Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

wtorek, 29 października 2019

Kolorowe Jeziorka i Konie Apokalipsy w Rudawach Janowickich

271019
Rudawy Janowickie: Kolorowe Jeziorka w masywie Wielkiej Kopy.
Przejazd do Czarnowa, wejście na Ostrą Małą i na Skalnik.

Na mapie Kolorowe Jeziorka są w górnym prawym rogu. Zieloną linią zaznaczyłem drogę przejazdu do Czarnowa, a niebieską nasz szlak na Skalnik.

Jak zwykle, kiedy jesteśmy poza moimi górami, przewodnikiem jest Janek. Zaproponowałem Rudawy, on wyznaczył trasę, a ja nazbyt ostrożnie policzyłem czas przejazdu. W rezultacie na miejsce przyjechaliśmy pół godziny przed brzaskiem, ale nic to, czasu wystarczyło akurat na śniadanie i drugą kawę.
Na terenie starych wyrobisk, gdzie utworzyły się malownicze jeziorka, byliśmy pierwsi. Co prawda mój aparat uznał porę za zbyt wczesną na robienie zdjęć, ale za to nikt nie wchodził w kadr.
Wiele słyszałem o tych miejscach, ale dopiero dzisiaj je poznałem. Ładnie tam jest. Rzadko spotykany las, bo z przewagą sosen, a drzewa te mam za jaśniejsze, bardziej słoneczne, od „zimowych” świerków tworzących większość lasów sudeckich. Dużo fantazyjnych kształtów skał o zróżnicowanej i kolorowej strukturze, parę wykutych przez ludzi jaskiń, wiele skalnych grzęd i półek, przejść między skałami, zakamarków do odkrywania, no i oczywiście same jeziorka. Ich sławionych kolorów nie widziałem, może tylko niewyraźne ślady, poziom wód miały bardzo niski, ale mimo tych braków wrażenie robiły dobre. Skały są mało spoiste, miejscami rozsypują się, a że wiele w nich siarczków, były kiedyś dobywane i używane do produkcji kwasów. Kopalnię zamknięto dawno temu, tu i ówdzie pojawiły się drzewa, wody opadowe i gruntowe rozpuszczając związki chemiczne zawarte w podłożu, utworzyły kolorowe jeziorka, a na koniec pojawili się ludzie zaciekawieni ich wyglądem.



Zwróciłem uwagę na otoczenie. Otóż miejsce jest tak popularne wśród niedzielnych turystów, że w jego pobliżu zbudowano kilka prowizorycznych parkingów, najwyraźniej płatnych, postawiono miejsca do odpoczynku z ławami, stołami i zadaszeniami, wiele jest koszy na śmieci (a widzieliśmy, że są opróżniane), jest nawet bar.
Główne ścieżki wokół jeziorek mają szerokość kilku metrów i są klepiskiem z wystającymi korzeniami. Te drogi też zrobiły na mnie wrażenie, zarówno wyglądem, jak i przyczynami swojego powstania.


Otóż w górach mało jest ziemi. Im wyżej i bardziej stromo, tym mniej. Na ogół jest jej kilka, najwyżej kilkanaście centymetrów, głębiej jest skała. Ta warstwa gleby umożliwia wzrost drzewom i roślinkom leśnego poszycia, a tworzy się bardzo powoli, nawet tysiące lat. Na miejscu utrzymywana jest korzeniami roślin leśnych, zwłaszcza tych małych roślinek, po których chodzimy nie zwracając na nie uwagi. Gdy ich zabraknie, naga ziemia podlega szybkim procesom denudacyjnym, jak to fachowo mówią geolodzy. Czyli jest osadzana niżej, głównie przez deszcz i wiatr. Jest po prostu rozwiewana i spłukiwana, ale też i przenoszona niżej w bieżnikach butów. Poziom takich wydeptanych dróg stopniowo się obniża, korzenie drzew są odsłaniane, a w końcu gleba znika i zostaje sama skała. Widziałem takie ścieżki w Tatrach i Bieszczadach. Na terenach chronionych, pracownicy parków zagradzają dzikie ścieżki i stosując odpowiednie zabiegi, wspomagani wiedzą naukowców, mozolnie odtwarzają pierwotny wygląd miejsc. Nie o idee tutaj chodzi, a o wygląd całych gór – żeby nie były nagą kupą kamieni. Chodzi o równowagę bardzo wrażliwego w górach ekosystemu, utrzymującego przy życiu mnóstwo gatunków zwierząt i roślin, nierzadko endemicznych.
Nie piszę o tym chcąc zakazać ludziom wstępu w góry. Piszę, aby uświadomić negatywny wpływ masowej turystyki na naturę i przekonać do konieczności jej chronienia. Na początek wiele nie trzeba: wystarczy nie śmiecić i nie wydeptywać nowych ścieżek.
Skoro mianujemy się panami Ziemi, jej ochrona, z całym bogactwem ziemskiego życia, powinna być naszym kategorycznym obowiązkiem.
Drugim naszym celem były dwa bliskie sobie szczyty: Ostra Mała i Skalnik, najwyższy szczyt całych Rudaw. Miałbym nie lada kłopoty z dojechaniem, gdyby nie google, no i oczywiście smartfon potrafiący pełnić funkcję GPS. Kręta droga przez parę kilometrów wiodła ostro pod górę. Na grzbiecie silnik omalże zagotował wodę. Zatrzymałem się tam dla wspaniałych widoków. Były swojskie w stronę moich gór, a nieznane i prawdziwie górskie na południe, w stronę Gór Kamiennych i kresu Karkonoszy.


Tutaj widać drogę i widoki na południe. Jeśli przejedzie się nieco na północ (do góry mapy), odsłoni się widok w stronę Gór Kaczawskich.
Obok długiej linii lasów, biegły łąki po wzgórzach i górach hen, aż po horyzont. Od razu pojawiła się myśl o ich przejściu. Już przeglądałem mapę ustalając przejście od Gór Ołowianych po południowy kres Rudaw, a może i dalej, aż po Bramę Lubawską i granicę Polski. W krótszej wersji trasa miałaby w linii prostej 10 km, czyli praktycznie 15 do 20, więc nie do przejścia (zwłaszcza wobec spodziewanych obejść) w obie strony w jeden jesienny czy zimowy dzień, ale kiedyś ją przejdę. Dla widoków niemal na całej długości, dla uroku wędrówki bezdrożem w ciszy i samotności.
Wracam na naszą dzisiejszą trasę.
Gadające pudełeczko kazało mi skręcać w lewo z bocznej i krętej drogi, a ja do ostatniej chwili, nie widząc wąskiej i opadającej asfaltowej ścieżki udającej szosę, byłem pewny pomyłki googli. Jednak nie. Droga miała szerokość dwóch metrów, i stała przy niej tablica nakazująca jazdę z łańcuchami na kołach. Nie dziwię się, i na pewno nie pojadę tam w zimie.
Parking okazał się nieco szerszym końcem tej drogi, a miejsca nie było. Kręciłem się trochę, nim przytuliłem swoją niemałą landarę do krzaków. Stała tak mocno pochylona, że pasy się zablokowały, jak się okazało przy wyjeżdżaniu, ale możliwość przejazdu dla innych samochodów zachowałem.
Naszą drogę w obie strony, Janek ustalił innymi szlakami, obydwa wiodły lasami. Godzinę w spacerowym tempie.
Pod pierwszym szczytem stoi grupa ładnych skał o dziwnej i budzącej ciekawość nazwie: Konie Apokalipsy. Poza pierwszą, najniżej stojącą, trudno dopatrzeć się podobieństwa do koni, Może autor nazwy chciał po prostu zaintrygować turystów. Mnie sprowadziła w to miejsce głównie nazwa, więc pomysł był udany.




Nie mam serca do tych wszystkich proroctw, chyba że są pięknie napisane, ale Janowe raczej takie nie są, wspomnę więc tylko, że nazwy koni nie są podawane (tylko ich maści), ale miana jeźdźców owszem. To Wojna, Zaraz, Głód i Śmierć. Doborowe towarzystwo, cholera. Nie ma ich w tych metalicznie szarych skałach granitowych, ale to i dobrze. Zostajemy sami z ładnym dziełem natury, w znacznej mierze uwolnieni od lęków ludzi dawniej żyjących.
Skały mają kilka metrów wysokości, a że rosną w świerkowym borze, widoków z nich nie ma. Natomiast niewiele dalej, na szczycie Ostrej Małej, są dwie grupy okazalszych skał stojących na krawędzi szczytowego wypłaszczenia, widoki z nich są bardzo rozległe, i niewiele im brakuje do pełnej panoramy. Widać Kotlinę Jeleniogórską, Góry Kaczawskie i Sokole, liczne miasteczka i wioski. Zdaje się, że Izery majaczą na granicy widzialności, no i oczywiście Karkonosze. Nieodległa Śnieżka wygląda stamtąd naprawdę majestatycznie. Wyraźnie widać jej górowanie nad całym pasmem karkonoskim i stromiznę jej zboczy.



Stojąc tam i próbując utrzymać równowagę w porywach silnego wiatru, po raz kolejny doceniłem zalety miejsc zapewniających widoki na mniejsze odległości i z nieco mniejszej wysokości, ponieważ szczegóły widać wtedy wyraźnie. Rozległość widoków z Ostrej Małej jest tak duża, że w pobliżu horyzontu góry roztapiają się w niebieskościach i widać tylko ich niewyraźne zarysy. Widoki z takiego miejsca oszałamiają, owszem, ale potrzebna jest dobra przejrzystość powietrza, a taka wcale nie jest częsta.
Nie od razu wszystkie, a powoli, krok po kroku, identyfikowałem szczyty kaczawskie. Każdy kolejny, któremu udało się przypiąć miano, cieszył. Znak, że trzeba mi wracać w moje góry.

PS 1
Nieodkrywcza myśl o zdjęciach.
Zauważyłem, że zdjęcia, na których jest dużo drobnych i pomieszanych szczegółów bez wyraźnego pierwszego planu, na przykład gęsty las, chaszcze, rozległe rumowiska skalne w lesie czy łąki, albo odległe i mało wyraźne widoki, wychodzą często niedane. Zastanawiając się nad powodami, zauważyłem pewne cechy postrzegania świata naszym wzrokiem. Otóż my rozdzielamy takie poplątane, zagmatwane obrazy na części i oglądamy je kolejno. Patrząc na fragment, wyróżniamy go ostrością widzenia i postrzegania, a następnie przenosimy wzrok na inną część, i dopiero po przyjrzeniu się wszystkim fragmentom, które nas interesującą, tworzymy obraz całości. Aparat chwyta wszystko naraz i w rezultacie beznadziejnie miesza szczegóły, tworząc mało wyraźny bałagan widoczny na zdjęciach.
Bywa też, że przyglądamy się tylko jednemu wybranemu fragmentowi, a jego obraz i nasze wrażenia przenosimy na całość. Podobnie postępuje pisarz, który w opisie paru scenek zawiera wyraźne wyobrażenie rozległego obrazu. Homer był pierwszym w naszym kręgu kulturowym, który to potrafił.

PS2
Warto przypomnieć zasadę, do której niedawno doszedłem:
Klasą jest posiadanie niewielu rzeczy.

PS3
O słowach słów parę.
Znowu widziałem tablicę z idiotycznym, nielogicznym, źle napisanym zdaniem:
„Dziękujemy, że byliście z nami”.
Dziękuje się za coś, a nie za „że”.
Ostatecznie można napisać tak: „Dziękujemy za to, że byliście z nami”, ale moim zdaniem struktura „za to, że” zgrabną nie jest. To wygodny wytrych. Za najpoprawniejszą mam formę „Dziękujemy za bycie z nami”.












czwartek, 24 października 2019

Złota jesień

201019
W Chełmach: o wschodzie słońca na Radogoście, po zejściu z góry oglądanie miłorzębów przy pałacu w Kłonicach. Przejazd do Jakuszowej. Pałac, przejście Wąwozu Myśliborskiego, wokół wzgórza Tarnawa.


Zaparkowałem u podnóża Radogostu, na końcu wąskiej wstążki asfaltu; kwadrans po szóstej, więc jeszcze w nocy, poszliśmy. Na wschodzie Eos ledwie jedno zaspane oko wystawiła spod kołdry. Miałbym kłopoty ze znalezieniem ścieżki, gdyby nie Janek lepiej znający okolicę. Raz czy dwa włączyłem latarkę, ale nie był to dobry pomysł: oczy, oślepione silnym światłem, musiały długo się przyzwyczajać do światła Księżyca. To nocne podejście na szczyt zrobiło na mnie niemałe wrażenie. Widziałem księżycowe cienie drzew i niewyraźnie zarysowaną ścieżkę pod nogami; kamieni wśród liści już nie, ale dało się iść bez uderzania nosem w pnie drzew.
Ścieżkę oczywiście zgubiliśmy, ale że nie rosną tam krzaki, las jest przejrzysty, szło się dobrze, a kierunek wyznaczało samo zbocze: pod górę, ku szczytowi. Dopiero schodząc mogłem się przyjrzeć drzewom. Rosną tam niemal wyłącznie dęby i graby. Dużo grabów, wiele pokaźnych rozmiarów, wszystkie z wyraźnym, falującym po pniu, szarosrebrzystym rysunkiem. Piękny las. Taki, jaki tutaj zawsze rósł.
Wzdłuż ścieżki rosną daglezje. Co prawda są tutaj obce, ale dla ich urody, a zwłaszcza strzelistości, łatwo je zaakceptować w grabowo-dębowym lesie.
Pod szczytem zobaczyliśmy wieżę odrobinę ciemniejszą od nieba. Ta budowla jest wyjątkowa, ponieważ jest jedyną, której nie przerosły drzewa, a zbudowano ją z kamieni i cegieł w XIX wieku.
Przyznam, że po świetlistym spektaklu oglądanym niedawno ze szczytu Ostrzycy, dzisiejszy świt nie wywarł na mnie takiego wrażenia, jakiego chciałbym doświadczyć. Niedostatek wrażliwości, czy nadmiar wrażeń? A właściwie dlaczego nie możemy zachłystywać się urodą świata zawsze wtedy, gdy tego chcemy? To niesprawiedliwe.
Eos była dzisiaj z lekka nadąsana, ale może jestem wobec niej niesprawiedliwy? Może to niewielkie rozmycie kolorów było skutkiem mgieł? Szczególnej urody były wąskie pasemka chmurek z podświetlonymi brzuchami. Chciałbym potrafić nazwać wszystkie kolory, jakie niewidoczne jeszcze słońce nadawało chmurom. Powiedziałbym, że wiele tam było czerwieni o buraczkowym odcieniu, ale i ślady ciemnego różu, ale taki opis nie zadowala mnie.
Miałem też kłopoty z rozpoznaniem wielu gór wokół, a wzrok sięga od Legnicy po Karkonosze, od Ślęży, wyraźnie stamtąd widocznej, po Izery. Za mało bywam w Chełmach, za mało je znam.






Drugim celem przyjazdu do Kłonic było zobaczenie miłorzębów rosnących przed pałacem.
Taksonomowie dzielą całą ziemską faunę i florę na wiele pięter, zgodnie z naszą potrzebą porządkowania świata wokół nas przez szufladkowanie, ale i dla przejrzystości oraz umieszczeniu konkretnego organizmu wśród swoich bliskich krewnych.
Specjalnie dla miłorzębu musiano stworzyć klasę (miłorzębowe), rząd (miłorzębowce) i rodzinę (miłorzębowate). Jakbyśmy mieli do czynienia w Bóg wie iloma przedstawicielami miłorzębowatych i miłorzębowców, a mamy do czynienia z jednym drzewem nie mającym bliskich, ani dalszych, krewnych. Miłorząb został sam w zmienionym świecie, w którym na próżno szukać drzew mu podobnych. Dzięki swojej wielce oryginalnej urodzie rośnie teraz na całym świecie, sadzone przez ludzi – rzadki przypadek zabezpieczenia przez nas bytu zagrożonego gatunku.
Jakieś dziesięć lat temu oglądałem miłorząb w Szczecinie; chyba jeszcze trafiłbym do niego, ale widok tego drzewa nie wywarł na mnie takiego wrażenia, na jakie zasługuje. Może wiedzy miałem za mało (a wiadomo, że ona pogłębia widziany obraz, nasyca go urodą i szczegółami), może wrażliwości zabrakło, a może szum ulicy przeszkadzał mi. Nie wiem, ale na szczęście zaciekawienie drzewem, podsycane wspomnieniem dawnej chwili z ogrodu botanicznego we Wrocławiu, zostało we mnie.
Miłorzęby rosnące przed pałacem w Kłonicach widziałem kilka lat temu, w listopadzie, gdy stały już nagie. Zwróciłem uwagę na idealnie żółty kobierzec liści leżących pod drzewami – doskonały kontrast z czarnymi konarami i wyrazisty ślad ich wcześniejszej urody. Obiecałem sobie któregoś roku wrócić tam, do tej małej wioski schowanej w lasach, na końcu bocznej, wąskiej dróżki.
Po obejrzeniu z Ostrzycy wschodu słońca napisałem, że dla tego widoku warto było wstawać w nocy i jechać kawał drogi, dzisiaj to stwierdzenie było dla mnie niewypowiedzianą oczywistością, ale i czymś dalece większym, ważniejszym. Było kulminacją mojej przygody z miłorzębami i przeżyciem wyjątkowym. Kręciłem się pod drzewami nie potrafiąc odejść. Obszedłem pałac i wróciłem pod nie. Zjadłem śniadanie i na deser stanąłem pod miłorzębem. Już odchodziłem, ale wróciłem dla jeszcze jednej sesji zdjęciowej.
Patrzeć z bliska, w słoneczny dzień, na żółte i zielone liście tego drzewa, jest doświadczeniem niemal mistycznym, czymś najzupełniej wyjątkowym. Ten widok budzi w patrzącym myśli trudne do wyrażenia słowami o urzekającym pięknie świata, o jego przemianach, ale też o pięknie dla nas już nieodwołalnie straconym – z czasów życia kuzynów miłorzębów.
Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem liścia, był gruby i gładki, jakby nieco nawoskowany. Dziwne, ale miłe wrażenie.
A może mit o złotym wieku Ziemi jest prawdą, a miłorząb, starszy od najstarszych mitów, poświadcza swoim urokiem wspaniałości tamtych czasów?





Dzisiaj miałem możliwość dokładniejszego obejrzenia pałacu. Jest większy niż wcześniej myślałem, niedawno był remontowany, ale stoi pusty. Z bliska widać niedokończenie prac, ale i potrzebę kolejnych remontów. Podoba mi się jego kształt, podoba dzikie wino wspinające się na mury i na specjalne, jak myślę, kolumny przy pałacu. Podziwiając tę budowlę, przychodziły mi do głowy niewesołe myśli o jej przyszłości. Na dokończenie prac potrzebne są zapewne miliony, na utrzymanie dobrego stanu może nawet setki tysięcy rocznie (ogrzać dom o powierzchni dwóch tysięcy metrów!). Hotel z widokiem na rozlatujące się budowle folwarczne? Na końcu drogi, na której nie wyminą się dwa samochody, kilkanaście kilometrów od Jawora, małego przecież miasteczka, kawał drogi od większych miast? Miałem kilka pomysłów na wykorzystanie pałacu, każdy finansowo niewydolny.




Nie mieliśmy planów na resztę dnia, chyba dopiero siedząc w samochodzie zaproponowałem pojechanie do bliskiej Jakuszowej, ale gdy ruszyłem, skręciłem w boczną uliczkę chcąc dowiedzieć się, dokąd prowadzi. Trafiliśmy na spore osiedle nowych domków jednorodzinnych. Duże działki, ładne domy, zielono wokół, cicho i dostatnio. Pomyślałem o coraz częstszych ucieczkach ludzi z miast na wieś, o zmianach charakteru jakże wielu wsi zatracających swój dawny rolniczy charakter.
Dlaczego Jakuszowa? Ponieważ nie byłem jeszcze w tej wiosce i nie znam jej okolic – a takie powody mam za dostateczne.
Mała to wioska, senna i ukryta, ale pałac ma, jak większość wiosek kaczawskich, a chyba też i sudeckich. Niewielka część budynku jest wykorzystywana na mieszkania, reszta stoi pusta. Na dachu ordynarna papa, kilka wybitych szyb w starych oknach, odpadający tynk i zaniedbany skrawek parku za budowlą.


Kolejny pałac czekający na swój marny koniec. Szkoda mi tych budowli.
Pole po drugiej stronie ulicy przecina ładna dróżka, więc poszliśmy poznać ją bliżej, a że podprowadziła nas pod las, w którym gdzieś niżej ukrywał się Wąwóz Myśliborski, weszliśmy między drzewa. Prowadziłem według słońca i bez problemu doszliśmy do wąwozu, tyle że „zniosło” nas paręset metrów w bok od spodziewanego miejsca.
Dnem prowadzi popularny szlak, sporo tam turystów, ale nader mało wśród nich ludzi pamiętających dobry polski zwyczaj pozdrawiania mijanych wędrowców. Ozdobą wąwozu jest kilka grup skał stojących na stromych zboczach. Dzikie to skały, trudno dostępne, wysokie na kilka pięter, niemal pionowe. Tam, gdzie schodzą na dno i niemal zagradzają drogę strumieniowi, zobaczyliśmy języcznik zwyczajny, nadzwyczaj rzadki gatunek paproci nie wyglądającej na paproć, dla której ustanowiono rezerwat. Jak i za poprzednią bytnością tutaj kilka lat temu, poczułem zadowolenie: coś robimy dla ochrony zagrożonych gatunków.
Po wyjściu z wąwozu resztę dnia spędziliśmy na włóczeniu się po okolicy, zwłaszcza w pobliżu wzgórza Tarnawa.
Łagodne zbocza wzgórz, samotne brzozy, polne drogi biegnące gdzieś za swoimi sprawami, wstęgi tarniny ukrywające strumienie, cisza, słońce, kolory jesieni oraz wielkie pola niebiesko kwitnącej rośliny. Dzięki Jankowi poznałem jej nazwę, to facelia błękitna. Zdumiałem się, gdy przeczytałem na stronie Wikipedii, że siana jest także dla nektaru, a jego zbiory mogą sięgnąć nawet 400 kg z hektara. Niesamowite.
Szliśmy polną drogą, brzegiem lasu, a taka droga zawsze jest urokliwa. Znaleźliśmy przy niej tak dużą kępę kań, że można było je kosić, według zapewnień Janka, a niewiele dalej, gdy w końcu podnieśliśmy wzrok znad grzybów, rozpoznaliśmy daglezje rosnące przy drodze. Nie były to pojedyncze drzewa tego gatunku, a najprawdziwszy las daglezjowy. Pierwszy taki las widziany przeze mnie. Co prawda dobrano się do niego, las świecił wielką łysiną-porębą, ale sporo jeszcze zostało tych ładnych drzew.
Wrócę tam, ponieważ oglądając zdjęcia z kosmosu, zobaczyłem kilka ominiętych miejsc i przejść. Wrócę i oddam się swojemu ulubionemu zajęciu: szwendaniu się po okolicy i gapieniu na świat.