Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 14 marca 2014

Góry Kaczawskie. O pierwszych zmarszczach na kochanej twarzy

Dzień czwarty, luty.
Z miejscowości Wojcieszów żółtym szlakiem do wioski Radzimowice i dalej na zbocze Żeleźniaka. Powrót tą samą drogą. Podjechanie do wsi Podgórki, odnalezienie Jaskini Walońskiej. Samochodem pod Wielisławkę.

Już na ostatniej wyprawie w góry wiedziałem, że następna także będzie w Kaczawskie. Te niewysokie góry podobają mi się, ale trudno mi powiedzieć dlaczego; może znajduję w nich wyciszoną nostalgię? Taką pogodzoną z niemożnością swojego zaspokojenia i jednocześnie niosącą pocieszenie? To możliwe.
Kłopotem jednodniowych wypraw jest takie ustalenie trasy, aby nie wracać tą samą drogą do samochodu; chciałbym pójść tutaj i tam, zrobić wielkie koło, zamykając w nim wszystkie miejsce niewidziane i kuszące, ale możliwości są ograniczone. Postanowiłem wyjść z Wojcieszowa żółtym szlakiem na Żeleźniak, wrócić niebieskim, a później znaleźć w końcu jaskinię Walońską i ponownie odwiedzić Wielisławkę.
Poznałem już trochę tych małych miejscowości sudeckich zagubionych wśród gór, na końcu dziurawej drogi; wiele z nich jest biednych, czasami na pół wymarłych, o obcej, bo starej i jeszcze niemieckiej, zabudowie. Ich wspólną cechą jest także uderzający kontrast: obok ślicznych, odnowionych budynków o oryginalnej urodzie, stoją stare, obdrapane, nierzadko opuszczone i rozpadające się, jakby niechciane, domy bez właścicieli. Smutne to dla mnie obrazy, gdy uświadomię sobie, że poprzedni właściciele tych terenów chcieli tutaj mieszkać i potrafili dobrze gospodarzyć, a nam jakby gorzej to wychodzi. Ostatnim budynkiem przy moim szlaku, na brzegu Wojcieszowa, był duży ośrodek wypoczynkowy zbudowany w latach siedemdziesiątych; budynek patrzył na mnie dziesiątkami pustych i ciemnych okien. Pewnie ma teraz prywatnego właściciela, który nie bardzo wie co ma zrobić z tym nabytkiem, ponieważ o jego zapełnieniu gośćmi może tylko pomarzyć. To nierzadki tutaj widok.
Gdy wyjeżdżałem z Leszna, padał deszcz. Padał gdy przyjechałem, gdy szedłem też; padał prawie cały dzień. Buty mieszały rzadkie błotko śniegowe, ale trzymały się dzielnie.
Przy leniwie wznoszącej się dróżce szutrowej zobaczyłem czerniejące wejście do lochu czy opuszczonej piwnicy, a w środku, w grocie wykutej w skale, zobaczyłem cały las pięknych, równych, mlecznobiałych stalagmitów lodowych, z których największe przewyższały metr swoją wysokością. Zadziwiające są twory przyrody.
Po godzinnym marszu, gdy wydawało mi się, że daleko już jestem od ludzkich siedzib, w górze, między drzewami zobaczyłem… dach domu. Po chwili wszedłem do najdziwniejszej wioski jaką widziałem: do Radzimowic. Wąska stróżka asfaltu ostro wspinającego się do osady  kończyła się na małym placu otoczonym kilkoma budynkami o dziwnej konstrukcji, bo łączącymi funkcje mieszkalne z gospodarczymi. Na wprost siebie rozlatujący się już dom i drugi, wyremontowany, pomalowany jak cukiereczek, z drewnianymi okiennicami zza których, zdawałoby się, zaraz wychyli się babcia czekająca na Czerwonego Kapturka. Wyraźnie widać zmianę charakteru osady z pierwotnie zapewne pasterskiej i rolniczej, na wypoczynkową, letniskową. Na środku placu siedział wilczur przyglądający się mi spokojnie, a obok stał samochód z łańcuchami na kołach. Wystarczyło zrobić parę kroków, by znaleźć się poza osadą i móc podziwiać rozległe widoki wokół. Najprawdziwsze, kaczawskie, piękne widoki łagodnych wzgórz, maleńkich domków rozsianych w dolinach i czarnych z tej odległości gór zamykających horyzont.
Szlak ku Żeleźniakowi prowadził odsłoniętym stokiem góry wyżej porośniętej lasem. Szedłem w głębokim śniegu patrząc w dolinę i na wielką białą połać łąki przede mną, próbując wyobrazić sobie jak tutaj jest wiosną lub latem, gdy ta łąka pyszni się kolorami i zapachami kwitnienia, dyszy upałem, szumi pszczołami i chłodzi się powiewami wiatru falującego morzem traw wokół. Usiadłbym na brzegu lasu, wziął źdźbło trawy w usta i patrzyłbym w dal lub pod nogi, na biedronkę zdobywającą swój szczyt na łodydze polnego kwiatu…
Już bez szlaku (który i tak zgubił mi się na łące) skręciłem ku górze mając nadzieję na płytszy śnieg między drzewami – próżną nadzieję, jak się okazało. Mozolnie piąłem się pod górę wyciągając stopy ze śniegu po kolana, aż w końcu doszedłem do przecinki, też zasypanej, ale o równiejszej powierzchni. Prowadziła poziomo, jakby opasując szczyt góry; szedłem nią dalej i dalej chcąc znaleźć jakieś przejście w gęstwinie świerków, ale w końcu poddałem się uznając, iż zaznaczone na mapie miejsce widokowe nie jest wbrew lokalizacji znaku na szczycie, a niżej, na stoku, na skraju lasu i łąki. Zawróciłem, obiecując sobie wrócić tutaj jesienią i spróbować raz jeszcze dostać się na szczyt.
Gdzieś tam miałem zabawne spotkanie. Spomiędzy drzew wyszła na dróżkę kuna, a ja zatrzymałem się nie chcąc jej spłoszyć. Zwierzę szło sobie spokojnie, rozglądając się wokół; szło wprost na mnie, a gdy było już o parę kroków, spojrzało na mnie przelotnie, widziałem wzrok obojętnie prześlizgujący się po mnie, i skręciło na drugą stronę przecinki. Kuna zrobiła jeszcze dwa kroki, gdy najwyraźniej dotarło do niej to, co widziała, bo szybkim, przestraszonym, ruchem głowy ponownie spojrzała na mnie i poderwała się do biegu. Wskoczyła na najbliższe drzewo i tam, już bezpiecznie, uważnie patrzyła na mnie.
W swoich ruchach, w zachowaniu, miała coś bardzo ludzkiego; wyobrażałem sobie dziecko spacerujące po lesie, w przekonaniu zupełnej samotności na tym odludziu beztrosko gapiące się wokół, jego spóźnione spostrzeżenie mnie, zaskoczenie, przestrach. Zupełnie jak ta kuna.
W Radzimowicach skręciłem w niebieski szlak, zgodnie z planem powrotu inną drogą. Najpierw prowadził jedyną szosą wiodącą do wioski, ale już po paruset metrach skręcił na wielką płaszczyznę białych, zaśnieżonych pól. Stałem na brzegu szosy próbując znaleźć w oddali miejsca, gdzie na drzewach mogłem spodziewać się znaków szlaku, w końcu pomyślałem, że przecież skał i zapadlisk przysypanych śniegiem tutaj nie ma i mogę dojść do Wojcieszowa według mapy. Poszedłem. Po paru krokach zapadłem się po kolana, jeszcze raz oceniłem wielkość pól przede mną i zawróciłem. Wróciłem znanym mi, nie zawianym śniegiem, szlakiem żółtym.
Było już po południu, gdy przyjechałem do Pogórek, wioski u stóp Maślaka, na stokach którego kryła się Jaskinia Walońska. Spodziewałem się jakiegoś znaku, drogowskazu, ale nic nie znalazłem. Zapytany o drogę przechodzień powiedział, że nie jest w stanie wytłumaczyć mi drogę, że tak czy inaczej zabłądzę. Jechać dalej? Stok góry był blisko i nie był wielki, a trudność w odnalezieniu jaskini kusiła. Drugi zapytany przechodzień był bardziej konkretny i dał mi dwie wskazówki. Pokręciłem się jeszcze chwilę szukając miejsca na zaparkowanie oraz drogi między domami – i przez zaśnieżone pole poszedłem ku linii drzew, gdzie miałem znaleźć drogę w stronę góry. Była: błotnista, miejscami zasypana skośnymi muldami nawianych zasp, ale była. Dalej poszło nadspodziewanie łatwo, bo już po dwóch kwadransach stałem przed czarnymi skałami z jeszcze bardziej czarną, częściowo zasypaną śniegiem, dziurą wejścia do jaskini, dumny z siebie jak cholera: znalazłem! Sama jaskinia okazała się być malutka, chyba nie więcej jak 10 metrów długości ciasnego i niskiego korytarza, a ja przy wejściu, wyciągając latarkę i pieczołowicie ustawiając plecak w załomie skał, szykowałem się do wielkiej wyprawy w głąb ziemi:)
Teraz trzeci mój cel, oczekiwany z radością i tęsknotą: miejsce na zboczu Wielisławki, które w piękny, słoneczny dzień listopadowy tak mnie zachwyciło. Nieoznakowaną drogę wokół góry pamiętałem dobrze. Tak mi się wydawało.
Na miejscu po raz kolejny przekonałem się, że ta sama droga oglądana z drugiej strony pokazuje inne, nieznane wcześniej, oblicze: minąłem dwa pamiętane punkty orientacyjne, a później… później zgubiłem ścieżynkę zasypaną śniegiem. Przedzierałem się przez jakieś chaszcze, gęsty młodniak, szedłem wzdłuż ogrodzenia szkółki leśnej, zatrzymywałem się, rozglądałem i wybierałem kierunek w górę myśląc o wejściu na szczyt by tam odnaleźć ścieżkę. W końcu kształt wzgórz widocznych między drzewami wydał się mi znajomy, poszedłem więc w tamtą stronę ucieszony, że jednak dość szybko odnalazłem szukane miejsce, gdy nagle wzrok mój przyciągnęły świeże ślady butów na śniegu. Wiedziony skojarzeniem, przystawiłem przy nich but: to były moje ślady, a prowadziły w przeciwną stronę... Przez chwilę chciałem iść w tamtą stronę aby zobaczyć w którym miejscu wybrałem niewłaściwą drogę i jakim cudem zatoczyłem koło, ale ciekawość mojego miejsca, odczuwane już zmęczenie i późna pora, kazały mi iść na brzeg lasu.
Tak, to było to miejsce – ucieszyłem się w pierwszej chwili. Na pewno? – rozejrzałem się. Droga na skraju lasu, dąb pochylający się nad jej zakrętem, pole… Moje miejsce? Pole było wtedy zielone oziminą, dzisiaj jest białe śniegiem, dobrze, ale te góry zamykające horyzont jakieś inne, droga… czy wtedy była tak błotnista, a las taki szary i smutny? Tyle razy oglądane w myślach moje miejsce... Tutaj siedziałem patrząc na ciepły brąz liści dębu, zieleń pól i niebieskość dalekich gór, na grę kolorów słonecznej jesieni, a teraz… teraz niby wszystko takie samo, a takie inne. Stałem i rozglądałem się, mając żal do siebie o odczuwany zawód.
Ludzie mówią, że Zima jest złośliwą staruchą z dużym nosem, na którym rośnie owłosiona brodawka, a ja buntuję się i zaprzeczam. Ona nie tylko nie jest stara, ale jest i ładną kobietą, tyle że dużo w niej smutku samotności przeradzającego się w gorzką żałość. To wtedy, wkurzona, sypie na nas śniegiem gnanym przenikliwymi wiatrami, ale która kobieta nie byłaby wkurzona, gdyby ciągle musiała tyle wysłuchiwać o sobie co ona, niedoceniana i wiecznie krytykowana? W Australii chwalą ją jako piękną – i tam taką ona jest - właśnie dlatego, że słucha pochwał!
Patrzyłem na garść skulonych, drżących, zeschłych liści rozpaczliwie trzymających się drzewa, i wspomniałem swoją czułość na widok pierwszych zmarszczek na twarzy bliskiej mi osoby. Przecież to moje miejsce, to samo, które jesienią tak mnie oczarowało! – zaprotestowałem.
Poczułem, że żal gdzieś sobie poszedł, a w jego miejsce pojawiła się ulga. Innym już wzrokiem rozejrzałem się obiecując sobie wrócić tutaj jeszcze nie raz.
Wracając do samochodu, odwiedziłem Wielkie Organy. Organisty nie zastałem, ale tym razem mając aparat, w końcu mogłem zrobić urwisku kilka swoich zdjęć.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz