poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Sierpniowe wspomnienie z Ustronia


Stałem tam, gdzie umówiliśmy się: przy młynie, trzydziestometrowym kole widokowej karuzeli. Zobaczyłem ją pierwszy, myszkowała wzrokiem wokół, a gdy nasze spojrzenia spotkały się, uśmiechnęliśmy się do siebie. Po chwili witałem się z Anną, Chudą i Gui. Byłem jeszcze w pracy, w roboczych ciuchach, z kieszeni portek wystawały mi przewody miernika, więc tylko dałem moim gościom bilety, ustaliliśmy czas spotkania już po pracy, i wróciłem do swoich zajęć. Ach, nie!: odebrałem prezent w postaci dwóch dań kuchni Ani. Pierwsze zjadłem już po godzinie, na kolację, a jakież było moje zaskoczenie, gdy otworzyłem pojemnik z makaronem do zupy owocowej!: był przystrojony niebieskimi płatkami kwiatów. Poczułem się tak, jakbym był w jakiejś orientalnej restauracji. Drugie danie, leczo przyprawione tajemniczymi dodatkami, dla mnie bardzo oryginalnymi i smacznymi, znikło już nazajutrz. Jakże miłą była ta odmiana po wędlinie podawanej na kolację codziennie, miesiącami całymi, w firmowej kuchni. Anna bardzo mnie ujęła pamięcią, ponieważ obiecała przywieść mi coś do połasuchowania ze swojej kuchni kilka miesięcy temu, w czasie naszego zimowego spotkania w górach, w Gierczynie, na drugim końcu Polski.
Miałem i ja przygotowany prezent dla Ani: możliwość zajęcia miejsca w fotelu scanii 164 top line (największej maszyny rodem ze szwedzkiej Scanii), oraz w renault magnum, francuskiej ciężarówce mającej największą kabinę ze wszystkich spotykanych w Polsce marek tirów. Kruszynce udało się wdrapać do kabiny, a gdy usiadła w fotelu i położyła dłonie na kierownicy, uśmiechnąłem się: mrówka i słoń. Chuda zrobiła mamie zdjęcia, może dostanę kopie? Zamieściłbym je tutaj, pod tekstem. Do magnum wsiada się inaczej niż do scanii, wszedłem więc pierwszy do kabiny, pokazując Ani sposób pokonywania przesuniętych stopni, a gdy usiadła w fotelu, zachęciłem do przekręcenia kluczyka w stacyjce. Nie wiem, czy miała tremę, chyba trochę tak, skoro po samodzielnym zapaleniu silnika bardzo oszczędnie go gazowała.
Panie zaproponowały opuszczenie lunaparku dudniącego głośnikami, więc ruszyliśmy na poszukiwanie spokojnej knajpki z widokiem na morze. Idąc, patrzyłem na panie nie mogąc nadziwić się ich podobieństwu widocznemu mimo różnic w ich wyglądzie. Trudno określić mi skąd się brało to wrażenie, ale było wyraźne. Dodam jeszcze swoje zdumienie pojawiające się we mnie ilekroć uświadamiałem sobie, iż patrzę na matkę i jej córki: wszak widziałem trzy siostry.
Niekrótki czas rozmowy przy kawie i ciastach minął mi stanowczo zbyt szybko. Odprowadziłem moich gości do samochodu, a przy pożegnaniu odebrałem podziękowanie, które ogrzało mi serducho: każda z pań objęła mnie. Gdy ramieniem przyciskałem do siebie Annę, przez głowę przeleciała mi myśl: tylko ostrożnie, bo zgnieciesz tą kruszynkę.
Gdy ich samochód odjechał, poczułem smutek: do końca sezonu nikt już mnie nie odwiedzi.


czwartek, 25 sierpnia 2016

Kilokalorie i kilometry


170816
Siedziałem na progu kampingu z puszką piwa w ręku, słuchałem Zimy Vivaldiego i patrzyłem na zmierzch wypełzający z krzaków rosnących między drzewami nowotomyskiego parku; na tle jaśniejszego nieba drobne listeczki brzóz wydawały się czarne, ale ładne nadal były. Nieco później, gdy na wozach zapaliły się neonowe światła nocne, ich barwa dodała do znowu widocznej zieleni liści nieco metalicznej poświaty.
W głowie kotłowały mi się zdarzenia ostatnich dwóch dób, a gdzieś dalej, na obrzeżu świadomych myśli, czaiły się góry. To dzięki prysznicowi: kwadrans temu po raz pierwszy od trzech dni mogłem wziąć porządny, gorący prysznic, a po nim, jak wiele już razy, zmęczenie znikło i z satysfakcją poczułem, że mógłbym założyć buty, wziąć mój plecak i pójść na łazęgę.
A przecież dzisiaj wczesnym rankiem padałem…
Poniedziałek skończył się późno, po kilkunastu godzinach prac przygotowawczych do demontażu urządzeń. Gdy szedłem do kampingu, spojrzałem na telefon: była 23.35. Zimna woda ledwie ciurkała z kranu (nie miałem czasu naprawić uszkodzenia), wieczór też był zimny; zniechęcony, toaletę zrobiłem mocno okrojoną: twarz, dłonie i stopy. Powinienem od razu położyć się spać, wszak wiedziałem, że nazajutrz położę się dopiero po przyjeździe do nowego miasta, więc zapewne pojutrze nad ranem, ale szkoda mi było kłaść się. Cichy był i spokojny ten ostatni wieczór w Ustroniu, więc siedziałem przy laptoku, coś napisałem i przeczytałem, zajrzałem na blog, a położyłem się dopiero po pierwszej, spałem więc pięć godzin.
Jakiś sen obudził mnie przed budzikiem, przez chwilę próbowałem gonić umykające mi wrażenia, ale nie dogoniłem. Rozbudzony, leżałem czekając na sygnał rozpoczęcia maratonu. Z przyjemnością przeciągałem się, odczuwając dobrostan mojego ciała. Dotykałem swoich ud i bioder, prężyłem mięśnie czując pod skórą ich twardość i gotowość słuchania mnie przez całą dobę. Szczupłość i sprawność mojego ciała sprawia mi satysfakcję, ponieważ, mając skłonność do tycia, od wielu, wielu lat zwykłem oszczędzać na jedzeniu, ponieważ – powód drugi - kopa lat już za mną.
Minione tysiąclecia istnienia naszego gatunku wykształciły w nas mechanizmy, które zupełnie nie pasują do całodobowych sklepów, lodówek w mieszkaniach, do powszechnej dostępności jedzenia. Głód odczuwamy z wyprzedzeniem w stosunku do rzeczywistych potrzeb organizmu, a poczucie sytości pojawia się z opóźnieniem; kiedyś ten mechanizm mobilizował nas do szukania pożywienia i najadania się po dziurki w nosie, teraz każe otwierać drzwi lodówki; to, co wtedy pomagało, teraz zwróciło się przeciwko nam. Ludzie mają zdolność pokonywania dużych odległości pieszo, a nie jest to przypadek, lecz konieczność wykształcona w toku rozwoju naszego gatunku; nasi przodkowie musieli sporo się nachodzić, żeby znaleźć jedzenie. Ponieważ ruch nie tylko zapewnia sprawność organizmu, ale i zużywa kalorie, mamy teraz dwa nieszczęścia: siedzącą pracę i jedzenie pod ręką. Efekty widać na ulicach.
Nam, ludziom, odczuwanie umiarkowanego głodu jest pisane. Kiedyś głodowaliśmy nie mogąc upolować czy znaleźć jedzenia, teraz powinniśmy głodować aby zrównoważyć braki w wydatkowaniu kalorii i nie utopić się w tłuszczu. Któregoś wieczoru wyszedłem na dwór i zobaczyłem kolegę siedzącego na progu swojego pokoju i jedzącego kurczaka.
-O tej godzinie jesz kolację? – wyrwało mi się. Dochodziła północ, minęło sześć godzin od kolacji, też byłem głodny, ale jeść kurczaka o tej porze?
Kolega rozłożył ręce w geście bezbrzeżnego zdziwienia i odpowiedział pytaniem:
-A jak to iść spać na głodno?
Nie podjąłem się wyjaśnienia. Może jemu brzuch nie przeszkadza? Ja bardzo nie chciałem go dźwigać.
Za kierownicą scanii usiadłem zgodnie z przewidywaniami - o godzinie 21, po czternastu godzinach pracy, nierzadko zmieniającej się w gonitwę lub w zmaganie z nawałem piętrzących się obowiązków, gdy nie można skończyć jednej pracy bez konieczności szybkiego zajęcia się paroma innymi, nowymi sprawami. Przed wyjazdem nie przyszło mi do głowy rozejrzeć się wokół, pożegnać miejsca tak jednoznacznie kojarzące się z latem, ot, po prostu gdy ostatni zestaw wyjechał, wsiadłem do ciężarówki i ruszyłem, goniąc czas. Jeszcze tylko ostatni raz z przyjemnością spojrzałem na mijane wiatraki, urządzenia nie tylko ładne dla mnie, ale i czarodziejskie w efektach swojej pracy, zaraz jednak myśl wróciła do spraw pracy: czy aby na pewno zatankowałem odpowiednie ilości paliwa do samochodów? Do rozdysponowania miałem go niewiele, musiałem kalkulować rozdzielając je. Wystarczyło.
Pierwsze sto kilometrów minęło mi dobrze, później zaczęła się walka mojej woli z wymęczonym organizmem żądającym snu. Najpierw sięgnąłem po jedzenie, ale jedna bułka (ze służbowego przydziału – druga kolacja wydawana przy długich przerzutach sprzętu) i małe opakowanie suchych wafelków nie wystarczyły na długo; kiełbasę uznałem za niejadalną. O gumie lub cukierkach nie pomyślałem, skleroza, ale miałem pięciolitrową butlę wody zabranej z powodu przeciekającej chłodnicy. Gdy traciłem świadomość zatrzymywałem się, otwierałem drzwi i wychylając się nalewałem na dłoń wody i polewałem twarz. Najpierw wycierałem się papierem toaletowym (miał ładny zapach, bezskutecznie próbowałem przypomnieć sobie, co w naturze tak pachnie), ale później zauważyłem, że zabieg  jest skuteczniejszy bez wycierania twarzy, ponieważ spływająca i wysychająca woda łaskotała. Jak każdy sposób na odpędzenie snu, i ten okazał się skuteczny tylko do czasu. Oczywiście starym zwyczajem otwartą dłonią biłem się po twarzy, ale raczej rzadko, bo nie wiedzieć czemu nie lubię bić się. Wymyśliłem wspomożenie dla wodnego odpędzania snu: liczyłem. Głośno liczyłem. Nudne to było okropnie, ale odrobinę pomagało. Myliła mi się kolejność liczb, zaczynałem od początku albo od przypadkowej liczby, ustawałem i zmuszałem się do dalszego liczenia. Może gdybym liczył coś konkretnego, liczyłoby mi się łatwiej, ale nic nie przychodziło mi do głowy poza baranami, ale przecież to głupie: liczyć nieistniejące barany jadąc ciężarówką w środku nocy. Później znalazłem dla siebie wytłumaczenie: wszak liczenie baranów wspomaga uśnięcie, więc ma działanie przeciwne. Samochód jakby wyczuwał mój niezbyt przytomny stan, uparcie uciekając na środek jezdni; kilka razy budziło mnie trąbienie kierowców, kilka razy sen odpędzały koleiny, na których scania wyczyniała dzikie harce i dopiero czując moje dłonie zaciśnięte na swojej kierownicy, a nie tylko oparte o nią, posłusznie trzymała swoje prawe koła przy krawędzi jezdni. Na szczęście otępiały umysł sam kazał moim oczom patrzeć w lusterka i przez mijane ronda tak przeciągać długi zestaw, żeby nie jechać po krawężnikach.
W jakiejś przytomniejszej chwili pojawiła się we mnie refleksja: to, czego tak stanowczo domaga się organizm, jest dla jego dobra, ale przecież gdyby dostał, gdybym usnął, mógłby to być sen mój ostatni, więc organizm wymusza na mnie zachowanie zagrażające mu. Uderzająca sprzeczność. Jakby dwóch nas było, stojących na wprost siebie: ja i moje ciało.
Nad ranem, gdy jasna, księżycowa noc zaczęła ustępować miejsca dniowi, coś dziwnego stało się z odległościami. W czasie normalnych podróży dwadzieścia kilometrów jest małą odległością, pięć to już niemal cel jazdy, a tej nocy było tak, jakbym oddalał się przybliżając, jakby każdy kolejny kilometr był dłuższy od swojego poprzednika. Na początku trasy do przejechania dziesięciu kilometrów nawet kwadrans nie był potrzebny, teraz wystarczał na przejechanie kilometra. Kolejne tablice z odległościami mijałem coraz rzadziej, na koniec jakbym siedział w pełzającej maszynie, bełkocząc swoje liczby. Jechałem i jechałem bijąc się ze snem, a tablicy z napisem „Nowy Tomyśl” nie było, mimo iż godzinę temu miało być tylko pięć kilometrów do miasta.
Gdy w końcu zobaczyłem pierwszy, ten mój, zjazd do miasta, obok satysfakcji poczułem odrobinę zdziwienia. Jak zwykle na wyczucie, nie widząc konarów drzew, wjechałem dwudziestosześciometrowym zestawem na gruntową dróżkę wiodącą między ciasno rosnącymi tutaj drzewami parku. Zgasiłem światła i wyłączyłem silnik. Przez chwilę słuchałem ciszy dzwoniącej mi w uszach. Wydawało mi się, że rosa na trawie lekko świeci stonowanym, szarostalowym światłem, gdy szedłem do wjazdu; po lewej, między drzewami, żywymi kolorami jaśniała Jutrzenka.
Po chwili na brzegu polanki pojawił się mój kamping, machnąłem ręką w kierunku grupy akacji, pokazując kierowcy gdzie ma się zatrzymać.
Była godzina piąta, minęła dwudziesta druga godzina mojej pracy dzisiaj. Dojechałem.
Umyłem twarz i dłonie, wypiłem piwo, budzik nastawiłem na cztery godziny snu i wpadłem w sen jak w czarną studnię bez dna.

sobota, 13 sierpnia 2016

O wymienialności pieniądza


120816

Przez szereg tygodni miałem tutaj, w Ustroniu, kogoś z rodziny, ale od kilku dni jestem sam. Czas, na który wszyscy czekaliśmy tak długo, już minął. Jeszcze przedwczoraj miałem trójkę gości, spędziłem z nimi miłe popołudnie, które mam nadzieję pamiętać długo - ostatni promyk słońca na chmurnym niebie. Dołączam go do wspomnień sylwetki córki na tle morza, rozmów z synem przy dobrym piwie, wołającej mnie przez sen Heleny, wieczornych chwil z żoną, swoich spacerów po uliczkach miasteczka i zadumanego gapienia się na morze.

Siedzę przy włączonym grzejniku i słucham werblu deszczu o dach kampingu. Wczoraj po raz pierwszy od wielu dni założyłem długie spodnie, dzisiaj dodałem jeszcze sweter. Odzwyczajony od takich ubiorów czułem się źle, jak w pancerzu. Spodnie przeszkadzały, bluza ograniczała ruchy, ciało dopominało się słońca na nagiej piersi i ramionach, delikatnego łaskotania poruszanych wiatrem włosów na gołych nogach, letniej swobody. Znowu pada… Deszcz zabiera mi słońce; gdy budzę się, nie widzę tych uroczych słonecznych cieni tańczących na firance. Wiem, że wrócą jeszcze słoneczne dni, ale wszyscy wyjechali, bliskich mi ludzi zobaczę dopiero późną jesienią, rozsypuje mi się wieloletnia znajomość, niebo jest szare i znowu zaczyna się okres przeprowadzek: za parę dni wyjeżdżam z Ustronia.

Tak, nastrój mam jesienny.



W dwóch miejscach pisałem o pieniądzach. Tutaj w związku z jego umownością, której jeśli się nie dziwimy, to chyba tylko przez przyzwyczajenie, którego dzieci nie mają i dlatego tak trudno im dostrzec wartość w kawałku zadrukowanego papierku. Tutaj po raz pierwszy pisałem o kosztach zdobycia tych papierków. Ponieważ tekst jest długi, pozwalam sobie na wklejenie niżej odpowiedniego fragmentu.:



Płacimy za dostępność dóbr. Za możliwość posiadania wszystko mającego telefonu, aparatu foto (jeszcze skuter wodny musimy kupić, koniecznie!), kina domowego, samochodu, za możliwość w miarę taniego i szybkiego podróżowania po świecie, za modny i absurdalnie drogi ciuch. Aby to wszystko było w naszym zasięgu, produkcja musi być tania, podaż i popyt masowy. Aby taki był, musi być konkurencja zmuszająca firmy do obniżania kosztów i do wiecznej gonitwy, a przez nie i reklama. Nota bene: reklama ma też za zadanie przekonanie nas do kupienia czegoś, co nie jest nam potrzebne, albo do uczestnictwa w czymś, co nas nie interesuje, oczywiście o ile chcemy być trendy; „Nie widziałeś tego?! Nie byłeś tam?! Nie masz tego?! Co za obciach!” Płacimy więc też oglądaniem reklam (w większości debilnych i wysoce szkodliwych), a jest ich mnogość, bo je oglądamy i jesteśmy pod ich wpływem, czyli są skuteczne, opłacalne dla zleceniodawców. Za możliwość kupienia komputera po tygodniu pracy, albo samochodu za kilkumiesięczny dochód, płacimy nerwową pracą, biegiem, alienacją, częstym uprzedmiotowieniem w pracy; płacimy widzeniem nas jako żywe narzędzia i jako konsumentów, i sami jakże często widzimy bliźniego jako przeszkodę lub środek w staraniach o zysk. To ten nasz raj konsumpcyjny wysusza nam serca, z uczucia i z erotyki czyniąc dochodową gałąź przemysłu – nie neuronowe pochodzenie naszej świadomości.

Po namyśle stwierdzam, że ta pogoń za rzeczami jest jednak wtórna, jest skutkiem. Co pierwotną przyczyną? Najogólniej mówiąc: brak innych celów. Nasz konsumpcjonizm jest widomym dowodem bezsilności religii i wewnętrznej słabości wielu ludzi. No bo skoro małej będąc wiary nie bardzo potrafią nadać swojemu życiu sensu mniej związanego z dobrami doczesnymi, a nadto nie umieją w subtelniejszy sposób wypełnić swojego czasu…

Wypada mi zaznaczyć, że owa pogoń za dobrami, nasze dni zabiegane i zapracowane, często są po prostu na nas niejako wymuszone; co prawda człowiek tak naprawdę niewiele potrzebuje do życia, ale przecież gdzieś musi zatrzymać swoje ograniczanie potrzeb - nie każdy może być Diogenesem, a i nasz klimat uniemożliwia mieszkanie w beczce. Dla wielu ludzi konieczność zapewnienia podstawowego utrzymania, więc wyżywienia, ubrania i niechby najskromniejszego mieszkania, zajmuje dużo czasu i dostarcza wielu trosk. Ci ludzie dalecy są od konsumpcjonizmu w ścisłym znaczeniu tego słowa, mimo iż tak wiele ich wysiłku związanego jest z dobrami materialnymi.



W tekście chodziło o jakoby zgubny dla człowieka i cywilizacji wpływ wiedzy o materialnym pochodzeniu naszej psyche (zainteresowani całością mogą kliknąć drugi link), teraz chciałem wrócić do tematu rozwijając inny jego aspekt: koszta psychiczne zarabiania pieniędzy, o których wyżej ledwie wspomniałem.

Mamy dobry pieniądz. Dobry, czyli w pełni, praktycznie bez żadnych ograniczeń, wymienialny na towary i usługi. Możemy za nasze złotówki kupić wszystko, czego zapragniemy, częstokroć w niemałych ilościach. Już słyszę słowa protestów, ale proszę o chwilę cierpliwości. Aby określić ilość jako dużą lub małą, nierzadko trzeba ją odnieść do czegoś, a tutaj porównania czynię do przeszłości, czasami odległej; gdy czynić je do najbogatszych krajów świata, wypadają nieco inaczej. Ale nawet w naszym kraju, mieszącym się w okolicach pięćdziesiątego miejsca w światowym rankingu bogactwa, za niewielką pensję miesięczną kupimy tonę mąki lub kilka tysięcy jajek, albo komplet ubrań na wszystkie pory roku, możemy za te pieniądze przelecieć pół świata. Przy odpowiednich staraniach jedna dziesiąta pensji wystarczy na wyżywienie dostarczające organizmowi niezbędnych substancji pokarmowych. To relacje i ilości oszałamiające naszych przodków, niekoniecznie odległych.



Dobry pieniądz nierozerwalnie związany jest z kapitalizmem, co doskonale pokazali ci różni Leninowie, a nadal pokazują Kastrowie. Kapitalizm to kapitał, bóstwo tego świata, i kapitaliści. Oj, przepraszam: biznesmeni. Ludzie interesu. Przedsiębiorcy. Ci, dla których pracujemy i od których dostajemy pieniądz, wypłatę, zamieniony w papierek nasz czas, naszą pracę i umiejętności. Niemałą część naszego życia. Tak naprawdę my się sprzedajemy. „Mam cię do dyspozycji przez tyle godzin w miesiącu, będziesz robić to, co ustaliliśmy (w praktyce należy dopisać: także to, co wymyślę), a w zamian dam ci tyle pieniędzy.” – mówi kapitalista, nasz przyszły pracodawca. To forma handlu. W pracy mamy zapomnieć o domu i jego kłopotach, o swoich chęciach czy przyzwyczajeniach, mamy robić to, czego wymaga się od nas.

W odhumanizowanych korporacjach jednostka jest maleńkim trybikiem, którego tempo kręcenia się jest wymuszone sąsiednimi trybikami. Musi się kręcić, musi nadążyć, a nawet popędzać inne trybiki, „wykazać się”, przynieść dochód większy, niż w poprzednim miesiącu. Człowiek istnieje tam i zarabia tylko dlatego, że jest przydatny w staraniach o zysk; z chwilą zwolnienia obrotów znika z firmy, przestaje istnieć jako niepotrzebny, nieprzydatny. Niehumanitarne? Tak, ale nie to jest najgorsze; gorsza jest świadomość, że tak musi być, aby towarów było mnóstwo, a pieniądz dobry; że bez tych batów i kieratów będziemy (jako ogół; rozpiętość zachowań u ludzi jest znaczna) pracować mniej wydajnie, a półki sklepowe opustoszeją.

Co się dzieje w małych firmach prywatnych, u „prywaciarzy”? W zasadzie to samo, o ile pryncypał jest człowiekiem w miarę kulturalnym. Inaczej, gorzej, gdy słowo „kultura” kojarzy się mu z bakteriami w jogurcie. Wtedy jest pomiatanie, zwykłe chamskie ubliżanie, psychiczny terror. Z jednej strony właściciel firmy stawiający znak równości między grubością portfela a wartością jego właściciela, cwaniaczek mający się wybitną jednostkę, osoba w praktyce stojąca ponad prawem i mająca nad nami sporą władzę, z drugiej konieczność zarabiania tych zadrukowanych papierków.

Czy tak musi być? Oczywiście, że nie, ale nie ma innego czynnika potrzebnego do zmienienia takich ludzi i takich sytuacji, jak czas potrzebny do zmiany ludzi na lepszych, kulturalniejszych, moralniejszych, czyli bardzo dużo czasu.

Czym w istocie jest pieniądz? Skumulowanym ekwiwalentem owoców ludzkiej pracy? Tak, ale jest też ekwiwalentem ludzkiego czasu, więc życia i jego trudów (nierzadko w pracy i przez pracę pomnażanych), a częstokroć i ludzkiej godności.


sobota, 23 lipca 2016

Ocalić chwile od zapomnienia, czyli o liściach prześwietlonych słońcem.


Lipiec 2016

Ustalił się codzienny rytm słonecznych dni: po pracy, około godziny 19, wychodzę na dwugodzinny spacer, po powrocie parzę kawę i siadam przy laptoku lub z książką. Zauważyłem, że odruchowo omijam zatłoczone miejsca idąc tam, gdzie spokojniej i luźniej – w głąb lądu, na obrzeża miasteczka. Oglądam drzewa i przydomowe ogródki, przez bramki zaglądam w głąb posesji ukrytych wśród zieleni, liczę malwy wyglądające na ulicę przez sztachety ogrodzenia, wącham kwiaty pnącej róży, plamię palce i spodnie obżerając się bordowymi owocami wiśni podkradanymi z czyjegoś drzewa, zatrzymuję się i pod słońce gapię się na świecące zielono liście drzew. Ponownie wracam do kwitnących datur, patrzę na wielkie i cudne ich kwiaty, oddycham powietrzem nasyconym ich  zapachem. Nieco dalej patrzę na wielkie liście surmii i kule kwiatów hortensji.

Chodząc nieśpiesznie i rozglądając się, chłonę słońce i atmosferę letniego popołudnia.










Tutaj, w Ustroniu, bywają dni tak jasne, słoneczne, świetliste nawet, że trudno o podobne w głębi lądu, ale gdy pada deszcz i wieje wiatr, a tak jest często, lipcowi wydaje się, że jest listopadem. Szare niebo przytłacza, drzewa targane gwałtownymi podmuchami pochylają się rozpaczliwie trzepocząc gałęziami; mokre są ściany domów, moje okulary i drzewa, mokrzy są ludzie. Rzadkie błoto mlaska pod butami; między karuzelami, w zagłębieniach placu, pojawiają się i rosną kałuże gotującej się wody. Zamykam się w kampingu, parzę kawę i otwieram laptoka. Na ekranie strona firmy zajmującej się pneumatyką, to w związku z pracą; skrzywiam się i zamknąwszy ekran, sięgam po książkę. Kamping zakołysał się na wietrze, podnoszę głowę i przez chwilę słucham werblu deszczu na jego blaszanym dachu. Podoba mi się ten dźwięk. Uśmiecham się, nie wiem dlaczego. Pochylam głowę i czytam dalej.



Totalne wymieszanie stert towarów, pustych pudeł i ludzi obijających się o siebie – czyli sklep Biedronki w Ustroniu. Stałem w długiej kolejce do kasy, obok mnie siedział w wózku mały chłopczyk. Trzymał bułkę niewiele mniejszą od swojej głowy i próbował ją ugryźć, w czym przeszkadzał mu nos. Podniósł głowę i widząc moje spojrzenie, zrobił śmieszną minę. W odpowiedzi zrobiłem taką samą, chłopiec chwilę patrzył, chyba zdumiony albo zaskoczony, ale zaraz uśmiechnął się szeroko pokazując dwa swoje zęby i kawałki bułki między nimi. Wyglądał śmiesznie, więc zrobiłem pocieszną minę. Małemu wypadły okruszynki z buzi, gdy próbował odpowiedzieć mi. Wymienialiśmy się coraz dziwaczniejszymi minami, póki jego matka nie odwróciła się do nas. Szybko przybrałem neutralny wyraz twarzy, ale spóźniłem się. Mama spojrzała na mnie podejrzliwie, przeniosła wzrok na śmiejące się dziecko, i wtedy uśmiechnęła się do mnie.



Po pracy wziąłem szybki prysznic, przebrałem się i w trójkę pojechaliśmy do Kołobrzegu, na pizzę do znanej nam restauracji przy porcie. Szliśmy okrężną drogą, chcąc odwiedzić kąty znane nam z poprzednich lat. Prowadziła córka, ja dreptałem za nią rozglądając się.

Tłumy ludzi nie mieszczących się na chodnikach, towary wylewające się ze sklepów i budek na chodniki, nadmorski deptak zdeptany tysiącami stóp, zagradzające przejścia stoliki barów i lodziarni, reklamy i fruwające na wietrze wiązki balonów, a za tym wszystkim, gdzieś dalej, mimo iż bliskie, mało widoczne morze kończące się na idealnie prostej i cienkiej linii horyzontu. Pusto tam było i ładnie, bez nachalnych stert towarów i tłumów ludzi.

Pizza warta była przedzierania się ku niej: wyjątkowo dobre ciasto i bogaty, ale subtelny aromat ziół.

Wracając pod dworzec, omalże stuknąłem nosem w drzewo rosnące na chodniku. Podniosłem głowę i zagapiłem się, zdumiony, a po chwili oszołomiony. To był największy kasztanowiec, jakiego kiedykolwiek widziałem. Potężne i zdrowe konary rozmiarów rosłych drzew, dźwigały wielką koronę, a ponadmetrowej średnicy pień zapierał się o ziemię szeroką podstawą, z której wystawały, wypiętrzając ziemię wokół, pazury korzeni. Chodziłem wokół drzewa z zadartą głową i trudno było mi odejść. Wielkie drzewa fascynują mnie. W ich pobliżu czuję, a przynajmniej takie mam wrażenie, jakąś tajemniczą emanację, jakby one promieniowały wokół swoją wiekową, tak różną od ludzkiej, witalnością wyrażającą się u nich w spokojnym, niczym nie zmąconym, życiu podległym tylko rocznym rytmom przemian.



Kolorowe zjeżdżalnie leżały bez powietrza przygniecione głębokimi kałużami deszczowej wody. Tuż nad nimi, na wysokości moich kolan, jaskółki nie tyle latały, co wirowały w ekspresyjnym tańcu. Zatrzymałem się w obawie zderzenia z jedną z tych, które w szybkim locie mijały mnie o centymetry. Po chwili kątem oka zobaczyłem czarną strzałę lecącą wprost na mnie, przymknąłem oczy spodziewając się uderzenia w twarz, ale czyż jaskółka może nie zauważyć słonia widząc muchę w locie?.. Stałem i oczarowany patrzyłem.

W ich lataniu nie było nic stałego, przewidywalnego, prostego; ich lot był zawirowanym pomieszaniem trzech wymiarów, zaprzeczeniem prawom ciążenia i możliwościom żywych stworzeń, był żywiołowością i jednocześnie perfekcją, wdziękiem i radością letniego czasu.

Z przyjemnością patrzę na mewy tkwiące nieruchomo na silnym wietrze; czasami udaje mi się zobaczyć minimalne ruchy ich skrzydeł dopasowujących się do wiatru, w rezultacie których ptak stoi nie spychany w strumieniu powietrza, co dziwi mnie i ciekawi. Bywa, że mewa lekko złoży skrzydła i kładzie się na grzbiet, a wtedy wiatr porywa ją w szalonym pędzie i niesie do tyłu. Umiejętności tych ptaków czynią wrażenie, jednak lot mew nie ma dla mnie wdzięku właściwego jaskółkom i nie budzi mojego uśmiechu. Wypogadzać mojego ducha potrafią tylko one, czarne krzyżyki pod letnim niebem.



Popołudnie spędziłem z Gosią i Tomkiem, ale gdy wieczorem wyrazili chęć pójścia na plażę, uznałem, że powinienem zostawić ich samych. Patrząc na odchodzącą córkę i jej przyszłego męża, doznałem dziwnego, ale i miłego, wrażenia związku tej chwili z minionym czasem. Pomyślałem o latach i zdarzeniach za mną, o moich i nie moich decyzjach, o życiu, które doprowadziło mnie tutaj, na rojną ulicę Ustronia, w licowy dzień dwa tysiące szesnastego roku. Pojawiły się we mnie niejasne obrazy, właściwie tylko wrażenia, z lat siedemdziesiątych, lat mojej młodości i poznania matki mojej córki, początku zdarzeń doprowadzających mnie tutaj. W tej chwili nieprzewidywalność życia, poplątanie jego ścieżek, ważność po latach drobnych decyzji, ale i odwrotnie: nieważność tego, co wydawało się tak znaczące, to wszystko, co czasami budzi moje zdumienie, a bywa, że protesty lub nawet bunt, wydało mi wspaniałe, skoro niesie niespodzianki i przeczy rutynie, jest zaskakujące, ciekawe i ożywcze. Patrzę na odchodzące moje dziecko, dorosłą już kobietą mającą swoje życie i mającą dać życie następnemu pokoleniu, i uśmiecham się do lat za mną, ale i do tych przede mną; co jeszcze mi przyniosą?

Patrzę na moją córkę i myślę, że może za trzydzieści lat ona będzie stała na ulicy w jakimś mieście i patrząc na swoje dziecko zajęte swoim życiem, myśleć będzie o latach i decyzjach doprowadzających ją do tej chwili…



Małgosia wyjechała. Poszedłem do sali z bilardami, w której patrzyłem na jej grę, ale nie było tam córki.


niedziela, 17 lipca 2016

Dzwonkowa Droga i terroryzm


040716
W internecie przeczytałem opowiadanie, którego akcja dzieje się w Górach Kaczawskich w XIII wieku. Tematem głównym, czy raczej osią opowiedzianej historii, są trędowaci i Dzwonkowa Droga; dzięki tej drodze i wyszukiwarce googli opowiadanie znalazłem i zaciekawiony przeczytałem je. Nie czuję się na siłach pisać tutaj recenzji, w końcu nie jestem krytykiem literackim, chciałem tylko napisać kilka zdań o wrażeniach związanych z historią ludzkości.
Autor, pasjonat historii, a chyba też i Gór Kaczawskich (podobają mi się ludzie mający pasje), pisał między innymi o ciężkich warunkach życia zwykłych ludzi, o niedojadaniu, a nierzadko i o głodzie, a ja, jak wiele już razy, ujrzałem naszą historię jako ciągnące się przez wieki i tysiąclecia pasmo udręki, cierpień, strachu i poniżeń. Zmarnowanych żyć ludzkich. Poza nielicznymi okresami i miejscami, takie było życie ogromnej większości ludzi aż do naszych czasów. Życie znojne, wypełnione troskami i tragediami, marne i szybko kończone.
Dlaczego tak było, a w znacznej mierze jest nadal? Do kogo mieć pretensje? Zadając sobie te pytania, odczuwam bezradność, mimo że odpowiedzi znam. Pretensji nie ma we mnie, jest żal i współczucie. Żałuję tych niepoliczonych istnień ludzkich zakończonych pod batem lub mieczem, zagłodzonych lub zamęczonych, żałuję ludzi, którym nie było dane godziwie przeżyć swojego czasu, posmakować radości życia, cieszyć się miłością, rozwinąć swoich umiejętności, czuć radość na myśl o kolejnych dniach przed nimi.
Gdzie powody do odczuwania żalu, jeśli nie w cechach ludzi? Wszak większość cierpień na tym padole łez sami sprowadziliśmy na siebie. Gorzka to dla mnie prawda, ponieważ mimo naturalnych trudności w zapewnieniu godziwego życia, ludziom zawsze, w epoce kamienia i w obecnej erze rozwoju technicznego, żyłoby się nieporównywalnie lepiej, gdyby nie wzajemne wyrzynanie się i wszystkie, bardzo rozgałęzione, koszta z tym procederem związane.
Ludzkość wydaje na zbrojenia kilka miliardów dolarów dziennie. Dziennie! Odpowiednio wydatkowane, te niewyobrażalnie wielkie pieniądze mogłyby zlikwidować głód na Ziemi, uratować życie milionom, podnieść jakość życia miliardom ludzi.
Z zachowaniem odpowiednich proporcji, tak było zawsze. Zawsze też trafiali się jacyś Nabuchodonozorowie i Dżingis Chanowie, Hitlerowie i Stalinowie z piekła rodem.
Jest w nas dobro i zło. Chciałbym wierzyć, że więcej dobra, ale jeśli nawet tak jest, to wszak dobro jest delikatnej natury, łatwo ulega brutalnej sile zła, mimo twierdzeń o jego utajnionej potędze. O przewadze lepszej strony człowieka myśli idealista ukryty we mnie, natomiast racjonalista widzi to nieco inaczej. Zło jest na swój okropny sposób łatwe, dobro natomiast wymaga pewnego wysiłku intelektualnego, jako że jest w znacznej mierze rezultatem rozwoju cywilizacyjnego, wznoszenia się naszych moralnych standardów, nie zawsze łatwych w stosowaniu. Czy w takim razie zło jest pierwotne, instynktowne? Co tu jest pierwotne, co wtórne? Nie wiem, jednak trudno zaprzeczyć, iż zło tkwi w naszych trzewiach nader skore do wydobycia się na powierzchnię. Z drugiej strony, dla pocieszenia, wypadałoby wskazać na praźródło dobra tkwiące w ludziach: altruizm wykształcony w toku rozwoju naszego gatunku.
Nasza historia, mimo całej swojej okropności, niesie też pocieszenie, a nawet pozwala odrodzić się optymizmowi.
Na ogół nie uświadamiamy sobie faktu niebywałego w dziejach Rzeczpospolitej: życia trzeciego już pokolenia Polaków nie znających wojny (siebie liczę do pierwszego pokolenia; moi rodzice wojnę znają z autopsji), a przecież przez wieki całe każdy dorosły Polak doświadczał tej okropności, niemal każdy mężczyzna był na wojnie. One same, mimo iż nadal polegają na zabijaniu, zaczynają podlegać rygorom norm moralnych. Brzmi idiotycznie? Ależ nie! Niedawno amerykański generał tłumaczył się ze śmierci kilku cywili zabitych przy okazji działań wojskowych, a żądanie tegoż sto lat temu spowodowałoby wzruszenie ramion wojskowych. Warto też pamiętać, iż wcześniej normą było mordowanie lub sprzedaż wszystkich mieszkańców zdobytego miasta. Zmiany norm moralnych są bardzo duże i dotyczą wielu gałęzi życia społeczności ludzkich, a w ciągu ostatnich dziesięcioleci proces ten nabrał szybkości. Te właśnie fakty napawają optymizmem. Owszem, lokalne wojny zdarzają się i teraz, jest terroryzm, ale społeczeństwa i władze państwowe inaczej je oceniają: jednoznacznie negatywnie. Warto też zastanowić się nad przyczynami. Terroryzm i ostatnią wojnę europejską, mianowicie w byłej Jugosławii, łączy coś, co nienawiść i chęć mordowania bardzo wzmacnia: fanatyzm religijny, trucizna o wielkiej sile oddziaływania na ludzi. Trucizna wszczepiona, nie wrodzona, co też pozwala mieć nadzieję na przyszłą jej eliminację.
Na wydobycie dobra z człowieka.

Dopisek.
Po zastanowieniu zdecydowałem uzupełnić wątek o religijnym fanatyzmie.
Ten terroryzm, który tak boleśnie odczuwa współczesny świat, związany jest z islamem, a sprawcami zamachów są ludzie bardzo religijni. Fanatycznie religijni. Wierzący w dobre przyjęcie ich czynów przez Boga i w odebranie nagrody po swojej tragicznej śmierci. Czasami słyszę pytania o powody, o motywacje ludzi zgadzających się na akty samobójcze; tutaj mamy prostą, jasną i pełną odpowiedź: ci ludzie wierzą, iż z chwilą śmierci znajdą się w raju.
Problem terroryzmu islamskiego jest więc problemem natury religijnej. My, Europejczycy, powinniśmy o tym pamiętać, a to z powodu naszych czynów dokładnie takiej samej natury. Kilkaset lat temu organizowaliśmy armie ochotników i wysyłaliśmy ich na Wschód dla zabijania innowierców, jeśli nie zechcą zostać chrześcijanami. Warto zaznaczyć, iż nie działo się to w podziemiu, jak na ogół działa współczesny terroryzm, a oficjalnie, za zgodą władz państw europejskich i z błogosławieństwem papieży gwarantujących raj dla poległych krzyżowców.
Zbieżności wyraźne. Europejczycy, a już zwłaszcza rzymscy katolicy, powinni o nich pamiętać, potępiając – jak  najbardziej słusznie – terroryzm islamski.


środa, 29 czerwca 2016

O letnich dniach


Leszno, początek czerwcowego dnia.
Czasami ranek jest inny: bardziej słoneczny, bardziej rześki, rozpromieniony, świetlisty, taki… uśmiechnięty i pogodnie nastrajający. Gdy wychodzę z kampingu i rozglądam się, czuję radość i optymizm, a więc stany, które odczuwać powinienem zaczynając każdy dzień swojego życia. Nigdy nie doszedłem źródła tej odmienności, nie wiem, czy tkwi w subtelnych zmianach aury, czy może początek dnia jest taki sam jak tyleż innych, a zmiana jest we mnie. Nie wiem. Dość, że w taki właśnie czerwcowy ranek szedłem ulicą i z radością, z przyjemnością, rozglądałem się wokół: lipy zaczynały kwitnąć, nagiąłem gałązkę i wtuliłem nos w ich kwiaty, pachniały cudnie; żywopłot był kolorowym kwitnieniem nieznanych mi roślinek, na poboczu drogi widziałem maki i pierwsze w tym roku kwiaty cykorii podróżnik – jedne z moich ulubionych kwiatów z przydroży. Wszystko wydawało się… nie: wszystko było ładniejsze, ciekawsze, wyrazistsze, ale i cenniejsze, w szczególny sposób ważniejsze dla mnie. Piękno tego ranka czyniło na mnie wrażenie także z powodu mojej pracy, bardzo mało dającej mi możliwości spaceru ulicą, albo aleją parkową, w letni ranek (dzisiaj idąc ulicą też byłem w pracy: miałem kupić w pobliskim sklepie elektrycznym potrzebne mi części). Na ogół te ograniczenie zaliczam do kosztów pracy, ale czasami konstatuję, iż dzięki nim chociaż czasami udaje mi się spojrzeć na wiosenny lub letni świat tak, jakbym widział go po raz pierwszy. Myślę tutaj o przyzwyczajeniu, które bardzo szybko i bardzo podstępnie odbiera nam barwy widzenia i przeżywania. Zobaczyć świat oczyma dziecka zachłystującego się jego urodą! Rozemocjonowane dziecko z radosnym krzykiem obwieszcza rodzicom i światu, że widziało rogi ślimaka, a rodzice uśmiechając się pobłażliwie, mówią: wszak to tylko dziecko, więc dziecinne są jego radości. Nieprawda. Dziecko przeżywa świat tak intensywnie, jak my, dorośli, rzadko kiedy potrafimy; to, co u nich jest normą, u nas staje się rzadkim wyjątkiem. Straciliśmy spontaniczność i próbujemy wspomóc się intelektem, rozumową potrzebą, która tutaj jest protezą.
Dlatego coraz częściej zazdroszczę dzieciom ich świeżości przeżywania; zazdroszczę im tego raju dla mnie już utraconego – poza bardzo nielicznymi chwilami, które ledwie uchylają bramy Edenu.

Konin, w kilka dni później.
Chodziłem po dużej łące nazywanej tutaj błoniami, oglądając kępy rozchodnika, niepozornej roślinki zwracającej na siebie uwagę subtelną przemianą kolorów. Bylina ta przywołuje wspomnienie lata czternastego roku, lata spędzonego wśród sosen w Niechorzu, gdzie rosły duże jej kępy; pojawia się też obraz ławki stojącej na końcu bocznej uliczki miasteczka pod kasztanowcem i chwil tam spędzonych z córką.
Powój, zwykły polny powój, roślinka znana mi od zawsze i tak długo zadziwiająca mnie skromnym wdziękiem swoich kwiatów, subtelnością linii rozchylającego się kielicha, elegancją symetrii zmian kolorów na jego dnie, swoją jednodniową efemerycznością. Znalazłem chaber podziwiany także z powodu przestrzennej budowy kwiatów, przywołującej najlepsze wzorce wyrafinowanych technicznie, ale i finezyjnych budowli człowieka. Po raz drugi widziana w tym roku cykoria odnawia mój zeszłoroczny podziw dla jej urody, kontrastu między subtelnością kwiatów, a topornością łodyg. 






Patrzę na nie wspominając moje próby sprzed roku omijania ich ciężarówką. Mnie się udało, ale przed wyjazdem zobaczyłem je rozjechane. W tym roku sytuacja powtórzyła się: pakowaliśmy sprzęt i wyjeżdżaliśmy w deszczu, ciężarówkami żłobiąc w rozmiękłej murawie czarne koleiny – cmentarzysko kwiatów. Widząc te okropnie wyglądające szramy na zielonej płaszczyźnie łąki, pamięć podsunęła mi wspomnienie chwili sprzed wielu lat, gdy w parku nie pamiętanego już miasta widziałem zrobione ciężarówkami, wyglądające jak droga do bram Pandemonium, czarne pasy w morzu kwitnących mleczy.
Tak to pamięć splata chwile bieżące z przeszłością, tworząc obrazy wyjątkowe, mnie tylko właściwe.
Wieczorem.
Mimo końca dnia, upał we wnętrzu kampingu był nie do wytrzymania, siedziałem więc na stopniu wejściowym i szmatką zwilżoną terpentyną czyściłem skórę trzech par moich butów górskich. Nie musiałem robić tego teraz, ale była to czynność „zamiast”; nie mogłem pojechać na łazęgę, a zajmując się butami, wdychając zapachy terpentyny i skóry, zapachy jednoznacznie kojarzące mi się z górami i jesienno-zimowymi wędrówkami, gasiłem tęsknotę. Teraz, pisząc te słowa i czując w powietrzu wyczuwalny jeszcze zapach rozpuszczalnika, pomyślałem, że chyba zgasić mi się nie udało, a nawet wprost przeciwnie, ale to dobrze, ponieważ tęsknotę mam za uczucie bardzo ludzkie; ono mnie dowartościowuje.
Po raz pierwszy do paru miesięcy słucham koncertu skrzypcowego Beethovena. W tej muzyce słychać geniusz twórcy uchylający okno do jego muzycznego świata, jakże odmiennego od świata zwykłych ludzi. Jest czar unoszący gdzieś, gdzie piękno przeżywa się głębiej i intensywniej, niż tutaj.

280616
Moją starą, przeciążoną scanią z kiepskimi hamulcami szybko jechać nie można, więc za sukces uznałem przejechanie blisko czterystu kilometrów w osiem godzin, tym bardziej, że zatrzymały mnie po drodze dwie awarie. Po przyjeździe założyłem sweter i bluzę (doświadczenie nauczyło mnie zabierania do kabiny ciepłego ubrania nawet w najcieplejsze dni) i poszedłem na plażę. Mimo iż nie było jeszcze drugiej, na północnym wschodzie niebo nabierało barw jutrzenki; morze było spokojne: gładka tafla wody jedynie przy plaży załamywała się niewielkimi falami chlapiącymi o brzeg. Silne zmęczenie, dudnienie dyskoteki i ordynarne wrzaski grupki młodych mężczyzn, przeszkadzały mi w spokojnym powitaniu morza. Zniechęcony, szybko wróciłem do kampingu, położyłem się i w mgnieniu oka wpadłem w sen jak w czarną dziurę.
Na plażę wróciłem wieczorem, po pracy. Mimo iż minęła godzina 20.30, słońce świeciło mocno, a zajść miało dopiero za godzinę. Każdego roku, od tylu już lat, przeżywam to samo zdumienie długością letnich dni. Wszak za pół roku o tej porze dnia będzie pełnia nocy od kilku już godzin! Niech będą błogosławione długie dni letnie i noce z Eos budzącą się tuż po ustąpieniu łuny zachodu.
Siedziałem na złomie granitu, wśród licznych plażowiczów; dyskoteka już hałasowała, ale tym razem mniej mi przeszkadzała. Ponad dźwięki ludzi chwilami przebijał się długi krzyk mew. W śpiewie tych ptaków jest podobieństwo do fal: kołysanie się dźwięku i jego nie nużąca powtarzalność, jest też nutka tęsknoty. Patrząc na wodę i niebo, na ich powolne zmiany kolorów,
udało mi się to, czego nie potrafiłem w nocy: przywitać morze. Gdy słońce schowało się za niewielką, postrzępioną chmurę stojącą nisko nad horyzontem, uświadomiłem sobie, patrząc na ładną grę świateł, że nie pomyślałem o wzięciu aparatu. Trudno, zdjęcia robiłem swoim własnym aparatem.
Nazajutrz, czyli dzisiaj.
Pamiętałem o zabraniu aparatu. Jak niemal każdego wieczoru w Ustroniu chciałbym posiedzieć przy książce i komputerze, ale też i chciałbym wyjść na spacer; jeśli tylko świeci słońce, wychodzę.
Wszedłem na szczyt wejścia na plażę i spojrzawszy na morze uświadomiłem sobie, że nie zauważyłem, patrząc na przekwitający krzew różany, tej wyjątkowej chwili odsłonięcia się dalekiego horyzontu. Zawróciłem, zszedłem niżej alejką prowadzącą w poprzek wydmy i odwróciłem się. Płytki wąwóz przejścia wypełniali ludzie, nie widziałem ani morza, a ani nieba. Za dużo tutaj ludzi, za dużo. Gdybym miał przyjechać na urlop nad morze, to na pewno nie do tak tłocznej miejscowości. Nieco dalej mam swoje miejsce wyjątkowo silnego kontrastu dalekiego i bliskiego horyzontu: parę metrów od ogrodzenia alejki wiodącej wzdłuż wydmy jest niewielka wyrwa, przez którą widać, okolony bliskimi trawami, styk wody i powietrza, morza i nieba. Miejsce i widok były, czekały na mnie, bo chyba tylko ja przystaję w tamtym miejscu. Nieco dalej rośnie lasek bukowy, jest niewielki powierzchnią, ale wielki rosłością drzew. Ich gładkie pnie stały w potokach światła jeszcze jasnego, mocnego, ale już barwionego zachodem. Wydawało się, że wszystkie one, a już najbardziej największy buk, staruszek czyniący wrażenie rozmiarami i wystającymi korzeniami, pławią się w rozkosznej kąpieli. Pojawiła się we mnie myśl o skomplikowanych procesach zachodzących w liściach dzięki słońcu i przez jedną chwilę bliżej byłem zrozumienia tego tajemnego misterium nazywanego życiem drzew.




wtorek, 21 czerwca 2016

Kaczawskie róże


120616

Spiesząc się, trochę ryzykownie ciąłem zakręt; droga wśród drzew pięła się w górę, po prawej mignął mi wylot poznanego kiedyś duktu, ale widok ledwie zarejestrowałem kątem oka, skupiony na prowadzeniu szybko jadącego samochodu. Po chwili z głębokiego cienia wpadłem w jasność odkrytej przestrzeni – z lasu w sam środek gór: po prawej dolina, w której rozsiadła się wieś Mysłów, a wokół niej liczne i tak dobrze znane góry ciągnące się aż po niebieskie Karkonosze.

Byłem w moich górach o niezwykłej u mnie porze roku: w porze kwitnienia róż.

Pierwszy krzew zobaczyłem blisko samochodu, przy drodze, ale otoczony był morzem pokrzyw, jednak wyżej rosła cała ich kępa. Szedłem ku nim, właściwie brodziłem w trawach sięgających mi piersi – rzadkie przeżycie. Trawy utrudniały marsz, ale jednocześnie oszałamiały zapachami i mnogością kwitnienia drobnych roślinek wśród wysokich źdźbeł; wydawało się, że po pierś zanurzony, idę falującym morzem. Kręciłem się wśród krzewów i traw nie potrafiąc odejść; ładnie tam było: odkryty stok i dalekie widoki, blisko mnie wysokie trawy i kilkanaście krzewów różanych. Żadnej drogi, żadnych ludzkich śladów, tylko czerwcem pachnąca cisza i dzikie róże.







Nareszcie udało mi się, po raz pierwszy w życiu, zobaczyć kwitnące rośliny tak jednoznacznie – obok głogów – kojarzące mi się z Górami Kaczawskimi w ich naturalnym dla mnie otoczeniu: właśnie w tych górach. Ich kwitnienie dopiero zaczynało się, na krzewach niewiele było kwiatów, dużo więcej pąków, ale też widziałem kwiaty już przekwitające, gubiące swoje nieliczne płatki. Krótkie jest ich kwitnienie, krótkie gody. Czy olśniły mnie? Nie, one mnie ujęły. Rozczuliły delikatnością, krótkim swoim istnieniem, ale też i skromnością, niepozornością tak dobrze widoczną przy ich porównaniu do róż sztucznie wyhodowanych, tych nie dzikich.

Dzisiaj wyjątkowo wyraźnie dotarła do mnie niefortunność nazwy. „Dzikość” kaczawskich róż sugerować może niepohamowany wzrost, agresywność, znamiona jakieś dziwaczności w budowie czy zwyczajach, ale w tych roślinach nie ma takich cech. Kolce? To tylko pasywna obrona słabej istoty. Jeśliby uznać, iż to, co naturalne, odwieczne, samoistnie ukształtowane, jest normą, prawidłem oceny, wtedy te piękne, wielkie, pysznie kwitnące róże z przydomowych ogródków należałoby nazwać dzikimi – a nie te, przy których stałem na Dudziarzu.



W końcu oderwałem się od różanych krzewów i poszedłem dalej. Przejawiam pewną formę niecierpliwości, może zachłanności, a może po prostu niezdecydowania, nie wiem. Dość, że ta cecha goni mnie dalej i dalej, nie pozwala zakończyć wędrówki na pierwszym ładnym miejscu – w nadziei na zobaczenie miejsc i widoków jeszcze ładniejszych, przeżyć silniejszych.

Nie poszedłem na wschód, w stronę Gaika, jak dwa tygodnie temu, a w przeciwną stronę, ponieważ na ogrodzonych łąkach tamtej części stoku wypasano bydło. 


Kiedyś na stoku Skrzycznego w Beskidzie Śląskim widziałem domek na płozach, mieszkanie dla góralskich pastuchów owiec. Zajrzałem do wnętrza, warunki życia w nim nie były lekkie. Dzisiaj zobaczyłem większy domek na kołach, a na ścianie znamię czasu: baterię słoneczną wytwarzającą prąd.

Na południowo-zachodnich zboczach Dudziarza odkryłem urocze miejsca: niewielkie dolinki oddzielone wstęgami drzew, strumień, na pół zapomniane dróżki pnące się po zboczach ku ścianie lasów, i róże, mnóstwo róż. Na obszarze hektara krzewy rosną jeden przy drugim, ledwie przejścia się znajduje między nimi; prawdziwy różany las. Widać je na googlowskim zdjęciu satelitarnym





 (Jedno i drugie zdjęcie trzeba trochę powiększyć; po kliknięciu na te linki, zdjęcia wyświetlają się mniejsze, niż powinny.)

Tam spełniło się moje drugie marzenie: leżenia w trawie pod kwitnącym krzewem różanym. Mrówek ani much nie było, trawa miękka, niebo nade mną (co prawda zachmurzone, ale niebo, nie brudny sufit warsztatu) i temperatura tak niezwykła dla mnie, zimowego włóczęgi.

Ludzie gonią coś całe życie (a wśród nich i ja), spieszą się gdzieś, uparcie dążą do osiągnięcia dobrobytu, pozycji społecznej, do wywyższenia się ponad innych - nierzadko w wielkim trudzie i z dużymi kosztami, obrastając przy tym coraz droższymi i coraz mniej potrzebnymi rzeczami. Jakże często na tej drodze popełniają czyny niemoralne szkodząc sobie i innym. Po co to wszystko?

Kłosy traw nachylały się ku mnie, nade mną widziałem dwie róże, były bladoróżowe, prawie białe, a gdy przekręciłem głowę, między źdźbłami widziałem niezapominajki. Dnem doliny biegnie droga; jesienią pójdę nią zobaczyć gdzie prowadzi – pomyślałem patrząc na nią. Gdy spojrzałem nieco wyżej, widziałem odległy horyzont, urokliwą dal.

Stamtąd, a może z tych róż nade mną, spłynął na mnie spokój, ostatnio rzadki gość u mnie.