Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

sobota, 19 sierpnia 2017

Wakacje, lato i morze


190817
Kończą się moje „wakacje” nad morzem. Wziąłem to słowo w cudzysłów, ponieważ osiem tygodni tutaj spędzonych nazwać można wakacjami tylko po porównaniu ich do pozostałych dni karuzelowego sezonu. Oceny są względne, nie tylko ludzi, ale i czasu oraz warunków pracy. Po  dziewięćdziesięciogodzinnym szaleństwie okresu festynów, zejście do siedemdziesięciu godzin spokojnej (na tyle, na ile jest to możliwe w lunaparku) pracy tygodniowo jawi się jako okres wakacyjny.
Jak każdego lata tutaj, a tegoroczne jest już jedenastym, po pracy dzielę czas między czytanie i pisanie a wyjście na dwór. Czasami te dzielenie przypomina bój ze sobą, z dwoma wykluczającymi się wzajemnie pragnieniami. Na ogół idę na ugodę: gdy świeci słońce, wygrywa spacer brzegiem morza lub bocznymi uliczkami miasteczka, natomiast przy pochmurnej pogodzie nadrabiam zaległości przy książkach lub komputerze. Oczywiście wtedy, gdy jestem sam, gdy nie goszczę kogoś z rodziny.

Zadziwia mnie skrajna odmienność odczuwania upływu czasu. W pracy, zwłaszcza gdy robię coś, czego nie lubię, godzina wydaje się trwać bez końca, ciągnąc swe minuty niemiłosiernie, ale gdy usiądę przy komputerze, ta sama godzina zamienia się w sprintera. Patrzę w lewy róg ekranu i widzę, przecież widzę!, że cyferki minut zmieniają się niemal w tempie sekund. W typowy wieczór nad morzem mam pięć godzin tylko dla siebie; zdawałoby się, że to morze czasu, ale tak naprawdę jest to ledwie godzinka. Staram się przedłużyć ją późniejszym położeniem się spać, ale zauważyłem, że im późniejsza jest pora, tym szybciej mi umyka. Czasami dochodzę do wniosku, że skoro zawsze wstaję niewyspany, bez względu na długość snu, to może kłaść się jeszcze później? Sposób nierzadko stosuję, w zasadzie jest dobry, ale pod jednym warunkiem: w ciągu dnia nie mogę usiąść bezczynnie, bo zaraz usypiam.
Z czasem jest jak z horyzontem: im szybciej się go goni, tym szybciej on ucieka.

Morze nie ma dla mnie takiego uroku, jaki mają góry, chociaż tak po prawdzie niemałe tutaj znaczenie może mieć nielubiany tłok w Ustroniu i pożądana pustka górskich szlaków.
Morze ustępuję górom w zmienności krajobrazów, jednak potrafi dorównać pomocą w wyciszeniu, w próbach uładzenia się ze sobą i swoim czasem, w staraniach patrzenia uważniej, z dostrzeganiem drobiazgów niewidocznych w zabiegany czas.



Aby dostrzec bogactwo świata, potrzebna jest nie tylko wiedza o nim, ale i odczuwanie potrzeby przeżywania go w sobie; uznanie, iż najcichsze, najsubtelniejsze wrażenia są najcenniejsze, bo najbardziej nasze. Chwile dostrzeżenia piękna tam, gdzie wcześniej nic nie widzieliśmy, albo widzieliśmy niedoceniając, na pół oślepli gonitwą, przyzwyczajeniem, migotaniem ekranów, zalewającą nas śmieciową informacją obrazkową.
Cóż prawdziwie naszego jest w pobudzeniu rytmicznym dudnieniem z ogromnych głośników dyskotekowych? Powiedziałbym, że niewiele, a cała reszta jest fizjologiczną reakcją naszego organizmu.
Biegnąc do mnie, niskie słońce rozjaśniło pas morza. Droga była świetlistym migotaniem, nieustannym ruchem, skrzeniem się, delikatnymi przemianami świecącej żółci blisko horyzontu i połyskliwej bieli o odcieniach od ciepłej masy perłowej, poprzez chłód diamentu, aż do zimnego, metalicznego blasku rozlanej rtęci po bokach, na granicy jasności. Blisko mnie, przy brzegu, światło traciło siłę: nie potrafiąc rozjaśnić dolin między falami, eksplodowało na ich szczytach momentalnymi rozbłyskami i gasło, by w tej samej chwili zapalić się na tysiącu innych grzbietach fal. Jeszcze bliżej brzegu światło widać było już tylko na pieniących się szczytach fal, a wydawało się, że sama piana świeci, skoro wszystkie jej drobiny i z każdej strony były perlistą, gotującą się jasnością.
Paręset metrów od brzegu zobaczyłem szybko poruszającą się czarną kropkę, w której rozpoznałem człowieka na skuterze. Patrzyłem na niego, zbliżał się do słonecznej drogi, a gdy wpłynął na nią, pomyślałem, że teraz widzi wokół siebie wodę pokrytą jaskrawym płaszczem światła. Czy nie razi jego oczu? W moment później uświadomiłem sobie swój błąd: przecież ta świetlna droga faktycznie była moja, tylko ja ją widziałem, widziałby też ktoś, kto siedziałby przy mnie, ramię w ramię – tamten człowiek nie.
Uśmiechnąłem się do siebie. Troszkę z politowaniem nad swoim zapominalstwem, ale więcej w nim było wyrozumiałości i ciepła.
Chciałbym unieść ze sobą tę chwilę mojego uśmiechu i widok słonecznej drogi, ocalić je od zapomnienia, by mogły pomagać mi w trudnym czasie. Zapamiętać, by mieć coś prawdziwie mojego.
W zasadzie w czasie każdego oglądanego zachodu słońca morze widziałem inne; czasami różnice były ledwie zauważalne, ale były i radykalne. Woda morza bywa tak matowa, mało wyrazista, wprost nijaka, że wydaje się czymś martwym. Na drugim biegunie przemian jest jej wesołość, wyrazistość, nasycenie kolorami; wtedy w skrzeniu się dalekich fal dopatruję się radosnych figli córek Nereusa.
Między tymi skrajnościami rozciąga się rozległy obszar metamorfoz. Co prawda nie są tak spektakularne jak te, do których był zdolny ojciec Nereid, ale równie jak one są liczne.
Podobnej skali przemian ulega horyzont i chmury. Bywa, że pierwszym szczegółem zauważonym po przejściu wydmy jest linia styku wody i nieba. Przyciąga wzrok idealnie równą, ostro zarysowaną granicą dwóch światów, która wydaje się być wtedy bliską i materialną. Czasami nie widzę wcale horyzontu, ale nie z powodu mgły, a kolorystycznego stopienia się dalekiej wody i nieba; jedynie w pobliżu niskiego słońca zauważa się jego skrawek, a wydaje się on wtedy jedyną drogą pomiędzy nicością.
W zimowym niebie zasnutym jednolitą opończą szarości nie znajduję nic ciekawego ani ładnego, ale chmury, o ile widoczne są na tle błękitu, potrafią czarować swoim wyglądem i zmianami. Każde chmury: trzywymiarowe, mięsiste, mleczne bałwany, ale i te delikatne mazy wyglądające niczym ślady szybkiego ruchu na pół suchego pędzla impresjonisty po błękicie pustego jeszcze obrazu. Dzisiaj widziałem trzeci rodzaj chmur, nieznanej mi, jak i tamte, nazwy: te chmury wydają się być płaskie i gładkie, masywne i nieprzezroczyste niczym tynkowany mur. W czasie mojego godzinnego patrzenia na koniec dnia, chmura zmieniła się z ledwie widocznego pasemka wiszącego nad zachodnim horyzontem, w bulwiasto pęczniejący masyw, a jej kolory od świecącej bieli i szafranu do szarej niebieskości i granatów po zachodzie. Gdy słońce schowało się za nią, jej postrzępiony górny brzeg zalśnił jaskrawym światłem barwionym żółtymi odcieniami, a ponad nimi strzeliły na trzy strony świata promienie słońca, wieńcząc chmurę najpiękniejszą koroną.
W kwadrans później słońce, gniecione ciężarem chmury, chowało się w morzu kończąc dzień.

Jutro wieczorem zaczynam przeprowadzkę. W poniedziałek o zmierzchu uruchomię scanię i ruszę w kolejną drogę, więc dzisiejsze wyjście nad morze było pożegnaniem z nim.
Morze za mną, góry przede mną.







poniedziałek, 24 lipca 2017

Ludzie i karuzele


230717

Długo nosiłem się z zamiarem napisania tego tekstu, nie chcąc pisać tutaj o negatywnych emocjach. Jednocześnie nie odczuwam potrzeby przedstawiania się lepszym niż jestem, a z tekstów można wyciągnąć błędny wniosek o byciu… nie wiem. Marzycielem bez skazy z głową bujającą w obłokach, na przykład, albo wyrafinowanym estetą. Nie jestem ani jednym, ani drugim. Pokazanie się w innym świetle byłoby więc argumentem za napisaniem, jednakże jego waga wydawała mi się zbyt mała i dopiero dzisiejsze zdarzenie przeważyło szalę. Nie stało się nic szczególnego, typowa w mojej pracy historyjka, ale była tą kroplą, która przelewa dzban. Na swój sposób, pisząc, rozprawię się nią. Raczej z nimi.



Kiedyś zapytano mnie, w jakiej branży pracuję. Gdy powiedziałem, że w rozrywkowej, rozmówca był pewny, że śpiewam na estradzie. Teraz zwykłem zaznaczać, że pracuję w branży technicznych urządzeń rozrywkowych. Właśnie zastanawiałem się od kiedy i doszukałem się początku w 1982 roku. Wtedy jeszcze nie przy karuzelach, a w salonie gier telewizyjnych, ale tym samym już w tej branży. Trzydzieści pięć lat, które zmieniły mnie i mój osąd ludzi.

Klient klientowi nie jest równy, i nie o naturalnych różnicach między ludźmi napiszę, a o tych samych ludziach różnie się zachowujących w zależności od miejsca. Zwykło się mówić, iż poznać można człowieka gdy jest pod wpływem alkoholu; to prawda, ja jednak dodaję drugą okoliczność obnażającą człowieka: poznać go można po zachowaniu w lunaparku. Słyszałem twierdzenie, iż człowiek stając się klientem traci część swojej inteligencji, ja twierdzę, że także znaczną część swojej kultury. Lata pracy tutaj pokazały mi, iż nawet człowiek uznawany przez swoje otoczenie za sympatycznego, kulturalnego, wyrozumiałego, etc., w lunaparku potrafi zachowywać się w sposób skrajnie niewłaściwy.

Jawnie i bezwstydnie okazywana pogarda, nieuprzejme, złośliwe, a nierzadko wprost chamskie odzywki, podejrzliwość, interpretowanie każdej, dosłownie każdej niezrozumiałej dla siebie sytuacji czy słów jako prób oszukania, wyzwiska i groźby – oto codzienność tutaj, zwłaszcza w czasie pracy w kasie.

Wyłazi z tych ludzi ich osobiste piekiełko, ich brud, zapiekła ślepa złość i osiada na mnie, a ja, czując ohydny odór, z obrzydzeniem zdrapuję z siebie ślady kontaktów z nimi i liczę miesiące do emerytury, która pozwoli mi uciec tam, gdzie ich nie ma.

Myślę, że moja trudność w nawiązaniu bliskich kontaktów z ludźmi, moje upodobanie do samotności, ale też moje odruchowe oczekiwanie kłopotów, gdy zwraca się do mnie nieznany człowiek, jest skutkiem tak wielu lat mojej pracy w tej branży.

Teraz najgorsze, co prawdopodobnie nie będzie dobrze przyjęte, ale skoro temat zacząłem, będę szczery: takich ludzi jest wielu. Być może, że większość populacji.

Czasami… miałem napisać, że bronię tych ludzi, ale nie, nie bronię, a jedynie szukam źródeł zachowań, nie próbując ich wybielić. Rzucająca się w oczy aprioryczność tego rodzaju zachowań podsunęła mi wytłumaczenie, dlaczego przeciętny człowiek, wcale nie jakiś gbur, w lunaparku nierzadko staje się nim. Otóż powodem głównym jest fizyczna i psychiczna uciążliwość tej pracy, i związane z nią trudności w znalezieniu pracowników. Dawniej, „za komuny”, wielu karuzelników było bezdomnymi alkoholikami, ludźmi po wyrokach lub takimi, którzy nigdzie nie zagrzeją miejsca albo uciekają przed komornikiem. Teraz, w czasach kapitalizmu, jest lepiej, jednak wiem, że gdyby zaproponować mężczyznom spotkanym w pośredniaku pracę w lunaparku, z darmowym wyżywieniem i noclegiem, z pensją wcale nie minimalną, mało który zgodziłby się, a znaczna część z tych, którzy zgodziliby się, szybko spakowałaby manatki i uciekła stąd. Nie każdy da radę tutaj pracować.

Już w czasach komuny utrwalił się wśród ludzi stereotyp: karuzelnik równa się pijak i oszust. Funkcjonuje do dzisiaj. W rzeczywistości obecnie jest tutaj dość typowe robotnicze środowisko.

Nie próbuję wybielić tych, którzy z pogardą rzucają mi w twarz pieniądze (to nie przenośnia, a fakt!) lub oskarżenie o oszukiwanie, ponieważ mają rozum, którym powinni się posługiwać; mają też kulturę, a jeśli jej nie mają, powinni wejść do jaskini i nie wychodzić z niej, bo tam ich miejsce.

Wspomniałem o traceniu przez człowieka części inteligencji w chwili stania się klientem. Mógłbym w nieskończoność podawać zadziwiające przykłady osobliwej logiki myślenia tych, którzy patrzą na mnie z góry, podam tutaj jeden, zrozumiały bez obszernych wyjaśnień.

Zwykle pracuję na zapleczu zajmując się naprawami i remontami, czasami jednak siadam do kasy. Któregoś dnia podszedł do okienka mężczyzna z dziesięcioletnią córką i zapytał, czy to (tutaj gest ręki w stronę małej kolejki górskiej) jedzie do tyłu.

–Tylko przez chwilę, na początku, później już nie – odpowiedziałem.

–Nie pojedziesz – usłyszałem słowa kierowane do dziewczyny – bo to jedzie do góry nogami.

–Ależ nie! Ta kolejka nie jedzie do góry nogami! – zaprzeczyłem.

­–Przed chwilą pan mówił, że jedzie do tyłu. To jedzie do góry nogami czy nie? Widzę, że pan tego nie wie!



Spróbujcie porozmawiać z kimś, kto ma was za głupków i na dokładkę zamiennie stosuje wyrażenia „jazda do tyłu” i „jazda do góry nogami”!

Jeszcze parę słów o zwyczaju czytania.

Znaczna część klientów nie potrafi wyjaśnić, na jakie urządzenie chcą kupić bilet. Rozumiem, że tysiące światełek miga im w oczach, że nie wiedzą gdzie patrzeć, ale to nie tłumaczy ich typowego zachowania:

­–Poproszę bilet.

–A na co?

­–Tam! – słowu towarzyszy nieokreślony gest dłonią, nierzadko widoczne zniecierpliwienie.

–Nie wiem, proszę pokazać jeszcze raz.

–To pan nie wie, na co sprzedaje bilety?!!


Ot, logika i uprzejmość klientów lunaparku.

Owszem, niektórzy podają przeczytaną nazwę, a napisy są na ogół wielkie, jednak takich klientów jest niewielu. Podobnie nieliczni są ci, którzy poproszeni przeczytają nazwę karuzeli, jednak znaczna część klientów nie dostrzega liter.

Ludzie mają coraz większe trudności z opisami, ze słownym wyrażeniem swoich myśli. Wszyscy, nie tylko klienci lunaparków. Wraz z upowszechnieniem telefonów robiących dobre zdjęcia, na naszych oczach upowszechnia się zwyczaj wysyłania zdjęć w miejsce opisów. Nawet jeśli opis byłby jednym niedługim zdaniem, wielu wysyła zdjęcie, nie próbując wyrazić słowami myśli. Osoba odbierająca też łatwiej odczyta sens ze zdjęcia niż z przeczytanego tekstu. Tekst wychodzi z użycia. Ta nasza magiczna umiejętność wyrażania nawet stanów naszego ducha literami, umiejętność, do której ludzkość dochodziła w ciągu tysiącleci, jest tracona, i to w tempie nieporównywalnie szybszym niż kiedyś była osiągana. Przeraża mnie obojętność ludzi wobec ich językowego barbarzyństwa. Zdarzało się nie raz, że pokazywałem mojemu pryncypałowi błędy, na przykład w instrukcjach, albo w jego mailach zawsze kończonych dziwacznym skrótem „PRZ”, ale zwykle odpowiedzią było wzruszenie ramionami. On nie jest wyjątkiem. Większości ludziom nie zależy na poprawnym wyrażaniu siebie, wystarcza im kasa i papka w telewizorni.

Właśnie, wracam do lunaparku. Jeszcze gorzej jest z rozumieniem instrukcji wiszących na karuzelach; tutaj czasami dochodzi do nieporozumień godnych uwiecznienia. Nagminna jest też nieznajomość różnic znaczenia słów „to” i „tamto”, „tutaj” i „tam”, co przy nastawieniu klientów tworzy następne nieporozumienia, tłumaczone przez nich w wiadomy sposób.

Czy można dziwić się trudnościom mojego pryncypała w naborze pracowników?…

Kiedyś siedząc w kasie zamyśliłem się (ruch był wtedy niewielki). Wróciłem do rzeczywistości słysząc pukanie, przy okienku stała kobieta i uśmiechała się.

–Mogę panu przerwać?

Do dzisiaj pamiętam jej cudny uśmiech, mimo upływu wielu lat.

Do wieczora tamtego dnia moje oczy nie mogły się uspokoić, szukając jej wśród ludzi. Dlaczego tak rzadko przychodzą do lunaparku tacy klienci, jak tamta kobieta?

Nie wiem, czy kobiety zdają sobie sprawę z posiadania ogromnej władzy nad mężczyznami, jaką im daje uśmiech. Kiedyś zapytałem o to moją znajomą. Odpowiedziała dziwnie, ale ciekawie: że mężczyźni pewnie nie wiedzą o swojej przewadze – o męskich ramionach, w których przed światem może się schować kobieta.

Czasami i ja chciałbym się schować, tylko głupio byłoby mnie, facetowi, chować się w ramionach kobiety…

Dlaczego tutaj jestem? To proste: dla pieniędzy. Nie ja stworzyłem świat oparty na pieniądzu, a siedzącego we mnie nakazu utrzymywania moich bliskich nie jestem w stanie zmienić, nawet jeśli chciałbym. Zresztą, po trzydziestu pięciu latach wśród karuzel, na trzy lata przed emeryturą, gdzie pójdę? Kiedyś słyszałem rozmowę o przyczynach światowej pozycji języka angielskiego. Słysząc wygłaszane bzdury uświadomiłem sobie, że mógłbym od ręki, bez wgłębiania się w temat, podać kilka powodów (historycznych, politycznych, ekonomicznych) i objaśnić je, ale kogo to obchodzi? Mojego pracodawcę obchodzi moja umiejętność zrobienia mu kampingu z rozsuwanymi ścianami, i za to mi płaci.

Powinien jeszcze płacić za kontakty ze swoimi klientami. Mógłbym wtedy szybciej uciec od nich.

Uciec od ludzi.





260717
Dopisek.
Któregoś dnia klient zrobił mi wyjątkowo paskudną awanturę o nic, a bezpośrednio po odejściu od kasy spotkał znajomych. Widziałem przez szybę, jak beztrosko się śmieje, jak wylewnie, z widoczną radością, ich wita, zagaduje – słowem sielanka, przykład człowieka przyjacielskiego, przychylnego innym, lubianego i pogodnego.
Być może – snułem rozważania – ten człowiek wspomniał swoim znajomym, z jakim typem miał do czynienia w lunaparku, a wtedy wszyscy zdegustowani pokiwali głowami nad zdziczeniem obyczajów w obecnych czasach. A ledwie parę minut wcześniej ten człowieka okazał mi niczym nie zasłużoną pogardę, ubliżał mi nie mając ku temu żadnych powodów!
Obaj zapewne tak samo źle o sobie nawzajem myśleliśmy, ale czy obaj mogliśmy mieć rację? Gdzie tutaj jest prawda? Według jakich kryteriów oceniać mi jego i siebie? Pomyślałem, że może nie powinienem stawiać swojej kultury i moralności nad kulturą i moralnością tamtego człowieka, chociażby dlatego, że jeśli wystarczająco szczerze i głęboko sięgnę w głąb siebie, wypadnie mi przyznać, że i moje zachowania wobec innych ludzi nie zawsze są dobre. Czy w takim razie nie popełniam tego samego błędu, jaki on popełnił?: oceniam człowieka w pierwszej minucie widzenia go, oceniam na podstawie doświadczeń chwili. Pomyślałem, że może jednocześnie obaj mamy rację w swoich ocenach drugiego, i jednocześnie tej racji nie mamy. Że w kontaktach międzyludzkich nie ma ostrych granic, wyraźnych podziałów, nie ma monopolu na całą prawdę i całą winę, a wszystko jest zamglone, nie do końca ustalone, płynne, zmieniające się i jakże często dwuznaczne. Że w taki razie nasze pragnienie bliskości z ludźmi jest nie do osiągnięcia, poza bardzo ograniczoną liczbą wybranych osób. Pomyślałem o samotności w tłumie.
Jeszcze słowo wyjaśnienia dotyczące moralności. Wiem, że sporo ludzi nieprawidłowo definiuje pojęcie moralności, krążąc wokół seksu i zdrad małżeńskich. Tym ludziom wyjaśniam, iż seks bardzo niewiele ma wspólnego z moralnością i tylko w określonych sytuacjach. Czynem niemoralnym nie jest posiadanie kilku nawet kochanków przez kobietę, a skrzywdzenie kogoś. Skrzywdzenie zarówno finansowe, jak i na duchu.

Moja znajoma uznaje, iż takich ludzi nie ma dużo, ponieważ ona spotyka się na ogół z uśmiechem.
Polemizując, zacznę od stwierdzenia oczywistego faktu: kobieta częściej spotka się z uśmiechem niż mężczyzna, po prostu dlatego, że jest kobietą. Nie zaginął jeszcze całkowicie w brzydszej połowie ludzkości zwyczaj okazywania kobiecie szacunku. Obserwuję to i w pracy – kasjerce jest łatwiej niż kasjerowi.
To, co chciałem wyrazić, trudno uchwycić mi w słowa, może dlatego, że wcale nie jestem pewny swoich wniosków. W tamtej chwili pod kasą przyszło mi do głowy, że u wielu przyzwoitych ludzi może objawić się chamskie zachowanie, czyli nie ma ludzi, bądź jest niewielu, o których można powiedzieć, że są zawsze kulturalni, bądź nigdy tacy nie są. Nie ma tutaj ostrych granic. Uważam, że niektórzy spośród tych uśmiechających się do mojej znajomej, w pewnych sytuacjach są zdolni do skrajnie niekulturalnego zachowania wobec innego człowieka. Twierdzę, że częściej zdarzają się takie ich zachowania w miejscach, w których są anonimowi, oraz gdy mają do czynienia z ludźmi, o których mają apriorycznie złą opinię – właśnie jak w lunaparkach. Swoją znajomą zapraszam na kilka dni do kasy, albo wystarczy na jedną sobotę w czasie festynu. Na drugim dzień, gdy już ochłonie po kontaktach z agresywnymi podpitymi ludźmi, poproszę o rozmowę.
Gdyby wytknąć tym ludziom niestosowność ich zachowania, bywa, że wprost chamskiego, jestem pewny, że żaden z nich nie uznałby się za chama, a każdy twierdziłby, że tylko dał nauczkę czy odprawę chamowi, czyli mnie. Proszę zauważyć, że dochodzi do sytuacji, w której dwie osoby przyznają sobie prawo oceniania kultury tego drugiego, i obie nie dopuszczają myśli o swojej pomyłce, o złej ocenie tego drugiego. Obie uznają swoje prawo oceniania za niezbywalne i oczywiste.
Kto więc ma rację? Przyznałbym ją sobie uznając, iż moja wiedza, w tym także o ludzkich zachowaniach, moje oczytanie, moja moralność, dają mi takie prawo, tyle że te argumenty nie robią żadnego wrażenia na drugiej osobie. Żadnego.
Świat podzielony jest nieskończoną ilością granic, także wśród ludzi. Gdy różnice w światopoglądzie, w sposobach oceniania zjawisk życia, a nade wszystko w wartościowaniu, przekroczą pewną krytyczną wartość, wszelkie porozumienie między dwoma osobami przestaje być możliwe. Mimo iż mówią tym samym językiem, żyją na tym samym świecie, będzie tak, jakby człowiek próbował porozumieć się z kosmitą. Dwa światy zupełnie nie pasujące do siebie. Oto przyczyna tamtej sprzeczności wzajemnych ocen. Oni po prostu oceniają według innych skal i innych wartości. Tak, wiem, pojawia się kolejny dylemat: która skala jest właściwa, i tutaj analizę zacząć można od początku, ale ograniczę się tylko do spostrzeżenia, iż coraz bardziej wkraczam w dziedzinę zwaną życiem człowieka, chcąc powiedzieć mu, co jest dobre, a co złe.
Tyle że jego to nie interesuje, on sam chciałby dokonywać swoich wyborów.
Problem w tym, że gdy już tych wyborów dokona i je uzewnętrzni, ja muszę dokonywać długiego i skomplikowanego oczyszczenia; problem staje się większy, gdy uświadomimy sobie możliwość takiej samej reakcji tej drugiej osoby.

Opowiem jeszcze pewną historyjkę, której byłem świadkiem w lunaparku. Zdarzenie tyleż humorystyczne, co i żałosne w swojej wymowie.
Jedną z atrakcji jest mechaniczny byk: ma kształt tułowia byka, z karku wystaje gruby sznur do trzymania się, a wokół leży gruba i nadmuchiwana poducha chroniąca spadających. Byk zachowuje się jak prawdziwy – kręci się i podskakuje chcąc zrzucić osobę, która siedzi mu na grzbiecie. Tempo tych ruchów można zmieniać w bardzo szerokim zakresie, od łagodnych wahnięć, gdy na byku siedzi dziecko, to tak ekspresyjnych ruchów, że nikt nie utrzyma się na grzbiecie nawet paru sekund, ale tych ostatnich biegów praktycznie nigdy się nie używa.
Gdy to urządzenie pojawiło się w lunaparku, byłem zdziwiony jego popularnością wśród dorastających dziewczyn, ale to tylko uśmiechnięta uwaga na boku.
Nigdy żaden klient nie doznał na byku kontuzji, aczkolwiek otarcia skóry, siniak czy stuknięcie o korpus byka się zdarzają, co przewidzi każdy klient, może z wyjątkiem dzieci, ponieważ wynika to z istoty zabawy.
Było ich dwoje – młodych, dorosłych osób. Chłopak wskoczył na byka, jedną ręką trzymał się sznura, a drugą klepał po zadzie wołając:
–Majster, na maksa!! Dawaj, co tak wolno!?
Najwyraźniej trafiliśmy na autentycznego kowboja. Nie obsługiwałem, ale widziałem po ruchach, że kolega nie ustawił najszybszego biegu, aczkolwiek i wolny nie był. Kowboj spadł dość szybko, a w czasie swojego lotu ku ziemi musiał stuknąć głową o byka, bo gdy się podniósł, z czoła ciekła mi krew. Usłyszałem przeraźliwy wrzask partnerki kowboja; długi, niekończący się krzyk mrożący krew w żyłach, jakby ta dziewczyna widziała fruwające fragmenty ciała swojego chłopaka. Spojrzałem na niego i zobaczyłem metamorfozę godną pióra Owidiusza: oto ten pewny siebie kowboj, ten macho, na widok którego dziewczynom drżą kolana, zamienił się nagle w chłopczyka, który potknął się o swoją stopę i upadając zrobił sobie kuku. Musiał usiąść, bo nie miał siły stać, trzeba było wodą skrapiać mu twarz, bo (według oceny jego wrzeszczącej towarzyszki) bliski był omdlenia. Oczywiście dziewczyna domagała się przyjazdu policji i karetki, wszak wielka była rana na głowie, a i silne było podejrzenie pęknięcia czaszki. Ktoś z biura poradził sobie z tą wielką raną kawałkiem typowego opatrunku z przylepcem, a okazał się bardzo skutecznym lekarstwem, bo po jego przylepieniu macho odzyskał siły i wspólnie zażądali rozmowy z właścicielem w sprawie odszkodowania za doznane szkody na ciele i na duchu.


020817
O względności ocen, czyli o urokach kontaktów z klientami
Tego sprzedawałem bilety. Na kolację zmienił mnie kolega, a po powrocie opowiedział mi zdarzenie, które wiernie zapisuję.
Do okienka podeszła para, bilety kupował mężczyzna. Szło mu niezdarnie, jako że w jednym ręku trzymał kebaba. Jeden z biletów (a są to plastikowe krążki) upadł mu.
–Proszę dać mi drugi bilet, upadł mi.
Zdumiewające oczekiwanie, które można próbować tłumaczyć jedynie wielką otyłością mężczyzny.
–Nie mogę, będę mieć manko. Proszę sobie podnieść.
W tym czasie kobieta schyliła się i podniosła bilet.
–Już nie trzeba, chamie. – powiedział klient i odszedł.
 

czwartek, 13 lipca 2017

O rzeczach w naszym otoczeniu


130717

Prawie dwadzieścia trzy lata temu kupiłem wieżę audio z odtwarzaczem płyt CD i po raz pierwszy mogłem w pełni rozkoszować się idealnie czystym dźwiękiem. Skok jakościowy między muzyką odtwarzaną z magnetofonów, albo z radia, a słyszaną z płyt cyfrowych, był dla mnie oszałamiający. To tak, jakby z rozklekotanego samochodzika przesiąść się do mercedesa klasy S.

Pamiętam wieczorne słuchanie muzyki i nieustannie odnawiane zdumienie czystością dźwięku, także swoją ciekawość, z jaką dowiadywałem się szczegółów technicznych sposobu zapisu i odtwarzania sygnały na tych małych, lśniących krążkach. Wiedza ta nie tylko nie zmniejszyła mojego podziwu dla tego dzieła ludzkiego umysłu, ale i zwiększyła go. Krążek CD używany jest od ponad ćwierćwiecza, dopiero w ostatnich latach powoli wychodzi z użycia wypierany przez pamięci ogromnej pojemności i szerokopasmowy internet dający dostęp do wirtualnych bibliotek i płytotek. W tej jakże szybko zmieniającej się gałęzi techniki mało jest wynalazków żywotnością i popularnością dorównujących płytom CD.

Gdy zacząłem jeździć po Polsce, wieżę przejęła córka, używając jej przez wiele lat, a po moim zatrudnieniu się w lunaparku przywiozłem zestaw tutaj, do pracy. Używałem tylko wzmacniacza, a jako źródło sygnału służył laptop, w którym mam zapisane wszystkie swoje płyty. Bo z muzyką jest podobnie jak z pieniędzmi: jej zapis traci materialny swój nośnik, stając się wirtualnym, właściwie niematerialnym. W moim komputerku mam zapisane 460 godzin muzyki; taka ilość płyt CD zajęłaby wszystkie półki mojego mieszkania na kołach. Piszę o komputerku, ale to zdrobnienie nie jest pieszczotą, a stanem rzeczywistym. Nie tylko ma swoje lata, ale jest po prostu mały: ekran ma dziesięciocalowy i wagę jednego kilograma. Będzie u mnie póki nie umrze śmiercią z przepracowania.

Stara wieża też zajmuje miejsce, szczególnie cenne w kampingu, gdy odwiedza mnie żona. Od kilku lat nosiłem się z zamiarem wymiany tego starego zestawu na nowy, niewielki, ale czas upływał, wieża stała. Nie z powodu pieniędzy, wszak elektronika popularnej klasy jest teraz bardzo tania. Gdy próbowałem wyjaśnić swoje odwlekanie, doszedłem do wniosku, iż po prostu żal mi wyrzucać urządzenie, które tak wiele lat mi służyło.

Kiedyś myślałem, że długo używana rzecz wchłania w siebie jakąś aurę, coś tajemniczego, co promieniuje z człowieka, a później oddaje ją, promieniując w stronę użytkownika. Dlatego rzeczy codziennego użytkowania wydają się swojskie, bardziej przyjazne. Nie odpychają nas, ani nie budzą niepokoju lub obcości, jak to bywa z rzeczami nowymi.

Nie porzuciłem tej koncepcji całkowicie uznając, iż być może jakieś jądro prawdy w niej tkwi, jednakże przeniosłem powody naszych zmian odczuwania kontaktów z rzeczami na nas samych.

Nasza pamięć potrzebuje haczyka, którego się chwyci, by móc obudzić wspomnienia minionego czasu. Może to być zapach kwiatu, smak potrawy, widok szpaleru drzew, dźwięk dzwonu, albo rzecz z naszego otoczenia, jak wieża przy której siedziało się setki godzin. Obraz przedmiotu sąsiaduje w naszej pamięci ze wspomnieniami, w których brał udział lub tylko asystował, a przy sprzyjających okolicznościach staje się zapalnikiem uruchamiającym naszą pamięć. Patrzymy na tę rzecz i czujemy obudzone w nas uczucia, wrażenia, słowa. Czasami to wszystko jest rozróżniane w naszej pamięci, przechowywane w osobnych przegródkach, ale i bywa, iż to, co czujemy, jest wynikiem przenikania się wielu zdarzeń, ich łączenia w nastrój, atmosferę minionego czasu, czasami silniej przeżywaną niż wtedy.

Wydaje się nam, że to wszystko przychodzi do nas od przedmiotu, gdy w rzeczywistości jest w nas.

Możliwym wydaje mi się być eksperyment udowadniający ten mechanizm odczuwania: wystarczyłoby bez naszej wiedzy zamienić przedmiot na inny, ale identycznie wyglądający. Myślę, że nasze odczuwanie powtórzyłoby się bez zmian.

Moja Małgosia była malutką dziewczynką, gdy przywiozłem wieżę do domu, tego domu, którego już nie ma. Kupiłem ją miesiąc przed wymianą pieniędzy, kosztowała 9 milionów, a gdy płaciłem pierwszą ratę, na początku stycznia 1995 roku, kasjerka wydała resztę już w nowych złotówkach. Pamiętam, że w domu z ciekawością oglądaliśmy te nieznane jeszcze pieniądze.

Wieża stała na swoim miejscu gdy córka kończyła kolejne szkoły; stała przede mną siedzącym przy laptopie, dyskretnie świecąc swoim srebrzystym ekranem, gdy przeżywałem radości bądź udręki pisania, a dzisiaj odebrałem paczkę z nowymi, niewielkimi głośnikami…

Blat stolika zrobił się nagle duży, tylko na podłodze nie mam miejsca. Patrzę na stojące tam pudła wieży i na myśl o ich wyrzuceniu czuję się podle.


wtorek, 4 lipca 2017

O zielonym ludziku


290617
Gdy myślę o organizacjach zajmujących się ekologią, o „zielonych”, odczuwam obcość. Nie, dziękuję, nie dla mnie – mógłbym powiedzieć. Czy w takim razie jestem przeciwnikiem dbałości o Ziemię? Nie, ale ja i zieloni?…
Ostatnia moja lektura, „Sekretne życie drzew”, książka niemieckiego leśnika Petera Wohlleben’a, pozwoliła mi uświadomić sobie, iż odczuwana obcość wynika li tylko z mojego trzymania się z dala od wszelkich organizacji i zerowego zaangażowania społecznego. Moje zachowania, sposoby wartościowania i nadzieje na przyszłość, są tożsame z dążeniami zielonych.

Idąc łąką, odruchowo omijam kwiaty, a zrywam je bardzo rzadko. Dlaczego? Hmm, dwa są tutaj powody. Kiedyś, jako jeszcze młody mężczyzna, obiecałem komuś nie zrywać konwalii, bo to dla nich śmierć; wydaje mi się, że ta obietnica nadal jest dla mnie wiążąca, a może po prostu tyle zostało z tamtych dni, gdy wszystko inne czas obrócił wniwecz dawno temu. Drugi powód, wynikający z moich przemyśleń i wiedzy, jest jak najbardziej racjonalny: zerwanie kwiatu jest zniszczeniem piękna – tak po prostu. Nie wiążę tej oczywistej konstatacji z ekologią, która kojarzy mi się raczej z dziwnie wyrażanymi protestami ekstrawaganckich ludzi, a właśnie z estetyką. Ostatnio jednak coraz częściej pojawia się zwykły żal. Po prostu szkoda mi marnować kwiat dla swojej krótkiej przyjemności jego oglądania. Ci, którzy odczuwają smutek, albo i wyrzuty sumienia, widząc zwiędły bukiet kwiatów, w głębi ducha myślą podobnie.
Niedawno widziałem w moich górach piękny dużych dąb; stojąc pod nim zobaczyłem drut opasujący jego pień i wrastający już w tkankę drzewa. Poczułem wtedy złość i… jakby współczucie, a może żal. Pomyślałem, że powinienem chodzić w góry z ucinakami, jako że ten dąb nie był pierwszym drzewem tak bezmyślnie maltretowanym przez ludzi.
Staram się nie łamać gałęzi, nie rozdeptywać małych żyjątek, nie straszyć większych, ale takie moje zachowanie nie ma u mnie zielonej barwy, wynikając raczej z uznawania praw do życia współmieszkańców Ziemi, naszych ewolucyjnych kuzynów, jest więc natury rozumowej – filozoficznej i ewolucyjnej.
Prawa tego pozbawiam muchy i komary (też naszych kuzynów!), które obiecuję tłuc przy każdej nadarzającej się okazji, w nosie mając zarówno prawa tych szkarad do życia, jak i zielonych. Nielogiczne stanowisko? Swoistej logiki nabiera wtedy, gdy mając ledwie parę godzin snu przed sobą, nie mogę usnąć słysząc latające w kampingu bombowce. Tak, swój sen stawiam ponad ich prawem do życia, jednak już pszczołę czy osę zaglądającą mi do talerza zostawiam w spokoju, chyba że utopi się w mojej zupie; może dlatego, że nie przeszkadzają mi w uśnięciu.
Jakieś dwa lata temu oglądałem „Konopielkę”. Jedną ze scen najwyraźniej zapamiętaną było beznamiętne i bezwzględne zatłuczenie małego węża przez żniwiarza. Okropna scena. Czy ktoś ją pamięta i powie, jakiego gatunku był to wąż?
Pięć lat temu, w słoneczny dzień wrześniowy, stałem na polu i patrzyłem na to oto ładne zwierzę.


Leżało nieruchomo, może widziało mnie i się bało? Podpis pod zdjęciem jest oryginalny, sprzed pięciu laty, i wiele mówi o mojej (nie) znajomości fauny, ale też o urodzie tego węża. Teraz jestem prawie pewny, że to był bezbronny zaskroniec; niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę. Zbyt rzadko mam do czynienia z wężami, by móc powiedzieć, czy odczuwam dość typowy dla ludzi atawistyczny lęk i obrzydzenie, pamiętam jednak, że wtedy nie czułem nic takiego, wąż był mały, nieruchomy i ładny (ładniejszy niż na zdjęciu), więc przeważała ciekawość. To w odruchu, rozumowe podejście jest inne: to zwierzę jest mieszkańcem Ziemi, jak ludzie, i też ma prawo do życia. Owszem, gdyby to był zagrażający mi wąż, miałbym prawo do czynnej obrony łącznie z jego uśmierceniem, ale tylko wtedy. Oczywiście wcześniej powinienem zadbać o nie tworzenie takich sytuacji.
Ostatnio zauważam u siebie zmiany w moim stosunku do roślin, mianowicie dawanie im praw zwierząt. Wszak i z nimi dzielimy przestrzeń życiową, i chociaż (prawdopodobnie) rośliny nie odczuwają bólu ani nie mają świadomości, są żywymi organizmami, na dokładkę niezbędnymi dla życia całej fauny, ludzi nie wyłączając. Musimy dbać o roślinność. O każdą, nie tylko o zasiane zboża. Żeby się nie powtarzać, wkleję tutaj fragment mojego opisu wędrówki Wąwozem Myśliborskim przed trzema laty.

Zobaczyłem wszystkie skały wymieniane w przewodnikach, chociaż te najdziksze, najładniejsze, nazwy chyba nie mają. Porastają je niezwykłe paprocie: języcznik zwyczajny. Nie jestem botanikiem, nie ekscytuję się rzadkimi roślinami, ale gdy patrzyłem na tamte paprocie, pomyślałem, że dobrze zrobiono tworząc tutaj rezerwat mający je chronić, bo człowiek, mając na sumieniu tak wiele zniszczeń i jednocześnie mając możliwość chronienia różnorodności życia, powinien to robić.

Wspomniana różnorodność życia ma kapitalne znaczenie, jako że w toku ewolucji wytworzyła się bardzo skomplikowana równowaga w przyrodzie oraz współzależność wszystkich gatunków istot żywych – jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio, w wielkiej ilości nierzadko długich łańcuchów powiązań. Naruszenie tej równowagi może spowodować niekorzystne zmiany daleko od pierwszej przyczyny.
Różnorodność życia ważna też jest dla odległej przyszłości życia na Ziemi. Nigdy nie będzie wiadomo, jakie rośliny zdołają przeżyć przyszłe zmiany warunków na naszej planecie, ani nie da się wykluczyć, że dalecy potomkowie tej paproci, języcznika zwyczajnego, odegrają ważną rolę w poniesieniu dalej życia na naszej planecie. Człowiek, mając rozum i możliwości techniczne, powinien starać się przekazać Ziemię przyszłym pokoleniom, wierzę, iż mądrzejszym od nas, w możliwie jak najmniej zubożonym stanie.
Tak więc i tutaj moje „zielone” stanowisko wynika z wiedzy i logiki, jest więc rozumowe, bez ochów i achów, ani bez dopatrywania się mistycznych i mitycznych związków ludzi i roślin. Ale ale!: bywa, że gdy patrzę na wyjątkowo ładne drzewo, spodziewam się zobaczyć hamadriadę, która wyłoni się z drzewa, piękna i zwiewna niczym marzenie, więc jakaś cząstka oczekiwań i tęsknot mitycznych tkwi także i we mnie.
Wracając na ziemię wspomnę o pokazaniu koledze z pracy kępy kwitnących iglic, którą on rozdeptał. Celowo, śmiejąc się, rozdeptał! Chyba miał ten czyn za dobry dowcip nie wiedząc, iż dobitniej nie mógł mi pokazać, jakiej próby jest jego kultura, nie tylko ta dotycząca ekologii.
Podobnie negatywne wrażenie czyni na mnie bezwstyd, z jakim większość moich kolegów z pracy, a już zwłaszcza Ukraińców, wyrzuca śmieci. Polacy też śmiecą, ale częściej można u nich zaobserwować ukradkowość tego czynu – świadectwo ich wiedzy o czynieniu źle. To, co najgorsze u Ukraińców, co czyni najsilniejsze wrażenie, to właśnie niczym nieskrępowana naturalność gestu, z jakim wyrzucają w krzaki lub wprost pod nogi puszkę po piwie; także wyraz niezrozumienia lub ironiczny uśmieszek na ich twarzach, gdy próbuje się wytłumaczyć im, iż robić tak nie można.
Nieśmiecenie także nie ma u mnie zielonych barw ani wyraźniejszej treści ekologicznej, a wynika głównie z poczucia estetyki: po prostu czysty las jest ładniejszy do zaśmieconego.
Chwalę się? W moim przekonaniu nie mam czym, tym bardziej, że przynajmniej niektórzy goście część moich słów uznają za dziwne. Staram się tylko opisać swoje odkrycie, które zdumiało mnie: jestem zielonym. Czy w takim razie zapiszę się do jakiejś organizacji? A po co? Będąc sceptykiem uznaję, iż świata nie zmienię. Zamiast brać udział w marszach protestacyjnych, wolę pojechać na włóczęgę.
Cytat a propos z końca książki; podpisuję się pod tymi słowami i to dwoma rękoma.:

„Wykorzystujemy żywe istoty, które są zabijane dla naszych celów, nie ma tu co tuszować prawdy. Z drugiej strony nasuwa się pytanie, czy nasze postępowanie rzeczywiście jest naganne. W końcu też jesteśmy częścią natury, a nasze ciała zbudowane są w taki sposób, że możemy przeżyć tylko dzięki substancji organicznej z innych gatunków. Tę konieczność dzielimy ze wszystkimi zwierzętami. Pytanie brzmi tylko, czy nie czerpiemy ponad miarę z leśnego ekosystemu i czy oszczędzamy przy tym drzewom niepotrzebnego cierpienia, analogicznie do postępowania ze zwierzętami użytkowymi. Zasady są takie same, czyli korzystanie z drewna jest w porządku, o ile drzewa mogły żyć w zgodzie z wymogami i potrzebami swego gatunku. A to oznacza, że mają prawo rosnąć w prawdziwym leśnym klimacie i na nietkniętych glebach oraz przekazać swoją wiedzę następnym pokoleniom. Przynajmniej część z nich powinna mieć prawo godnie się zestarzeć, a wreszcie umrzeć naturalną śmiercią.”
„Lasy nie są głównie fabrykami drewna i magazynami surowca, a jedynie przy okazji złożoną przestrzenią życiową dla tysięcy gatunków, jak to uważa dzisiaj leśna gospodarka planowa. Wręcz przeciwnie.”

Zabawię się w futurologa, a pójdzie mi tym łatwiej, że nasze podejście do świata zwierząt już się zaczęło poważnie zmieniać. Myślę, że coraz więcej praw będziemy przyznawać zwierzętom, także spośród tych, które obecnie jednoznacznie kojarzone są z ludźmi.
Wierzę w nastanie czasów, w których świadome i celowe rozdeptanie kwiatów będzie uznawane za czyn naganny i niemoralny – jak obecnie znęcanie się nad zwierzęciem, czego jeszcze sto lat temu nikt nie łączył z moralnością i na co niewielu się oburzało.
Wierzę w nadejście czasów osiągnięcia harmonijnego współżycia człowieka z całą przyrodą, gdy nie będziemy dla niej przekleństwem, jak nierzadko bywamy obecnie, a przyjaznym i mądrym opiekunem.
Tak, jestem zielonym.

Szukając zdjęcia węża, znalazłem wiele zdjęć dróg; kilka z nich zamieszczam niżej. Czyż nie są piękne?





A na koniec zdjęcie zielonego ludzika zrobione przez Janka pod jeszcze zielonym drzewem.
Janku, pamiętasz tamten dzień? Pamiętam, gdzie zrobiłeś to zdjęcie.


sobota, 1 lipca 2017

Letni czas


210617

Wczoraj pięknie pożegnała nas zimna i chmurna wiosna; chciałbym wierzyć, że w ten sposób przeprosiła za swoje gorsze dni kwietniowe.

Dzisiaj przez pół dnia pracowałem na dworze bez T-shirta; mocne słońce rozkosznie pieściło ciało, niemal całkowicie uwolnione od krępującego ubrania, i dopiero szczypanie skóry na ramionach kazało mi założyć podkoszulek, gorący, ciężki i przeszkadzający niczym pancerz.

Wieczorem, który w tych dniach jest dalszym ciągiem dnia, siedziałem na progu rozgrzanego kampingu czytając ciekawą książkę o drzewach. Gdy podnosiłem głowę chcąc zobaczyć przemianę dnia w noc, widziałem szpaler lip; słońce długo jeszcze trzymało się ich wysokich szczytów.

Więc dzisiaj jest magiczny czas najdłuższego dnia i najkrótszej nocy! – uświadomiłem sobie ten fakt ze szczególną wyrazistością późnym wieczorem, gdy w końcu wnętrze kampingu ostygło na tyle, że mogłem wejść do środka.

Słońce weszło na szczyt, pokręci się tam dzisiaj – jutro, i zacznie schodzić drugim zboczem. Może jednak dałoby się go jakoś zatrzymać? Ale jak? Nie kłaść się spać?

Nazajutrz.

Jednak położyłem się, chociaż spałem krótko, jak zwykle. Nie mam czasu na sen nie tylko z powodu dużej ilości godzin pracy, ale także z powodu stawania się chytrusem żałującym upływającego czasu.

Pracując cały dzień, staram się posmakować urok słonecznego dnia lata niechby przelotnie, w chwilach kradzionych pracy.

Wspomniałem o lipach: rosną wzdłuż parkanu i jak często bywa z miejskimi drzewami, są poranione odcinaniem „niewłaściwie” rosnących konarów. Zapewne dlatego z ich pni wyrastają młode pędy z wielkimi liśćmi. Przyłożyłem dłoń do jednego z nich, był jej wielkości. Gdybym zobaczył ten liść oderwany od drzewa, chyba miałbym kłopoty z rozpoznaniem gatunku. Wyżej widziałem ukwiecone gałęzie pachnące początkiem lata – widok i zapach nieodmiennie kojarzący się mi z Kochanowskim.


Zatrzymałem się pod brzozą płaczącą tak, żeby widzieć jej gałązki prześwietlone niskim słońcem. Zielone i żółte światło drżało, czułem je na twarzy, ale starałem się nie mrużyć oczu chcąc przyjrzeć się tym momentalnym przemianom kolorów, światła i cienia tworzącymi ulotny, raczej nie do oddania słowem lub pędzlem, letni obraz.

Przy wejściu do mojego warsztatu rośnie kępa cykorii podróżnika. Pierwszego dnia widziałem jeden tylko kwiat, po dwóch było ich wiele. Rozejrzałem się oceniając szanse rośliny na przeżycie najazdu lunaparku i uznałem, że nie powinno być rozjechane czy zadeptane. Ilekroć patrzę na cykorię, zwraca mają uwagę jej przemiana z niepozornej, właściwie brzydkiej rośliny przed kwitnieniem, w mały krzew wystrojony kwiatami niczym królewna. Czasami pojawia się we mnie myśl o podobieństwie cykorii do magnolii: obie rośliny są niepozorne poza okresem kwitnienia, a gdy kwitną, nieodparcie nasuwa się porównanie do kolorowych motyli odpoczywających na ich gałązkach. Tyle że pyszna magnolia krótkie ma gody, podczas gdy mniej rzucająca się w oczy cykoria długo cieszy moje oczy.


W kącie placu, za ostatnim wozem, gdzie zaprowadziła mnie potrzeba chwili odosobnienia od tłumu ludzi, znalazłem cały łan powoju. Zawsze podobały mi się kwiaty tej rośliny i zawsze odczuwałem zdziwienie ciszą nad nimi. Chwali się te i tamte kwiaty, a kto chwali powój? Jakby nie zauważano piękna ich delikatnych kielichów, efemeryd żyjących jeden dzień.


Nad nimi jaśmin spleciony w uścisku (miłosnym?) z różą – połączenie w realnym świecie wspomnień z lektury „Powrotu z gwiazd” Lema i moich wędrówek kaczawskich. Że dziwne, a może nawet dziwaczne skojarzenie? Owszem, ale znajdujące w mojej pamięci miejsce obok siebie.

Nachyliłem się nad kwitnącą koniczyną, chcąc przyjrzeć się błyszczącym kroplom wody na ich liściach i zobaczyłem mrowiące się tam życie – liczne a drobne żyjątka chodzące po źdźbłach traw, pełzające po ziemi, skaczące i latające; któż je wszystkie rozpozna i nazwie?




Zbieram okruszynki letniego czasu.



Wieczorem, właściwie głęboką nocą, w porze, która snem być powinna, wysłuchałem i obejrzałem na you tube „Clair de lune” Debbussy’ego w wykonaniu na harfę i jeden z koncertów brandenburskich Bacha.

Muzyka klasyczna wykonywana na żywo jest świętem ludzkiej kultury, najwyższym stopniem jej wyrafinowania i największym oddaleniem od spraw przyziemnych. Jest finansową ekstrawagancją, na którą kiedyś stać było tylko książęta, a i obecnie nie wszystkie społeczeństwa. Patrząc na muzyków i słuchając ich gry, odczuwam nie tylko estetyczną przyjemność, ale i zdumienie ich wysublimowanym kunsztem, także dumę z ludzkich osiągnięć, wszak nasi odlegli przodkowie musieli wytężać wszystkie siły dla przeżycia i nie dane im było brać udziału w koncercie muzyki klasycznej.



270617

Do Ustronia przyjechałem nadspodziewanie szybko: już pół godziny po północy zgasiłem silnik scanii i ubrawszy się cieplej poszedłem na plażę. Łuna zachodu straciła swoje kolory, ale nadal była widoczna jaśniejszym pasmem nad linią horyzontu. Popatrzyłem na fale, posłuchałem ich szumu (a może w głowie mi szumiało po wielogodzinnej jeździe?) i wspomniałem cały już szereg takich nocnych powitań morza. Od wielu lat pracuję w wakacyjne miesiące nad morzem, tutaj przyjeżdża moja rodzina. Nad morzem moja malutka wtedy córka dała mi przeżyć najpiękniejszą chwilę bliskości i uczucia; tutaj, na tej plaży, widziałem niesioną w chuście córeczkę mojego dziecka. Morze mało ma dla mnie uroków, jednak cenne jest wspomnieniami.

Gdy przed położeniem się spać o drugiej wyjrzałem na dwór, nad drzewami zobaczyłem rozjaśniające się niebo. Uroczy jest ten czas bliskiego sąsiedztwa zachodu i wschodu słońca.

W ostatnie tygodnie pracowałem do dziewięćdziesięciu nawet godzin tygodniowo, jako że maj i czerwiec to czas festynów i cotygodniowego przerzutu lunaparku, tych setek ton żelastwa, do innego miasta. Źle znoszę ten okres z powodu braku czasu dla siebie, a jest on lekarstwem na moją duszę maltretowaną psychicznymi uciążliwościami pracy tutaj. Kradnę godzinki mojemu snu, które dzielę między rodzinę, blog i korespondencję; jakże mało czasu zostaje – o ile zostaje – na moje pisanie!

Dzisiaj po raz pierwszy od tygodnia mam kilka wolnych godzin – cały wieczór i kawałek nocy, więc staram się ubrać w słowa pamiętane chwile, a te zgubione w mojej pamięci odnaleźć, by znalazły miejsce dla siebie w moich dopiskach.

Staram się uratować chwile od zapomnienia.


niedziela, 25 czerwca 2017

Moje drogi


240617
Potrzeby drogi nie uczymy się, my się z nią rodzimy. Tkwi ona w nas głęboko, jest częścią dziedzictwa ludzkości, spadkiem po odległych przodkach, do którego w każdym pokoleniu dodajemy nowe treści. Właśnie tej przemożnej chęci zobaczenia co jest dalej, pójścia za horyzont, ludzkość zawdzięcza szybkie zaludnienie całej Ziemi i późniejsze wyprawy Kolumba, da Gamy, Magellana, wędrówki na dziki zachód Stanów, dotarcie do najbardziej niedostępnych miejsc Ziemi. Jej zew objawia się tak trudną do opisu tęsknotą budzoną dalekim horyzontem, widokiem drogi niknącej w oddali, ale i w innej skali odczuwanymi wrażeniami przy patrzeniu na rozgwieżdżone niebo lub na ptaki szybujące w bezmiarze nieba. Droga jest synonimem naszych życiowych wyborów, naszej drogi życia. Idąc nią odczuwamy jedność ze światem i naszą naturą, znajdujemy spełnienie, a z nim spokój.
Wracając z parodniowych wyjazdów w góry bywa, że odczuwam zmęczenie drogą, nasycenie się dalą, czuję chęć posiedzenia w fotelu z książką w ręku, bycia nieruchomym, ale też wiem, że szybko, już po paru dniach, wróci tęsknota i chęć pójścia w dal. Godzę się na tę przemianę, a nawet witam ją z uśmiechem, ponieważ odczuwana tęsknota nie przynosi smutku, będąc podobna raczej do oczekiwania miłosnego spełnienia. Gorzej, gdy to oczekiwanie przedłuża się: budzi się wtedy niepokój i ta gorsza tęsknota, szarpiąca, dokuczliwa, nakazująca mi iść bez względu na okoliczności i warunki.
Szczególnie wtedy droga nabiera cech kobiecych; czasami myślę, że dzieje się tak nie bez powodu, że w ten sposób droga chce silniej na mnie wpłynąć, skuteczniej wołać.
Droga, jedna z moich miłości.


Niżej wklejam fragmenty tekstów o drogach z ostatnich paru lat.

Na zakończenie wędrówki zobaczyłem drogę, taką zwykłą polną drogę: przez chwilę przytulała się do świerków lasu, by zaraz porzucić je beztrosko i skręcić na otwartą przestrzeń pól. Przecinała je śmiałą linią, zapraszająca, wołająca, i ginęła za szczytem wzniesienia. Była zwykłą zimową drogą, mokrą i szarą wśród szaro-brązowych pól, ale nawet nie mając urody swoich letnich sióstr wystrojonych zielenią i polnymi kwiatami, ciągle miała to, co tamte: nostalgiczny urok wołający wędrowca. Nie mogłem odjechać nie odpowiedziawszy na jej wołanie.

Gdy patrzę na wąską i mało znaną, czasami nawet bez numeru, szosę meandrującą wśród pól, lasów i wzgórz, mam wrażenie jej lekkości, zwiewności nawet; wydaje mi się, że ta droga ledwie dotyka zieleni traw, że silniejszy powiew wiatru może ją zdmuchnąć, na powrót czyniąc ziemię dziewiczą. Takie drogi są jej przyjazne: ocienione jaworami wspinają się bez protestów na pagóry i ochoczo opadają w doliny, wymijają stare domy i odwieczne kamienie, skręcają ku małej wiosce schowanej w fałdzie ziemi, wiosce, o której nikt nie pamięta poza nimi i garstką mieszkańców. Takie drogi uśmiechają się do podróżującego, są ciekawe ludzi i świata wokół.
Autostrada jest inna: obca, wyniosła, pyszna, ignorująca krajobraz. We wzgórzach ryje głębokie wąwozy wyglądające niczym rany ziemi zadane pługiem olbrzyma, dziurawi góry, zasypuje doliny lub wznosi się nad nimi estakadami, odsuwa się od ludzkich siedzib poboczami i ogrodzeniami, pędząc nieprzytomnie i nic nie widząc wokół siebie z wyjątkiem niedosiężnego horyzontu. Ją tylko pęd interesuje i pochłaniane kilometry.

Przyciągają mój wzrok i radują go swoją zwiewnością i beztroską, gdy biegną obok mnie, jasną nitką przecinając kępy zmierzwionych traw. Są opiekuńcze, gdy dwiema swoimi odnogami biorą w objęcia kępę brzóz; fantazyjnie wiją się między drzewami i wzgórkami, beztrosko wpadają pod koła i tam giną, lub cudem odnajdują się ponownie. Czuję osamotnienie, gdy szukam tej zgubionej między zaroślami, a gdy pojawia się, zwykle wypływając zza drzew w niespodziewanym miejscu, przez moment patrzę na nią nieufnie, nie mając pewności czy jest tą szukaną, moją, czy może tamtą zgubiłem znajdując inną, obcą, ale już po sekundzie czuję i wiem, że jest moją nawet będąc inną.
Kapryśne, nieprzewidywalne, zmienne, urocze ścieżki widziane z okna pociągu.

Czasami chciałbym posiedzieć gdzieś, pogapić, zamyślić się z wzrokiem utkwionym w niebieską dal, posłuchać chwili i spróbować zjednoczyć się z nią tak ściśle, jak to czasami udaje się mi, nawet nierzadko tak robię, ale jednocześnie coś mnie goni dalej: pójść za szczyt wzniesienia, za zakręt drogi, jeszcze dalej. Więcej zobaczyć, bardziej zachłysnąć się przyrodą, widokami, drogą - niecierpliwość i zachłanność.
Droga… To ona tak kusi, ona woła mnie każdym swoim zakrętem, każdym szczytem; błotnista, czy kamienista, szara pod burym niebem czy wystrojona słońcem - woła, a ja idę za jej głosem niczym ten owad kuszony feromonem kochanki w wiecznie żywej nadziei spełnienia.

Po minięciu domów wioski wszedłem na uroczą dróżkę polną celującą prosto w niebo. Gdy już zaprowadziła mnie w jego pobliże, skręciła pod niskimi gałęziami rosochatej sosny i wbiegła między drzewa lasu roztrącając jedne i omijając drugie. Zatrzymałem się i odwróciłem: niskie i bliskie gałęzie sosny dawały kontrastową ramę dla dali, ku której wzrok biegnie radośnie jak zawsze, gdy goni odległy horyzont, a niżej wystawały z fałd ziemi, niczym rodzynki z rosnącego ciasta, dachy domów od których prowadziła mnie moja droga. Wszedłem między drzewa małego lasku, a ona już wybiegła na łąkę, już wspięła się na szczyt wzniesienia i znikła mi z oczu. Gdy doszedłem tam, była tuż za szczytem, jakby czekała na mnie, ale zaraz pobiegła w dół roześmianą, uciekającą mi z pod nóg wstęgą. Słońce wyszło zza chmur, droga mijała kwitnące właśnie brzozy, a ja patrząc na nią pomyślałem, że mając ten jej uśmiech mam wszystko co mieć mogę, bo o ile góry są niezaspokojonym pragnieniem, o tyle droga jest dążeniem i poszukiwaniem. Symbolem losu.
Proste i kręte, leśne i polne, suche i błotniste, trawiaste i kamieniste, przysypane śniegiem lub liśćmi, wyraźne i niknące wśród drzew lub na łące, samotne lub splątane z innymi; okolone miedzami lub drewnianymi płotami, prowadzące gdzieś, albo nigdzie – drogi kaczawskie. Moje drogi.

Szedłem drogą wśród pól, jedną z tych dróg, które mają dar przywoływania mnie nawet z daleka; często słyszę głos drogi, a mimo iż tak cichy, jest przemożny. Wtedy gdy tylko mogę, pakuję plecak i jadę do niej. Szedłbym nią nawet gdyby nie wołała mnie, bo sam jej urok, tak tajemniczy i nieodparty, wystarczy, bym czekał z utęsknieniem na spotkanie. Droga biegła przede mną uroczymi meandrami, ocieniając się kępami drzew, przeskakując kałuże, chowając się pod kasztanowcem obsypującym ją połyskliwym brązem swoich owoców, lub otaczając się zielonymi miedzami pachnącymi ziołami. Niezdecydowana i kapryśna, jak wszystkie jej siostry, przytuliła się do ściany lasu, przez moment nawet wbiegła między drzewa, by nagle zmienić zamiar i znowu biec polem po łagodnym zboczu góry celując w błękit nieba. Moja droga, moje drogie drogi.
Ta jedna zdradziła mnie. Rozpłynęła się wśród zarośli, znikła niczym Syringa goniącemu ją Panowi, zostawiając mnie samego, ale nie miałem do niej żalu wiedząc o kapryśności piękna. Wyciągnąłem mapę, rozejrzałem się wokół, wybrałem kierunek i poszedłem.

Po lewej wznosiło się niewielkie samotne wzgórze wśród pól. Przyciągało wzrok. Szubieniczna – przeczytałem na mapie. Dziwna nazwa. Nie można było nazwać tego ładnego wzgórza inaczej? Wspomniałem Storczykowe Wzgórze, brzydsze od tego, ale dzięki magii swojego imienia wołające wędrowca. W pobliżu tego wzgórza usiadłem na miedzy, piłem herbatę i patrzyłem na drogę wybiegającą zza horyzontu, mijającą mnie i biegnącą ku odległym wzgórzom. Przysiągłbym, że w nieruchomym pędzie, w lekkich zakrętach, widzę jej uśmiech. Uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
A później zostawiła mnie samego na polu, jak tyle innych jej sióstr: po prostu skończyła się na brzegu pola.

Wędrowałem jedną, ale tysiąckroć powtórzoną drogą.
Biegnie przodem, ogląda się na mnie, a ja w tych jej spojrzeniach przez ramię czytam chęć większego podobania się. Idę wpatrzony w nią, uśmiechem odpowiadając na jej śmiech. Jesteś piękna, szepczę cicho, tylko dla siebie, ale przecież wiem, że ona słyszy mnie. Słyszy, wszak to jej radosną odpowiedź czuję w sobie. Teraz, w zimie, gdy świat tak mało ma kolorów i słońca, droga czarodziejskim sposobem zachowuje swoją dziewczęcą urodę, a nawet gdy zdarzy mi się spotkać ją nieładną (rzadko, ale zdarza się to), ona w jakiś przedziwny sposób odbiera mój zawód sobą, przekształca go i odsyła do mnie jako swój smutek budzący we mnie poczucie winy, a za nim potrzebę zaprzeczenia pierwszemu wrażeniu. Mówię jej, jakby zawstydzony: nie słuchaj mnie, pójdę za tobą. I idę, a droga przestaje być brzydka.
Czasami zdarza się coś, co dziwi mnie: oznaki zmęczenia nią. Martwię się tym moim odczuwaniem, ale droga chyba lepiej mnie zna niż ja znam siebie, bo jest spokojna, pewna siebie i swojej władzy nade mną. Lepiej ode mnie wie, że już po kilku dniach usłyszę jej szept, a po kilku tygodniach będę chciał biec do niej, słysząc jej ciche, ale dla mnie przemożne, wołanie budzące we mnie trudną do opanowania tęsknotę.

Szedłem, a droga szła ze mną. Zatrzymałem się i obejrzałem, droga zamarła w bezruchu. Ruszyłem, ona bezszelestnie ruszyła także. Uśmiechnąłem się: nie dała się złapać w ruchu, ale kiedyś, gdy obejrzę się dostatecznie szybko, złapię ją na podkradaniu się za mną.

Drogi i dróżki pokrywają gęstą siecią naszą ziemię, ale trudno w ich układzie dopatrzyć się planu, jakichś szerszych zamierzeń. Są kapryśną, nieprzewidywalną, nierzadko rozrzutną, plątaniną tworzoną lokalnie przez ludzi chcących przejechać do sąsiedniej wioski, na stację kolejową, do kościoła czy na drugą stronę rzeki. Zapewne nawet wtedy, gdy były jedynymi drogami łączącymi ludzkie siedziby, nikt nie znał je wszystkie, jako że używano jedynie nieliczne, te „swoje”, i tylko wielkie zdarzenie, wojna lub nadzieja na zysk, goniły ludzi poza znane granice, a wtedy potrzebna była dobra znajomość tej poplątanej sieci.
Drogi, jak wioski, bywają wieczne, istniejące od zawsze, czyli odkąd ludzie osiedlili się tutaj, Drogami takimi można było iść daleko, poprzez wiele wsi, przez lasy i góry, aż do miasta na krańcu świata. Teraz różne fragmenty tych dróg spotkały odmienne losy: niektóre nadal są wykorzystywane do lokalnego ruchu, czasami nawet dorobiły się asfaltowej nawierzchni, inne, z różnych powodów niepotrzebne, zostały zaorane lub po prostu opuszczone. Ich role przejęły szosy, ale o ile stare trakty skrupulatnie liczyły kilometry wybierając najkrótsze połączenia, szosy baczą raczej na szybkość, a im są szersze, tym bardziej ignorują odległości i oddalają się od ludzkich siedzib.
Były i nadal są drogi służące rolnikom do przewozu plonów ziemi. Wychodząc spod wrót stodół, biegną brzegami pól, coraz mniej widoczne, w końcu rozpływają się na granicy kolejnego pola lub łąki. Znam je dobrze i lubię, mimo iż wiele razy zostawiały mnie samego gdzieś pod lasem, wśród pól. Inne drogi zmieniają swoje przeznaczenie – jak ta wygodna szutrowa droga poznana dzisiaj: już nie łączy odległych wiosek i miast, a w lesie zamkniętym dla podróżnych służy do wywozu drewna.
Wiele dróg trwa w zapomnieniu. Powoli zarastają trawą a nawet drzewami, słuchając już nie skrzypienia wozów i pokrzykiwania woźniców, a buczenia owadów i śpiewu ptaków. Niektóre ratuje od zapomnienia ciekawość turystów: idą zobaczyć drogę mającą swoją nazwę – ostatni ślad dawnej świetności, nierzadko bogatej historii. Dzwonkowa Droga, Celna Ścieżka, Czarcia Droga, Miejska Ścieżka, Brzozowa Droga – echa turkoczącej kołami przeszłości.

Ten weekend, dwa dni łażenia po kaczawskich wzgórzach, zapamiętam także z powodu polnych dróg.
Szukałem je, znajdowałem i gubiłem; trafiałem na niezaznaczone na mapie albo daremnie szukałem tych zaznaczonych; były kapryśne albo i zwodnicze, skoro po prostu kończące się gdzieś na łące lub przy świerku w lesie. Cóż, dla ich urody wybaczam wady.
Kaczawskie drogi…
Jeśli tylko nie są rozjeżdżone przez maszyny leśników zostawiających za sobą wyrżnięty las, podobają mi się wszystkie, ale oczywiście mam w tych górach dróżki wyjątkowo lubiane i pamiętane. Nawet nie muszę oczu zamykać, żeby stojąc na brzegu lasu zobaczyć jedną z nich, dwoma wąskimi śladami opasującą zbocze wzgórza przy brzozowym zagajniku. Wzrokiem biegnę za nią, a ona celuje w niebo i na jego tle kończy się. Czuję w sobie ciekawość i pragnienie poznania jej, idę więc za nią po stoku, a gdy jestem wyżej, tam, gdzie droga dotyka nieba, gdy wydaje mi się, że i ja zaraz go dotknę, horyzont ucieka otwierając przede mną dolinę. To czarodziejska chwila, chwila nagłego otworzenia się rozległego widoku – jakby ta pojawiająca się przede mną dolina została stworzona właśnie w tej chwili.
Moja droga czekała na mnie za szczytem, a teraz, widząc mnie, wbiega między szpaler głogów i róż, przeskakuje cienie dzikich czereśni i wpadając między domy wioski, znika mi z oczu. Szukam jej po drugiej stronie doliny, ale nie znajduję. Po chwili uśmiecham się, bo wydaje mi się, że spomiędzy domów słyszę jej radosny śmiech.
Ta droga przynajmniej doprowadziła mnie do wioski, a ileż to razy szedłem prowadzony którąś z nich, ufając jej, a ona zostawiała mnie samego gdzieś na polach lub w lesie! One są płoche i figlarne, bywają oszukańcze, ale dla ich uroku godzę się na każdy ich psikus. Z właściwym dla nich wdziękiem wołają mnie, a ja, widząc ich uśmiech, zapominam o wszystkim i idę wpatrzony w nie.

Dlaczego Góry Kaczawskie? Dlaczego te pagórki, na wyrost nazywane górami?
Może przywiódł mnie tutaj ten chłopak, który kiedyś biegał po polnych drogach i miedzach podlubelskiej wsi, drogach nieco podobnych do kaczawskich? Może chodzę tymi drogami, bo mało jest we mnie zdobywającego mężczyzny, a w tych górach nie ma co zdobywać? Może chodzę nimi, bo więcej we mnie Amfiona niż Zetosa?.. Te góry przemierza się, poznaje, kontempluje, w tych górach zakochuje się, a nie zdobywa. To one zdobywają wędrowca. Czarują swoim urokiem, ale tak, jak nieświadomie, a nawet niechcący, czyni to kobieta śliczna swoją kobiecością; kobiecością, którą najpierw trzeba odkryć, żeby zostać nią olśniony, bo ta jej cecha nie jest na pokaz, nie rzuca się w oczy, będąc dla mężczyzn potrzebujących nade wszystko ciepła. Nie przypadkiem piszę tutaj o kobiecie: kaczawskie wzgórza i drogi mają dla mnie cechy niewieście, myślę o nich i piszę jak o kobietach. Szczerze mówiąc, to i o zorzy porannej, o strumieniu i o mojej mirabelce myślę jak o niej. Cóż, w końcu jestem facetem, a w moim odczuciu istotną cechą męskości jest zauroczenie kobiecością. Jest we mnie jakaś nić łącząca fascynacje kobiecym uśmiechem z kaczawskimi drogami. One uśmiechają się do mnie, gdy idę nimi, a gdy jestem od nich daleko, wołają mnie. Słyszę ich głos w sobie; jest dziwną, bo przyjemną w odczuwaniu, tęsknotą, jest nieugaszonym pragnieniem, a ostatnio i oczekiwaniem jesieni wyznaczającej początek moich wędrówek. Gdy po raz pierwszy poczułem w sobie to oczekiwanie, byłem nie tylko zaskoczony, ale i rozbawiony: czekać na listopad!:)
Są i inne powody. Dziwnie silne identyfikowanie polnych dróg z drogami życiowymi i wędrówki nimi jako synonimu życia; także poczucie swobody i jednocześnie prostoty życia na szlaku, skoro wystarczy iść, a iść można gdzie oczy poniosą. Odczuwam też pragnienie najzupełniej irracjonalne, ale przecież najpiękniejsze: pragnienie dotknięcia horyzontu. Nie jestem pięknoduchem ani poetą, wcale: najgłębszym źródłem tego pragnienia jest inne pragnienie - zostawienia tego i tamtego za sobą, więc ucieczki, ale i oczyszczenia. Będąc wyrazem mojej potrzeby kontaktów z przyrodą i z pięknem, moje wędrówki są więc też swoistym katharsis.
Raz jeden widziałem miejsce wsparcia tęczy o ziemię, raz jeden dotknąłem horyzontu. Naprawdę! W górach jest to dość proste: wystarczy podejść pod wyraźny, ostro zarysowany grzbiet, przy jego szczycie kucnąć albo położyć się, i wyciągnąć rękę do najwyższego miejsca – tego, które dotyka nieba. Dotknąłem. W dotyku horyzont do złudzenia przypominał … trawę:)

Wiele razy zastanawiałem się nad najgłębszą przyczyną mojej potrzeby wędrówek, wiele podawałem możliwych wyjaśnień, ale tak naprawdę nie wiem, co mnie ciągnie na szlak. Droga jako symbol życiowej drogi, jej przemierzanie jako wyraz potrzeby zmian, dziania się, dążenia do celu? Może moje włóczenie się zaspakaja jakąś cząstkę potrzeby wolności, nieskrępowanej swobody? Nie wiem. Wiem, że kocham drogę i że wobec jej uroku jestem bezbronny i bezradny. Droga ma dla mnie cechy kobiece, co doskonale tłumaczy moją bezradność, jakże męską, także moje jej kochanie, zapatrzenie w nią i nienasycenie.
O drodze myślę jak Anglik o łodzi. She. Ona.
Nie tylko w drodze dostrzegam cechy kobiece, w zorzy porannej też.:

Było czarno, później zrobiło się szaro, w końcu nastał chmurny dzień bez promyka światła. Eos zawiodła mnie jak rzadko kiedy.
Nie, nie będę na nią psioczyć, a nawet korzystając z okazji chciałbym wziąć ją w obronę, bo ludzie różne bzdury o niej wygadują. Ona… to wszystko zaczęło się od tej nieszczęsnej historii z Titonosem. Mówi się, że zapomniała prosić o jego wieczną młodość. Tak, zapomniała, ale czyż nie było to oczywiste? Każdy wiedział, że roztrzepana z niej dziewczyna, Zeus też, dlaczego więc nie dał jej mężowi tego daru? Ja wiem: bo miał chrapkę na Eos, a że ta odmówiła mu, okazał swoją złośliwość. Nawiasem mówiąc, on zawsze uważał, że swoją męskością zniewala kobiety, ale prawda była zupełnie inna: jedne po prostu bały się go, drugim imponowały względy męża Hery. No i gdy nieszczęsna Eos zobaczyła w domu świerszcza, coś się w niej zmieniło. Są tacy, którzy źle mówią o jej prowadzeniu się, ale to nie tak: ona w nowych kochankach szuka kogoś podobnego do swojego ukochanego Titonosa. Późną wiosną i w lecie, gdy musi bardzo wcześnie wstawać, jeszcze jakoś trzyma się, ale gdy ze zbliżającą się jesienią ma nieco więcej czasu, zaczyna ją nosić. Wraca nad ranem, nie zawsze sama, zasłania story i kładzie się spać nie pamiętając o swojej powinności bogini świtu.
Tak więc oczywistym sprawcą chmurnych brzasków bez kolorów jest Zeus, ten stary pierdoła z myszami w brodzie, a nie biedna i samotna Eos.
Że podkochuję się w niej i dlatego bronię? Ależ tak! Jakże być obojętnym na jej urok? Jej wystarczy uśmiechnąć się, by obudzić we mnie szaleńczą nadzieję nie liczącą się z niczym, a już najmniej  z doświadczeniem. Oczywiście po chwili przychodzi gorzka refleksja: wszak ona do wszystkich tak się uśmiecha, ale ta konstatacja gasi tylko moją nadzieję, nie jej urok i moje nim zniewolenie.

Dobrze się idzie równą i wyraźną drogą leśną, zwłaszcza gdy trawersuje zbocza, ale jednocześnie w dziwny sposób przyciągają mnie zapomniane przez ludzi, zarastające dukty. Wchodzę na nie z poczuciem odwiedzania kogoś samotnego, opuszczonego, niechcianego, niepotrzebnego. Smutnego. Wydaje mi się, że idąc taką dróżką, sprawiam komuś przyjemność, robię dobry uczynek, tylko nie wiem komu. Drodze? Nie wiem, chociaż nie wykluczam, bo czasami mam skłonność do personifikowania nie tylko zjawisk przyrody, ale i jej obiektów, także rzeczy.
Krążę i krążę, nie zaczynając opisu? Robię dokładnie to, co robiłem tego dnia: po prostu krążyłem po niewielkim obszarze niedużej góry Wywołaniec i jej najbliższym otoczeniu. Pisząc tak, opisuję ten dzień. Nie mogąc zdecydować się gdzie iść, czasami dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nie jest ważne, gdzie pójdę, ważne, żeby iść i drogę mieć przed sobą.

Zszedłem do drogi, a nieco dalej, na rozdrożu, skręciłem w drogę obiecującą wyprowadzić mnie na tamte odsłonięte wschodnie zbocza. Obietnicy dotrzymała, chociaż nie od razu, bo za pierwszymi łąkami znowu były lasy. Przesmyk między nimi okazał się być gęstym młodniakiem brzozowym, nie do przejścia, a droga gdzieś sobie poszła zostawiając mnie samego. Nie mam jej tego za złe, wszak i ja z nimi też tak postępuję, jeśli z jakichś powodów pasuje mi taka niewierność. Znalazłem inną, chyba chciała mnie wypróbować, bo kluczyła po lesie (żeby mnie zgubić?), ale w końcu poddała się wyprowadzając na otwarte przestrzenie. Byłem tam, gdzie być chciałem.

Na koniec wieczoru otworzyłem folder ze zdjęciami dróg kaczawskich. Popatrzyłem i stęsknione serducho szarpnęło mi się w piersi.: Iść! Rzucić wszystko i iść jedną z tych uroczych dróżek. Iść po horyzont i dalej, póki sił w nogach, póki czar działa i Mojra nie odebrała możliwości przeżywania.
Pójdę dopiero za dwa miesiące.

Codziennie, zwłaszcza w dni wiosny i lata, pojawiają się we mnie obrazy drogi, którą idę. Pracuję, czytam lub piszę, zamieram zasłuchany w swoje myśli lub tulony jestem snem, a wtedy bywa, że nagle widzę obraz jednej z tych, których dziesiątki przechowuje moja pamięć. Na ogół wizja trwa tylko chwilę, jest jakby krótkim smsem: „Widzisz mnie? Jestem.”  - i zaraz znika. Jednak obraz bywa też intensywniejszy i dłużej trwający, budzący trudne do opanowania pragnienie rzucenia wszystkich moich obowiązków, więzów mnie krępujących, i pójścia drogą gdziekolwiek, byle daleko.
Drogę widzę wtedy inaczej: jej meandry stają się uśmiechem, zniknięcie na zakręcie pod lasem zalotnym spojrzeniem przez ramię, dotknięcie nieba na horyzoncie obietnicami kochanki.
-Chodź, zaprowadzę cię za horyzont. Sprawię, że nigdy nie będziesz miał mnie dość. Dam ci jednoczesne spełnienie i wieczne spełnienia pragnienie. U celu będziesz i na początku swojej drogi. – szepcze droga. Nie, oczywiście, że nie szepcze, ale… szepcze. Słyszę ją. Ona woła mnie.
Łzy stają mi w oczach, bo wiem, że nie wyciągnę do niej dłoni, nie mogę mając swoje obowiązki.
Pozostają mi krótkie, bo jednodniowe, jesienne i zimowe rendez-vous, dni nierzadko kradzione mojej rodzinie, oraz niepewne plany na przyszłość. Pozostaje też tęsknota. Właściwie powinienem się nią cieszyć, wszak zwykłem mówić, iż jest uczuciem arcyludzkim. Bywa, że gdy dopiecze mi pragnienie wędrówki, otwieram folder ze zdjęciami dróg. Z każdej wędrówki przywożę zdjęcia dróg, mam ich setki. Ulubione mają swoje kopie na pulpicie. Oglądając zdjęcia dróg, czasami nie patrzę na opis, starając się po szczegółach otoczenia powiedzieć sobie, gdzie było zrobione.
Marzy mi się iść drogą cały dzień, przespać się gdzieś i iść dalej. Nie wracać do cywilizacji, a być w drodze. Skłonny byłem mieć te moje pragnienie za przejaw ucieczki od codzienności, w jakiejś mierze zapewne nią jest, ale C. Sagan w swojej „Błękitnej kropce” poddał mi pod rozwagę inne wyjaśnienie.
„Przez 99,9% czasu, jaki upłynął od pojawienia się pierwszych ludzi, byliśmy myśliwymi i zbieraczami, przemierzaliśmy sawanny i stepy. (…) Pomimo wszystkich korzyści materialnych, jakie dał nam osiadły tryb życia, tkwi w nas pewien niepokój, poczucie niespełnienia. Choć od czterystu pokoleń żyjemy w wioskach i miastach, nie zapomnieliśmy wszystkiego. Nieustannie pociąga nas droga, niczym zapomniana piosenka dzieciństwa. Odległe miejsca zawsze są dla nas czymś romantycznym. Przypuszczam, że poczucie to nieprzypadkowo utrwaliło się w procesie ewolucji: było niezbędne dla przetrwania gatunku. (…) Twoje życie, życie Twoich pobratymców czy wręcz życie Twojego gatunku, drogi Czytelniku, może zależeć właśnie od tych, których dręczy niepokój, wewnętrzny zew, często niezrozumiały i trudny do wyartykułowania, tęsknota ku nieznanym lądom i nowym światom.”
Wydaje się to prawdopodobne; dość prosty jest sposób działania tutaj procesu ewolucyjnego doboru, jednak akurat takiego wyjaśnienia nie brałem pod uwagę. Mimo iż bez trudności rozumiem i przyjmuję genetyczne uwarunkowania wielu naszych cech, tutaj czuję niezgodę, bo wydaje mi się, że zapisanie w genach mojej potrzeby drogi ograbia mnie z części mojej duchowości. Dokładnie to samo czuję na myśl o genetycznych (i prokreacyjnych) źródłach miłości. Chciałbym, aby to wzniosłe uczucie i moje pragnienie drogi były tylko moimi, nie danymi mi z żaden sposób, nie narzuconymi mi przez geny otrzymanymi od przodków. Żebym ja i tylko ja był ich twórcą.
Dziecinny protest, wiem, ale teraz nie mam ochoty na zgłębianie zasięgu wolności mojego ducha. Teraz jest tylko droga.
(…)
Nieco dalej droga chowała się wśród drzew, ale wiedziałem, że za tym niewielkim zagajnikiem znowu wybiega łagodnymi zakolami na otwarte przestrzenie. Poszedłem tam w nadziei usłyszenia jej radosnego śmiechu.
Błotnista lub piaszczysta, niknąca we mgle lub na odległym horyzoncie, przecinająca rozległy przestwór pól lub szukająca dla siebie miejsca między drzewami lasu, prosto zmierzająca do sobie tylko znanego celu lub niezdecydowanie meandrująca, rozpalona letnim słońcem lub skuta zimowym mrozem, pod słońcem lub pod zwałami sinych chmur, wśród polnych kwiatów lub burych resztek zeszłorocznego kwitnienia – zawsze ma to „coś”, czym przyciąga mnie do siebie.