Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

sobota, 15 marca 2014

Góry Kaczawskie. Śnieg, mróz i perłowa dal

Dzień trzynasty, grudzień.
 Wieś Chrośnica, Łysa Góra, Zazdrośnik, Polna, Szybowcowa, wieś Płoszczyna, Przełęcz Chrośnicka, powrót do wsi Chrośnica.

Ilekroć i gdziekolwiek poczuję zapach terpentyny balsamicznej, nieodmiennie budzi on we mnie wspomnienie gór; dziwne są ludzkie skojarzenia, można by powiedzieć. Owszem, bywają dziwne, ale akurat tutaj związek między tym zapachem a górami jest dość bliski i prosty. Otóż mam kilka par tradycyjnie wykonanych skórzanych butów górskich, typowych „czerwonych sznurówek”; dlaczego kilka, mając jedną, jak wszyscy, parę nóg? Cóż… po prostu tak bardzo podobają mi się solidne buty szyte z grubej skóry, że widząc je, nie mogę oprzeć się pokusie:)
Do usuwania z tych butów starej impregnacji używam właśnie terpentyny. W pracy, w mojej szafce z narzędziami, zachował się ślad zapachu tego rozpuszczalnika, i dzięki niemu ilekroć otwieram szafkę, na jeden moment przenoszę się daleko, w inny świat – w góry.
Gdy tydzień temu szedłem południowym zboczem masywu Leśniaka i Okola, po prawej towarzyszyła mi rozległa Łysa Góra, powoli przesuwając się w miarę mojego marszu. Patrzyłem na nią często nie tylko dla jej urody, ale też z ciekawości: wydawało mi się, że ona nieskończenie powoli obraca się, jakby pozwalając mi oglądać siebie z różnych stron. Już wtedy postanowiłem wejść na nią jedną z tych dróżek, które widziałem z drugiej strony doliny cienkie niczym nitki.
Plan był gotowy: ponownie przyjechać do Chrośnicy, znaleźć początek jednej z tych nitek, miejsce zaczynania się drogi prowadzącej na Górę od strony Przełęczy Chrośnickiej, obejść wierzchołek, zejść w stronę Zazdrośnika (co za nazwa dla góry!, chciałbym poznać skojarzenie czy zdarzenie, które nadało jej taką nazwę), przez Polną wejść na Szybowcową, a po zejściu na drugą stronę, tej góry, znaleźć początek czarnego szlaku rowerowego do Płoszczyny, tego samego szlaku, którego część poznałem jesienią i który tak mi się podobał; w wiosce wejść na niebieski szlak, i via Przełęcz Chrośnicką wrócić do początku drogi.
Może uda mi się przywitać się z moją brzozą rosnącą samotnie na zboczu Polnej?
Wstałem wyjątkowo wcześnie, i tuż po trzeciej w nocy wyjechałem po Tomka, towarzysza mojej dzisiejszej wędrówki. Boczne szosy, białe śniegiem i szronem, nie pozwalały na szybką jazdę, ale udało się nam wyjść na drogę krótko po siódmej. Właśnie zaczynał się mroźny dzień przysypany świeżym śniegiem.
Jeszcze tyle nie miałem na sobie ubrań; moje kastingery zmieściły stopy ubrane w dwie pary grubych skarpet; kurtka jakoś zapięła się na mnie, nagle pogrubionym swetrami i polarami. Jestem wdzięczny Tomkowi za przekonanie mnie, uparciucha, do wypróbowania kijków. Niezupełnie było tak, jak się spodziewałem: owszem, przeszkadzały zajmując dłonie, ale jeszcze bardziej pomagały, odciążając mięśnie nóg kosztem pracy ramion. Będę z nich korzystać.
Przygotowując się do dzisiejszej wędrówki, po raz pierwszy korzystałem z map google, oglądając kosmiczne dosłownie i w przenośni (jako synonim jakości) zdjęcia trasy; warto było, bo ich studiowanie znacznie ułatwiło mi wybieranie drogi omijającej lasy i pozwalającej cieszyć się przez niemal cały dzień dalekimi widokami. A te były imponujące: od stożka Ostrzycy na północy, po Karkonosze na południu. Na szczytowym grzbiecie Łysej staliśmy dłuższą chwilę pokazując sobie szczyty i kary tych gór. Słońce nieśmiało, ale jednak świeciło, rozpalając śniegi na graniach Śnieżnych Kotłów; na tle bladoniebieskiej ściany Karkonoszy ich perłowodiamentowy połysk przyciągał wzrok swoim urokiem.



Następną przerwę zrobiliśmy na szczycie stoku narciarskiego. Góry wokół, znane przecież, wydawały się większe i… nie wiem jakie. Było w ich widoku coś jeszcze, coś, co przyciągało wzrok nie tylko dalą. Rozmawiałem z Tomkiem i patrzyłem na góry.:
Masyw Skopca wydawał mi się podobny swoim kształtem do masywu Caryńskiej oglądanej spod Chatki Puchatka, niżej widziałem piękną widokami przełęcz Widok, przełęcz, na której zatrzymuję się ilekroć przejeżdżam tamtędy, a za nią jaśniała Gackowa swoim odkrytym zboczem. Na wprost mnie, po drugiej stronie doliny, rozciągał się długi Leśniak, a szczyt Okola wystawiał ponad drzewa swoje zębate skały; nieco niżej bielała śniegiem tamta urocza polanka pod szczytem Pańskiej Wysoczki, na której ponownie byłem tydzień temu, a poniżej linii lasów długiego masywu rozpostartego przede mną, ciągnęły się łąki którymi niedawno szedłem.
Tyle moich śladów zostawiłem w tych górach, tyle śladów te góry zostawiły we mnie…
Nad czym ja się zastanawiam, skoro to takie proste!: stojąc tam odczuwałem majestat gór. Tkwił nie tyle w ich wysokościach, niewielkich przecież, co w ich trwaniu niemal wiecznym, w ich niewzruszoności, a także w znikomości ludzi i ich dzieł wobec dzieł Natury. Ze sztucznego świata przez nas stworzonego, świata nieustannych zabiegów jakże podobnych do mrówczej krzątaniny, świata sukcesów opłacanych gorzką monetą, ciągłych przemian, obaw i strat, wychodzi się na szczyt góry i tam widzi bezsens, a przynajmniej małą wartość, większości tego, za czym gonimy przez życie miast je przeżywać.
Poszliśmy na Zazdrośnik, zostawiając w tyle Przełęcz Widok i masyw Skopca, ale rozległe widoki towarzyszyły nam długo, aż do dna dolinki między Polną a tym „zazdrosnym” wzgórzem. Szliśmy bez szlaku, przez łąki zasypane śniegiem, przez strumyki, jakieś rowy, aż stanęliśmy przed… ogrodzeniem. W lewo, czy w prawo? Prawy kierunek wydawał się właściwszy. Minęliśmy pole, lasek, na pół zamarznięte rozlewisko (ileż uroku może mieć taki zakątek!), zarośla czepiające się nas nie wiedzieć czemu, a druciany płot nie kończył się. Szliśmy wzdłuż niego pod górę, później w dół, aż w końcu płot się skończył, a gdy wyszliśmy wyżej, zobaczyłem wierzch korony brzozy wychodzącej mi naprzeciw zza szczytu wzniesienia. Wydawał mi się znajomy, a gdy podeszliśmy bliżej, poznałem moją brzozę samotnie rosnącą na zboczu Polnej. Stała naga, tak odmienna od siebie samej z października, ale urody nie straciła i jak wtedy przyciągała mój wzrok. Podobała mi się.



Przed nami stała Szybowcowa, szeroko rozciągając swoje łagodne zbocza. Nim weszliśmy na odkryty pas zbocza, na którym dwa miesiące temu widziałem lądujące szybowce, na krótki czas weszliśmy w las, trafiając na czarodziejskie miejsce: prowadząca nas leśna dróżka, zasypana śniegiem, cicha i spokojna, nagle skręciła i popędziła wprost ku słońcu, a te wyszło nam na spotkanie, barwiąc śnieg najczystszym blaskiem jasnego złota. Małe drzewka, jakieś badyle i krzaki, kępy wysokich traw, przycupnęły pod śnieżną szubą niczym zmarznięte krasnoludki, i nawet teraz, oblane słonecznymi barwami, nie wychylały nosa, trwając nieruchomo w swoich zimowych schronieniach.
Na szczycie było sporo ludzi – cóż, to góra, na którą można wjechać samochodem – a po jej drugiej stronie przywitał nas Stromiec, góra, na którą chciałoby się wejść ilekroć patrzy się na nią, i która pożegna nas dzisiaj o zachodzie słońca. Przy bocznej drodze prowadzącej z Jeżowa na Szybowcową, zaczyna się czarny szlak rowerowy prowadzący do wsi Płoszczyna, szlak, który jesienią zauroczył mnie wyjątkowymi widokami; dzisiaj znaleźliśmy jego początek i weszliśmy nań. Urok widoków oglądanych z tego szlaku jest w ich rozmaitości: kręta droga, drzewa przy niej, stoki łagodnych, odkrytych zboczy, malownicze kępy drzew, a w dolinie dachy domów między drzewami. Schodzi się ku nim tak, jakby dążyło się do wytęsknionego domu po długiej nieobecności.
We wsi weszliśmy na niebieski szlak przecinający Chrośnickie Kopy. Nim dróżka schowała się między drzewa lasu na zboczach gór, prowadziła szerokim, wznoszącym się polem, a z tyłu otwierał się widok coraz bardziej rozległy, w którego centrum niezmiennie tkwił hegemon okolicy - Stromiec. 


Słońce opadało wprost na górę, a ta stała czarna, wydając się większą i nachyloną ku wiosce u swoich stóp. Niskie, ale ciągle jaskrawe słońce, zapalało miriady migotliwych iskier na wielkiej połaci pól pokrytych bulwiastymi, śnieżnymi wypukłościami, z których z rzadka wystawały nagie patyki uschniętych roślin. W tym widoku – rozległym, śnieżno-czarnym, ale i skrzącym się diamentowo, tkwiła kwintesencja uroku śnieżnej zimy, jej idea, jakby może powiedział Platon; oglądałem się wchodząc między drzewa lasu.
Przed nami ostatnie już podejście - na przełęcz między Łysą a Kopą - później przyjemna dróżka towarzysząca strumieniowi, dróżka kończąca się zbyt szybko w wiosce, blisko samochodu.

Dzień kończył się, gdy w ciasnocie kabiny zmienialiśmy buty na lżejsze.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz