Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 27 stycznia 2016

O mglistym ranku i słonecznym popołudniu na zboczach Stromca


240116
 
Śnieg i deszcz - przeczytałem prognozę. Ale pogoda na całodzienne łażenie bezdrożami! – westchnąłem w przeddzień wyjazdu.

Ten tydzień był w pracy wyjątkowo ciężki, bo z temperaturami poniżej zera. Po jedenastu godzinach pracy w zimnym warsztacie wracałem tak zziębnięty, że, bywało, nie mogłem opanować dygotania ciała, a gdy już rozgrzałem się w ciepłym pokoju, przychodziła senność. Więc zostać? Nie, nawet przez chwilę nie myślałem o dniu w fotelu, a przeczytana prognoza pogody wywołała efekt odwrotny, coś w rodzaju zaciśnięcia pięści: pojadę, niechby sypało, lało i wiało – pojadę, bo zostało mi tylko kilka niedziel do końca zimy, czyli do ponad półrocznej przerwy w wędrówkach. Gdy w maju lub we wrześniu poczuję tęsknotę, wiem, że będę mieć do siebie żal o każdy dzień, który mogłem spędzić w górach, a który spędziłem w fotelu jak jakiś dziadek…

Zaraz, zaraz, przecież jestem nim. Wczoraj zadzwonił telefon, obcy numer; któż to może być?

-Dziadek? – w pierwszej chwili głosu nie poznałem, wydał mi się nazbyt dorosły, ale przecież jest jedna osoba na świecie, jedna jedyna, dla której jestem dziadkiem.

-Heleno!

Mała nie jest dla mnie Helcią ani Helenką, a właśnie Heleną. Lubię tak do niej mówić i tak o niej myśleć. Wnuczka miała zarecytować mi wiersz, ale… zapomniała. Na szczęście nie jest z tych osób, które przejmują się takimi drobiazgami i miło się nam rozmawiało. Już ułożyliśmy zarys planu zajęć na nasz najbliższy wspólny weekend.

Tak, miałem pisać o wyjeździe, ale wszak zarówno Helena, jak i zimny warsztat, a także tyleż innych osób, zajęć, sytuacji i fascynacji, składają się moje życie.

Gdzie jechać? Tym razem wystarczył jedno spojrzenie na mapę, zobaczyłem Stromca i uświadomiłem sobie, że byłem tam tylko raz, kilka lat temu na szczycie tej góry, a okolic nie poznałem. Zaniedbanie, które postanowiłem naprawić. Drogę wybrałem przez Sokołowiec i Rząśnik, bo wydawała się najkrótszą, chociaż wcale nie krótką: kilkanaście kilometrów bocznymi, nienumerowanymi dróżkami łączącymi wioski, a po drodze przełęcz. Wyjrzałem na dwór, sypał drobny śnieg; jej, jak ja przejadę Rząśnicką Przełęcz po zaśnieżonej drodze?

Po minięciu Rząśnika droga wspina się dość ostro i meandruje zmierzając ku przełęczy, z której roztacza się piękny widok na masyw Leśniaka i na Chrośnickie Kopy, a tuż za nią opada gwałtownie ku Janówku, niemal zawracając w zdradliwym zakręcie. Pojadę drugim biegiem i bez gazu, a gdy szosa będzie wyjątkowo śliska, zaparkuję gdzieś wcześniej i tam się poszwendam– zdecydowałem.

Gdy w Sędziszowej wjechałem na boczną drogę, raz i drugi nacisnąłem hamulec, samochód nieźle zwalniał, było lepiej, niż się podziewałem, ale najwyraźniej nie dla wszystkich, bo gdy minąłem jeden z zakrętów szosy pod przełęczą, zobaczyłem 20 metrów przed sobą nieoświetlony samochód stojący na środku wąskiej jezdni. Wyminąłem go zamiatając prawymi kołami po poboczu; w jednej chwili zrobiło mi się gorąco.

W centrum Płoszczyny jest spory placyk manewrowy i przystanek autobusowy, idealne miejsce na zostawienie samochodu; stamtąd o zwykłej godzinie wyszedłem w szarość kończącej się nocy. Przez chwilę szukałem na śniegu śladu dróżki zaznaczonej na mapie, w końcu machnąłem ręką i poszedłem na przełaj zachodnim zboczem. W wiosce mgły nie było, a ledwie kilkadziesiąt metrów wyżej czekała na mnie, szara i brzydka jak noc listopadowa, ale przyjąłem ją bez protestów.
Trudno, za to w lesie będzie ładnie. Las właściwie przy każdej pogodzie może się podobać, a we mgle potrafi być naprawdę ładny; tutaj go nie brakuje, ponieważ tylko dolne partie zboczy wokół góry są odkryte, a wyżej, po sam szczyt, rosną lasy. Na mapie wypatrzyłem strumień mający swoją nazwę, Biały Potok, a wszelkie miejsca nazwane ciekawią mnie, więc mgle mogłem pokazać język. Śnieg był ciężki i mokry, chociaż świeży. Taki śnieg działa na buty jak drobny papier ścierny albo ostra szmatka do czyszczenia: błyskawicznie usuwa ze skóry wierzchnią warstwę ochronną. Jeśli buty były tylko pastowane, po kilometrze drogi na ich bokach i przedzie pasty już nie będzie i skóra szybko przepuści wilgoć. Buty natłuszcza się; taki preparat wnika w głąb skóry czyniąc ją odporną na przemakanie, natomiast pasta zostaje na wierzchu. Kiedyś robiło się taką miksturę z pewnego rodzaju tłuszczu zwierzęcego, teraz wyręcza mnie w tym niemile pachnącym zajęciu pewna hiszpańska firma. Miałem na stopach buty średniej masywności, ale solidnie zrobione z wyjątkowo grubej skóry, buty, które jeszcze nigdy mi nie przemokły. Wieczorem, po powrocie, z ciekawością wkładałem dłonie do środka badając je, były suche. Dlaczego tak? Z powodu używanych skarpet. Nie jestem fanem nowinek technicznych, stanowczo nie, ale do skarpet z włókna coolmax przekonałem się szybko i teraz tylko takich używam. Otóż skarpetki z niego wykonane nie mokną, tak po prostu. W bucie może być wilgoć, ale na stopie nie czuje się jej, bo też i pozostaje sucha. Ciekawie myje się takie skarpetki: one nie chcą zrobić się mokre, dopiero przy jednoczesnym polewaniu wodą i mydleniu można je zmoczyć.

Rozgadałem się? Wracam na szlak. Mgła ograniczała widoczność do kilkuset metrów i pozbawiła świat resztek kolorów. Pierwszy plan, bliskie drzewa i śnieg na łąkach, były matową, przygaszoną bielą i czernią, a w miarę sięgania wzrokiem dalej, biel ciemniała, czerń szarzała, by w końcu stopić się z jednolitą szarością starej opończy naciągniętej na świat smutny, ale nie pozbawiony uroku. Tak, uroku. Trudno mi go opisać, wskazać, w czym się ukrywał... Myślę, że mógł tkwić we wrażeniu samotnego i dalekiego wędrowania pustymi przestrzeniami o dzień drogi od najbliższych sadyb, a przecież gdyby nie mgła, zobaczyłbym na wprost wioskę odległą o kilometr. Odbierając widoki, mgła dała mi wrażenie traperskiej wędrówki, które wzbogaciło się połączeniem - jak nierzadko u mnie - z nostalgicznym nastrojem. 



Łagodne stoki przecięte są tam głębokim jarem, jego dnem płynie Biały Potok, a przy nim biegnie droga leśników. Poznałem jej wylot, zawróciłem i poszedłem dalej, chcąc obejść górę i dojść do Srebrnej, wydłużonej górki przytulonej do Stromca od południa. Pamiętając urokliwą dróżkę biegnącą wzdłuż grzbietu, chciałem przejść nią raz jeszcze; był to jedyna część dzisiejszej trasy poznana wcześniej, cała reszta była do dzisiaj moją terra incognita – rzadkość coraz większa w tych górach. Doszedłem do szosy i ostatnich domów Płoszczynki, a wtedy zdarzyło się coś, co nieco wyjaśnia działanie naszej pamięci. Może widok lasu na wprost i sąsiednich domów, może wznoszącej się szosy, przypomniał mi chwilę, gdy dwa lata temu schodząc lasem ze Skowrona, wyszedłem na brzeg wiejskiej uliczki i zobaczyłem parę domków nieznanej mi wsi. Gdzie to było? Dlaczego teraz przypomniała mi się tamta wędrówka? – pomyślałem. Po chwili przyszło olśnienie i zdumienie: to było właśnie tutaj! Wyszedłem z lasu na wprost mnie, a tam jest wzniesienie Skowron! Pamiętałem nie pamiętając. Pamiętałem podświadomie. W tamtej chwili postanowiłem wrócić tutaj i pójść drogą przez las na Skowron. Roztacza się z niego rozległy i ładny widok, kiedyś oglądałem go o wschodzie słońca, na początku pogodnego, słonecznego dnia.

Szedłem i stawałem próbując przebić wzrokiem mgłę. Patrzyłem na krople wody wiszące na gałązkach drzew i na brązowe liście małych buków; zadzierałem głowę pod drzewami i dotykałem owoców głogów, a krople wody ściekały mi po nadgarstku pod sweter. 




Wchodziłem między drzewa popatrzeć na czarne kamienie wystające spod otuliny bukowych liści, albo na wielkie, umięśnione pnie tych drzew. Pod jednym z nich przyszła mi do głowy dziwna myśl, nie wiem, na ile trafna: że kobietom bardziej niż mężczyznom powinny podobać się buki, właśnie z powodu wrażenia ich siły i umięśnienia sylwetki. Jeśli tak jest, to inny widziany tam buk niewłaściwie się przystroił: prosty i równy pień na wysokości twarzy otaczały gałązki odrostów z licznymi liśćmi, wyglądając jak brązowa spódniczka otulająca kibić drzewa.



Szedłem grzbietem Srebrnej.

Może dwieście metrów od szczytu na południe stok góry pęcznieje odkrytym wzniesieniem, stoi tam ławka, najwyraźniej często używana – i nie bez powodów, bo widoki z tego miejsca warte są zobaczenia: w dole widać niemałą część Kotliny Jeleniogórskiej i miasta z mrowiem małych górek bliskich i dalekich, po prawej Karkonosze, obok Rudawy, a blisko rozsiadła się szeroka Szybowcowa. Po lewej zza drzew wystaje szczyt Stromca. Chciałbym być w tamtym miejscu o wschodzie słońca, miałbym je na wprost, wschodziłoby nad Rudawami. Kiedyś będę i zobaczę.

Tylko przez chwilę szedłem drogą, wyznaczonym szlakiem rowerowym, ale zaraz, widząc ładnie falujące łąki tuż poniżej linii lasów, porzuciłem ją idąc tam, gdzie ładniej. Mgła podniosła się, niebo jaśniało. Pasmo Chrośnickich Kop powoli wynurzało się zza Stromca, a gdy ten schował mi się za placami, a Kopy ustawiły się na wprost pokazując mi wszystkie swoje siedem szczytów, od Czernickiej Góry po Skibę, zaświeciło słońce. Piłem herbatę patrząc na te moje góry: na Lastek, na wąwóz Przełęczy Chrośnickiej, na nitki dróżek wybiegających spomiędzy domów wioski i pędzących ku lasom Kop. Po lewej widziałem kropkę na szczycie odległej góry – zamek nad Wleniem odległy stąd o 9 km (sprawdzałem na mapie), a po prawej, zza odkrytego grzbietu Skiby, wystawała moja brzoza, wyraźnie widoczna na tle błękitu nieba, mimo dwukilometrowej odległości. Brzoza na zboczu Ptasiej? Spojrzałem na Kopy, góra stała niemal na wprost mnie, ale przecież tamta brzoza jest po drugiej stronie pasma. Tamta góra to Lastek, w dwie godziny, może w trzy, mógłbym być na nim… - kalkulowałem drogę. Nie, będę tam zapewne jeszcze nie raz, ale nie dzisiaj. 








Niemal całe podnóże Stromca można obejść odkrytymi stokami, a jedynym utrudnieniem są liczne ogrodzenia pastwisk. W zimie nie są przeszkodą, bo bez prądu, a bydła nie ma, chyba gorzej byłoby w zielone miesiące roku. Tutaj uwaga: prąd włącza się samoczynnie po dotknięciu drutu gołą częścią ciała, nieprzyjemnie uderza, ale nie jest niebezpieczny. Łatwo uniknąć „kopnięcia”: ja przyciskam drut do ziemi kijem, oczywiście trzymając go za izolowaną, bo korkową, rękojeść.

Doszedłem do zachodnich stoków, tych samych, które oglądałem rankiem, we mgle; jakże inaczej teraz wyglądały! Ładnie tam jest, po prostu ładnie. 



Przyszła pora na poznanie widzianej wcześniej drogi i strumienia. Dwa razy przeszedłem południowe stoki góry, poznając tamtejsze drogi; idąc pod górę brzegiem strumienia, doszedłem do jego źródła w górnej części Jeżowa. Na całej poznanej długości płynie jarem, miejscami głębokim i stromym, ciemnym i dzikim. Ładnym. Wrócę tam, bo chyba nie jedyny to jar na stokach Stromca.

Płynąc na zachód, po opuszczeniu lasów góry, strumień mija odkryte wzgórze, niewielkie i bezimienne, ale z ładnymi widokami. Wszedłem na nie gdy słońce dotykało koron drzew. 



Patrzyłem na kończący się dzień, ale po chwili zapragnąłem raz jeszcze zobaczyć Kopy nim zapadnie ciemność. Przeszedłem nieco dalej, na stok opadający ku Płoszczynie, Kopy stały wyraźne na tle czystego, jasnego jeszcze nieba, mimo iż dołem już szarzało. Obok biegła dróżka, przy niej rosło kilka brzóz, czekały już na mnie, ale jeszcze zwlekałem z zejściem. Oglądałem się patrząc na łunę zachodu, patrzyłem w głąb Przełęczy Chrośnickiej i do góry, na białe, a bliżej słońca perłowe, linie kreślone samolotami na czystym niebie. Tak odmienny był koniec dnia od swojego początku!





Wszedłem na dróżkę, musnąłem opuszkami palców pień mijanej brzozy i zszedłem do wioski.


10 komentarzy:

  1. Mówią, że przysłowia są mądrością narodów. Zawsze, kiedy czytam relacje z Twoich wędrówek, przychodzą mi na myśl różne przysłowia i powiedzenia. Ale są wyjątki, które potwierdzają regułę.
    Nie karć dnia przed zachodem słońca, tak można powiedzieć o tym dniu, o Twoim dniu. Parafrazując powiedzenie pewnego polityka, można powiedzieć: Nie ważne jak dzień się rozpoczął, ważne jak się on zakończył. Ba, jak się zakończył kolejny tydzień, a rozpoczął następny.
    A w tym dniu było dużo chwil pełnych wrażeń. prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakże trafnie dobrałeś powiedzenia, Janku!
      Ale też trzeba mi powiedzieć, że gdyby dzień do wieczora był mglisty, postarałbym się znaleźć z nim plusy i uroki.
      Tak, wrażeń dużo. Większości miejsc nie znałem wcześniej, a są wśród nich naprawdę ładne. Podobały mi się też jary w lasach. Zdaje mi się, że jest ich tam sporo, parę razy sondując pobrzeża lasów, trafiałem na strome zbocza jarów. Robią wrażenie, pójdę tam kiedyś. No i oczywiście znane góry i górki z Chrośnickimi Kopami, a już zwłaszcza z Lastkiem, na czele. Dlaczego ta góra, to już wiesz :-)
      Pisałeś o pół do pierwszej, Janku. Czy aby nie zamieniłeś dnia z nocą?

      Usuń
    2. Nie, Krzysztof. Ja w nocy przeważnie śpię snem sprawiedliwego. Ale już od jakiegoś czasu mój nocny spoczynek wygląda inaczej. Zasypiam bardzo wcześnie i tak trochę po północy budzę się i odczuwam potrzebę aktywności. Muszę wtedy coś wypić, coś poczytać i gdzieś tak po godzinie ponownie usnąć. Tak podobno sypiali nasi przodkowie. Wiem, ze w środę wieczorem publikujesz nowy temat ze swojej niedzielnej wędrówki.
      Dlaczego ta góra? Wiem - czytam.

      Usuń
    3. Dobry wieczór, Janku.
      Tak właśnie pomyślałem – że położyłeś się wcześnie, a gdy minął pierwszy mocny sen, obudziłeś się. Mój mocny sen mijałby późno, gdy nie ten hałaśliwy wynalazek zwany budzikiem. Chociaż żeby spać muszę mieć ciszę. Wiesz, nie sypia się już tak głęboko, jak w młodości.
      Faktycznie, teksty publikuję zwykle w środy. Pisanie zajmuje mi jeden wieczór, parę godzin, ale rzadko cały wolny czas mogę mu poświęcić, a później jeszcze korekty, no i zdjęcia. Ich wybór (około połowy zrobionych zdjęć kasuję), nazwanie miejscami ich zrobienia, w tym celu czasami muszę zaglądać do mapy, a jeszcze pozostaje wybranie zdjęć do zamieszczenia na blogu i zmniejszenie ich, no i w sumie schodzi mi do środy.
      Nie wiem, jak sypiali nasi przodkowie. Ci bardzo, bardzo dawni na pewno nie mieli spokojnego snu, a bliżsi? Słyszałem, że w średniowieczu uważano, iż spanie w pozycji leżącej jest dla człowieka szkodliwe, że lepiej w pozycji na poły siedzącej. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale jeśli tak było, to chyba też się budzili, ścierpnięci.
      Popatrz, Janku, jak ten tydzień, jak ten czas szybko leci. Za parę godzin położę się, a gdy wstanę, będzie sobota. Po pracy zrobię zakupy i wyciągnę graty na niedzielną wędrówkę. Kolejna niedziela, kolejny tydzień, kolejna zima. Za szybko, za szybko.

      Usuń
  2. Z moim zasypianiem to jest tak: wcześnie wieczorem "zasypiam na stojąco" i muszę się położyć. Ledwie przytulę głowę do poduszki, już śpię. Niejednokrotnie udaje mi się dla jakichś spraw przezwyciężyć napady senności, ale później mam kłopoty z zaśnięciem i mój sen jest niespokojny, jestem wtedy wybity z rytmu. Najlepiej się czuję, gdy wcześniej pójdę spać i wcześnie się obudzę.
    Pamiętam, że tak sypiali moi rodzice.
    Tak, czas biegnie o wiele za szybko dla niektórych spraw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sypia moja żona. Ja jestem nocny marek. Na ogół kładę się nie dlatego, że jestem śpiący, a dlatego, że już pora, że za sześć lub siedem godzin zadzwoni budzik. W przeddzień wyjazdu w góry, czyli tak jak dzisiaj, muszę odpowiednio przygotować się do wczesnego uśnięcia, a przygotowania zaczynam w piątkowy wieczór wyjątkowo późnym położeniem się spać – żeby w sobotę szybciej usnąć pomagając sobie piwem. A w nocy, gdy budzik hałasuje o godzinie 3.30, czasami mam chęć wyłączyć go i przekręcić się na drugi bok.
      Oczywiście nie zrobię tego, szkoda dnia.

      Usuń
  3. No, nareszcie znalazłam taki spokojny czas, by zanurzyć się w Twój opis (koniec półrocza to dla mnie masakryczny czas, od dziś w szkole są ferie, a ja za 5 dni zaczynam urlop) Masz rację, ze mgła w lesie ma swój urok, inaczej postrzegamy wtedy przestrzeń zatrzymujemy się nad tym co najbliższe, to co dalej zazwyczaj po podejściu bliżej okazuje się zupełnie nie ty, czego się domyślaliśmy. Ludzie ten typ zaskoczeń mgielnych) Na Twoich zdjęciach jeszcze śnieg, a gdy je dziś oglądam, to już go tam nie ma. Jeśli nic się nie zmieni, to będę Izery przemierzać rowerem a nie pieszo. Taki pogodowy kaprys. A mam ochotę tu i ówdzie zajrzeć, przypomnieć sobie niektóre ścieżki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie w pracy też się zaczyna masakryczny okres kończenia zaczętych w zimie remontów, a różnie z tym bywa. Za osiem tygodni zaczynamy sezon, matkoboska, znowu przez siedem miesięcy nie będę mieć dnia wolnego i nie zobaczę gór.
      Las we mgle nabiera tajemniczości, cichnie i olbrzymieje. Chociaż tylko bliskie drzewa są widoczne, nadal odczuwa się wielkość lasu; drzewa pojawiają się jakby z innego świata, wyłaniają z niebytu, mijają nas i znowu odchodzą w inny wymiar, a sama mgła, mimo iż tak dobrze widoczna i bliska, nie daje się dotknąć. Zauważyłaś to, Anno? Ona odsuwa się przed nami. Widzisz ją przed sobą, podchodzisz do niej, a ona odsuwa się. Mgła nie lubi być dotykana :-)
      W minioną niedzielę było tak ciepło, że śnieg szybko topniał, jutro zapewne nie zobaczę go. Cóż, szczerze powiedziawszy szkoda mi jedynie świeżego i czystego śniegu, starego i brudnego wolę nie oglądać. Może być błoto na polach, ale nic to, będzie droga przede mną, nawet gdy jej nie będzie.
      Czytając o Twoim zamyśle odwiedzaniu ścieżek, jakże dla mnie zrozumiałym!, pojawiła mi się w głowie taka scenka:
      -Nie ma obiadu? – pyta Ślubny.
      -Nie ma. Mama jeszcze nie wróciła. – odpowiada Gui.
      -Ale już się robi ciemno!

      Czy może tak być, Aniu? :-)

      Usuń
    2. Pewnie, że mogę gdzieś zaginąć wśród pagórków ;) Nie wiem tylko, czy Gui nas odwiedzi- mam cichą nadzieję, że tak.
      "Mgła nie lubi być dotykana..." ładna personifikacja.

      Usuń
    3. Zauważyłem u siebie takie personifikacje. Czasami są odruchowe, ale bywa, że z premedytacją je tworzę, bo podobają mi się. Nawiązują do Grecji i do politeizmu, który mam za bardziej naturalny od monoteizmu. A poza tym w naszym ludzkim języku wszystko ma swoją przyczynę, cel i sprawcę – wynik posiadania takiej a nie innej psychiki i takiego postrzegania świata, jaki mamy. W końcu czy wiatr szumi? Albo czy deszcz mnie zmoczył? On po prostu… znowu personifikacja! W takim wyrażeniu jest sprawca i celowość działania – a tychże po prostu nie ma. Należałoby zacząć od fizycznych procesów tworzenia się kropel wody w chmurach i ich opadania pod wpływem ciążenia; prościej i krócej powiedzieć, że deszcz mnie zmoczył, albo że mgła coś robi.
      Oj, chyba truję.
      Godzinę temu wróciłem, Aniu. Rano szedłem w śnieżycę, później wiatr mnie mroził, a w końcu wyszło słońce i zrobił się ładny dzień. Widziałem świeży i czyściutki śnieg!

      Ślubnemu zazdroszczę emerytury. Ja mam jeszcze siedem lat pracy przed sobą.

      Usuń