Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 25 października 2017

Rudawskie skały


221017
Rudawy Janowickie.
Ze wsi Strużnica szlakiem rowerowym do grupy skał skupionych wokół Kiklopa, następnie ścieżki wokół Piekliska, Starościńskie Skały, Strużnickie Skały, a powrót żółtym szlakiem.

Janek może zarabiać jako zaklinacz deszczu: jak i na poprzednim naszym wyjeździe, jechaliśmy z włączonymi wycieraczkami. Gdy po przyjeździe wyłączyłem silnik, usłyszałem werbel kropli o dach, padało nieźle. Przyznam, że nie chciało mi się wychodzić, zwlekałem kilka minut, nim sięgnąłem po plecak. Nie zdążyłem założyć peleryny, a wiatrówka już zdążyła ściemnieć, zmoczona, ale gdy w końcu poszliśmy, deszcz okazał się niezbyt dokuczliwy.
W czasie naszej poprzedniej wędrówki tymi górami, na przedwiośniu, Janek wspomniał o skale wyjątkowo kształtnej i wysokiej, a wyglądem kojarzącej się wielu z… powiem tylko, że nie bez powodu skałę nazwano Enisem; jej odszukanie stało się osią planu dzisiejszego dnia. 


Wobec rozległości Gór Kaczawskich, Rudawy są malutkim pasemkiem, nie większym do kaczawskich Gór Ołowianych, dlatego zatoczona pętla raczej nie miała dziesięciu kilometrów, chociaż gdyby wyprostować liczne nasze dreptania wokół głazisk z zadartą głową, zapewne byłaby sporo większa. Trasa okazała się duża, jeśli mierzyć ją ilością obejrzanych skał i wydanych okrzyków zdumienia, oszołomienia lub radości. Właśnie tak: radości, ponieważ obcowanie z naturą i oglądanie jej wyjątkowo ładnych dzieł budzi w człowieku radość. Fakt ten jest zdumiewający i wiele mówiący o naszych duchowych potrzebach.
Zaskakujące formy skał, o których nie raz myślałem, że mają swoje ukryte i niepojęte dla nas życie; górski las zadziwiający rozmaitością życia, kształtów, zapachów i kontrastów; jesień nadal oszałamiająca paletą barw – to wszystko wpływa ożywczo na działanie mojego zmysłu estetycznego przytępionego przebywaniem w betonowym mrowisku ludzkim. Obcując z pięknem, duch wyzwala się z pęt narzuconych cywilizacyjnymi koniecznościami i wznosi się w radosnym locie ku słońcu – rzadkość skłaniająca mnie ku górom.
Kształty skał bywają tam zaskakujące, Enis nie jest wyjątkiem, wszak wystarczy przyjrzeć się uważniej, by w wielu skałach dostrzec podobieństwa do elementów innego świata. Ot, skalny most – nie ten z wielkiej litery, a inny, niewielki most łączący dwie grupy skał osiadłych na zboczu Lwiej Góry w pobliżu Piekliska: równa płyta skalna wisi zaklinowana tak niepewnie, że odczuwałem emocje przechodząc pod nią, by z drugiej strony spróbować znaleźć wytłumaczenie jej zawieszenia tutaj, a nie leżenia kilka metrów niżej, na dnie.




 Ten most, jak chyba wszystkie naturalne mosty, jest materialnym urzeczywistnieniem nieprawdopodobieństwa; patrząc na niego, bezwiednie zadawałem sobie pytania, jakim cudem tak się te kamienie ułożyły, że nie leżą na dole. Obok, wśród zielonych od mchu głazów, rośnie buk, którego liście mogłyby służyć jako wzory najpiękniejszych odcieni żółci, czerwieni i brązów. Wiele razy w ciągu tego dnia patrzyłem na sąsiedztwo szarych skał i kolorowych liści, martwej materii tkwiącej tam od tysiącleci i liści pięknych kolorami przez ledwie kilkanaście dni. 


Oto spotkanie niemal wieczności z chwilą, szarości z kolorami, życia z trwaniem. Uroku dodaje świadomość większej trwałości życia nad obojętną twardość kamieni: kiedyś przyjdzie czas, gdy te skały rozsypią się, a drzewa nadal będą przyciągać wzrok swoimi jesiennymi kolorami.
Widzieliśmy i dal, ale już późnojesienną, zamgloną, niewyraźną. Patrzy się na ledwie widoczne zarysy dalekich gór odczuwając tak silną tęsknotę za słońcem, jakby nie widziało się naszej gwiazdy przez miesiące. Jednak tak odmieniona, dal nie zatraca głównej swojej cechy: wołania ku horyzontowi. Czasami, patrząc na niebieskie zbocza Karkonoszy, liczę czas i kilometry zastanawiając się, czy do zmroku dojdę do tych grzbietów, które stąd są linią horyzontu. Wiem, że nie pójdę tam, ale liczę.
Pieklisko jest starym, wiele lat temu opuszczonym kamieniołomem. Czynna kopalnia kamieni jest raną góry, czasami dramatycznie wielką i głęboką, jej widok razi zmysły, ona nie pasuje w tym miejcu, jest gwałtem na górze. Jednak natura szybko leczy swoje rany: oto po upływie dziesięcioleci rana zamienia się w ładne, a nawet urokliwe miejsce pełne tajemniczych zakamarków, jeśli tylko nie zostały tam ludzkie budowle lub ich resztki. To właśnie dzieje się w Pieklisku, na które składają trzy głębokie studnie o niemal pionowych ścianach. Trzy znalezione przeze mnie, może jest ich więcej. Najwyraźniej kamień dobywano tam zagłębiając się, a nie powiększając obszar wydobycia, ale dzięki temu mamy malownicze urozmaicenie górskiego stoku. Całość obejrzeć można dokładnie ze ścieżek wiodących krawędziami urwisk, ale przy odrobinie ostrożności można zejść i na dno, a te jest ciemne i zalane wodą, która wydaje się zimna i bezdenna. Na górze natomiast brzózki rosnące w szczelinach skał chwalą się kolorami swoich liści, świeci słońce, a na dalekim horyzoncie widać Śnieżkę.



Starościńskie Skały są dużą i bardzo efektowną grupą skał na Lwiej Górze. Na najwyższą prowadzą wykute schody, a ze szczytu zabezpieczonego barierką rozpościera się widok niemal panoramiczny. Za mną stały wysokie szczyty rudawskie z najwyższym i najmasywniejszym Skalnikiem, z jednego boku Sokoliki, z drugiego wylot Kotliny Jeleniogórskiej, ale mój wzrok przyciągały szczyty Gór Kaczawskich, dobrze stamtąd widoczne. Z rozpoznaniem największych poszło mi nieźle, ale z drobiazgiem już nie. Inne miejsce oglądu zmieniają wygląd gór, ale i swoje robi perspektywa. Widzenie z dużej odległości nie tylko pozbawia gór szczegółów i wysokości, ale i przemieszcza je każąc ustawić się w sąsiedztwie nietypowym, niespotykanym z bliska.
Wśród fantazyjnych form skalnych zwraca uwaga wysoka, podcięta dołem skała przypominająca maczugę górskiego trolla. 






W Górach Stołowych jest podobna, ukryta w lesie poza szlakiem. Patrząc na starościńską maczugę, wspomniałem tamtą:
– Czy trafię do niej? Powinienem to sprawdzić – pomyślałem i poczułem pragnienie odwiedzenia tych gór.
Wędrówki z Jankiem mają smak pieczonego kurczaka, którym tradycyjnie częstuje mnie mój towarzysz. Dzisiaj dla odmiany on spróbował mojej nietypowej herbaty. Otóż zapomniałem kupić czarną herbatę chińską, moją ulubioną, więc do termosu wsypałem zawartość dwóch torebek miętowej, tylko taką znalazłem, no i tradycyjnie dodałem soku malinowego. Cóż, doświadczenie smakowe było ciekawe, ale herbata nie straciła swojej zdolności rozgrzewania.
Na szlaku spotkaliśmy dwie panie, w czasie rozmowy jedna z nich powiedziała, że czytała w internecie tekst Gduli o górach. Przyznam, że było to dla mnie miłe zaskoczenie.
W Górach Kaczawskich Janek czasami nazywa mnie cicerone, w Rudawach on nim jest, nadal lepiej znając ich ścieżki ode mnie. Jednak ostrzegam, Janku: do czasu! :-)








piątek, 20 października 2017

Samochód a uczciwość


191017

Po raz trzeci oddałem samochód do naprawy hamulców z tyłu. Trzy razy naprawiano mi zapalanie silnika, którego trzeba trzymać na rozruchu kilka sekund nim się odezwie. Za każdą naprawę sporo płaciłem, po każdej odmawiano mi przyjęcia samochodu do ponownej naprawy w ramach reklamacji. Ostatnio usłyszałem, że „ten typ tak ma, nigdy nie będzie zapalał od razu, bo taka jego konstrukcja”, czyli usłyszałem bezczelne kłamstwo, zwykłą drwinę człowieka, który po prostu oszukał mnie, biorąc pieniądze za byle jak wykonaną pracę. Albo i nie wykonaną wcale, bo czasami mam takie podejrzenia. Ostatnio zadaję sobie pytanie, czy z taką ilością oszukanych napraw tylko ja mam do czynienia, czy taka jest krajowa norma. Wydaje mi się, że swoje robi obca, to znaczy z drugiego końca Polski, rejestracja mojego samochodu. Sposób myślenia mechanika może być taki: „jest przejazdem, moim stałym klientem nie będzie, więc można go naciągnąć”. Analizując dalej sytuacje, doszedłem nie tylko do pewnych wniosków ogólnych, ale i do mojej winy, o ile można mówić o winie tutaj. Otóż w rozmowie jestem zbyt cichy, zbyt ugodowy, nie chcę urazić rozmówcy wyrażonym podejrzeniem czy niechby swoją niepewnością uczciwości, jak ognia unikam nieporozumień, sprzeczek, sytuacji nerwowych, a taka postawa traktowana jest jako zachęta do oszukania. Już ten jeden fakt bardzo dużo mówi mi o ludziach.

Gdy próbowałem wybadać kolegów z pracy, okazało się, że wszyscy oni mają bardzo dobrych i bardzo tanich mechaników, ale też wiem, że w istocie znaczy to tyle, co powiedzenie, iż ich nikt nie oszuka, albo wstyd przyznania się do bycia oszukanym. Przy okazji powiem o spokrewnionej ciekawostce. Otóż moje samochody zawsze bardzo dużo paliły w stosunku do takich samych lub podobnych samochodów znajomych. Moja mała angielska micra paliła 7 l na setkę, a duże samochody tamtych palą pięć, góra sześć. Ciekawe…

Podobnie jest z zakupem części czy z kosztami napraw – tamci mają szczęście kupować i naprawiać wyjątkowo tanio. Ciekawe…



Wiele razy widziałem „szykowanie” pojazdu do sprzedaży: zamieniane są dobre podzespoły na wadliwe, a bywa, że maszyna jest najzwyczajniej szabrowana. To, co szokuje mnie najbardziej, to uznawanie przez wielu ludzi takich praktyk za normalne. Nikomu z nich nie przyjdzie do głowy już nawet nie krycie się z tym procederem, ale nawet zwykłe zmieszanie, czy zaprzeczanie, gdy zobaczy się ich przy takim zajęciu. Wprost, bez cienia skrępowania, mówią o szykowaniu się do oszukania innego człowieka. Normą stały się swoiste podchody między sprzedającym a kupującym. Pierwszy ukrywa fakty, oszukuje, drugi wie, że pierwszy tak robi, więc próbuje dociec stanu faktycznego, na przykład biorąc ze sobą znajomego mechanika, ale – co bardzo dla mnie dziwne – nie ma za złe, ani nie potępia sprzedającego. W moim pojmowaniu w ten sposób akceptuje stan rzeczy, czyli i samo oszukiwanie.

– Ty mnie teraz próbujesz naciągnąć, ale później ja będę tak robić wobec innego człowieka, i rachunek się wyrówna – zdaje się myśleć kupujący, a już na pewno według tego schematu postępuje. Tę okropność, tę paranoję, ludzie przywykli traktować jak coś zwykłego, normalnego!

Nikt już nie uwzględnia stanu licznika, bo wszyscy wiedzą, że w każdym samochodzie jest cofany, ale też nie widziałem oburzenia z powodu takich praktyk. Doprawdy, nie wiem, czy łatwiej niż mnie jest ludziom akceptować paskudny status quo, czy może po prostu uznają prawo sprzedających do cofania licznika, ponieważ i oni zlecają takie odmłodzenie swojego samochodu.

Czasami, gdy zdarzy mi się wyjawić swoją dezaprobatę, widzę wzruszenie ramion i słyszę słowa, które w ich rozumieniu wszystko wyjaśniają, a ich rozgrzeszają: „wszyscy tak robią, to i ja”. Otóż nie jest to żaden powód i nawet odrobinę nie rozgrzesza. Dobro czy zło czynu, to znaczy jego ocena, nie jest i nie może być skorelowana z częstością jego występowania. Oszustwo pozostaje oszustwem także wtedy, gdy wszyscy oszukują. Oszukanie jest czynem niemoralnym. Tę oczywistą konstatację chciałem tutaj podkreślić, jako że faktu oszukania na ogół nie wiąże się w moralnością. Człowiek niemoralny jest człowiekiem niegodnym, a więc nie zasługującym na szacunek i na kontakt z nim.

Właściwie jest jeszcze gorzej, ponieważ coraz częściej w oszukaniu innego człowieka dla pieniędzy, nie dostrzega się nic nagannego, a przeciwnie – dobrego. Mówi się, lub myśli, o takich ludziach jako o sprytnych, mających głowę do interesu, potrafiących zarobić, natomiast w oszukanych widzi się zwykłych głupków. Dlaczego tak jest? – zastanawiałem się. Wydaje mi się, że to rezultat przewrócenia ocen: obecnie mniejszym wstydem (o ile w ogóle bywa odczuwany) jest oszukanie, niż bycie oszukanym. Łatwiej się ludziom przyznać do oszukania, niż do „frajerstwa”. Podobnie jest, nota bene, z przyznaniem się do nienawiści i miłości.



Coraz trudniej mi z takimi ludźmi i z ich światem, coraz bardziej mi nie po drodze z nimi. Ich systemy wartościowania i oceniania, a coraz częściej i oni sami, napawają mnie obrzydzeniem, budzą odruch ucieczki, albo przynajmniej omijania ich szerokim łukiem. Liczę miesiące do emerytury, w której upatruję sposobu na odizolowanie się od świata coraz bardziej mi obcego.

Samochód sprzedam nie tylko dla uniknięcia kontaktu z mechanikami, ale i z powodu braku możliwości jego utrzymania, schowam się w słowach, a wędrować będę tam, gdzie ludzi będzie mało.



Na koniec coś z lekka humorystycznego. To wyjątek z mojego słownika, który jest gdzieś tutaj, czyli na blogu, opublikowany. Wklejam fragment związany z samochodami.



– w.

Czy można przekręcić znaczenie najprostszego, bo jednoliterowego słowa? Można, a pokazali to niektórzy miłośnicy motoryzacji. Samochód może być w garażu, w rzece, ostatecznie w naprawie, a nawet ktoś może mieć samochód w d… Owszem, ale to nie wszystko. Otóż okazuje się, że samochód można mieć jeszcze w metaliku, w skórze, w diesel’u , można też mieć go w benzynie. Jakim sposobem? Nie wiem. Nie wiedzą tego też ludzie mający samochód w metalicznie skórzanej diesel’owskiej benzynie, ale wiedzą, że można, bo oni tak mają.
I już.


Jeśli już zmieniłem temat, dodam nową perełkę. Kilka dni temu kupiłem jajka w tekturowym pudełeczku. Na etykiecie wielkimi literami wydrukowana jest informacja, iż są to jaja wielozbożowe.

Jaja ktoś sobie robi.

Tylko patrzeć, jak będziemy kupować wieprzowinę ziemniaczaną lub otrębową, a wołowinę będziemy mieć do wyboru kiszonkową lub trawową.



Dopisek z dnia 231017

Z powodu braku czasu utarł się u mnie zwyczaj czytania książek w czasie jedzenia i w czasie przerwy w pracy. Niewiele tych minut lektury, może razem pół godziny, ale niejedną książkę w ten sposób przeczytałem. Ostatnią była „Miłość i nienawiść” Irenausa Eibl-Eibesfeldt’a. Rzecz jest z zakresu etologii, autor próbuje dojść najgłębszych przyczyn istnienia w nas agresji i nienawiści, ale też i miłości. Tak, pisałem już o tej pracy, ale tutaj chciałem zamieścić parę krótkich cytatów, ponieważ są związane z tematem mojego tekstu. Analizując czynniki utrudniające dobre stosunki międzyludzkie, autor wskazuje jedną z przyczyn:



„Rozwój od związku zindywidualizowanego do anonimowego społeczeństwa masowego, wobec którego jesteśmy niedostatecznie wyposażeni emocjonalnie.”



Hmm – zastanawiałem się – o jakie wyposażenie chodzi. Czego nam brakuje? W czym trudność? Gdy poznałem wyjaśnienia, zrozumiałem, że znając tylko jedno środowisko, te, które mnie i nas wszystkich otacza, nie mam możliwości zauważenia i docenienia różnic, zwłaszcza przy niedostatecznej wiedzy. Dalej Irenaus E-E. pisze wprost:



„W stosunku do obcych w żadnym razie nie czujemy tak silnych więzi jak w stosunku do znajomych i znaczą oni dla nas mniej, a nasza agresywność wobec nich ma słabsze hamulce.”

(…) Przede wszystkim w anonimowych zbiorowiskach czujemy się znacznie mniej związani z obcymi ludźmi niż z naszymi znajomymi: wobec obcych zachowujemy się znacznie mniej uprzejmie. Sprzeczki z nimi przebiegają w znacznie ostrzejszej formie, co szczególnie wyraźnie przejawia się w pięciu się do wyższych rang.”



Ależ tak, krzyknąłem! Te właśnie nasze cechy, a są one uwarunkowane genetycznie, nie kulturowo, są wspomnianym wyżej naszym niedostatecznym wyposażeniem emocjonalnym.

W posłowiu autor wraca do tego tematu:



„Lęk i nieufność dawniej panowały jedynie w stosunkach z członkami społeczności obcych. Dopiero jednak wraz ukształtowaniem się społeczeństw anonimowych zaczęliśmy przejawiać nieufność wobec naszych bliskich. Strach zaostrza walkę o władzę i wyklucza wszelkie względy. Wzajemne oszukiwanie się należy niemal do dobrego tonu. Tak więc powierzchowne wrażenie przemawiałoby przeciwko temu, że trwale dorośliśmy do wymagań społeczeństwa masowego.”



Oszukiwanie to niemal dobry ton…

W ten sposób, dość charakterystyczny dla mnie, bo szerokim kołem po naukowych dziedzinach, doszedłem do prawdy, jaką zna Kowalski, mimo nieznajomości etologii: należy mieć znajomego mechanika i dbać o tę znajomość, jeśli chce się mieć dobrze i niezbyt drogo naprawiony samochód.

środa, 18 października 2017

Dzień babiego lata


151017
Z Myślinowa na Górę Diany, Wysoka, wokół Garbca, Myślinów, lasem do Czartowskich Skał, Pomocne, drogi na północ od wioski, powrót do Myślinowa.
 

Gdy trzy lata temu umarła moja znajoma, pojechałem na Pogórze Kaczawskie, do Myślinowa, ponieważ nad tą wioską wznosi się góra jej imienia, Góra Diany. Chciałem, aby nie tylko jej imię nosiła, ale żeby dla mnie stała się jej górą.
Górą Diany, mojej znajomej.
Będąc wtedy na zboczu, blisko już szczytu, zobaczyłem dość równą gruntową drogę, i odruchowo pomyślałem, jak nie raz w ciągu ostatnich paru lat, że mógłbym kiedyś przywieźć tutaj Dianę. W moment później, czując gorycz w gardle, uświadomiłem sobie, że przecież już nigdy jej nie przywiozę – ani tutaj, ani nigdzie. Słowem wyjaśnienia powiem, że kiedyś obiecałem Dianie samochodową wycieczkę (ona nie bardzo mogła chodzić) bocznymi dróżkami sudeckimi, ale spełnienie obietnicy odwlekałem, były też racjonalne powody, dość, że nie pojechaliśmy.
Dzisiaj, w trzecią rocznicę jej śmierci, pojechałem odnowić mój związek z górą Diany – nieżyjącej kobiety, z którą wiele lat temu los mnie zetknął. Pojechałem posłuchać siebie.
Nie byłby szczery, gdybym nie przyznał się do drugiego powodu mojego wyjazdu tam; wiedziałem, że pamięci znajomej poświęcę ranny pobyt na górze, a później odwiedzę znane ładne miejsca i poznam nowe. Niemal cały ten rozległy, skoro mający około 150 km powierzchni, rejon pogórza pokrywają lasy, tylko wokół nielicznych wsi jest trochę malowniczych pól i łąk. Gdy minie się Jawor i jadąc lasami dojedzie się do wioski Myślinów, wydaje się ona zagubiona wśród drzew, a gdy pozna się ją lepiej, odkrywa się urok ciszy i spokoju, krętych i wąskich uliczek, urok domków przytulonych do zboczy, osłoniętych zielenią i ozdobionych kwiatami.
Zaparkowałem przy drodze do kościoła i na idąc przełaj wszedłem na odsłonięty stok nachylony ku wschodowi; niebo nad Wysoką nabierało barw, zaczynał się słoneczny i ciepły, niemal letni dzień.
Stojąc tam i wsłuchując się w siebie stwierdziłem, że czas zaczął swoje niszczycielskie działanie, jedynie mój żal niespełnienia obietnicy wycieczki odezwał się niewiele zmieniony. Buntowałem się, protestowałem, ale cóż znaczy moja niezgoda wobec czasu, życia i cech ludzkiego serca, które chciałoby się mieć bogatsze niż ma.

Ruszyłem przed siebie. Łąkami i polami szedłem w stronę wzgórza Wysoka, która jak i trzy lata temu, tak i dzisiaj przyciągała wzrok swoją nietuzinkową urodą. Szedłem zakolami, nie mogąc się zdecydować gdzie ładniej, skoro ładnie było wszędzie wokół, zatrzymywałem się i patrzyłem za siebie, robiłem zdjęcia i zamierałem w zagapieniu, ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko, gdzie nie mógł sięgnąć, a gdzie sięgały myśli. Lubię takie chwile i takie wędrowanie.
Było gorąco: sweter i bluza szybko powędrowały do plecaka, niewiele później dołączyła do nich kurtka, a w południe myślałem nawet o zdjęciu T-shirta. Było słonecznie i kolorowo. Dwa tygodnie temu kolory jesieni pojawiały się nieśmiało, teraz błyszczały na każdym kroku. Wydawało mi się, że najwięcej było ich nie na klonach, a na czereśniach, może po prostu dlatego, że rośnie ich tam wiele. Samotnie rosnącą przy zapomnianej dróżce czereśnię fotografowałem ze wszystkich stron, wyszukując miejsca, z których jej kolorowe liście najładniej prześwietlało słońce. Siedziałem na skraju lasu porastającego szczyt i patrzyłem na Górę Diany, przeszedłem na drugą stronę i zauroczony miejscem znowu zrobiłem przerwę dla patrzenia, dla nasycenia się barwami, widokami, ciepłem, nastrojem. Po prostu pięknem.







Okolice są bardzo malownicze: strome, zalesione góry za Myśliborzem wydawały się większe niż są i kusiły swoimi tajemnicami, zza drzew wyłaniała się biała wieża pałacu myśliborskiego, odkryte stoki wzgórz schodziły w doliny swoimi drogami, tworząc plastyczny obraz wielokrotnie załamujących się i wzajemnie przenikających płaszczyzn, a każda inaczej była oświetlona, w innej tonacji zieleni. Na zachód od Garbca zobaczyłem coś, co po raz pierwszy widziałem gdzieś tutaj, kilka lat temu: granicę gór. Łagodny stok wzgórza opadał ku równinie, a ta rozciągała się bez jednej fałdki aż po Legnicę widoczną na odległym horyzoncie.



Chciałem obejść Garbiec otwartymi przestrzeniami i idąc polami, później lasem, dojść do Czartowskich Skał. Według mapy jest przesmyk między lasami na północ od góry, na miejscu zobaczyłem młodniak nie do przejścia, ale obok, brzegiem starego lasu, biegła droga. Tam znalazłem pierwsze kanie. Niewiele dalej specjalnie dla grzybów wszedłem w las i w ciągu kwadransa napełniłem po brzegi sporą reklamówkę. Źle się idzie z pękatą torbą delikatnych grzybów, zmieniłem więc plan i skręciłem ku wiosce. Im bliżej byłem samochodu, tym więcej miałem wątpliwości, czy grzyby, które niosłem, rzeczywiście są kaniami. Trochę gatunków grzybów rozpoznaję, chociaż daleko mi do znawstwa mojej mamy, ale ostatnio zbierałem kanie wiele lat temu, a niedawno słyszałem o zatruciu przez ich pomylenie ze sromotnikiem. Jak wygląda sromotnik? Muszę sprawdzić. Muszę… zadzwonię do Ani!
Uśmiechnąłem się, gdy usłyszałem jej wesoły i dźwięczny głos. Grzyby opisałem i uzyskałem potwierdzenie. Dziękuję, Pierwsza Damo. Wieczorem, już po powrocie, na googlach przyjrzałem się obu grzybom i wtedy zrozumiałem zdziwienie toksykologa, którego wypowiedź słuchałem na youtube: to są dwa zupełnie inne grzyby. Faktycznie, gdy zna się kilka ich cech, doprawdy, trudno je pomylić, a właściwie wystarczy spojrzeć na kapelusz.
Tak, tak. Tutaj się wymądrzam, ale w poniedziałek, po zjedzeniu na obiad kilku smażonych kań, przyszło mi do głowy pytanie: w jakim stanie obudzę się rano?
Poza zdjęciami przeglądarka podsunęła mi filmik kogoś prowadzącego znany blog. Mężczyzna omawiając różnice między kanią a sromotnikiem, pokazywał przesuwający się pierścień na trzonie kani. Tylko to, nic więcej, jakby była to jedyna czy najważniejsza różnica. Uznałem ten instruktaż za nieco mylący, aczkolwiek nie zawierający nieprawdy.
Moja babka znała grzyby bardzo dobrze, jej córka a moja mama, zna kilkadziesiąt gatunków, zbiera grzyby, po które ja nie sięgam widząc w nich klasyczne „psiuchy”, jak to się mówi na Lubelszczyźnie, jednak kilkanaście gatunków rozpoznaję. Moje dzieci ledwie parę znają, a ile znać będą ich dzieci? Widzę tutaj wyraźny trend odchodzenia od zwyczaju zbierania grzybów. Ma on zapewne związek ze wzrostem zamożności, jak bieda miała swój udział w jego kształtowaniu, jednak szkoda, że ten tak bardzo polski i szerzej – słowiański zwyczaj jakby zanika. Czy za kilka pokoleń będzie tak, jak jest w Wielkiej Brytanii?
Od pewnego czasu staram się poznać przejścia między znanymi mi miejscami moich gór, także dlatego wybrałem się lasem na sterczący nad płaskimi polami stary nek – Czartowską Skałę. Miałem do wyboru łatwą, jednak okrężną drogę lasem, ale oczywiście wybrałem trudniejszy skrót nieznanym duktem, mimo iż dobrze wiem, jak to bywa ze skrótami. Uznałem jednak, że widząc słońce między drzewami i mając do przejścia mniej niż kilometr, nawet jeśli dukt rozpłynie się, dojdę. Nie zniknął, pewnie doprowadził mnie do głównej drogi, a ta na brzeg pól. Idąc wprost na skały, wspomniałem podobny marsz bez drogi ku tym skałom, a szedłem wtedy wydłużonym krokiem z innej strony, chcąc obejrzeć ze szczytu zachód słońca.
W lesie spotkałem dwoje niedzielnych turystów (biała koszula, adidasy, zakończony w restauracji spacer dla apetytu), rozmawialiśmy chyba kwadrans. Na zakończenie, gdy już się żegnaliśmy, mężczyzna zapytał o powód chodzenia w góry.
– Pan tak dla zdrowia?
– Nie, dla wrażeń, piękna.
–Rozumiem. Dla zdrowia.
Już nie raz spotkałem się z takim niezrozumieniem. Jakby jedyny powód do przyjęcia musiał być rzeczowy, racjonalny.
Tak dalece odwykłem od ludzi na szlaku, że ich grupową obecność na tej popularnej skale przyjąłem z niechęcią. Zauważyłem, że niektórzy ludzie nie wchodzili na szczyt, bądź weszli, rozejrzeli się i zaraz schodzili, by niżej biwakować.



Ze szczytu tylko największe kaczawskie góry rozpoznałem, dla identyfikacji mniejszych musiałem posiłkować się mapą. Pamięci przestrzennej nie mam dobrej. Pal ją lichą, gorzej, dużo gorzej, że i z zapamiętywaniem twarzy zawsze miałem kłopoty, co nierzadko przyczyniało się do nieprzyjemnych sytuacji pt. „Dlaczego udajesz, że mnie nie poznajesz?”
Miałem rezerwę czasu; co prawda w lesie czekały skały do odszukania, ale takie miejsca zostawiam na chmurne dni. Przeciąłem dolinę z wioską Pomocne i wyszedłem na rozległe pola na północ od niej. Gór tam już nie ma, to pogórze z pagórkami, ale jakże dobrze się idzie nimi w ciepły i słoneczny dzień kolorowej jesieni. Nad pierwszym kwiatkiem przystanąłem i chwilę szukałem w pamięci, nim rozpoznałem polnego bratka.




Kwitło ich tam sporo, obok wielu innych gatunków. W słońcu lśniły nitki babiego lata i kolorowe liście drzew, a śródpolne kępy drzew wyglądały tak jasno i ciepło, że ku paru z nich skręciłem. Nie doszedłszy do końca tych pól, skręciłem ku szosie w dole ze względu na czas.
Nie lubię chodzić szosą, czasami idę tak jak dzisiaj: polem czy łąką równolegle do szosy. Gdy wszedłem do „mojej” wioski, słońce trzymało się wierzchołków najwyższych drzew, gdy doszedłem do samochodu, było już po zachodzie. Ruszyłem od razu, chcąc przed nocą wyjechać na główną drogę, ale na brzegu szosy, pchnięty nagłym impulsem, skręciłem w przeciwną stronę. Powoli jechałem szosą pod górę wypatrując drogi między drzewami.
– Czy to ta? – zastanawiałem się chwilę, nim skręciłem i na pierwszym biegu, z duszą na ramieniu, jako że wąska droga wznosi się po dość stromym zboczu, pojechałem na sam jej koniec. W ciasnocie, kilka razy skręcając kołami, odwróciłem samochód i wysiadłem.
Byłem pod szczytem góry Diany. Przywiozłem ją tutaj.







piątek, 13 października 2017

Dzień kontrastów


081017
Góry Kaczawskie: z Bystrzycy wokół Księżej Góry z odwiedzeniem moich ulubionych miejsc. Przejazd do końca uliczki Modrzewi i przejście wybranymi drogami fragmentu przełomu Lipki.
Przejazd do Nielestna, pokazanie skał na dnie przełomu, później wejście na szczyt Grodowej.

Jechałem wyjątkowo wolno; nie dość, że na drodze jest mnóstwo objazdów i padał deszcz, to na dokładkę nie obudziłem się do końca, mimo wypitej mocnej kawy. W rezultacie Janek czekał na mnie ponad pół godziny, za co raz jeszcze przepraszam. Mimo niekorzystnych prognoz namówiłem go na wyjazd powołując się na konieczność wykorzystania dnia, i mam nadzieję, że nie żałuje.
Na miejscu, we wsi Bystrzyca, byliśmy ponad godzinę po rozpoczęciu dnia; zapowiadano opady, uznaliśmy więc, że godziny wędrówki przesuniemy nieco ku zachodowi słońca. Faktycznie, w południe staliśmy schowani przed deszczem pod leszczyną, później szliśmy w płaszczach, ale oprócz chmurnego nieba, aura dała nam słoneczne popołudnie i bardzo ładne kolory zachodu.
Jak się później okazało, nie jedyny to był kontrast tego dnia.
Nie miałem planu drogi, a właściwie miałem: pokazać koledze te miejsca, które ostatnio widziałem i które mi się podobały; chciałem wrażeniami podzielić się z Jankiem.
Więc dwa niczym niewyróżniające się (poza swoją urodą) miejsca pod Bystrzycą, obydwa bez imienia i bez swojego śladu na mapach, ale właśnie dlatego bardziej moje, a jeśli odwiedzane, to chyba przez mieszkańców wioski i takich kaczawskich wędrowców jak ja, czyli odwiedzane przez nielicznych. Jedno jest ledwie małym wypiętrzeniem na stoku zaoranego wzgórza, rośnie na nim parę modrzewi i różanych krzewów, nie ma panoramicznego widoku, ale dla mnie jest tam tak ładnie, że byłem kilka już razy i jeśli Prządki pozwolą, będę jeszcze nie raz. 


Drugie miejsce jest przy wiosce, z pobliskiej drogi polnej jest nie do zauważenia; ot, mały garbik ziemi porośnięty drzewami. Jednak gdy skręci się ku niemu i przejdzie na drugą stronę, pod dęby, okaże się nagle, że stoimy na górce wznoszącej się kilkadziesiąt metrów nad domami wioski, i że widok mamy ładny i daleki, aż za Bóbr. Parę już razy, kręcąc się po okolicy, widziałem te wzgórze i miałem chęć wejść na nie, ale jakoś nie było okazji, dopiero tydzień temu, w jeden z tych nielicznych słonecznych dni moich włóczęg, usiadłem pod dębem. Słońce, pierwsze brązowe liście na drzewie, żołędzie pod nogami, a przede mną dal – już to tylko połączenie wystarczy, by miejsce nabrało cech szczególnych. Dębowe Wzgórze.
Mój towarzysz niewiele mówił, przeżywając swoje ważne sprawy, mam jednak nadzieję na spodobanie się mu pokazanych miejsc.
Ach, wspomnę jeszcze, że przecięliśmy górski masyw, i tym razem przejście lasem bez drogi pamiętałem dokładnie.

Wioska Modrzewie mało jest znana, także mnie. Byłem w niej raz, zapamiętałem wąską szosę pnącą się stromo pod górę ciasną serpentyną, a tuż przy niej urwiste i kamieniste brzegi jaru z ciemnym strumieniem na dnie. Dzisiaj po raz pierwszy jechałem tamtędy samochodem. Dziwnie się czuje kierowca jadąc szosą, na której nie wyminą się dwa pojazdy. W ciasnym zakręcie, a takich jest tam parę, widać drogę dziesięć czy dwadzieścia metrów do przodu. Asfalt był mokry i pokryty liśćmi, a ja, powoli jadąc wpatrzony przed siebie, myślałem, co będzie gdy nagle zza tych skał zasłaniających widok wynurzy się samochód… Na pewno nie odważyłbym się jechać tam w zimie. Zaparkowałem na końcu stróżki asfaltu, przy ostatnim domu wioski (za uprzejmą zgodą właścicielki), ponieważ stamtąd jest żabi skok do paru ładnych miejsc przełomu Lipki, a ich urokiem chciałem się podzielić z towarzyszem.
Łagodne, wyrównane pługiem obłości pola obniżają się tworząc ledwie widoczną, ale bliżej lasu pogłębiającą się dolinkę – jakby pole otwierało się na las – a ten wychodzi naprzeciw wąskim cyplem drzew, wśród których bierze początek strumień. Wątły, mdlejący w suche dni, wyraźniejszy dopiero sporo niżej, wśród mroku i kamieni. Tam widać potencjalną siłę tego strumyka: wszak kamieniste dno stromego jaru jest jego korytem, więc i dziełem. Spływa on po stromym zboczu przełomu Lipki i do niej wpływa kilkadziesiąt metrów niżej.
Słoneczny i sielski krajobraz rozległych pól o spokojnych i jasnych liniach, a obok dzikość i chłodna mroczność, ciasnota i kamienisty chaos. Właśnie te bliskie sąsiedztwo, niemal natychmiastowy przeskok, ten silny kontrast, czynią na mnie wrażenie.
Równie duże uczynił grzyb, którego zobaczyłem na zapomnianej przez ludzi dróżce prowadzącej brzegiem lasu: masywny, gruby prawdziwek o niemal dwudziestocentymetrowym kapeluszu. Prawdziwy prawdziwek: kasztanowego koloru skórka, seledynowa barwa od spodu i dołem pęczniejąca noga. Nim ukręciłem go (w ziemi został wyraźny dołek), obaj, Janek i ja, zrobiliśmy mu sesję zdjęciową. Nie pamiętam, ile lat temu znalazłem równie dużego prawdziwka. Tego dnia znalazłem ich – lub znalazł Janek i pozwolił mi je wziąć –  jeszcze parę, także kilka kozaków i sporo podgrzybków; po ususzeniu grzyby zapełniły dwa litrowe słoiki.


Zbocze przełomu trawersuje droga, która spodobała mi się od pierwszej chwili jej zobaczenia. Ona swoim biegiem też tworzy ładny kontrast: jest wygodna, pozioma, jasna jak na leśną drogę, a biegnie stromym zboczem. Z jednej strony las pnie się w górę, miejscami bardzo stromo i trzeba zadzierać głowę by wzrokiem sięgnąć najwyższych drzew, z drugiej opada ku Lipce. Gdy wygodnie i bez wysiłku idzie się tą drogą, zatrzymując się często i rozglądając, wyobraźnia podsuwa obraz męczącego podejścia bez wytyczonej drogi.
Pod lasem, na drodze, pasły się konie. Niby wiem, że spokojne i mądre to zwierzęta, ale… ale takie duże, więc może by znaleźć inną drogę? Janek był odważniejszy: wyciągnął przed siebie dłoń i spokojnym tonem mówiąc coś do koni podszedł do pierwszego. Ten powąchał mu rękę i nawet dał się pogłaskać, chociaż widziałem jego nieufność; była więc obustronna. Zebrałem się w sobie i ruszyłem za Jankiem, ale na wyciągnięcie dłoni do koni zabrakło mi odwagi. Przeszliśmy.

U wylotu przełomu, ledwie kilometr od wioski Nielestno, w zimie znalazłem dziw, który bardzo mnie zaskoczył: przedzierałem się dnem przełomu, torując sobie drogę wśród przybrzeżnych chaszczy lub pokonując skaliste brzegi, gdy nagle zobaczyłem skały. Nie ma ich wiele, na długości trzydziestu metrów w rządku stoją piaskowce wysokości kilku metrów. Dołem czerwone, pionowe ściany o bogatej rzeźbie, a na nich leży ciemna skała, najwyraźniej bardziej odporna na niszczące czynniki, skoro grubymi czapami wisi nad czerwonym podłożem. Przewieszenia są wyraźne i płaskie, czynią wrażenie, zwłaszcza gdy stojąc nieco z boku zobaczy się las rosnący na tych kamiennych płytach. Całość przypomina najładniejsze miejsca Gór Stołowych, chociaż kolorystyką, także dzikością otoczenia, kaczawskie skały są ładniejsze.



Z tamtego miejsca, bliskiego szosie, ale z niej niewidocznego i znanego niewielu, na szczyt Grodowej jest pół godziny drogi. Ten sam przełom, który oglądaliśmy z dna stojąc przy skałach, ten, na który wcześniej patrzyliśmy idąc drogą biegnącą połową jego wysokości, teraz oglądaliśmy ze szczytu. 
Rozpogodziło się, słońce świeciło między jasnymi chmurami, świat wokół poweselał.




Na sąsiednim szczycie znowu, jak tydzień temu, zatrzymały mnie grzyby, tym razem opieńki, a wracaliśmy nieco inną drogą, bukowym lasem. Niskie już słońce oświetlało pnie drzew z boku, tworząc uroczy obraz. Widziałem, że Janek robił zdjęcia, bo i widok był ładny kolejnym w tym dniu kontrastem. Górą, wśród liści bukowych koron, była pełnia lata bez śladu jesieni, dołem natomiast, wokół ołowianych pni drzew, rozłożyła się jesień, brązowym kobiercem otulając ziemię.
Dokąd tylko można było, szliśmy brzegiem lasu, myszkując wśród brzóz (nie na darmo), a gdy wyszliśmy na łąkę, zwróciliśmy uwagę na piękne kolory słońca zachodzącego za jakimś izerskim wzgórzem. Przez krótki czas, ledwie minut, było tak, jakby ono rozpylało w powietrzu miedziany, lśniący pył. Nie próbowałem robić zdjęć wiedząc, że moim aparatem nie uda się ujęcie, ale Janek próbował. Ciekawe, z jakim rezultatem.
Późno doszliśmy do samochodu, już po zachodzie słońca, niewiele później wjechaliśmy w mrok październikowej nocy. Po późnym przyjeździe i zwykłych zajęciach, zająłem się grzybami. Minęła pierwsza, gdy w końcu zgasiłem światło. Dzień wykorzystałem.
Nazajutrz, idąc do pracy przed siódmą, ponad dachami bloków zobaczyłem Eos; przysiągłbym, że z przekorą uśmiechała się do mnie.
– Gdzie byłaś wczoraj? – zapytałem, ale usłyszałem tylko jej śmiech.



wtorek, 10 października 2017

Początku sezonu dzień drugi


011017
Tarczyn, Pasternik, zbocza Buczyńca i Księżej Góry, Sołtysia Czuba, Szklarka, Pasternik, Tarczyn.
Dojazd do Nielestna, wejście na Grodową.


Pierwszy sygnał budzika obudził mnie, chwilę leżałem przypominając sobie gdzie jestem.
Konopka w Czernicy.
Zapomniałem wziąć ciapy, a że buty bardzo stukają, na bosaka poszedłem do łazienki, umyłem zęby, zebrałem wszystkie swoje rzeczy i zszedłem na dół, do kuchni. Zaspane psy spojrzały na mnie nieprzytomnie i ponownie ułożyły głowy na przednich łapach. Termosy napełniłem kawą i herbatą, zapakowałem torbę i plecak, a przed wyjściem na dwór jeszcze spojrzałem na piękne, kamienne sklepienie kuchni. Była godzina 5.30, ciemna noc, ale na wschodzie widziałem pierwsze nieśmiałe jaśnienie. Świeciły gwiazdy, miał się zacząć kolejny ciepły i słoneczny dzień.
Za cały plan dnia miałem chęć zobaczenia znanych i lubianych miejsc w masywie Księżej Góry pod Bystrzycą i wybadanie możliwości… nowego przejścia lasami z wioski Tarczyn na szczyt Pasternika.
Do wioski wiedzie wąska stróżka asfaltu ostro pnącego się po zboczu góry. Stoi tam znak nakazujący jazdę z łańcuchami na kołach, i faktycznie, między listopadem a kwietniem lepiej nie próbować jazdy bez stalą zbrojonych kół, nawet na dobrych zimowych oponach. Na górze, pod wioską, jest ładne miejsce widokowe i tam się zatrzymałem dla obejrzenia budzenia się Eos.
„W szacie o barwie szafranu spłynęła Eos na ziemię”, pisał Poeta 27 wieków temu, a ja, po upływie tego oceanu czasu, z lubością szepczę jego słowa.
Wczoraj jakaś mała chmurka przysłoniła oblicze bogini, dzisiaj wstawała piękna, promienna, kolorowa, uśmiechnięta. Chyba ma nowego kochanka – pomyślałem z odrobiną zazdrości, ale nie było we mnie zawiści. Eos jest zbyt piękna, żeby chować do niej urazę. Nawet Wenus długo jej towarzyszyła, a przecież wiadomo, że one obie nie pałają do siebie sympatią.
Gdy wzeszło słońce, zobaczyłem jego odbicie od szyb obserwatorium na Śnieżce. Przez chwilę było silne, jakby świeciło tam drugie słońce. Widok, mimo iż nie pierwszy raz oglądany, zadziwia i czaruje.


Ranek był śliczny. Wiele razy widziałem, jak ładnie oświetla świat niskie słońce, ale dzisiaj patrzyłem wokół jakbym urodę słonecznego ranka widział po raz pierwszy. Malarz w firmie czasami kładzie nową warstwę bezbarwnego lakieru na malowidła fasad, a wtedy te nabierają świeżości barw i połysku. Dokładnie takim widziałem świat: świetlistym, bajecznie kolorowym, żywym i radosnym. Rosą umytym. Ta jego radość i mnie się udzieliła, z uśmiechem rozglądałem się czując w sobie pogodę ducha i radość przeżywania dnia. Gdy idąc lasem na dno doliny wyszedłem na śródleśną polanę, zobaczyłem prześwietlone słońcem opary rosy, od której trawa była szarosrebrzyście skrząca.
Helios spijał łzy Eos płaczącej nad Memnonem.


Mgiełka świeciła perłową barwą, a sąsiednie drzewa stały w powodzi kolorowego światła. Patrzyłem, robiłem zdjęcia i znowu patrzyłem chcąc zapamiętać każdy szczegół widoku i każde swoje odczucie.
Później ta odmienność w oświetleniu znikła niepostrzeżenie, i chociaż dzień był kolorowy i słoneczny, to w porównaniu do ranka wydawał się wyblakły, jakby przepalony silnym słońcem.
Na mapie jest niezalesione przejście z wioski na wzgórze Pasternik, ale w rzeczywistości rośnie tam młody, gęsty, dziki las, pełen kolczastych roślin i gęstwin. Uznając się za pokonanego, wyszedłem na łąki i okrężną drogą wszedłem na wzgórze. Ono broni się przede mną, pomyślałem wspominając próbę sprzed kilku laty dotarcia tutaj inną drogą, czy raczej innym bezdrożem. Pamiętam ciemny i dziki las porastający strome zbocza jaru i omszałe głazy na dnie. Ładnie tam było, może więc któregoś dnia wrócę do tego lasu?..
U podnóża najwyżej góry okolicy, Księżej Góry, jest niewielkie, ale uroczo wyglądające bezimienne wzgórze, a po drugiej stronie dna doliny wznosi się Szklarka. Nieco z tyłu, już za masywem górskim, jest miejsce odwiedzane przeze mnie, jedno z najładniejszych miejsc w tych górach. Tak oto ustalił mi się plan: najpierw to urocze miejsce, później przejście masywu lasem i poznanie obu wzgórz po drugiej stronie.
Falujące łąki i pola, nitki dróżek i drzew rosnących nad strumieniami, zagajniki, kępy głogów i róż, ukryte w fałdzie ziemi domy z dachami wystającymi spomiędzy drzew, ciemna ściana lasu opadająca w dolinę i tam niknąca za obłym wybrzuszeniem wzgórza, albo przeciwnie – wznosząca się po stoku i dotykająca nieba. To są moje Góry Kaczawskie i takie są widoki z ulubionego miejsca na stoku Buczyńca.




Przejście przez las udało się niemal idealnie. Niemal, bo rozległa gęstwina jeżyn wyniosła mnie jakieś dwie setki kroków od najkrótszej trasy, ale swoim zwyczajem zawróciłem żeby lepiej poznać przejście. Warto je znać, ponieważ łączy dwa urokliwe miejsca. To drugie jest wspomnianą bezimienną górką wznoszącą się nad wioską, vis a vis Księżej Góry. Siedziałem na szczycie pod dębem i najnormalniej nie chciało mi się opuszczać tego miejsca. Dlaczego do tej pory nie byłem tutaj? Wzgórze zapisuję do swojej listy najpiękniejszych miejsc kaczawskich.




Od północy horyzont zamknięty jest długim, zalesionym masywem górskim, tylko miejscami jaśnieją łąki wchodzące na szczyty. Na jednym z takich odkrytych miejsc zobaczyłem grupę wysokich drzew. Przyciągała wzrok ładnym wyglądem, wyróżniała się, wołała. Pójdę tam i spod tamtych drzew spojrzę te wzgórze! – powiedziałem sobie w pierwszym odruchu, ale po chwili patrzenia coś mi zaczęło świtać w głowie. Eureka! Przecież byłem tam i to nie raz, to drugi, wyższy szczyt Babińca! Ot, skleroza i inny punkt patrzenia.
 Szedłem zakolem, chcąc zobaczyć w ciepły dzień pewną przełęcz pamiętaną z wędrówki w śnieżny i mroźny dzień; stałem wtedy na siodle i patrzyłem na rzeźby tworzone w twardym śniegu przez wiatr. Byłem ciekaw, jak wygląda dzisiaj tamto miejsce. Wygląda zupełnie inaczej i ładniej, ale porównując widoki ucieszyłem się, nie odczuwając niechęci na myśl o zimowej wędrówce, a nawet doceniając jej urodę. Inną, surową, czasami trudną w odbiorze, ale istniejącą i znaną mi, swojską.
 Poznałem Szklarkę, też ładne wzgórze, a na niej wielkie ilości dzwonków, wiele nieznanych mi gatunków kwitnących roślin, i jak niemal wszędzie krwawnik pospolity. Z nim było tak, jak miewałem z wieloma już maleńkimi i niepozornymi kwiatkami, takimi, obok których się przechodzi nawet ich nie zauważając. Któregoś dnia, całkiem niedawno, nachyliłem się nad nim, jako lupę wziąłem drugą parę okularów i zobaczyłem te kwiaty tak naprawdę po raz pierwszy w życiu. Z bliska są ładne, mimo iż tak pospolite i niepozorne.




 
Idąc przez szczyt Pasternika, ponownie podjąłem próbę znalezienia dogodnego przejścia w stronę Tarczyna, teraz w przeciwną stronę; niemal na pewno nie ma tam takiego, ale spróbować było warto.
Już wcześniej, wiedząc o sporej rezerwie czasu, zdecydowałem pojechać do wioski Nielestno i zostawiwszy tam samochód, wejść na szczyt Grodowej dla zobaczenia z góry przełomu Lipki. Byłem tam w zimie, miejsce zrobiło na mnie wrażenie, dzisiaj chciałem je zobaczyć w słoneczny dzień kolorowej jesieni. Łagodnym stokiem góry podchodzi się prawie pod szczyt, a tam zbocze załamuje się nagle i spada na łeb na szyję siedemdziesiąt metrów. Ciemnym i niewidocznym z góry dnem płynie sprawca tej wielkiej wyrwy, strumień Lipka. Po drugiej stronie zbocze wznosi się równie stromo; widziane na wprost, wydaje się niemal pionowe, ale nieco na prawo otwiera się daleki widok w stronę Stromca i dalej, aż po Karkonosze.





Stałem tam patrząc, zmieniałem miejsce i znowu patrzyłem, brałem plecak odchodząc i wracałem by spojrzeć raz jeszcze. Robiłem własne zdjęcia, i, jakby niepewny swojej pamięci, kilka razy wyciągałem z kieszeni aparat i nim robiłem kopie swoich zdjęć.
Tylko czy aparat zobaczy to wszystko, co ja widzę?
Czy zobaczy urodę tej wykrzywionej sosny, kolory liści czereśni stojącej w ciepłym świetle niskiego słońca, niski konar dębu tworzący ramę obrazu odległego Stromca, muszki latające w smudze światła, błękitniejącą dal? Na pewno nie zarejestruje furkotu ptasich skrzydeł, szumu drzew na wietrze i mojego nastroju, ale może jego zdjęcia pomogą wrócić pamięcią do tego dnia.
Szczyt był blisko, trudno więc nie odwiedzić pokaźnego buka zapamiętanego z powodu dzikości miejsca, które wybrał sobie do życia, i skał wyglądających tak, jakby wyrównała je ręka człowieka. Wszedłem w las, po chwili zobaczyłem pierwszego grzyba i nic się już nie liczyło. Na skały i drzewo ledwie spojrzałem, kręcąc się po szczycie ze wzrokiem myszkującym po ziemi. Tak, niewątpliwie grzyby mają jakiś tajemniczy urok.
Wbrew spodziewaniu, w tym roku ususzyłem prawie pięć litrów grzybów. Udanie rozpocząłem też sezon wyjazdów na włóczęgi.