Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 16 listopada 2018

Góry Kaczawskie znane i nieznane

131118

Z Sokołowca na Wygorzel, następnie przejście całej długości strumienia Piekiełko. Szosą do Różanej, stokami Wołka i Czeszki pod Wygorzel, następnie polami pod Nowy Kościół, okrążenie Buczynki, powrót do Sokołowca wzdłuż strumienia Czermnica.



Przez Pogórze i Góry Kaczawskie biegnie kilka głównych dróg, które tak naprawdę są lokalnymi szosami łączącymi powiatowe miasta. Między nimi rozciągnięta jest siatka bocznych, już nienumerowanych, dróg między większymi wsiami i głównymi drogami, ale są też drogi łącznikowe, prowadzące skrótami do tych znaczniejszych lub do małej wioski z kilkoma domkami przycupniętymi gdzieś na uboczu. Najładniejsze to drogi. Asfaltu mają tyle, żeby zmieścić koła samochodu osobowego, a w swoim biegu pamiętają polne dróżki – ich poprzedniczki – i jak one nie kłopoczą się stromością podjazdów, ostrością swoich zakrętów czy brakiem widoczności. Nierzadko zastanawiałem się, dlaczego taka droga wije się po rozległej i w miarę równej płaszczyźnie pól, dlaczego akurat w tym miejscu, niczym przecież niewyróżnionym, decyduje się na nagły skręt o 90 stopni, którego nawet rowerem nie przejedzie się bez znacznego zwolnienia szybkości. Szybsza jazda nimi przypomina mi jazdę pewną karuzelą, która nieustannie podnosi się i opada, a nie zrobi jednego nawet obrotu bez paru zniesień na boki zmuszających do silnego trzymania się. Jednakże drogi te nierzadko prowadzą bardzo widokowymi zakątkami, skoro nie omijają wjazdów na strome zbocza wzgórz czy karkołomnych zjazdów w doliny, i w tym ich urok.

Jeżdżę nimi z przyjemnością, ale tylko przy dodatniej temperaturze. Którejś mroźnej zimy jechałem taką drogą gdzieś pod Ostrzycą. Byłoby nieźle, gdyby nie zatkany kanał pod jezdnią, którym normalnie płynie strumyk. Nie mogąc płynąć pod, płynął po jezdni, a że był mróz, utworzył się rozległy lodowy wzgórek. Udało się przejechać tylko dlatego, że będąc spanikowany, ograniczyłem manewry do odruchowego zaciśnięcia dłoni na kierownicy.

Jedna z takich dróg łączy Sokołowiec Dolny z Nowym Kościołem. Przy okazji kilkakrotnego przejeżdżania tą drogą zwróciłem uwagę na malownicze otoczenie, a zastanawiając się nad trasą dzisiejszego dnia uświadomiłem sobie, że tyle razy będąc w tych górach, tam nie chodziłem. Dorzuciłem jeszcze poszwendanie się po okolicznych wzgórzach - znanych, ale lubianych - i oto miałem plan.

Decyzję wyjazdu podjęliśmy, ja i Janek, w przeddzień, pojechaliśmy w dzień roboczy (w ten sposób odebrałem sobie niedzielę spędzoną w pracy), dlatego na wszelki wypadek zabrałem ze sobą także telefon służbowy. Wiele razy dzwonił, aż miałem chęć go wyłączyć, ale moje poczucie obowiązkowości nie pozwoliło mi zrobić tego, co bywa wykorzystywane w mojej pracy.

Wyruszyliśmy sporo przed siódmą, niemal w ciemności, więc dopiero gdy byliśmy za wsią, na zboczach wzgórz, Eos otworzyła zaspane oczęta i podeszła do okna. Miała na sobie koszulę nocną o jaskrawych barwach płynnie zmieniających się od ciemnej czerwieni zmieszanej z granatem, a miejscami jakby z dodatkiem fioletu, do jaśniejącego oranżu. Wymalowanymi wzorami natomiast jako żywo przypominała strzępy chmurek na niebie oświetlonych od dołu niewidocznym jeszcze słońcem. Bogini zamknęła okno nim wzeszło słońce, chyba znowu nie była sama…


Na zachód od wsi, między kilkoma niewielkimi wzgórzami, jest duża polana przecięta dwoma dróżkami, ozdobiona nitkami drzew, paroma strumieniami, falowaniem pól podchodzących ku ciemnym ścianom lasów i widokiem nieodległej Ostrzycy. Pola wciskając się szerokim pasem na zbocze wzgórza Wygorzel, zapraszają do poznania ich. Może słowo o nazwie: trzymając się odwiecznych zasad tworzenia nazw miejsc należałoby uznać, iż w tej nazwie zapisane jest wspomnienie pożaru, który strawił lasy na tej górce. Jeśli tak było, to najwyraźniej dawno temu, skoro śladów nie ma już żadnych, ale też wiadomo, że słowo, ów niematerialny i zwiewny jak eter twór człowieka, bywa trwalsze od kamieni i ludzkiej pamięci.

Na mało zaznaczonym i zalesionym szczycie nie byłem, ale dzisiaj zaciągnąłem mojego towarzysza na brzeg lasu bliski szczytowi, a tam zobaczyłem niebo między drzewami. Spodziewając się otwartej przestrzeni, weszliśmy między drzewa i po paru minutach zatrzymałem się oczarowany nagłą zmianą widoku i jego rozległością. Mały wzgórek pokazał mi swoje drugie, jakże odmienne, oblicze: stok góry opadał stromo w wąską dolinę, po drugiej jej stronie pięła się ściana Dłużycy, a wydawała się niemal pionowa. Dnem wiła się szosa, pełzały nią malutkie samochody, a po lewej horyzont uciekał daleko, po Złotoryję i wyraźnie widocznego Wilkołaka. Wysokość sprawdziłem na mapie: stok opada tam 115 metrów, co na standardy kaczawskie, a już zwłaszcza pogórzańskie, jest dużą różnicą. 



Tylko dla tego miejsca, tej chwili i tych widoków, warto było brać wolne i zrywać się w nocy, a przecież dzień jeszcze się nie kończy – pomyślałem, stojąc na krawędzi stromizny i gapiąc się. Mam jeszcze jedno miejsce na swojej liście miejsc ładnych i wartych powtórnego odwiedzenia.

Oddalaliśmy się od tamtej bocznej dróżki, ale nie zapomniałem o niej; mieliśmy zrobić zakole i wrócić do niej. Droga wypadała przy źródle Piekiełka, więc nie mogłem nie zajrzeć między drzewa. Wyraźnie wykształcony od pierwszych metrów jar strumienia był suchy. Zszedłem niżej chcąc zobaczyć, gdzie pokaże się woda, była dopiero ponad 100 metrów dalej. Wtedy wróciła do mnie myśl o przejściu całego jaru. Byłem tam kilka lat temu, ale szybko zrezygnowałem z przejścia, ponieważ iść można było tylko dnem, a woda była zbyt głęboka. Teraz jest jej dużo mniej, więc poszliśmy. Kilkumetrowej wysokości ściany, miejscami urwiste i kamieniste, głęboki półmrok, kamienno-roślinny chaos, pod nogami chlupocząca woda lub mlaskające błoto, ale zwalone drzewa nie zagradzały tak przejścia, jak wtedy. Patrząc na ślady stwierdziliśmy, że dnem jeżdżą motocykliści i usunięcie zwalisk jest zapewne ich dziełem. Potwierdziłem to w drodze powrotnej: na początku swojego biegu strumień spadał ze skalnego, pionowego progu wysokości metra, teraz tego progu już nie ma. Czyżby okazał się za wysoki dla tych kozaków?








Cała tamta okolica, to znaczy zbocza Wygorzela, Czeszki i Wołka, jest zasobna w agaty, kiedyś była tam kopalnia, teraz spotyka się dzikie wyrobiska, dziury w ziemi kopane przez amatorów tych ozdobnych kamieni. Uderza kontrast między ich urodą, a brzydotą miejsc wydobywania. Doły, zryte zbocza, walające się opakowania, ziemia z wykopów osuwająca się po zboczu, pochylone, podkopane drzewa – oto wygląd agatowych miejsc. 


Znalazłem też jaskinię wykutą w kamiennym zboczu; co motywuje ludzi do tak ciężkiej i nie zawsze bezpiecznej pracy? Umiłowanie kamieni czy pieniędzy? Te kamienie niewielką mają wartość rynkową, więc może raczej fascynacja? Ale wtedy trzeba by uznać, że ci ludzie jednocześnie są pod wrażeniem dzieła natury i naturę ranią ryjąc dzikie wyrobiska. Nie wiem, co myśleć.

U wylotu jaru i strumienia zarządziliśmy przerwę na posiłek, a miejsce nie było przypadkowe. Rośnie tam kilka daglezji, drzew, którym zawsze warto przyjrzeć się uważnie. Te są średniej grubości, mierzą niewiele ponad pół metra, a jedną z nich uwiódł nasz swojski buk: ona stoi skromnie, on obejmuje ją korzeniami niczym ramieniem jakby chciał wrosnąć w nią, zespolić się w jedno drzewo z kochanką. A może po prostu boginki tych drzew, hamadriady, mają się ku sobie? Jeśli tak, to niech im będzie dobrze ze sobą i niech jedna nie zostanie bez drugiej.


Listopad zubożył kolory drzew, ale ich nie pozbawił. Wierzby jak zwykle jeszcze nie myślą o odrzuceniu liści, brzozy i buki nadal chwalą się kolorami ciepłej jesieni. Wydaje mi się, że w tym roku więcej widzę kolorów na drzewach. Patrzę na osiki i mam wrażenie widzenia ich tak ładnych po raz pierwszy. Nie wiem, czy wcześniej nie zauważałem tych drzew, czy w tym roku rzeczywiście są ładniejsze, czy może bardziej cenię ładne drobinki moich zbyt szybko mijających dni.



Na zboczu Czeszki pasły się krowy i… byk. Gdybym był sam, obszedłbym go bardzo szerokim łukiem, ale że Janek poszedł ku niemu, poszedłem i ja, chyba trochę chowając się za niego. Nie, stanowczo nie jestem macho. Wolę popatrzeć na trzmiela próbującego przeżyć swój czas. 


Na tym zboczu byłem parę razy sam, dwukrotnie z Jankiem, a powód powrotów jest oczywisty: piękne widoki.

Okolice naszej dróżki nie zawiodły nas. Są tam co prawda rozległe pola, ale też wiele jest uskoków gruntu, które zostawione samym sobie zarastają kępami drzew i krzewów, tworząc oazy gatunkowej rozmaitości, a spotyka się i samotne drzewa nieodmiennie przyciągające wzrok. Znaleźliśmy parę takich urokliwych zakątków, zapewne kilka zostało do poznania. Na pewno wrócę tam, może uda się trafić na ładniejszą pogodę. Ranek był dość pogodny, ale później chmurzyło się coraz bardziej, a i przejrzystość powietrza malała. Mgieł nie było, ale powietrze szarzało coraz mniej przepuszczając światła, w końcu pora dnia i deszcz nakłoniły nas do powrotu.

Nie szliśmy najkrótszą drogą, a szerokim łukiem, ogromnymi polami tak charakterystycznymi dla kaczawskiego pogórza. Ilekroć wjeżdżam na rodzinną Lubelszczyznę, zwracam uwagę na miedze oddzielające pola szerokości dwudziestu czy trzydziestu metrów, natomiast tutaj nie są wyjątkiem pola wielkości paruset hektarów – ogromne przestrzenie których czasami nie można objąć wzrokiem, skoro jedna granica jest za grzbietem wzniesienia, czyli za horyzontem, drugą wyznacza odległy szpaler drzew ocieniających polną drogę. Ziemia jest tam czerwona – jak resztki skał na zalesionych szczytach łagodnych wzniesień. Kiedyś były tutaj skaliste góry, teraz jest przewracana pługami ziemia rozległych pól – oto skala przemian oblicza Ziemi. Ktoś powiedział, chyba nawet ja sam, że na Ziemi nawet góry nie są wieczne, natomiast wieczne są metamorfozy oblicza naszej planety.

W okolicy wzgórza Buczynka byłem parę lat temu. Gdy wyszedłem z lasu, zaskoczył mnie zmierzch. Tak mi się wydawało, ale po chwili poznałem przyczynę narastającej ciemności: czarne chmurzyska ciągnęły niemal po ziemi swoje paskudne cielska, obficie sypiąc na mnie mokrym śniegiem. W jednej chwili poczułem się jak wędrowca mający kilka dni drogi do domu; spodobało mi się to wrażenie, tamten mój powrót do wioski, samochodu i cywilizacji. Dzisiaj było podobnie: późne popołudnie, raczej początek zmierzchu, szare powietrze, bure niebo, zacinający deszcz i mało widoczna zszarzała ściana bliskiego lasu.

Taka późna, mokra i szara godzina ma swój urok i potrafi się podobać, chociaż w jej smakowaniu przeszkadzają drobiazgi: zmęczone nogi, niewyraźny obraz przez zmoczone okulary, czasami myśl o powrocie do pracy. Gdy uświadomię sobie wartość chwili – tej chwili, ale szerzej po prostu moich chwil, zatrzymuję się i patrzę. Patrzę i słucham. Staram się być tylko tutaj i tylko teraz.

Czasami udaje mi się ta sztuka.









Dodam jeszcze jedno ze zdjęć otrzymanych od Janka.  Dobrze oddaje nastrój tamtego świtu i wygląd okolicy. Nazwę pozostawiłem niezmienioną.


niedziela, 11 listopada 2018

Modlitwy i karuzele

111118
W minioną niedzielę musiałem oglądać karuzele w Niemczech. Piszę o przymusie, ponieważ moja praca nie jest wymarzona i nie spełniam się w niej. Inaczej mówiąc: karuzele interesują mnie tylko służbowo. Prywatnie bardziej zainteresowała mnie przepiękna aleja pokaźnych platanów, widziana przez chwilę w miasteczku niepamiętanej nazwy gdzieś pod Hanowerem. Wspomniałem wtedy inną uliczkę, też cudną budzonym wrażeniem i też oglądaną przez chwilę wiele lat temu w Londynie. Nie zobaczę ani jednej ani drugiej, ale pamiętać będę. Tamten widok niech będzie moim zyskiem z niedzieli spędzonej na autostradach i przy karuzelach.
Tak się złożyło, że w tydzień później, czyli dzisiaj, w podwójnie świąteczną niedzielę, też większość dnia wypełnił mi widok karuzeli: musiałem jechać z kolegą kawał drogi na festyn z karuzelą. Na szczęście impreza skończyła się w porze obiadowej i w słoneczne popołudnie ruszyliśmy do bazy. W drodze przez parę sekund patrzyłem na mijanego platana. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie miałem okazji widzieć tego królewskiego drzewa tracącego liście, że dzisiaj widzę je tak przybrane po raz pierwszy. Platana widziałem w niskim słońcu, więc w najlepszym czasie, w złotej godzinie; wyglądał zjawisko pięknie. Może dla tych paru sekund musiałem wstać dzisiaj trzy godziny przed świtem? Może było warto?

Będąc w domu jak zwykle stałem przez moją biblioteką i wodziłem wzrokiem po grzbietach książek – czynność, która u mnie przypomina przeglądanie starych kalendarzy wypełnionych notatkami o chwilach zwykłych dni. Z boku leżała niewielka książeczka, rozpoznałem ją nim wzrokiem trafiłem na tytuł: „Petra” napisana przez Marię Kruger.
To wyjątkowa dla mnie książka z dwóch powodów. Jest jedną z tych, do których wracam, i ani miniony czas, ani wcześniejsze lektury, nie odbierają książce jej uroku.
Drugim powodem mojego związku z tą książką jest rodzinna historia – pamiętana i powtarzana w domu. Otóż mój młodszy syn, gdy ledwie zaczął chodzić, podkradał mi z półki akurat tę książkę, nosił ją i kartkował mówiąc, że czyta. Trwało to dość długo, ale obchodził się z nią na tyle ostrożnie, że książka dotrwała w całości do dzisiaj, chociaż ślady dawnego jej „czytania” są nie tylko we mnie.
Już po pierwszych przeczytanych zdaniach zauważyłem podobieństwo do „Dysku olimpijskiego” Jana Parandowskiego. Autorzy obu powieści podobnie nakreślili świat widziany oczyma bardzo młodych ludzi dopiero wchodzących w czas dorosłości. U nich ten świat jest jak liliowy świt najpiękniejszego dnia: powabny, pogodny, interesujący i obiecujący nieskończoność przeżyć. Jakby czas narodzin światła i świata. Czas, gdy wybrać można wszystkie drogi, ponieważ żadna jeszcze nie została wybrana. Po prostu czas młodości.
Właśnie wróciłem ze służbowego wyjazdu, wnętrze kampingu dopiero się nagrzewa, a ja, mimo iż w drodze, walcząc z sennością, obiecałem sobie wczesne położenie się spać, pożałowawszy przespanych godzin opatuliłem się ciepło i sięgnąłem po laptopa.

„– Petro, Petro – rzekł ksiądz powoli, z lekkim westchnieniem – jakże wielki dar otrzymałaś od Boga!
Rzuciła szybkie, nieufne spojrzenie. Takich słów nie spodziewała się.
– Człowiek zwyczajny, kiedy patrzy na świat, widzi w nim tylko swój pożytek. Drzewo da mu cień i owoc, słońce go ogrzeje, noc ochłodzi. Zwierza leśnego zabije, żeby się pożywić, z rzeki zaczerpnie wody do napicia. Ty – w słonecznym promieniu i w nocy gwiaździstej, w biegnącej łani i w kwitnącej gruszy widzisz piękność, która jest śladem boskiej ręki. Człowiek niektóry, zgryziony troską tego świata, widzi dookoła samą tylko nędzę i marność – ty, patrząc na krople deszczu na leśnym kwiecie, doznajesz takiej pociechy jak inny, kiedy wielki skarb zyszcze.
Jeszcze inny człowiek, patrząc na drugiego, myśli: Czyli on mi przyjaciel, czy wróg? Albo: Czy korzyść jaką będę miał od niego? A ty myślisz: Jacyż różnorodni są ludzie! Jakże odmienia człowieka gniew i radość, miłość i smutek! I jakże różnie twarz ludzka odbija te uczucia!
Przeszedł, podniecony, parę razy po izbie i przystanął przed nią.
– Czy ty rozumiesz, że dany ci jest dar widzenia Boga w Jego tworach? Czy pojmujesz, dziewczyno, że modlitwy całego życia nie starczy nieraz na to, żeby być tak blisko Boga – jak ty?"

Zwróciłem uwagę na ten fragment powieści nie tylko z powodu uroczej wizji nakreślonej przez autorkę, ale też wspominając wiele moich chwil, gdy w czasie wędrówek po Sudetach przychodzi mi do głowy myśl o podobieństwie przeżywania kontaktów z naturą do modlitwy.
Tylko czy ateista może się modlić? A jeśli tak, to do kogo?
Chciałbym wierzyć. Znałbym odpowiedzi na te pytania.

sobota, 3 listopada 2018

Zwykła kaczawska łazęga

211018
Wojcieszów, Zadora, czarnym szlakiem do Dobkowa, Piaseczna, wieś Muchówek, strumień Rogozino, Olszowy Staw, Popielnik, Kapela, Zadora, Wojcieszów.

Są miejsca na szlakach moich wędrówek niewyróżniające się niczym poza moją pamięcią o nich, miejsca mile wspominane i oczekujące mojego powrotu. Nie z powodu oszałamiających widoków, a dla ponownego przeżycia wrażeń, które musiały być  wyjątkowe, skoro są pamiętane nawet przez lata. Jednakże czasami bywa, że samo miejsce pamiętam, ale zapomniałem gdzie ono jest. Dlatego gdy dowiedziałem się ze starszych tekstów o lokalizacji buków kiedyś podziwianych, gdy okazało się, że nieodległe jest inne takie miejsce, miałem z grubsza zarysowany plan wędrówki.
Wyszedłem z Wojcieszowa, więc z serca Gór Kaczawskich, ale większość trasy szedłem niskim pogórzem o lekko pofalowanych polach, z których tu i ówdzie pączkują łagodne wzniesienia. Trudno nazwać je górami, ale na szczęście nie wiążę urody tamtych miejsc z ich wysokością.
Gdy ruszyłem w drogę, było ciemno, dopiero w czasie podchodzenia na pierwszy szczyt, dość wyraźnie zarysowaną Zadorę, zaczęło się rozjaśniać. Właściwie szarzeć, ponieważ niebo przykrywały zwały burych chmur, a powietrzu brakowało przejrzystości – jakbym w grudniowy dzień się zanurzał. Uprzedzając fakty zaznaczę, że wracałem jednak w czas słonecznej złotej jesieni.
Siedziałem na szczycie patrząc na wznoszące się vis a vis największe masywy tych gór. Te rozpoznawałem, wiele średniaków też, ale z mniej widocznym drobiazgiem nie szło mi dobrze. Rzadko bywając w tych stronach, zobaczyłem góry odmienione. Wyższy szczyt widziałem jako niższy i na odwrót, wiele innych dobrało sobie za sąsiadów góry zwykle stojące dalej, a jedna czy dwie jakby powędrowały w inne miejsca, w co trudno byłoby uwierzyć, gdyby nie świadectwo wzroku. To ich bałaganiarstwo, to szwendanie się po Kaczawach, musiałem dłuższy czas porządkować, żeby nadać właściwe im nazwy.
Jedna część rozległych łąk za Zadorą jest zbyt równa, niemal monotonna, ale zachodnie połacie są dokładnie takie, jakie najbardziej mi się podobają. Mając w pamięci ranną wędrówkę tamtymi łąkami, widok przenikających się i coraz dalszych stoków wzniesień, drzewami obsiadłe granice i strumienie, samotny dąb stojący wyżej, na tle nieba, zwężająca się nitka drogi meandrującej wśród zboczy, uświadomiłem sobie podobieństwo wszystkich miejsc uznawanych przeze mnie za najładniejsze. Jakby w jakiejś jednej jego cesze, albo w ich zostawieniu, krył się mój własny wzór piękna ukształtowany w dzieciństwie, a może już tutaj, w czasie sudeckich wędrówek.
Z czarem pamiętanych miejsc jest podobnie jak z kobietą: oczarowany chcę powrotu tamtej chwili, wracam więc, i nawet jeśli nie znajduję, szukam dalej, a szukając czarowany bywam inaczej, odmienną chwilą lub cechą, którą jakbym dopiero teraz zauważył. Zawsze więc wracam niezrażony, z nową nadzieją, dodając nowe do pamięci starych chwil.
Buki znalazłem, i chociaż spodziewanie odebrało im część uroku, postaram się tam wrócić, ponieważ za ogrodzeniem pobliskiej szkółki widziałem kilka wielkich drzew, którym dzisiaj nie przyjrzałem się z bliska.
Gdy usiadłem pod nimi, poczułem jakże lubiany zapach wilgotnej leśnej ziemi i gorzko-orzechowy silny zapach jesiennych liści. Wyciągnąłem termos z plecaka i gorącym napojem napełniłem kubek. Dobrze mi się siedziało na tym ustroniu, gdzie prędzej sarnę można spotkać niż człowieka. 

 
Po wyjściu z lasu droga prowadzi pod czereśniami – widok o tej porze warty palety mistrza – stopniowo odsłaniając rozległy pejzaż okolic wsi Dobków. Na szczycie wzniesienia droga ucieka spod nóg pędząc do wsi, a tak jest urocza, że zatrzymywałem się często – tak było i wtedy, gdy widziałem ją pierwszy raz – nie chcąc przejść jej zbyt szybko. Może właśnie obraz takiej drogi jest jądrem mojego prawzoru piękna krajobrazu? To bardzo możliwe, ponieważ gdy nie mogę jechać na łazęgę, nie szczyty, nawet nie dal wspominam, a drogę. Jedną drogę w tysięcznych powtórzeniach. 


 
Jest w wioskach kaczawskich sporo pustych domów, niektóre ładne i jeszcze nadające się do remontu. Jeden z nich stoi na brzegu Dobkowa, przy drodze biegnącej od lasu. Obszedłem dom wokół i z grubsza ustaliłem plan remontu, a nawet znalazłem ładny duży dąb, o klasycznie przysadzistej sylwetce. Zawsze chciałem mieć swoje duże drzewo. Nie wiem dlaczego i po co, ale chciałem.
Z drogi zobaczyłem liczne chabry, a gdy wszedłem na pole, zakręciłem się, zdumiony widokiem. Na przestrzeni paruset metrów kwitły chabry i rumianek. Całe połacie pola były dosłownie niebieskie. Chodziłem po nim rozglądając się, fotografując i klęcząc przy kwiatach. Podnosiłem się z zamiarem pójścia dalej i klękałem w innym miejscu. Nigdy nie widziałem takiej ilości tych kwiatów, nie pamiętam też chabrów-albinosów, a tutaj sporo było białych.




Pamiętaną drogę na wzgórze Piaseczna minąłem, ale dalej szedłem prosto: dokąd ta droga prowadzi? Zakolem aż pod las jednak i ona zaprowadziła pod wzgórze. Wróciłem na nie po raz trzeci, mimo iż jest zaoranym, niewielkim wzgórkiem w połowie rozkopanym kopalnią piasku. Gdy jednak siedzę do niej tyłem, widzę tylko to, co przyciąga mnie tutaj.
Za rozległymi łąkami jest las, a za nim Muchówek, mała wioska przytulona do ściany leśnego masywu. Na jej skraju, wśród chaszczy i drzew, sterczą ruiny domów; gdy byłem tutaj poprzednio, wydało mi się, że w nieistniejącym oknie domu widzę kobiecą twarz, ale dzisiaj jej nie zobaczyłem. Może odeszła pogodziwszy się z przemijaniem? Tam tylko owocowe drzewa jeszcze walczą, jeszcze się im wydaje, że ich owoce są zbierane. Przeraźliwie smutny jest widok tych jabłoni i grusz wykręconych wiekiem, owocowaniem i zaniedbaniem.

W pobliżu zaczyna się mały strumyk Rogozino; mając swoją nazwę i moją pamięć o nim, podwójnie jest wyróżniony. Parę lat temu, idąc jego brzegiem, zobaczyłem spory dąb rosnący nad samym brzegiem. Pod drzewem jest nieco równej i suchej ziemi, domów wsi już nie widać, odludne miejsce, idealne na postawienie namiotu. To jest właśnie drugie miejsce, które pamiętałem i chciałem dzisiaj odwiedzić. Gdy zobaczyłem dąb, wydał mi się znajomym, ale czy na pewno? Gdzie jest strumień? Rów przy drzewie był suchy jak pieprz, rozejrzałem się więc, zrobiłem wypady na boki, znalazłem jakiś inny suchy rów; wyschnięty strumień, czy rów melioracyjny? Chcąc się upewnić poszedłem dalej, do nieodległego Olszowego Stawu pamiętając, iż Rogozino do niego właśnie wpada. Rów doprowadził mnie do stawu, poznałem miejsce ujścia.
Rogozina więc nie ma, tak po prostu nie ma, a z nim ulotniła się niemała część uroku miejsca pod dębem. Jednakże wiem, że strumień odrodzi się po jesiennych deszczach, wtedy pójdę tam jeszcze raz.
Wrócić warto także dla zobaczenia stawu z uroczą wysepką i małymi polanami pod dębami rosnącymi blisko brzegu. Parę kilometrów dalej jest w lesie miejsce, które też przyciąga, chociaż urok nie w nim samym: to miejsce przecięcia linii pełnego południka i równoleżnika. Mam więc plan jednego z przyszłych dni w moich górach.

Wracałem szerokim zakolem, zboczami wzgórz łagodnie schodzących w szeroką a płytką dolinę, chociaż marsz spacerkiem nie był, ponieważ parę razy musiałem pokonywać dość głębokie i strome jary strumieni. Część drogi wypadła pod linią wysokiego napięcia, a widać tam było ślady niedawnych prac elektryków. Otóż usunięto nie tylko drzewa, ale dosłownie wszystko co zielone. Widok strumienia pozbawionego roślinności tak dokładnie, że nie zieleni się przy nim nawet jedno źdźbło trawy, jest bardzo smutny, wprost przytłaczający. 



Nie wiem, czym i po co niszczono tam wszystko co żywe. Chociaż konieczność wycinania drzew jest zrozumiała, krzewy dorastające do dwóch czy trzech metrów nie mogą przeszkadzać liniom rozwieszonym na wysokości siódmego piętra. Tam jednak na nagiej, szarej ziemi zostawiono jedynie zmiażdżone, połamane, rozszarpane strzępy gałęzi – jakby jakiś potworny kornik dopadł drzew i krzewów, wpychał je w swoją paszczę i wypluwał przeżute. Może tak wyglądałaby Ziemia po wojnie atomowej?
Okropna wizja.
Drugą niedobrą chwilę przeżyłem na ładnym widokowo wzgórzu Kapela. Oto napis wykuty w kamieniu postawionym pod szczytem.:

Powszechnie szanowany Polak chlapnął, może bez zastanowienia, słowa okropnie bezmyślne, nieprawdziwe i krzywdzące takich ludzi jak ja (Polakiem jestem do szpiku kości, mimo że ateistą), inni bezrefleksyjnie, jak te małpy, powtarzają je, ponieważ to są JEGO słowa.
Zawsze byłem przeciwnikiem autorytetów.
Rano z Zadory patrzyłem na szaro-zielony świat, jednak wieczór po królewsku wynagrodził mi tamtą szarość. Wysokie zbocze wzgórza opada na zachód, szedłem więc pod słońce i tak też robiłem zdjęcia, tyle że obiektyw ustawiałem w cieniu żeby nie oślepł. Sam patrzyłem pod słońce chcąc doznać olśnienia jednym z najpiękniejszych zachodów, jakie widziałem w moich górach. Bliska zieleń traw i drzew, granatowe zbocza gór i stopniowo szarzejąca dal, zabarwione były oranżowo, a może szafranowo, światłem zachodzącego słońca. Świat wyglądał jak oprószony pyłem ciemnego złota. Był jak z bajki.
Teraz otworzyłem stronę Wikipedii z kolorami. Nie ma tam takiego, jaki widziałem, a wszystkie podobne wydają się marną imitacją. Na stronie są tylko kolory, pod Zadorą widziałem świecące, piękne barwy.








Gdy słońce zaszło wstałem i ruszyłem w dół, do miasteczka. U stóp wzgórza mijałem tę samą starą i samotną jabłoń, której jabłka zebrane rano jadłem w ciągu dnia. Dobre jabłka, chrupkie ale nie twarde, słodko-winne, z niegrubą skórką i bardzo aromatyczne. Wybierałem nieuszkodzone jabłka leżące w trawie. Nie dla złotówkowej oszczędności, ani nie tylko dla ich smaku. Po prostu szkoda mi się zrobiło – nie wiem, czy bardziej jabłoni czy tego dobra marnującego się na ziemi. Poczułem się lepiej, gdy kieszenie napełniłem owocami.
Zmierzchało się gdy ruszyłem do samochodu, ciemno było, gdy wyjechałem w drogę powrotną.