Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

środa, 19 marca 2014

Masyw Śnieżnika

27 czerwca.
Otwieram oczy i widzę słoneczne cienie gałęzi mirabelki na ścianie. Słońce liczy mi książki stojące na półce i zagląda do szklanki z ranną kawą, słońce mam na twarzy, i nawet gdy zamknę oczy, mam je pod powiekami. Jasny dzień wita mnie słońcem, zorza zachodu usypia. Jak zatrzymać ten słoneczny czas? Jak zatrzymać czas?
Czy nie będzie marnotrawstwem spędzić taki dzień pod naprawianym samochodem, jak planowałem? Będzie.
Pobieżną naprawę samochodu zrobiłem w piątkowy i sobotni wieczór, a skoro dodałem sił fordowi, przyszła pora dodać ich sobie. Więc szybki wybór celu, zrobienie kanapek, wycięcie kępki włosów na głowie sklejonych czarnym mazidłem do konserwacji podwozi - i spać.
O czwartej rano zobaczyłem nową kieckę Eos: dołem miała barwę płonącego złota, wyżej była błękitno-złota, a górą granatowa. Podobała mi się.
Tym razem nic nie zapomniałem, nawet kanapki wyjąłem z zamrażarki (to sposób na zachowanie ich świeżości; jeszcze w południe były zimne), i już przed siódmą przemknąłem przez puste ulice Wrocławia. Dalej była górska droga, klasycznymi serpentynami pnąca się po zboczach, ale ostatnia droga, dwumetrowa wstążka asfaltu nieustannie uciekająca w bok przed samochodem, wciskająca się między głazy i drzewa, była najpiękniejsza; jadąc nią miałem wrażenie jechania jedną z tych wąskich dróg we wschodniej Walii – siostry tej, która dzisiaj prowadziła mnie ku Kletna u stóp Śnieżnika. Zauroczony trasą i widokami, postanowiłem wybrać się kiedyś w samochodową podróż po Sudetach bocznym drogami, tymi bez imion i bez numerów bocznymi dróżkami bocznych dróg.
Pierwszą atrakcją w drodze na Śnieżnik, jaskinią Niedźwiedzią, wzgardziłem, bo z powodu ceny biletu powinna nazywać się raczej jaskinią Zbójnicką; słowem: nie miałem pieniędzy.
Śnieżnik, a później zdecyduję – postanowiłem.
Dobrze, powiem prawdę: po prostu miałem mało pieniędzy. Ledwie na paliwo, a wszystko przez tych Fenicjan, którzy wymyśliwszy pieniądze, wymyślili ich za mało. Z lenistwa chyba.
Już na szlaku, przeglądając przewodnik, poznałem etymologię dziwnej nazwy góry z masywie Śnieżnika - Trójmorskiego Wierchu. Otóż z jego zboczy spływają strumienie zasilające rzeki trzech mórz: Bałtyku, Morza Północnego i Morza Czarnego. Niesamowite. Styk trzech zlewni. Gdzie Sudety, a gdzie Morze Czarne?
Przede mną otwierała się wąska a długa i głęboka dolina, z miasteczkami maleńkimi stąd jak budowle krasnoludków; z mapy wynikało, że gdzieś tam w dole biegnie granica, że wielki masyw górski po lewej stronie jest czeski, a prawy, zakończony  Trójmorskim Wierchem zwieńczonym widoczną aż stąd wieżą widokową, jest nasz, polski. Granica… Wspomniałem ostatni odcinek trasy na szczyt Śnieżnika, słupki graniczne mijane raz z lewej, raz z prawej. Przestrzeń jest jedna. Jedna i niepodzielna, tylko człowiek dzieli ją bezsensownie, jak dzieli czas i wszystko. To prawda, ale wiedząc, że góra z lewej była czeska, patrzyłem na nią jakoś inaczej, z mniejszym zainteresowaniem. Nie moja ona. Tamta jest moja – pożądliwie spojrzałem na Trójmorski Wierch.
Czy nie mogło być tak – przyszło mi do głowy -  że jakiś przypadkowo leżący głaz zmusił strumień do zmiany swojego łożyska, kierując go w ten sposób do innego morza? Mogło tak być – podpowiedziała mi nielicząca się z niczym wyobraźnia. A gdyby tak udało się mi przestawić ten kamień, i tym sposobem zmienić bieg strumyka? Rzecz warta spróbowania, bo wtedy mógłbym górę przemianować na Dwumorski Wierch. Pójdę. Spróbuję. Spojrzałem na górę, tak dobrze widoczną na końcu górskiego grzbietu: dwie godziny drogi? Było ponad trzy, a po drodze kilka szczytów i głęboka przełęcz.
Szczyt był rozległy, jak to często bywa w Sudetach, i pewnie tylko dlatego nie udało się mi znaleźć tego kamienia dzięki któremu góra otrzymała swoją nazwę, ale nie żałuję, bo do słońca pod powiekami dodałem widoki dalekich horyzontów, bajkowych osad rozsianych w dolinach, i tego samotnego domku wśród świerków, u stóp góry.
Gdzieś przeczytałem, że widok z Wysokiego Kamienia w Izerskich jest jednym z najpiękniejszych, i faktycznie takim jest, ale rozległemu, panoramicznemu widokowi z Trójmorskiego dorównuje chyba tylko widok z Kalenicy w Górach Sowich. Na czeskiej stronie nieznane osady w dolinie zamkniętej wysoką ścianą gór, na polskiej stronie wzrok leciał w poprzek całej  Kotliny Kłodzkiej, hen, ku sinym szczytom Gór Bystrzyckich, a niżej, blisko, tylko rękę wyciągnąć, z doliny wyrastała góra jak miniaturka; wieńczyła niskie pasmo wzniesień wrzynających się w dolinę, wśród szachownicy pól, i była po prostu piękna. Urwista, dowiedziałem się z mapy jej nazwy, jest 300 metrów niższa. Pójdę tam – myśl odruchowa. Nie zdążę, daleką mam drogę powrotną – myśl racjonalna. Ech, ten czas. Obejrzałem się: olbrzymi, jakby napęczniały masyw Śnieżnika ze sterczącą na szczycie kupą kamieni zamykał dolinę. Byłem tam - szepnąłem.
 Było już późno, gdy ruszyłem w czterogodzinną drogę powrotną, na tyle szybką, na ile pozwalały mi coraz cięższe buty, zatrzymywany na krótkie tylko chwile niezapominajkami, szmerem strumyka, kontrastem światła, gdy późnym popołudniem, idąc dnem zalesionego żlebu, widziałem jedno jego zbocze w pełnym jeszcze, ciepłym, złotym słońcu, podczas gdy między świerkami drugiego mrok zbierał już swe siły – jakbym w dwóch swoich światach spotkał dwie pory dnia.
Słowo o wieżach widokowych: stojąca na Kalenicy jest dość porządnie zrobioną konstrukcją stalową, na Trójmorskim jest nowa, drewniana, paskudnie spartaczona. Obejrzałem ją dokładnie tracąc rachubę błędów konstrukcyjnych i wykonawczych; odradzam wchodzenie na wieżę za kilka lat, chyba że ktoś miłuje sporty ekstremalne.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz