczakiem), popatrzyliśmy na dużego ptaka krążącego nad lasem, zapewne drapieżnika patrolującego swój rewir. Unosił się na niemal nieruchomych skrzydłach wspaniale wykorzystując prądy powietrza. W końcu trzeba było wracać, wszak najwyższa góra ciągle była przed nami.

Po drugiej stronie wioski czekało nas strome podejście, przeszliśmy go laskiem głogowym, jednym z tych dziwów natury spotykanych chyba tylko w tych górach, a kilometr dalej weszliśmy na bliźniaczy szczyt Popiela; oba wzgórza są podobne, stoją na wprost siebie po obu stronach doliny opadającej ku Świdnikowi, ale mapa podaje nazwę tylko jednego. Nie wiem, czy drugi ma imię, obiecuję sobie zapytać mieszkańców wioski, ale do tej pory nie było okazji.

Na jednym i drugi wzgórzu kręciliśmy się sycąc oczy dalą i wyjątkowo urozmaiconymi widokami. Dość powiedzieć, że widać stamtąd sześć pasm górskich: Góry Kaczawskie, oczywiście, i to wiele szczytów, Góry Ołowiane i Izerskie, Wałbrzyskie, Karkonosze i Rudawy. Sokoliki widzieliśmy z wielu miejsc dzisiejszej trasy.  Popiel

Wokół odległego Dudziarza widać było łunę zachodu. Stopniowo jaśniała i nabierała intensywniejszych i czystszych kolorów. Szybko robiło się zimno, wiatr wciskał się pod kaptur i mroził dłoń trzymającą aparat. Zaczynał się zmierzch. Zrobiliśmy ostatnie zdjęcia zachodu i ruszyliśmy w dół, w stronę szosy obsadzonej jesionami.

 
A poszukiwana łąka? Szczerze mówiąc nie jestem pewny jej znalezienia; zafascynowani widokami, zapomnieliśmy o porównywaniu zdjęcia z otoczeniem, ale wierzę, że pięknych kwiatów i motyli nie zabraknie Jankowi tam, gdzie byliśmy.








7 komentarzy:

  1. Tak, widoki były tak oszałamiające, że nie szukaliśmy wspomnianej łąki. Ale porównuję zdjęcia z Mapą Google i chyba ją znajdę. Wiosną w tamto miejsce wrócę i to niejednokrotnie.
    Krzysztof, linki do mapy, to był wyśmienity pomysł.
    Posiłkiem chciałem Ci się odwdzięczyć za Twój wysiłek włożony w zorganizowania tej wyprawy. Powiedziałem Ci nawet, że w ten sposób chciałem Ciebie przekupić, ponieważ obawiałem się tego, ze mnie tam pozostawisz.

    A krążący myszołów stanowił piękny widok. Prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaa, mogłeś dołączyć zdjęcie mojej osoby.

      Usuń
    2. Nie zostawiłbym Cię tam, bo liczyłem na kawę u Ciebie :-)
      Ten ptak płynął po powietrzu, lekko i bez wysiłku. Kształt jego skrzydeł był oryginalny, nieco inny od najczęściej spotykanych. Lubię patrzeć na ptaki, których powietrze samo niesie, a ten posiadł tą sztukę.
      Przypomniałeś mi o zdjęciach, mam kilka Twoich, zaraz wyślę je.
      Wyobraź sobie, że te linki sam i bez kłopotów zrobiłem, mimo iż trochę klikania przy tym jest. Nie jest trudno obsłużyć jakiś program czy jego funkcję, jeśli jest jasno opisana i logicznie działa.
      Gdy będziesz tam w lecie, postaraj się zrobić zdjęcia w tych samych miejscach, no i oczywiście zamieść je na blogu, a jeszcze lepiej, żebyś przysłał mi pocztą.

      Usuń
    3. Tylko kawę? Ja miałem jeszcze do niej brandy, ale później wypiłem moją i Twoją lampkę. Kierowca jest Krzysztofem, jemu pić nie wypada.

      Usuń
    4. Urocze zakątki spotykane po drodze zaśmiecone zużytymi sprzętami, były impulsem do utworzenia mojego tematu o lesie. W wolnej chwili zajrzyj.

      Usuń
  2. Kolejne wspólne łazikowanie? Nic tylko zazdrościć tych wspólnych kilometrów i zachwyceń. Plusem posiadania partnera do szwendania się jest możliwość wspólnego zachwycania się, dzielenia refleksjami na gorąco. To dlatego raz do roku jadę na kilka dni z Gui, żeby mieć z kim dzielić zachwyt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, nie łazikowanie! To była poważna wyprawa poszukiwaczy kwiecistej łąki, tylko… zapomnieliśmy jej poszukać. Skleroza? Ależ nie! To było specjalnie, żeby mieć powód do następnej wyprawy. :-)
      Do pełni szczęścia brakowało odrobiny słońca, ale cóż, tak to jest. Najważniejsze, że była droga przed nami, która jednako mnie i Jankowi podobała się.

      Usuń