Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 13 października 2017

Dzień kontrastów


081017
Góry Kaczawskie: z Bystrzycy wokół Księżej Góry z odwiedzeniem moich ulubionych miejsc. Przejazd do końca uliczki Modrzewi i przejście wybranymi drogami fragmentu przełomu Lipki.
Przejazd do Nielestna, pokazanie skał na dnie przełomu, później wejście na szczyt Grodowej.

Jechałem wyjątkowo wolno; nie dość, że na drodze jest mnóstwo objazdów i padał deszcz, to na dokładkę nie obudziłem się do końca, mimo wypitej mocnej kawy. W rezultacie Janek czekał na mnie ponad pół godziny, za co raz jeszcze przepraszam. Mimo niekorzystnych prognoz namówiłem go na wyjazd powołując się na konieczność wykorzystania dnia, i mam nadzieję, że nie żałuje.
Na miejscu, we wsi Bystrzyca, byliśmy ponad godzinę po rozpoczęciu dnia; zapowiadano opady, uznaliśmy więc, że godziny wędrówki przesuniemy nieco ku zachodowi słońca. Faktycznie, w południe staliśmy schowani przed deszczem pod leszczyną, później szliśmy w płaszczach, ale oprócz chmurnego nieba, aura dała nam słoneczne popołudnie i bardzo ładne kolory zachodu.
Jak się później okazało, nie jedyny to był kontrast tego dnia.
Nie miałem planu drogi, a właściwie miałem: pokazać koledze te miejsca, które ostatnio widziałem i które mi się podobały; chciałem wrażeniami podzielić się z Jankiem.
Więc dwa niczym niewyróżniające się (poza swoją urodą) miejsca pod Bystrzycą, obydwa bez imienia i bez swojego śladu na mapach, ale właśnie dlatego bardziej moje, a jeśli odwiedzane, to chyba przez mieszkańców wioski i takich kaczawskich wędrowców jak ja, czyli odwiedzane przez nielicznych. Jedno jest ledwie małym wypiętrzeniem na stoku zaoranego wzgórza, rośnie na nim parę modrzewi i różanych krzewów, nie ma panoramicznego widoku, ale dla mnie jest tam tak ładnie, że byłem kilka już razy i jeśli Prządki pozwolą, będę jeszcze nie raz. 


Drugie miejsce jest przy wiosce, z pobliskiej drogi polnej jest nie do zauważenia; ot, mały garbik ziemi porośnięty drzewami. Jednak gdy skręci się ku niemu i przejdzie na drugą stronę, pod dęby, okaże się nagle, że stoimy na górce wznoszącej się kilkadziesiąt metrów nad domami wioski, i że widok mamy ładny i daleki, aż za Bóbr. Parę już razy, kręcąc się po okolicy, widziałem te wzgórze i miałem chęć wejść na nie, ale jakoś nie było okazji, dopiero tydzień temu, w jeden z tych nielicznych słonecznych dni moich włóczęg, usiadłem pod dębem. Słońce, pierwsze brązowe liście na drzewie, żołędzie pod nogami, a przede mną dal – już to tylko połączenie wystarczy, by miejsce nabrało cech szczególnych. Dębowe Wzgórze.
Mój towarzysz niewiele mówił, przeżywając swoje ważne sprawy, mam jednak nadzieję na spodobanie się mu pokazanych miejsc.
Ach, wspomnę jeszcze, że przecięliśmy górski masyw, i tym razem przejście lasem bez drogi pamiętałem dokładnie.

Wioska Modrzewie mało jest znana, także mnie. Byłem w niej raz, zapamiętałem wąską szosę pnącą się stromo pod górę ciasną serpentyną, a tuż przy niej urwiste i kamieniste brzegi jaru z ciemnym strumieniem na dnie. Dzisiaj po raz pierwszy jechałem tamtędy samochodem. Dziwnie się czuje kierowca jadąc szosą, na której nie wyminą się dwa pojazdy. W ciasnym zakręcie, a takich jest tam parę, widać drogę dziesięć czy dwadzieścia metrów do przodu. Asfalt był mokry i pokryty liśćmi, a ja, powoli jadąc wpatrzony przed siebie, myślałem, co będzie gdy nagle zza tych skał zasłaniających widok wynurzy się samochód… Na pewno nie odważyłbym się jechać tam w zimie. Zaparkowałem na końcu stróżki asfaltu, przy ostatnim domu wioski (za uprzejmą zgodą właścicielki), ponieważ stamtąd jest żabi skok do paru ładnych miejsc przełomu Lipki, a ich urokiem chciałem się podzielić z towarzyszem.
Łagodne, wyrównane pługiem obłości pola obniżają się tworząc ledwie widoczną, ale bliżej lasu pogłębiającą się dolinkę – jakby pole otwierało się na las – a ten wychodzi naprzeciw wąskim cyplem drzew, wśród których bierze początek strumień. Wątły, mdlejący w suche dni, wyraźniejszy dopiero sporo niżej, wśród mroku i kamieni. Tam widać potencjalną siłę tego strumyka: wszak kamieniste dno stromego jaru jest jego korytem, więc i dziełem. Spływa on po stromym zboczu przełomu Lipki i do niej wpływa kilkadziesiąt metrów niżej.
Słoneczny i sielski krajobraz rozległych pól o spokojnych i jasnych liniach, a obok dzikość i chłodna mroczność, ciasnota i kamienisty chaos. Właśnie te bliskie sąsiedztwo, niemal natychmiastowy przeskok, ten silny kontrast, czynią na mnie wrażenie.
Równie duże uczynił grzyb, którego zobaczyłem na zapomnianej przez ludzi dróżce prowadzącej brzegiem lasu: masywny, gruby prawdziwek o niemal dwudziestocentymetrowym kapeluszu. Prawdziwy prawdziwek: kasztanowego koloru skórka, seledynowa barwa od spodu i dołem pęczniejąca noga. Nim ukręciłem go (w ziemi został wyraźny dołek), obaj, Janek i ja, zrobiliśmy mu sesję zdjęciową. Nie pamiętam, ile lat temu znalazłem równie dużego prawdziwka. Tego dnia znalazłem ich – lub znalazł Janek i pozwolił mi je wziąć –  jeszcze parę, także kilka kozaków i sporo podgrzybków; po ususzeniu grzyby zapełniły dwa litrowe słoiki.


Zbocze przełomu trawersuje droga, która spodobała mi się od pierwszej chwili jej zobaczenia. Ona swoim biegiem też tworzy ładny kontrast: jest wygodna, pozioma, jasna jak na leśną drogę, a biegnie stromym zboczem. Z jednej strony las pnie się w górę, miejscami bardzo stromo i trzeba zadzierać głowę by wzrokiem sięgnąć najwyższych drzew, z drugiej opada ku Lipce. Gdy wygodnie i bez wysiłku idzie się tą drogą, zatrzymując się często i rozglądając, wyobraźnia podsuwa obraz męczącego podejścia bez wytyczonej drogi.
Pod lasem, na drodze, pasły się konie. Niby wiem, że spokojne i mądre to zwierzęta, ale… ale takie duże, więc może by znaleźć inną drogę? Janek był odważniejszy: wyciągnął przed siebie dłoń i spokojnym tonem mówiąc coś do koni podszedł do pierwszego. Ten powąchał mu rękę i nawet dał się pogłaskać, chociaż widziałem jego nieufność; była więc obustronna. Zebrałem się w sobie i ruszyłem za Jankiem, ale na wyciągnięcie dłoni do koni zabrakło mi odwagi. Przeszliśmy.

U wylotu przełomu, ledwie kilometr od wioski Nielestno, w zimie znalazłem dziw, który bardzo mnie zaskoczył: przedzierałem się dnem przełomu, torując sobie drogę wśród przybrzeżnych chaszczy lub pokonując skaliste brzegi, gdy nagle zobaczyłem skały. Nie ma ich wiele, na długości trzydziestu metrów w rządku stoją piaskowce wysokości kilku metrów. Dołem czerwone, pionowe ściany o bogatej rzeźbie, a na nich leży ciemna skała, najwyraźniej bardziej odporna na niszczące czynniki, skoro grubymi czapami wisi nad czerwonym podłożem. Przewieszenia są wyraźne i płaskie, czynią wrażenie, zwłaszcza gdy stojąc nieco z boku zobaczy się las rosnący na tych kamiennych płytach. Całość przypomina najładniejsze miejsca Gór Stołowych, chociaż kolorystyką, także dzikością otoczenia, kaczawskie skały są ładniejsze.



Z tamtego miejsca, bliskiego szosie, ale z niej niewidocznego i znanego niewielu, na szczyt Grodowej jest pół godziny drogi. Ten sam przełom, który oglądaliśmy z dna stojąc przy skałach, ten, na który wcześniej patrzyliśmy idąc drogą biegnącą połową jego wysokości, teraz oglądaliśmy ze szczytu. 
Rozpogodziło się, słońce świeciło między jasnymi chmurami, świat wokół poweselał.




Na sąsiednim szczycie znowu, jak tydzień temu, zatrzymały mnie grzyby, tym razem opieńki, a wracaliśmy nieco inną drogą, bukowym lasem. Niskie już słońce oświetlało pnie drzew z boku, tworząc uroczy obraz. Widziałem, że Janek robił zdjęcia, bo i widok był ładny kolejnym w tym dniu kontrastem. Górą, wśród liści bukowych koron, była pełnia lata bez śladu jesieni, dołem natomiast, wokół ołowianych pni drzew, rozłożyła się jesień, brązowym kobiercem otulając ziemię.
Dokąd tylko można było, szliśmy brzegiem lasu, myszkując wśród brzóz (nie na darmo), a gdy wyszliśmy na łąkę, zwróciliśmy uwagę na piękne kolory słońca zachodzącego za jakimś izerskim wzgórzem. Przez krótki czas, ledwie minut, było tak, jakby ono rozpylało w powietrzu miedziany, lśniący pył. Nie próbowałem robić zdjęć wiedząc, że moim aparatem nie uda się ujęcie, ale Janek próbował. Ciekawe, z jakim rezultatem.
Późno doszliśmy do samochodu, już po zachodzie słońca, niewiele później wjechaliśmy w mrok październikowej nocy. Po późnym przyjeździe i zwykłych zajęciach, zająłem się grzybami. Minęła pierwsza, gdy w końcu zgasiłem światło. Dzień wykorzystałem.
Nazajutrz, idąc do pracy przed siódmą, ponad dachami bloków zobaczyłem Eos; przysiągłbym, że z przekorą uśmiechała się do mnie.
– Gdzie byłaś wczoraj? – zapytałem, ale usłyszałem tylko jej śmiech.



9 komentarzy:

  1. Krzysztof, początkowo niewiele mówiłem. Byłem nieco zażenowany, podziwiałem widoki i zachwycałem się mijającą chwilą. Ale później się nieco rozgadałem. Tak, to był dzień pełen kontrastów, które starałem się oddać na swoich zdjęciach. Moja relacja z tego dnia (będzie dużo zdjęć) ukaże się niebawem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaa... Zdjęcie kropel wody na liściu rzepaku jest przednie.

      Usuń
    2. Ładny mieliśmy dzień, mimo chmur. No i jubileuszowy: nasza dziesiąta wędrówka, moja sto siódma w Górach Kaczawskich. Janku, co ja tam robiłem tyle czasu??
      Te krople widzieliśmy ładniejszymi, bardziej wyrazistymi, szklanymi, niemniej dziękuję. Ach, mam parę zdjęć z Tobą. Na jednym z nich stoisz na wzgórzu, które nazwałem Dębowym Wzgórzem, a w głębi widać stok Księżej Góry, na nim las i fragment pola. Dokładnie tam oglądaliśmy te błyszczące krople wody na rzepaku. Zdjęcia wyślę dzisiaj.
      Tak rzadko tutaj się odzywasz…

      Usuń
    3. Ja się rzadko dożywam, ale często wpadam, czytam i rozmyślam. Coś przeżywam. Krzysiek, miej wyrozumiałość, wszystko jest na dobrej drodze. Jeszcze pogadamy...
      Ja mam taka nadzieję.

      Uporałem się ze swoim opisem...

      Usuń
  2. A mnie najbardziej podoba się zdjęcie nr 7. jak z bajki :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I w tej bajce również brałem udział, a zaczyna się ona tak:
      Za siedmioma lasami, za siedmioma górami...

      Usuń
    2. Aniko, inaczej obejrzałem to zdjęcie, tak bardziej krytycznie, i faktycznie zauważyłem różnice. Odcienie zieleni i oświetlenie kadru są jakieś inne, nie tak matowo-płaskie, jak na większości zdjęć; także kolejne, coraz dalsze fragmentu sfotografowanego krajobrazu są wyraźne, widać na nich głębię. Udało się i tyle.
      W ostatnich tygodniach przez trzy dni wędrowałem w słońcu, a przeglądając zdjęcia zauważyłem duże różnice jakości oświetlenia i całego zdjęcia. Na niektórych kolory są tak żywe, nasycone, z dobrą ostrością i głębią, że właściwie nie ma potrzeby je poprawiać. Inne, robione tego samego dnia, tą samą ręką i tym samym prztykadełkiem, są nijakie. Niby kolorowe, a jakby zza szarawej szyby oglądane. Nie doszedłem przyczyn. Owszem, wiadomo, że chodzi o światło, ale nie wiem, jakie będzie dobre, jakie nie. Zauważyłem tylko, że w pełni dnia, gdy słońce jest najsilniejsze, zdjęcia wychodzą mi wyblakłe.
      Wiesz, w fotografowaniu byłem i jestem amatorem. Czasu mi brakuje na wszystkie moje potrzeby i zainteresowania.

      Usuń
    3. Za siedmioma górami i lasami spała cudna księżniczka, a gdy nieopatrznie ją obudziłem (coś mi się przypomniało z dzieciństwa i w pierwszym odruchu pocałowałem ją), ona otworzyła oczy, spojrzała na mnie z góry, mimo że byłem wyżej od niej, i tonem nie znoszącym sprzeciwu kazała się wieźć do spa.
      Uciekłem, a gdy łąkami pędziłem co tchu ku ścianie lasu, zobaczyłem starszego faceta gapiącego się na motyla z taką miną, z jaką ja za młodu gapiłem się na laski.
      No i tak poznałem Janka. :-)

      Usuń
    4. Jakiego starszego faceta?
      Ja tylko wcześniej się urodziłem, a takiego należy słuchać!

      Usuń