Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 17 marca 2014

Nienasycenie latem


5 sierpnia.
Tak mało mam czasu na swoje sprawy, dla siebie! Nie wiem jak to możliwe i dlaczego tak się dzieje, ale niewątpliwie tak właśnie jest: im jestem starszy, tym czas jest szybszy, i mniej go mam dla siebie. To musi być jakiś fizyczny fenomen. Brakuje mi czasu spędzonego nad moimi dopiskami, tutaj, gdzie mogę pisać co mi się pomyśli i co mnie zajmuje, bez oglądania się na kogokolwiek.
Dzisiaj cały dzień padał deszcz. Pogoda, po półtoramiesięcznym okresie prawdziwego lata, takiego ze słońcem codziennie, od rana do wieczora, takiego lata, w czasie którego budzę się rano i z pewnik przyjmuję, jeszcze przed otworzeniem oczu, że niebo jest błękitne i słońce świeci, taka pogoda właśnie teraz kończy się. I właśnie dzisiaj, po tylu dniach upałów, patrząc na zwaliste chmury, na drzewa szarpane gwałtownym wiatrem, wiatrem przysłanym jakby zza światów przez płaczący październik aż tutaj, w letnią przecież jeszcze porę, poczułem ogromną tęsknotę za słońcem. Taką, jakbym nie widział słońca przez miesiąc, rok nawet, a nie dwa dni. Kiedyś miałem nadzieję na nasycenie się nim, w tym roku świeciło tak długo, ale, jak się okazuje, to ledwie parę promyków wobec nienasyconego pragnienia. Nie udało mi się. To chyba w ogóle nie jest możliwe.
Parę razy udało mi się wyjść na otwarte przestrzenie, na których znalazłem ogromne pola pszenicy; była niska, złocista, falująca, pokrywająca szerokimi łanami łagodne pagórki wokół, aż po daleki rząd drzew obsiadłych nitkę szosy. Miała ciężkie, wąsate kłosy napęczniałe ziarnem (jadłem je, młócąc i wiejąc kłosy w dłoniach – jak za dawnych, bardzo dawnych czasów), a na brzegu tego bezmiaru znalazłem ścieżkę wydeptaną na miedzy zarośniętej chwastem. Po jej drugiej stronie rósł dziki, bezpański, opuszczony sad, w ładny sposób plącząc gatunki roślin. Zwłaszcza jedno takie miejsce było urokliwe: obwieszone bordowymi owocami gałązki wiśni zwieszały się ku czerwonym wisiorkom porzeczek, a spomiędzy nich wychylały się – dla słońca, czy dla mnie? – gałęzie orzecha laskowego, ukrywającego wśród swoich liści zielone owoce – dając mi drugie wspomnienie dawnych, szczeniackich lat. Tuż obok, na wyciągnięcie ręki, wisiały ciężkie owocami gałęzie zdziczałej jabłoni, jakby prosząc mnie o zerwanie ich owoców, wzgardzonych przez wszystkich czy zapomnianych. W tym gąszczu ledwie widoczne przejście pozwalało wejść pod drzewa, w ocieniony, zielony namiot - kolejne wspomnienie minionego czasu, zabaw w ogródku babci, ogródku, który wtedy wydawał się wielki i tajemniczy niczym dziewicza puszcza, a obejrzany po latach, pokazał się być skrawkiem ziemi z kilkoma drzewami i krzewami, za starą chałupą, po której teraz śladu nawet nie ma.
Gdy wróciłem tam po kilku dniach i znowu zerwałem kłos pocierając go w dłoni i czując jego suchość, pomyślałem, że czas już na żniwa. Dopiero wtedy podniosłem głowę i w oddali zobaczyłem kombajny, mimo odległości wielkie niczym dinozaury, w obłokach kurzu unoszącego się nad nimi. Żniwa. Kawałek dalej, na innym polu, już i ścierniska nie było, a za orzącym je traktorem kłębił się niespokojny, kłótliwy, zawirowany kłąb... mew. Patrzyłem na nie zadziwiony, pierwszy raz w życiu widząc mewy, nie wrony, wybierające robaki za pługiem traktora. Trochę na uboczu, jakby dla podkreślenia swojej odrębności czy wyższości, dostojnie, bez tej nerwowości ptasiego drobiazgu wokół, kiwając głowami, kroczyły bociany. Starałem się nie patrzeć na szarą ziemię skib, a w tej niechęci patrzenia było żałośnie bezradne pragnienie trwania lata. Poczułem nastrój, który o tej porze, w drugiej połowie lata, zawsze mnie ogarnia: nastrój lekko smutnej, łagodnej nostalgii.

9 sierpnia.
W Ustroniu na Morskiej rośnie duża, ładna jarzębina. Dzisiaj zatrzymałem się przy niej i patrzyłem na jej zielone liście, na których ni śladu jesieni, i na czerwone już grona owoców - jednego z symboli końca lata. Doznawałem dziwnych, bo pomieszanych uczuć: widok tego pięknego drzewa sprawiał mi przyjemność, ale to, co sobą symbolizował w moim odbiorze - schyłek lata i w dalszej perspektywie zapłakane dni jesieni - budziło we mnie pragnienie trwania lata i coś na podobieństwo niechęci do drzewa.
Wrony zaczynają się już gromadzić w duże stada, wydaje mi się, że w tym roku wcześniej, niż w minionych latach. To drugi symbol zmierzchu lata, ale jakże inny od tamtego! Jarzębina jest piękna, mimo ambiwalencji budzonych odczuć, podczas gdy stada wron na niebie, albo na polu, czarne i paskudne, samą swoją obecnością profanują ziemię – takie mam wrażenie. Ten widok jest mi nieznośny, budzi mój sprzeciw, wykrzywia twarz niesmakiem, każe odwracać się, i w jakże daremnej próbie zaprzeczenia szukać śladów lata. Cieszyć się słońcem na ramionach, jaskółkę witać jak najmilszego przyjaciela, ale w nie zebranym łanie zboża upatrywać pełni lata.

17 września.
Tydzień w Żaganiu. Na wiosnę, będąc tutaj przez tydzień, zaniedbałem park, nie odwiedzałem go, ale w tym tygodniu byłem w nim kilka razy. Pogoda jest piękna, prawdziwie letnia, noce ciepłe, dnie upalne. Rano, przed pracą, odwiedzałem moje platany, by stojąc pod nimi, patrząc w górę, gubić wzrok wśród wielkich i mnogich ich konarów, doznawać uczucia małości i znikomości, ale jednocześnie stałości i trwania, jakie odczuwam wobec dzieł przyrody. Na brzegu rzeki rośnie wielkie drzewo o głęboko spękanej korze, z pnia podobne do akacji, ale to nie jest akacja. Stałem przy nim, podziwiając siłę jego ogromnego pnia, ale jednocześnie czułem, że do pełnego odczuwania podziwu przeszkadzała mi niewiedza jego nazwy, że po prostu chciałbym oprzeć dłoń o pień tego drzewa i w myśli coś do niego powiedzieć, a jak można to zrobić nie znając imienia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz