Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 18 października 2017

Dzień babiego lata


151017
Z Myślinowa na Górę Diany, Wysoka, wokół Garbca, Myślinów, lasem do Czartowskich Skał, Pomocne, drogi na północ od wioski, powrót do Myślinowa.
 

Gdy trzy lata temu umarła moja znajoma, pojechałem na Pogórze Kaczawskie, do Myślinowa, ponieważ nad tą wioską wznosi się góra jej imienia, Góra Diany. Chciałem, aby nie tylko jej imię nosiła, ale żeby dla mnie stała się jej górą.
Górą Diany, mojej znajomej.
Będąc wtedy na zboczu, blisko już szczytu, zobaczyłem dość równą gruntową drogę, i odruchowo pomyślałem, jak nie raz w ciągu ostatnich paru lat, że mógłbym kiedyś przywieźć tutaj Dianę. W moment później, czując gorycz w gardle, uświadomiłem sobie, że przecież już nigdy jej nie przywiozę – ani tutaj, ani nigdzie. Słowem wyjaśnienia powiem, że kiedyś obiecałem Dianie samochodową wycieczkę (ona nie bardzo mogła chodzić) bocznymi dróżkami sudeckimi, ale spełnienie obietnicy odwlekałem, były też racjonalne powody, dość, że nie pojechaliśmy.
Dzisiaj, w trzecią rocznicę jej śmierci, pojechałem odnowić mój związek z górą Diany – nieżyjącej kobiety, z którą wiele lat temu los mnie zetknął. Pojechałem posłuchać siebie.
Nie byłby szczery, gdybym nie przyznał się do drugiego powodu mojego wyjazdu tam; wiedziałem, że pamięci znajomej poświęcę ranny pobyt na górze, a później odwiedzę znane ładne miejsca i poznam nowe. Niemal cały ten rozległy, skoro mający około 150 km powierzchni, rejon pogórza pokrywają lasy, tylko wokół nielicznych wsi jest trochę malowniczych pól i łąk. Gdy minie się Jawor i jadąc lasami dojedzie się do wioski Myślinów, wydaje się ona zagubiona wśród drzew, a gdy pozna się ją lepiej, odkrywa się urok ciszy i spokoju, krętych i wąskich uliczek, urok domków przytulonych do zboczy, osłoniętych zielenią i ozdobionych kwiatami.
Zaparkowałem przy drodze do kościoła i na idąc przełaj wszedłem na odsłonięty stok nachylony ku wschodowi; niebo nad Wysoką nabierało barw, zaczynał się słoneczny i ciepły, niemal letni dzień.
Stojąc tam i wsłuchując się w siebie stwierdziłem, że czas zaczął swoje niszczycielskie działanie, jedynie mój żal niespełnienia obietnicy wycieczki odezwał się niewiele zmieniony. Buntowałem się, protestowałem, ale cóż znaczy moja niezgoda wobec czasu, życia i cech ludzkiego serca, które chciałoby się mieć bogatsze niż ma.

Ruszyłem przed siebie. Łąkami i polami szedłem w stronę wzgórza Wysoka, która jak i trzy lata temu, tak i dzisiaj przyciągała wzrok swoją nietuzinkową urodą. Szedłem zakolami, nie mogąc się zdecydować gdzie ładniej, skoro ładnie było wszędzie wokół, zatrzymywałem się i patrzyłem za siebie, robiłem zdjęcia i zamierałem w zagapieniu, ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko, gdzie nie mógł sięgnąć, a gdzie sięgały myśli. Lubię takie chwile i takie wędrowanie.
Było gorąco: sweter i bluza szybko powędrowały do plecaka, niewiele później dołączyła do nich kurtka, a w południe myślałem nawet o zdjęciu T-shirta. Było słonecznie i kolorowo. Dwa tygodnie temu kolory jesieni pojawiały się nieśmiało, teraz błyszczały na każdym kroku. Wydawało mi się, że najwięcej było ich nie na klonach, a na czereśniach, może po prostu dlatego, że rośnie ich tam wiele. Samotnie rosnącą przy zapomnianej dróżce czereśnię fotografowałem ze wszystkich stron, wyszukując miejsca, z których jej kolorowe liście najładniej prześwietlało słońce. Siedziałem na skraju lasu porastającego szczyt i patrzyłem na Górę Diany, przeszedłem na drugą stronę i zauroczony miejscem znowu zrobiłem przerwę dla patrzenia, dla nasycenia się barwami, widokami, ciepłem, nastrojem. Po prostu pięknem.







Okolice są bardzo malownicze: strome, zalesione góry za Myśliborzem wydawały się większe niż są i kusiły swoimi tajemnicami, zza drzew wyłaniała się biała wieża pałacu myśliborskiego, odkryte stoki wzgórz schodziły w doliny swoimi drogami, tworząc plastyczny obraz wielokrotnie załamujących się i wzajemnie przenikających płaszczyzn, a każda inaczej była oświetlona, w innej tonacji zieleni. Na zachód od Garbca zobaczyłem coś, co po raz pierwszy widziałem gdzieś tutaj, kilka lat temu: granicę gór. Łagodny stok wzgórza opadał ku równinie, a ta rozciągała się bez jednej fałdki aż po Legnicę widoczną na odległym horyzoncie.



Chciałem obejść Garbiec otwartymi przestrzeniami i idąc polami, później lasem, dojść do Czartowskich Skał. Według mapy jest przesmyk między lasami na północ od góry, na miejscu zobaczyłem młodniak nie do przejścia, ale obok, brzegiem starego lasu, biegła droga. Tam znalazłem pierwsze kanie. Niewiele dalej specjalnie dla grzybów wszedłem w las i w ciągu kwadransa napełniłem po brzegi sporą reklamówkę. Źle się idzie z pękatą torbą delikatnych grzybów, zmieniłem więc plan i skręciłem ku wiosce. Im bliżej byłem samochodu, tym więcej miałem wątpliwości, czy grzyby, które niosłem, rzeczywiście są kaniami. Trochę gatunków grzybów rozpoznaję, chociaż daleko mi do znawstwa mojej mamy, ale ostatnio zbierałem kanie wiele lat temu, a niedawno słyszałem o zatruciu przez ich pomylenie ze sromotnikiem. Jak wygląda sromotnik? Muszę sprawdzić. Muszę… zadzwonię do Ani!
Uśmiechnąłem się, gdy usłyszałem jej wesoły i dźwięczny głos. Grzyby opisałem i uzyskałem potwierdzenie. Dziękuję, Pierwsza Damo. Wieczorem, już po powrocie, na googlach przyjrzałem się obu grzybom i wtedy zrozumiałem zdziwienie toksykologa, którego wypowiedź słuchałem na youtube: to są dwa zupełnie inne grzyby. Faktycznie, gdy zna się kilka ich cech, doprawdy, trudno je pomylić, a właściwie wystarczy spojrzeć na kapelusz.
Tak, tak. Tutaj się wymądrzam, ale w poniedziałek, po zjedzeniu na obiad kilku smażonych kań, przyszło mi do głowy pytanie: w jakim stanie obudzę się rano?
Poza zdjęciami przeglądarka podsunęła mi filmik kogoś prowadzącego znany blog. Mężczyzna omawiając różnice między kanią a sromotnikiem, pokazywał przesuwający się pierścień na trzonie kani. Tylko to, nic więcej, jakby była to jedyna czy najważniejsza różnica. Uznałem ten instruktaż za nieco mylący, aczkolwiek nie zawierający nieprawdy.
Moja babka znała grzyby bardzo dobrze, jej córka a moja mama, zna kilkadziesiąt gatunków, zbiera grzyby, po które ja nie sięgam widząc w nich klasyczne „psiuchy”, jak to się mówi na Lubelszczyźnie, jednak kilkanaście gatunków rozpoznaję. Moje dzieci ledwie parę znają, a ile znać będą ich dzieci? Widzę tutaj wyraźny trend odchodzenia od zwyczaju zbierania grzybów. Ma on zapewne związek ze wzrostem zamożności, jak bieda miała swój udział w jego kształtowaniu, jednak szkoda, że ten tak bardzo polski i szerzej – słowiański zwyczaj jakby zanika. Czy za kilka pokoleń będzie tak, jak jest w Wielkiej Brytanii?
Od pewnego czasu staram się poznać przejścia między znanymi mi miejscami moich gór, także dlatego wybrałem się lasem na sterczący nad płaskimi polami stary nek – Czartowską Skałę. Miałem do wyboru łatwą, jednak okrężną drogę lasem, ale oczywiście wybrałem trudniejszy skrót nieznanym duktem, mimo iż dobrze wiem, jak to bywa ze skrótami. Uznałem jednak, że widząc słońce między drzewami i mając do przejścia mniej niż kilometr, nawet jeśli dukt rozpłynie się, dojdę. Nie zniknął, pewnie doprowadził mnie do głównej drogi, a ta na brzeg pól. Idąc wprost na skały, wspomniałem podobny marsz bez drogi ku tym skałom, a szedłem wtedy wydłużonym krokiem z innej strony, chcąc obejrzeć ze szczytu zachód słońca.
W lesie spotkałem dwoje niedzielnych turystów (biała koszula, adidasy, zakończony w restauracji spacer dla apetytu), rozmawialiśmy chyba kwadrans. Na zakończenie, gdy już się żegnaliśmy, mężczyzna zapytał o powód chodzenia w góry.
– Pan tak dla zdrowia?
– Nie, dla wrażeń, piękna.
–Rozumiem. Dla zdrowia.
Już nie raz spotkałem się z takim niezrozumieniem. Jakby jedyny powód do przyjęcia musiał być rzeczowy, racjonalny.
Tak dalece odwykłem od ludzi na szlaku, że ich grupową obecność na tej popularnej skale przyjąłem z niechęcią. Zauważyłem, że niektórzy ludzie nie wchodzili na szczyt, bądź weszli, rozejrzeli się i zaraz schodzili, by niżej biwakować.



Ze szczytu tylko największe kaczawskie góry rozpoznałem, dla identyfikacji mniejszych musiałem posiłkować się mapą. Pamięci przestrzennej nie mam dobrej. Pal ją lichą, gorzej, dużo gorzej, że i z zapamiętywaniem twarzy zawsze miałem kłopoty, co nierzadko przyczyniało się do nieprzyjemnych sytuacji pt. „Dlaczego udajesz, że mnie nie poznajesz?”
Miałem rezerwę czasu; co prawda w lesie czekały skały do odszukania, ale takie miejsca zostawiam na chmurne dni. Przeciąłem dolinę z wioską Pomocne i wyszedłem na rozległe pola na północ od niej. Gór tam już nie ma, to pogórze z pagórkami, ale jakże dobrze się idzie nimi w ciepły i słoneczny dzień kolorowej jesieni. Nad pierwszym kwiatkiem przystanąłem i chwilę szukałem w pamięci, nim rozpoznałem polnego bratka.




Kwitło ich tam sporo, obok wielu innych gatunków. W słońcu lśniły nitki babiego lata i kolorowe liście drzew, a śródpolne kępy drzew wyglądały tak jasno i ciepło, że ku paru z nich skręciłem. Nie doszedłszy do końca tych pól, skręciłem ku szosie w dole ze względu na czas.
Nie lubię chodzić szosą, czasami idę tak jak dzisiaj: polem czy łąką równolegle do szosy. Gdy wszedłem do „mojej” wioski, słońce trzymało się wierzchołków najwyższych drzew, gdy doszedłem do samochodu, było już po zachodzie. Ruszyłem od razu, chcąc przed nocą wyjechać na główną drogę, ale na brzegu szosy, pchnięty nagłym impulsem, skręciłem w przeciwną stronę. Powoli jechałem szosą pod górę wypatrując drogi między drzewami.
– Czy to ta? – zastanawiałem się chwilę, nim skręciłem i na pierwszym biegu, z duszą na ramieniu, jako że wąska droga wznosi się po dość stromym zboczu, pojechałem na sam jej koniec. W ciasnocie, kilka razy skręcając kołami, odwróciłem samochód i wysiadłem.
Byłem pod szczytem góry Diany. Przywiozłem ją tutaj.







13 komentarzy:

  1. Piękna wyprawa, cieszę się, że mogłam pomóc :) Wiesz z tym zabieraniem kogoś, kogo już nie ma to mamy podobnie. Ilekroć myślę, że Tacie by się podobało, mam wrażenie, że właśnie jego duch przywlókł się za mną i siedzi obok. Z resztą o duchu Janusza dużo by opowiadać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reakcja na śmierć Diany zaskoczyła mnie swoją siłą, ponieważ widziałem ją raz w życiu (ona mieszkała w Norwegii), a przez kilka lat prowadziliśmy niezbyt ożywioną korespondencję. Myślę, że jednak była mi bliższa niż myślałem, a może to przez sms, jaki od niej dostałem parę dni przed śmiercią. Wtedy nie wiedziałem, że tak źle z nią, nie wiedziałem, że ten sms jest jej przesłaniem niemal z drugiej strony granicy: „Krzysztofie, ciesz się każdym dniem, każdą godziną.” Do dzisiaj mam ten sms w telefonie i zostanie w nim póki będzie działać.
      Można powiedzieć, Anno, że takie zabieranie swoich zmarłych na wędrówki naszego życia jest dostępną ludziom formą bycia z nimi dalej. Jedyną możliwą.

      Usuń
    2. Tak, dzięki naszej pamięci są z nami.

      Usuń
  2. Ach, więc sezon na Twoje wędrówki nadszedł! Miło było zobaczyć te widoki. W wielu miejscach, poza lekko pożółkłymi drzewami i zaoranymi polami jeszcze nie widać tak bardzo jesieni, a jeśli już to tę złotą.
    Wiesz, nie bardzo wierzę w ciąg dalszy (po śmierci), za to jego istnienia upatruję w pamięci tych, co pozostali. Skoro pamiętasz, wspominasz, a nawet odwiedzasz miejsca, gdzie miałeś wybrać się z Dianą, to rzeczywiście ją tam przyprowadziłeś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniko, dziękuję za obecność. Od dwóch tygodni trwa ta najładniejsza jesień. Mówi się o niej, że jest złota, ale przecież ona jest bajecznie kolorowa. Sumaki tak cudnie się czerwienią, a jeszcze są czereśnie, klony i inne gatunki, może nie tak spektakularnie wielokolorowe, ale przecież ładne.
      Mamy podobne zapatrywania na życie po życiu, chociaż chciałbym mieć inne, chciałbym wierzyć, że coś ze mnie, coś najlepszego i najgodniejszego, zostanie przechowane i będzie.
      Tak, też myślę, że w moim świecie, w mojej duchowej realności, zawiozłem Dianę na jej górę. Symbolicznie wywiązałem się z obietnicy danej jej kiedyś.

      Usuń
  3. Wspaniale, że przywiozłeś Dianę. Jesienna góra w całej swojej krasie. Cieszyła się, Chyba lubiła ciepło i przestrzeń. Pogoda jest niebywała w ostatnim tygodniu. Zdaje się, że to wciąż lato.
    Chomik buszujący w zbożu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Chomiku.
      Jak widzę, udało się logowanie. Dziękuję za obecność.
      Po ostatnim wyjeździe i tym moim niezbyt rozsądnym wyczynie wjechania pod szczyt, góra chyba jeszcze bardziej będzie mi się kojarzyć z Dianą.
      W niedzielę widziałem mnóstwo nitek babiego lata, cudnie błyszczą w słońcu, jednak wiemy, że to ostatnie dni tak ciepłe. Zbliża się listopad, dla mnie ta nazwa, to słowo, jest synonimem brzydkich dni, chociaż jestem tutaj trochę niesprawiedliwy, ponieważ i w listopadzie bywają ładne dni, no i nie tak krótkie, jak grudniowe czy styczniowe.

      Usuń
    2. Udało się :D. Zwycięstwo człowieka nad technologią i instrukcjami, które należy traktować dosłownie, chociaż i tak nie zawsze wiadomo co dalej się wydarzy. Były dwie ścieżki. Rozpracowałam jedną - to wystarczy! W górach to co innego, każda jest ciekawa.
      Dzisiaj widziałam w mieście jarzębinę w kilku kolorach. Zawsze sądziłam, że ma barwę pomarańczy. Otóż nie, jest też czerwona, bordowo-wiśniowa i żółta. Niezwykłe.
      Lubię listopadowe dni, ponieważ to morze dyni i światła zapalanego w domu. Miesiąc jest długi lecz nie tak męczący jak styczeń, czy luty. Na szlakach niestety w tym okresie może nie być lekko.




      Usuń
    3. Myślę, Chomiku, że Twoje zwycięstwo było nad myślą innego człowieka, lub innych ludzi – twórców oprogramowania. Udało Ci się poznać tajniki ich logiki i toku myślenia, a więc tych czynników, które brały udział w tworzeniu stron google. Dla mnie na ogół ich myślenie jest zadziwiającą odmienne od mojego. Do tego stopnia odmienne, że „intuicyjnie” potrafię obsłużyć bardzo nieliczne strony i programy. Ostatnio jednak przychylam się do uznania, iż głównym sprawcą moich kłopotów jest złe tłumaczenie programów z angielskiego na polski. Ci, co tego dokonują, jakby nie w pełni radzą sobie z językiem ojczystym.
      Spotyka się w naszym kraju jarzębinę szwedzką, jej owoce też nie są czerwone, a bardziej pomarańczowe. Oryginalny jest kolor ich liści – oczywiście zielony, ale z odrobiną błękitu.
      Dla mnie, zimowego wędrowcy, złe warunki na szlaku są dopiero wtedy, gdy trudno mi przejść przez zaspy. Kiedyś szedłem przy tak silnym wietrze, że na otwartej przestrzeni nie mogłem nalać do kubka herbaty z termosu – wiatr ją wywiewał. Co ciekawe, mile wspominam tamten dzień :-)

      Usuń
  4. Zielona jarzębina - nigdy takiej nie widziałam. Piękna. Kocham niebieskie zielenie.
    Pamiętam zimowe przejście w Tatrach. To było dawno temu, kiedy w maju wybrałam się z grupą przyjaciół na wędrówkę. Zdarzyło się nagłe załamanie pogody. Szłyśmy z Morskiego Oka do Doliny Pięciu Stawów. Normalnie to "bułka z masłem", prosta droga. Wtedy tak nie było. Schodziłyśmy już i padał śnieg, drogę pokryła tafla lodu, wiało. Byłyśmy bez rękawiczek, buty w większości nieodpowiednie, dźwigalysmy ciężkie, nieporęczne plecaki (takie z aluminiowymi rurkami, kominy). Koleżanka wpadła w panikę. Nie była w stanie postąpić kroku. Zdawało się nam, że każdy krok grozi utratą życia. Było bardzo ślisko. Wtedy pierwszy raz doświadczyłam lęku i granicy przekonywania. Wydaje mi się, że stałyśmy tam kilka godzin, a było to według zegarka pół godziny. Przekonałyśmy koleżankę, aby zrobiła krok w dół.
    Dziwne, wtedy sytuacja wydawała nam się - mi na pewno - bez wyjścia.
    Wszystko dobrze się skończyło, dotarłyśmy do schroniska. Jednak tamta chwila nauczyła mnie respektu do gór.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Sudetach rzadko zdarzą się takie sytuacje, a w moich górach właściwie nigdy, są na to zbyt niskie. Góry Kaczawskie są jak kumpel płci niewieściej – do polubienia bez lęku czy respektu, a z ufnością i z poczuciem bezpieczeństwa.

      Usuń
    2. Chyba coraz bardziej cenię ufność i bezpieczeństwo przed skokiem adrenaliny i wspinaniem się lub schodzeniem po łańcuchach. Fajne określenie - kumpel płci niewieściej. Góry, miejsca potrafią być naszymi wiernymi przyjaciół, chociaż też sa zmienne.
      Przywiodłeś mi na myśl sprawy kontroli, kontrolowania. Kiedy jeadę samochodem na mniej rzeczy mam wpływ niż kiedy chodzę piechotą. Zdecydowanie wolę na piechotę poznawać świat.

      Usuń
    3. Mam jeszcze drugiego kumpla płci niewieściej: Góry Kaczawskie. Owszem, są różnice między tymi górami a niewiastą, jednak podobieństw jest więcej. Ot, chociażby umiejętność czarowania czy budzenia tęsknoty.
      Proust powiedział, że wspominanie miejsca jest tak naprawdę wspomnieniem chwili, czasu tam przeżytego. Brzmi przekonywującą.
      Któregoś dnia zatrzymały się przy nas, a z Jankiem byłem wtedy na kaczawskim pogórzu, samochody terenowe i kierowca pierwszego zamiast powitania zapytał:
      – Co wy tak z buta?
      Okazuje się, że dla niektórych ludzi piesza wędrówka jest dziwadłem. Podobnie jak normy zachowań.

      Usuń