Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 21 marca 2014

Góry Kamienne

20 marca.
Gdy wybierałem trasę jednej z moich zimowych wypraw w góry, zrezygnowałem z wejścia na Waligórę po przeczytaniu w jakimś przewodniku ostrzeżenia przed wchodzeniem na tę górę północnym zboczem, a to ze względu na jego duże nachylenie. Pojechałem w inne góry, ale Waligóra z tym swoim stromym zboczem plątała mi się po głowie. Fakt, jestem dziadkiem – myślałem - ale czy tylko dlatego, że syn ma córkę, mam zrezygnować z wejścia na dach Gór Suchych?
Pojechałem. Celem było małe, senne, jakby wymarłe miasteczko ukryte w głębokim wąwozie, na końcu bezimiennej drogi, miasteczko, w którym czas zatrzymał się w latach sześćdziesiątych. Stare, zaniedbane wille z łuszczącymi się i opadającymi śladami minionej świetności, a na głównej ulicy jedynie pies z podkulonym ogonem i babcia owinięta w czarny szal. Sokołowsko.
Ulica mijała drogowskazy szlaków turystycznych, i zaraz kończyła się kamienistą dróżką pnącą się w kierunku lasu na zboczu pierwszej góry. Wcisnąłem forda w ciasne pobocze, wsadziłem w kieszeń mapę, zarzuciłem plecak i poszedłem, oczywiście okrężną drogą, no bo kto to widział w górach zmierzać do celu najkrótszą drogą..
Góry Suche, fragment Gór Kamiennych, są inne od pozostałych pasm sudeckich: kształtami przypominają stożki o stromych zboczach. Są tam dwie góry tak nazwane – muszę kiedyś wejść na nie. Stożek Wielki widziany z Unisławia Śląskiego czyni wielkie wrażenie swoją wysokością i regularnością stromych zboczy.


Czerwonym szlakiem poszedłem na Bukowiec, dalej przez Krzywuchę ku schronisku Andrzejówka, w którym zjadłem całkiem dobry żurek. Waligóra sterczała nade mną z nachylonym czołem, niczym byk mający odpierać atak. Będzie trudniej niż na męczącym zboczu Bukowca? – zastanawiałem się. Było trudniej, ale mniej męcząco. Było trudno, bo każdy krok musiał być postawiony rozważnie na zboczu o kącie nachylenia na pewno przekraczającym 45 stopni i pokrytym zbitym, zeskorupiałym śniegiem, ale i mniej męcząco, a to ze względu na szybkość mojego wchodzenia niewiele większą od marszu ślimaka na stracenie. Wiosny nigdzie ni śladu, za to liczne ślady zimy. Gruby szron na świerkach, a na nagich gałęziach wyższych drzew szkliła się, niczym lukier, warstwa lodu. Czasami dobiegał mnie z góry dziwny dźwięk, ciche trzaskanie zlane w jeden szumiący odgłos – to pękał lód na gałęziach poruszanych wiatrem, a w moment później inna seria szemrzących odgłosów: zderzania się lodowych złomków ze śnieżną skorupą pokrywającą ziemię. 





Na szczycie nie miałem cichego sam na sam z górą, bo ten okupowany był przez sporą grupkę rozkrzyczanych młodych z piwami w ręku. Ominąłem ich i niebieskim szlakiem poszedłem w stronę Suchawy, pierwszego z trzech ustawionych w rządku szczytów. Pierwszego i ostatniego, jak się okazało. 



Otóż na Suchawie zgubiłem szlak. Na szczycie odszedłem od ostatniego znaku w bok, chcąc wydostać się poza linię drzew i spojrzeć z góry w dziki, zimowy, czarno-biały wąwóz z widocznymi stąd domkami Sokołowska. Zobaczyłem i będę pamiętać ten widok. Poszedłem dalej, ale na brzegu stromego zbocza, nie widząc nigdzie ani ludzkich śladów, ani znaków szlaku, zawróciłem. Od ostatniego znaku zataczałem koła szukając jakichkolwiek śladów – bezskutecznie. Następny szczyt, Kostrzyna, wznosił się stromo przede mną, ale bliżej i niżej miałem strome zbocze pokryte śniegiem. W końcu zdecydowałem się pójść ledwie widoczną ścieżyną, właściwie paskiem nieco równiejszego śniegu skosem trawersującego stromiznę. Doszedłem do duktu, był bez znaków: w lewo, czy w prawo? Tutaj popełniłem błąd wybrawszy drogę w lewo. W dwa tygodnie później szedłem tą drogą z przeciwnej strony i wtedy dowiedziałem się, że ze względu na bezpieczeństwo dobrze zrobiłem trawersując zbocze, ale gdybym na tym dzikim dukcie skręcił w prawo, doszedłbym do mojego zgubionego na szczycie szlaku. Wtedy nie wiedziałem, a parę kilometrów dalej doszedłem do… schroniska, czyli tam, skąd wyszedłem. Zrobiłem wielkie koło. Już wtedy obiecałem sobie przejść drogę ponownie, co zrobiłem w dwa tygodnie później, już przy wiosennej pogodzie, bez śniegu. Dnem głębokiej, malowniczej doliny doszedłem do miasteczka, i zgodnie z planami pojechałem do Zapomnianych Skał stojących między Mieroszowem, a Chełmskiem Śląskim. Dlaczego tam? Też się zastanawiałem. Tyle tutaj skał, a wybrałem te…
Otóż ze względu na ich nazwę. Żal mi się ich zrobiło, że takie zapomniane, no i po prostu postanowiłem odwiedzić je, aby chociaż przeze mnie były pamiętane.
Dwie największe skały podobne są do przedpotopowych stworów wyrzuconych tutaj przez fale morskie: długie, o stromych bokach i tępych pyskach wielkości kamienic, a po wdrapaniu się na grzbiety jednego i drugiego zobaczyłem dziwne narośla piaskowe, pełne skalnych okien, kształtów dziwnych, obłych, ale i rogatych. Ależ tak! Stojąc na wierzchu łba jednego, na sąsiednim zobaczyłem rogi! Autentyczne rogi wyrastające ponad czołem, doskonale tłumaczące drugą nazwę tych skał: Czartowskie Skały.



Zszedłem na miękkich nogach; chyba już nie dla mnie Orla Perć…
Na zakończenie wędrówki zobaczyłem drogę, taką zwykłą polną drogę: przez chwilę przytulała się do świerków lasu, by zaraz porzucić je beztrosko i skręcić na otwartą przestrzeń pól. Przecinała je śmiałą linią, zapraszająca, wołająca, i ginęła za szczytem wzniesienia. Była zwykłą zimową drogą, mokrą i szarą wśród szaro-brązowych pól, ale nawet nie mając urody swoich letnich sióstr wystrojonych zielenią i polnymi kwiatami, ciągle miała to, co tamte: nostalgiczny urok wołający wędrowca. Nie mogłem odjechać nie odpowiedziawszy na jej wołanie.


3 kwietnia.
Już dwa tygodnie wcześniej miałem ustalony plan wyprawy: samochód zostawić na poboczu tej samej uliczki w Sokołowsku, i pójść tam, gdzie nie doszedłem na ostatniej wyprawie. Niebieskim szlakiem poszedłem na Włostowę, a że w połowie jej zachodniego zbocza mój szlak przecinała dróżka poziomo trawersująca stromiznę, dałem się skusić, idąc nią w obie strony i podziwiając widoki. Zbocze to jest w wielu miejscach odkryte, wzrok leci daleko, góra z jednej strony pnie się ku niebu, z drugiej spada skalnymi rumowiskami w głęboki wąwóz oddzielający je od sąsiednich szczytów: Garbatki, Średniaka i Koziny; za nimi, już po czeskiej stronie, dolinę wypełniały niemal białe, opalizujące w jasnym słońcu chmury. Szedłem ponad chmurami.
Na stromym szczycie następnej góry, Kostrzyny, stałem długo, sycąc wzrok czarodziejską dalą rozległych widoków i ciesząc się każdą rozpoznaną górą.
Na wprost wysoko wznosił się poznany na poprzedniej wyprawie szczyt Bukowca, nieco bliżej przylepiona do niego Krzywucha, a jeszcze niżej, w dolinie, na stromym grzbiecie skalnym, sterczała ponad drzewa brązowa maczuga baszty zamku Radosno, do złudzenia przypominająca pionowy wałek pieczonego mięsa stojący w budkach serwujących kebab. Na lewo, po drugiej stronie Kotliny Sokołowskiej, wznosiły się dwa strome szczyty Stożków, tak imponujące od strony Unisławia, a za nimi, dalej na lewo, rozsiadł się szeroki masyw Lesistej. Między Stożkami a Bukowcem widziałem Chełmiec w Górach Wałbrzyskich, górę zbłękitniałą odległością, nachylona nad swoim miastem i niezmiennie przyciągającą mój wzrok przedziwnym poplątaniem świata wyobraźni i rzeczywistości.

Na prawo widok zamykała stroma ściana zachodniego zbocza Suchawy, i z tamtej strony dobiegały mnie bliskie głosy ludzi. Były tak wyraźne, że oczekiwałem spotkania za chwilę, a okazało się, że słyszałem je z samego zbocza oddzielonego od mojego szczytu głęboką przełęczą i kilometrową odległością. Akustyka niesamowita, jak w starożytnych teatrach.
Idąc zygzakowatym szlakiem po stromym zboczu Suchawy, tym szlakiem, którego dwa tygodnie temu nie mogłem znaleźć schodząc w dół, pomyślałem, że jednak dobrze zrobiłem idąc wtedy skosem po zboczu, bo zejście poza szlakiem po tej stromiźnie pokrytej śniegiem nie byłoby rozsądne. A znaków szlaku jest tam niewiele, i tak są umieszczone, że pod śniegiem nie widać ich. Dzisiaj szedłem kierując się głównie śladami ścieżki wydeptanej  w poszyciu lasu.
Oglądany ze szczytu Suchawy wąwóz zakończony Kotliną Sokołowską, tak dziki, zimowy, czarno-biały dwa tygodnie temu, teraz, bez śniegu, w jasnym słońcu, wydawał się inny, przyjazny, uśmiechnięty. Gdzieś między Suchawą a Waligórą, na brzegu rozjaśnionej słońcem dróżki, zrobiłem przerwę, siedząc na pniaku i pijąc gorącą jeszcze kawę. Jej smak w takich miejscach, daleko od ludzkich osiedli, wśród kamieni i drzew, wydaje się inny, lepszy i dziwny, smak nie z tego świata. Coś podobnego odczuwam włączając laptopa i uruchamiając internet gdzieś w drodze, poza miastem: zadziwienie przepleceniem się dwóch światów.
Nie wiem jak ja wszedłem na to zbocze – to była moja myśl w czasie schodzenia północnym, stromym zboczem Waligóry. Śniegu było niewiele, więc szło mi się łatwiej, ale dwa tygodnie temu szedłem pod górę w głębokim śniegu. Udało się wtedy, udało i dzisiaj.
Od schroniska Andrzejówka poszedłem żółtym szlakiem via ruiny zamku Radosno do miasteczka, a stamtąd pojechałem w Góry Wałbrzyskie, kuszony nie wiedzieć czemu nazwą jednego ze szczytów południowego pasma: górą Wołowiec. Z drogi 381 skręciłem w boczną uliczkę przeciskającą się między domami, a na jej końcu, u podnóża gór, zostawiłem samochód i płytkim żlebem wszedłem na grzbiet. Tam znalazłem niebieski szlak, no i zakręciłem się, idąc nim w przeciwną stronę. Ale nic to, bo poznałem Kozła i Małego Kozła, Dłużynę i Wołowiec, z którego roztacza się szeroki widok na Wałbrzych, masyw Chełmca i szczyty Gór Suchych, a ze zbocza Kozła zobaczyłem w oddali naburmuszony, jakby przewalający się w dolinę, szczyt Waligóry z przylepionymi do niego Suchawą i Kostrzyną.
Nie chciało mi się wracać, bo wiedziałem, że ta wyprawa jest moim pożegnaniem z górami na przeciąg półrocza. Wyjeżdżam, a w góry będę się mógł wybrać dopiero w październiku.
Już mi ich brakuje. Już oglądam mapy, odruchowo wybierając szlaki i zazdroszcząc sobie samemu tych przyszłych jesiennych wypraw.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz