Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 12 stycznia 2017

Skały, las i śnieg


060117
Z Janowic Wielkich szlakiem żółtym i zielonym do ruin zamku Bolczów, następnie czarnym szlakiem do Skalnych Bram. Stamtąd niebieskim do Starościńskich Skał i do Piekliska. Powrót kolejno szlakiem niebieskim, zielonym i żółtym.


Tym razem Janek był przewodnikiem, ja dreptałem za nim poddając się jego wyborom. Samochód zostawiliśmy na podwórzu Leśnego Dworu, niebanalnie wyglądającej willi na brzegu Janowic Wielkich i rudawskich lasów; o zwykłej porze, świtem, wyruszyliśmy na szlak.
Było zimno: póki nie założyłem kominiarki, miałem wrażenie przewiewania na wskroś mojej głowy przez mroźny wiatr. Konieczna okazała się druga para rękawic, ale za to w stopy, opatulone dwiema parami grubych skarpet i masywnymi butami, było mi ciepło.
Pierwszy nasz cel, zamek Bolczów, ponownie zaskoczył mnie nagłym pojawieniem się nad skałami, a właściwie między nimi. Projektant tej budowli wykorzystał ich wiele jako części zamkowych murów, w rezultacie idąc pod górę najpierw dostrzega się skalne bryły, później między nimi fragment muru z okiennym otworem. 


Zamek czyni wrażenie wielkością i niedostępnością, także owym wkomponowaniem w stojące tam od zawsze głazy. Historię ma typową dla tego rodzaju budowli: zbudowany, zniszczony, odbudowany, zniszczony, obecnie stan zabezpieczonych ruin. Ilekroć czytam takie opisy dziejów miejsc obronnych, a w Sudetach jest ich sporo, myślę o szaleństwie ludzkich dziejów. Oto Ziemia cała stoi przed nimi wolna i ogromna, zielona i gościnna, a ci zamykają się wśród murów budowanych ogromnym nakładem pracy i przez otwory strzelnicze wystawiają groty strzał skierowane na innych ludzi. Te mury skropione są ludzkim potem i ludzką krwią; są materialnym śladem skłonności ludzi do zbrodni i niegodziwości, dlatego za przejaw dziejowej sprawiedliwości uznać można wysiłki utrzymania się przy życiu drzewek rosnących w ich załomach, ponownego brania w posiadanie przez przyrodę tego opuszczonego przez ludzi miejsca.
Skał ładnych kształtami jest w tych górach bardzo dużo; jedne stoją na widoku, przy szlaku, inne są pochowane wśród drzew, z dala od dróg, gdzieś na trudnodostępnych zboczach. Dopiero zaczynam je poznawać, więc nie wymienię nazw wszystkich mijanych, a pierwsze stoją vis a vis zamkowej bramy. Oczywiście można przejść obok ledwie spojrzawszy na nie, ale wtedy umknie nam, niezauważony, największy walor tych gór – właśnie mnogość fantazyjnych głazów. Ot, na jednej z przydrożnych skał leży kamienna kula wytoczona przez górskiego trolla lub siły przyrody i położona na kamiennym występie. Po co? Nie wiem, ale gdy podejdzie się do niej, może uda się znaleźć odpowiedź? A może warto będzie mimo braku odpowiedzi? 


Gdzieś już napisałem słowa, które warto tutaj powtórzyć: otoczenie tak naprawdę tylko wspomaga nasze przeżywanie, ale nie przeżyje za nas uroków natury, ani wrażeń nie poda na tacy.
Do mrozu dołączył śnieg. Suchy, drobny i zmrożony sypał do wieczora, chwilami obficie. Górski las przysypany świeżym śniegiem jest ładny tą trudniejszą w dostrzeżeniu urodą, bo zimową, czarno-białą, ale i ona potrafi czarować swoją czystością i surowością, wrażeniem dzikości i pierwotności, ale też dziewiczości. Las pod śniegiem cichnie, jakby zastygał w zasłuchaniu; może wspomina niekończący się ciąg przemian pór roku będący jego życiem, może oszczędza siły przed wiosennym wysiłkiem budzenia się. Jedynie ptaki nie poddały się ogólnemu wyciszeniu, fruwając wśród drzew i nawołując się. Janek rozpoznał w nich sikorki, a ta, która przysiadła na gałęzi blisko nas, okazała się być samcem.
– Widzisz jego krawat na szyi?
Widziałem. Faktycznie: skoro lata pod krawatem, musi to być samiec. Samiec elegant :-)
W dole właściwie jedynym kolorem wśród czerni i bieli były brązowe liście buków; próbowałem zrobić im zdjęcia, ale aparat zbyt kontrastowo widział ten zimowy świat, a ja nie wiem, jak mam z nim rozmawiać...
W pobliżu styku czarnego i niebieskiego szlaku, nieco poniżej stojącej tam drewnianej wiaty, wznosi się grupa skał Czaszka i Skalne Bramy. Brama jest tam jedna, więc nie wiem, dlaczego wszędzie w internecie używa się liczby mnogiej, a moja mapa jest tak przeładowana błędami, że nie można się na nią powoływać. Jedna jest brama, ale jakże ładna. Nie ostatnim jej urokiem jest wykrzywiona sosenka rosnąca na szczycie jednego z filarów bramy i przykrywająca ją od góry.



Drzewa rosnące na skałach fascynują wolą życia, swoimi wysiłkami, czasami rozpaczliwymi, utrzymania pionu, ale też przemyślnością w wyszukiwaniu szczelin w skałach, w które mogą wcisnąć korzenie. Gdy przyglądam się ich najdziwniej ukształtowanym systemom korzeniowym, znajduję w nich jakby ślad projektu, inżynierskich wyliczeń: tam, gdzie obciążenia największe, gdzie potrzebne są dodatkowe dźwigary trzymające ciężar pnia, znajduję je w odpowiednio do warunków wyrośniętych korzeniach. Czasami bywa, że drzewo rosnące na skałach wypuszcza korzeń, a ten, nie mogąc znaleźć życiodajnej ziemi, wydłuża się przybierając wężową postać, maca wokół, a trafiwszy, wrasta w ziemię o parę metrów od macierzystego pnia. Widywałem już drzewa rosnące na szczytach głazów z tak wyrośniętymi mackami korzeni, że te dosłownie obejmowały swoją skałę. Czasami korzenie drzew wiją się bardziej niż Meander, gdy jeden skręca w lewo, drugi po prawej ma nadzieję znalezienia miejsca dla siebie, a trzeci, najbardziej niezdecydowany, owija się wokół tamtych. Bywają też korzenie fruwające: wychodzą z pęknięcia ściany i niczym liany przerzucają się wiszącymi pomostami na sąsiednią skałę. Największe wrażenie czynią na mnie korzenie dużych buków rosnących na stromej i skalistej pochyłości; one wyglądają tak, jakby wylewały się z pnia płynną masą ściekającą po zboczu. Są grubiejącymi, wielokrotnie łączącymi się i rozdzielającymi, ciekami zalewającymi stok i w końcu zastygającymi na kształt bulwiastych narośli.
Wracam na szlak, na zbocze poniżej wiaty. Stojące tam skały nie są monolitami; skalny masyw popękał (a pęka i kruszy się nadal, co z bliska widać wyraźnie) na większe i mniejsze złomy, przy czym niektóre stoją jak stały, tyle że krecha pęknięcia oddziela je od macierzystej skały, inne natomiast odpadły i niżej znalazły nowe dla siebie miejsca. Leżą w dole obrastając ziemią i mchem, ale niektórym udała się sztuka zatrzymania w locie ku ziemi: zawieszone w pochyleniu, podparte innym głazem, tworzą most lub okap nad ścianami. Niekiedy zdarza się układ kilku wielkich głazów wzajemnie podpierających się i wzajemnie klinujących; gdy patrzy się na te piramidy, doznać można zdumienia: wszak ten skomplikowany układ wzajemnych podparć zaistniał przypadkowo, a wystarczyłoby wyjąć jeden głaz, by cała piramida straciła równowagę i runęła.
Mój towarzysz pamiętał nieoznakowaną drogę do Piekliska, starego kamieniołomu na południowym zboczu Lwiej Góry, a prowadząc mnie tam, spełnił moją prośbę. Trudno byłoby trafić do kamieniołomu samemu, jednak warto: wyrobisko jest dzikie, zarośnięte, z pionowymi ścianami i stawem na dnie; wolałbym jednak nie widzieć go zamarzniętym i zasypanym śniegiem.


 Kilka już razy, widząc takie miejsca w Sudetach, zwróciłem uwagę na przemianę w ich wyglądzie i we własnym ich widzeniu. Rozryte zbocze góry wygląda jak wielka rana, jest miejscem brutalnej ingerencji w przyrodę, jest zniszczeniem, jednak gdy ludzie zabiorą swoje narzędzia i odejdą, zaczyna się proces zabliźniania ran, i niewiele trzeba lat, by to rażąco obce miejsce zaczęło tracić swoje negatywne cechy wyglądu, a nawet czasami bywa, że staje się ładnym zakątkiem urozmaicającym otoczenie – właśnie jak Pieklisko.
Było popołudnie, pora była wracać.
Przy Rozdrożu pod Jańską Górą, z miejsca ostrego skręcania zielonego szlaku, widać wierzchołki dwóch znanych i ładnych skał, Rylca i Fajki: niedostępne czarne skały wystają ponad świerki na zboczu, a te wydaje się z tego miejsca wysokie i niemal pionowe. Jak tam dojść? – rodzi się pytanie, wyraz podziwu i niedowierzania, ale też perspektywy wynoszącej skały pod niebo. Staliśmy tam dłuższą chwilę chłonąc widok tak ładny, mimo całej surowości zimowego dnia bez słońca i bez kolorów.
Część drogi powrotnej wypadła brzegiem Janówki, uroczego, prawdziwie górskiego strumienia. Płynie wartko przelewając się wśród skał, a wody toczy czyste i dźwięczne. Już zdążyłem polubić go i pozazdrościć Rudawom takiej ozdoby.
We wsi na nasze powitanie wyszedł z budy wilczur mający pilnować willi. Dziwny to pies: cichy, spokojny, niewiele interesujący się przybyszami, a za kumpli mający dwa koty. Lubię takie psy. Samochód usnął pod puchową pierzyną śniegu, ale gdy już się obudził, pewnie zawiózł nas białymi bocznymi drogami do domu.




Niżej wklejam zdjęcia wykonane przez Janka, oczywiście za jego zgodą.




 






14 komentarzy:

  1. Ileż to razy pojawiała się u mnie myśl o wybraniu się donzamku Bolczów i wciąż jest to tylko plan... Ilekroć widzę miejsca, skąd odszedł człowiek, odczuwam podobnie jak Ty radość i satysfakcję, że przyroda odbiera, co do niej należy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może wybierzesz się, Anno, w czasie tegorocznych ferii, mieszkając w Domku? Życzę Ci tego. Ten zamek nie wyróżnia się wielkością, budowlanym rozmachem, ale na pewno wspomnianym przeze mnie wkomponowaniem skał w ściany budowli, na pewno też sąsiedztwem ładnych skalisk w okolicy. Na przykład skały pokazane na drugim zdjęciu, te z kamienną kulą, stoją przed zamkiem.
      Kiedyś widziałem starą, nieużywaną drogę asfaltową. Kruszała brzegami, a z pęknięć wyrastały drzewka i trawy. Pomyślałem, że za 20 czy 50 lat nie będzie tam śladu po szosie.

      Usuń
  2. Z takim podziwem patrzyłam na podobne drzewa, korzenie, skały, głazy, kiedy byłam pierwszy raz w Sudetach, a szliśmy z Radkowa na Szczeliniec; wola życia, przetrwania w różnych warunkach, tego możemy się uczyć od drzew:-) mam nadzieję skorzystać kiedyś z tych podanych na tacy "gotowców" wycieczek, nawet mapki sobie wydrukuję, oby tylko dane nam było pojechać tam jeszcze:-) Rudawy kuszą o każdej porze roku, choć pewnie zima najtrudniejsza w wędrowaniu; właśnie wypuściłam psy do ogrodu, wiatr ustał, wręcz wrażenie ciepła, mróz chyba "złamał kark", jakie miłe odczucie:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wstawałem do pracy, gdy zamieściłaś tutaj swoją wypowiedź.
      Zauważyłem, Mario, tę cechę u Ciebie: w tekście poświęconym strumieniowi Kamiennik, zwróciłaś uwagę na zdjęcie drzewa z korzeniami w skale i podmywanego przez wodę, a ja zwróciłem uwagę na ten fakt i zapamiętałem – wszak to nasza wspólna cecha :-)
      Wolałbym chodzić po górach między majem w październikiem, ale nie mogę. W tym czasie zarabiam jeżdżąc po Polsce, a szef w wyjątkowych tylko sytuacjach daje wolne. W pewien sposób, dość dziwny, przywykłem do zimowych gór. Zdarza mi się czasami coś na pół śmiesznego, na pół ujmującego: gdy patrząc na szary krajobraz styczniowy zatęsknię za majowymi widokami, bywa, że odczuwam wyrzuty sumienia – jakbym zimowe góry zdradzał. W sumie całkiem podobnie, jak u tego faceta, który skruszony, z wyrzutami wobec własnej niewierności, wraca do żony.
      Odwilż jest i dla mnie miłym odczuciem, ale z prozaicznego powodu: pracuję w nieogrzewanym warsztacie. W mrozy jest tam prawdziwa szkoła przetrwania.
      Mario, powiedz tylko słówko, a z przyjemnością zaproponuje trasy dopasowane do waszego czasu, oczekiwań i możliwości.

      Usuń
  3. Podziwiam determinację, z jaką chodzisz po górach, zwłaszcza zimową porą. I to taka długa trasa!
    Ja, jeśli mogę, nie wychodzę na dwór w taką pogodę - zaraz przyplątuje mi się katar, albo przeziębienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniko, ja też jestem podatny na przeziębienia, ale nigdy nie rozchorowałem się z powodu całodniowego szwendania się po górach. To zapewne kwestia odpowiedniego ubrania (nigdy nie marznę na szlaku) i rozgrzewającego wysiłku, czasami tak mocno rozgrzewającego, że robi się za ciepło.
      Z moimi wędrówkami jest podobnie jak u Ciebie z kwiatami, w ogóle z roślinami. Nie tyle to determinacja, co przyjemność, czasami wzmacniana zachłannością przeżywania.

      Usuń
  4. Z krawatami u sikorek bogatek to jest tak:
    Krawat samczyka jest okazały i sięga aż do jego brzuszka.
    Samiczka również posiada krawacik, lecz jest on bardzo mały. Można powiedzieć, że to jest aksamitka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak: samczykowi sięga po brzuszek :-)
      Janku, ptaki podobają mi się. W krążeniu dużego drapieżnego ptaka jest majestat, w kroczeniu po polu bociana powaga, w locie jaskółki wdzięk, a w zachowaniu stada wróbli radosne rozbrykanie. W moim ich widzeniu jest też pewna cecha, nie wiem, jak ją nazwać? Naukowo-historyczna? Otóż patrząc na ptaki czasami myślę o… dinozaurach i o przedziwnym układaniu się losów gatunków na Ziemi, a to z powodu pochodzenia tych najróżniejszych, tak wdzięcznych stworzonek ptasich. One pochodzą od dinozaurów właśnie. Te gady, które przez miliony lat panowały na Ziemi, nie wyginęły bezpotomnie.
      Dwa pytania, które wtedy nasuwają mi się:
      -Czy tyranozaury albo diplodoki smakowały jak kurczak?
      -Czy my, ludzie, będziemy mieli kiedyś, gdy nas samych już nie będzie, swoich następców?

      Usuń
    2. Krzysztof, gdy zacząłem czytać Twój komentarz, pomyślałem podobnie. Dinozaury były ogromne, a ptaki są o wiele mniejsze. A jak będzie z ludźmi?
      Wiek życia człowieka ulega wydłużeniu, wzrost również się zwiększa.
      Jak będą wyglądać nasi następcy za kilka wieków?

      Usuń
    3. Janku, całkiem niedawno ze zdumieniem przeczytałem w pracy pewnego antropologa brytyjskiego, że gabarytowo ludzkość się kurczy, że malejemy. Obserwowany wzrost jest odbiciem od średniowiecznego dołka, gdy ludzie byli sporo niżsi od nas nie z powodów genetycznych, a (ogólnie) złego odżywiania się. Natomiast tendencja ogólna, na przestrzeni tysiącleci, jest odwrotna. Nie bardzo wiedzą dlaczego tak się dzieje, chociaż jednym z powodów może być mniejsze obecnie zapotrzebowanie na siłę fizyczną.
      W przypadku ludzi ewolucja niemal zatrzymała się, a to skutkiem działania medycyny. W działaniu ewolucji potrzebny jest czynnik wyboru: ten zdrowszy dorośnie do wieku, w którym przekaże swoje geny potomstwu, bardziej chorowity małe ma szanse. Zawsze tak było, że znaczna część dzieci umierała przed osiągnięciem dorosłości, jeszcze paręset lat temu tak było, a teraz niemal wszystkie urodzone dzieci stają się rodzicami – właśnie dzięki medycynie. Lekarze ze swoją sztuką jakby uniemożliwiają naturze normalne działanie, bo ta normalność oznacza wielką śmiertelność.
      Tym właśnie należy tłumaczyć pewien obserwowany paradoks: z jednej strony żyjemy dłużej, z drugiej jakby więcej chorujemy. Ano więcej, bo medycyna ratuje te dzieci, które wcześnie po prostu umarłyby szybko, a te dzieci przekazują swoim dzieciom własne skłonności do chorób. Co do wieku: specjaliście zgodnie uznają, iż w naszych genach nic się nie zmieniło pod względem długowieczności, a średnia wieku ludzi rośnie ze względu na mniejszą śmiertelność i lepszą opiekę lekarską. W istocie zmiany są niewielkie. W starożytnej Grecji uważano, że 70 lat stanowi naturalną granicę życia ludzkiego, którą to nieliczni przekraczają. A przekraczali, na przykład Sofokles żył ponad 90 lat. Czy tak wiele się zmieniło? Owszem, wobec wieków średnich tak, ale tutaj podobnie było jak z naszym wzrostem.
      Nie będzie więc w przyszłości ludzi mających czujniki promieniowania w głowie albo szybkie procesory. Owszem, ewolucja może jeszcze coś zmienić w nas, ale działałaby raczej w biednych krajach i musiałoby się stać coś poważnego. Ot, chociażby ta dziura w ozonowej warstwie. Ludzie Zachodu ukryją się przed nią, biedacy w najbiedniejszych krajach raczej nie – i w tym momencie może do akcji wkroczyć ewolucja wybierająca tych, którzy bardziej są odporni na promieniowanie ultrafioletowe.
      Tyle że ewolucja wolno działa, bardzo wolno. Gdyby zmiana była gwałtowna i głęboka, zmiany ewolucyjne mogłyby nie nadążyć.
      Ale to są już spekulacje.
      Janku, po lekturze książki Sagana uważam, że z chwilą zasiedlenia innych planet czy księżyców, ludzkość uzyska zabezpieczenie swojej odległej przyszłości. W tym jestem dobrej myśli, obyśmy tylko przetrwali obecny okres, najniebezpieczniejszy.
      A dinozaury były też małe, chociaż mało się o nich mówi, jako że ich wygląd nie był tak szokujący jak tyranozaura rexa, na przykład. Chociaż, z drugiej strony, największe zwierzę jakie kiedykolwiek istniało na Ziemi, żyje obecnie, i można go zobaczyć: to płetwal błękitny, ssak jak i my, więc nie tak odległy od nas genetycznie, jak dinozaury.

      Usuń
    4. Krzysztof, my ludzie, wydajemy ogromne środki na zbrojenia. Komu one dają jakiekolwiek korzyści?
      Większość patrzy na dzień dzisiejszy, ewentualnie spogląda na jutro.
      Tak, ewolucja działa bardzo wolno i dzisiaj, gdy Carl Sagan, naświetli jakiś kierunek, my możemy być ogromnie zdziwieni jego futurystyczną myślą.
      A za kilkanaście setek lat, to dla wówczas żyjących, będzie tylko szara rzeczywistość
      Moje krótkie pytania, są nieraz prowokacyjne. Pamiętasz naszą rozmowę o pochodzeniu człowieka w czasie naszej wędrówki, w której natknęliśmy się na poroże jelenia?

      Usuń
    5. Janku, wiadomo, że ze zbrojeń korzyści mają jedynie właściciele fabryk zbrojeniowych, ludzkość tylko straty. W końcu te kilka miliardów dolarów codziennie wydawanych na wojska mogłyby, inaczej spożytkowane, wiele zmienić na Ziemi. Tylko od zawsze my, ludzie, musieliśmy bronić się przed sąsiadami, albo sami ich atakowaliśmy – w rezultacie jest jak jest. W gruncie rzeczy każde państwo, jak wierzę, chciałoby rozbrojenia, ale jak to zrobić, żeby ani przez chwilę nie być słabszym od innych państw? Jak to zrobić jednocześnie? Państwa i ludzie są nieufni, a jeszcze teraz terroryzm wzmaga tę nieufność.
      Janku, Sagan pisał o zasiedlaniu innych światów: planetoid, księżyców, w końcu planet innych układów słonecznych. Ludzie mieszkający w zupełnie odmiennych warunkach zapewne będą się zmieniać. Weźmy chociażby siłę ciążenia: na naszym księżycu jest mniejsza bodajże 6 razy, na małych planetoidach będzie jeszcze mniejsza. Nasz organizm przystosowany jest prasy ziemskiej, a uwolniony spod niej, zapewne zmieniałby się zgodnie z zasadami ekonomii ewolucji. Po co wielkie mięśnie, skoro mniejsze wystarczą? Wyobraź sobie taką sytuację: rodzi się dziecko z wadami rozwojowymi mięśni lub kośćca. Na Ziemi byłoby skazane na wózek albo szereg wyrafinowanych operacji i leczenia, być może hormonalnego czy jeszcze jakieś innego, a na księżycu to dziecko normalnie chodziłoby, byłoby w zasadzie sprawne, skoro jako dorosła osoba ważyłoby kilkanaście kilogramów. Stając się rodzicem, przekazałaby swoje cechy dzieciom – i tak mógłby zacząć się proces, którego wyrafinowana medycyna nie wstrzymałaby, bo i po co, skoro tam słabe mięśnie nie przeszkadzają? A dodać jeszcze warto, iż mniejsza masa mięśniowa oznacza mniejsze zapotrzebowanie na energię, a tym samym możliwe zmiany w układzie pokarmowym. Uruchamia się tutaj lawinę.
      Zdaje się, że Sagan wspomniał coś o tego rodzaju zmianach, pisząc, iż gdy po upływie tysiącleci ludzie z różnych a odmiennych światów spotkaliby się, mogliby różnić się dość znacznie w wyglądzie, budowie, a także w kulturze kształtowanej w bardzo odmiennych warunkach.
      Chyba pamiętam tamtą naszą rozmowę; wydawało mi się wtedy, że swoimi pytaniami dążysz do idei Boga Stwórcy, ale się myliłem.
      I dobrze, że się myliłem:-)

      Usuń
    6. Skoro była mowa o ptakach, to dam Ci o nich dwie ciekawostki.
      Rybitwa popielata bardzo kocha słońce i jest najbardziej nasłonecznionym ptakiem.
      Gniazduje i rozmnaża się na północy, w największej liczbie w okolicy Grenlandii. We wrześniu ptaki te odlatują na Antarktydę ponieważ tam dzień jest najdłuższy. Na Antarktydzie przebywają do kwietnia przyszłego roku i lecą ponownie do Grenlandii, gdzie w maju kiedy składają jaja rozpocząć nowy cykl życia. Ptaki te potrafią zaciekle bronić swoich gniazd. Dziobią tak okropnie, że lis polarny nie ma żadnych szans. z ich waleczności korzystają inne ptaki, które zakładają w pobliżu swoje gniazda. Rybitwa szara żyje około trzydziestu lat i w tym okresie przelatuje ponad dwa miliony kilometrów.

      Drugim ciekawym ptakiem jest szlamnik. Ze swoich lęgowisk na Alasce przelatuje do Nowej Zelandii, tylko jedenaście tysięcy kilometrów. Ale ptak tę odległość pokonuje za jednym zamachem. On leci nieprzerwanie przez 8 dni. Jak to możliwe?
      Przed podróżą szlamnik gromadzi w ciele zapasy tłuszczu, które spala w czasie drogi. Gdy zabraknie mu tłuszczu, spala białko znajdujące się w mięśniach. W ten sposób w czasie lotu traci połowę swojego ciężaru.
      Zmienia metabolizm i anatomię. Zmniejszeniu ulega jego żołądek i jelito, a serce zwiększa się o 33%, wzrasta również liczba czerwonych krwinek.
      Szlamnik nie pije wody w czasie lotu, lecz zużywa wodę wytworzoną w procesie rozkładu tłuszczów i białek.
      Szlamniki latają w stadach, dzięki czemu wymieniają się rolą prowadzącego.

      Cuda, prawda?

      Usuń
    7. Niesamowite! Gdzieś i kiedyś słyszałem o ptakach wędrownych, o takich, które większość życia lecą, a nawet śpią w czasie lotu, ale o locie szlamnika nie wiedziałem. Niesamowity wyczyn ptaka, jego organizmu i matki Natury. Ciekawe byłoby dowiedzieć się, dlaczego taki zwyczaj – bardzo długiego lotu bez przerwy – został u niego wykształcony.
      No i zobacz!: tyle dziwów na świecie, a ludzie gapią się w telewizornię z kolejnym bzdurnym konkursem.

      Usuń