Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 28 marca 2014

Góry Kaczawskie. Dzwonkowa Droga

Trzydziesty trzeci raz w Kaczawskich, styczeń.
Dzwonkowa Droga od Sokołowca do Bełczyny, powrót przez wzgórza Sołtysia Czuba, Szeroka i Mieszek. Źródło Skory, Sądreckie Wzgórza.

Cieszyłem się myślą o tym wyjeździe tak, jakbym miesiące całe nie był na włóczędze. Cieszyłem się wybierając buty i szykując je do drogi, cieszyłem się myśląc o doborze ubrań, pakując plecak i szykując kanapki, a nawet wyobrażając sobie skomplikowaną gimnastykę przy zakładaniu i sznurowaniu butów w samochodzie. Cieszyła mnie moja radość.
Skąd taka radość? Nie wiem.
Odkąd rok temu zobaczyłem na mapie Dzwonkową Drogę i przeszedłem jej niewielki odcinek w pobliżu Sokołowca, myślałem o przejściu jej całej. Jednym z powodów pierwszej mojej wędrówki tą drogą była jej nazwa – wesoła, dźwięczna i radosna. Później, gdy poznałem znaczenie tej nazwy, doznałem dziwnego uczucia. Otóż drogą tą wędrowali w średniowieczu chorzy na trąd, i zgodnie z obowiązującym wtedy prawem, dzwonkami uprzedzali innych ludzi o swojej obecności, jako że w tamtych czasach choroba ta wywoływała u ludzi reakcje chyba gorsze niż obecnie AIDS. Czy przez to droga straciła u mnie swój urok? Nie, droga nie, nadal została urokliwa, natomiast jej nazwa trochę tak.
Zaczyna się krzyżem stojącym przy szosie z Sokołowca do Proboszczowa, ponad kilometr od pierwszej z tych wiosek, i poprzez Bełczynę, Radomiłowice, Sobotę i Dworek, wiedzie do Lwówka Śląskiego. Wieść niesie, że z Bełczyny pod ten krzyż przychodzili chorzy dla uczestnictwa we mszy odprawianej tam dla nich; widocznie łatwiej było chorym iść kilka kilometrów, niż zdrowemu kapłanowi iść do nich; może brzuch mu przeszkadzał? Wieść niesie, iż chorobę traktowano jako karę boską, i odpowiednio do tego twierdzenia traktowano chorych.
Bóg cię pokarał, grzeszniku?
Gdy próbuję wyobrazić sobie ów trwający wiekami horror, ową przekraczającą wyobraźnię traumę tysięcy ludzi, czuję bezradność. Czego trzeba, jakich pokładów zła w sobie, jakich zniszczeń swojego człowieczeństwa, jakich zbrodni dokonanych na ludzkich sumieniach, aby ze swojego Boga i z siebie uczynić takich okrutników?
Cieszę się mogąc napisać te słowa bez obawy rozpalenia stosu pode mną, cieszę się, iż mogę przejść tę drogę po prostu dla jej piękna, a więc li tylko dla wrażeń estetycznych; w tej możliwości tkwi swoista sprawiedliwość dziejów, a ta z kolei zawiera w sobie nadzieje na jeszcze lepszą przyszłość ludzi.

Na dzisiejszym moim odcinku, droga prowadzi lekko pofałdowanymi polami, przecina las i strumień Skora u podnóża Rawki, znowu wychodzi na pola, przykleja się do ściany lasu, by po minięciu Sądrecka ponownie wejść w las. Tam właśnie miałem trochę kłopotów z ustaleniem kierunku jej przebiegu, bo nieużywana droga po prostu zarosła młodniakiem. Wyszedłem z lasu dobrze, jak się okazało, ale zawróciłem chcąc sprawdzić odgałęzienie drogi, a to dla pewności przejścia właściwej Drogi. Leśny dukt wyprowadził mnie na jakąś podmokłą łąkę, przedzierałem się przez chaszcze, szedłem zaoranymi polami, by w końcu uznać, iż pierwsza droga jest tą właściwą. Nawet jeśli nie oryginalną, ale teraz innej już nie ma.
Chwile, gdy wychodzi się z lasu i rozgląda się wokół chcąc zidentyfikować miejsce, przynależność widzianych domów albo cel biegu nieznanej i niespodziewanej tam wstążki asfaltu, takie chwile pamięta się, chociaż tak po prawdzie to nie wiem czemu. Jest w nich jakiś urok dziwny. Może odległe echo ulgi odczuwanej kiedyś przez ludzi długo wędrujących dzikimi lasami do tego jednego miejsca na świecie, w którym czekają na niego?
Wyszedłem z lasu i zobaczyłem przycupnięte, jakby mrozem ściśnięte, domy przy drodze, pod biało-czarnymi drzewami. Bełczyna. Wioskowa uliczka doprowadziła mnie do szosy, a na wprost zobaczyłem, po raz pierwszy z tak bliska, suwerena tych okolic: wyniosłą, niemal majestatyczną, czarną, samotną Ostrzycę.
Tego dnia górę widziałem wiele razy, towarzyszyła mi niemal cały dzień, gdziekolwiek poszedłem, chociaż kręciła się po horyzoncie i wokół mnie jakby podfruwajką jakąś była, a nie stateczną i wiekową przecież górą.


 Ilekroć uświadomię sobie, iż ta stroma i duża (jak na standardy kaczawskie) góra, tak cicha teraz i spokojna, była kiedyś gardzielą czynnego wulkanu i częścią góry znacznie większej, po której śladu nawet nie zostało, doznaję zdumienia ogromem metamorfoz rzeczy z pozoru niezmiennych.
Jeszcze tylko uzyskałem zgodę właściciela posesji na jutrzejsze zaparkowanie samochodu na podwórzu, i rozpocząłem drogę powrotną. Poszedłem na zbocza Sołtysiej Czuby i okolicznych wzgórz, bo jest tam ładnie, a powód to wystarczający. 



Wszystkie wzgórza między Bełczyną, Bystrzycą a Rząśnikiem są bardzo widokowe, a widoki to klasycznie kaczawskie. Na pewno będę tam wracać. Dzisiaj zwróciłem uwagę na urokliwą kępę brzóz rosnących na odkrytym północnym stoku Pustaka: brzóz rosłych, niemal strzelistych, a przy tym nisko zwieszających swoje długie ramiona, teraz czarno-białych, oszronionych, ale budzących we mnie letnie obrazy pachnące kwitnącą łąką i słońcem. W pobliżu znalazłem dogodne przejście przez las na drugą stronę góry, a przeszedłszy, zmierzałem ku Mieszkowi, mając po prawej widoki na Babiniec i okoliczne wzgórza.
Babiniec poznałem w czasie jednej z pierwszych moich wędrówek kaczawskimi ścieżkami, i od tamtego dnia czuję sentyment do tego wzgórza, a jego stoki, zwłaszcza południowy, cenię za piękne widoki i mile wspominam. Idąc brzegiem lasu patrzyłem w stronę tej mojej góry. Zza szczytu wzgórza wychylała się odległa Ptasia przywołując wspomnienie: kiedyś stałem między charakterystycznymi, widocznymi stąd, drzewami rosnącymi na szczycie i patrzyłem w dolinę; był wtedy tak samo mroźny dzień jak dzisiaj.
Spotkany kiedyś mieszkaniec Posępska powiedział mi o jaskini znajdującej się na południowym zboczu Mieszka, jaskini zamieszkałej przez nietoperze. Na ile czas mi pozwalał, przeszukałem dość strome zbocze góry, ale znalazłem tylko zapomniany przez ludzi kamieniołom. Próbę podejmę raz jeszcze, ale po zasięgnięciu dokładniejszych informacji.



Obszedłem południowy cypel lasów Mieszka, przekroczyłem szosę, i na łąkach Sądreckich Wzgórz odszukałem źródło Skory. Tym razem obyło się bez błądzenia, bo strumyk, a ściślej zarośla nad nim, widać z daleka i jest dokładnie tam, gdzie wskazuje go mapa. Klasyczne źródło: czyste, jakby pogodne, bijące z jednego miejsca – w przeciwieństwie do wielu innych strumyków, których źródła są rozmyte, z wodą wyciekającą wieloma miejscami, czasami tworząc lokalne mokradło. Początek Skory można wymierzyć z niemal centymetrową dokładnością: tutaj, właśnie tutaj, zaczyna się rzeka. Kolejne magiczne miejsce, bo oto rzeka, zwykle widziana bez początku i bez końca, wypływająca zza horyzontu, przepływająca nasz widnokrąg i niknąca na przeciwległej granicy, okazuje się mieć jednak swój początek. Tutaj, gdzie stoję. Dokładnie tutaj.
Zatrzymałem się i ponad chwilową ciszę usłyszałem plusk wody w strumieniu, był wesoły i jednocześnie uspokajający.
Wszedłem między wzgórza znane mi z poprzednich wędrówek, przeszedłem pamiętaną urodziwą polanę na stoku Niżnej Góry i odszukałem dukt prowadzący na odkryte zbocze Łysej Góry.


 Idąc tam starałem sobie przypomnieć gdzie dokładnie był ten dukt i jak wyglądał; znalazłem go jakby zmienionym, ale wyprowadził mnie tam, gdzie zrobił to rok temu, gdy byłem tutaj ostatnio. Przede mną otworzył się rozległy przestwór pól z Sokołowcem w dolinie, ciemnym stożkiem Ostrzycy po lewej i widowiskowym wzgórzem Grodowa przede mną. Szedłem ku wiosce. Jej domki, zrazu maleńkie, rosły, a gdy stały się już dużymi domami, wszedłem między nie kończąc dzisiejszą wędrówkę. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz