Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 13 października 2017

Dzień kontrastów


081017
Góry Kaczawskie: z Bystrzycy wokół Księżej Góry z odwiedzeniem moich ulubionych miejsc. Przejazd do końca uliczki Modrzewi i przejście wybranymi drogami fragmentu przełomu Lipki.
Przejazd do Nielestna, pokazanie skał na dnie przełomu, później wejście na szczyt Grodowej.

Jechałem wyjątkowo wolno; nie dość, że na drodze jest mnóstwo objazdów i padał deszcz, to na dokładkę nie obudziłem się do końca, mimo wypitej mocnej kawy. W rezultacie Janek czekał na mnie ponad pół godziny, za co raz jeszcze przepraszam. Mimo niekorzystnych prognoz namówiłem go na wyjazd powołując się na konieczność wykorzystania dnia, i mam nadzieję, że nie żałuje.
Na miejscu, we wsi Bystrzyca, byliśmy ponad godzinę po rozpoczęciu dnia; zapowiadano opady, uznaliśmy więc, że godziny wędrówki przesuniemy nieco ku zachodowi słońca. Faktycznie, w południe staliśmy schowani przed deszczem pod leszczyną, później szliśmy w płaszczach, ale oprócz chmurnego nieba, aura dała nam słoneczne popołudnie i bardzo ładne kolory zachodu.
Jak się później okazało, nie jedyny to był kontrast tego dnia.
Nie miałem planu drogi, a właściwie miałem: pokazać koledze te miejsca, które ostatnio widziałem i które mi się podobały; chciałem wrażeniami podzielić się z Jankiem.
Więc dwa niczym niewyróżniające się (poza swoją urodą) miejsca pod Bystrzycą, obydwa bez imienia i bez swojego śladu na mapach, ale właśnie dlatego bardziej moje, a jeśli odwiedzane, to chyba przez mieszkańców wioski i takich kaczawskich wędrowców jak ja, czyli odwiedzane przez nielicznych. Jedno jest ledwie małym wypiętrzeniem na stoku zaoranego wzgórza, rośnie na nim parę modrzewi i różanych krzewów, nie ma panoramicznego widoku, ale dla mnie jest tam tak ładnie, że byłem kilka już razy i jeśli Prządki pozwolą, będę jeszcze nie raz. 


Drugie miejsce jest przy wiosce, z pobliskiej drogi polnej jest nie do zauważenia; ot, mały garbik ziemi porośnięty drzewami. Jednak gdy skręci się ku niemu i przejdzie na drugą stronę, pod dęby, okaże się nagle, że stoimy na górce wznoszącej się kilkadziesiąt metrów nad domami wioski, i że widok mamy ładny i daleki, aż za Bóbr. Parę już razy, kręcąc się po okolicy, widziałem te wzgórze i miałem chęć wejść na nie, ale jakoś nie było okazji, dopiero tydzień temu, w jeden z tych nielicznych słonecznych dni moich włóczęg, usiadłem pod dębem. Słońce, pierwsze brązowe liście na drzewie, żołędzie pod nogami, a przede mną dal – już to tylko połączenie wystarczy, by miejsce nabrało cech szczególnych. Dębowe Wzgórze.
Mój towarzysz niewiele mówił, przeżywając swoje ważne sprawy, mam jednak nadzieję na spodobanie się mu pokazanych miejsc.
Ach, wspomnę jeszcze, że przecięliśmy górski masyw, i tym razem przejście lasem bez drogi pamiętałem dokładnie.

Wioska Modrzewie mało jest znana, także mnie. Byłem w niej raz, zapamiętałem wąską szosę pnącą się stromo pod górę ciasną serpentyną, a tuż przy niej urwiste i kamieniste brzegi jaru z ciemnym strumieniem na dnie. Dzisiaj po raz pierwszy jechałem tamtędy samochodem. Dziwnie się czuje kierowca jadąc szosą, na której nie wyminą się dwa pojazdy. W ciasnym zakręcie, a takich jest tam parę, widać drogę dziesięć czy dwadzieścia metrów do przodu. Asfalt był mokry i pokryty liśćmi, a ja, powoli jadąc wpatrzony przed siebie, myślałem, co będzie gdy nagle zza tych skał zasłaniających widok wynurzy się samochód… Na pewno nie odważyłbym się jechać tam w zimie. Zaparkowałem na końcu stróżki asfaltu, przy ostatnim domu wioski (za uprzejmą zgodą właścicielki), ponieważ stamtąd jest żabi skok do paru ładnych miejsc przełomu Lipki, a ich urokiem chciałem się podzielić z towarzyszem.
Łagodne, wyrównane pługiem obłości pola obniżają się tworząc ledwie widoczną, ale bliżej lasu pogłębiającą się dolinkę – jakby pole otwierało się na las – a ten wychodzi naprzeciw wąskim cyplem drzew, wśród których bierze początek strumień. Wątły, mdlejący w suche dni, wyraźniejszy dopiero sporo niżej, wśród mroku i kamieni. Tam widać potencjalną siłę tego strumyka: wszak kamieniste dno stromego jaru jest jego korytem, więc i dziełem. Spływa on po stromym zboczu przełomu Lipki i do niej wpływa kilkadziesiąt metrów niżej.
Słoneczny i sielski krajobraz rozległych pól o spokojnych i jasnych liniach, a obok dzikość i chłodna mroczność, ciasnota i kamienisty chaos. Właśnie te bliskie sąsiedztwo, niemal natychmiastowy przeskok, ten silny kontrast, czynią na mnie wrażenie.
Równie duże uczynił grzyb, którego zobaczyłem na zapomnianej przez ludzi dróżce prowadzącej brzegiem lasu: masywny, gruby prawdziwek o niemal dwudziestocentymetrowym kapeluszu. Prawdziwy prawdziwek: kasztanowego koloru skórka, seledynowa barwa od spodu i dołem pęczniejąca noga. Nim ukręciłem go (w ziemi został wyraźny dołek), obaj, Janek i ja, zrobiliśmy mu sesję zdjęciową. Nie pamiętam, ile lat temu znalazłem równie dużego prawdziwka. Tego dnia znalazłem ich – lub znalazł Janek i pozwolił mi je wziąć –  jeszcze parę, także kilka kozaków i sporo podgrzybków; po ususzeniu grzyby zapełniły dwa litrowe słoiki.


Zbocze przełomu trawersuje droga, która spodobała mi się od pierwszej chwili jej zobaczenia. Ona swoim biegiem też tworzy ładny kontrast: jest wygodna, pozioma, jasna jak na leśną drogę, a biegnie stromym zboczem. Z jednej strony las pnie się w górę, miejscami bardzo stromo i trzeba zadzierać głowę by wzrokiem sięgnąć najwyższych drzew, z drugiej opada ku Lipce. Gdy wygodnie i bez wysiłku idzie się tą drogą, zatrzymując się często i rozglądając, wyobraźnia podsuwa obraz męczącego podejścia bez wytyczonej drogi.
Pod lasem, na drodze, pasły się konie. Niby wiem, że spokojne i mądre to zwierzęta, ale… ale takie duże, więc może by znaleźć inną drogę? Janek był odważniejszy: wyciągnął przed siebie dłoń i spokojnym tonem mówiąc coś do koni podszedł do pierwszego. Ten powąchał mu rękę i nawet dał się pogłaskać, chociaż widziałem jego nieufność; była więc obustronna. Zebrałem się w sobie i ruszyłem za Jankiem, ale na wyciągnięcie dłoni do koni zabrakło mi odwagi. Przeszliśmy.

U wylotu przełomu, ledwie kilometr od wioski Nielestno, w zimie znalazłem dziw, który bardzo mnie zaskoczył: przedzierałem się dnem przełomu, torując sobie drogę wśród przybrzeżnych chaszczy lub pokonując skaliste brzegi, gdy nagle zobaczyłem skały. Nie ma ich wiele, na długości trzydziestu metrów w rządku stoją piaskowce wysokości kilku metrów. Dołem czerwone, pionowe ściany o bogatej rzeźbie, a na nich leży ciemna skała, najwyraźniej bardziej odporna na niszczące czynniki, skoro grubymi czapami wisi nad czerwonym podłożem. Przewieszenia są wyraźne i płaskie, czynią wrażenie, zwłaszcza gdy stojąc nieco z boku zobaczy się las rosnący na tych kamiennych płytach. Całość przypomina najładniejsze miejsca Gór Stołowych, chociaż kolorystyką, także dzikością otoczenia, kaczawskie skały są ładniejsze.



Z tamtego miejsca, bliskiego szosie, ale z niej niewidocznego i znanego niewielu, na szczyt Grodowej jest pół godziny drogi. Ten sam przełom, który oglądaliśmy z dna stojąc przy skałach, ten, na który wcześniej patrzyliśmy idąc drogą biegnącą połową jego wysokości, teraz oglądaliśmy ze szczytu. 
Rozpogodziło się, słońce świeciło między jasnymi chmurami, świat wokół poweselał.




Na sąsiednim szczycie znowu, jak tydzień temu, zatrzymały mnie grzyby, tym razem opieńki, a wracaliśmy nieco inną drogą, bukowym lasem. Niskie już słońce oświetlało pnie drzew z boku, tworząc uroczy obraz. Widziałem, że Janek robił zdjęcia, bo i widok był ładny kolejnym w tym dniu kontrastem. Górą, wśród liści bukowych koron, była pełnia lata bez śladu jesieni, dołem natomiast, wokół ołowianych pni drzew, rozłożyła się jesień, brązowym kobiercem otulając ziemię.
Dokąd tylko można było, szliśmy brzegiem lasu, myszkując wśród brzóz (nie na darmo), a gdy wyszliśmy na łąkę, zwróciliśmy uwagę na piękne kolory słońca zachodzącego za jakimś izerskim wzgórzem. Przez krótki czas, ledwie minut, było tak, jakby ono rozpylało w powietrzu miedziany, lśniący pył. Nie próbowałem robić zdjęć wiedząc, że moim aparatem nie uda się ujęcie, ale Janek próbował. Ciekawe, z jakim rezultatem.
Późno doszliśmy do samochodu, już po zachodzie słońca, niewiele później wjechaliśmy w mrok październikowej nocy. Po późnym przyjeździe i zwykłych zajęciach, zająłem się grzybami. Minęła pierwsza, gdy w końcu zgasiłem światło. Dzień wykorzystałem.
Nazajutrz, idąc do pracy przed siódmą, ponad dachami bloków zobaczyłem Eos; przysiągłbym, że z przekorą uśmiechała się do mnie.
– Gdzie byłaś wczoraj? – zapytałem, ale usłyszałem tylko jej śmiech.



wtorek, 10 października 2017

Początku sezonu dzień drugi


011017
Tarczyn, Pasternik, zbocza Buczyńca i Księżej Góry, Sołtysia Czuba, Szklarka, Pasternik, Tarczyn.
Dojazd do Nielestna, wejście na Grodową.


Pierwszy sygnał budzika obudził mnie, chwilę leżałem przypominając sobie gdzie jestem.
Konopka w Czernicy.
Zapomniałem wziąć ciapy, a że buty bardzo stukają, na bosaka poszedłem do łazienki, umyłem zęby, zebrałem wszystkie swoje rzeczy i zszedłem na dół, do kuchni. Zaspane psy spojrzały na mnie nieprzytomnie i ponownie ułożyły głowy na przednich łapach. Termosy napełniłem kawą i herbatą, zapakowałem torbę i plecak, a przed wyjściem na dwór jeszcze spojrzałem na piękne, kamienne sklepienie kuchni. Była godzina 5.30, ciemna noc, ale na wschodzie widziałem pierwsze nieśmiałe jaśnienie. Świeciły gwiazdy, miał się zacząć kolejny ciepły i słoneczny dzień.
Za cały plan dnia miałem chęć zobaczenia znanych i lubianych miejsc w masywie Księżej Góry pod Bystrzycą i wybadanie możliwości… nowego przejścia lasami z wioski Tarczyn na szczyt Pasternika.
Do wioski wiedzie wąska stróżka asfaltu ostro pnącego się po zboczu góry. Stoi tam znak nakazujący jazdę z łańcuchami na kołach, i faktycznie, między listopadem a kwietniem lepiej nie próbować jazdy bez stalą zbrojonych kół, nawet na dobrych zimowych oponach. Na górze, pod wioską, jest ładne miejsce widokowe i tam się zatrzymałem dla obejrzenia budzenia się Eos.
„W szacie o barwie szafranu spłynęła Eos na ziemię”, pisał Poeta 27 wieków temu, a ja, po upływie tego oceanu czasu, z lubością szepczę jego słowa.
Wczoraj jakaś mała chmurka przysłoniła oblicze bogini, dzisiaj wstawała piękna, promienna, kolorowa, uśmiechnięta. Chyba ma nowego kochanka – pomyślałem z odrobiną zazdrości, ale nie było we mnie zawiści. Eos jest zbyt piękna, żeby chować do niej urazę. Nawet Wenus długo jej towarzyszyła, a przecież wiadomo, że one obie nie pałają do siebie sympatią.
Gdy wzeszło słońce, zobaczyłem jego odbicie od szyb obserwatorium na Śnieżce. Przez chwilę było silne, jakby świeciło tam drugie słońce. Widok, mimo iż nie pierwszy raz oglądany, zadziwia i czaruje.


Ranek był śliczny. Wiele razy widziałem, jak ładnie oświetla świat niskie słońce, ale dzisiaj patrzyłem wokół jakbym urodę słonecznego ranka widział po raz pierwszy. Malarz w firmie czasami kładzie nową warstwę bezbarwnego lakieru na malowidła fasad, a wtedy te nabierają świeżości barw i połysku. Dokładnie takim widziałem świat: świetlistym, bajecznie kolorowym, żywym i radosnym. Rosą umytym. Ta jego radość i mnie się udzieliła, z uśmiechem rozglądałem się czując w sobie pogodę ducha i radość przeżywania dnia. Gdy idąc lasem na dno doliny wyszedłem na śródleśną polanę, zobaczyłem prześwietlone słońcem opary rosy, od której trawa była szarosrebrzyście skrząca.
Helios spijał łzy Eos płaczącej nad Memnonem.


Mgiełka świeciła perłową barwą, a sąsiednie drzewa stały w powodzi kolorowego światła. Patrzyłem, robiłem zdjęcia i znowu patrzyłem chcąc zapamiętać każdy szczegół widoku i każde swoje odczucie.
Później ta odmienność w oświetleniu znikła niepostrzeżenie, i chociaż dzień był kolorowy i słoneczny, to w porównaniu do ranka wydawał się wyblakły, jakby przepalony silnym słońcem.
Na mapie jest niezalesione przejście z wioski na wzgórze Pasternik, ale w rzeczywistości rośnie tam młody, gęsty, dziki las, pełen kolczastych roślin i gęstwin. Uznając się za pokonanego, wyszedłem na łąki i okrężną drogą wszedłem na wzgórze. Ono broni się przede mną, pomyślałem wspominając próbę sprzed kilku laty dotarcia tutaj inną drogą, czy raczej innym bezdrożem. Pamiętam ciemny i dziki las porastający strome zbocza jaru i omszałe głazy na dnie. Ładnie tam było, może więc któregoś dnia wrócę do tego lasu?..
U podnóża najwyżej góry okolicy, Księżej Góry, jest niewielkie, ale uroczo wyglądające bezimienne wzgórze, a po drugiej stronie dna doliny wznosi się Szklarka. Nieco z tyłu, już za masywem górskim, jest miejsce odwiedzane przeze mnie, jedno z najładniejszych miejsc w tych górach. Tak oto ustalił mi się plan: najpierw to urocze miejsce, później przejście masywu lasem i poznanie obu wzgórz po drugiej stronie.
Falujące łąki i pola, nitki dróżek i drzew rosnących nad strumieniami, zagajniki, kępy głogów i róż, ukryte w fałdzie ziemi domy z dachami wystającymi spomiędzy drzew, ciemna ściana lasu opadająca w dolinę i tam niknąca za obłym wybrzuszeniem wzgórza, albo przeciwnie – wznosząca się po stoku i dotykająca nieba. To są moje Góry Kaczawskie i takie są widoki z ulubionego miejsca na stoku Buczyńca.




Przejście przez las udało się niemal idealnie. Niemal, bo rozległa gęstwina jeżyn wyniosła mnie jakieś dwie setki kroków od najkrótszej trasy, ale swoim zwyczajem zawróciłem żeby lepiej poznać przejście. Warto je znać, ponieważ łączy dwa urokliwe miejsca. To drugie jest wspomnianą bezimienną górką wznoszącą się nad wioską, vis a vis Księżej Góry. Siedziałem na szczycie pod dębem i najnormalniej nie chciało mi się opuszczać tego miejsca. Dlaczego do tej pory nie byłem tutaj? Wzgórze zapisuję do swojej listy najpiękniejszych miejsc kaczawskich.




Od północy horyzont zamknięty jest długim, zalesionym masywem górskim, tylko miejscami jaśnieją łąki wchodzące na szczyty. Na jednym z takich odkrytych miejsc zobaczyłem grupę wysokich drzew. Przyciągała wzrok ładnym wyglądem, wyróżniała się, wołała. Pójdę tam i spod tamtych drzew spojrzę te wzgórze! – powiedziałem sobie w pierwszym odruchu, ale po chwili patrzenia coś mi zaczęło świtać w głowie. Eureka! Przecież byłem tam i to nie raz, to drugi, wyższy szczyt Babińca! Ot, skleroza i inny punkt patrzenia.
 Szedłem zakolem, chcąc zobaczyć w ciepły dzień pewną przełęcz pamiętaną z wędrówki w śnieżny i mroźny dzień; stałem wtedy na siodle i patrzyłem na rzeźby tworzone w twardym śniegu przez wiatr. Byłem ciekaw, jak wygląda dzisiaj tamto miejsce. Wygląda zupełnie inaczej i ładniej, ale porównując widoki ucieszyłem się, nie odczuwając niechęci na myśl o zimowej wędrówce, a nawet doceniając jej urodę. Inną, surową, czasami trudną w odbiorze, ale istniejącą i znaną mi, swojską.
 Poznałem Szklarkę, też ładne wzgórze, a na niej wielkie ilości dzwonków, wiele nieznanych mi gatunków kwitnących roślin, i jak niemal wszędzie krwawnik pospolity. Z nim było tak, jak miewałem z wieloma już maleńkimi i niepozornymi kwiatkami, takimi, obok których się przechodzi nawet ich nie zauważając. Któregoś dnia, całkiem niedawno, nachyliłem się nad nim, jako lupę wziąłem drugą parę okularów i zobaczyłem te kwiaty tak naprawdę po raz pierwszy w życiu. Z bliska są ładne, mimo iż tak pospolite i niepozorne.




 
Idąc przez szczyt Pasternika, ponownie podjąłem próbę znalezienia dogodnego przejścia w stronę Tarczyna, teraz w przeciwną stronę; niemal na pewno nie ma tam takiego, ale spróbować było warto.
Już wcześniej, wiedząc o sporej rezerwie czasu, zdecydowałem pojechać do wioski Nielestno i zostawiwszy tam samochód, wejść na szczyt Grodowej dla zobaczenia z góry przełomu Lipki. Byłem tam w zimie, miejsce zrobiło na mnie wrażenie, dzisiaj chciałem je zobaczyć w słoneczny dzień kolorowej jesieni. Łagodnym stokiem góry podchodzi się prawie pod szczyt, a tam zbocze załamuje się nagle i spada na łeb na szyję siedemdziesiąt metrów. Ciemnym i niewidocznym z góry dnem płynie sprawca tej wielkiej wyrwy, strumień Lipka. Po drugiej stronie zbocze wznosi się równie stromo; widziane na wprost, wydaje się niemal pionowe, ale nieco na prawo otwiera się daleki widok w stronę Stromca i dalej, aż po Karkonosze.





Stałem tam patrząc, zmieniałem miejsce i znowu patrzyłem, brałem plecak odchodząc i wracałem by spojrzeć raz jeszcze. Robiłem własne zdjęcia, i, jakby niepewny swojej pamięci, kilka razy wyciągałem z kieszeni aparat i nim robiłem kopie swoich zdjęć.
Tylko czy aparat zobaczy to wszystko, co ja widzę?
Czy zobaczy urodę tej wykrzywionej sosny, kolory liści czereśni stojącej w ciepłym świetle niskiego słońca, niski konar dębu tworzący ramę obrazu odległego Stromca, muszki latające w smudze światła, błękitniejącą dal? Na pewno nie zarejestruje furkotu ptasich skrzydeł, szumu drzew na wietrze i mojego nastroju, ale może jego zdjęcia pomogą wrócić pamięcią do tego dnia.
Szczyt był blisko, trudno więc nie odwiedzić pokaźnego buka zapamiętanego z powodu dzikości miejsca, które wybrał sobie do życia, i skał wyglądających tak, jakby wyrównała je ręka człowieka. Wszedłem w las, po chwili zobaczyłem pierwszego grzyba i nic się już nie liczyło. Na skały i drzewo ledwie spojrzałem, kręcąc się po szczycie ze wzrokiem myszkującym po ziemi. Tak, niewątpliwie grzyby mają jakiś tajemniczy urok.
Wbrew spodziewaniu, w tym roku ususzyłem prawie pięć litrów grzybów. Udanie rozpocząłem też sezon wyjazdów na włóczęgi.






czwartek, 5 października 2017

Słoneczny początek sezonu


300917
Rząśnicka Przełęcz, stok Rogatki, Janówek, Czernicka Góra, wokół Stromca, Przełęcz Chrośnicka, Lastek, zbocza Ptasiej, Janówek, zbocza Babińca, Rząśnicka Przełęcz.



W firmie soboty i niedziele nadal są pracujące, więc swoim zwyczajem miałem opory przed braniem dwóch dni wolnych, czyli niepłatnych. Zdecydowałem się nie tyle ze względu na dobre prognozy pogody, co przez wspomnienie tych wszystkich przegapionych bądź zaniechanych okazji pojechania gdzieś i zobaczenia, przeżycia. Coraz częściej mówię sobie, że nie mogę odkładać planów, bo może okazja już się nie powtórzy – kolejne znamię czasu. Mojego czasu. Gonię go wypełniając dni od wczesnego ranka do późnej nocy, ale nie mogę dogonić, co bardziej mnie cieszy niż smuci.
W piątkowe popołudnie miałem tyle zajęć, że na posiedzenia nad mapą zabrakło czasu, pojechałem więc bez ustalenia trasy, i chyba tylko wspomnienie chmurnego początku poprzedniego sezonu zawiodło mnie tam, gdzie rok temu, na Rząśnicką Przełęcz w Górach Kaczawskich.
Punktualnie o szóstej, więc w szary jeszcze przedświt, poszedłem na wschodni stok sąsiedniego wzgórza zobaczyć Jutrzenkę.
Po pogodnej, gwieździstej nocy, niebo na wschodzie nabierało czystych, wyrazistych kolorów. Ilekroć, nota bene, przychodzi do opisu kolorów, żałuję swojej niewiedzy w ich ładnym nazywaniu, jak potrafią to robić malarze. Napiszę więc tylko, że najpiękniejsza chwila świtu miała trzy warstwy barw: środkiem rozpostarty seledynowy pas oddzielał niskie pomarańczowe kolory od chłodnych błękitów i granatów górnego nieba. Barwy intensywniały, ale gdy słońce było już bliskie horyzontu, jasność nieba poczęła je gasić. Gwiazdy już wcześniej znikły, jedynie Wenus długo jeszcze świeciła na niemal już dziennym niebie, a roztopiła się w nim dopiero tuż przed wschodem słońca.



Poszedłem tam, gdzie oczy mnie poniosły, a im zachciało się przejść raz jeszcze odkryte, widokowe stoki Ptasiej. Gdy już tam byłem, uznałem, że powinienem znaleźć nowe przejście na drugą stronę masywu i pójść dalej, w stronę Stromca. W ten sposób powoli precyzował się plan dużej pętli; gdy później przyjrzałem się mapie, uznałem, że niewiele zabrakło mojej drodze do trzydziestu kilometrów długości. Nogi, nieco odwykłe od tak długich wędrówek, wieczorem powiedziały mi, co myślą o takiej trasie na pierwszy dzień; rano wstawałem z obawą, ale nogi niosły mnie bez protestów, udobruchane dość długim odpoczynkiem nocnym.
Miałem na sobie grubą odzież, świt był zimny, ale popołudnie zrobiło się bardzo ciepłe, więc w miarę upływu godzin plecak pęczniał pakowanym weń ubraniem, aż poczułem swobodę wędrowania w samej koszuli, czując wiatr we włosach i słońce na twarzy.


Pola są już jesienne, puste i zaorane, jednak na drzewach kolory jesieni są dopiero akcentami wśród dominującej jeszcze zieleni. Dęby niewiele się zmieniły, brzozy są w pół drogi ku jesieni, natomiast dla czereśni, sumaków i oczywiście klonów zaczął się festiwal kolorowych impresji. Stojąc w słońcu tak bajecznie kolorowe, klony potrafią czarować swoim wyglądem, natomiast sumaki zadziwiają mnie przemianą, budzeniem się tych niepozornych drzewek do przeżycia swoich krótkich chwil jesiennej chwały. 


Każdy z nas nosi w sobie obrazy będące symbolami ciepłych i słonecznych dni, obrazy pojawiające się w zimie na myśl o złotych dniach wczesnej jesieni. Dla mnie są nimi żołędzie leżące na gruntowej dróżce, trawa poprószona pierwszymi żółtymi liści brzozy, spomiędzy których wystaje czerwony kapelusz muchomora, żółte rżysko lub lśnienie słońca w gładkich skibach pługiem przewróconej ziemi, wychylona nad leśną drogą gałązka buka z pięknie brązowymi i lśniącymi liśćmi, a ostatnio coraz częściej kwitnąca cykoria podróżnik. Każdy z tych obrazów widziałem w wielu odmianach.
Na łąkach w najlepsze trwa kwitnienie, ich mnogość o tej porze roku zadziwia mnie. Najwięcej kwitnie dzwonków, chyba rozpierzchłych, kwiatów barwą przypominających mi cykorię, mimo tak odmiennych kształtów; bywało ich tyle, że niebieską plamę wśród zieleni łąk dostrzegałem z daleka. Niżej, przy ziemi, między trawami łąk lub uschniętymi kikutami rżysk, widziałem niezliczone drobne kwitnienie i niepozorne owocowanie maleńkich roślinek; patrząc na nie, miałem wrażenie ich pośpiechu, pragnienia dokończenia dzieła rozsiania nasion przed zimą.
Wiele razy już z odległości dziesiątków kroków widywałem grzyby nieodmiennie kojarzące mi się z okrągłą ogrodową altaną: wielkie i wysokie kanie. Było ich tyle, że mógłbym, bez przesady, wrócić w kilkoma wiadrami tych grzybów. Ilekroć spotykałem ich kępy, od nowa analizowałem możliwości zabrania ich ze sobą, ale za każdym razem dochodziłem do wniosku, że nie mam jak, a pamięć, zdrajczyni chcąca mi dokuczyć, przypominała mi wspaniały smak kań smażonych rok temu przez żonę.

Droga wiodła szczytem Czernickiej Góry, omijanej do tej pory z powodu zalesienia i braku widoków. Wszedłem w las z postanowieniem przecięcia pasma gór, i po chwili zobaczyłem niecodzienny widok: dwa ogromne prawdziwki o nogach jak ręka w nadgarstku; niestety, ślimaki były pierwsze, a zostawiły tak niewiele, że już nie odbierałem im resztek posiłku.
Pierwszego zauważonego podgrzybka zostawiłem; miałem przed sobą dwa dni wędrowania, cóż miałbym robić z grzybami? Nieco wyżej zobaczyłem, że nie tylko ja omijałem tę górę: w jednym miejscu znalazłem kilkanaście podgrzybków brunatnych, a niewiele dalej pierwsze w tym roku prawdziwki i kozaki. Nie wiedziałem, co z nimi zrobić, ale zostawić nie potrafiłem. Wkładałem je do obszernych kieszeni wiatrówki, a gdy zabrakło miejsca, kije włożyłem pod pachę, a kolejne grzyby wkładałem nóżkami między palce lewej dłoni. W pewnej chwili próbowałem doczepić kolejny grzyb, ale już nie potrafiłem go utrzymać, więc trzymając w drugiej dłoni ostatnie grzyby, poszedłem w stronę brzegu lasu zastanawiając się, co zrobię, gdy zobaczę kolejną kępę. Na szczęście więcej nie znalazłem, a może dlatego, że podniosłem głowę. Z tej góry jednak też są widoki, co prawda nie panoramiczne, ale między drzewami widać zawsze urokliwy kontrast zielonej doliny i niebieskich Karkonoszy.
Na łące zająłem się plecakiem: upchnąłem mocniej jego zawartość, przejrzałem grzyby, włożyłem je do reklamówki, a tę ostrożnie usadziłem w plecaku, zapiąłem luźniejszymi paskami i poszedłem. W niezłym stanie doniosłem je do samochodu i ułożyłem na podłodze. W niedzielę cała procedura powtórzyła się z nowymi grzybami, a wieczorem, po powrocie, okazało się, że tylko kilka najstarszych nie zniosło dwudniowego jeżdżenia.
Droga, jak to bywa z nimi, rozpłynęła się między drzewami, więc mimo iż bez kłopotów wyszedłem na otwarte przestrzenie po drugiej stronie, przejścia nie zapamiętałem. W te dwa dni wędrowania parę razy próbowałem poznać skróty przez lasy, ale chyba tylko raz udało mi się na tyle, że przejście mógłbym powtórzyć. Mapy niedokładnie pokazują linie brzegowe lasów, a na zastosowanie pewnego i z dobrym skutkiem kiedyś zastosowanego sposobu zapoznania się ze zdjęciami satelitarnymi nie miałem czasu. Jeszcze lepiej byłoby mieć ze sobą GPS z mapą do pieszych wędrówek, ale nie mam i nie kupię, chcąc uniknąć obrastania w cywilizacyjne gadżety, nawet kosztem przedzierania się przez jeżynowe zarośla.
Szedłem wielkimi połaciami pól wprost na Stromca, a góra powolutku, niemal niedostrzegalnie, obracała się i rosła. Początkowo była górką, którą zasłoniłem dłonią na wyciągniętym ramieniu, a gdy byłem u jej podnóża, ona zasłoniła sobą wszystkie inne góry, nawet Śnieżkę. Zmiany widoków w zależności od miejsca patrzenia bądź przemieszczania się, tak normalne przecież, nieodmiennie zadziwiają mnie. Widzimy świat nadając miejscu naszego patrzenia cechę jego środka; kiedyś zastanawiałem się, jak wyglądałby świat bez automatycznego i nieuniknionego wyznaczania jego centrum, aż któregoś dnia puknąłem się w czoło: wszak trochę wiem, jak wyglądałby taki świat. Otóż techniczne rysunki elementów właśnie tak są przedstawiane. Jeśli narysuje się na nim powiedzmy sześcian, wszystkie ściany przedstawia się tak, jakbyśmy patrzyli na nie mając oczy na wysokości ich krawędzi, czyli bez rzutów perspektywy; ściana będzie wtedy widoczna jako kreska. W efekcie sześcian zamieni się w kwadrat, i dopiero dodatkowe rzuty przedmiotu z innych stron, oraz pewna wiedza i obycie, pozwalają na czytanie takich rysunków. Zauważyłem, że człowiek bez tej wiedzy rzadko kiedy jest w stanie wyobrazić sobie wygląd przedmiotu na podstawie takiego rysunku, a sam odruchowo rysuje rzut perspektywy ze swojego miejsca patrzenia, technicznie niepoprawny, ale pozwalający rozpoznać cały kształt przedmiotu bez dodatkowych jego równie nienaturalnych rzutów.
W lasach Stromca trochę się zmieniło, więc, niepewny pamiętania dróg na szczyt, po wyjściu na łąki zawróciłem i poszedłem z powrotem: ja mam nie wiedzieć, gdzie prowadzi ten dukt?? Nie znam ich wszystkich ani nie mam ambicji poznania, ale lubię wiedzieć, gdzie zaprowadzi mnie ta czy tamta dróżka.
U podnóża Chrośnickich Kop jak zwykle odwiedziłem źródło bijące ze skalnej ściany, bo źródła, zwłaszcza takie jak te, czyste i skalne, mają magnetyczny urok, a poza tym zwyczajnie chciało mi się pić. Woda ma tam wyborny smak i jest bardzo zimna.


Po wejściu na siodło przełęczy wyznaczyłem nową swoją drogę w stronę Lastka, najbardziej mojej góry w tych górach. 


Samotne tete a tete z miejscem i z najurokliwszym pomieszaniem fantazji z rzeczywistością przerwała mi grupa motocyklistów. Zatrzymali się, jeden z nich zdjął kask i przywitał się po… niemiecku. Poczułem niechęć do tych ludzi; zapewne w Niemczech nie pozwala się im niszczyć polnych i leśnych dróg tymi hałaśliwymi maszynami ryjącymi koleiny, więc przyjeżdżają do nas. W moment później przyszła mi do głowy mściwa myśl: gdyby nie wszczęli wojny, do dzisiaj byłyby tutaj Niemcy.
Inną niż zwykle, nową drogą przeciąłem dolinę z wioską i idąc zakolem po zboczu Babińca, po dwunastu godzinach włóczęgi doszedłem do Rząśnickiej Przełęczy i do samochodu.



W piątkowy wieczór wahałem się nad wyborem miejsca noclegu, mając do wyboru dwa znane mi domy prowadzące tak zwaną agroturystykę. Wybrałem dom „Konopka” w Czernicy. Ledwie kilka razy korzystałem z gościny Bożeny, właścicielki domu, trudno więc powiedzieć, że jestem stałym bywalcem. Ostatni raz nocowałem tam przynajmniej rok temu, ale gdy zadzwoniłem i usłyszałem radosne powitanie, ciepło mi się zrobiło na serduchu. Wieczorem zostałem powitany jak domownik, który ledwie na parę dni wyjechał i wrócił do siebie: po prostu naturalnie. Ilekroć jestem w tym domu, są goście, i ciekawe rozmowy z nimi przerywa dopiero późna pora. Bożena potrafi sprawić coś, co mało komu się udaje: że wśród mało znanych ludzi czuję się swobodnie.