Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 26 stycznia 2017

Sto dni


220117
Z parkingu u stóp Łysej Góry na Dudziarza niebieskim szlakiem, ale z licznymi odstępstwami: Przełęcz Widok, Przełęcz pod Kobyłą, stoki Ogiera, Trzmielowa Dolina, górne Komarno, Przełęcz Komarnicka, Skopiec, zboczami Ziemskiego Kopczyka, Leszczyńca i Straconki na szczyt Dudziarza. W drodze powrotnej dodatkowo wejścia na Ziemski Kopczyk, Kobyłę i Źróbka.


Niemal dokładnie sześć lat temu, w styczniu 2011 roku, po raz pierwszy poszedłem w Góry Kaczawskie. Nic o nich nie wiedziałem, a poszedłem właściwie w jednym celu – aby wejść na Skopca, szczyt zaliczany do Korony Gór Polskich; wtedy błąkała mi się po głowie myśl o założeniu na głowę tej korony, później pomyślałem, że… właściwie po co? Nie znając ani gór, ani zwyczajów twórców mojej mapy, a także chcąc uczynić trasę całodniową, punkt końcowy wyznaczyłem sobie na szczycie Dudziarza, jako że na mapie jest tam zaznaczone miejsce widokowe. Teraz wiem, że widoki są kilkaset metrów dalej, ze stoków tej góry, oraz, że gwiazdki miejsc widokowych są stawiane na tej mapie dość przypadkowo i niewiele mówią o miejscach z dalekimi widokami, ale wtedy kierowałem się mapą, nie miałem wiedzy posiadanej teraz.
Dzień był chmurny i mglisty, więc jeśli już trafiałem na miejsca widokowe, niewiele widziałem, jednak na tyle dużo, by nostalgiczny urok tych łagodnych gór przemówił do mnie. W pierwszym roku mojej przygody z Górami Kaczawskimi odwiedziłem je dwukrotnie, a w następnym, w 2012, spędziłem tam już jedenaście dni.
Dzisiaj poszedłem kaczawskimi drogami po raz setny. Od dawna miałem ustaloną trasę tego dnia, a miała być powtórzeniem tamtej pierwszej. Wiedząc, że muszę wejść na szlak przed początkiem dnia, aby w drodze powrotnej wyjść z leśnego masywu przed zmrokiem, o czwartej nad ranem byłem już sporo za Lesznem. Wczoraj czytałem prognozę pogody na dwóch stronach internetowych, na jednej pokazywali pełne słońce, na drugiej zero widoczności z powodu mgły. Im bliżej byłem Legnicy, tym częściej jechałem we mgle. Zawracać? Chociaż się wyśpię – podszeptywał mi diabełek. Zawziąłem się: dzisiaj miał być setny wyjazd i będzie.
Gdy skręciłem w boczną drogę wiodącą na parking pod wyciągiem, po lewej zobaczyłem majaczącą na tle nieco jaśniejszego nieba czarną ścianę Karkonoszy, a na niej nanizane świecące drżąco paciorki świateł miejscowości rozsianych w Kotlinie Jeleniogórskiej; piękny widok. W lusterku natomiast zobaczyłem pierwszy, delikatny, różowy uśmiech Eos, najpiękniejszy uśmiech radosnej kobiety. Gdy kwadrans później szedłem tą szosą ku Przełęczy Widok, jeszcze nie pogaszono ulicznych lamp w miejscowościach u stóp Karkonoszy, ale było na tyle widniej, że zobaczyłem niską mgłę na dnie kotliny. Tam, gdzie Jelenia Góra, ponad mgłę wystawał tylko jeden komin. Pomyślałem, że obie strony internetowe podawały dobre prognozy; byłem po prostu ponad poziomem mgieł. Nie widziałem ani wschodu, ani zachodu słońca będąc w lasach, jednak jutrzenkę i zorzę zachodu oglądałem, a słońce towarzyszyło mi cały dzień. Było kilka stopni mrozu, bez wiatru, pełne słońce i sypki, czysty śnieg.



 Tyle, że było go 30 centymetrów, cały dzień czułem w nogach jego opór, a na podejściach wysysał siły. Miałem się trzymać niebieskiego szlaku, ale ponosiło mnie. W lesie szedłem kawałek szlakiem, ale gdy ten uciekał gdzieś w bok, a na dokładkę tracił wysokość, opuściłem go wchodząc w jakąś przecinkę uznawszy, iż wiedzie w dobrą stronę. Tak było, tyle że skończyła się, zostawiając mnie między świerkami. Poszedłem na wyczucie.
Wiele już raz zdarzyło mi coś podobnego, jak tego ranka w lesie: idę nieznaną okolicą, nie poznaję jej, a nagle wiem, że za chwilę pojawią się jej charakterystyczne cechy i znajdę się tam, gdzie miałem być. Nie piszę tego by chwalić się swoim wyczuciem kierunków czy pamięci, bo niewiele mam tych cech, chodzi o działanie naszej pamięci. Chodzi o to, że w pewnej chwili miewa się wrażenie bycia w dobrym miejscu, mimo iż rozglądając się wokół, nie dostrzega się nic, co mogłoby na to wskazywać. To trochę tak, jakbyśmy dwie mieli pamięci, dwie orientacje w przestrzeni.
Wyszedłem na skraju rozległego siodła między Kobyłą a Ogierem.




 Jak w wielu miejscach tych gór, i tam mam swoje ulubione miejsce. Szedłem ku niemu mając słońce na wprost, a wokół siebie gładką, idealnie równą i białą płaszczyznę łąki pod śniegiem. Buty wyrzucały do przodu sypką kurzawę śnieżnego pyłu, a słońce rozpalało tysiące lodowych kryształków. Każdy z nich przez mgnienie oka był świecącym diamentem, gasł i w tej samej chwili rozpalał się tysiąc następnych i kolejnych – jakbym szedł po rozsypanych kosztownościach sezamu. Zatrzymałem się, lodowe kryształki przestały gasnąć, świeciły czekając na mój ruch; skąd one wiedziały, że stoję nieruchomo? Bo wiedziały: gdy ruszyłem, pobiegły też diamentowe rozbłyski wokół mnie.
Podobną i jednocześnie zupełnie inną chwilę miałem sześć lat temu.:

„Wstrzymałem oddech. Najdelikatniejszy szmer osuwających się po kurtce płatków śniegu i… cisza. Na małej polance samotnie stojący świerk szeroko rozkłada swoje białe górą, dołem ciemnozielone, prawie czarne ramiona, a za nim droga i las niknie we mgle. Koniec szlaku. Świat był małym kręgiem drzew wokół i kawałkiem ledwie widocznej dróżki. Cisza go otulała i mgła.”

Widok z siodła jest na obie strony, północną i południową, od okolic Złotoryi po ścianę Karkonoszy. W czystym powietrzu widać budynki na szczycie Śnieżki, na grani Kotłów i na Szrenicy, a przysiągłbym, że i schronisko na Wysokim Kamieniu w Izerach widziałem; z lewej strony ponad ostatnie wschodnie szczyty kaczawskie wznoszą się wyraźne, mimo iż widoczne zza pozłacanej mgiełki, Góry Wałbrzyskie; wydaje mi się, że z odległości 30 kilometrów rozpoznaję falistą linię Trójgarbu.
W dole utrzymywała się niska, malownicza mgła, a okazała się też dobrym wskaźnikiem czystości powietrza: w głębi kotliny, nad Jelenią Górą, miała zabarwienie mocno beżowe, natomiast na wprost, u stóp Rudaw, była białosrebrzysta.
Skoro tam byłem, poszedłem na południowe zbocze Ogiera, do miejsca szczególnego dla mnie.




Postałem chwilę przy mojej kępce drzew, zjadłem jeden owoc róży tam rosnącej, popatrzyłem w dół, na Trzmielową Dolinę, najpiękniejszy zakątek tych gór, pieszcząc go wzrokiem i moją radością, a w końcu ruszyłem w dół, wszak długa jeszcze droga była przede mną. Tam, gdzie nitka drzew przecina nagą wstęgę Doliny, biegnie droga z niebieskim szlakiem, a na brzegu lasu rośnie lipa, jedna z moich lip w mojej dolinie moich gór. 



 
Czasami myślę o splocie tych wszystkich zdarzeń, które brały udział w moim znalezieniu się tak daleko od domu, a w rezultacie w stworzeniu możliwości wyjazdów w te góry. Tego rodzaju myśli pojawiają się we mnie tylko wtedy, gdy myślę o kimś mi drogim, lub o ważnych dla mnie zdarzeniach mojego życia. Te góry są dla mnie ważne. Gdy czasami myślę o zmianie pracy, a obecna bardzo obciąża moją psychikę, zauważam, że jednym z powodów mojego jej trzymania się jest możliwość wyjazdów w Góry Kaczawskie.
 Powyżej wsi Komarno jest leśny masyw ze szczytem Folwarczna. Na mapie jest tam zaznaczony punkt widokowy którego nie ma, ale nieco niżej skrajem lasu biegnie droga z niebieskim szlakiem – jedno z najładniejszych miejsc widokowych. 





Tam właśnie należałoby postawić rząd gwiazdeczek widokowych; dzisiaj znalazłem przy tej drodze kupkę chrustu, wymościłem sobie siedzisko, usiadłem i gapiłem się przed siebie póki nie zmarzłem. Proszę spojrzeć na mapę: szlak dochodzi do budynków wioski, a tuż poniżej liczby 660, wysokości zaznaczonej tam poziomicy, stoi wyjątkowy dom. Otóż jego właściciel ma z okien najładniejsze widoki w całych znanych mi Górach Kaczawskich, a znam je jako tako i wiem o wielu dobrych miejscach na postawienie domu, jednak żadnemu nie równać z widokami z tamtego miejsca. 


Obok jest jeszcze jedna niezabudowana działka. Pilnie szukam kilkuset tysięcy. Ma ktoś wolne? W zamian oferuję fotel przy przeszklonej ścianie salonu i szklanicę zimnego piwa :-)
W pobliżu Skopca widziałem ludzki ślad na szlaku, a wracając zauważyłem, że przeszło tamtędy kilka osób. Co ich ciągnie na tę górę? Nie wiem. Dzisiaj byłem na szczycie po raz trzeci i nie wiem, kiedy tam wrócę. Wierzchołek jest płaski i zalesiony (w tych górach jest sto takich szczytów), kiedyś był tam tylko wkopany betonowy znak ledwie widoczny między świerkami, dzisiaj zobaczyłem metalowy słup z tabliczką i skrzynką zamkniętą na kluczyk tkwiący w zamku. Otworzyłem, w środku leżą liczne karteluszki zostawione przez turystów i pieczątka na stalowej lince. 

Przybiłem pieczęć do kartki, było to potwierdzenie wejścia na szczyt. Wracając, spotkałem dwoje spacerowiczów; tak ich nazywam, ponieważ szli bez plecaków, a ich samochód stał na końcu szosy, o rzut beretem od przełęczy, kwadrans drogi od Skopca. Szli na szczyt. Dobrze, niech chodzą na Skopca i Okole, ja mam całe góry.

„Koniec szlaku. Świat był małym kręgiem drzew wokół i kawałkiem ledwie widocznej dróżki. Cisza go otulała i mgła. Obok zamarły w bezruchu świerk, srebrzyste badyle, ciemna plama mokrego śniegu, za mną świeże ślady. Podobał mi się ten świat. Był nostalgiczny. Mój.”

Wkleiłem te moje słowa napisane sześć lat temu i… zasłuchałem się w sonatę fortepianową b-moll nr 2 z opusu 35. Przyszło mi do głowy, iż one są podobne. Zarówno te góry, jak i muzyka tej znanej sonaty Szopena, budzą we mnie podobnie nostalgiczne wrażenia.

* * *
Garść statystki na zakończenie (tego opisu, nie mojej przygody z Górami Kaczawskimi):
Przeszedłem dzisiaj 25 do 28 kilometrów w ciągu jedenastu godzin. Na podstawie cząstkowych pomiarów szacuję, iż w przeciętny dzień przechodzę dwadzieścia kilometrów, więc w ciągu minionych sześciu lat przeszedłem moimi górami dwa tysiące kilometrów. To mniej więcej tyle, ile trzeba przejechać samochodem, aby wyjeżdżając z Warszawy dojechać do Neapolu.
Raz pojechałem w góry na cztery dni, parę razy miałem wyjazdy trzydniowe, a kilka razy dwudniowe; po policzeniu okazało się, że w Góry Kaczawskie jechałem 77 razy, a to znaczy, że przejechałem około 25 tysięcy kilometrów; to trasa z Warszawy do Lizbony via Władywostok.
Swoje wędrówki zarejestrowałem na siedem i pół tysiącach zdjęć zajmujących ponad 30 GB, oraz opisałem na czterystu pięćdziesięciu znormalizowanych stronach (1800 znaków).
Nie jestem skrupulantem, to komputer zmusił mnie do porządkowania tekstów i zdjęć przy pomocy cyfr. Dla ładu wśród tysięcy fotek i możliwości znalezienia czegokolwiek w setkach stron opisów, foldery ze zdjęciami oznaczam numerem kolejnym stawianym na początku nazwy i datą na końcu, wtedy komputer nic mi nie miesza i porządkuje foldery tak jak lubi, według cyfr właśnie. Folder z setnej wędrówki ma nazwę „100 Góry Kaczawskie 220117”, a tekst opisany jest datą w takim samym formacie.
Żeby mieć do dyspozycji cały dzień, od świtu do zmierzchu, w dzień wyjazdu wstaję o trzeciej, czasami nieco później, jadę 150 do 170 km, a na szlak wychodzę gdy tylko się rozwidni. Czasami, gdy coś źle policzę, wychodzę gdy już jest widno, ale częściej siedzę w samochodzie przy kawie czekając na koniec nocy. Do Leszna wracam około godziny 20, ale bywa, że sporo później. Żeby nie usypiać za kierownicą, a mam z tym kłopoty, zwłaszcza w czasie powrotów, w sobotnie popołudnie nie piję kawy a piwo i kładę się spać o dwudziestej, albo troszkę później; staram się też mieć coś do gryzienia w czasie jazdy powrotnej; ostatnio nie biorę nic dodatkowego, a dla odgonienia senności powoli gryzę nie zjedzone w ciągu dnia kanapki – efekt mojej odwiecznej walki z kaloriami. Ponieważ nad ranem nie jestem zbyt przytomnym, w sobotnie popołudnie wszystko przygotowuję, łącznie z wyłożeniem ubrań i włożeniem do plecaka czy kieszeni jakichś drobiazgów.
Zajrzałem do opisu pierwszego dnia, jest tam o marszu na drewnianych nogach i o zwaleniu się w fotel samochodu. Te słowa przypomniały mi tamten wieczór: mozolne brnięcie w głębokim śniegu przez pole i ogromną ulgę, gdy usiadłem w samochodzie. Wspominam tamten mój stan dla porównania ze stanem dzisiejszym, po przejściu nieco dłuższej trasy, w podobnych warunkach. Nie szedłem na drewnianych nogach; owszem, zmęczenie czułem, ale umiarkowane. Miarodajnym wskaźnikiem mojego zmęczenia jest stan mięśni na drugi dzień rano; no więc w poniedziałek wstałem bez bólu, mięśnie normalnie mnie niosły, chociaż wieczorem tego dnia nieco je czułem. Fakty te odnotowuję z radością, jako że jestem w wieku, w którym zaczyna się zwracać na nie uwagę, a ich niezmieniony stan sprawia satysfakcję.
W czasie wspólnych wędrówek Janek zrobił mi trochę zdjęć, a wśród nich jest kilka wyjątkowo podobających mi się. Jedno z nich zamieszczam tutaj, ponieważ dobrze obrazuje mnie na szlaku. 


Spójrzcie: jestem sam na sam z drogą i idę skupiony na niej, a droga idzie ze mną. Czy widzicie to?
Mogę uznać, że te czy inne góry poznałem, mogę poczuć, iż tracą one swój urok świeżości, ale drogi są inne, nie do przejścia, nie do nasycenia się nimi. Drogi są jak uśmiech kobiety widziany w szary dzień, są jak marzenia ratujące naszą psychikę.
Są symbolem mojego, ludzkiego, czasu.







 





piątek, 20 stycznia 2017

Jary, strumienie i skały


150117

Z Nielestna wokół przełomu Lipki, góra Grodowa.




Cały dzień kręciłem się wokół przełomu Lipki – dokładnie tak, jak obiecałem sobie tydzień temu. Poznałem drogi, ścieżki, przejścia i bezdroża, przeszedłem przełom dołem i w połowie jego wysokości, zajrzałem na dno jaru ze szczytu góry zwieszającej się nad strumieniem – i właściwie na tym można by zakończyć opis, gdyby nie parę chwil i widoków, dla których warto było wstać o trzeciej i jechać 160 kilometrów zaśnieżonymi drogami.

Główne szosy były czarne, chociaż i na nich leżał śnieg rozpuszczany solą, natomiast boczne drogi były białe. Najbardziej obawiałem się przejazdu przez Bystrzycę: parę kilometrów w dół krętą drogą, ale tak naprawdę po śniegu jedzie się nieźle, jeśli tylko stosuje się zasadę wyobrażonego kubka kawy. To mój sposób na jazdę zaśnieżonymi drogami: nalej pół kubka kawy, postaw na desce rozdzielczej i jedź tak, żeby kawa się nie wylała. Wtedy dojedziesz.

Żeby skrócić czas dojścia, samochód zostawiłem w Nielestnie, o kwadrans drogi od wylotu przełomu. Wyszedłem na pola powyżej lasów, ponieważ intrygowały mnie początki bocznych jarów. Linia lasu w takich miejscach opada charakterystycznym uskokiem, ciągnąc za sobą płaszczyznę pól, która nachyla się wyrównanym lejem ku ścianie lasu. Podobają mi się takie miejsca; są odmiennością, domysłem, obietnicą zobaczenia innego świata za zasłoną drzew. Nierzadko ich błotnistym lub kamienistym dnem strumień płynie, często bywają dzikie, trudne do przejścia, zatarasowane przewróconymi drzewami, ale właśnie takie podobają mi się. Chciałem wejść w jednym z takich miejsc w las, zobaczyć jar i miejsce wylotu na dno przełomu; tego dnia przeszedłem dwa, a ten drugi zapamiętam na długo. Wszedłem weń u wylotu, ale że na jego dnie jest skalne rumowisko, po przejściu kilkudziesięciu metrów poddałem się i wspiąłem się na szczyt zbocza. Iść górą było wygodnie, ale… jakże tak? Przez chwilę patrzyłem na kamienie w dole nim zawróciłem i ponownie zszedłem na dno. Szedłem pod górę jaru, nie – pełzłem, kluczyłem wśród kamieni, drapałem się na te większe, a na jeden, szczególnie mi niechętny, wlazłem na czworaka. Parę razy wchodziłem na stromizny zboczy dla ominięcia drzewa przegradzającego jar, raz i drugi noga wpadła mi w jakieś dziury, a wyżej wyrywałem się z objęć pędów malin i człapałem dnem strumienia. Słowem: dobrze, że żona mnie tam nie widziała, bo dostałbym za swoje.






Na brzegu lasu rozpoznałem mostek nad strumieniem i drogę na sąsiednie pole; byłem tutaj kiedyś, ale idąc gdzieś brzegiem lasu, nie wiedziałem, że niżej jest tak ładnie.

Na zboczu głównego jaru znalazłem lodospad: przez mróz uchwycony w locie ku ziemi wodospad małego strumienia. Mozolnie i dość ryzykownie wspiąłem się po stromym zboczu, chcąc z bliska zobaczyć rzadki widok kotłującej się, puchnącej bąblami, zamarzniętej wody.



Poznałem piękną dróżkę trawersującą strome zbocze jaru – wygodną, spacerową i widokową. Gdy spojrzy się w górę, świerki i skały wystające tu i ówdzie ze zbocza wydają się być nachylone w moją stronę – jakby to wszystko zaraz miało osunąć się i runąć na mnie. Strumień na dnie jest czarnym zygzakiem widocznym między drzewami, a zbocze góry po drugiej stronie wydaje się być pionowe. Co ciekawe, dojście na tę dróżkę też jest łatwe i krótkie, jeśli się wie, którędy iść. 


Wiedziałem nie tylko ja: tam właśnie zrobiłem sobie przerwę na porozglądanie się; piłem herbatę, gdy usłyszałem szczekanie, obejrzałem się i zobaczyłem psa goniącego sarnę. Po chwili spomiędzy drzew wyszły konie, było ich kilka, oczywiście pod jeźdźcami. Miałem chęć powiedzieć im o niedobrym zwyczaju pozwalania na straszenie saren, ale…

Pierwszym jeźdźcem była dziewczyna, miała piękny uśmiech, no i… nie powiedziałem.

Właściwie dlaczego facet jest tak bezradny wobec uśmiechającej się kobiety?

Gdy wróciłem pod wioskę, było trzy godziny do zmierzchu, stanowczo za wcześnie żeby wracać do samochodu, i chociaż nogi miałem zmęczone łażeniem po kamieniach i dość głębokim śniegu, a także dźwiganiem ciężkich butów… Tutaj słowo o tych butach. Jak wszystkie moje buty, są one tradycyjnej konstrukcji, zrobione tylko z szytej skóry, a poza nią tylko gumowa podeszwa. W tych butach, masywnych, wysokich, uszytych z grubej skóry, mogę cały dzień bezkarnie chodzić po skałach, błocie lub kilkucentymetrowej wodzie, ale ważą 2,8 kilograma. Tę wagę czuję, a im bliżej końca dnia, tym bardziej są ciężkie, mimo iż nie przestają być wygodne. Owszem, te nowoczesne, gorateksowe, ważyłyby kilogram mniej, ale nigdy takich nie założę. Dlaczego? Bo nie. Bo ich skóra nie skrzypi tak, jak moich.

Więc bez entuzjazmu poszedłem na Grodową, górę wznoszącą się nad strumieniem; są tam jakieś skały, może nikt je nie odwiedza, może tylko ja je zobaczę? – snuło mi się po głowie. W pionie sto metrów łagodnego podejścia odkrytym stokiem, a w połowie ładny przerywnik: rząd pięciu dużych kasztanowców. 


Być tutaj w porze ich kwitnienia! Widziałem dzisiaj kilka wyjątkowych drzew, takich, pod którymi stoi się odczuwając przyjemność. Na tej górze, na Grodowej, jak w wielu miejscach moich gór, lasy są ładne. Na przykład pod szczytem rosną buki w otoczeniu szpaleru sporych dębów, a niżej są miejsca porośnięte grabami. Te drzewa mogą się podobać o każdej porze roku, także zimą, a to z powodu pni pomalowanych szarosrebrzystymi przenikającymi się pasmami; jedno z tych drzew przyciągało wzrok pniem wyjątkowej strzelistości i grubości; oceniłem, iż może mieć pół metra średnicy, a to dużo jak na grab.

Jeszcze czarny bez; na ten okaz zwróciłem uwagę w związku ze słowami Aniki, autorki bloga także o drzewach. Ten mój miał formę drzewa z jednym pniem o średnicy około 20 centymetrów, więc bardzo grubaśnym.

Najwyraźniej nie ja jeden odwiedziłem skały, ponieważ wokół nich widziałem ślady ścieżek, a okazały się warte obejrzenia: wysokości tylko kilku metrów, ale z pionowymi ścianami tak równymi, że wydają się być dziełem człowieka, ścianami starej budowli; na przykład widziałem skalny występ do złudzenia przypominający przyporę średniowiecznej katedry. 



Przeszedłem szczyt i z drugiej strony znalazłem miejsce z widokiem. Strome zbocze, widoki prawdziwie górskie, a na dole… strumień. Jaki to strumień? Z tamtej strony góry płynie Lipka, a ten? Muszę zobaczyć na mapie. Dopiero gdy podniosłem wzrok i rozpoznałem stojący w oddali Stromiec, coś zaczęło mi świtać w łepetynie. Mapa potwierdziła: to też Lipka. Puknąłem się w czoło: wszak ten strumień opasuje górę z trzech stron! 



Ta moja niewiedza, ta dezorientacja, tak typowe u mnie, tym razem spodobały mi się. Wyobraziłem sobie, nie po raz pierwszy, jak prowadzę grupę turystów jako przewodnik i roześmiałem się.

Ładnie jest na szczycie Grodowej. Niebanalnie wyglądające skały na szczycie i wiele skał niżej, na zboczach, widok przełomu w dole (a oglądany z góry czyni chyba jeszcze większe wrażenie, niż widziany z dna), pokaźna ściana góry na wprost i dal ze Stromcem, a w drugą stronę rozciągnięte na połowę widnokręgu góry już Izerskie. Wrócę tam.

Schodząc inną drogą do wsi, patrzyłem na Dwory, górę mającą dwa oblicza: od południa jest mało zaznaczonym wzgórzem na rozległej płaszczyźnie łąk i pól, od zachodu i północy jego strome zbocza pną się na sporą wysokość, a warto też wspomnieć, iż ta góra ma coś rzadko u nas widzianego, mianowicie długi na 150 metrów tunel kolejowy. Kiedyś tylko zajrzałem do niego, ale może warto byłoby przejść go całego?... Na Dworach zobaczyłem lipę, tę samą, pod którą kiedyś byłem, tę, do której szedłem aż ze Skowrona. Stoi samotna, rozłożystością i wysokością przewyższająca wszystkie drzewa w okolicy, stoi i woła z odległości kilku kilometrów.

Kiedyś wrócę i do niej.



 A niżej zdjęcie jednej z par moich ulubionych butów, prawdziwych "czerwonych sznurówek", czyli tradycyjnie wykonanych, solidnych i... pięknych :-)




niedziela, 15 stycznia 2017

Powrót i odkrycie


080117

Z Wlenia czarnym szlakiem na pola w pobliże Czernicy, zejście nad strumień Lipka, przełomem do Nielestna. Z wioski wejście na wzgórze Dwory, powrót do wioski, przejście szlakiem rowerowym do Wlenia via wzgórze Szubieniczna.




Gdy z lasu wyszedłem na nagie zbocze wzniesienia, w oddali zobaczyłem Skowrona. Była pierwszą dostrzeżoną i rozpoznaną górą, w chwilę później, wodząc wzrokiem po linii horyzontu, poznawałem inne, niemal wszystkie znane mi. Patrzyłem na rozległą przestrzeń pól i łąk opadających w łagodną dolinę i za nią wznoszących się ku szczytom zamykającym widnokrąg. Westchnąłem. Tutaj wielkie przestrzenie, widoki dalekie, pola malowane miedzami, drogami i strumieniami, a tam, w Rudawach, horyzont odległy o parę drzew. Po co chodzić mi gdzieś tam, szukać nie wiadomo czego, skoro tutaj moje miejsce, tutaj dal, a właściwie Dal i swojskość i umiłowane widoki?




Minął miesiąc od ostatniej wędrówki kaczawskiej, więc tym razem, stęskniony, nie miałem wątpliwości gdzie jechać.

Na wzgórzu Dwory byłem ostatnio z Jankiem, chciałem wtedy zejść lasem do wsi Nielestno, ale nie mogłem znaleźć drogi, którą kiedyś poznałem i byłem pewny jej usytuowania. W rezultacie przeszliśmy na przełaj po stromym zboczu, i nim doszliśmy do wioski, znaleźliśmy zapomniany przez wszystkich kamieniołom. Tamto szukanie drogi utkwiło mi w pamięci:

– Jakże to? – myślałem, a raczej myślała za mnie poruszona ambicja – ja mam nie znać tego przejścia?

Ponieważ dobrze pamiętałem przejście w drugą stronę – pod górę ze wsi – postanowiłem przypomnieć je sobie, a przy okazji pomyszkować po okolicy. Samochód zostawiłem na ryneczku Wlenia, a więc po przejechaniu niemal całych Gór Kaczawskich bocznymi, zaśnieżonymi drogami; ze Złotoryi, bramy kaczawskiego pogórza, do Wlenia, miasteczka leżącego na granicy z Izerami, odległość wynosi 30 kilometrów.

Spóźniłem się nieco: było już zupełnie widno, gdy zaparkowałem, a nim założyłem plecak, sięgnąłem jeszcze po termos z kawą. Nie kierowałem się do Nielestna najkrótszą drogą, a przeszedłszy las zapuściłem się na rozległe pola na północ od Czernicy. Są tam łagodne wzgórza idealnie wyrównane pługiem.

Faliste, białe dzisiaj, pola ostrą linią przecinały świat wokół: gdy ja schodziłem po zboczu, linie pól stopniowo zasłaniały, wznosząc się, las i góry majaczące w oddali, ale i odwrotnie: gdy ja szedłem pod górę, linie pól opadały odsłaniając tamte szczyty i bliski las. Banalne, zdawałoby się, efekty perspektywy fascynują mnie. Oto nieruchomy świat z górami, lasami i polami przypisanymi do swoich miejsc, rusza razem ze mną! Swoim marszem uruchamiam wszystko wokół i nawet góry poddają się mi, posłusznie przesuwając się, a nawet wznosząc lub opadając. Mało tego! Gdyby na drugim końcu pola szedł ktoś inny, góry i dla niego przesuwałyby się, a mogło być i tak, że dla mnie jakaś góra wznosiłaby się, a dla niego w tej samej chwili opadała. Czyż nie jest to fascynujące? Szedłem rozglądając się.

– Zaraz wyciągnę mapę – mówiłem sobie – jeszcze tylko dojdę do tamtej kępy drzew.

Szedłem dalej. Gdy w końcu zobaczyłem po prawej domy między drzewami, uświadomiłem sobie, że zaszedłem za daleko, aż pod Czernicę. Wracać polami? Wszedłem w las, stok zaczął opadać coraz bardziej stromo. Zawróciłem i kawałek dalej ponowiłem próbę, tym razem udaną. Dopiero w dole, nad strumieniem, wyciągnąłem mapę. Byłem na przełomie strumienia Lipka. Nie wiedziałem o tym miejscu, omijając lasy w swojej chęci chodzenia otwartymi przestrzeniami łąk i pól, dopiero dzisiaj, przypadkowo, niechcący, odkryłem prawdziwie górski przełom w górach, które, zdawałoby się, znam dobrze.



Może dla niewtajemniczonych parę słów wyjaśnienia. Przełomem geologowie nazywają głęboką dolinę o wąskim dnie i stromych zboczach, czyli jar utworzony przez rzekę przepływającą przez góry stojące na jej drodze. Jakim cudem woda zaczęła żłobić swoje koryto na szczycie tego siedemdziesięciometrowego zbocza? Na przykład rzeka mogła płynąć nim powstały góry, a gdy te zaczęły się wypiętrzać, woda nadążyła z pogłębianiem swojego koryta. Różnie są mechanizmy powstawania przełomów, a każdy mają geologowie nazwany, jako że lubują się w nadawaniu dziwnych, uczonych nazw każdemu zjawisku, nawet najprostszemu.

W tym przełomie są miejsca szersze, z płaskim brzegiem, na którym jedyną przeszkodą w marszu są uschnięte badyle lub krzaki, ale są i takie, gdzie strome zbocze schodzi do samej wody. Dwa kilometry przeszedłem w ciągu niemal dwóch godzin; co prawda tu i ówdzie stałem gapiąc się, całkiem możliwe, że z otwartymi ustami.

Strome, miejscami urwiste, zbocza z wystającymi skałami i powalonymi drzewami, w dole czarny strumień wśród śniegów. Chwila wygodnego marszu po starej drodze, a za nią wylot bocznego jaru, jeszcze bardziej ciemnego, ze skalnym rumowiskiem pod gęstymi świerkami. Obiecałem sobie wrócić tam, przejść przełom jeszcze raz i pójść pod górę tamtym kamienistym jarem.

W najtrudniejszych miejscach chciałem przejść na drugą stronę strumienia, ale nie znalazłem ani dobrego miejsca, ani dość odwagi (lub braku przezorności), by przejść po dnie. Musiałbym postawić pięć kroków w wodzie o głębokości co najmniej 30 centymetrów. Buty, zasłonięte ochraniaczami sięgającymi kolan, raczej nie powinny nabrać wody, ale pewności nie miałem. Ponieważ liczy się szybkość, może przebiec strumień? Ale biec po kamienistym dnie strumienia, to prosić się o wywrotkę. Mokry na mrozie, nie miałbym wiele czasu na znalezienie się w ciepłym pomieszczeniu. Do końca przełomu nie zdecydowałem się przejść strumień. Może pomogło mi znalezienie przyjemności w tym moim zdobywaniu metrów, w wyszukiwaniu drogi, w kantowaniu na zaśnieżonych stromiznach, w omijaniu zwalonych drzew.

Na końcu przełomu, gdy obniżone zbocza odsunęły się nieco od wody, znalazłem chyba najładniejsze skały w moich górach. Mają kilka metrów wysokości, może 30 długości, a zbudowane są z czerwonego piaskowca przykrytego innymi, twardszymi skałami. Czerwona skała kruszy się tworząc fantazyjne formy, a jej nienaruszone przykrycie wisi coraz bardziej przewieszone. Na wierzchu rośnie las nic nie wiedzący o podcięciu skał pod nim.






W Nielestnie bez problemu znalazłem drogę przez las w stronę wzgórza Dwory. Będąc już wyżej i blisko brzegu lasu, między drzewami zobaczyłem słońce. Świeciło nieśmiało, przygaszone rozproszoną w powietrzu białą mgiełką, ale było! Jeszcze 200 metrów, jeszcze 100, i oto otworzył się przede mną rozległy przestwór pól schodzących w dolinę i gór, moich gór stojących w oddali.

Długo byłem na zboczu wzgórza, po prostu szkoda mi było odejść. Chcąc przedłużyć pobyt tam, wybrałem inną drogę powrotną, nieznaną mi polną drogę biegnącą dnem doliny o kilometr ode mnie. Schodziłem zaoranym polem; skiby ziemi przykryte były świeżym śniegiem tworząc morze muld. Ładny to widok, ale kto raz szedł takim polem, wie, jak ciężko się idzie: ziemia pod nogami nigdzie nie jest płaska, równa, a głębokie nierówności zasypane są śniegiem, jednak udało mi się przejść bez bliskiego spotkania z ziemią. Nie śpieszyłem się – za ładnie było, żeby gonić – ale droga, widoczna jako rząd drzew i nitka miedzy na gładkiej płaszczyźnie pól, zbliżała się szybciej niż chciałem. Obejrzałem się: mój ślad zsunął się ze zbocza wzgórza i biegł za mną.







Droga wprowadziła mnie w las, a że po lewej prześwitywała między drzewami biała płaszczyzna łąk, opuściłem drogę i wyszedłem na otwartą przestrzeń. Niskie już słońce zasłoniły chmury, a szkoda, bo chciałem jeszcze zrobić zdjęcia ładnemu miejscu: na niewielkim wzniesieniu, przy skrzyżowaniu dwóch polnych dróg, rośnie duży i szeroki dąb. Stojąc pod nim rozejrzałem się i westchnąłem: w letni dzień usiąść przy pniu drzewa i pogapić się na stoki wzgórz. Nim odszedłem, obejrzałem dąb. Jego pień opasywał drut nieistniejącego już ogrodzenia, wpijał się w rosnącą tkankę drzewa. Zakląłem nad ludzką bezmyślnością.

Za wsią, przy mostku nad strumieniem, jest stary kamieniołom. Byłem tutaj kiedyś nie wiedząc, że do tych ładnych czerwonych skał jest raptem trzysta metrów. Dzisiaj zauważyłem skały stojące nieco wyżej, a u ich podstawy coś, co bardzo było podobne do zasłoniętego wejścia do jaskini. Poszedłem tam, wejście było tylko ciemniejszym miejscem wnęki na skalnej ścianie. Westchnąłem: a mogła to być niezauważona przez ludzi jaskinia.

Gdy po drugiej stronie lasu wyszedłem na pola, zobaczyłem ludzkie ślady. Zatrzymałem się żeby je obejrzeć; ktoś idąc bezdrożem wyszedł z lasu i szedł przez pole używając kijów, więc prawie na pewno nie miejscowy.

Nie ja jeden – pomyślałem. Poczułem sympatię do tego nieznanego mi wędrowcy kaczawskiego.

Za tydzień wrócę tutaj. Rudawy nie uciekną, a Góry Kaczawskie czekają na mnie.