Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 28 marca 2014

Góry Kaczawskie. Dzwonkowa Droga

Trzydziesty trzeci raz w Kaczawskich, styczeń.
Dzwonkowa Droga od Sokołowca do Bełczyny, powrót przez wzgórza Sołtysia Czuba, Szeroka i Mieszek. Źródło Skory, Sądreckie Wzgórza.

Cieszyłem się myślą o tym wyjeździe tak, jakbym miesiące całe nie był na włóczędze. Cieszyłem się wybierając buty i szykując je do drogi, cieszyłem się myśląc o doborze ubrań, pakując plecak i szykując kanapki, a nawet wyobrażając sobie skomplikowaną gimnastykę przy zakładaniu i sznurowaniu butów w samochodzie. Cieszyła mnie moja radość.
Skąd taka radość? Nie wiem.
Odkąd rok temu zobaczyłem na mapie Dzwonkową Drogę i przeszedłem jej niewielki odcinek w pobliżu Sokołowca, myślałem o przejściu jej całej. Jednym z powodów pierwszej mojej wędrówki tą drogą była jej nazwa – wesoła, dźwięczna i radosna. Później, gdy poznałem znaczenie tej nazwy, doznałem dziwnego uczucia. Otóż drogą tą wędrowali w średniowieczu chorzy na trąd, i zgodnie z obowiązującym wtedy prawem, dzwonkami uprzedzali innych ludzi o swojej obecności, jako że w tamtych czasach choroba ta wywoływała u ludzi reakcje chyba gorsze niż obecnie AIDS. Czy przez to droga straciła u mnie swój urok? Nie, droga nie, nadal została urokliwa, natomiast jej nazwa trochę tak.
Zaczyna się krzyżem stojącym przy szosie z Sokołowca do Proboszczowa, ponad kilometr od pierwszej z tych wiosek, i poprzez Bełczynę, Radomiłowice, Sobotę i Dworek, wiedzie do Lwówka Śląskiego. Wieść niesie, że z Bełczyny pod ten krzyż przychodzili chorzy dla uczestnictwa we mszy odprawianej tam dla nich; widocznie łatwiej było chorym iść kilka kilometrów, niż zdrowemu kapłanowi iść do nich; może brzuch mu przeszkadzał? Wieść niesie, iż chorobę traktowano jako karę boską, i odpowiednio do tego twierdzenia traktowano chorych.
Bóg cię pokarał, grzeszniku?
Gdy próbuję wyobrazić sobie ów trwający wiekami horror, ową przekraczającą wyobraźnię traumę tysięcy ludzi, czuję bezradność. Czego trzeba, jakich pokładów zła w sobie, jakich zniszczeń swojego człowieczeństwa, jakich zbrodni dokonanych na ludzkich sumieniach, aby ze swojego Boga i z siebie uczynić takich okrutników?
Cieszę się mogąc napisać te słowa bez obawy rozpalenia stosu pode mną, cieszę się, iż mogę przejść tę drogę po prostu dla jej piękna, a więc li tylko dla wrażeń estetycznych; w tej możliwości tkwi swoista sprawiedliwość dziejów, a ta z kolei zawiera w sobie nadzieje na jeszcze lepszą przyszłość ludzi.

Na dzisiejszym moim odcinku, droga prowadzi lekko pofałdowanymi polami, przecina las i strumień Skora u podnóża Rawki, znowu wychodzi na pola, przykleja się do ściany lasu, by po minięciu Sądrecka ponownie wejść w las. Tam właśnie miałem trochę kłopotów z ustaleniem kierunku jej przebiegu, bo nieużywana droga po prostu zarosła młodniakiem. Wyszedłem z lasu dobrze, jak się okazało, ale zawróciłem chcąc sprawdzić odgałęzienie drogi, a to dla pewności przejścia właściwej Drogi. Leśny dukt wyprowadził mnie na jakąś podmokłą łąkę, przedzierałem się przez chaszcze, szedłem zaoranymi polami, by w końcu uznać, iż pierwsza droga jest tą właściwą. Nawet jeśli nie oryginalną, ale teraz innej już nie ma.
Chwile, gdy wychodzi się z lasu i rozgląda się wokół chcąc zidentyfikować miejsce, przynależność widzianych domów albo cel biegu nieznanej i niespodziewanej tam wstążki asfaltu, takie chwile pamięta się, chociaż tak po prawdzie to nie wiem czemu. Jest w nich jakiś urok dziwny. Może odległe echo ulgi odczuwanej kiedyś przez ludzi długo wędrujących dzikimi lasami do tego jednego miejsca na świecie, w którym czekają na niego?
Wyszedłem z lasu i zobaczyłem przycupnięte, jakby mrozem ściśnięte, domy przy drodze, pod biało-czarnymi drzewami. Bełczyna. Wioskowa uliczka doprowadziła mnie do szosy, a na wprost zobaczyłem, po raz pierwszy z tak bliska, suwerena tych okolic: wyniosłą, niemal majestatyczną, czarną, samotną Ostrzycę.
Tego dnia górę widziałem wiele razy, towarzyszyła mi niemal cały dzień, gdziekolwiek poszedłem, chociaż kręciła się po horyzoncie i wokół mnie jakby podfruwajką jakąś była, a nie stateczną i wiekową przecież górą.


 Ilekroć uświadomię sobie, iż ta stroma i duża (jak na standardy kaczawskie) góra, tak cicha teraz i spokojna, była kiedyś gardzielą czynnego wulkanu i częścią góry znacznie większej, po której śladu nawet nie zostało, doznaję zdumienia ogromem metamorfoz rzeczy z pozoru niezmiennych.
Jeszcze tylko uzyskałem zgodę właściciela posesji na jutrzejsze zaparkowanie samochodu na podwórzu, i rozpocząłem drogę powrotną. Poszedłem na zbocza Sołtysiej Czuby i okolicznych wzgórz, bo jest tam ładnie, a powód to wystarczający. 



Wszystkie wzgórza między Bełczyną, Bystrzycą a Rząśnikiem są bardzo widokowe, a widoki to klasycznie kaczawskie. Na pewno będę tam wracać. Dzisiaj zwróciłem uwagę na urokliwą kępę brzóz rosnących na odkrytym północnym stoku Pustaka: brzóz rosłych, niemal strzelistych, a przy tym nisko zwieszających swoje długie ramiona, teraz czarno-białych, oszronionych, ale budzących we mnie letnie obrazy pachnące kwitnącą łąką i słońcem. W pobliżu znalazłem dogodne przejście przez las na drugą stronę góry, a przeszedłszy, zmierzałem ku Mieszkowi, mając po prawej widoki na Babiniec i okoliczne wzgórza.
Babiniec poznałem w czasie jednej z pierwszych moich wędrówek kaczawskimi ścieżkami, i od tamtego dnia czuję sentyment do tego wzgórza, a jego stoki, zwłaszcza południowy, cenię za piękne widoki i mile wspominam. Idąc brzegiem lasu patrzyłem w stronę tej mojej góry. Zza szczytu wzgórza wychylała się odległa Ptasia przywołując wspomnienie: kiedyś stałem między charakterystycznymi, widocznymi stąd, drzewami rosnącymi na szczycie i patrzyłem w dolinę; był wtedy tak samo mroźny dzień jak dzisiaj.
Spotkany kiedyś mieszkaniec Posępska powiedział mi o jaskini znajdującej się na południowym zboczu Mieszka, jaskini zamieszkałej przez nietoperze. Na ile czas mi pozwalał, przeszukałem dość strome zbocze góry, ale znalazłem tylko zapomniany przez ludzi kamieniołom. Próbę podejmę raz jeszcze, ale po zasięgnięciu dokładniejszych informacji.



Obszedłem południowy cypel lasów Mieszka, przekroczyłem szosę, i na łąkach Sądreckich Wzgórz odszukałem źródło Skory. Tym razem obyło się bez błądzenia, bo strumyk, a ściślej zarośla nad nim, widać z daleka i jest dokładnie tam, gdzie wskazuje go mapa. Klasyczne źródło: czyste, jakby pogodne, bijące z jednego miejsca – w przeciwieństwie do wielu innych strumyków, których źródła są rozmyte, z wodą wyciekającą wieloma miejscami, czasami tworząc lokalne mokradło. Początek Skory można wymierzyć z niemal centymetrową dokładnością: tutaj, właśnie tutaj, zaczyna się rzeka. Kolejne magiczne miejsce, bo oto rzeka, zwykle widziana bez początku i bez końca, wypływająca zza horyzontu, przepływająca nasz widnokrąg i niknąca na przeciwległej granicy, okazuje się mieć jednak swój początek. Tutaj, gdzie stoję. Dokładnie tutaj.
Zatrzymałem się i ponad chwilową ciszę usłyszałem plusk wody w strumieniu, był wesoły i jednocześnie uspokajający.
Wszedłem między wzgórza znane mi z poprzednich wędrówek, przeszedłem pamiętaną urodziwą polanę na stoku Niżnej Góry i odszukałem dukt prowadzący na odkryte zbocze Łysej Góry.


 Idąc tam starałem sobie przypomnieć gdzie dokładnie był ten dukt i jak wyglądał; znalazłem go jakby zmienionym, ale wyprowadził mnie tam, gdzie zrobił to rok temu, gdy byłem tutaj ostatnio. Przede mną otworzył się rozległy przestwór pól z Sokołowcem w dolinie, ciemnym stożkiem Ostrzycy po lewej i widowiskowym wzgórzem Grodowa przede mną. Szedłem ku wiosce. Jej domki, zrazu maleńkie, rosły, a gdy stały się już dużymi domami, wszedłem między nie kończąc dzisiejszą wędrówkę. 





Góry Kaczawskie. Wśród wąwozów

Trzydziesty drugi dzień włóczęgi, styczeń.
Wieś Lipa, Wąwóz Lipa, Nowa Wieś Wielka, Storczykowe Wzgórze, Nowowiejski Wąwóz, Wąwóz Siedmica, Wąwóz Grobla, wsie Grobla, Jastrowiec i Lipa.

Z licznych wąwozów między Myśliborzem a Lipą znam tylko część jednego – może więc pojechać tam? Pojechałem i przeszedłem cztery wąwozy.
Dzień był chmurny, silny wiatr niósł ostre drobiny zmarzniętego śniegu kłującego twarz, słońca nawet śladu, ale taka pogoda pasowała do mojej trasy: dodawała uroku otoczeniu czyniąc je bardziej dzikim, bardziej pierwotnym, a mnie przenosząc gdzieś bardzo daleko od ludzkich siedzib – w jakąś mityczną i pierwotną krainę.
Idąc od wsi Lipa niebieskim szlakiem przez Wąwozu Lipa, wyszedłem na skraju Nowej Wsi Wielkiej, na wprost nowych, bogatych zabudowań. Pustych jeszcze, ale budowanych jakby z myślą o koniach i na pewno bez zbytniej oszczędności pieniędzy. W kaczawskich wsiach wiele widziałem ładnie odrestaurowanych budowli, albo nowych siedzib ludzi bogatych; cieszy mnie to, bo widok ruin, rozlatujących się murów w których ludzie rodzili się, żyli i umierali, jest bardzo przygnębiający. Poza tym nierzadko przychodzi mi do głowy myśl o gorszym od poprzedników naszym gospodarzeniu na tych terenach, a te wszystkie nowe, na ogół ładne i wesołe budowle, zadają kłam tym moim myślom i dobrze wróżą przyszłości tych ziem.

Obok tych zabudowań – wracam na drogę – zobaczyłem tablicę szlaków, a na niej wiadomość którą przeoczyłem oglądając mapę: o 20 minut drogi stąd jest Storczykowe Wzgórze. Czyż mogłem ominąć wzniesienie o tak ładnej nazwie? Przecież nie mogłem, więc poszedłem. Wzgórze jest niewielkie i niczym nie wyróżniające się, przynajmniej teraz, gdy trudno o kwitnące storczyki. Z łagodnych stoków rozciągają się widoki na pofałdowane pola wokół i lasy nad bliskimi wąwozami. Idąc tutaj zostawiłem niebieski szlak, poszedłem więc na jego spotkanie w pobliżu wąwozu dróżką zaczynającą się przy wzgórzu, jedną z tysięcy urokliwych dróżek kaczawskich. Czarodziejskich także, bo nieodmiennie budzących we mnie nienasycone pragnienie wędrówania nimi, oraz radość i jednocześnie dziwną, nostalgiczną tęsknotę. Coraz częściej marzy mi się zmiana w moim wędrowaniu: chciałbym chodzić gdzie drogi mnie zaprowadzą, rozbijać namiot gdy dzień się skończy, a rano iść dalej nie będąc związany lokalizacją samochodu i koniecznością wieczornego powrotu.
Wszedłem w Wąwóz Nowowiejski, przeszedłem go do końca i zawróciłem po śladach, by idąc kolejnymi wąwozami dojść do wsi Grobla – cały czas zielonym szlakiem.

Dnem tych wąwozów płynie strumień, Młynówka, zataczając się od jednej do drugiej ściany wąwozu, miejscami wąskiego i stromego, a szlak, wybierając dogodne przejścia, wiedzie chwilę jednym, chwile drugim brzegiem. Oczywiście żadnego mostku, a strumień miejscami ma ponad dwa metry szerokości. Wiele razy przechodziłem go po kamieniach, mając okazję sprawdzenia swojego zmysłu równowagi i odporności obuwia na wodę; buty zdały egzamin, a w utrzymywaniu równowagi bardzo przydawały się kije. Chyba po raz pierwszy w życiu dane mi było przechodzić nad strumieniem po zwalonym drzewie. Szary las pod burym niebem, czarno-zielone omszałe skały, liczne drzewa leżące w poprzek drogi, a miejscami całe ich zwaliska które trzeba było omijać lub przełazić przez oślizłe pnie, głęboki półmrok pod świerkami. Dzikość. Górą ganiał wiatr wyginający wierzchołki drzew, jakby chciał sprawdzić które z nich może jeszcze wywrócić, w dole uchował się spokój podkreślany szmerem strumienia omywającego kamienie i korzenie.

Idąc Wąwozem Siedmickim widzi się nagle wielki głaz, skałę, która ścianą wielkości kamienicy zagradza wąwóz. Pojawia się myśl o niemożności przejścia tamtędy, a nawet o zatamowaniu strumienia. Gdy podejdzie się bliżej, skała jednak odsuwa się na bok robiąc nam przejście. Przelazłem na drugą stronę grubaśnego pnia świerku leżącego na ścieżce i zobaczyłem kamienne schody po drugiej stronie strumienia. Więc to nie skała a… zamek? Zapomniana przez wszystkich warownia zbójników? Przeszedłem na drugi brzeg strumienia i zadarłem głowę: to była skała, nie zamek:( Czarna, poszarpana, niepokojąca, wysoka, dzika i mroczna pod mrocznym niebem. Po prostu piękna, a nazywa się Zbójecki Zamek. Miejsce warte zobaczenia. Informacja dla wygodnych lub mających mało czasu: jadąc drogą z Jaworu do Lipy, przy skrzyżowaniu z drogą do Nowej Wsi Wielkiej i jednocześnie przy Storczykowym Wzgórzu, znajdzie się miejsce na bezpieczne zaparkowanie samochodu; stamtąd zaznaczoną na mapie drogą (którą i ja szedłem) w pół godziny dojdzie się do tych skał.

Z wąwozu wychodzi się w Siedmicy, wiosce zagubionej wśród lasów i mającej parę ledwie domów (wśród nich ładna willa); według mapy po drugiej stronie szosy w lesie rośnie pomnikowy dąb - nie znalazłem go, ale dalej przechodziłem obok kępy naprawdę imponujących modrzewi. Stoją teraz szare, zimowe, ale wyobraźnia podsuwa mi ich obraz wiosną, gdy stroją się tą wyjątkową, delikatną zielenią swoich młodych igieł i buraczkowych szyszek.
Gdzieś tam siedziałem na ławie, przy stole ustawionym pod dachem, w jednym z kilku takich miejsc na szlaku wąwozów; piłem herbatę z sokiem malinowym, mój ulubiony napój w czasie zimowych wędrówek, i gapiłem się wokół. Obok rosła brzoza, mała była, krzywa i rachityczna, jakaś taka niewydarzona, a na dokładkę obcięto jej jeden z głównych konarów, chyba przeszkadzał przy budowie tego miejsca odpoczynku. Nie pożyje długo to drzewo – pomyślało mi się – i wtedy wspomniałem widzianą wcześniej kępkę maleńkich świerków rosnących na próchniejącym pniu zwalonego olbrzyma. Im też długie życie w tamtym miejscu nie może być pisane, ale i one, i ta brzoza, żyją póki mogą. Dostrzegłem wtedy coś, co zdziwiło mnie samego: podobieństwo między ludźmi a tymi drzewami - ponad wszystkie tak liczne i znaczące różnice. Podobieństwo w dążeniu do życia mimo wszystko. Żyć, niechby krótko i w trudzie.
Bywa, że w pędzie naszych dni przychodzi chwila, w której czuje się znużenie codziennością i naszym otoczeniem; czuje się, iż pogmatwane i sztuczne relacje międzyludzkie ukształtowane w mrowisku społeczeństwa technicznego rządzonego przez zysk, odzierają z sensu i celu, czyli z radości. Oddalając się od szosy, od cywilizacji, jakbym się cofał w czasie, a takie miejsca jak te lasy i wzgórza wokół, były przez krocie tysiącleci domem dla moich odległych przodków. Czy w takim razie moje wędrówki są powrotami do źródeł? Nie wiem, czuję jednak tajemnicze przyciąganie tych skał tkwiących tutaj przez tysiąclecia, ziemi rozciągniętej po horyzont, i drzew – przewracających się i odradzających, zmieniających się, ale przecież wiecznych na sposób istot żywych.
Ech, zaczynam filozofować, pójdę dalej.
Dalej był brzydki las, dużo w nim rośnie olsz, a urody w tych drzewach wiele nie ma, zwłaszcza zimą. Wcześniej, na początku mojego dzisiejszego wędrowania, przechodziłem pięknym lasem, mimo iż zimowym, czyli szarym i nagim; dużo tam było dębów, sporo grabów, drzew zawsze ładnych, nawet w zimie, trafiały się oczywiście drzewa prawdziwie górskie – jawory, które czynią na mnie duże wrażenie. Bardzo chciałbym przejść ten szlak raz jeszcze, późną wiosną lub w lecie, albo wczesną jesienią, pod bajecznymi baldachimami kolorowych koron tych drzew.
Zgodnie z planem we wsi Grobla zacząłem powrót skręciwszy w polną drogę, która według mapy prowadziła niemal prostą linią do wsi Jastrowiec. O dziwo droga była dokładnie tam, gdzie według mapy być powinna. Piękna droga. 




Szedłem nią odczuwając radość wędrowania. Po prawej bliskie lasy porastające wąwozy, za mną, nad Groblą, wznosiły się wzgórza, wśród nich Grabową, a przede mną, daleko, na skraju horyzontu i rozległych pól, ciemniały lasy porastające rozległy masyw Żeleźniaka i Dłużca. Po lewej, blisko, stało niewielkie samotne wzgórze wśród pól. Przyciągało wzrok. Szubieniczna – przeczytałem na mapie. Dziwna nazwa. Nie można było nazwać tego ładnego wzgórza inaczej? 


Wspomniałem Storczykowe Wzgórze, brzydsze od tego, ale dzięki magii swojego imienia wołające wędrowca. W pobliżu tego wzgórza usiadłem na miedzy, piłem herbatę i patrzyłem na drogę wybiegającą zza horyzontu, mijającą mnie i biegnącą ku odległym wzgórzom. Przysiągłbym, że w nieruchomym pędzie, w lekkich zakrętach, widzę jej uśmiech. Uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
A później ta droga zostawiła mnie samego na polu, jak tyle innych jej sióstr: po prostu skończyła się na brzegu pola. Poszedłem na przełaj kierując się słońcem, później widocznymi w oddali domami Jastrowca. Czułem zmęczenie, wybłocone buty ciążyły. Dla ułatwienia ostatnie dwa kilometry przeszedłem szosą, do samochodu dochodząc po ponad dziewięciu godzinach wędrowania.

czwartek, 27 marca 2014

Góry Kaczawskie w kolorach słońca

Trzydziesty pierwszy dzień w Górach Kaczawskich, styczeń.
Pierwsza trasa: wzgórza między Popielem a Sośniakiem.
Druga trasa: wzgórza między Dudziarzem a Górą Bandurskiego.

Droga skończyła się pod murem cmentarza. Szedłem w ciemności, pod górę, trawiastym zboczem wzniesienia. Przeskoczyłem czarniejszą od nocy zygzakowatą pręgę strumienia, przedarłem się przez zarośla zasłaniając twarz ręką, i ponownie wyszedłem na otwartą przestrzeń. Na szczycie wzniesienia zobaczyłem majaczące w półmroku szczyty Sokolików, a z drugiej strony światła wioski w dole. Stałem patrząc na Eos jaśniejącą różowym pasemkiem nad dalekimi szczytami Gór Wałbrzyskich. Czekałem na dzień, bo głód łazęgi znowu kazał mi przyjechać zbyt wcześniej.
Po raz kolejny przyjechałem do wsi Pastewnik chcąc bliżej poznać wzgórza leżące między Popielem i Sośniakiem. Byłem już tutaj, ale uroda miejsc domagała się dalszego mojego chwalenia. Ranek nie zapowiadał ładnego dnia, Eos ledwie pokazała się i z powrotem wróciła do łóżka, niebo zostawiając buro-granatowe, ale w godzinę później ostatnie pasemka nocnej mgiełki rozpłomieniły się perłowo trafione mocnym, jasnym słońcem.
Zostało ze mną niemal do końca dnia, darząc mnie rozjaśnionymi i rozweselonymi widokami dali.
Wzgórza przeszedłem wzdłuż i w poprzek, zszedłem na południowe ich zbocza i odnalazłem małe wzniesienie Sośniaka, jedno z najbardziej na południe wysuniętych wzniesień Gór Kaczawskich. Ładnie tam jest, wspaniałe miejsca do włóczęgi bez celu, ale za to z dalekimi widokami, których tam nie brakuje.




Kusiły mnie południowe zbocza Gór Ołowianych: zgodnie z mapą miejscami są one strome, a w dwóch miejscach schodzą głębokimi żlebami: to Świerkowy Dół i Księży Dół. Wyobraźnia podsuwa mi obraz dzikich zwalisk drzew i skalnego rumoszu – jakże oprzeć się takiej wizji? Dzisiaj jednak tam nie pojechałem, szkoda mi się zrobiło słońca, zapragnąłem nadal patrzeć na otwarte przestrzenie pod błękitnym niebem. Doły będą czekać na mnie, a słońce w zimie jest rzadkością – usprawiedliwiałem swoją zmianę planów. Pojechałem tam, gdzie obiecałem sobie być miesiąc temu: na Gaiku i na odkrytych zboczach Dudziarza.
Jechałem bocznymi dróżkami przez Ciechanowice, Miedziankę i Janowice do Radomierza. Ciekawa to była trasa: te dróżki, boczne od bocznych, pełne zakrętów, wspinające się na każdy mijany pagórek i zaraz toczące się dół, czasami na łeb na szyję, dróżki nie omijające żadnej wioski ani osady, dróżki wątłe, bo miejscami szerokości ledwie dwóch metrów, są po prostu urokliwe. Oczywiście o ile kierowcy nie spieszy się:) Ciekawa i widowiskowa byłaby samochodowa, całodniowa, wycieczka bocznymi drogami Gór Kaczawskich, tymi drogami, o których nie tylko drogowcy, ale nierzadko także kartografowie nie wiedzą.
U celu znalazłem miłą mi swojskość w formach stoków, polan i dróg, więc w krajobrazach, ale i w znajomości licznych szczytów piętrzących się aż po odległy horyzont. Słońce świeciło, niebo błękitniało, dal była daleka, najdalsza, kawa wyborna, mimo iż z termosu, nogi chętne drogi, oczy nienasycone słońca i widoków - miałem więc wszystko.
Gdy wśród odległych gór zidentyfikowałem Wilczą Górę i Długotkę, wiedziałem, że odrobinę na prawo od nich jest Poręba częściowo zasłonięta Popielem, ale z wystającą wyżej kulą radaru. Była. Maleńka, ledwie widoczna z odległości (sprawdzałem później na mapie) ośmiu kilometrów, ale była.
Między Dudziarzem a Górą Bandurskiego znalazłem nie jedno, a trzy czy nawet cztery wzniesienia, jedno za drugim. Niezalesione, o łagodnych trawiastych stokach urozmaiconych, jak zwykle w tych górach, miedzami i kępami drzew lub głogów. Które z nich jest Gaikiem? Kręciłem mapą i głową, porównując wzajemne położenia dróg i szczytów, w końcu uznałem, że to ten, właśnie ten. A czy pozostałe szczyty mają nazwy? Jeśli nie, to czy mogę je nadać? Pewnie nie, ale chciałbym tego.


Oczywiście odwiedziłem moją Polanę Czterech Świerków – na pewno nie po raz ostatni. Wrócę i będę wracać tam, między Dudziarza a Górę Bandurskiego, by zobaczyć raz jeszcze urodę stoków na których cicho siedzą kępy róż i głogów czerwonych owocami i aby poznać te drogi, na poznanie których czasu mi nie wystarczyło.



Góry Kaczawskie. Skały, lasy i zauroczenie daleką drogą

Trzydziesty dzień w Górach Kaczawskich, grudzień.
Wieś Kaczorów, źródło Kaczawy, Turzec, skały Gór Ołowianych: Jarzębinki, Grzebień i Farne Skały. Wzgórze Czaszek, wieś Świdnik, Popiel, Świdnik, wzgórza w pobliżu Sośniaka, powrót do Kaczorowa.

Gdy kiedyś zobaczyłem na mapie zaznaczone źródło Kaczawy, miejsce dopisałem do mojej ciągle wydłużającej się listy miejsc wartych poznania. Poszedłem dzisiaj i zobaczyłem coś bardzo dziwnego. Ale po kolei.
U celu podróży, tym razem była to wieś Kaczorów, byłem jak zwykle przed świtem. Ledwie zaczęło rozwidniać się, gdy zostawiwszy samochód na szerszym poboczu drogi 328, poszedłem szosą pod górę, w stronę wsi Świdnik. Po prawej, dnem rowu, płynął wąski strumyczek – według mapy była to rzeka Kaczawa, która niedaleko stąd, na zboczu Turzca, miała swój początek. Czytałem mapę: paręset metrów przed ścianą lasu dochodzącą do szosy, oraz tuż przed polną drogą odchodzącą w prawo, strumyk miał skręcać w stronę góry i swojego źródła. Tyle że nim skręcił, w rowie zabrakło wody. Dno było suche, podniesione, jakby częściowo zasypane. Kilka kroków dalej znalazłem strumyk szerokości dwóch dłoni; płynie z właściwego kierunku, ale przy szosie wpada w zagłębienie przy mostku (właściwie jest to przepust, wygląda na niedawno zbudowany), i przepłynąwszy pod jezdnią, płynie w dół pochyłości. Mapa pokazuje, że strumień nazywa się Świdna. A co z Kaczawą? Kręciłem się po okolicy, w końcu poszedłem w górę strumyka w nadziei rozwiania wątpliwości. Ładny to strumyk: wartki, szemrzący wodą skaczącą po kamieniach, prawdziwie górski. W lesie, już na zboczu Turzca, wypływa spod paru kamieni, a na sąsiednim drzewie wisi tabliczka informująca o źródle Kaczawy na wysokości 594 m n.p.m. Byłem u źródła Kaczawy. Byłem?
Gdy pod wieczór wracałem tą szosą, raz jeszcze wszystko obejrzałem. Strumień w całości spada do studzienki przy przepuście i płynie nim na drugą stronę szosy. Dno rowu, którym ma płynąć Kaczawa, znajduje się ponad metr wyżej i jest suche. Dopiero kilkanaście metrów dalej w stronę wioski, na jego dnie pokazuje się odrobina leniwie płynącej wody. W miarę zbliżania się do Kaczorowa przybywa jej, ale bez dopływów, woda wycieka z ziemi, jednak i pół kilometra dalej struga jest wątła. Płynie przydrożnym rowem, wśród uschniętych badyli i nader licznych śmieci wyrzucanych przez kierowców, a jak zauważyłem w wiosce, i przez niektórych jej mieszkańców. Kaczawa, rzeka symboliczna dla Gór Kaczawskich, nie zaczyna się wesołym strumyczkiem wypływającym spod korzeni drzew lub kamieni na stoku góry – jak przystało na górską rzekę - a rodzi się w brudnym rowie przydrożnym.
Przy źródle zrobiłem przerwę śniadaniową. Grzałem się gorącą kawą i próbowałem ruszać palcami zmarzniętych stóp. Miałem na nich grube skarpety z włókien thermolite, buty były suche w środku, a stopy marzły. Zdaje się, że te kosmiczne technologie lepiej sprawdzają się w laboratorium niż w górach. Wiedziałem jednak, że marsz rozgrzeje mi stopy - i tak było.
Będąc przy źródle, szczyt Turzca, najwyższego szczytu Gór Ołowianych, miałem około 100 metrów wyżej i ledwie paręset metrów marszu lasem, ale bez drogi. Nachylenie stoku dość strome – zastanawiałem się – jednak do przejścia, no i odległość mała. Pójdę lasem. Jeśli utrzymam prosty kierunek, szybko dojdę do drogi z zielonym szlakiem biegnącym przez szczyt – zdecydowałem. Poszedłem.
Lasy na stokach gór…
Jasne i wysokopienne bory z ziemią przysypaną brązowym igliwiem, po którym idzie się wygodnie i cicho - takie bory są rzadkością. Częściej bór jest gąszczem uschniętych, ostrych gałęzi ciasno rosnących świerków, przez który trudno się przepchać, a łatwo o zranienie twarzy lub zaczepienie się ubraniem o upartą gałąź. W wyższych partiach gór lasy rosną na stromych stokach, wśród głazów częściowo schowanych pod liśćmi i tym zdradliwszych; niemało tam ruchliwych, niestabilnych kamieni, skalnych złomów wielkości samochodu, kup gałęzi zostawionych przez leśników, splątanych ze sobą zwalisk kamieni i przewróconych drzew, albo niespodziewanych uskoków, które trzeba omijać, czasami szeroko. Niżej lasy miewają gęste poszycia, spotyka się zwarte, niemal nie do przejścia, zarośla młodniaków, krzaków i maliniaków, albo połacie uschniętych badyli sięgających oczu i chwytających buty. Czasami szuwary sygnalizują wodę, czasami bez takiego ostrzeżenia słychać chlupot wody lub błota pod nogami.
Tym razem było nieźle. Znalazłem rozryty maszynami leśników pas ziemi, trudno byłoby nazwać go duktem, ale szło się lepiej niż między drzewami, później kilka razy skulony przeszedłem pod niskimi świerkami i wyszedłem na równą drogę oznakowanego szlaku. Trafiłem tam na zimę: było biało, prószył śnieg. Kałuże w zagłębieniach drogi wypełniała kasza lodu i śniegu. Między świerkami, wśród krzaków przysypanych śniegiem, sterczały czarne, ponure skały. Byłem na Turzcu. Po co tam polazłem, skoro widoków stamtąd nie ma? Nie wiem. Chciałem tam być. Może z powodu licznych w tamtej okolicy skał wychodnych? Odszukałem kilka z nich.
Jarzębinki są przy szlaku, ale łatwo nie zauważyć tych skał, bo od strony szlaku są pojedynczymi i niewielkimi głazami, ale gdy zobaczy się je z przeciwnej strony, czynią wrażenie. Są pionowym uskokiem skalnym długości kilkudziesięciu i wysokości kilku metrów. Sterczą tam, czarne i postrzępione, niczym wrośnięte w ziemię mury średniowiecznej warowni, stare i zapomniane jak one.
Do Grzebienia pomyliłem drogi, moja wina, ale czy to ja jestem nieomylnym gpsem? Wróciłem na szlak, drugie podejście było trafione. Dukt kończył się na skraju ładnego, wysokopiennego lasu, i właśnie wtedy zaświeciło słońce. Las ociekający wodą topiącego się śniegu rozjaśnił się - perlisty, błyszczący, uwodzący urokiem. Stałem tam i patrzyłem na plamy słonecznego światła, a gdy zszedłem niżej, zobaczyłem skały Grzebienia. Są tam dwie płaskie skały stojące w pionie, równolegle do siebie; mogą przypominać dwa zęby grzebienia olbrzyma. Na ich wierzchu drżały z zimna małe paprocie, a obok, na krągłym głazie las wymościł sobie miejsce warstwą liści, zasiał mech i jagody, i oto z tej miniaturki lasu drzewko strzeliło na metr w górę.
Farne Skały, podobnie jak Jarzębinki, łatwo przeoczyć, i jak tamte w pełni pokazują się nam z przeciwnej strony. Stałem tam patrząc na mchy i paprocie porastające te głazy, i zastanawiałem się nad etymologią ich nazwy. Farne to tyle, co parafialne, więc…nie wiem.
Zielonym szlakiem zszedłem na brzeg lasu i tam, przy ostatnich drzewach, doznałem dwóch zupełnie odmiennych przeżyć. Zadzwoniła do mnie żona, a ja, jak tyleż już razy przez tak wiele lat używania telefonu komórkowego, przez moment byłem zdumiony możliwością telefonicznej rozmowy w leśnej i w górskiej głuszy – znamię lat, moich lat, których większość przeżyłem nim pojawiły się takie telefony. Gdy na brzegu lasu mój wzrok pobiegł za uciekającym mi w dal horyzontem, daleko, blisko nieba, zobaczyłem uroczą dróżkę meandrującą dnem łagodnej doliny między dwoma wzgórzami. Nagle zapragnąłem pójść tam, zrezygnować z planów odwiedzenia mojej Polany Czterech Świerków na zboczu Dudziarza, aby poznać tamtą dróżkę. Właśnie to zauroczenie widokiem i gwałtownie obudzone pragnienie pójścia tam gdzie patrzyłem, było wspomnianym drugim przeżyciem.


Stałem na skraju łąki schodzącej do szosy, mając przed sobą widok na pół widnokręgu – od Połomu i Miłka po lewej, po… jaka to góra? – chwilę szukałem w pamięci nim dostrzegłem białą kulę na szczycie najdalszej góry: patrzyłem na Porębę wystającą ponad Popiela. Między tym szczytem a sąsiednim, bezimiennym, zaczynała się ta dolina i spływała szeroką, falistą wstęgą aż do Świdnika w dole. Nieco w lewo od niej czerniał długi grzbiet Długotki, a równolegle do tego wzniesienia schodziły ku wiosce łąka i droga; blisko, zaraz po drugiej stronie szosy, widziałem niewielkie wzniesienie o intrygującej nazwie Wzgórze Czaszek – w ten sposób plan ustalił się sam: wzgórze, dróżka przy Długotce, Popiel, i tamtą uroczą drogą z powrotem do wioski.
Czaszek na wzgórzu nie znalazłem (przyznaję, że nie szukałem zbyt pilnie), ale widoki owszem, i to nie tylko liczne, ale i ładne. Ze szczytu zobaczyłem maleńki, ledwie czubek pokazujący, niebieski odległością, stożek góry. Stożek, więc Stromiec?.. Nie, przecież on byłby bliżej Dudziarza, więc?.. To musi być Ostrzyca! – doznałem olśnienia:). Później wyciągnąłem mapę aby sprawdzić - to faktycznie była Ostrzyca, odległa stąd o 23 km. Aż nie chciało mi się wierzyć, ale kierunek zgadza się, dokładnie między Połomem a Miłkiem, w wąskiej z tego miejsca przerwie między nimi.


Zszedłem do Świdnika, doszedłem do łąk w pobliżu Długotki i tam przekonałem się, że to, co z daleka brałem za drogę, jest pasem szuwarów, ale łąki nie były ogrodzone, więc plan pozostawał nie zmieniony. 
Pod drzewem samotnie rosnącym na łące zatrzymałem się dla poprawienia sznurowadeł i wypicia herbaty. Szumiały trawy, skrzypiało drzewo, daleko szczekał pies. Cisza. Patrzyłem na łąkę którą zaraz miałem iść, zmierzała ku niebu, w tamtej chwili błękitnemu i ogromnemu. W ustach czułem smak czekolady i słyszałem ciszę, gdy założyłem plecak i poszedłem.


Na Popielu zobaczyłem odległe góry baśniowego wyglądu, który zawdzięczają dali i prześwietlonej słońcem mgiełce w powietrzu. Rozejrzałem się wokół, po wzgórzach znanych mi z poprzednich wędrówek, a przez to bliższych i ładniejszych, i zszedłem do tej drogi, którą widziałem ze stoku Turzca. Czekała już na mnie. Nie zawiodłem się na niej; mam nadzieję, że ona na mnie też nie.



Na południe od mojej drogi, czyli w stronę Sośniaka, rozciągają się mało mi znane wzgórza, a że we wsi byłem dwie godziny przed zmierzchem, postanowiłem zrobić chociaż mały zwiad. Gdybym się spóźnił – kalkulowałem – szosą do samochodu wrócę i nocą. Poszedłem, a w decyzji pomogła mi inna dróżka, biegnąca wdzięcznym łukiem ku ścianie lasu, i dalej jego brzegiem ku niebu. Ze zwiadu wróciłem z mocnym postanowieniem całodziennej wędrówki tamtymi urokliwymi wzgórzami, minąłem Świdnik i znalazłem drogę przez łąki ku wiosce Kaczorów. Nim nastał mrok, zdążyłem raz jeszcze obejrzeć początek Kaczawy.

Słów parę o kaczawskich lasach

Dzień dwudziesty dziewiąty, listopad.
Wieś Mysłów, Owczarek, Dłużec, Chmielarz, Lisie Skały, Bielec, żółtym szlakiem pod Radzimowice, Mysłów.

Będąc ostatnio w okolicy wsi Radzimowice, pomyliłem wzniesienie Owczarek z drugim, wyższym, nieznanym mi z nazwy (moje mapy nie podają jej), wznoszącym się tuż przy wsi. Myśl o tej pomyłce nie dawała mi spokoju, postanowiłem więc sprawdzić na miejscu, a przy okazji poznać wzgórza na północ od Owczarka. Pojechałem. Na przełęcz przy Osełce wszedłem nim na dobre się rozwidniło, a to, co zobaczyłem, nie napawało optymizmem.
Dzień wstawał ciężki, przygnieciony zwałami szarych i czarnych chmur, nawet śladu jutrzenki i jakichkolwiek kolorów. Śnieg leżący bliżej szczytu Osełki odbierał górze kolory, czynił ją czarno-białą. Westchnąłem i poszedłem pomyszkować między obydwoma wzniesieniami. Owczarek jest mało zaznaczonym szczytem, takim, przez które przechodzi się nawet nie zauważając wznoszenia się czy opadania poziomu. Doprawdy, nie wiem czemu to wzniesienie wszędzie na mapach ma podaną nazwę, a to drugie, dużo wyższe i wyraźniej zaznaczone, nazwy nie ma. Przy najbliższej okazji zapytam o nią kogoś mieszkającego w Radzimowicach. Na zboczu Owczarka wszedłem w ciemny i błotnisty las, a niżej przeciąłem żółty szlak i poszedłem znalezioną drogą pod górę, w stronę Dłużca.
Kaczawskie lasy.
Mokre, błotniste, bez kolorów, smutne lasy pod listopadowymi lub grudniowymi chmurami; lasy, w których jeśli coś zabłyszczy odrobiną światła, to tylko kałuże na drodze - właśnie jak tutaj. Bywa, że idąc takim lasem śpieszę się aby wyjść z niego, ale i bywa niejako odwrotnie, bo gdy zatrzymam się i wsłucham w taki las, albo gdy zobaczę w nim coś, jakiś ładny drobiazg, cokolwiek (a jeśli chce się znaleźć, to i znajduje) ten las potrafi zmienić oblicze. Kiedyś w takim lesie znalazłem dzikie wysypisko śmieci (nie jedno, niestety, widziałem wysypisko w tych górach); stałem na brzegu zagłębienia wypełnionego puszkami, oponami i butelkami, i nagle zapragnąłem zobaczyć las bez tych śmieci: z szeleszczącymi liśćmi i trzaskającymi gałązkami pod stopami, a nie z butelkami. Las, o którym wiem, że wiosną odmieni swoje oblicze zgodnie z odwiecznym rytmem Natury. Wtedy wydał mi się skrzywdzony przez ludzi i ładny, bo naturalny, prawdziwy, odwieczny.
Lasy, które najłatwiej chwalić: w jasnych plamach słońca, ciepłe, kolorowe i uśmiechnięte w pogodny dzień wczesnej jesieni; idzie się nimi odpowiadając radością na ich radość, idzie się wolniej aby nasycić oczy ich urodą i aby droga nie skończyła się zbyt szybko.
Lasy w tej wyjątkowej chwili ustępowania mgły, gdy słońce rozświetlając ostatnie jej pasemka, majestatycznymi i jakże urokliwymi słupami pałającego światła przebija się przez korony drzew i osiada na zielonym mchu poszycia.
Lasy rozciapane deszczem i topniejącym śniegiem, którymi idzie się słuchając szelestu kropel na kapturze peleryny i chlupania pod butami zostawiającymi na mokrym śniegu głębokie ślady podchodzące czarną wodą. Czasami jednostajność odgłosów przerwie nagłe i głośne pacnięcie mokrego śniegu zsuwającego się z konarów drzew, zostawiając na przyprószonym igliwiem śniegu ciemniejsze ślady wgłębień. Idzie się takimi lasami odczuwając zadowolenie z suchości w butach i z ciepłego ubrania, pieszcząc myśl o wypiciu kubka gorącej herbaty.
Albo lasy we mgle: tajemnicze, srogie, milczące, wielkie, obce i jednocześnie jakże swojskie. Piękne lasy. Drzewa pojawiają się blisko przed nami, jakby w tej chwili wchodziły w nasz świat aby pokazać się nam, i niknące zaraz za nami. Wielkie drzewa, te szare, strzeliste i masywne, z koroną ukrytą wysoko, we mgle, wydają się większe i wieczne, nierzadko majestatyczne; małe choinki podsuwają nam pod oczy swoje ramiona wygięte w ten charakterystyczny łuk, a na końcach ich igieł widać niezliczone maleńkie kropelki wody, którym tylko odrobiny światła brakuje by zalśnić diamentowo.
Las zimowy, śnieżny las, okrywa swoje świerki śniegiem, ich ramiona stają się ciężkie, zwisają jakby były brzemienne. Szare pnie są białe od nawietrznej, a małe drzewka całe przykryte śniegiem, tylko czasami jakaś ciekawska gałązka wychyli nos na biały świat. Gdy w takim lesie w mroźny dzień zaświeci słońce, świeży śnieg nabiera barwy jasnego złota obsypanego diamentowym proszkiem. Czasami czapa śniegu spadnie z gałęzi, ta z ulgą podniesie się, a w dół z cichym szelestem posypie się najdelikatniejszy, świecący pył promieni słońca.
Jak opisać cud mroźnego, słonecznego ranka na skraju lasu srebrzystego od grubej szadzi, która potrafi najzwyklejszy badyl uczynić berłem? Oto kilka brzóz, są przygięte aż do ziemi ciężarem szadzi, która czyni je królewsko pięknymi, ale jednocześnie za te krótkie chwile chwały każe sobie drogo płacić: jedna z nich nie wytrzymała ciężaru i mimo swojej wiotkości pęka wydając odgłos podobny do strzału. Patrzę na nią doznając dziwnego pomieszania wrażeń, bo i żal odczuwam, i oszołomienie urokiem dzieł Natury i radość przeżywania.

Chmury nieco ustąpiły, nie dusiły już tak mocno ziemi, na otwartej przestrzeni łąk rozjaśniło się. W miarę zdobywania wysokości, podnosiła się za mną Osełka; góra i z tej strony przyciągała wzrok swoją urodą. Krajobraz wokół był na pół jesienny, na pół zimowy: niżej przeważała zieleń traw i ozimin, wyżej było już biało, zimowo. 


Często otwierałem mapę, bo trudno było wybrać najlepszą drogę ku szczytowi – zbocze poprzedzielane było zagajnikami, jęzorami zarośli i nitkami drzew na miedzach. Pod szczytem czekały na mnie rozległe widoki: od gór w pobliżu Wojcieszowa, do Żeleźniaka z jego charakterystycznymi drzewami na szczycie - znane i rozpoznawane góry widziane z nieznanej do tej pory strony.
Lasy wyżej rozjaśniły się, nabrały wyrazistości: zaświeciło słońce dobywając z nich ukrytą resztkę jesiennych kolorów, a obok pojawił się długi mój cień. Uśmiechnąłem się do słońca, ono do mnie.
Szczyt Dłużca odsłonił mi widok na północ: rozpoznałem Sokołowskie Wzgórza i Ostrzycę za nimi, a tamte wzgórza, z boku? Nie wiedziałem. Jakże mało jeszcze wiem o tych górach.
Łąkami poszedłem na zachód, w stronę Chmielarza, znajdując na jego szczycie omszałe i śpiące głaziska. Między drzewami prześwitywał bliski Połom i dalszy, niebieski, masyw Okola. Szumiały maszyny kamieniołomu.
Chciałem dojść na Bielec, wzgórze z nieczynnym kamieniołomem zwanym (jak i czasami samo wzgórze) „Gruszką”, a po drodze znaleźć Lisie Skały. Wydawało mi się, że najlepszym sposobem będzie pójść szlakiem wyznaczonej tam ścieżki przyrodniczej – nic bardziej mylnego, jak się okazało. Idąc południowym stokiem Chmielarza, schodziłem tą właśnie ścieżką; doszedłem do jednej z tablic opisujących przyrodę, i… I dalej nie było ani ścieżki, ani nawet jej śladu. Kluczyłem, zawracałem, nie znalazłem. Dużych lasów tam nie ma, ale jest takie splątanie polan z chwastami sięgającymi głowy, lasków, krzaków i młodniaków, że trudno było się tamtędy poruszać. Wybrałem jednak kierunek i poszedłem. Zarośnięty, nieużywany dukt skończył się w lesie, zrobiłem wypad tu i tam, zobaczyłem trudny do przejścia gąszcz i zawróciłem do drogi przy ostatniej tablicy ścieżki przyrodniczej. Tam, z mapą w ręku, rozglądając się, raz jeszcze próbowałem znaleźć drogę ku Skałom, ale ponownie stwierdziłem, iż istnieje tylko na mapie. Poszedłem pewną drogą, acz nieco okrężną: rowerowym szlakiem prowadzącym mnie niżej po stoku ku miasteczku. Gdy po prawej las skończył się, skręciłem na łąki i niewiele dalej odnalazłem Lisie Skały, a przy nich… tablicę informacyjną przyrodniczej ścieżki. Śladu jej samej w jedną ani w drugą stronę nie znalazłem. Wygląda to tak, jakby twórcom ścieżki wystarczyło pieniędzy czy inwencji na same tablice i ławki przy nich – na wytyczenie i oznaczenie samej ścieżki już nie.


Skały są ładne: od strony Wojcieszowa pionowe, wyżej nawet przewieszone, wysokie na około 8 metrów, nie do wejścia bez odpowiedniego sprzętu. A na tablicy ich wysokość określona jest na 3-4 metrów. Dziwne. Siedziałem na ławce, na brzegu łąki opadającej ku miasteczku ładnym stokiem. Dobre miejsce do posiedzenia i do odpoczynku w pogodny dzień.

Droga na Bielec była łatwa i ładna – dróżkami wśród łąk. Szczyt tego wzniesienia jest słabo wypiętrzony, ale od południa urywa się nagle. Z krawędzi urwiska widać wielką wyrwę w zboczu góry i wielki dół na dole – to kamieniołom Gruszka. 


Miasteczko u stóp, na wprost Miłek, po prawej huczący kamieniołom na zboczu Połomu. U stóp góry pełzały wielkie-małe wywrotki; były wieloosiowymi monstrami zabierającymi kilkadziesiąt ton ładunku, a wyglądały jak mrówki przy słoniu – nie tyle z powodu odległości, co poprzez porównanie do wielkości góry, która przecież jest duża tylko wobec niewielkich standardów kaczawskich. Oto skala ludzkich wysiłków przy dziełach natury.
Wracając rowerowym szlakiem, zobaczyłem jeszcze jedną tablicę ścieżki przyrodniczej: stała na uboczu, pod wielkim bukiem, a przy niej oczywiście nie znalazłem żadnej ścieżki. Warto było skręcić ku niej, i to z dwóch powodów: buk jest imponujący, ma ponad 5 metrów obwodu i potężną koronę, a na skraju lasu, przy tablicy, stoi ławka – świetne widokiem miejsce na biwak, albo zwyczajnie, do posiedzenia i pogapienia się. Posłuchania siebie, poleniuchowania w końcu, a jest to czynność człowiekowi po prostu bardzo czasami potrzebna.

Na wysokości Owczarka doszedłem do żółtego szlaku i poszedłem nim ku Radzimowicom. Kiedyś szedłem nim, ale wtedy nie zauważyłem na mapie znaku starej kopalni tuż przy szlaku. Dzisiaj odszukałem to miejsce. Wiele tam nie widać poza na pół zasypanymi dziurami w ziemi i groblą czy tamą. Płynie tamtędy strumień toczący żółte wody pełne osadów, przy tamie spiętrza się w niewielkie jeziorko wśród drzew. Ciemno tam i dziko. Opuszczone dzieło człowieka, które woda atakuje i kiedyś pokona. Rozmyje nasyp i zaleczy rany ziemi usuwając z niej ślady ludzi.
Są przy wiosce miejsca, które chciałem jeszcze odwiedzić, ale nie zdążyłem z powodu swojego gapiostwa. Otóż dzień kończył się, zrobiło się chłodniej, sięgnąłem więc do kieszeni kurtki po rękawice i… kieszeń była pusta. Moje ulubione rękawice zgubiłem. Gdzie, skoro zdjąłem je kilka godzin temu? Przy tamie urządziłem przerwę, może tam? To niedaleko, kilometr dobrym szlakiem, a jeśli tam nie znajdę ich, będę musiał zrezygnować z poszukiwań, bo robi się późno. Wróciłem i znalazłem. Więcej nie będę trzymać je w zbyt płytkiej kieszeni. Ponownie podszedłem pod Radzimowice, a gdy przed wioską opuściłem szlak wychodząc na otwartą przestrzeń łąk, zobaczyłem górę Miłek - najwyraźniej przestawiła się, bo widziałem ją z innego boku. Zmierzchało się. Idąc w stronę wioski Mysłów trawersowałem zbocza nie chcąc tracić wysokości, w nogach czułem już dziesiątą godzinę wędrowania, a i noc rozlewała się po stokach.
Daleko za mną świeciły się czerwone światła na Barańcu, obok nich jeszcze jakieś inne, dalsze, chyba na Łysej Górze, a po lewej i nieco wyżej jedno zagubione światło Radzimowic. Bele siana mijane na siodle przełęczy i widziane na tle jaśniejszego tam nieba, wydawały się czarnymi chochołami czekającymi na mnie. Po drugiej stronie przełęczy zobaczyłem nieruchome światła Mysłowa, a odrobinę wyżej wolno przesuwające się światła samochodów – podróżujące robaczki świętojańskie. Droga jaśniała w ciemności, kierując mnie ku wiosce w dole.

wtorek, 25 marca 2014

Góry Kaczawskie. Dzień piękny słońcem i kolorami

Dzień dwudziesty ósmy, listopad.
Z wioski Mysłów wokół Osełki na Owczarek, wieś Radzimowice, szyb Luis, zboczami gór na Głogowiec, przejście szosy nr 3, dojście do Rakarni i powrót zboczami do Mysłowa.

Gdy w Mysłowie zaparkowałem samochód, czysta, księżycowa noc ustępowała takiemu dniowi: Eos ukryta za masywem Lubrzy rozjaśniała świecącym złotem granatowe niebo. Będzie piękny dzień, upewniałem się radośnie idąc pod górę drogą do Radzimowic. Taki był faktycznie. Jeden z najpiękniejszych moich dni kaczawskich.
W Górach Kaczawskich nie ma długich podejść ani zejść, ponieważ wysokości względne gór wynoszą od kilkudziesięciu do stu, czasami dwustu metrów, rzadko więcej. Takie wysokości zapewniającą dobre i rozległe widoki, ale jednocześnie są możliwe do pokonania w ciągu jednego lub paru kwadransów. Tak było i tego ranka: na przełęcz pod Osełką wszedłem na długo przed wypłynięciem słońca zza masywu Lubrzy. Świt powoli nabierał barw, w czystym powietrzu wyraźnie widziałem Miłek, Połom, masyw Skopca i Barańca, Kopczyk, a nawet dalekie Okole, które stąd wydawało się być podobne do Połoniny Caryńskiej oglądanej spod Chatki Puchatka o świcie. W dolinie widać było domy Wojcieszowa, a ponad nimi białą, delikatną, półprzezroczystą mgłę. Po drugiej stronie przełęczy mgła nad Mysłowem była lekką chmurką nie dotykającą dachów domów, zwiewna, delikatna, urocza, a dalej, ponad czarnymi górami, niebo świeciło mocnym już słońcem; przyszło mi do głowy, że przez masyw Lubrzy mieszkańcy Mysłowa mają sporo późniejszy ranek.


Wszedłem wyżej zboczem Osełki, aż pod linię lasu rosnącego na samym szczycie; poszedłem tam słońcu na spotkanie. Wyskoczyło zza lasów Lubrzy szybko, jakby chciało nadrobić zaległości, i zabarwiło powietrze delikatną pozłotą. Z mojego miejsca pod szczytem Osełki miałem widok na obie strony; nie wiedziałem gdzie patrzeć, gdzie ładniej, ale idylla nie trwała długo, bo od strony Wojcieszowa pojawiła się inna mgła, zimna, szaro-sina i pędziła już pod górę, w stronę Żeleźniaka. 





Zarzuciłem plecak i zboczem Osełki poszedłem na południe, chcąc obejść łąkami całą górę i wejść na Owczarek. Mgła dogoniła mnie, horyzont przybiegł do mnie, zrobiło się  zimno. Zatrzymałem się. Gdzieś od strony Kaczorowa dobiegł daleki, przytłumiony, stukot kół pociągu; ktoś jechał nim za swoimi sprawami, może patrzył przez okno i widział tą samą mgłę która mnie ziębiła. Zimno wstrząsnęło mną, zdjąłem plecak aby założyć dodatkowy sweter. Niewiele pomógł, mniej niż pomogło podejście zboczem. Na moment pojawiła się myśl o zejściu do wioski i przeczekaniu w jakimś barze lub w samochodzie, ale zaraz ulotniła się. W kwadrans później zobaczyłem zarysy dalekich szczytów, po następnym kwadransie zaświeciło słońce. Zostało ze mną niemal do końca dnia, bo za chmury schowało się dopiero na pół godziny przed zachodem. Z butów znikł szron traw, a pojawiły się krople wody.



Dzisiaj, wędrując wokół Osełki, potwierdziłem dobre wrażenie jakie odniosłem oglądając górę po raz pierwszy ze zbocza Grodzika: nie tylko jest po prostu ładna, ale i ze wszystkich swoich stoków oferuje ładne widoki. Będę ją odwiedzać, będzie jedną z moich gór.
Przeciąłem niebieski szlak, przeszedłem strumień, minąłem ładny zagajnik świerkowy i wszedłem na Owczarek, słońce mając za plecami. Na grzbiecie zatrzymałem się dla pogapienia się wokół: z tego miejsca, jak niemal z każdego miejsca mojej drogi wokół Osełki, widoki ma się ciekawe, ładne i dalekie. Stałem na grzbiecie niby na granicy dwóch pór roku: stok południowy błyszczał świecącymi kroplami wody na zielono-żółtych trawach, był pogodny, słoneczny, ciepły i parujący, drugi stok nie widział jeszcze słońca tego dnia, był zmrożony, zimowy, trawy wydawały się niebieskawe i były suche, szeleszczące szarosrebrzystym szronem.
Po rozległym, falującym zboczu wzgórza (mapa nie podaje jego nazwy) przy Radzimowicach  wiła się droga; jedna z tych dróg, którymi tak dobrze idzie się mając wokół rozległy przestwór świata. Na szczycie góry zobaczyłem… krzesło, postój na posiłek i patrzenie w dal miałem więc wyjątkowo wygodny.
Zatrzymaj się i patrz. Patrz i słuchaj szumu wiatru w uszach i głosu w tobie. Nie pędź, celem jest nie miejsce, a wędrowanie, droga, a nie jej koniec. Tak po prawdzie cichy szum niewielkiego wiatru zagłuszany był tam huczącymi, mimo sporej odległości, maszynami kopalni na stoku Połomu i widocznej stąd. Po raz kolejny obiecałem sobie poznanie tej wyjątkowej góry i chociaż części jej licznych jaskiń.

Przeszedłem przez Radzimowice, ładną, typowo wypoczynkową wieś do której prowadzi stroma i nierówna droga szutrowa. W zimie łańcuchy na kołach są zapewne koniecznym wyposażeniem samochodów mieszkańców. 



Południowym stokiem Żelaźniaka biegła w stronę lasu dróżka wysadzana rudymi modrzewiami, na prawo otwierał się rozległy widok na dolinę z wioską Mysłów i szczytami górskimi po drugiej stronie. W oddali sterczały maszty antenowe na szczycie Rakarni, najdalszego miejsca mojej dzisiejszej wędrówki.
Chciałem zobaczyć dawno temu porzucony szyb kopalni, miejsce, z którym nieżyjący już ludzie wiązali nadzieje na lepsze życie, w którym ciężko i długo pracowali, a na koniec, gdy skończyły się pieniądze lub nadzieja, porzucili je. Szyb Luis jest omurowaną dziurą w ziemi, z góry przykrytą kratą z grubych prętów zbrojeniowych. Widać w nim pordzewiałe żelastwo i nieprzeniknioną, odpychającą ciemność. Kamyk wrzucony do szybu spadał 5 sekund, czas odliczałem, więc pomiar nie był dokładny. Idąc dalej, uporczywie szperałem w opornej pamięci szukając w niej wzoru na drogę przebytą w określonym czasie swobodnego spadania. W końcu coś mi zaświtało i w rezultacie wyszło, iż szyb ma 120 metrów; ileż trzeba było ludzkiego trudu, aby go wykuć?
Wróciłem na brzeg lasu i poszedłem nim na wschód, w stronę wzgórza Głogowiec. Świecące słońce namówiło mnie na zrobienie przerwy gdzieś tam, na skraju lasu i rozległych łąk, z widokiem na dolinę. Piłem kawę i patrzyłem na nitkę szosy w dole, na malutkie samochody na niej, na dwie biedronki, które z mojego kolana zrobiły sobie lądowisko. Patrzyłem na kępę kwitnących niezapominajek, uroczych zawsze, tutaj i teraz szczególnie. Po drugiej stronie doliny pola wspinały się po zboczu aż pod las; będę szedł tamtędy - pomyślałem i odruchowo zacząłem wypatrywać dobrego przejścia przez nisko spływający, niemal do szosy, jęzor lasu. 


Na mapie mam zaznaczoną wydłużoną wyspę zagajnika na mojej drodze zboczami Żelaźniaka i Bukowinki, szedłem w kierunku wąskiego paska łąk oddzielających zagajnik od leśnego masywu, ale po raz kolejny przekonałem się o wieloletnich brakach w aktualizacji mapy, bo tam, gdzie miała być łąka, rósł gęsty młodniak. Przeszedłem go, idąc ścieżką wydeptaną przez zwierzęta, jak wiele razy w tych górach, a po drugiej stronie trafiłem na dróżkę; wróciłem się nią kawałek, poznając w ten sposób drogę omijającą gęstwinę. Zszedłem do szosy i przy skrzyżowaniu lokalnych dróg znalazłem polną drogę prowadzącą w stronę Głogowca. Górę zobaczyłem ze szczytu najbliższego wzniesienia i od razu spodobała mi się. Siedziałem pod szczytem, jedząc kanapkę i pijąc gorącą herbatę, robiłem zdjęcia, gapiłem się, słowem: nie chciało mi się opuszczać tego miejsca, tak urokliwego. Poza rozległym widokiem wschodniego pasma, widać stamtąd także najwyższe szczyty Gór Wałbrzyskich: tam, gdzie wydaje się być kres gór, gdzie może już nic nie ma poza niebem dotykającym ziemi, dostrzegamy delikatne zarysy gór przewyższających nasze góry i spodziewanie. Głogowca dopisuję do mojej listy najpiękniejszych miejsc kaczawskich.
Dnem doliny płynął strumień, właściwie kilka poplątanych, błotnistych strumieni, kluczyłem między drzewami szukając dogodniejszych przejść, bo co prawda buty z ochraniaczami zniosłyby głębsze błoto, ale nie jest sztuką wybłocić się po kolana.
Kaczawskie strumienie...
Bystre, szybko skaczące po kamienistym dnie, albo leniwe, wolno płynące wśród trzcin. Przekraczane bez zakłócenia rytmu kroków strumyki szerokości dłoni, i duże strumienie wzdłuż których idzie się szukając wystających z dna kamieni, by podpierając się kijami przejść po nich na drugą stronę, czasami przy ich hurkoczących odgłosach protestów. Strumienie śpiewnie i radośnie toczące swoje wody, i strumienie nieme albo tak ciche, że trzeba wstrzymać oddech aby usłyszeć ich najcichszy szept. Strumienie płynące płytkimi dnami, i strumienie głęboko schowane w ziemi, obwarowane stromymi, czasami nie do przejścia, urwistymi brzegami; płynące wśród traw, przeciskające się między kamieniami, albo podmywające korzenie olsz rosnących na ich brzegach; uroczo wyglądające w jasne, ciepłe dni lata, gdy wabią chłodnym szeptem swoich wód, ale i zimą, gdy tylko słychać je pod śniegiem, lub znaczą się ciemną kreską na białej przestrzeni łąk.

Po przekroczeni szosy nr 3 szedłem stronę Rakarni brzegiem ogromnego pola zielonego oziminą, później między dwiema ścianami lasu, wąskim przejściem zarośniętym chaszczami, przejściem mającym wyprowadzić mnie na leśny dukt w pobliżu Zbójeckiego Kamienia. Odczułem satysfakcję, gdy w spodziewanym miejscu znalazłem drogę, a kawałek dalej skały. W ten sposób zamknąłem wielką pętlę moich wędrówek wschodnim pasmem – od Pastewnika po Mysłów.

Wróciłem na brzeg lasu i poszedłem w kierunku Mysłowa. Ładna widokami, ale ciężka to była droga: brzeg lasu był zarośnięty, chwasty chwytały buty i czepiały się ubrania, a pole było rozmiękłe, błotniste. Buty zrobiły się ciężkie od przylepionego do nich błota, jednak szedłem polem, nie lasem. Przy wysuniętym cyplu lasu usiadłem na kupie kamieni robiąc ostatnią tego dnia przerwę. Drzewa lasu pochylały się nade mną w stronę otwartej przestrzeni, zielona płachta pól spływała spod moich stóp aż do szosy, Głogowiec pokazywał mi miejsce poprzedniego biwaku, a po lewej, ponad doliną z której wystawały domy wioski, piętrzyły się liczne szczyty kaczawskie niebieskie odległością.
Granatowe chmury zasłoniły słońce, zrobiło się ciemniej, wstałem więc i znalezioną drogą ruszyłem w dół, do wioski.