Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 28 marca 2019

Wawrzynek, Mostek i ols. O energetyce słów parę

240319

W Górach Kaczawskich okolice starego wapiennika na zboczu góry Wapniki.

W Górach Izerskich: z Wrzeszczyna na Kapitański Mostek, powrót brzegiem Kamienicy i Bobru.

Poznanie rezerwatu Ponikwa pod Legnicą.



Wznoszące się pod Bolkowem wzgórze Wapniki do dzisiaj niczym szczególnym się nie wyróżniało. Jest na uboczu moich i tych wytyczonych szlaków, zalesione, więc bez widoków, nawet o drogi tam trudno. Ot, jedno z setki wzgórz będących znaczkami na mapie. Rok temu, na przedwiośniu, gdy przechodziliśmy drogą biegnącą u stóp góry, na życzenie Janka skręciliśmy w las dla poszukania nieznanej mi wtedy rzadkiej roślinki – wawrzynka wilczełyko, które gdzieś tam miało mieć swoje stanowisko. Janek rozpoznał jeden krzaczek, mimo braku liści. Miejsce zapamiętaliśmy obiecując sobie powrót w przyszłym roku. Dzisiaj pojechaliśmy tam.

Była szósta, gdy założyliśmy plecaki, a pół godziny później, pamiętając miejsce, już z daleka zobaczyłem ten widziany rok temu krzaczek. Był wystrojony różowymi kwiatuszkami w ostatniej fazie kwitnienia. Nim zacząłem sesję zdjęciową, w pobliżu zobaczyłem kilka tych małych, niepozornych roślinek.


Zataczając koła znaleźliśmy ich dziesiątki. Gdy już przyjrzałem się listkom wawrzynka, dość charakterystycznym, łatwo było go rozpoznać, nawet bez kwiatków, a wiele, zwłaszcza maleństwa o wysokości 15 czy 20 centymetrów, nie kwitło. Zbocze góry ma tam bardzo urozmaiconą rzeźbę, ponieważ jest to teren starej, od wielu lat nieczynnej, kopalni wapienia. 


 Widzi się tam strome podcięte ściany, rampy ze śladami dróg, ciemne zaułki wgłębione w macierzysty masyw, ale to, co kiedyś było raną góry, czas i natura zabliźniły upodobniając miejsca do naturalnych formacji. Jedno ze zboczy, zielone od liści wielkiego skupiska barwinka, przywołuje uroczy obraz ładnego ich kwitnienia.

Wszędzie tam często widzieliśmy wawrzynki albo ich skupiska. Wszystkie cieszyły.
Czułem wyraźnie, jak z każdą chwilą, z każdym kolejnym widzianym wawrzynkiem, staje mi się ta roślina bliższa i ładniejsza. Bardziej moja – jak i ta kopalnia na zboczu kaczawskiej góry, zamieniona w malownicze miejsce będące już czymś więcej niż tylko znakiem na mapie.
Janek pokazywał mi wiele kwitnących roślin, ale nazwy mi się wymieszały i pamiętam tylko dwukolorową miodunkę ćmę i jasnotę purpurową, wcześniej myloną przeze mnie z odmianą pokrzywy.


Z ociąganiem w końcu ruszyliśmy do samochodu. Ledwie doszliśmy do polnej drogi, gdy na poboczu zobaczyliśmy… wawrzynki. A przecież szliśmy tędy! Kilka razy przyglądałem się wawrzynkowi myśląc, że akurat ten jest ostatnim widzianym, a niewiele dalej rósł następny. Nie wiem, który z nich był ostatni, w sumie widzieliśmy ich parę setek. Obiecaliśmy sobie wrócić tam za rok, w połowie marca.


Ta część naszej trasy była moim pomysłem, natomiast Janek zaproponował wejście na Kapitański Mostek. To stroma skała stercząca nad Bobrem na jego lewym brzegu, więc izerskim. Przejechaliśmy ponad 40 kilometrów, wzdłuż całych Gór Kaczawskich, spod Bolkowa do Wrzeszczyna, wioski znanej z elektrowni wodnej.
 
Widziałem wszystkie bobrzańskie elektrownie, wszystkie one robią na mnie wrażenie, a zwłaszcza dwie największe: pilchowicka i właśnie wrzeszczyńska. Obie są wiekowe, a to znaczy, że zbudowane były przez Niemców. Nasze władze zaniedbywały i nadal zaniedbują możliwości energetyczne naszych wód. Nie są one wielkie, ale są. Wolałbym widzieć wiele niedużych elektrowni wodnych niż jedną atomową, mimo iż nie jestem zagorzałym wrogiem „atomówek”.

We wrzeszczyńskiej elektrowni nadal działają urządzenia prądotwórcze zamontowane ponad 90 lat temu, jako że elektrownię oddano do użytku w 1927 roku. Przez okna widziałem generatory kręcące się już blisko wiek!

Elektrownie wodne i wiatrowe fascynują mnie, ponieważ wytwarzają prąd bez kominów. Wiatr wieje, woda płynie, a my mamy prąd – czystą, niezwykle uniwersalną energię wytworzoną w czysty sposób. Tyle wystarczy dla wzbudzenia podziwu, a tutaj wrażenie wzmaga solidność wykonania urządzeń. W obecnych czasach robienia byle jak, byle tanio, szybko i ładnie z wierzchu, zobaczenie urządzeń zbudowanych tak dawno temu i nadal dobrze działających, fascynuje i budzi tęsknotę za czasami, gdy rzecz wytwarzało się z pietyzmem, dla jej długiego używania. Obok wszystkich innych argumentów, coraz ważniejszy staje się dla mnie ten ekologiczny. Wszak dla wykonania tych urządzeń zużyto wiele ton precyzyjnie obrobionej stali, a tym samym konieczna była praca kopalń, hut, maszyn, więc energia, kominy, dymy, zużywanie zasobów planety. To wszystko było, owszem, ale przy wytworzeniu urządzeń niemal wiecznych; obecnie też jest to wszystko, chociaż w nieco mniejszym zakresie, ale za to przy wytwarzaniu urządzeń z założenia mających się szybko zepsuć. Patrzyłem na mury budynku, na mostek nad jazem i na urządzenia samego jazu – są starsze od mojej mamy, a wyglądają tak, jakby wybudowano je w roku urodzenia się jej prawnuczki.





Gdy przyjechaliśmy, w budynku elektrowni nie było nikogo, po powrocie widzieliśmy jeden samochód i jednego człowieka; zapewne przyjechał na kontrolę; takie elektrownie są niemal bezobsługowe. Pełna jej moc nie jest wielka (ale i rzeka dużą nie jest), wynosi 4,2 MW. Można założyć, że jest to moc wystarczająca do zasilenia dwóch – trzech tysięcy domów, czyli małego miasteczka lub wielu okolicznych wiosek.

Dla ciekawskich: wartość detaliczna prądu wytworzonego w tej elektrowni przy pracy pełną mocą, w ciągu godziny wyniesie 4200kWh razy 0,60 zł = 2500 zł, czyli na dobę 60 tys. Oczywiście właściciel elektrowni sprzedaje prąd po znacznie niższej cenie. Żeby kuszący obraz wodnych elektrowni nie był tak nieprawdziwie różowy, powiem, że największa polska elektrownia (opalana węglem brunatnym) ma moc 1200 razy większą od wrzeszczyńskiej.

Idąc wzdłuż Kamienicy i Bobru, rozglądałem się szukając dobrego miejsca na postawienie elektrowni. Miejsca znalazłem, brakuje tylko zgód, no i paru walizek pieniędzy.

Przeszliśmy mostkiem nad jazem na izerski brzeg i ruszyliśmy szlakiem, ale że nie jestem przyzwyczajony do zwracania uwagi na znaki w czasie swoich kaczawskich wędrówkach, wkrótce straciłem je z oczu, ciągnąc za sobą towarzysza. W pobliżu cynkowni, zakładu zupełnie tam niepasującego, obejrzeliśmy mapę i wyszło nam, że przy widocznym przed nami wzgórzu powinniśmy zejść nad Kamienicę, dopływ Bobru przecinający nam drogę do Kapitańskiego Mostku, i w dole szukać mostku na rzece. Lubię wędrowanie bez szlaku i bez dróg, wracać nie myśleliśmy, więc poszliśmy na przełaj. Zbocze opadające ku rzece okazało się strome, wysokie, zalesione dużymi świerkami ale jasne, a między drzewami w dole błyszczała woda.


 Kamienica jest prawdziwie górską rzeką: bystrą, pełną kamieni, głośną, płynącą głębokim jarem. Mostek okazał się kładką, znalazły się też znaki szlaku. Wiodły wąską ścieżką trawersującą kamieniste, strome zbocze. 



 

Tam jest tak ładnie, że postanowiłem przenieść o kilkaset metrów umowną granicę między Górami Izerskimi a Kaczawskimi. Po prostu przyłączam tamte okolice do moich gór, niech mi miłośnicy (a zwłaszcza pewna miłośniczka) Gór Izerskich nie mają tego za złe. Wkrótce stosowne poprawki będą uwzględnione na mapach.

Kapitański Mostek oczarował nas. Jest skalną piramidą zakończoną ostrym szpicem, na który wchodzi się schodami wykutymi w skale. Widok nieco ograniczają drzewa, ale i one mają niemały urok, ponieważ są to sosny fantazyjnie powykrzywiane. ciepłe, zwłaszcza w słońcu, a więc odmienne od zimnych świerków kojarzących mi się z borami dalekiej północy. Rzadko się zdarza możliwość patrzenia na korony tych drzew mając je na wprost, a nawet niżej, a tak właśnie jest na szczycie. Vis a vis, czyli po kaczawskiej stronie, też są skały, noszą miano Wysokich Skał, jednak adekwatność ich nazwy widać właśnie z Mostku: w paru miejscach są wysokimi i niemal pionowymi ścianami opadającymi wprost do wody Bobru.

Dwa są poziomy widokowe Mostku, obydwa zabezpieczone barierką, ale raczej symboliczną; bardziej ufać należy swojej równowadze niż tym zabezpieczeniom, a ekspozycja jest tam niemała. 






Widząc ciekawie ukształtowane zbocze nieco niżej, zeszliśmy tam. Były tam wąski skalny cypel zielony od mchów, drzewa przyczepione pionowych ścian i podobające się wrażenie dzikości miejsca. Skały Kapitańskiego Mostku widziane stamtąd wyglądały imponująco.

Dlaczego dopiero dzisiaj poznałem te miejsca??

Wracaliśmy ścieżką biegnącą blisko brzegów najpierw Kamienicy, później Bobru. W pewnej chwili zauważyłem, że woda płynie… w drugą stronę. W ten sposób dowiedzieliśmy się o minięciu niezauważonego ujścia Kamienicy do Bobru; obaj zgodnie uznaliśmy ten fakt na dobry powód do powrotu. Mam kolejne miejsca do odwiedzenia i lepszego ich poznania.

Nie spieszyliśmy się na szlaku, w rezultacie wróciliśmy pod elektrownię o piętnastej – za późno, żeby wejść na bliźniacze skały po kaczawskiej stronie. Pojechaliśmy pod Legnicę. Janek chciał mi pokazać swoje ulubione miejsce spacerów i dumań – rezerwat Ponikwa. To niewielki fragment lasu dość rzadkiego u nas. Jest tam ols, czyli las rosnący na terenach ze stojącą wodą. W takich warunkach najlepiej radzi sobie drzewo nazywane czasami Panią na bagnach – olsza; od niej poszła nazwa olsu, jak mniemam. W Jankowym olsie rośnie trochę dębów, jednak królują olsze, których korzenie nie gniją zatopione w wodzie. Tutaj ciekawostka: drewno olchowe nie jest zbyt dobrym materiałem do budowy, ponieważ szybko próchnieje, jednak zatopione w wodzie potrafi wytrzymać i sto lat, dlatego kiedyś wykorzystywane było do budowy konstrukcji na wodzie.

Rosnąc na olsie, drzewa wykształcają wysoki i gęsty system korzeniowy dla uniesienia pnia. Przy braku wody wydaje się, że stoją jak na szczudłach. Wokół niektórych drzew szeroko sięgające korzenie przypominały kłębowisko czarnych węży. Między drzewami leżą zwalone pnie porośnięte bujną roślinnością, rosną wysokie kępy traw bagiennych, a pod nogami jest miękka, uginająca się ziemia podchodząca wodą. Słowem: dzikie, istniejące tylko dla siebie, pierwotne, ładne miejsce. Nie dziwię się Jankowi przyjeżdżającemu tutaj.

Na brzegu lasu rosną spore dęby, daleko sięgające gałęziami wychylonymi nad łąką. Miejsca takie zwracają moją uwagę, są dla mnie urokliwe i ciepłe. Patrząc na nie, widzę siebie siedzącego pod dębem w letni dzień i patrzącego na słoneczny świat.

Jeszcze słowo o olszach. Są niemałymi i dość wysokimi drzewami, zwłaszcza gdy rosną w zwarciu. Mają wtedy wysokie, nagie i w miarę proste pnie, a ich korony widać pod niebem, jednak potrafią diametralnie zmienić pokrój rosnąc samotnie. Taką widzieliśmy na łące w pobliżu lasu, a zwróciła uwagę idealnie symetryczną sylwetką i równomiernie rozmieszczonymi konarami, przy czym pierwsze wyrastały na wysokości metra. Wyglądała jak choinka świąteczna rysowana w kształcie równiutkiego stożka, tylko bombek i lampek jej brakowało.

Niestety, nie mam zdjęcia tego naprawdę ładnego drzewa.










W wielu miejscach naszej dzisiejszej wędrówki widzieliśmy śmieci. Jest zależność wprost proporcjonalna między ich ilością a popularnością miejsc, ale widzieliśmy też dużo śmieci najwyraźniej przywiezionych w ustronne miejsce i tam zostawianych. Daleko od szosy, a nawet od garbatego duktu, widziałem trzy opony. Przecież ktoś musiał specjalnie tutaj przyjechać żeby je wyrzucić!

Przejeżdżając przez wioskę, widzieliśmy chłopaka wyrzucającego opakowanie do płynącej przy szosie rzeki. Miałem chęć zatrzymać się i zwrócić mu uwagę, ale obawiałem się swojej reakcji. Po ćwierćwieczu pracy w lunaparkach, moje nerwy przypominają stary, postrzępiony sznurek, więc gdybym się zatrzymał, mogłoby się skończyć na wykorzystaniu mojego bogatego słownictwa furmańskiego.

Próby zrozumienia takich ludzi, „wczucia” się w ich tok myślenia, poznania ich wersji widzianego świata, są nieskuteczne mimo wielokrotnego podejmowania prób. Ci ludzie tak mi są obcy i niezrozumiali, jak fanatycy religijni czy kosmici.

Mówi się o przewadze dobra nad złem, o duchowej przewadze ludzi kulturalnych i dbających o naszą Ziemię, o moralnym ich zwycięstwie, ale rzadko widzę te przewagi. Częściej widzę panoszenie się tamtych, barbarzyńskie obyczaje i takież myślenie. Bezczelność, pycha, siła i głupota są górą, a wszystkich zasypują góry śmieci.

Dlatego czasami myślę, że Gór Kaczawskich nie powinienem zachwalać.

Będą czystsze.








Za zgodą Janka, dodaję dwa zdjęcia przez niego zrobione, a na nich olsza, o której pisałem.



poniedziałek, 25 marca 2019

Ludzkie sprzeczności i Bóg, czyli wybór cytatów z Lema

220319
Książki Stanisława Lema towarzyszą mi od wczesnej młodości. Miałem i mam jego twórczość za szczytowe osiągnięcie gatunku science fiction, a po latach taką fascynację przeżył mój starszy syn. Czasami zabawialiśmy się zgadywankami: po usłyszeniu paru słów cytatu należało odgadnąć tytuł powieści.
Niżej cytowany fragment nie od razu zrozumiałem. Pełnej wymowy nabrał, gdy sam wszedłem w średnie lata, chociaż przesunąłbym o kilka lat w przód początek opisywanej smugi cienia. Teraz, szykując tekst do publikacji, poprosiłem google o sprawdzenie, czy aby nie zamieszczałem już tego fragmentu. Nie, ale zauważyłem, że jest popularny, cytowany na wielu stronach. Nie bez powodu.
Poznajmy Lema odmiennego od naszych wyobrażeń o nim.


Między trzydziestką a czterdziestką, bliżej drugiej: smuga cienia — kiedy już przychodzi akceptować warunki nie podpisanego kontraktu, narzuconego bez pytania, kiedy wiadomo, że to, co obowiązuje innych, odnosi się i do ciebie, że z tej reguły nie ma wyjątków: chociaż to przeciwne naturze, należy się jednak starzeć. Dotąd robiło to po kryjomu ciało — tego już nie dość. Wymagana jest zgoda. Młodzieńczy wiek ustanawia jako regułę gry — nie, jako jej fundament — niezmienność własną: byłem dziecinny, niedorosły, ale już jestem prawdziwym sobą i taki zostanę. Ten nonsens jest przecież podstawą egzystencji. W odkryciu bezzasadności tego ustalenia zrazu tkwi więcej zdziwienia niż lęku. Jest to poczucie oburzenia tak mocne, jakbyś przejrzał i dostrzegł, że gra, do jakiej cię wciągnięto, jest oszukańcza. Rozgrywka miała być całkiem inna; po zaskoczeniu, gniewie, oporze zaczyna się powolne pertraktacje z samym sobą, z własnym ciałem, które można by wysłowić tak: bez względu na to, jak płynnie i niepostrzeżenie starzejemy się fizycznie, nigdy nie jesteśmy zdolni dostosować się umysłowo do takiej ciągłości. Nastawiamy się na trzydzieści pięć, potem na czterdzieści lat, jakby już w tym wieku miało się zostać, i trzeba potem przy kolejnej rewizji przełamania samoobłudy, natrafiającego na taki opór, że impet powoduje jak gdyby nazbyt daleki skok. Czterdziestolatek pocznie się wtedy zachowywać tak, jak sobie wyobraża sposób bycia człowieka starego. Uznawszy raz nieuchronność, kontynuujemy grę z ponurą zaciekłością, jakby chcąc przewrotnie zdublować stawkę; proszę bardzo, jeśli ten bezwstyd, to cyniczne, okrutne żądanie, ten oblig ma być wypłacony, jeżeli muszę płacić, chociaż nie godziłem się, nie chciałem, nie wiedziałem, masz więcej, niż wynosi zadłużenie — podług tej zasady, brzmiącej humorystycznie, gdy ją tak nazwać, usiłujemy przelicytować przeciwnika. Będę ci tak od razu stary, że stracisz kontenans. Chociaż tkwimy w smudze cienia, prawie za nią, w fazie tracenia i oddawania pozycji, w samej rzeczy wciąż walczymy jeszcze, bo stawiamy oczywistości opór, i przez tę szamotaninę psychicznie starzejemy się skokami. To przeciągamy, to nie dociągamy, aż ujrzymy, jak zwykle zbyt późno, że cała ta potyczka, te samostraceńcze przebicia, rejterady, butady też były niepoważne. Starzejemy się bowiem jak dzieci, to znaczy odmawiając zgody na to, na co zgoda nasza jest z góry niepotrzebna, bo zawsze tak jest, gdzie nie ma miejsca na spór ani walkę — podszytą nadto załganiem. Smuga cienia to jeszcze nie memento mori, ale miejsce pod niejednym względem gorsze, bo już widać z niego, że nie ma nietkniętych szans. To znaczy: teraźniejsze nie jest już żadna zapowiedzią, poczekalnią, wstępem, trampoliną wielkich nadziei, bo niepostrzeżenie odwróciła się sytuacja. Rzekomy trening był nieodwołalną rzeczywistością; wstęp — treścią właściwą; nadzieje — mrzonkami; nie obowiązujące zaś, prowizoryczne, tymczasowe i byle jakie — jedyną zawartością życia. Nic z tego, co się nie spełniło, już na pewno się nie spełni; i trzeba się z tym pogodzić milcząc, bez strachu, a jeśli się da — i bez rozpaczy.”

Opowiadanie „Ananke” z cykluOpowieści o pilocie Pirxie”.

* * *
Te fragmenty natomiast pokazują takiego Lema, jakiego znamy my i kawał świata, jako że jego książki wydano w wielu krajach: człowieka o rozległej wiedzy, zafascynowanego techniką, omalże technokraty, wizjonera, ale też ateistę, logika i filozofa
Cytaty pochodzą z opowiadania „Non serviam”, co w łacinie oznacza „nie będę służyć”. Słowa przypisywane Szatanowi i zamieszczane na sztandarach dziwnych, protestujących ugrupowań.
Parokrotnie Lem posługiwał się oryginalnym pomysłem na wyrażenie swoich myśli: pisania recenzji nieistniejącej książki. Takie też jest Non serviam. Autor tej nienapisanej książki relacjonuje przebieg doświadczenia, które nadal, mimo upływu wielu lat od napisania opowiadania, jest w sferze fantazji. Otóż posługując się wielkim komputerem i specjalistycznymi programami, tworzy sztuczny świat zaludniony personoidami – złożonymi psychicznie osobowościami istniejącymi wyłącznie w komputerze. Jednak osobowości te w swoim odbiorze, w swoim pojmowaniu, nie mają o tym pojęcia, ponieważ program tworzy im także świat zewnętrzny. Taka sytuacja upodabnia eksperyment do aktu tworzenia nowego świata, a to z kolei daje możliwość przedstawienia poglądów na temat ludzkiej osobowości i świadomości oraz myśli o wierze i Stwórcy.
Pierwszy fragment, o cechach ludzkiej osobowości, jest łatwy, drugi, o Bogu, wymaga skupienia, zwłaszcza wobec złożonej czasami konstrukcji zdań i używania rzadkich form wyrazów, ale jednocześnie ciekawi wnioskami uzasadnionymi pod względem logicznym nienagannie.
W nawiasach wykropkowałem zdania niezwiązane bezpośrednio z treścią cytatów lub trudne do wyjaśnienia bez znajomości całego opowiadania. W paru miejscach wtrąciłem się dla zamieszczenia wyjaśnień uznanych za przydatne, dodając swój inicjał KG. Wyróżnienia rozstrzeleniem liter autora, natomiast pogrubienia moje. Cytaty ująłem w znaki >> <<.

* * *
>> Zbudowanie ich (personoidów, osobowości istniejących w komputerze – K.G.) ziściło nareszcie jeden z najstarszych mitów o homunkulusie. Po to, aby podobieństwo człowieka, tj. jego psychiki, stworzyć, trzeba z rozmysłem wprowadzić w informacyjny substrat określone sprzeczności, trzeba mu nadać asymetrię, tendencje odśrodkowe, trzeba go, jednym słowem, zarazem i scalić — i skłócić. Czy to racjonalne? Zapewne, wręcz nieuchronne, kiedy nie chcemy budować po prostu jakichś syntetycznych rozumów, lecz imitować myśl, a z nią razem osobowość człowieka.
Muszą się tedy w pewnej mierze sprzeczać emocje personoidów z ich racjami; muszą one dysponować tendencjami samozgubnymi w jakimś stopniu przynajmniej; muszą doznawać wewnętrznych „napięć”, owej całej odśrodkowości, już to przeżywanej jako wspaniała nieskończoność duchowych stanów, już to jako ich bolesne nie do zniesienia rozdarcie.
(...) Wiemy już, że maszyna cyfrowa nigdy by świadomością nie zapłonęła; bez względu na to, do jakiego zadania ją zaprzężemy, jakie fizyczne procesy będziemy w niej modelowali, pozostanie na zawsze trwale apsychiczna. Ponieważ chcąc człowieka wymodelować, trzeba powtórzyć pewne jego fundamentalne sprzeczności (…). Ośrodkiem grawitacyjnym jest osobowe „ja” po prostu — ale ono bynajmniej żadnej jedności w sensie logicznym ani fizycznym nie stanowi. To tylko nasze subiektywne złudzenie! Znajdujemy się, w niniejszej fazie wykładu, pośród mrowia zdumiewających zaskoczeń. Można wszak zaprogramować cyfrową maszynę w ten sposób, aby się dało z nią prowadzić rozmowy, niczym z rozumnym partnerem. Maszyna będzie używała, gdy zajdzie tego potrzeba, zaimka „ja” i wszystkich jego gramatycznych pochodnych. Jest to jednak swoiste „oszustwo”! Maszyna wciąż będzie bliższa miliardowi gadających papug — choćby papug aż genialnie wytresowanych — aniżeli najprostszemu, najgłupszemu człowiekowi. Naśladuje ona zachowanie człowieka na czysto językowej płaszczyźnie i nic ponadto. Maszyny tej nic nie rozbawi, nie zdziwi, nie zaskoczy, nie przerazi, nie zmartwi, ponieważ jest ona psychologicznie i osobowo Nikim. Jest ona Głosem wypowiadającym kwestie, udzielającym odpowiedzi na pytania, jest Logiką zdolną pobić najlepszego szachistę, jest ona — to znaczy: może się stać — najdoskonalszym imitatorem wszystkiego, niejako doprowadzonym do szczytu doskonałości aktorem, grającym każdą rolę zaprogramowaną — ale aktorem i imitatorem wewnętrznie całkiem pustym. Nie można liczyć na jej sympatię ani na jej antypatię. Na jej życzliwość jak i na wrogość. Nie dąży ona do żadnego samoustanowionego celu; w stopniu dla każdego człowieka po wieczność niepojętym jest jej „wszystko jedno” — skoro nie ma jej po prostu jako osoby… <<

* * *
>> (Jedna ze stworzonych osobowości – K.G.) zakłada w swym rozumowaniu Boga domagającego się czci, miłości i zupełnego oddania, a nie tylko i po prostu wiary w to, iż on sobie istnieje, i — ewentualnie — że on świat stworzył. Nie wystarczy wszak godzić się z hipotezą Boga–Sprawcy świata, aby zyskać zbawienie: trzeba ponadto być temu Sprawcy za akt stworzenia wdzięcznym, domyślać się jego woli i spełniać ją, czyli — jednym słowem — trzeba Bogu służyć. Otóż Bóg, jeżeli istnieje, jest mocen udowodnić własną egzystencję w sposób co najmniej tak samo pewny, jak poświadcza swój byt to, co można spostrzegać bezpośrednio. Nie mamy wszak wątpliwości co do tego, że pewne obiekty istnieją i że się z nich nasz świat składa. Najwyżej można żywić wątpliwości co do tego, jak one to robią, że istnieją, w jaki sposób istnieją etc. Lecz samemu faktowi ich bytowania nikt nie przeczy. Bóg mógł z taką samą mocą poświadczyć własną egzystencję. Nie uczynił tego jednak, skazawszy nas na uzyskiwanie w owym przedmiocie wiedzy okólnej, upośrednionej, wyrażanej pod postacią rozmaitych domniemań, zwanych nieraz objawieniami. Jeżeli tak postąpił, to tym samym równouprawnił stanowiska „bożąt” i „niebożąt” (bożęta to ci, którzy wierzą, niebożęta są ateistami – K.G.); nie przynaglił stworzonego do wiary bezwzględnej w swój byt, a tylko dał mu tę ewentualność. Zapewne, motywy, jakimi się powodował Stwórca, mogą być dla stworzonego nie znane. Powstaje atoli takie oto pytanie: Bóg albo istnieje, albo nie istnieje, i to, aby była trzecia możliwość (Bóg istniał, ale go już nie ma, istnieje okresowo, oscylacyjnie, istnieje raz „mniej”, a raz „bardziej”, etc.), zdaje się nader mało prawdopodobne. Tego nie można wykluczyć, lecz wprowadzenie wielowartościowej logiki w teodyceę tylko ją zamącą.
Tak tedy Bóg jest bądź go nie ma. Jeśli on akceptuje sam sytuację naszą, w której każdy z członów alternatywy ma za sobą argumenty — wszak jedni dowodzą, jako „bożęta”, istnienia Stwórcy, a inni, jako „niebożęta”, temu oponują — to pod względem logicznym mamy sytuację gry, której partnerów tworzy z jednej strony pełny zbiór „bożąt” z „niebożętami”, a z drugiej Bóg jeden. Owa gra posiada taką logiczną charakterystykę, że za niewiarę w siebie Bóg nie jest w prawie nikogo ukarać. Jeżeli nie wiadomo na pewno, czy istnieje jakaś rzecz, lecz tylko jedni mówią, że jest, a inni, że jej nie ma, i jeżeli w ogóle daje się uargumentować hipoteza, jakoby jej wcale nie było, to żaden sprawiedliwy sąd nie skaże nikogo za to, że będzie bytowi tej rzeczy zaprzeczał. Jest bowiem dla wszystkich światów tak oto: gdy nie ma zupełnej pewności, nie ma pełnej odpowiedzialności. Jest to sformułowanie czysto logicznie niepodważalne, ponieważ wytwarza symetryczną funkcję wypłaty w rozumieniu teorii gier: kto przy niepewności dalej żąda pełnej odpowiedzialności, ten narusza symetrię matematyczną gry (powstaje wówczas tak zwana gra o sumie niezerowej).
Jest tedy tak: Albo Bóg jest doskonale sprawiedliwy; a wówczas nie może posiąść prawa karania „niebożąt” za to, że są „niebożętami” (tj. że weń nie wierzą). Albo jednak będzie karał niewierzących: znaczy to, że pod względem logicznym doskonale sprawiedliwy nie jest. Co wtedy? Wtedy może już czynić wszystko, co mu się żywnie spodoba, ponieważ, kiedy w logicznym systemie pojawi się jedna, jedyna sprzeczność, to zgodnie z zasadą „ex falso quodlibet” (w dowolnym tłumaczeniu: z błędnego założenia wnioskować można wszystko – K.G.) — można z systemu wywnioskować to, co się komu żywnie spodoba. Inaczej mówiąc: Bóg sprawiedliwy nie może „niebożętom” włosa tknąć na głowie, a jeśli tak czyni, to tym samym nie jest ową wszechstronnie doskonałą i sprawiedliwą istotą, jaką zakłada teodycea.
(...) jak w tym świetle przedstawia się problem czynienia bliźnim zła.
(...) cokolwiek zachodzi tu, jest całkiem pewne; cokolwiek zachodzi „tam” — tj. poza obrębem świata, w wieczności, u Boga, etc. — jest niepewne, jako tylko wnioskowane podług hipotez. Tutaj nie należy zadawać zła, mimo iż zasady niezadawania zła logicznie udowodnić się nie da. Lecz tak samo nie da się dowieść logicznie istnienia świata. Świat istnieje, chociaż mógłby nie istnieć; zło można zadawać, ale nie trzeba tego robić. (...) to wynika z naszej zgody opartej na regule wzajemności; bądź mi, jako ja tobie jestem. Nie ma to nic wspólnego z istnieniem lub z nieistnieniem Boga. Gdybym nie zadawał zła licząc się z tym, że „tam” będę za nie ukarany, albo gdybym wyrządzał dobro licząc „tam” na nagrodę, opieram się na racjach niepewnych. Tutaj jednak nie może być pewniejszej racji od naszego porozumienia w tej sprawie. Jeżeli „tam” są inne racje, nie znam ich z taką dokładnością, z jaką tutaj znam nasze. Żyjąc prowadzimy grę o życie i jesteśmy w niej sojusznikami co do jednego. Tym samym gra jest między nami doskonale symetryczna. Postulując Boga, postulujemy dalszy ciąg gry poza światem. Uważam, że wolno postulować to przedłużenie gry tylko pod warunkiem, iż ono nie wpłynie w żaden sposób na przebieg gry tutaj. W przeciwnym razie dla kogoś, kto być może nie istnieje, poświęcić gotowiśmy to, co istnieje tutaj — na pewno. (...)
(Co wynika z możliwości istnienia Stwórcy? – K.G.)
Nic zgoła. To znaczy: nic w zakresie powinności. Sądzę, że — znów dla wszystkich światów — ważna jest taka zasada: etyka doczesności jest zawsze niezależna od etyki transcendentnego. Znaczy to, że etyka doczesności nie może mieć poza sobą żadnej sankcji, co by ją uprawomocniała. Znaczy to, że ten, kto czyni zło, jest zawsze łotrem, jak ten, kto czyni dobro, jest zawsze sprawiedliwym. Jeżeli ktoś gotów jest służyć Bogu, uznając argumenty na rzecz jego istnienia za dostateczne, nie ma przez to tutaj żadnej naddatkowej zasługi. Jest to jego rzecz. Zasada ta opiera się na założeniu, że jeśli Boga nie ma, to nie ma go ani trochę, a jeśli jest, to jest wszechmocny. Wszechmocny mógłby bowiem stworzyć nie tylko inny świat, ale także inną logikę, nie tę, co jest fundamentem mego rozumowania. Wewnątrz takiej innej logiki hipoteza etyki doczesnej byłaby koniecznie uzależniona od etyki transcendentnego. Wówczas jeśli nie dowody naocznościowe, to dowody logiczne miałyby moc zniewalającą i przymuszałyby do przyjęcia hipotezy Boga pod groźbą grzeszenia przeciwko rozumowi.
(...) być może Bóg nie pragnie sytuacji takiego zniewolenia do wiary w siebie, jaka powstałaby przy nastaniu owej innej logiki (…).
Bóg wszechmocny musi być i wszechwiedny (czyli wszechwiedzący – K.G.); wszechmoc nie jest od wszechwiedzy niezawisła, ponieważ ten, kto wszystko może, ale nie wie, jakie skutki pociągnie za sobą uruchomienie jego wszechmocy, de facto nie jest już wszechmocny; jeśliby Bóg kiedy niekiedy czynił cuda, jak o tym opowiadają, to rzucałoby na jego perfekcję nader dwuznaczne światło, ponieważ cud jest naruszeniem autonomii własnej stworzonego — jako nagła interwencja. Kto atoli produkt kreacji wyreguluje doskonale i z góry zna do końca jego zachowanie, autonomii tej nie ma potrzeby naruszać; jeśli mimo to ją narusza, pozostając wszechwiednym, oznacza to, że nie poprawia bynajmniej swego dzieła (poprawka oznaczać musi wszak niewszechwiedność wstępną), lecz daje cudem znak swojego istnienia. Otóż to jest ułomne logicznie, ponieważ dając takie znaki, wytwarza się wrażenie, jakoby się jednak naprawiało stworzone w jego lokalnych potknięciach. Wówczas bowiem analiza logiczna powstałego obrazu wygląda następująco: stworzone podlega poprawkom, które nie wychodzą z niego, ale przybywają z zewnątrz (z transcendencji, tj. z Boga), a więc należałoby właściwie uczynić cud — normą, czyli stworzone tak udoskonalić, żeby już żadne cuda nigdy więcej nie okazały się potrzebne. Cuda bowiem jako doraźne interwencje nie mogą być tylko znakami Bożej egzystencji: one zawsze przecież oprócz tego, iż objawiają ich Sprawcę, wykazują swych adresatów (są do kogoś tu skierowane pomocnie). Tak więc pod względem logicznym musi być tak oto: albo jest stworzone doskonałe, a wówczas cuda są zbędne, albo są niezbędne, a wówczas ono już doskonałe nie jest na pewno (cudownie czy niecudownie można wszak poprawić to tylko, co jakoś ułomne, bo cud wtrącający się do perfekcji potrafi ją jedynie naruszyć, czyli lokalnie pogorszyć). Inaczej mówiąc, sygnalizować cudami własną obecność to tyle, co używać najgorszego z możliwych logicznie sposobów jej zamanifestowania.
(...) czy Bóg nie może sobie właśnie życzyć alternatywy pomiędzy logiką a wiarą w siebie: może akt wiary powinien być właśnie rezygnacją z logiki na rzecz zupełnego zaufania. (...)
Jeżeli raz jeden przyjmiemy, że rekonstrukcja logiczna czegokolwiek (bytu, teodycei, teogonii itp.) może być wewnętrznie sprzeczna, to jasne jest, iż wówczas da się już udowodnić absolutnie wszystko, czyli to, co się komu żywnie spodoba. Zważcie, jak wygląda rzecz: chodzi o to, by stworzyć kogoś, by obdarować go określoną logiką, a potem żądać złożenia z niej właśnie ofiary na rzecz uwierzenia w Sprawcę wszystkiego. Jeśli ten obraz sam ma pozostać niesprzeczny, domaga się zastosowania jako metalogiki zupełnie innego typu rozumowań aniżeli tych, co są właściwe logice stworzonego. Jeżeli tak nie przejawia się po prostu ułomność Kreatora, to przejawia się cecha, którą bym nazwał nieelegancją matematyczną, swoistą nieporządnością (niekoherencją) stwórczego aktu.
(...) Być może Bóg czyni tak, pragnąc właśnie pozostać niedościgłym dla stworzonego, tj. nierekonstruowalnym podług logiki, jakiej mu dostarczył. Domaga się, jednym słowem, supremacji wiary nad logiką.
(...) Oczywiście jest to możliwe, ale jeśli nawet tak by miało być, fakt, iż wiara okazuje się wówczas nie do pogodzenia z logiką, stwarza wielce niemiły dylemat natury moralnej. Trzeba bowiem w jakimś miejscu rozumowań zawiesić je i oddać prym niejasnemu domysłowi, czyli przełożyć domysł nad logiczną pewność. Ma to być zrobione w imię zaufania bezgranicznego; przez co wchodzimy w circulus vitiosus (błędne koło w rozumowaniu – K.G.), ponieważ istnienie tego, komu tak wypadałoby zaufać, jest skutkiem rozumowań wyjściowo poprawnych logicznie; powstaje logiczna sprzeczność, nabierająca dla niektórych wartości dodatniej, nazywanej tajemnicą Boga. Otóż pod względem czysto konstrukcyjnym jest to rozwiązanie liche, a pod względem moralnym wątpliwe, ponieważ Tajemnica dostatecznie może być ufundowana na nieskończoności (a wszak nieskończonościowy jest charakter bytu), podtrzymywanie jej zaś i wzmacnianie kontradykcją wewnętrzną (sprzecznością wewnętrzną – K.G.) jest ze stanowiska każdego budowniczego perfidne. Rzecznicy teodycei nie zdają sobie na ogół sprawy z tego, że tak jest, ponieważ do pewnych jej części stosują jednak zwyczajną logikę, a do innych już nie; chcę powiedzieć, iż jeśli się wierzy w sprzeczność, należy tym samym wierzyć już tylko w sprzeczność, a nie zarazem jeszcze i w jakowąś niesprzeczność (tj. w logikę) — gdziekolwiek i indziej. Jeśli się jednak zachowuje taki dziwaczny dualizm (doczesność jest zawsze logice podległa, transcendencja tylko fragmentarycznie), to tym samym powstaje obraz stworzenia jako czegoś pod względem poprawności logicznej „łaciatego” i nie można już postulować jego perfekcji. Powstaje w sposób nieuchronny wniosek, że perfekcja to coś takiego, co musi być logicznie łaciate.
(...) czy spójnikiem owych niekoherencji nie może być miłość.
(...) Gdyby i tak miało być nawet, to nie wszelka postać miłości, ale zaślepiająca tylko. Bóg, jeśli jest, jeśli stworzył świat, zezwolił, aby ów świat urządził się, jak umie i zechce. Za to, że Bóg istnieje, nie można mu być wdzięcznym: takie bowiem postawienie sprawy zakłada ustalenie wcześniejsze, iż Bóg może nie istnieć i że to byłoby złe; przesłanka ta prowadzi do innego rodzaju sprzeczności. A więc wdzięczność za akt kreacji? I ta się Bogu nie należy. Zakłada ona bowiem zniewolenie do wiary w to, że być jest na pewno lepiej aniżeli nie być; nie pojmuję, jak by to z kolei można było udowodnić. Temu wszak, kto nie istnieje, nie można wyrządzić ani przysługi, ani krzywdy; a już jeśli Stwarzający dzięki wszechwiedzy wie z góry, że stworzony będzie mu wdzięczny i będzie go miłował, albo że mu będzie niewdzięczny i że będzie go odtrącał, tym samym wytwarza przymus, tyle iż niedostępny bezpośredniemu oglądowi stworzonego. Właśnie dlatego nie należy się Bogu nic: ani miłość, ani nienawiść, ani wdzięczność, ani wypominanie, ani nadzieja nagrody, ani lęk przed karą. Nie należy mu się nic. Kto łaknie uczuć, musi pierwej upewnić ich podmiot w tym, że ponad wszelką wątpliwość istnieje. Miłość może być zdana na domysły co do wzajemności, jaką wzbudza; to zrozumiałe. Ale miłość zdana na domysły co do tego, czy miłowany istnieje, stanowi nonsens. Kto jest wszechmocny, mógł dać pewność. Skoro jej nie dał, jeśli jest, uznał to za zbędne. Czemu zbędne? Nasuwa się domniemanie, że wszechmocny nie jest. Niewszechmocny zasługiwałby prawdziwie na uczucia pokrewne litości, a też i miłości; lecz tego wszak żadna z naszych teodycei nie dopuszcza. A więc powiadamy: służymy sobie i nikomu więcej. <<

Non serviam” ze zbioru „Bezsenność”.

czwartek, 21 marca 2019

Orsk, czyli o niechlujstwie

130319
Przez kilka lat jeździłem w góry drogą numer 3, a dojeżdżałem do niej dwunastką, więc przez Głogów. Jechałem zakolem, ale głównymi drogami, co w zimie nierzadko ma znaczenie. Parę lat temu rozkopano moją drogę, trójkę prowadzącą z północy do Czech przez Jelenią Górę. Całą zimę jeździłem niekończącymi się objazdami, w końcu wybrałem inną drogę, najkrótszą ale boczną, z licznymi zakrętami i skrzyżowaniami. Przed pierwszą jazdą nową trasą dokładnie obejrzałem jej przebieg na googlach, w rezultacie udało mi się dojechać bez przygód. Wracając, a dodam, że w obie strony jeżdżę nocą, więc przy ograniczonej widoczności, dojechałem do skrzyżowania bez drogowskazu. Hmm... chyba w lewo – niejasna myśl w głowie. Skręciłem, i po chwili zobaczyłem drogowskaz, wskazywał na Orsk i Głogów. Nie wiem, gdzie jest Orsk, wiedziałem jednak, że moja droga o numerze 323 nie prowadzi do Głogowa, a do Leszna przez Górę, i na wszystkich wcześniejszych drogowskazach te miasta były wymieniane. Widocznie źle skręciłem, pomyślałem, ale może niejasność wyjaśni się na najbliższym skrzyżowaniu. Po kilku kilometrach znowu pojawił się Orsk, na kolejnym też, ale uparcie jechałem dalej. W końcu na piechotę nie idę, więc 10 czy 20 kilometrów więcej... Kilkanaście kilometrów dalej z tablicy znikł Orsk, a pojawiło się Leszno, byłem więc na dobrej drodze. Tutaj jest pokazana moja trasa.
Później rozszyfrowałem łamigłówkę. Cały czas jechałem swoją drogą, 323, znalazłem nawet tabliczkę z tym numerem przy felernym drogowskazie. Dalej moja droga krzyżuje się z inną, która faktycznie prowadzi do Głogowa. Orsk okazał się być małą wioską leżącą na uboczu, nie przy mojej drodze. Może tam mieszkał ten, który ustalał treści drogowskazów? A dlaczego Głogów, skoro przez to miasto droga 323 nie prowadzi? Wszak – pewnie myślał ten specjalista od zarządzania ruchem drogowym – tą drogą dojedzie się do Głogowa i do Orska, więc treść jest prawidłowa.
Owszem, dojedzie się, ale jadąc tędy dojedzie się też do Warszawy, Suwałk i Ustrzyk Górnych. Dojedzie się też do Pcimia Dolnego pod Kielcami i do setek innych wiosek, czyli po prostu nie można bez niejasności dowolnie wybierać sobie miejscowości do których można dojechać jadąc w określonym kierunku, ani zamieszczać ich nazw na drogowskazie. Na nim jest miejsce wyłącznie na miejscowości leżące przy drodze, na dokładkę wybranych według powszechnie przyjętego klucza.
Tutaj właśnie ujawnia się to, czemu nadałem umowną nazwę orska: niechlujność myślenia i lenistwo.
Powie ktoś, że trzeba wzruszyć ramionami? Staram się tak robić, ale nie potrafię przywyknąć, zbyt poważnie traktując służbowe obowiązki i szanując mienie publiczne, nadto ceniąc poprawność, celowość i logikę. Wszak za nasze pieniądze stawia się drogowskazy po to, żeby wskazywały drogę, a nie żeby pokazywały ignorancję i myślowe upośledzenie inżynierów ruchu drogowego.
Każdy z kierowców zna podobne przykładu absurdów, zapewne niektórzy przekonali się – jak ja – o nieskuteczności interwencji, tutaj chciałem zwrócić uwagę na powszechność orsków nie tylko na drogowskazach.
Ileż ich jest w programach komputerowych! Toż to dżungla poplątanych drogowskazów, w których góra i dół, zamknij i wyłącz, zapisz i skasuj, Leszno i Głogów, często bywają synonimami; to dżungla, w której najprostsze funkcje potrafią być starannie ukryte w labiryncie absurdów i pseudologiki.
Dwa przykłady orsków typu „światło w lodówce”.
Wiadomo, że gdy otworzy się drzwi lodówki, zapali się światło. Po zamknięciu światło gaśnie, po kolejnym otwarciu zapala się i tak w nieskończoność. Ciekawe, kiedy się nie zapali...
Kiedyś zarejestrowałem się na facebooku i coś tam napisałem o sobie. System zapytał, czy ta informacja ma być publiczna, czy prywatna. Kliknąłem przycisk „publiczna”, strona się przeładowała i pojawiło się to samo pytanie. Coś nie zadziałało, pomyślałem, i kliknąłem ponownie. Po chwili zobaczyłem to samo pytanie. Próbowałem jeszcze parokrotnie z zerowym skutkiem, w końcu machnąłem ręką zniechęcony i ostatecznie postawiłem krzyżyk na facebooku.
Kupiłem tani telefon do używania w pracy, jest z funkcją obsługi dwóch kart sim. Włożyłem jedną, w menu odfajkowałem pracę na jednej karcie, ale po wyjściu na ekranie pojawiło się żądanie włożenia drugiej karty. Myśląc o swoim błędzie, wszedłem w menu i ponownie kliknąłem funkcję pracy na jednej karcie. Bez skutku. Jaki miałby być ten skutek? Tak jak na stronie facebooka, tak i tutaj, potwierdzenie przyjęcia polecenia, a tym samym nie bombardowanie mnie przypominaniem o drugiej karcie ani pytaniami, na które już się odpowiedziało.
Ilekroć spojrzę na ekran, widzę na nim żądanie włożenia drugiej karty sim – jakbym zamykał i otwierał lodówkę sprawdzając, kiedy w końcu to światło się nie zapali. Albo kiedy moje oczekiwania zetkną się z zamiarem programisty.
Otwórzcie większość instrukcji obsługi, albo uruchomcie funkcję pomocy w jakimkolwiek programie komputerowym, a znajdziecie orski.
Czasami w niektórych gazetach, częściej na tablicach reklamowych i w internetowych artykułach, orsk objawia się nie tylko niechlujnością językową, ale i orskową logiką.
To, co najbardziej mi przeszkadza w programach komputerowych, to konieczność nagięcia swojej logiki, swoich przyzwyczajeń i oczekiwań, swojego sposobu porządkowania informacji i wyobrażenia komunikacji z urządzeniem, do wymysłów programisty, nieznanej mi osoby, która jakże często ma zupełnie inny bieg skojarzeń i której logika znacznie odbiega od mojej. Tutaj akurat nie wyceniam tych logik, po prostu stwierdzam znaczne między nimi różnice.
Gdy książka mi nie pasuje, nie czytam jej; gdy obraz nie podoba, nie oglądam go, a niepasującej muzyki nie słucham, natomiast zmuszany jestem do ekwilibrystyki umysłowej przez obcą osobą nie mogąc uciec, nie mając wyboru, i jeszcze muszę za to płacić (nie, czasami mam wybór, ale rzadko, nader rzadko).
Takie sytuacje przypominają gwałt na mojej psychice.

* * *
Jeśli już marudzę, powiem o innego rodzaju orska. O wmawianiu konsumentom co jest dobre, modne, nam potrzebne, co mamy kupować, a to na przykładzie baterii do smartfonów.
Na ostatnim wyjeździe w góry prądu w telefonie zabrakło o godzinie 14, mimo że o szóstej bateria była w pełni naładowana. Fakt, korzystałem z urządzenie intensywnie: trochę (może dwa kwadranse) GPS, rozmowa, parę smsów, no i przede wszystkim dużo zdjęć, ale przecież to typowe funkcje smartfona. Codzienną praktyką wielu ludzi jest podładowywanie baterii przy każdej okazji: w domu, w pracy, w samochodzie. Gdy przyjdzie do jego używania tam, gdzie nie ma gniazdek, ludzie zabierają zewnętrzne baterie i kabelki. Parę razy widziałem osoby rozmawiające przez telefon, od którego biegł kabelek do kieszeni – niewątpliwie do power banku.
Nawiasem mówiąc, dlaczego tak powszechnie używamy angielskich zwrotów? Przecież wiele z nich brzmi w naszym języku idiotycznie. Bank mocy – też mi coś! A jak brzmi „czym mogę służyć” w ustach telefonistki firmy chcącej być nowoczesną?...
Mój znajomy jakże słusznie zauważył, że teraz telefony na powrót mają kabelki. Chodziło o podobieństwo do tradycyjnych telefonów: tam kabelek do słuchawki, tutaj do ładowarki.
Słowem: pojemność stosowanych baterii jest ewidentnie za mała, a producenci nadal prześcigają się w produkcji coraz cieńszych telefonów.
Moim pierwszym prawdziwie kieszonkowym telefonem komórkowym była nokia 450, w latach dziewięćdziesiątych obiekt pożądania, a początkowo też przejaw zamożności. Z tyłu telefonu była dopinana na zatrzask bateria, a w sprzedaży były cienkie i grube; niemal wszyscy używali grubych; fakt ten należy podkreślić. Wystawały one z tyłu telefonu, pogrubiały go, ale pozwalały na dłuższe korzystanie bez doładowania. Wymiana baterii trwała parę sekund.
Dlaczego teraz nie produkuje się telefonów z możliwością szybkiej wymiany baterii? Nie znajduję konkretnego powodu, czyli żadnej straty u producentów, a nawet odwrotnie: byłby zysk ze zwiększonej ilości sprzedanych baterii. Za to słyszę i widzę podkreślanie cienkości smartfonów przez siebie produkowanych i zapewnienia, że wszyscy użytkownicy właśnie takich pożądają.
Prosty rachunek wykazuje, iż pogrubienie telefonu o 2 milimetry zwiększyłoby objętość baterii dwukrotnie, a telefon nadal byłby cienki.
Owszem, do garnituru lepszy byłby cieńszy, do małej kobiecej dłoni czy kieszonki z żakiecie też (właściwie to nie wiem, czy żakiety mają kieszonki, a nawet nie wiem, jak wygląda żakiet), ale mając wybór, można byłoby podłączyć cieniutką baterię, albo założyć grubą – w zależności od potrzeby. Pozbawia się nas tego wyboru wmawiając nam, że wyboru już dokonaliśmy: koniecznie chcemy nosić telefony ponownie kabelkowe, a pełni szczęścia zaznamy trzymając milimetrowy telefon z baterią wystarczającą na calutką godzinę użytkowania.
Co to jest, do cholery?
To też jest orsk, tyle że w nieco innej postaci.
* * *

Zostająca w tyle za formalnym wykształceniem umiejętność logicznego myślenia, połączona w nieumiejętnością poprawnego przełożenia myśli na słowa, także nachalne urabianie klientów przez wielkie korporacje, stają się znakami naszych czasów.
Porusza mną powszechna akceptacja tego stanu rzeczy.

czwartek, 14 marca 2019

O drzewach

100319
Chełmy na kaczawskim pogórzu.
Wieś Grobla, Wąwóz Grobla, Wądolno, wieś Siedmica, Piekiełko, góry Nad Groblą i Grabowa, wieś Grobla.

Otworzyłem encyklopedię na jednej z zakładek i pod hasłem „Nad Groblą” przeczytałem o skalnym wąwozie, o jednym z nielicznych w kraju skupisku jarząbu brekinii, kolejnym Wądolnie (nazwy w moich górach często się powtarzają), o świerku metrowej średnicy, dębie i modrzewiach. Wspomniałem nieodległe skupisko dużych daglezji i plan wędrówki miałem gotowy.
Tylko jak ten jarząb wygląda? Obejrzałem zdjęcia w internecie, konkretnymi wskazówkami były ciemne obwódki na pąkach i kształt liści, kora natomiast na małych zdjęciach była bardzo podobna do kory olsz. Cóż, znajdę albo nie, ale same poszukiwania mogą być ciekawą przygodą. Pojechałem do Grobli, małej wioski na końcu wąziutkiej szosy. Wśród zalesionych wzgórz ukrywa się garść domów, mały ale ładnie odnowiony pałac i takiż kościółek. Za budką przystanku znalazłem jedyne miejsce na samochód i tuż po szóstej ruszyłem zielonym szlakiem w stronę Wąwozu Grobla.
Droga wiedzie podnóżem góry Nad Groblą. Jej zbocza są strome, a w wielu miejscach sterczą z nich skały. Gdy nad pierwszymi mijanymi zobaczyłem następne, siedzące wyżej na stoku, skręciłem tam i ruszyłem pod górę. Tylko, kawałek, na zwiady i dla przyjrzenia się dalszym skałom – mówiłem sobie – wszak cały plan to szwendanie się po okolicy. Znalazłem tam daglezję mającą równo metr średnicy, największą z widzianych, a po dzisiejszym dniu znam w tej okolicy kilkadziesiąt sporych drzew tego gatunku. Średnicę podaję dokładną, ponieważ wiedząc o dużych drzewach, wziąłem miarę. 

Schodząc tą samą drogą nachyliłem się pod niską gałęzią i spojrzałem na pień, a wtedy nagle wspomniałem Ustronie Morskie. To było tak niespodziewane, że zatrzymałem się i przyjrzałem drzewu. Osadzenie konaru w pniu, pewne szczegóły pękania kory, przypominały znany mi właśnie z Ustronia jarząb szwedzki, od kilkunastu lat tam oglądany w czasie wakacji.
Dopiero wczoraj dowiedziałem się o istnieniu brekinii, i co prawda obejrzałem zdjęcia, ale przecież wiadomo, że na ich podstawie nie nauczy się bezbłędnie rozpoznawać drzew, potrzebne jest ich oglądanie, wprawa nabywana praktyką. Akurat to drzewko było niskie, miałem więc możliwość obejrzenia pąków. Ciemne obwódki były, kolor gałązek też się zgadzał. Obejrzałem kilka liści, były dokładnie takie, jak na zdjęciach. Teraz już nie miałem wątpliwości: znalazłem pierwszy jarząb brekinia.


Jak łatwo o przeoczenie! Wszak tą samą drogą szedłem pod górę i drzewa nie zauważyłem, ale że encyklopedia wspomina o siedmiuset okazach, mam szansę znaleźć inne.
Poszedłem dalej z stronę Wądolna. Podoba mi się ukształtowanie terenu w formie jaru, wąwozu i dolinki, zwłaszcza gdy dnem płynie strumień, a to miejsce kusiło jeszcze spodziewaną pustką, ciszą i wielkim świerkiem. Jednakże niewiele dalej wspomnienie chwili sprzed roku czy dwóch kazało mi zboczyć ze szlaku. W pobliżu, po drugiej stronie strumienia, rosły wtedy liczne śnieżyce wiosenne. Powinny już kwitnąć, pomyślałem skręcając ku brodowi. Popatrzyłem na wezbraną wodę, pomacałem kijem, i stwierdziwszy, że to kiepski bród skoro głęboki, poszedłem szukać swojego. Przejście było balansowaniem na śliskich kamieniach, ale udało mi się nie zażyć kąpieli. Kwiatów było dużo – jak wtedy. Delikatne, młode piękno wśród szarych i brązowych badyli, nowe życie między resztkami zeszłorocznego istnienia. Udało mi się wysłać jedno zdjęcie córce w prezencie, na dobry początek dnia.

Szlak dalej wiódł podnóżem góry Nad Groblą, a na skałach, między nimi, ponad nimi, rosną drzewa. Czasami w bardzo dziwnych miejscach, które nigdy nie byłyby wybrane, gdyby istniała możliwość wyboru.
Czasami uświadamiam sobie skutki tego oczywistego przecież faktu: przypadek wybiera miejsce życia dla drzewa, a ono samo może tylko próbować wyrosnąć i żyć w tym miejscu. Widziałem dzisiaj drzewa rosnące na niemal pionowej ścianie, widziałem stojące na długich korzeniach szukających oparcia kilka metrów niżej, widziałem drzewo dosłownie wiszące w powietrzu obok skalnego uskoku, w który wczepiło się korzeniami.



Niewielka polanka, głęboki cień, dzisiaj właściwie półmrok pod świerkami, a nieco z boku, nie bratając się z drobiazgiem, stał świerk, o którym pisano w encyklopedii. Zmierzyłem mu obwód, wynosi 310, może 315 centymetrów na wysokości piersi, czyli drzewo ma metr średnicy. Dwoje dorosłych ludzi musiałoby wyciągać ramiona chcąc go objąć. Stałem przy nim z zadartą głową dając się czarować temu wiekowemu, jakże tajemniczemu życiu. Niech rośnie. Niech zobaczy jeszcze moich dalekich potomków, a w odległej przyszłości skończy życie jako największy świerk naszych lasów.
Ma na to szansę, ponieważ do pnia przybita jest tabliczka oznaczająca pomnik przyrody, co w praktyce oznacza gwarancję nietykalności.

Za drzewem zaczynało się Wądolno. Typowym wądołem nie jest, to raczej dolinka ze strumieniem, podobnie jak drugie kaczawskie Wądolno, to ze strumieniem Starucha. Strumień dodaje urody dolince, jej samej brakuje zieleni. Zbocza i dno zasypane są starym igliwiem i dzisiaj, w chmurny dzień, były przygaszone, zwłaszcza z powodu choroby świerków: niemal wszystkie usychają. Kiedyś oblicze tego miejsca odmieni się, zapewne znacznie, ale wiele lat musi upłynąć. Wyszedłem na polanę i odszukałem źródło strumienia. Urodziwe nie jest, woda powoli wycieka z ziemi, miejscami tworząc podmokłe, czarne miejsca, dopiero sporo niżej przybiera tak ładny kształt strumyka i wydając radosny dźwięk podąża w otwierające się przed nim Wądolno.


Chciałem wrócić po śladach, ale i chciałem pójść drogą kończącą się blisko wioski Siedmica; jest tam na mapie zaznaczony dąb, a przecież dzień ten miał być drzewom poświęcony. Poszedłem zakolem, i mimo wypatrywania, dębu nie znalazłem. Może i jest w nieco innym miejscu niż zaznaczone, a może twórcy mapy pomylili się, jak to mają w zwyczaju, ponieważ w miejscu dębu rośnie lipa. Prawdopodobnie największa z widzianych; myślę o tej z mosińskiego parku, ale raczej jest mniejsza. Ta lipa rośnie na uskoku, a gdy stałem po niższej stronie, jej korzenie miałem na wysokości piersi. Były monstrualne, przy ziemi pień miał około dwa metry. Świerk z Wądolna mimo swojej średnicy nie zapiera się o ziemię tak wielkimi korzeniami, jak ta lipa. Szukałem nasion, ponieważ po ich wyglądzie najłatwiej mi rozpoznać odmianę, ale nie znalazłem, natomiast lotki wyglądały jak lipy drobnolistnej. 


Odchodząc, spojrzałem za siebie: lipa górowała nad innymi drzewami. Trzy razy widziałem dzisiaj górowanie odwiedzanych drzew nad innymi. Poza tą lipą były daglezje w Piekiełku i na szczycie Nad Groblą.
Zboczyłem ku Piekiełku właśnie dla tych drzew. W obrębie kilku dziesiątków kroków rośnie ich tam przynajmniej dwadzieścia, na zdjęciu niżej naliczyłem ich dziewięć czy dziesięć. Wszystkie są spore, jednak najgrubsza z tej grupy jest nieco mniejsza od widzianej rano, mierząc 90 centymetrów średnicy. Chodząc między tymi drzewami zauważyłem dziwne, chyba tylko dla tego gatunku charakterystyczne, oddzielanie się grubych płatów kory od pnia. Na zdjęciach widać też cechę dla mnie bardzo charakterystyczną daglezji: bursztynowy kolor kory na dnie pęknięć. 


Piekiełko nazywa się akuratnie, ponieważ piekła tam nie ma, nawet piekiełko jest udawane. Dnem wąwozu płynie ładny, uśmiechnięty strumyczek, któremu nawet zwaliska drzew urody nie odbierają. Parę godzin później wróciła do mnie myśl o tej nazwie. Otóż na zboczu Nad Groblą znalazłem starą, od dawna nieużywaną drogę wygodnie trawersującą dość strome zbocza. Tam właśnie było jak na drodze ku piekłu: szare drzewa, szara i czarna ziemia, szaroczarne omszałe skały i szarobrązowe liście. Zgaszony, smutny świat na drodze ku czeluściom podziemia. 


Przy Piekiełku siedziałem pod największą daglezją, i oglądając mapę wspominałem informacje przeczytane w encyklopedii. Nie pamiętałem całej notki, ale coś mi nie pasowało. W końcu włączyłem GPS, jak zwykle trochę się mordowałem żeby wśród nieznanych mi ikonek znaleźć właściwe (ot, trudność osoby nawykłej to liter, nie symboli), w końcu znalazłem potwierdzenie: wzgórze Nad Groblą nie jest tam, gdzie zaznaczone jest na mapie, a tam, gdzie zielone litery rezerwatu i moje niebieskie koło trasy. Odległość wynosi nieco ponad kilometr. Dla wydawcy to drobnostka – jeden błąd w tą czy w tamtą stronę...
Wyszedłem na otwartą przestrzeń i przed sobą zobaczyłem zmierzwioną czuprynę wzgórza Nad Groblą. Nie wybierając drogi poszedłem na przełaj, doszedłem do podnóża i wszedłem między drzewa, ostro pod górę. Nieco wyżej stromizna zmalała, a ja rozejrzałem się za jarząbami brekinia, drzewami, dla których ustanowiono tutaj rezerwat.
Dziwne to było wędrowanie. Chodziłem od drzewa do drzewa patrząc na nie. Ładny tam jest las: widny, niezachwaszczony, na sporych nachyleniach, jednak łagodniejących bliżej szczytu. Przeważają dęby i graby (a widziałem dziesięciopienny!), sporo jest lip, tu i tam świerk, jawor czy buk, no i oczywiście jarząb brekinia. 




Znalazłem ich sporo, nauczywszy się rozpoznawać młodsze i średnie okazy. Encyklopedia informuje o największym jarząbie mającym blisko 2 metry obwodu i określa go jako jeden z największych w kraju, ale tego osobnika nie znalazłem. Zbocza są rozległe, lasy zajmują kilkadziesiąt hektarów, ale mimo wszystko mogłem przechodzić obok niego nie rozpoznając. Inaczej wyglądają pnie drzew młodych, inaczej średniej wielkości, a te największe mogą mieć jeszcze inny wygląd. Rosnąc w zwarciu, drzewa są wysokie, nie miałem szans obejrzeć pąków, mogłem tylko przyglądać się pniom. Liście? Jak zwykle głównie dębowe. Młode brekinie mają cienką, gładką skórkę podobną do czereśniowej. Starszym ta skórka pęka w bardzo charakterystyczny sposób, co starałem się pokazać na zdjęciach. Na czereśniach też jest rozrywana pęczniejącym pniem, ale w zupełnie inny sposób.
Jeszcze tydzień temu nie wiedziałem o istnieniu brekinii, teraz jako tako rozpoznaję to rzadkie u nas drzewo i cieszę się z ustanowienia rezerwatu na terenie ich siedliska.
To tylko zwykłe drzewa, nic się nie zmieni, gdy ich zabraknie – może ktoś pomyśleć. Może się i nie zmieni, chociaż pewności nie mamy wobec istnienia ogromnej ilości różnorakich zależności, jednak powód istnienia rezerwatu i mojej radości jest inny: my, ludzie, musimy dbać o życie na Ziemi, także o jego różnorodność. Jesteśmy to winni Gai, matki nas wszystkich – zwierząt i roślin – za te niezliczone gatunki wytępione przez nas, czasami z premedytacją i bez presji przymusu; winni jesteśmy opiekę także przez wzgląd na naszych potomków, aby żyli na Ziemi jak najmniej zubożonej; winni jesteśmy także tym niepokaźnym i nieznanym jarząbom, ponieważ w ciągu niewyobrażalnie długiego czasu wykształciły się jako odmienny gatunek, znalazły dla siebie miejsce i żyją. W znacznej mierze od nas zależy, czy ich jedyny w swoim rodzaju (jak każdego gatunku) przepis na życie, ich łańcuch pokoleń rozciągnięty od przeszłości odległej o setki tysięcy i miliony lat do teraz, czy istnieć będzie nadal i rozciągnie się w odległą przyszłość.

Na niższym szczycie rośnie grupa daglezji. Jedną widziałem złamaną, drugą opartą o sąsiada, parę pochylonych. Za dużo wiatrów, za mało ziemi dla takich wysokich kolosów.
Z daleka uwagę zwróciły zielone liście - drzewo w uścisku ogromnego bluszczu. 




Mówi się o nieszkodliwości bluszczów, ponieważ one tylko wspierają się na drzewie, a system korzeniowy mają swój, ale to nieprawda. Wielkie bluszcze duszą drzewo, co wielokroć widziałem w UK. Spójrzcie na te kosmate, paskudne ramiona, jak obejmują drzewo i zaciskają się na nim. To nie jest miłosny uścisk, a morderczy. Kiedyś dotykałem konarów bluszczu, są włochate, ostre, ohydne, a tak mocno się trzymają, że nawet gałązkę o średnicy ołówka trudno oderwać. Drzewo-nosiciel ma jedynie kilka górnych konarów, tylko one wystają ponad zielony gąszcz liści bluszczu. Owszem, ta roślina ma swoje korzenie, ale są one tuż przy korzeniach drzewa, a tym samym odbierają wodę i składniki odżywcze, ponieważ tych nigdy nie ma w przyrodzie w ilościach nieograniczonych. Nie ma zwłaszcza na zboczu góry, gdzie ziemi jest na pół szpadla albo i mniej. Liście bluszczu zasłaniają życiodajne słońce, wszak dlatego drzewo pozbywa się gałęzi nieprzydatnych, czyli nieprowadzących fotosyntezy. Bluszcz, zwłaszcza tak duży jak ten, obciąża drzewo swoim ciężarem. Gdy wieją wiatry, siła ich działania jest znacznie większa, a wszystko razem prowadzi do stopniowego obumierania drzewa i w końcu jego usychania lub złamania.
To moje obserwacje i wnioski, nie przeczytane w internecie, a zwykłem opierać się pierwej na wnioskach ze swoich obserwacji.
Gapiąc się na drzewa, a pod nogi patrząc tylko tyle ile konieczne, nie rozglądałem się wcale, więc gdy minąłem szczyt góry i trzeba mi było zawracać, niezbyt wiedziałem gdzie jestem. Na wyczucie wybrałem kierunek, a po paruset metrach, widząc drzewo z bluszczem, wiedziałem, że koło zatoczyłem dobrze.
Wróciłem na poznaną drogę i poszedłem nią; gdzie mnie zaprowadzi? Zaprowadziła w miejsce poznane rano, tam, gdzie rośnie pierwszy poznany jarząb. Do zmierzchu było trzy godziny, stanowczo za wcześnie na koniec wędrówki. Poszedłem czerwonym szlakiem, tak właściwie na ślepo. Poszedłem mając czas. Gdy wyszedłem z lasu, zobaczyłem krawędź Chełmów, a w oddali bezkresną równinę. Po lewej stały w rzędzie wzgórza ciągnące się od poznanego Nad Groblą aż do Radogostu. Na pierwszym i ostatnim byłem, na pozostałych nie, a skoro lasy są tutaj tak ładne, może warto byłoby kiedyś przejść tą trasę?
Zawróciłem, a widząc w lesie ładną drogę pod górę, skręciłem i tym sposobem wszedłem na Grabową.
Na Sośniaku rosną buki, na Bukowince świerki, a na Grabowej niemal wyłącznie dęby. Co prawda wydaje mi się, że miejscowi tę górę nazywają Dębową, co byłoby słuszne. Cóż tam jest ładnego? Poza ładnym lasem niewiele: na szczycie, między drzewami, ze sporej wysokości górki, widać odległe wzgórza. Na Grabową poszedłem mając możliwość bycia tam, gdzie jeszcze nie byłem; poszedłem chcąc iść.
Z powodu pogody, o wyjeździe myślałem bez entuzjazmu, dopiero informacje o drzewach obudziły mój zapał. Ma padać i wiać, ale co tam! – myślałem wtedy. Padało od południa do wieczora z przerwami, ale nieobficie. Deszcz nie przeszkodził mi w łażeniu, chociaż przeszkadzał w patrzeniu na konary drzew.
Czy produkuje się okulary z wycieraczkami?
Moja chęć powrotu tam i przejścia bezdrożem długiego masywu leśnego, najlepiej świadczy o urodzie poznanej okolicy.