Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Góry Stołowe, dzień drugi


Po wczorajszym dniu zgodnie uznaliśmy, że dzisiaj nie kręcimy kilometrów, robimy sobie lekką niedzielę. Taka była, chociaż gps kolegi zatrzymał się dopiero na siedemnastym kilometrze.

Dylemat czy wjechać na parking pod Błędnymi Skałami, czy wejść, rozwiązał się bez nas: szosa okazała się być zamknięta. Może to i dobrze, bo miło się szło tą wygodną trasą pod górę, między drzewami przysypanymi świeżym, czystym śniegiem, miło się rozmawiało z towarzyszem. 


Widzieliśmy mnóstwo śladów zwierzyny, ludzi tylko jeden ślad, później chyba jeszcze dwa; i tak dużo – pomyślałem – bo w moich Górach Kaczawskich nie zobaczyłbym żadnych ludzkich śladów. Na myśl o ich małej popularności, poczułem gwałtowną tęsknotę na kaczawskimi dróżkami.

Parę lat temu przeżyłem podobną chwilę. Szedłem wtedy na Połoninę Caryńską, był mglisty, chłodny dzień października, dlatego nie spodziewałem się spotkać tam nikogo, a spotkałem całą grupę ludzi. Wtedy też pomyślałem o moich ulubionych górach, że w taki dzień nie spotkałbym tam nikogo i też zapragnąłem zobaczyć je. Może działała we mnie pewna odmiana bardzo ludzkiego odruchu ujmowania się za słabszym: jeśli nikt nie chce was poznać, ja poznam za siebie i za nich, a może po prostu działało – i działa - moje zauroczenie tymi górami.

Błędne Skały. Sporo zrobiono tam dla turystów: ładnie urządzone miejsca wypoczynku, często spotykane tablice z opisami przyrody, barierki, kosze na śmieci.


Na początku labiryntu przejść jest miejsce widokowe; są nimi dwa spłaszczone wierzchołki skał spięte małym mostkiem. Przechodzi się go tak, jak samochodem przejeżdża się most nad rzeką: częstokroć nie zauważając jej przekraczania. Może dlatego zatrzymałem się na mostku i spojrzałem w bok – w czarne dno wąskiej szczeliny między dwiema gładkimi skałami. Z drugiej strony mostku szczelina rozszerzała się, w jej świetle, miedzy ścianami skał, widziałem szczyty świerków rosnących sto metrów niżej, u stóp urwiska.



Obok stała cała grupa skał, jedna przy drugiej, oddzielone wąskimi krechami pęknięć, a na każdej kępa roślin. Mały świerk z wykrzywionym na wszystkie strony pniem wyglądał jak sosny oglądane kiedyś na szczycie nadmorskiego klifu. Jeśli ograniczyć patrzenie do powierzchni, dostrzega się rzadki, skarłowaciały las na nierównych skałach, ale jeśli obniży się wzrok, miedzy drzewami dostrzeże się ostre granice białych płacht śniegu, a miedzy nimi zygzaki czarnych pręg pustki. Jeszcze niżej nie widać nic, albo majaczące w szarości głębin rumowiska drewna i kamieni.

Błędne Skały. Pomieszanie kierunków, perspektyw, odległości, światła i ciemności; pomieszanie totalne, budzące nie tylko zdumienie i oszołomienie, ale i, poprzez graniczenie z chaosem, także niepokój. W jednej chwili stoi się na skałach, by chwilę później stać pod nimi; wchodzi się na skały, w skały i pod skały. Wzrok biegnie wiele kilometrów, by niewiele później zderzyć się z czarną, zimną, odpychającą ścianą, o którą zaczepia się nosem; ma się wtedy wrażenie chodzenia po otwartej od góry jaskini umieszczonej nie na zboczu, a na szczycie góry, wrażenie nierealności.






Wracaliśmy ścieżką przyrodniczą. Po zapoznaniu się z tekstami zamieszczonymi na tablicach informacyjnych, byłem zaskoczony ilością pracy wkładanej przez pracowników Parku w poprawę stanu lasów Gór Stołowych, także wiedzą potrzebną do tych działań i wieloletnią ich perspektywą.

Otoczenie ścieżki jest ładne, zwłaszcza w dolnym jej biegu, gdy stromo schodzi w dolinę, meandrując wśród kamiennych i drewnianych rumowisk. Śnieg, ukrywając nierówności i kamienie, utrudniał marsz, nierzadko musiałem mocno podpierać się kijami idąc po śliskich pochyłościach, ale jednocześnie przydawał uroku lasowi. Najmniejsze nawet drzewko i najmarniejszy krzaczek były strojne trzymaną na gałęziach grubą okrywą śnieżnego puchu, a choinki wyglądały dokładnie tak, jak wyglądają w naszym śnie o prawdziwej zimie.


 Rozłożyste ramiona świerka były nisko obwieszone ciężarem śniegu; przechodziłem pod nim pochylając głowę, drzewo trzymało wokół siebie głęboki półmrok, przy pniu ziemia była ciemna, naga, bez śniegu. Nieco dalej grupa małych buków chwaliła się nasyconym brązem swoich liści – przykuwający wzrok rzadki akcent kolorystyczny w czarno-białym lesie, przysypane śniegiem wspomnienie kolorów jesieni.




Strumyczek ukryty wśród drzew byłby niewidoczny, gdyby nie przebijał się przez śnieg ciemną pręgą swojego nurtu.

Górskie strumienie.

Któregoś dnia skała pod korzeniami świerka wilgotnieje, na jej powierzchni pęcznieją kropelki, jakby kamień się pocił, w chwilę później pierwsze krople wody odrywają się i wsiąkają w ziemię. Między źdźbłami trawy powoli tworzy się miniaturowe rozlewisko wypełniające nieckę pod skałą.

Albo inaczej: gdzieś na stoku spotyka się podmokłe miejsce, czasami lekko zagłębione, nierzadko zarośnięte charakterystycznymi trawami mokradeł – to wiele sąsiadujących ze sobą miejsc wycieku wody wprost z ziemi, zbyt słabych, żeby utworzyć bijące źródło. Rozmiękła ziemia schodzi zwężającymi się językami w dół zbocza, a niżej błyszczy woda maleńkiego strumyka odwadniającego mokradło.

Strumyk płynie powoli, zatrzymuje się często, wsiąka w cienką warstwę ziemi, czeka na posiłki, nabiera sił, a ruszając dalej, po trochu wypłukuje drobiny ziemi i niesie je w dół. Myszkując wśród traw i kamieni wybiera najlepszą drogę, czasami płynie prosto, czasami meandruje lub rozdziela się na bliźniacze strugi. Przywłaszcza mniejsze strumyki spływające ze zboczy, mości sobie koryto unosząc z niego ziemię, patyki i liście. Zatrzymany przez pniak leżący na swojej drodze, rozlewa się na boki, szuka obejścia, zostawia na zaporze niesioną ziemię i liście, w końcu przesuwa przeszkodę, albo przelewa się przez nią i z impetem płynie dalej. Mężniejąc, potrafi  turkotać kamieniami. Chowa się coraz głębiej w wypłukiwanym jarze, ocienia drzewami, stroi kwiatami. Dźwięcznie spada z kamiennych progów, cicho szemrze wśród traw, błyszczy jasnymi kamykami na dnie, czernieje w zarośniętym rozlewisku. Omdlewa w suche dni lata (jest wtedy orzeźwiająco chłodny i uroczy), pędzi wzburzony w czas wiosennych roztopów, a czasami niemal zatrzymuje się skuty lodem, ale wtedy wystarczy zatrzymać się przy ciemnym śladzie na białym śniegu i uciszyć oddech, żeby usłyszeć delikatny dźwięk dobywający się spod lodu – szept mieszkającej w strumieniu najady.




Pojechaliśmy na Lisią Przełęcz. Na parkingu stało pięć samochodów, z tego cztery z czeską rejestracją. I dobrze – pomyślałem – niech żyje Europa bez granic i wolność podróżowania.

Poszliśmy w stronę Białych Skał i Skalnej Furty, grupy skał wyjątkowo widowiskowych, a po drodze spotkaliśmy nowe ścieżki prowadzące do niewidzianych wcześniej skał, przy nich tablice z informacjami geologicznymi.




Szedłem jedząc i zadzierałem głowę na skały wystające ponad drzewa. Byłem na szlaku. Szedłem.

Lubię chleb, zwłaszcza gdy jest czerstwy, a już szczególnie chleb z pewnej małej piekarni blisko mojego domu; ilekroć tam jestem, kupuję go i wiozę przez całą Polskę do mojej pracy w delegacji. Na górskie wędrówki zawsze robię kanapki, nawet jeśli wyjeżdżam na kilka dni. Jem idąc (oczywiście na równiejszym odcinku trasy), nie wiem dlaczego tak robię, chyba szkoda mi czasu, droga woła mnie zbyt głośno, a może dlatego, że chodząc w zimie, nie mogę robić zbyt długich przerw z obawy wyziębienia organizmu. Kije trzymam pod pachą i gryzę chleb, a smakuje on wtedy wyjątkowo. Drobne przypomnienie dla wędrowca: opakowanie kanapki zwija się i wkłada do kieszeni; czynność oczywista, ale idąc ścieżką nierzadko widać, że nie wszyscy o niej pamiętają.

Już po powrocie policzyłem, że ten dzień był ósmym dniem mojego chodzenia po tych górach.

Wołają mnie moje Góry Kaczawskie, przy najbliższej okazji odpowiem na ich wołanie, ale będę też wracać tutaj. Idąc dzisiaj, wspomniałem Skalne Wrota, piękną grupę skał oglądanych kilka lat temu; chciałbym je kiedyś odwiedzić, chciałbym też odnaleźć skalną maczugę znalezioną gdzieś poza szlakiem. Kiedyś pamiętałem drogę do niej, ale czy teraz trafię? Trzeba mi wrócić w te góry i sprawdzić.

Wrócę zobaczyć swoje stare i zrobić nowe ślady na ścieżkach.


Góry Stołowe, dzień pierwszy


Pokonaliśmy ostatnie metry stromego podejścia wchodząc po stopniach wykutych w kamieniu. Szczyt skały, do tej pory górujący nade mną, obniżył się do moich stóp odsłaniając daleką przestrzeń. Pierwsze, co dostrzegłem, to wąski pasek kolorów na szarym niebie, kolorów leciutko zaznaczonych, jakby stonowanych swoją nieśmiałością; tuż obok, zaraz za niebieską barierką ochronną, zobaczyłem fantazyjnie wykrzywiony pień martwego drzewa. Między jego konarami prześwitywała dal - inna niż swojska i znana, kaczawska, ale przecież jak zawsze oczekiwana i zawsze pociągająca; tuż obok skała kończyła się pionową ścianą, w dole widziałem wierzchołki świerków.
Byliśmy na szczycie Pielgrzyma w Górach Stołowych.




Wyjazd był dla mnie podwójnie odmienny, bo z towarzyszem i w góry, w których nie byłem trzy lata. Jeszcze w przeddzień wyjazdu nie mogliśmy się zdecydować gdzie jechać. Zmienialiśmy plany i mapy, pomysłami lataliśmy po Sudetach, w końcu stanęło na Górach Stołowych. Wyjechałem głęboką nocą, nieco spóźniony zabrałem kolegę i via Wrocław pojechaliśmy na południe, kończąc jazdę na pięknej widokami, klasycznie górskiej Drodze Stu Zakrętów. Czas mieliśmy dobry: rozwidniało się, gdy weszliśmy na zielony szlak prowadzący ku Pielgrzymowi.

Aura typowo jesienna: szaro, chmurno, mało kolorów, gdzieniegdzie łachy śniegu przypominały o zimie, ale nie padało, a widoczność była niezła. To będzie dobry dzień, pomyślałem, wchodząc po krótkim marszu między Radkowskie Skały o tak charakterystycznie dla tych gór fantazyjnych kształtach.


W tych górach, jak nigdzie indziej, widać czas i jego potęgę w tworzeniu i niszczeniu. Oglądane tutaj skały nie są pierwotną materią Ziemi, kiedyś były mułem na dnie morza lub rzeki, skorupami czy kośćmi różnych zwierzaków, szczątkami roślin. Także pozostałościami po nieistniejących od milionów lat gór, które tysiące wieków drążyło, przerabiając na pył i piasek. Woda, wiatr, siła ciążenia, przenosiły te drobiny i osadzały przemieszanymi warstwami z tamtymi resztkami. Mijały pory ciepłe i zimne, mijały tysiące pokoleń, a każde dokładało coś z siebie do tych niezmiernie wolnych, ale nieustannych procesów; morza zalewały lądy, lądy wchodziły w morza, padały ogromne drzewa i wielkie dinozaury, na dno opadały puste już muszle mięczaków, a wulkan huczący gdzieś za horyzontem sypał swoim kurzem na mijające lata. Czas wspomagany ciśnieniem i chemicznymi procesami stworzył z tego konglomeratu skały sedymentacyjne, jak to mówią geologowie, którym nigdy nie brakuje specjalistycznych nazw na nazwanie dosłownie wszystkiego. Upłynęły oceany czasu, nim zawiłe procesy wewnątrz Ziemi wypchnęły wielkie połacie jej skorupy w górę, uruchamiając kolejny cykl niszczenia utworzonych skał. Pierwsze pojawiły się porosty zasiedlające nagie skały, później jakieś mchy, a na ich szczątkach znalazły dla siebie miejsce kolejne rośliny. Z czasem pojawił się las, aż w końcu przyszedł człowiek, spojrzał na skalne twory i pomyślał o wieczności.

Mylił się: wieczność jest w przemianach Ziemi, a on patrzył na chwilowy jej stan. Kiedyś, w niewyobrażalnej przyszłości, gdy świat zapomni o ludziach, ostatnie skały tych gór rozsypią się w proch, który po upływie kolejnych milionów lat stanie się tworzywem nowych gór.

Kto je wtedy nazwie?

Czas. Mam go mgnienie tylko, chwilę nieistotną wobec wieku tych kamieni na których stoję, ale to właśnie geniusz moich współbraci zbadał, zrozumiał i opisał ten przeogromny, skomplikowany i niekończący się ciąg metamorfoz Ziemi.

Czas. Dotykam go dotykając skał Gór Stołowych.

Nieodmiennie podobają mi się w tych górach miniaturowe lasy, wysepki flory na szczytach skał oddzielonych od masywu. Czasami na skąpej przestrzeni jednego kroku rośnie tam spore drzewo wczepione korzeniami w szczeliny (a bywa, że te korzenie opasując skałę schodzą do ziemi), kępa jagód, kilka małych drzewek czekających swojej szansy wyrwania się ku słońcu, a gdy obserwator nachyli się, zobaczy niespodziewane bogactwo gnieżdżących się tam gatunków roślin. Niektóre uczepiły się krawędzi skały i rosną wisząc nad przepaścią, upodobniając wierzchołek skały do rozczochranej głowy Polifema. Jeśli uda się zajrzeć na dno szczeliny, zobaczyć można butwiejące szczątki roślin kiedyś rosnących na górze, ale na szczęście obecni mieszkańcy skał nie widzą ich – wyciągają ramiona do słońca i po prostu żyją.


Plan dzisiejszej trasy zakreśliła moja zachłanność: po zejściu ze skał Pielgrzyma poszliśmy w stronę Urwiska Batorowskiego przez Cygański Wąwóz i Batorów z zamiarem przejścia aż do Narożnika, w efekcie do samochodu doszliśmy w dwie godziny po zmierzchu; gps kolegi pokazał 28 kilometrów drogi za nami. Z wędrówki sprzed trzech lat wschodnią częścią Urwiska, a był wtedy słoneczny dzień października, pamiętam ładny las świerkowy, kolory i zapachy jesieni, pamiętam swój pogodny nastrój; dzisiaj widziałem mnóstwo uschniętych kikutów, całe połacie martwego lasu pod burym niebem. Nie wiem kiedy pójdę tam ponownie…

Zaczął padać deszcz, a ja nie wziąłem kurtki przeciwdeszczowej. Gdy wiatrówka była bliska przemoknięcia, deszcz ustąpił miejsca śniegowi. Sypało obficie. 


Zajęci drogą i rozmową, przegapiliśmy Skałę Józefa, było zbyt późno żeby wracać do niej, tym bardziej, że przed nami było dużo widokowych miejsc na odsłoniętych skałach Urwiska. W słoneczny dzień na pewno byłyby piękniejsze, dzisiaj były za to dziksze, surowsze, czyniły większe wrażenie. Cały odcinek niebieskiego szlaku od Narożnika do Skały Puchacza jest po prostu piękny widokami, kształtami i wrażeniami.

Padający gęsty śnieg, ledwie widoczna ścieżka między drzewami, kontrasty bieli i czerni, choinki przysypane świeżym śniegiem; później lekka mgiełka pogłębiająca wrażenie dzikości, w końcu powoli nadchodzący zmierzch. Podobało mi się to wędrowanie. Stojąc na szczycie Narożnika, patrzyliśmy na kończący się dzień; padający śnieg pospołu z wieczorną mgłą odebrał dalekie widoki.

Skróciliśmy trasę wracając szosą. Zostawiliśmy za sobą ostatnie lampy uliczne Karłowa i razem z szosą zanurzyliśmy się w czarny las; poczułem się… dziwnie. Trochę nieswojo. Między drzewami okazało się, że las jest szaro-biały: śnieg odgonił czerń nocy, widzieliśmy najbliższe drzewa i drogę przed sobą, a gdy z naprzeciwka jechał samochód, mieliśmy chwilowy, ale olśniewającą ładny, spektakl z udziałem światła i opadających płatków śniegu.

Na pustym leśnym parkingu czekał na nas mój zasypany śniegiem ford; samochód i ja odetchnęliśmy z ulgą: cali doczekaliśmy się siebie. Obawiałem się drogi do Pasterki, ale udało się, jadąc na dwójce bez gazu i lekko hamując, zjechać białymi serpentynami szosy do schroniska.

Mieli tam dobre, chłodne piwo i gorącą wodę w łazience.

piątek, 23 stycznia 2015

Styczniowy dzień łazęgi kaczawskiej


Wieś Sokołowiec, Rakarz, Wielisławka, Czerwona, Brzozowa Droga, wieś Nowy Kościół, Sokołowiec.


Najwyraźniej przejęty wczorajszym zaspaniem, obudziłem się sam, od razu czujny i wyspany; sięgnąłem po telefon, wskazywał północ. Z ulgą, ale i ze zdziwieniem, opatuliłem się kołdrą i usnąłem. Dla odmiany: gdy już budzik zadzwonił o właściwej porze, czułem się bardzo niewyspany. Leżałem chwilę wsłuchując się w ciszę nocy – nie padało, stwierdziłem z ulgą. Wypiłem mocną kawę, założyłem inne buty, lżejsze, wrzuciłem wszystko do plecaka, zgasiłem światło i świecąc sobie latarką, cicho – żeby nie budzić gospodarzy - wyszedłem do samochodu. Pierwsza, ledwie widoczna, szarość świtu przełamywała czerń nocy.

Kilka minut później, parkując pod sklepem w Sokołowcu, w półmroku, macając sprzączki, założyłem stuptuty, zarzuciłem plecak i poszedłem w stronę początku drogi, do której niewiele dalej dołączał żółty szlak prowadzący w stronę Wielisławki. Ta góra była i moim celem, ale nim poszedłem ku niej, zboczyłem ze szlaku, chcąc odwiedzić źródło strumienia płynącego Piekiełkiem i spojrzeć na ładne stoki Owczarni i sąsiednich wzgórz. Wiodła mnie tam także ciekawość: czy dobrze zapamiętałem usytuowanie leśnej drogi zaczynającej się na brzegu pola i prowadzącej do rozstaju dróg w pobliżu źródła. Z satysfakcją dowiedziałem się, że pamiętałem. Szedłem dłuższą chwilę w dół strumienia nim w końcu zawróciłem, wszak planowałem zatoczyć spore koło inną trasą, a styczniowy dzień wiele czasu nie daje.


Znaki szlaku są rzadkie i mało widoczne, często szedłem według orientacji, nie mogąc znaleźć oznaczeń, ale trudno byłoby zgubić drogę, skoro Wielisławka górowała przede mną.

Chciałem zapytać kogoś o usytuowanie jaskini, ale pusto było na ścieżce opasującej podnóże góry, a wcześniej nie pomyślałem, żeby dowiedzieć się szczegółów w internecie. W rezultacie myszkowałem tu i tam po zboczu w pobliżu młyna, zakosami wchodząc coraz wyżej po stromym tam zboczu, w końcu, widząc nad sobą ostro sterczące skały, zapomniałem o jaskini. Drapałem się pod górę, chwilami ziemia osuwała mi się spod nóg, mijałem rachityczne drzewa i omszałe słupy bazaltu, w końcu doszedłem do grupy skał, z których rozpościera się ładny, chociaż ograniczony drzewami, widok w kierunku zachodu. Na krzywym i wyszczerbionym łbie skały sterczały, nachylone nad przepaścią, powykrzywiane wiatrami, drzewka malownicze niczym bonsai.




Nieco wyżej trafiłem na drewnianą barierę zabezpieczającą półkę widokową pod szczytem; kiedyś stałem przy tej barierce i patrząc w dół stromego zbocza, nie bardzo wyobrażałem sobie wejście nim; dzisiaj okazało się to dość łatwe i bezpieczniejsze niż się wydawało. Minąłem pierwszy szczyt i będąc już blisko mojego ulubionego miejsca na Wielisławce, zrezygnowałem z dalszego poszukiwania jaskini, zostawiając jej odnalezienie na innych dzień.

Stałem na granicy lasu i pól, w miejscu znanym i parę razy odwiedzanym, chłonąc magiczny dla mnie urok tego miejsca. Kątem oka widziałem ostatnie drzewa, ich wychylone gałęzie widoczne na tle nieba były ramą obrazu i pierwszym planem; najdalszy plan, tylko odrobinę niżej i jednocześnie wiele kilometrów dalej, był niebieską linią gór dotykających horyzontu.


Trudno mi dojść przyczyn mojego zauroczenia; jakaś jego część mieści się w nagłej zmianie perspektywy, w miejscu, w którym mijane o krok drzewa zostają za mną, a przede mną wyłania się ogromny przestwór. Właśnie to nagłe otwarcie, ten punktowy przeskok pola widzenia od metrów do kilometrów, jest czarodziejski.

Za Wielisławką szlak jest tak słabo oznaczony, że gdybym nie wiedział gdzie biegnie, miałbym kłopoty z jego odnalezieniem; może warto by odnowić oznaczenia?..

Zgodnie z planem poszedłem żółtym szlakiem za Czerwoną (dziwna nazwa góry…), a tam, na brzegu rozległej i ładnej widokami plany, wszedłem na lokalny szlak niebieski. Zatrzymam się tutaj na chwilę: nim wyszedłem na polanę, usłyszałem huk bliskich wystrzałów, krótko później zobaczyłem myśliwego proszącego mnie o zatrzymanie się z powodu polowania.

Bo chodzę tam, gdzie oni polują – usłyszałem.

Czy ci ludzie mają te lasy za swoje własne? – pomyślałem.

Nie – odpowiedziałem myśliwemu - wy polujecie akurat tam, gdzie ja chodzę.

Na brzegu polany stało kilka samochodów terenowych, myśliwych było kilkunastu, każdy z nich dźwigał na plecach wielką armatę. Czy aż tyle jest zwierzyny w tych lasach?

Według mojej mapy leśny dukt oznaczony na niebiesko ma swoją nazwę: Brzozowa Droga, a wiedzie przez miejsce zwane Skalny Stół. Brzóz nie ma tam wiele, chociaż wiele jest dużych drzew. Takich, przy których zwykle zatrzymuję się i patrzę na nie z przyjemnością. Na początku tej drogi, na brzegu lasu, rośnie buk pomnikowych rozmiarów. Wysoki, umięśniony, wznosi swoje liczne, mocne i guzowato naprężone konary, pewny podstawy swoich potężnych korzeni. Robiłem mu zdjęcia tak, jakby był modelką na wybiegu.

Nieco dalej dowiedziałem się, na co polowali myśliwi. Otóż przy drodze stoi ich duży szałas, przed nim miejsce na ognisko; wokół niego leżały dziki, lis, sarna i jeleń patrzący na mnie martwym wzrokiem… Wiem, że człowiek, naruszając naturalną równowagę między roślinożercami a drapieżnikami, wziął na siebie rolę tych drugich; wiem, że siejąc na przyleśnych polach kukurydzę, tą spiżarnią kusi zwierzynę ze szkodą dla swoich interesów, wiem to wszystko i rozumiem, ale to, co robią ci ludzie, nie jest myślistwem, lecz zwykłą egzekucją. Myśliwymi byliby wtedy, gdyby podchodzili zwierzynę na odległość strzału z łuku, a jeszcze lepiej na rzut oszczepem, a nie wtedy, gdy przykładają do oka sztucer z lunetą, broń, którą mogą zabijać z odległości setek metrów nie trudząc się wcale.

Z lasu wyszedłem pod wsią Nowy Kościół, tam znalazłem drogę prowadzącą na zachód i w ten sposób, nieco okrężną drogą, zacząłem powrót. Szedłem polną drogą wysadzaną drzewami, po lewej zostawiłem wzgórze Buczynka, nie skręciłem ku niemu, pora była zbyt późna, a nieco dalej droga skończyła się w nurcie wezbranej Czermnicy. Potok miał trzy – cztery metry szerokości, wysokie na ogół brzegi, był nie do przejścia ani nie do przeskoczenia. Mapa pokazywała mostek oddalony o blisko dwa kilometry na południe, więc w dobrą stronę, ale jak iść takimi chaszczami? No i dlaczego mam rezygnować z ekscytującej przeprawy? Szedłem, a właściwie przedzierałem się brzegiem szukając miejsca do przejścia: mielizny, może wystających z nurtu kamieni lub pni drzew. Zwalone drzewa były, ale leżały wysoko, parę metrów nad nurtem, podparte innymi drzewami, mielizny ani kamieni nie było, jedynie w zakolach znajdowałem plastikowe butelki popychane nerwowym nurtem. 


W końcu doszedłem do drzewa nadającego się na most. Idealne nie było, bo skosem leżące w wodzie i oślizłe, ale udało mi się przejść po nim na drugą stronę. 


Jeszcze tylko wyminąłem bagniste rozlewisko i wyszedłem na otwartą przestrzeń pól. Zmierzchało się. W chwilę później zorientowałem się w pomyłce: to nie zmierzch, a czarne chmury gnane silnym, chwilami porywistym, wiatrem. Sypnęło śniegiem, szybko naciągnąłem kaptur, na szczęście wiało z boku. Trzymany na pasku kij ustawił się skosem do wiatru, który chwilami chciał mnie przekręcić na bok napierając na plecak. Widoczność pogorszyła się bardzo: przez białą kurzawę widziałem kilka najbliższych drzew, wydawały się bardziej czarne niż były, za nimi majaczyło coś niewyraźnego, dalej nie było już nic. Drogę pod nogami jednak widziałem, więc szedłem, ze zdziwieniem stwierdzając, że podoba mi się ten marsz, ta pogoda i ten krajobraz. Cóż takiego pociągającego czy ładnego miałoby być w tym jeszcze bardziej poszarzałym świecie, w śnieżnej zawiei? Nie wiedziałem i w tym właśnie przyczyna zdziwienia. Dużo później, już po powrocie, przyszła mi do głowy myśl, że obok naturalnego uroku przyrody, w tamtych chwilach bardziej dzikiej i surowszej, a więc ładniejszej, jakąś rolę w moich odczuciach odegrało bezpieczeństwo i wygoda: co prawda było zimno i wietrznie, widoczność niemal zerowa, wszędzie błotnista ziemia lub kałuże, ale jednocześnie było mi sucho i nie marzłem, dwa kilometry dalej zaczynała się szosa, a niewiele dalej czekał na mnie mój samochód. Czy inaczej odbierałbym uciążliwości tamtej aury, gdybym miał całe dnie wędrówki przed sobą i spanie w namiocie? Nie wiem…

Może nie, gdybym miał odpowiednie wyposażenie, nie musiał się śpieszyć i mógł iść tam, gdzie oczy mnie poniosą, bo odczuwany urok ma dwa źródła: pierwszym jest obcowanie z przyrodą, drugim samo wędrowanie, w którym nie cel jest ważny, a droga. Ta może być umorusana, pod burym niebem i nagimi, czarnymi drzewami, wśród szarych pól lub pożółkłych traw, ale przecież nadal jest tą drogą, która tak skutecznie woła mnie ku sobie, obiecując wspólne dojście do horyzontu.


W deszczowy dzień


Cały mój dzisiejszy plan, to szwendanie się po Sokołowskich Wzgórzach.

Po miesięcznej przerwie w wyjazdach tak bardzo brakowało mi wędrówki, że nie chciałem słuchać informacji synoptyków zapowiadających wyjątkowo brzydką pogodę.
Eee, pewnie znowu się pomylą – mówiłem sobie, ciesząc się wyjazdem jak dziecko nowym dniem.
Im jestem starszy, tym bardziej zazdroszczę dzieciom intensywności radosnego przeżywania. Dla dziecka nie ma jutra ani wczoraj – jest tylko obecna chwila rozciągnięta w czasie całego dnia, chwila pełna zachłyśnięć, zdumień i fascynacji; radości wolnej od zmartwień wyprzedzających swoje powody, jak to się dzieje u dorosłych. Dziecko potrafi cieszy się drobiazgami: ślimakiem chowającym rogi, bajką czytaną przez ojca czy psem merdającym ogonem – dorosły rzadko kiedy to potrafi. Nam mało, my potrzebujemy czegoś więcej żeby się cieszyć, a że więcej nie mamy, cieszymy się rzadko. W swoim zaślepieniu, w mniemaniu swojej mądrej dorosłości, posunęliśmy się do uznawania radości dziecka za mało wartościową; „dziecinna”, mówimy, co w naszych ustach potrafi brzmieć lekceważąco, a przecież dziecko umie to, czego my już nie umiemy, lub potrafimy tylko czasami: potrafi cieszyć się życiem swobodnie, naturalnie, bez wspomagania się intelektem i filozofią, które tutaj są protezami.
W piątkowe popołudnie chyba coś mi się przypomniało z tamtych odległych już czasów, bo cieszyłem się i radosną myślą obejmowałem mój czas. Wędrówka rozmokłymi drogami, wśród zapłakanych wzgórz, słuchając szumu wiatru i werblu deszczu na kapturze, taka wędrówka wydała mi się pociągająca. Potrzebowałem jej.
Po raz pierwszy zaspałem. Ustawiłem telefon na budzenie o 3.30, ale zapomniałem, że wcześniej kazałem mu budzić mnie tylko w dni robocze. Czy mogę mieć pretensje do telefonu, skoro sam namieszałem mu w jego krzemowym móżdżku wydając sprzeczne polecenia? Przecież nie. Synoptycy tym razem nie pomylili się: gdy jechałem padało, gdy wyszedłem na szlak, lało. Co prawda okulary schowałem już po kilku minutach, bo przez zamoknięte szkła widziałem mniej niż bez nich, ale na stopach miałem buty, które jeszcze nigdy nie przemokły, zwykle noszoną wiatrówkę zamieniłem na płaszcz przeciwdeszczowy, no i w końcu mogłem wypróbować nieprzemakalne rękawice z demobilu - byłem przygotowany do deszczowej wędrówki.
Samochód zostawiłem przy szkole w Sokołowcu i poszedłem na Skąpą. Byłem tam niedawno, ale że w planach miałem poznanie ścieżek Sokołowskich Wzgórz, więc i ich bliską sąsiadkę, a moją znajomą, postanowiłem odwiedzić. Gdy byłem tutaj po raz pierwszy, góra pokazała mi się w słońcu, w ciepłych brązach i zieleniach, dzisiaj była smutna i przygaszona, ale ładną była nadal.
Rzeki wezbrały, potoki hałaśliwe pędziły zmętniałe wody, na brzegach pól, pod miedzami, a nierzadko po prostu w koleinach dróg, pojawiły się deszczowe strumyki. 


Wszędzie tam, gdzie wypłaszczone pola uniemożliwiały odpływ wody, utworzyły się szeroko rozlane kałuże odbijające szare, zapłakane niebo. 


Przeciąłem pole - tłusta, lepka ziemia oblepiła mi buty, każdy z nich ważył tonę – i wszedłem w las. Zboczami wzgórz biegnie droga, w części jest to garbaty dukt leśny, w części wyrównana szutrowa droga, a opasuje wzgórza z trzech stron, zaczynając się i kończąc w Sokołowcu. Biegnie blisko granicy lasów, nierzadko widać z niej rozległe widoki – od Wielisławki aż po Sądreckie Wzgórza. 



Deszcz przestał padać, przejaśniło się. Niebo, rano rozmyte, nijakie, szare i płaskie, teraz nabrało ostrej wyrazistości. Nad głową miałem niekończące się szeregi mięsistych, przestrzennych bałwanów, które wydawały się być granicą oddzielającą dwa światy. Nad nimi świeci słońce – pomyślałem; przypomniały mi się chwile zachwytu, gdy lecąc samolotem, z góry oglądałem morze takich mięsistych bałwanów oświetlonych słońcem.
Teraz byłem pod chmurami, słońca nie widziałem, ale powietrze nabrało takiej przejrzystości, że w którejś chwili zobaczyłem na horyzoncie ostatnie szczyty wschodniego pasma odległego o około 15 kilometrów.
Mężczyznę siedzącego na brzegu drogi spostrzegłem dopiero wtedy, gdy przywitał się ze mną – tak rzadko widuje się ludzi na kaczawskich drogach, że nie spodziewałem się spotkać kogokolwiek... A może tak zamyślony szedłem… A może taki gapa ze mnie… Rozmawialiśmy chwilę, okazał się być zbieraczem kamieni. Pokazał mi swoje znaleziska: garść uszkodzonych geod, parę złomków agatów, nic wartościowego ani nawet specjalnie ładnego, ale właśnie dlatego ujął mnie ten człowiek swoją pasją i poszukiwaniem. Życzę mu agatów wielkości bochna chleba.
Nie tylko na Sokołowskich Wzgórzach widzę wiele nowych dróg leśnych budowanych przez leśników; wiadomo po co - dla wywozu drewna z lasu. Wiem, że sporą część tego drewna sprzedaje się za granicę, co napawa mnie obawami: czy nie jest tak, że dla szybkich, doraźnych korzyści, teraz i w przyszłości tracimy i będziemy tracić więcej? Las pełen rosłych drzew jest nie tylko niezastąpionym źródłem życiodajnych dla ludzi procesów, jest też domem dla niepoliczonych gatunków zwierząt i roślin, którym my, mając się za panów Ziemi, winniśmy opiekę. Musimy pamiętać o tym, że las może istnieć bez nas, my bez lasu nie bardzo.
Wielkie, stare drzewa, są dla mnie po prostu piękne swoją magią i swoim majestatem. Właśnie tak – majestatem: wiele jest miejsc na Ziemi, które chciałbym zobaczyć, wśród tej mojej elity jest las sekwoi olbrzymiej – drzew, których ogromu trudno sobie wyobrazić, drzew, które są największymi żywymi organizmami na Ziemi. Kiedyś, gdy ten niby oczywisty fakt życia drzew w pełni dotarł do mnie, był odkryciem. Od tamtej pory inaczej patrzę na drzewa.
Dzisiaj, w pochmurny dzień styczniowy, las widziałem uśpiony, nagi, z niewielką ilością kolorów, ale, jak to często u mnie, spod tych zimowych obrazów przebijał się obraz innego lasu –  zielonego, eksplodującego swoją siłą witalną, tętniącego życiem, pachnącego i uśmiechniętego - obraz malowany słońcem i moją tęsknotą.
W drzwiach „Zaczarowanego Ogrodu” w Proboszczowie, gospodyni domu przywitała mnie uśmiechem.
Uśmiech kobiety bywa podobny do słońca – ma zdolność rozjaśniania świata.