Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 15 września 2017

Garść myśli o życiu

100917
Na brzegu placu stoi brzoza płacząca. Chodzę tam patrzeć na nią i obejmować jej pień. Na trawie wokół leżą jej opadłe listki, ale ona nadal jest piękna, teraz chyba nawet bardziej niż na wiosnę. Jej żółte liście są jak pierwsze zmarszczki na kochanej twarzy: budzą rozczulenie i potrzebę objęcia. Przed chwilą wyszedłem na dwór i zobaczyłem ją inną, ale równie ładną: prześwietloną światłem lampy stojącej za nią. Chwilę patrzyłem na poruszające się na wietrze wiotkie gałęzie, na migotliwą grę światła wśród liści, ale zaraz wróciłem do kampingu, do słów.
Czasu mam bardzo mało. Minęła godzina druga, rano zaczynamy przeprowadzkę, więc powinienem położyć się spać, ale może chociaż zacznę pisać, bo zapisane słowa dopominają się towarzyszy i pomagają w ich znalezieniu.
Dla mnie czymś naturalnym jest powołanie się na słowa przeczytane w książce. Książki, a więc myśli innych ludzi, miały i mają wpływ na mnie i na moje myśli, są moimi towarzyszkami od wczesnej młodości. Biblioteka jest dla mnie najważniejszym miejscem domu, miejscem naprawdę moim. Z tych powodów często przywołuję w swoich tekstach słowa z książek.
Jako młody chłopak bardzo ceniłem książki Stanisława Lema, przeczytałem je niemal wszystkie, a przez minione lata wielokrotnie wracałem i nadal wracam do ulubionych pozycji. W opowiadaniu „Ananke” są słowa, na które dawno temu zwróciłem uwagę; w głównym swoim nurcie mówią o psychologicznych aspektach starzenia się, ale tutaj cytat ograniczę do fragmentu wymową związanego z myślami, które mam nadzieję wyrazić.
„Smuga cienia to jeszcze nie memento mori, ale miejsce pod niejednym względem gorsze, bo już widać z niego, że nie ma nietkniętych szans. To znaczy: teraźniejsze nie jest już żadna zapowiedzią, poczekalnią, wstępem, trampoliną wielkich nadziei, bo niepostrzeżenie odwróciła się sytuacja. Rzekomy trening był nieodwołalną rzeczywistością; wstęp — treścią właściwą; nadzieje — mrzonkami; nie obowiązujące zaś, prowizoryczne, tymczasowe i byle jakie — jedyną zawartością życia.”
Czasami wydaje mi się, że tymi słowami Lem zasiał we mnie nasiona, które długo leżały uśpione, ale z czasem zaczęły puszczać kiełki licząc na przyjęcie się we mnie. Teraz wiem, że działo się tak, ponieważ cudzych myśli nie jesteśmy w stanie przyjąć od razu. Aby uczynić je swoimi, to znaczy w pełni zrozumiałymi i wzbogaconymi własnym doświadczeniem i przemyśleniami, aby one jakoś odcisnęły się w naszym wnętrzu, musimy dojść do nich swoją drogą, jakby na nowo odkryć prawdy, które stoją za nimi. Bez tej własnej ścieżki cudze słowa nie mają swojej wymowy, cała głębia myśli nimi wyrażonych nie dociera do nas, spływając po nas niczym krople wody po zatłuszczonej szybie. Powtarzamy za innymi słowa o nadrzędnej wartości uczuć w życiu, o cieszeniu się życiem bez negatywnych emocji, o bezsensie tracenia swoich dni na zdobywanie pozycji czy majątku, ale dalej robimy swoje idąc w przeciwnym kierunku. Odkładamy wiele spraw najbardziej naszych, najważniejszych spraw naszego życia na później, no bo przecież teraz musimy zarabiać, zdobywać, uzyskiwać, zapewniać sobie – i dopiero gdy to wszystko będziemy mieć, tak sobie myślimy, będziemy żyć naprawdę, to znaczy dla siebie, bliżej naszych bliskich, spełniając się w naszych pasjach, pogodniej i godniej.
I tutaj należałoby wrócić do słów Lema. Są one bardzo pesymistyczne, owszem, można jednak pozbawić je pesymizmu i pójść dalej, zaznaczę jednak, że aktualnymi pozostają moje słowa o niemożności bezpośredniego przyjęcia cudzych myśli.
Horacy napisał o chwytaniu dnia, ponieważ nie wiadomo, co bogowie przyniosą.
Swoją drogą, to uwaga na marginesie, nie potrafię zrozumieć, dlaczego wiarę w wielobóstwo uznaje się za mniej idealną i prymitywniejszą od wiary w jednego boga. Moje wyobrażenia są dwojakie: jeśli myślę o Bogu jako kosmokratorze, to widzę go jednym, ale jeśli Bóg miałby być tak wszechobecny na Ziemi i w życiu ludzi, tak ludzki w swoich cechach, jak opisują go religie, wtedy bardziej naturalna wydaje mi się liczba mnoga. Odnoszę wrażenie, iż człowiek wolałby wierzyć i modlić się do boga bardziej wyspecjalizowanego – niechby kosztem swojej wszechmocy – boga bliższego, potrafiącego zrozumieć człowieka przez pewne podobieństwo i nieprzytłaczającą wielkość. Może dlatego chrześcijanie, a już zwłaszcza chrześcijanki, mają swoją boginię w osobie Marii, a ich Kościół przydziela zakresy szczególnych uprawnień i zdolności swoim świętym, bezpośrednim potomkom niezliczonych bóstw politeizmu, według ich życiowych doświadczeń.
Może jednak wrócę do meritum.
Tak naprawdę Horacy wyraził myśl, którą w formie nakazu przysłała mi moje znajoma tuż przed swoją śmiercią: cieszyć się tym, co jest, co właśnie trwa, co dzieje się tutaj i teraz. Nie odkładać życia na później, bo każdy dzień nazajutrz staje się przeszłością, której już nie poprawimy.
Chwytać dzień, ponieważ czego dzisiaj nie przeżyjemy, może nie będziemy mieć okazji przeżyć.
Jeśliby pozostać przy słowach Lema, rozwiązanie pojawia się w sposób nieunikniony i logiczny: wystarczy nie mieć wielkich nadziei i takich ambicji, by pozbyć się zawodów i zyskać spokój. Wystarczy uznać, iż nasze prawdziwe życie jest tutaj i teraz, a nie kiedyś, w przyszłości; że życie na każdym swoim etapie nie jest wstępem ani trampoliną, a treścią właściwą, którą my sami kształtujemy i sami oceniamy. Ten ostatni fakt ma kapitalne znaczenie, ponieważ równie dobrze można być niezadowolonym mając to wszystko, co ludziom przychodzi do głowy gdy myślą o szczęściu i stabilizacji, jak i być zadowolonym mając bardzo, bardzo niewiele i ciężkie przeżycia za sobą.
Nie ma tutaj – nawiązuję do słów Lema – ani krztyny rezygnacji czy opuszczenia rąk, natomiast ambicje są przekształcone. Z coraz większą nieufnością, nota bene, a nawet z podejrzliwością, patrzę na ludzkie ambicje, mając je za jedną z przyczyn nie tylko technicznego postępu, ale i naszych kłopotów w życiu wewnętrznym i w naszych relacjach z bliskimi. Robić dobrze to, co się robi, jest godną ambicją, ale z obłędnym pędem jakże wielu ludzi do znaczenia i bogactwa jest inaczej. Pewien znajomy biznesmen, zapytany po rocznym niewidzeniu się o bieg swoich dni, odpowiedział mi, że chyba jednak majątku Rockefeller’a nie zdobędzie. Pamiętam, że wtedy wzruszyłem ramionami pytając o cel tych zabiegów, ale teraz zadałem sobie pytanie, czy moje uporczywe trzymanie się bardzo ciężkiej pracy w lunaparku dla zarabianych tutaj pieniędzy, tak wiele różni się od dążeń mojego rozmówcy? W pierwszej chwili uznałem, iż nie ma tutaj dużej różnicy, w drugiej zaprzeczyłem. Ja pracą zarabiam na życie, on pracuje dla bogactwa, chociaż zapewne w swoim przekonaniu także po prostu zarabia na życie. Być może on nie wie, że to, co człowiekowi jest niezbędne do życia, rozciąga się od kromki chleba do prywatnego odrzutowca.
Szkoda, że te jakże celne słowa nie są moje.
Jak wyglądałaby nasza cywilizacja – to druga, możliwa do zastosowania, linia obrony milionerów – gdyby wszyscy ci, którzy dorobili się majątków budując firmy, dając pracę i płacąc podatki, w młodości uznali, że zamiast dążyć do bogactwa, lepiej kontemplować urok natury lub się modlić? Myślę, że świat przypominałby wtedy minione już epoki. Czy byłby lepszy? Nie wiem, może tak, ale chyba jednak wolę jeździć samochodem niż dyliżansem; pisać na komputerze, a nie gęsim piórem przy świeczce. Niech więc biznesmeni zajmą się pomnażaniem swoich majątków, skoro w tym upatrują cel swojego życia, albo środek do osiągnięcia swoich celów, ja zajmę się chwilami mojego życia.
Z biegiem lat coraz częściej uznaję, iż celem życia jest jego godne przeżycie, ponieważ godność mam za jedyną odpowiedź, jaką dać możemy światu stworzonemu przez nas i nieuchronnemu końcowi nas samych. To wniosek dokładnie odwrotny w stosunku do wniosków wielu kapłanów i ludzi silnie związanych z Kościołem, którzy uznają, iż ateistę stać na najgorsze, ponieważ nie wierzy w życie po życiu i w boski bat nad sobą. Cóż, umysłowy prymitywizm i zadufanie były i są cechami częściej występującymi wśród tych ludzi, niż w całej ludzkiej populacji.
Znowu odbiegłem od tematu, już wracam. Więc poczucie godności nakazuje życie prawe, ale ta jego cecha jest na tyle ogólna, że raczej niewiele pomaga w biegu zwykłych dni. Potrafi dać satysfakcje po dokonaniu moralnego wyboru, ale i bywa zaprawiona goryczą na widok świętowania zwycięstwa ludzi niegodnych.
Z czasem, wsłuchując się w siebie, ale i prowadząc dyskusję z sobą, coraz większą wagę przykładałem do pozytywnego przeżywania. Do tych wszystkich wrażeń, myśli, czynów, gestów dla mnie miłych, a które nie są dla kogokolwiek przykre. Tutaj w sposób naturalny, właściwie automatyczny, na przedzie pojawiło się to, co najwartościowsze i najgodniejsze: sfera ducha. Trudno pogardzać przyjemnością jedzenia dobrej potrawy, ale jeszcze trudniej ograniczyć się tylko do rozkoszy podniebienia. W gruncie rzeczy trudno uzasadnić wyższość doznań w czasie wędrówki górskiej lub czytania poezji, od doznań w czasie jazdy sportowym samochodem lub oglądania telewizorni, jednak czujemy, że ta wyższość istnienie, że jest niewątpliwym faktem.
Dobrze, więc godność i pozytywne przeżywanie, ale… znowu dochodzi do głosu moja nierzadko uprzykrzona logika, a może zwykłe szukanie dziury w całym. Wszak trudno na tym świecie o nieustające święto dobra, pogody i piękna, wśród których będziemy żyć; wszak takie bywają tylko chwile. Cóż odpowiedzieć?… A może nie pozwolić, by minęły niezauważone, wykorzystać je w pełni, przeżyć do dna i starać się zapamiętać, by w ten sposób działały mimo swojego odejścia? Myśl dobra, ale czy możliwa do wprowadzenia w życie?
Może należałoby pójść jeszcze dalej, przeskakując trudność: zauważyć, docenić i dobrze przeżyć także te zwykłe chwile, najzwyklejsze, więc najliczniejsze, wypełniające nasz dzień powszedni. Jak jednak osiągnąć taki stan, skoro dni nierzadko są tak bardzo szare? Nie wiem, albo mnożą mi się wątpliwości, wtedy staram się szukać pomocy. Na przykład w świadomości, iż każda chwila jest ważna sama w sobie, stanowiąc cząstkę mojego życia, a nie poczekalnię czy szczeble drabiny mającej zawieść mnie na jakieś wyżyny. Usilnie przypominam sobie samemu fakt powszechnie znany, jednak niedostatecznie zmieniający moje postępowanie zgodnie ze swoją wymową: życie jest jedyne, niepowtarzalne i szybko upływające. Żaden dzień się w nim nie powtórzy, żadna chwila, a skoro tak, to każda jest ważna. Jeśli dzisiaj przeżyłem coś negatywnego, na przykład pokłóciłem się z kimś, zdenerwowany i zły, nie zmienię tego w żaden sposób, skoro czas przeszły jest czasem już dokonanym. Ta złość zostaje za mną jak brudna plama na ciągu moich dni profanując je, zmniejszając wartość życia, które przecież powinno być bezcenne, a więc chronione. Mogę jedynie postarać się, aby już więcej takich plam nie zostawiać za sobą.
Niestety, w tej budowli widzę rysę – rezultat wad w konstrukcji fundamentów.
Rysą jest wyraźne przeciwstawienie wybranych chwil całej reszcie naszego czasu.
Logika podpowiada dwa sposoby naprawy wady konstrukcji: radykalne zwiększenie ilości czasu dobrego, pięknych chwil, albo poprawienie jakości czasu codziennego, tego zwykłego. Cóż… nie bardzo widzę możliwości istotnych zmian, ale jeśli zmienić swoje podejście do zagadnienia, pojawia się trzeci sposób, omijający tamte niemożności. To dystans do siebie, swojego życia i do ludzi. Nie wojować z nimi, pozwolić życiu na swobodny bieg, okazać mu trochę zaufania. Jeśli obejrzawszy się wstecz wspomnimy złe dni i nasze reakcje, niemal zawsze zauważymy, że niepotrzebnie martwiliśmy się, wojowaliśmy czy próbowali innych przekonać do swojego. Powiedzmy sobie krótko: po co?, i zajmijmy się sobą.
Czasami odnoszę wrażenie, iż wszystkie moje starania przypominają zmagania przeciwników, jakby dwóch nas było: ten, który burzy się i szarpie, irytuje, złości i martwi drobiazgami codzienności, oraz ten, który chciałby wznieść się ponad to wszystko, skoro odczuwa tłamszenie i przyduszanie do ziemi. W związku z tą walką wspomnę o przeciwstawianiu nas naszemu umysłowi (częstemu na przykład w filozofiach Wschodu), ale takie rozdzielenie budzi mój sprzeciw. Wszak „ja” jest tworem mojego umysłu, więc czynienie z niego wroga jest dzieleniem jedności, uznaniem, iż sam sobie jestem wrogiem. Owszem, pewne przeciwieństwa i niepożądane cechy są w nas, narosłe w toku ewolucyjnego rozwoju lub wykształcone w dzieciństwie, ale są one nasze i obok dobrych cech czyniące nas ludźmi. Człowiek niemal zawsze działa pod wpływem przeciwnie skierowanych bodźców, także tych umysłowych. Myślę, że jeśli już szukać przeciwnika, to w niezdolności naszego umysłu do przyjęcia wszystkich konsekwencji ograniczoności czasowej naszego życia. My zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie, albo przynajmniej bardzo długo.
Ludzie starzeją się i umierają, ale ja nie. No… może kiedyś, w nieokreślonej przyszłości.
Przecież takie mniemanie jest podstawą, niemal fundamentem funkcjonowania naszej psychiki, ale właśnie tę jej cechę oskarżam o wiele naszych kłopotów ze znalezieniem sensu, pogody ducha, radości życia. Przez nią popędzamy czas mówiąc: aby do wiosny, aby do wakacji, żeby ten dzień już minął – wszak tych dni mamy (niemal) nieograniczoną ilość. Przez tę cechę z roku na rok odkładamy swoje życiowe plany, bo przecież teraz musimy dorabiać się pozycji i pieniędzy, teraz czynimy przygotowania do prawdziwego życia. Kiedyś będziemy żyć naprawdę. Kiedyś. Przez nią gonimy za mirażami i mało nam nie tylko pieniędzy, ale i przeżywania, dziania się czegoś, czasami czegokolwiek, dla wypełnienia swojego czasu.
O psychologii wiem niewiele, tylko nieco więcej o ewolucji, ale z tych wycinków wiedzy wyłaniają mi się słowa obrony tej naszej cechy psychicznej. Nie da się normalnie żyć z nieustającą świadomością końca, więc… Więc niech tak będzie, że ten koniec jakby dla nas nie istniał. Nie przyjmujmy go w pełni, zachowujmy się tak, jakbyśmy nie pamiętali, jakby nas to nie dotyczyło. No i powstaje sprzeczność, owych dwóch wrogów: jednym jest nasza świadomość śmierci, drugim cecha umysły wyrzucająca ją z pamięci. Zwierzę instynktownie broni się przed śmiercią, ale nie ma jej świadomości – my swoim rozdarciem płacimy za osiągnięty poziom rozwoju umysłowego, za opuszczenie raju niewiedzy i nieświadomości.
Ostatnio sporo rozmawiałem ze znajomą o pewnego rodzaju chwilach, jakie się nam zdarzają. Nie wiadomo dlaczego tutaj i teraz, raczej nagle, zauważam zmianę w percepcji świata i siebie. Trudno opisać ten stan, skoro nic się nie dzieje, a próbowałem kilka już razy. Pisałem o zjednoczeniu swojej świadomości ze światem wokół, o silnym poczuciu bycia tutaj i teraz – i nigdzie więcej, co oznacza także, że poza tym wrażeniem nie ma we mnie innego odczuwania, ale te opisy nie są kompletne, ani idealnie wierne. Ten stan obywa się bez słów, jego opis słów wymaga, a tym samym pojawia się sprzeczność trudna do usunięcia. Moja rozmówczyni stwierdziła, iż jest to trwanie w stanie jedności ze światem. To celne określenie, ponieważ takie chwile niczego się nie dopominają, pragnąc jedynie trwać. Przypominają mi się piękne słowa Drzeżdżona a propos, ale nie mając tutaj jego książek, nie mogę dodać cytatu.
Bardzo mi się te chwile podobają, ponieważ przypominają stanie u wrót innego, lepszego świata. Ostatnio przyszło mi do głowy, iż w czasie ich trwania jakbyśmy się cofali do zwierzęcej niewinności i nieświadomości, do życia dla samego życia w najpierwotniejszych jego przejawach: jestem, patrzę, oddycham, nie odczuwam głody ni bólu, jest więc dobrze. Jest dobrze bez ambicji posiadania znaczenia i wpływów, bycia zamożnym i znanym, a nawet mądrym.
Może wracamy wtedy do raju utraconego, do czasów przed zerwaniem tego nieszczęsnego jabłka?
Niewiele jest miejsc w chrześcijańskich pismach świętych, które bez zastrzeżeń podobają mi się – ta poetycka wizja utracenia dawnej niewinności z powodu wiedzy podoba się bardzo, mam ją za twór geniuszu. Jest też prawdziwa. My ten raj naprawdę utraciliśmy stając się ludźmi. Umysł dał nam swobodę tworzenia abstrakcji i świadomość, a mając je, zaraz zaczęliśmy zadawać sobie pytanie o cel istnienia, odrzucając życie dla jego kontynuacji jako niegodne nas. No i zaczęły się kłopoty, dlatego do dystansu między nami (czyli tyle, co naszą świadomością), a życiem, dodać należałoby też potrzebę spuszczenia z tonu, zejście chociaż z kilku szczebli naszej wysokiej drabiny człowieczeństwa stawianego w opozycji do zwierzęcości. Uznać nam trzeba, iż w naszym życiu nic nie musimy osiągnąć ani nic udowodnić, a mamy je po prostu dobrze przeżyć. Potrzebna jest nam świadomość faktu oczywistego: nadzy tu przyszliśmy i nadzy odejdziemy.

Ideały? Lista życzeń? Po części tak, ale ważne, może nawet najważniejsze, jest określenie ideałów, ponieważ nawet niezrealizowane promieniują ukazując kierunek starań, drogę, którą należy iść.
Pisałem ten tekst pięć dni, w czasie których przepracowałem ponad 60 godzin. Pisałem godzinę albo dwie, przerywałem idąc spać lub dla napisania listu czy zadzwonienia, a na drugi dzień od nowa wgryzałem się w temat i próbowałem przypomnieć sobie dobre myśli i zgrabne sformułowania, które ukazały mi się w pracy, ale wieczoru nie dożyły. Pisałem, ponieważ słowa są dla mnie światem, sposobem, drogą. Właściwie wszystkim.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Proust, Helena i Pierwsza Dama


270817

Zaczynam swój kontredans z latem i z jesienią. Fakt, lata jeszcze cztery tygodnie, a na ogół są to ciepłe i słoneczne dni, ale jesień już się pojawia. Jest w zmroku zapadającym zaraz po dwudziestej, a więc w porze dnia nie mającego zamiaru się kończyć jeszcze dwa miesiące temu, jest w pierwszych opadłych liściach, nad którymi stałem dzisiaj, zatrzymany w swoim codziennym zabieganiu ich widokiem.

Tak więc dostrzegając pierwsze oznaki jesieni, staram się tak liczyć cechy lata, aby było ich więcej. Teraz, w końcu sierpnia, łatwo o takie rachuby, ale istotą mojego tańca jest podobne liczenie i za miesiąc, a nawet za dwa, jeśli zdarzą się ładne dni.

Wariactwo przeprowadzki za mną, przede mną jeszcze tydzień spokojnej pracy, nim następnym poniedziałkiem nie zaczniemy chyba najbardziej szaleńczych dziesięciu dni sezonu. Ale to dopiero za tydzień, w te dni, mając czas, piszę i czytam. Przez dwa kolejne wieczory przygotowywałem materiały do drugiej książki, którą mam nadzieję wydać w zimie. Będzie to obszerny wybór tekstów, dla których wybrałem wspólny tytuł będący jednocześnie ich opisem, który i tutaj, na blogu, się powtarza: wrażenia i chwile. Niektóre teksty są wiekowe, mają po kilkanaście lat; czytając je, miewałem wrażenie zawracania czasu i ponownego przeżywania tamtych chwil, o których zapewne zapomniałbym, gdybym w swoim czasie nie utrwalił ich pismem.

Wśród dziesiątków myśli i zdarzeń, wyłuskałem kilka zdań zachwytu nad obrazem „Sroka” Moneta. Obrazu zimowej aury, ale przecież ciepłego w odbiorze. Od czasu lektury dzieła Marcela Prousta „Sroka” zawsze kojarzy mi się z „Poszukiwaniem” nie tylko z powodu ozdobienia jednego tomu dzieła tym obrazem, ale i przez wrażenia budzone nim samym, a przecież o roli sztuki w ludzkim życiu wiele jest u Prousta.

Autor pozwolił mi zrozumieć istotę dzieła sztuki i wartość tejże w naszym życiu, a do wiedzy tej dochodziłem mozolnie, mimo prowadzenia przez Francuza; tym bardziej jestem dumny ze zrozumienia. W minione dni, dokonując korekt tekstów, wspomniałem tę swoją drogę i czas, który jej towarzyszył.

Było to możliwe dzięki pismu – magii zamieniającej wrażenia i chwile, a więc naszą duchowość i nasz czas, w paciorki znaczków odpornych na działanie czasu.




 Zdjęcie obrazu Moneta nie jest moje, pobrałem je ze strony Galerii ArtEmi.

Założenie miałem jasne: piszę tutaj o sobie, nie o rodzinie, i tego się trzymam, jednak parę zdań o wnuczce napiszę, wszak była ze mną 20 dni. 
Gdy patrzyłem na jej swobodne bieganie po lunaparku, gdy widziałem umiejętności, których nabrała w kierowaniu wózkami autodromu, nierzadko wspominałem małą Małgosię, moją córkę, która jak i jej bratanica wiele wakacji spędziła w lunaparku.

Moja wnuczka była niemowlakiem, później małym dzieckiem, teraz jakby otwiera swoimi przemianami następną furtkę czasu, za którą czeka dziewczyna. Z przyjemnością patrzę na powolne jej przemiany i ile mogę, tyle biorę w nich udziału. Chciałbym, żeby Helena pamiętała mnie i dobrze wspominała. Czasami mówię sobie, iż patrzę na dziecko mojego dziecka, i wtedy doznaję zdumienia. Ja, mój syn i jego córka, jesteśmy trzema oczkami nieskończonego łańcucha życia rozciągniętego od głębin czasu ku nieznanej i niepojętej przyszłości. Moja wnuczka ma szansę dożyć XXII wieku; jaki będzie wtedy świat? Czy jej wnuki cokolwiek zrozumieją z opowiadań o wakacjach u dziadka Krzyśka na początku dwudziestego pierwszego wieku?

Parę lat temu, gdy uczyła się mówić, raz jeden powiedziała do mnie „dziadek Sisiek”. Czasami proszę ją, żeby tak mnie nazwała...




Może z powodu ciągłego otoczenia ludźmi, tymi samymi w pracy i w czasie prywatnym, a może po prostu ze względu na cechy mojej osobowości, nie odczuwam potrzeby zawierania nowych znajomości, a nawet jakbym ich unikał, chociaż korespondencyjnych znajomości kilka mam. Bywa, że do obcych ludzi zbliżam się z obawą, czy raczej z niepewnością. Jedno i drugie odczucie było we mnie, gdy pierwszy raz miałem spotkać się z Pierwszą Damą bloga, Anną Kruczkowską i jej rodziną, ale jednak poszedłem na spotkanie, co oznacza, iż działają we mnie siły, oczekiwania czy pragnienia odwrotnie skierowane do tamtych obaw.

Trzy tygodnie temu spotkałem się z Kruczkowskimi po raz czwarty, jeśli dobrze liczę. Jedyne obawy jakie miałem, były typowe dla mnie: żeby nie popełnić jakiejś gafy towarzyskiej, w czym bywam mistrzem. Anna i jej rodzina tajemnym dla mnie sposobem potrafią sprawić, że czuję się po prostu dobrze wśród nich. Nie wiem, które chwile zawarte w tych nielicznych, niestety, godzinach z nimi spędzonych zapamiętam na dłużej, dzisiaj wspominam jedną, która uczyniła na mnie wrażenie; może dlatego, że niewiele podobnych przeżyłem.

Byłem jeszcze w pracy, szedłem alejką między karuzelami, oni szli w moją stronę; gdy ich zobaczyłem, odruchowo, spontanicznie uśmiechnąłem się i uśmiech zobaczyłem.

Anno, dziękuję Ci za chwile z Wami.


sobota, 19 sierpnia 2017

Wakacje, lato i morze


190817
Kończą się moje „wakacje” nad morzem. Wziąłem to słowo w cudzysłów, ponieważ osiem tygodni tutaj spędzonych nazwać można wakacjami tylko po porównaniu ich do pozostałych dni karuzelowego sezonu. Oceny są względne, nie tylko ludzi, ale i czasu oraz warunków pracy. Po  dziewięćdziesięciogodzinnym szaleństwie okresu festynów, zejście do siedemdziesięciu godzin spokojnej (na tyle, na ile jest to możliwe w lunaparku) pracy tygodniowo jawi się jako okres wakacyjny.
Jak każdego lata tutaj, a tegoroczne jest już jedenastym, po pracy dzielę czas między czytanie i pisanie a wyjście na dwór. Czasami te dzielenie przypomina bój ze sobą, z dwoma wykluczającymi się wzajemnie pragnieniami. Na ogół idę na ugodę: gdy świeci słońce, wygrywa spacer brzegiem morza lub bocznymi uliczkami miasteczka, natomiast przy pochmurnej pogodzie nadrabiam zaległości przy książkach lub komputerze. Oczywiście wtedy, gdy jestem sam, gdy nie goszczę kogoś z rodziny.

Zadziwia mnie skrajna odmienność odczuwania upływu czasu. W pracy, zwłaszcza gdy robię coś, czego nie lubię, godzina wydaje się trwać bez końca, ciągnąc swe minuty niemiłosiernie, ale gdy usiądę przy komputerze, ta sama godzina zamienia się w sprintera. Patrzę w lewy róg ekranu i widzę, przecież widzę!, że cyferki minut zmieniają się niemal w tempie sekund. W typowy wieczór nad morzem mam pięć godzin tylko dla siebie; zdawałoby się, że to morze czasu, ale tak naprawdę jest to ledwie godzinka. Staram się przedłużyć ją późniejszym położeniem się spać, ale zauważyłem, że im późniejsza jest pora, tym szybciej mi umyka. Czasami dochodzę do wniosku, że skoro zawsze wstaję niewyspany, bez względu na długość snu, to może kłaść się jeszcze później? Sposób nierzadko stosuję, w zasadzie jest dobry, ale pod jednym warunkiem: w ciągu dnia nie mogę usiąść bezczynnie, bo zaraz usypiam.
Z czasem jest jak z horyzontem: im szybciej się go goni, tym szybciej on ucieka.

Morze nie ma dla mnie takiego uroku, jaki mają góry, chociaż tak po prawdzie niemałe tutaj znaczenie może mieć nielubiany tłok w Ustroniu i pożądana pustka górskich szlaków.
Morze ustępuję górom w zmienności krajobrazów, jednak potrafi dorównać pomocą w wyciszeniu, w próbach uładzenia się ze sobą i swoim czasem, w staraniach patrzenia uważniej, z dostrzeganiem drobiazgów niewidocznych w zabiegany czas.



Aby dostrzec bogactwo świata, potrzebna jest nie tylko wiedza o nim, ale i odczuwanie potrzeby przeżywania go w sobie; uznanie, iż najcichsze, najsubtelniejsze wrażenia są najcenniejsze, bo najbardziej nasze. Chwile dostrzeżenia piękna tam, gdzie wcześniej nic nie widzieliśmy, albo widzieliśmy niedoceniając, na pół oślepli gonitwą, przyzwyczajeniem, migotaniem ekranów, zalewającą nas śmieciową informacją obrazkową.
Cóż prawdziwie naszego jest w pobudzeniu rytmicznym dudnieniem z ogromnych głośników dyskotekowych? Powiedziałbym, że niewiele, a cała reszta jest fizjologiczną reakcją naszego organizmu.
Biegnąc do mnie, niskie słońce rozjaśniło pas morza. Droga była świetlistym migotaniem, nieustannym ruchem, skrzeniem się, delikatnymi przemianami świecącej żółci blisko horyzontu i połyskliwej bieli o odcieniach od ciepłej masy perłowej, poprzez chłód diamentu, aż do zimnego, metalicznego blasku rozlanej rtęci po bokach, na granicy jasności. Blisko mnie, przy brzegu, światło traciło siłę: nie potrafiąc rozjaśnić dolin między falami, eksplodowało na ich szczytach momentalnymi rozbłyskami i gasło, by w tej samej chwili zapalić się na tysiącu innych grzbietach fal. Jeszcze bliżej brzegu światło widać było już tylko na pieniących się szczytach fal, a wydawało się, że sama piana świeci, skoro wszystkie jej drobiny i z każdej strony były perlistą, gotującą się jasnością.
Paręset metrów od brzegu zobaczyłem szybko poruszającą się czarną kropkę, w której rozpoznałem człowieka na skuterze. Patrzyłem na niego, zbliżał się do słonecznej drogi, a gdy wpłynął na nią, pomyślałem, że teraz widzi wokół siebie wodę pokrytą jaskrawym płaszczem światła. Czy nie razi jego oczu? W moment później uświadomiłem sobie swój błąd: przecież ta świetlna droga faktycznie była moja, tylko ja ją widziałem, widziałby też ktoś, kto siedziałby przy mnie, ramię w ramię – tamten człowiek nie.
Uśmiechnąłem się do siebie. Troszkę z politowaniem nad swoim zapominalstwem, ale więcej w nim było wyrozumiałości i ciepła.
Chciałbym unieść ze sobą tę chwilę mojego uśmiechu i widok słonecznej drogi, ocalić je od zapomnienia, by mogły pomagać mi w trudnym czasie. Zapamiętać, by mieć coś prawdziwie mojego.
W zasadzie w czasie każdego oglądanego zachodu słońca morze widziałem inne; czasami różnice były ledwie zauważalne, ale były i radykalne. Woda morza bywa tak matowa, mało wyrazista, wprost nijaka, że wydaje się czymś martwym. Na drugim biegunie przemian jest jej wesołość, wyrazistość, nasycenie kolorami; wtedy w skrzeniu się dalekich fal dopatruję się radosnych figli córek Nereusa.
Między tymi skrajnościami rozciąga się rozległy obszar metamorfoz. Co prawda nie są tak spektakularne jak te, do których był zdolny ojciec Nereid, ale równie jak one są liczne.
Podobnej skali przemian ulega horyzont i chmury. Bywa, że pierwszym szczegółem zauważonym po przejściu wydmy jest linia styku wody i nieba. Przyciąga wzrok idealnie równą, ostro zarysowaną granicą dwóch światów, która wydaje się być wtedy bliską i materialną. Czasami nie widzę wcale horyzontu, ale nie z powodu mgły, a kolorystycznego stopienia się dalekiej wody i nieba; jedynie w pobliżu niskiego słońca zauważa się jego skrawek, a wydaje się on wtedy jedyną drogą pomiędzy nicością.
W zimowym niebie zasnutym jednolitą opończą szarości nie znajduję nic ciekawego ani ładnego, ale chmury, o ile widoczne są na tle błękitu, potrafią czarować swoim wyglądem i zmianami. Każde chmury: trzywymiarowe, mięsiste, mleczne bałwany, ale i te delikatne mazy wyglądające niczym ślady szybkiego ruchu na pół suchego pędzla impresjonisty po błękicie pustego jeszcze obrazu. Dzisiaj widziałem trzeci rodzaj chmur, nieznanej mi, jak i tamte, nazwy: te chmury wydają się być płaskie i gładkie, masywne i nieprzezroczyste niczym tynkowany mur. W czasie mojego godzinnego patrzenia na koniec dnia, chmura zmieniła się z ledwie widocznego pasemka wiszącego nad zachodnim horyzontem, w bulwiasto pęczniejący masyw, a jej kolory od świecącej bieli i szafranu do szarej niebieskości i granatów po zachodzie. Gdy słońce schowało się za nią, jej postrzępiony górny brzeg zalśnił jaskrawym światłem barwionym żółtymi odcieniami, a ponad nimi strzeliły na trzy strony świata promienie słońca, wieńcząc chmurę najpiękniejszą koroną.
W kwadrans później słońce, gniecione ciężarem chmury, chowało się w morzu kończąc dzień.

Jutro wieczorem zaczynam przeprowadzkę. W poniedziałek o zmierzchu uruchomię scanię i ruszę w kolejną drogę, więc dzisiejsze wyjście nad morze było pożegnaniem z nim.
Morze za mną, góry przede mną.







poniedziałek, 24 lipca 2017

Ludzie i karuzele


230717

Długo nosiłem się z zamiarem napisania tego tekstu, nie chcąc pisać tutaj o negatywnych emocjach. Jednocześnie nie odczuwam potrzeby przedstawiania się lepszym niż jestem, a z tekstów można wyciągnąć błędny wniosek o byciu… nie wiem. Marzycielem bez skazy z głową bujającą w obłokach, na przykład, albo wyrafinowanym estetą. Nie jestem ani jednym, ani drugim. Pokazanie się w innym świetle byłoby więc argumentem za napisaniem, jednakże jego waga wydawała mi się zbyt mała i dopiero dzisiejsze zdarzenie przeważyło szalę. Nie stało się nic szczególnego, typowa w mojej pracy historyjka, ale była tą kroplą, która przelewa dzban. Na swój sposób, pisząc, rozprawię się nią. Raczej z nimi.



Kiedyś zapytano mnie, w jakiej branży pracuję. Gdy powiedziałem, że w rozrywkowej, rozmówca był pewny, że śpiewam na estradzie. Teraz zwykłem zaznaczać, że pracuję w branży technicznych urządzeń rozrywkowych. Właśnie zastanawiałem się od kiedy i doszukałem się początku w 1982 roku. Wtedy jeszcze nie przy karuzelach, a w salonie gier telewizyjnych, ale tym samym już w tej branży. Trzydzieści pięć lat, które zmieniły mnie i mój osąd ludzi.

Klient klientowi nie jest równy, i nie o naturalnych różnicach między ludźmi napiszę, a o tych samych ludziach różnie się zachowujących w zależności od miejsca. Zwykło się mówić, iż poznać można człowieka gdy jest pod wpływem alkoholu; to prawda, ja jednak dodaję drugą okoliczność obnażającą człowieka: poznać go można po zachowaniu w lunaparku. Słyszałem twierdzenie, iż człowiek stając się klientem traci część swojej inteligencji, ja twierdzę, że także znaczną część swojej kultury. Lata pracy tutaj pokazały mi, iż nawet człowiek uznawany przez swoje otoczenie za sympatycznego, kulturalnego, wyrozumiałego, etc., w lunaparku potrafi zachowywać się w sposób skrajnie niewłaściwy.

Jawnie i bezwstydnie okazywana pogarda, nieuprzejme, złośliwe, a nierzadko wprost chamskie odzywki, podejrzliwość, interpretowanie każdej, dosłownie każdej niezrozumiałej dla siebie sytuacji czy słów jako prób oszukania, wyzwiska i groźby – oto codzienność tutaj, zwłaszcza w czasie pracy w kasie.

Wyłazi z tych ludzi ich osobiste piekiełko, ich brud, zapiekła ślepa złość i osiada na mnie, a ja, czując ohydny odór, z obrzydzeniem zdrapuję z siebie ślady kontaktów z nimi i liczę miesiące do emerytury, która pozwoli mi uciec tam, gdzie ich nie ma.

Myślę, że moja trudność w nawiązaniu bliskich kontaktów z ludźmi, moje upodobanie do samotności, ale też moje odruchowe oczekiwanie kłopotów, gdy zwraca się do mnie nieznany człowiek, jest skutkiem tak wielu lat mojej pracy w tej branży.

Teraz najgorsze, co prawdopodobnie nie będzie dobrze przyjęte, ale skoro temat zacząłem, będę szczery: takich ludzi jest wielu. Być może, że większość populacji.

Czasami… miałem napisać, że bronię tych ludzi, ale nie, nie bronię, a jedynie szukam źródeł zachowań, nie próbując ich wybielić. Rzucająca się w oczy aprioryczność tego rodzaju zachowań podsunęła mi wytłumaczenie, dlaczego przeciętny człowiek, wcale nie jakiś gbur, w lunaparku nierzadko staje się nim. Otóż powodem głównym jest fizyczna i psychiczna uciążliwość tej pracy, i związane z nią trudności w znalezieniu pracowników. Dawniej, „za komuny”, wielu karuzelników było bezdomnymi alkoholikami, ludźmi po wyrokach lub takimi, którzy nigdzie nie zagrzeją miejsca albo uciekają przed komornikiem. Teraz, w czasach kapitalizmu, jest lepiej, jednak wiem, że gdyby zaproponować mężczyznom spotkanym w pośredniaku pracę w lunaparku, z darmowym wyżywieniem i noclegiem, z pensją wcale nie minimalną, mało który zgodziłby się, a znaczna część z tych, którzy zgodziliby się, szybko spakowałaby manatki i uciekła stąd. Nie każdy da radę tutaj pracować.

Już w czasach komuny utrwalił się wśród ludzi stereotyp: karuzelnik równa się pijak i oszust. Funkcjonuje do dzisiaj. W rzeczywistości obecnie jest tutaj dość typowe robotnicze środowisko.

Nie próbuję wybielić tych, którzy z pogardą rzucają mi w twarz pieniądze (to nie przenośnia, a fakt!) lub oskarżenie o oszukiwanie, ponieważ mają rozum, którym powinni się posługiwać; mają też kulturę, a jeśli jej nie mają, powinni wejść do jaskini i nie wychodzić z niej, bo tam ich miejsce.

Wspomniałem o traceniu przez człowieka części inteligencji w chwili stania się klientem. Mógłbym w nieskończoność podawać zadziwiające przykłady osobliwej logiki myślenia tych, którzy patrzą na mnie z góry, podam tutaj jeden, zrozumiały bez obszernych wyjaśnień.

Zwykle pracuję na zapleczu zajmując się naprawami i remontami, czasami jednak siadam do kasy. Któregoś dnia podszedł do okienka mężczyzna z dziesięcioletnią córką i zapytał, czy to (tutaj gest ręki w stronę małej kolejki górskiej) jedzie do tyłu.

–Tylko przez chwilę, na początku, później już nie – odpowiedziałem.

–Nie pojedziesz – usłyszałem słowa kierowane do dziewczyny – bo to jedzie do góry nogami.

–Ależ nie! Ta kolejka nie jedzie do góry nogami! – zaprzeczyłem.

­–Przed chwilą pan mówił, że jedzie do tyłu. To jedzie do góry nogami czy nie? Widzę, że pan tego nie wie!



Spróbujcie porozmawiać z kimś, kto ma was za głupków i na dokładkę zamiennie stosuje wyrażenia „jazda do tyłu” i „jazda do góry nogami”!

Jeszcze parę słów o zwyczaju czytania.

Znaczna część klientów nie potrafi wyjaśnić, na jakie urządzenie chcą kupić bilet. Rozumiem, że tysiące światełek miga im w oczach, że nie wiedzą gdzie patrzeć, ale to nie tłumaczy ich typowego zachowania:

­–Poproszę bilet.

–A na co?

­–Tam! – słowu towarzyszy nieokreślony gest dłonią, nierzadko widoczne zniecierpliwienie.

–Nie wiem, proszę pokazać jeszcze raz.

–To pan nie wie, na co sprzedaje bilety?!!


Ot, logika i uprzejmość klientów lunaparku.

Owszem, niektórzy podają przeczytaną nazwę, a napisy są na ogół wielkie, jednak takich klientów jest niewielu. Podobnie nieliczni są ci, którzy poproszeni przeczytają nazwę karuzeli, jednak znaczna część klientów nie dostrzega liter.

Ludzie mają coraz większe trudności z opisami, ze słownym wyrażeniem swoich myśli. Wszyscy, nie tylko klienci lunaparków. Wraz z upowszechnieniem telefonów robiących dobre zdjęcia, na naszych oczach upowszechnia się zwyczaj wysyłania zdjęć w miejsce opisów. Nawet jeśli opis byłby jednym niedługim zdaniem, wielu wysyła zdjęcie, nie próbując wyrazić słowami myśli. Osoba odbierająca też łatwiej odczyta sens ze zdjęcia niż z przeczytanego tekstu. Tekst wychodzi z użycia. Ta nasza magiczna umiejętność wyrażania nawet stanów naszego ducha literami, umiejętność, do której ludzkość dochodziła w ciągu tysiącleci, jest tracona, i to w tempie nieporównywalnie szybszym niż kiedyś była osiągana. Przeraża mnie obojętność ludzi wobec ich językowego barbarzyństwa. Zdarzało się nie raz, że pokazywałem mojemu pryncypałowi błędy, na przykład w instrukcjach, albo w jego mailach zawsze kończonych dziwacznym skrótem „PRZ”, ale zwykle odpowiedzią było wzruszenie ramionami. On nie jest wyjątkiem. Większości ludziom nie zależy na poprawnym wyrażaniu siebie, wystarcza im kasa i papka w telewizorni.

Właśnie, wracam do lunaparku. Jeszcze gorzej jest z rozumieniem instrukcji wiszących na karuzelach; tutaj czasami dochodzi do nieporozumień godnych uwiecznienia. Nagminna jest też nieznajomość różnic znaczenia słów „to” i „tamto”, „tutaj” i „tam”, co przy nastawieniu klientów tworzy następne nieporozumienia, tłumaczone przez nich w wiadomy sposób.

Czy można dziwić się trudnościom mojego pryncypała w naborze pracowników?…

Kiedyś siedząc w kasie zamyśliłem się (ruch był wtedy niewielki). Wróciłem do rzeczywistości słysząc pukanie, przy okienku stała kobieta i uśmiechała się.

–Mogę panu przerwać?

Do dzisiaj pamiętam jej cudny uśmiech, mimo upływu wielu lat.

Do wieczora tamtego dnia moje oczy nie mogły się uspokoić, szukając jej wśród ludzi. Dlaczego tak rzadko przychodzą do lunaparku tacy klienci, jak tamta kobieta?

Nie wiem, czy kobiety zdają sobie sprawę z posiadania ogromnej władzy nad mężczyznami, jaką im daje uśmiech. Kiedyś zapytałem o to moją znajomą. Odpowiedziała dziwnie, ale ciekawie: że mężczyźni pewnie nie wiedzą o swojej przewadze – o męskich ramionach, w których przed światem może się schować kobieta.

Czasami i ja chciałbym się schować, tylko głupio byłoby mnie, facetowi, chować się w ramionach kobiety…

Dlaczego tutaj jestem? To proste: dla pieniędzy. Nie ja stworzyłem świat oparty na pieniądzu, a siedzącego we mnie nakazu utrzymywania moich bliskich nie jestem w stanie zmienić, nawet jeśli chciałbym. Zresztą, po trzydziestu pięciu latach wśród karuzel, na trzy lata przed emeryturą, gdzie pójdę? Kiedyś słyszałem rozmowę o przyczynach światowej pozycji języka angielskiego. Słysząc wygłaszane bzdury uświadomiłem sobie, że mógłbym od ręki, bez wgłębiania się w temat, podać kilka powodów (historycznych, politycznych, ekonomicznych) i objaśnić je, ale kogo to obchodzi? Mojego pracodawcę obchodzi moja umiejętność zrobienia mu kampingu z rozsuwanymi ścianami, i za to mi płaci.

Powinien jeszcze płacić za kontakty ze swoimi klientami. Mógłbym wtedy szybciej uciec od nich.

Uciec od ludzi.





260717
Dopisek.
Któregoś dnia klient zrobił mi wyjątkowo paskudną awanturę o nic, a bezpośrednio po odejściu od kasy spotkał znajomych. Widziałem przez szybę, jak beztrosko się śmieje, jak wylewnie, z widoczną radością, ich wita, zagaduje – słowem sielanka, przykład człowieka przyjacielskiego, przychylnego innym, lubianego i pogodnego.
Być może – snułem rozważania – ten człowiek wspomniał swoim znajomym, z jakim typem miał do czynienia w lunaparku, a wtedy wszyscy zdegustowani pokiwali głowami nad zdziczeniem obyczajów w obecnych czasach. A ledwie parę minut wcześniej ten człowieka okazał mi niczym nie zasłużoną pogardę, ubliżał mi nie mając ku temu żadnych powodów!
Obaj zapewne tak samo źle o sobie nawzajem myśleliśmy, ale czy obaj mogliśmy mieć rację? Gdzie tutaj jest prawda? Według jakich kryteriów oceniać mi jego i siebie? Pomyślałem, że może nie powinienem stawiać swojej kultury i moralności nad kulturą i moralnością tamtego człowieka, chociażby dlatego, że jeśli wystarczająco szczerze i głęboko sięgnę w głąb siebie, wypadnie mi przyznać, że i moje zachowania wobec innych ludzi nie zawsze są dobre. Czy w takim razie nie popełniam tego samego błędu, jaki on popełnił?: oceniam człowieka w pierwszej minucie widzenia go, oceniam na podstawie doświadczeń chwili. Pomyślałem, że może jednocześnie obaj mamy rację w swoich ocenach drugiego, i jednocześnie tej racji nie mamy. Że w kontaktach międzyludzkich nie ma ostrych granic, wyraźnych podziałów, nie ma monopolu na całą prawdę i całą winę, a wszystko jest zamglone, nie do końca ustalone, płynne, zmieniające się i jakże często dwuznaczne. Że w taki razie nasze pragnienie bliskości z ludźmi jest nie do osiągnięcia, poza bardzo ograniczoną liczbą wybranych osób. Pomyślałem o samotności w tłumie.
Jeszcze słowo wyjaśnienia dotyczące moralności. Wiem, że sporo ludzi nieprawidłowo definiuje pojęcie moralności, krążąc wokół seksu i zdrad małżeńskich. Tym ludziom wyjaśniam, iż seks bardzo niewiele ma wspólnego z moralnością i tylko w określonych sytuacjach. Czynem niemoralnym nie jest posiadanie kilku nawet kochanków przez kobietę, a skrzywdzenie kogoś. Skrzywdzenie zarówno finansowe, jak i na duchu.

Moja znajoma uznaje, iż takich ludzi nie ma dużo, ponieważ ona spotyka się na ogół z uśmiechem.
Polemizując, zacznę od stwierdzenia oczywistego faktu: kobieta częściej spotka się z uśmiechem niż mężczyzna, po prostu dlatego, że jest kobietą. Nie zaginął jeszcze całkowicie w brzydszej połowie ludzkości zwyczaj okazywania kobiecie szacunku. Obserwuję to i w pracy – kasjerce jest łatwiej niż kasjerowi.
To, co chciałem wyrazić, trudno uchwycić mi w słowa, może dlatego, że wcale nie jestem pewny swoich wniosków. W tamtej chwili pod kasą przyszło mi do głowy, że u wielu przyzwoitych ludzi może objawić się chamskie zachowanie, czyli nie ma ludzi, bądź jest niewielu, o których można powiedzieć, że są zawsze kulturalni, bądź nigdy tacy nie są. Nie ma tutaj ostrych granic. Uważam, że niektórzy spośród tych uśmiechających się do mojej znajomej, w pewnych sytuacjach są zdolni do skrajnie niekulturalnego zachowania wobec innego człowieka. Twierdzę, że częściej zdarzają się takie ich zachowania w miejscach, w których są anonimowi, oraz gdy mają do czynienia z ludźmi, o których mają apriorycznie złą opinię – właśnie jak w lunaparkach. Swoją znajomą zapraszam na kilka dni do kasy, albo wystarczy na jedną sobotę w czasie festynu. Na drugim dzień, gdy już ochłonie po kontaktach z agresywnymi podpitymi ludźmi, poproszę o rozmowę.
Gdyby wytknąć tym ludziom niestosowność ich zachowania, bywa, że wprost chamskiego, jestem pewny, że żaden z nich nie uznałby się za chama, a każdy twierdziłby, że tylko dał nauczkę czy odprawę chamowi, czyli mnie. Proszę zauważyć, że dochodzi do sytuacji, w której dwie osoby przyznają sobie prawo oceniania kultury tego drugiego, i obie nie dopuszczają myśli o swojej pomyłce, o złej ocenie tego drugiego. Obie uznają swoje prawo oceniania za niezbywalne i oczywiste.
Kto więc ma rację? Przyznałbym ją sobie uznając, iż moja wiedza, w tym także o ludzkich zachowaniach, moje oczytanie, moja moralność, dają mi takie prawo, tyle że te argumenty nie robią żadnego wrażenia na drugiej osobie. Żadnego.
Świat podzielony jest nieskończoną ilością granic, także wśród ludzi. Gdy różnice w światopoglądzie, w sposobach oceniania zjawisk życia, a nade wszystko w wartościowaniu, przekroczą pewną krytyczną wartość, wszelkie porozumienie między dwoma osobami przestaje być możliwe. Mimo iż mówią tym samym językiem, żyją na tym samym świecie, będzie tak, jakby człowiek próbował porozumieć się z kosmitą. Dwa światy zupełnie nie pasujące do siebie. Oto przyczyna tamtej sprzeczności wzajemnych ocen. Oni po prostu oceniają według innych skal i innych wartości. Tak, wiem, pojawia się kolejny dylemat: która skala jest właściwa, i tutaj analizę zacząć można od początku, ale ograniczę się tylko do spostrzeżenia, iż coraz bardziej wkraczam w dziedzinę zwaną życiem człowieka, chcąc powiedzieć mu, co jest dobre, a co złe.
Tyle że jego to nie interesuje, on sam chciałby dokonywać swoich wyborów.
Problem w tym, że gdy już tych wyborów dokona i je uzewnętrzni, ja muszę dokonywać długiego i skomplikowanego oczyszczenia; problem staje się większy, gdy uświadomimy sobie możliwość takiej samej reakcji tej drugiej osoby.

Opowiem jeszcze pewną historyjkę, której byłem świadkiem w lunaparku. Zdarzenie tyleż humorystyczne, co i żałosne w swojej wymowie.
Jedną z atrakcji jest mechaniczny byk: ma kształt tułowia byka, z karku wystaje gruby sznur do trzymania się, a wokół leży gruba i nadmuchiwana poducha chroniąca spadających. Byk zachowuje się jak prawdziwy – kręci się i podskakuje chcąc zrzucić osobę, która siedzi mu na grzbiecie. Tempo tych ruchów można zmieniać w bardzo szerokim zakresie, od łagodnych wahnięć, gdy na byku siedzi dziecko, to tak ekspresyjnych ruchów, że nikt nie utrzyma się na grzbiecie nawet paru sekund, ale tych ostatnich biegów praktycznie nigdy się nie używa.
Gdy to urządzenie pojawiło się w lunaparku, byłem zdziwiony jego popularnością wśród dorastających dziewczyn, ale to tylko uśmiechnięta uwaga na boku.
Nigdy żaden klient nie doznał na byku kontuzji, aczkolwiek otarcia skóry, siniak czy stuknięcie o korpus byka się zdarzają, co przewidzi każdy klient, może z wyjątkiem dzieci, ponieważ wynika to z istoty zabawy.
Było ich dwoje – młodych, dorosłych osób. Chłopak wskoczył na byka, jedną ręką trzymał się sznura, a drugą klepał po zadzie wołając:
–Majster, na maksa!! Dawaj, co tak wolno!?
Najwyraźniej trafiliśmy na autentycznego kowboja. Nie obsługiwałem, ale widziałem po ruchach, że kolega nie ustawił najszybszego biegu, aczkolwiek i wolny nie był. Kowboj spadł dość szybko, a w czasie swojego lotu ku ziemi musiał stuknąć głową o byka, bo gdy się podniósł, z czoła ciekła mi krew. Usłyszałem przeraźliwy wrzask partnerki kowboja; długi, niekończący się krzyk mrożący krew w żyłach, jakby ta dziewczyna widziała fruwające fragmenty ciała swojego chłopaka. Spojrzałem na niego i zobaczyłem metamorfozę godną pióra Owidiusza: oto ten pewny siebie kowboj, ten macho, na widok którego dziewczynom drżą kolana, zamienił się nagle w chłopczyka, który potknął się o swoją stopę i upadając zrobił sobie kuku. Musiał usiąść, bo nie miał siły stać, trzeba było wodą skrapiać mu twarz, bo (według oceny jego wrzeszczącej towarzyszki) bliski był omdlenia. Oczywiście dziewczyna domagała się przyjazdu policji i karetki, wszak wielka była rana na głowie, a i silne było podejrzenie pęknięcia czaszki. Ktoś z biura poradził sobie z tą wielką raną kawałkiem typowego opatrunku z przylepcem, a okazał się bardzo skutecznym lekarstwem, bo po jego przylepieniu macho odzyskał siły i wspólnie zażądali rozmowy z właścicielem w sprawie odszkodowania za doznane szkody na ciele i na duchu.


020817
O względności ocen, czyli o urokach kontaktów z klientami
Tego sprzedawałem bilety. Na kolację zmienił mnie kolega, a po powrocie opowiedział mi zdarzenie, które wiernie zapisuję.
Do okienka podeszła para, bilety kupował mężczyzna. Szło mu niezdarnie, jako że w jednym ręku trzymał kebaba. Jeden z biletów (a są to plastikowe krążki) upadł mu.
–Proszę dać mi drugi bilet, upadł mi.
Zdumiewające oczekiwanie, które można próbować tłumaczyć jedynie wielką otyłością mężczyzny.
–Nie mogę, będę mieć manko. Proszę sobie podnieść.
W tym czasie kobieta schyliła się i podniosła bilet.
–Już nie trzeba, chamie. – powiedział klient i odszedł.
 

czwartek, 13 lipca 2017

O rzeczach w naszym otoczeniu


130717

Prawie dwadzieścia trzy lata temu kupiłem wieżę audio z odtwarzaczem płyt CD i po raz pierwszy mogłem w pełni rozkoszować się idealnie czystym dźwiękiem. Skok jakościowy między muzyką odtwarzaną z magnetofonów, albo z radia, a słyszaną z płyt cyfrowych, był dla mnie oszałamiający. To tak, jakby z rozklekotanego samochodzika przesiąść się do mercedesa klasy S.

Pamiętam wieczorne słuchanie muzyki i nieustannie odnawiane zdumienie czystością dźwięku, także swoją ciekawość, z jaką dowiadywałem się szczegółów technicznych sposobu zapisu i odtwarzania sygnały na tych małych, lśniących krążkach. Wiedza ta nie tylko nie zmniejszyła mojego podziwu dla tego dzieła ludzkiego umysłu, ale i zwiększyła go. Krążek CD używany jest od ponad ćwierćwiecza, dopiero w ostatnich latach powoli wychodzi z użycia wypierany przez pamięci ogromnej pojemności i szerokopasmowy internet dający dostęp do wirtualnych bibliotek i płytotek. W tej jakże szybko zmieniającej się gałęzi techniki mało jest wynalazków żywotnością i popularnością dorównujących płytom CD.

Gdy zacząłem jeździć po Polsce, wieżę przejęła córka, używając jej przez wiele lat, a po moim zatrudnieniu się w lunaparku przywiozłem zestaw tutaj, do pracy. Używałem tylko wzmacniacza, a jako źródło sygnału służył laptop, w którym mam zapisane wszystkie swoje płyty. Bo z muzyką jest podobnie jak z pieniędzmi: jej zapis traci materialny swój nośnik, stając się wirtualnym, właściwie niematerialnym. W moim komputerku mam zapisane 460 godzin muzyki; taka ilość płyt CD zajęłaby wszystkie półki mojego mieszkania na kołach. Piszę o komputerku, ale to zdrobnienie nie jest pieszczotą, a stanem rzeczywistym. Nie tylko ma swoje lata, ale jest po prostu mały: ekran ma dziesięciocalowy i wagę jednego kilograma. Będzie u mnie póki nie umrze śmiercią z przepracowania.

Stara wieża też zajmuje miejsce, szczególnie cenne w kampingu, gdy odwiedza mnie żona. Od kilku lat nosiłem się z zamiarem wymiany tego starego zestawu na nowy, niewielki, ale czas upływał, wieża stała. Nie z powodu pieniędzy, wszak elektronika popularnej klasy jest teraz bardzo tania. Gdy próbowałem wyjaśnić swoje odwlekanie, doszedłem do wniosku, iż po prostu żal mi wyrzucać urządzenie, które tak wiele lat mi służyło.

Kiedyś myślałem, że długo używana rzecz wchłania w siebie jakąś aurę, coś tajemniczego, co promieniuje z człowieka, a później oddaje ją, promieniując w stronę użytkownika. Dlatego rzeczy codziennego użytkowania wydają się swojskie, bardziej przyjazne. Nie odpychają nas, ani nie budzą niepokoju lub obcości, jak to bywa z rzeczami nowymi.

Nie porzuciłem tej koncepcji całkowicie uznając, iż być może jakieś jądro prawdy w niej tkwi, jednakże przeniosłem powody naszych zmian odczuwania kontaktów z rzeczami na nas samych.

Nasza pamięć potrzebuje haczyka, którego się chwyci, by móc obudzić wspomnienia minionego czasu. Może to być zapach kwiatu, smak potrawy, widok szpaleru drzew, dźwięk dzwonu, albo rzecz z naszego otoczenia, jak wieża przy której siedziało się setki godzin. Obraz przedmiotu sąsiaduje w naszej pamięci ze wspomnieniami, w których brał udział lub tylko asystował, a przy sprzyjających okolicznościach staje się zapalnikiem uruchamiającym naszą pamięć. Patrzymy na tę rzecz i czujemy obudzone w nas uczucia, wrażenia, słowa. Czasami to wszystko jest rozróżniane w naszej pamięci, przechowywane w osobnych przegródkach, ale i bywa, iż to, co czujemy, jest wynikiem przenikania się wielu zdarzeń, ich łączenia w nastrój, atmosferę minionego czasu, czasami silniej przeżywaną niż wtedy.

Wydaje się nam, że to wszystko przychodzi do nas od przedmiotu, gdy w rzeczywistości jest w nas.

Możliwym wydaje mi się być eksperyment udowadniający ten mechanizm odczuwania: wystarczyłoby bez naszej wiedzy zamienić przedmiot na inny, ale identycznie wyglądający. Myślę, że nasze odczuwanie powtórzyłoby się bez zmian.

Moja Małgosia była malutką dziewczynką, gdy przywiozłem wieżę do domu, tego domu, którego już nie ma. Kupiłem ją miesiąc przed wymianą pieniędzy, kosztowała 9 milionów, a gdy płaciłem pierwszą ratę, na początku stycznia 1995 roku, kasjerka wydała resztę już w nowych złotówkach. Pamiętam, że w domu z ciekawością oglądaliśmy te nieznane jeszcze pieniądze.

Wieża stała na swoim miejscu gdy córka kończyła kolejne szkoły; stała przede mną siedzącym przy laptopie, dyskretnie świecąc swoim srebrzystym ekranem, gdy przeżywałem radości bądź udręki pisania, a dzisiaj odebrałem paczkę z nowymi, niewielkimi głośnikami…

Blat stolika zrobił się nagle duży, tylko na podłodze nie mam miejsca. Patrzę na stojące tam pudła wieży i na myśl o ich wyrzuceniu czuję się podle.


wtorek, 4 lipca 2017

O zielonym ludziku


290617
Gdy myślę o organizacjach zajmujących się ekologią, o „zielonych”, odczuwam obcość. Nie, dziękuję, nie dla mnie – mógłbym powiedzieć. Czy w takim razie jestem przeciwnikiem dbałości o Ziemię? Nie, ale ja i zieloni?…
Ostatnia moja lektura, „Sekretne życie drzew”, książka niemieckiego leśnika Petera Wohlleben’a, pozwoliła mi uświadomić sobie, iż odczuwana obcość wynika li tylko z mojego trzymania się z dala od wszelkich organizacji i zerowego zaangażowania społecznego. Moje zachowania, sposoby wartościowania i nadzieje na przyszłość, są tożsame z dążeniami zielonych.

Idąc łąką, odruchowo omijam kwiaty, a zrywam je bardzo rzadko. Dlaczego? Hmm, dwa są tutaj powody. Kiedyś, jako jeszcze młody mężczyzna, obiecałem komuś nie zrywać konwalii, bo to dla nich śmierć; wydaje mi się, że ta obietnica nadal jest dla mnie wiążąca, a może po prostu tyle zostało z tamtych dni, gdy wszystko inne czas obrócił wniwecz dawno temu. Drugi powód, wynikający z moich przemyśleń i wiedzy, jest jak najbardziej racjonalny: zerwanie kwiatu jest zniszczeniem piękna – tak po prostu. Nie wiążę tej oczywistej konstatacji z ekologią, która kojarzy mi się raczej z dziwnie wyrażanymi protestami ekstrawaganckich ludzi, a właśnie z estetyką. Ostatnio jednak coraz częściej pojawia się zwykły żal. Po prostu szkoda mi marnować kwiat dla swojej krótkiej przyjemności jego oglądania. Ci, którzy odczuwają smutek, albo i wyrzuty sumienia, widząc zwiędły bukiet kwiatów, w głębi ducha myślą podobnie.
Niedawno widziałem w moich górach piękny dużych dąb; stojąc pod nim zobaczyłem drut opasujący jego pień i wrastający już w tkankę drzewa. Poczułem wtedy złość i… jakby współczucie, a może żal. Pomyślałem, że powinienem chodzić w góry z ucinakami, jako że ten dąb nie był pierwszym drzewem tak bezmyślnie maltretowanym przez ludzi.
Staram się nie łamać gałęzi, nie rozdeptywać małych żyjątek, nie straszyć większych, ale takie moje zachowanie nie ma u mnie zielonej barwy, wynikając raczej z uznawania praw do życia współmieszkańców Ziemi, naszych ewolucyjnych kuzynów, jest więc natury rozumowej – filozoficznej i ewolucyjnej.
Prawa tego pozbawiam muchy i komary (też naszych kuzynów!), które obiecuję tłuc przy każdej nadarzającej się okazji, w nosie mając zarówno prawa tych szkarad do życia, jak i zielonych. Nielogiczne stanowisko? Swoistej logiki nabiera wtedy, gdy mając ledwie parę godzin snu przed sobą, nie mogę usnąć słysząc latające w kampingu bombowce. Tak, swój sen stawiam ponad ich prawem do życia, jednak już pszczołę czy osę zaglądającą mi do talerza zostawiam w spokoju, chyba że utopi się w mojej zupie; może dlatego, że nie przeszkadzają mi w uśnięciu.
Jakieś dwa lata temu oglądałem „Konopielkę”. Jedną ze scen najwyraźniej zapamiętaną było beznamiętne i bezwzględne zatłuczenie małego węża przez żniwiarza. Okropna scena. Czy ktoś ją pamięta i powie, jakiego gatunku był to wąż?
Pięć lat temu, w słoneczny dzień wrześniowy, stałem na polu i patrzyłem na to oto ładne zwierzę.


Leżało nieruchomo, może widziało mnie i się bało? Podpis pod zdjęciem jest oryginalny, sprzed pięciu laty, i wiele mówi o mojej (nie) znajomości fauny, ale też o urodzie tego węża. Teraz jestem prawie pewny, że to był bezbronny zaskroniec; niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę. Zbyt rzadko mam do czynienia z wężami, by móc powiedzieć, czy odczuwam dość typowy dla ludzi atawistyczny lęk i obrzydzenie, pamiętam jednak, że wtedy nie czułem nic takiego, wąż był mały, nieruchomy i ładny (ładniejszy niż na zdjęciu), więc przeważała ciekawość. To w odruchu, rozumowe podejście jest inne: to zwierzę jest mieszkańcem Ziemi, jak ludzie, i też ma prawo do życia. Owszem, gdyby to był zagrażający mi wąż, miałbym prawo do czynnej obrony łącznie z jego uśmierceniem, ale tylko wtedy. Oczywiście wcześniej powinienem zadbać o nie tworzenie takich sytuacji.
Ostatnio zauważam u siebie zmiany w moim stosunku do roślin, mianowicie dawanie im praw zwierząt. Wszak i z nimi dzielimy przestrzeń życiową, i chociaż (prawdopodobnie) rośliny nie odczuwają bólu ani nie mają świadomości, są żywymi organizmami, na dokładkę niezbędnymi dla życia całej fauny, ludzi nie wyłączając. Musimy dbać o roślinność. O każdą, nie tylko o zasiane zboża. Żeby się nie powtarzać, wkleję tutaj fragment mojego opisu wędrówki Wąwozem Myśliborskim przed trzema laty.

Zobaczyłem wszystkie skały wymieniane w przewodnikach, chociaż te najdziksze, najładniejsze, nazwy chyba nie mają. Porastają je niezwykłe paprocie: języcznik zwyczajny. Nie jestem botanikiem, nie ekscytuję się rzadkimi roślinami, ale gdy patrzyłem na tamte paprocie, pomyślałem, że dobrze zrobiono tworząc tutaj rezerwat mający je chronić, bo człowiek, mając na sumieniu tak wiele zniszczeń i jednocześnie mając możliwość chronienia różnorodności życia, powinien to robić.

Wspomniana różnorodność życia ma kapitalne znaczenie, jako że w toku ewolucji wytworzyła się bardzo skomplikowana równowaga w przyrodzie oraz współzależność wszystkich gatunków istot żywych – jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio, w wielkiej ilości nierzadko długich łańcuchów powiązań. Naruszenie tej równowagi może spowodować niekorzystne zmiany daleko od pierwszej przyczyny.
Różnorodność życia ważna też jest dla odległej przyszłości życia na Ziemi. Nigdy nie będzie wiadomo, jakie rośliny zdołają przeżyć przyszłe zmiany warunków na naszej planecie, ani nie da się wykluczyć, że dalecy potomkowie tej paproci, języcznika zwyczajnego, odegrają ważną rolę w poniesieniu dalej życia na naszej planecie. Człowiek, mając rozum i możliwości techniczne, powinien starać się przekazać Ziemię przyszłym pokoleniom, wierzę, iż mądrzejszym od nas, w możliwie jak najmniej zubożonym stanie.
Tak więc i tutaj moje „zielone” stanowisko wynika z wiedzy i logiki, jest więc rozumowe, bez ochów i achów, ani bez dopatrywania się mistycznych i mitycznych związków ludzi i roślin. Ale ale!: bywa, że gdy patrzę na wyjątkowo ładne drzewo, spodziewam się zobaczyć hamadriadę, która wyłoni się z drzewa, piękna i zwiewna niczym marzenie, więc jakaś cząstka oczekiwań i tęsknot mitycznych tkwi także i we mnie.
Wracając na ziemię wspomnę o pokazaniu koledze z pracy kępy kwitnących iglic, którą on rozdeptał. Celowo, śmiejąc się, rozdeptał! Chyba miał ten czyn za dobry dowcip nie wiedząc, iż dobitniej nie mógł mi pokazać, jakiej próby jest jego kultura, nie tylko ta dotycząca ekologii.
Podobnie negatywne wrażenie czyni na mnie bezwstyd, z jakim większość moich kolegów z pracy, a już zwłaszcza Ukraińców, wyrzuca śmieci. Polacy też śmiecą, ale częściej można u nich zaobserwować ukradkowość tego czynu – świadectwo ich wiedzy o czynieniu źle. To, co najgorsze u Ukraińców, co czyni najsilniejsze wrażenie, to właśnie niczym nieskrępowana naturalność gestu, z jakim wyrzucają w krzaki lub wprost pod nogi puszkę po piwie; także wyraz niezrozumienia lub ironiczny uśmieszek na ich twarzach, gdy próbuje się wytłumaczyć im, iż robić tak nie można.
Nieśmiecenie także nie ma u mnie zielonych barw ani wyraźniejszej treści ekologicznej, a wynika głównie z poczucia estetyki: po prostu czysty las jest ładniejszy do zaśmieconego.
Chwalę się? W moim przekonaniu nie mam czym, tym bardziej, że przynajmniej niektórzy goście część moich słów uznają za dziwne. Staram się tylko opisać swoje odkrycie, które zdumiało mnie: jestem zielonym. Czy w takim razie zapiszę się do jakiejś organizacji? A po co? Będąc sceptykiem uznaję, iż świata nie zmienię. Zamiast brać udział w marszach protestacyjnych, wolę pojechać na włóczęgę.
Cytat a propos z końca książki; podpisuję się pod tymi słowami i to dwoma rękoma.:

„Wykorzystujemy żywe istoty, które są zabijane dla naszych celów, nie ma tu co tuszować prawdy. Z drugiej strony nasuwa się pytanie, czy nasze postępowanie rzeczywiście jest naganne. W końcu też jesteśmy częścią natury, a nasze ciała zbudowane są w taki sposób, że możemy przeżyć tylko dzięki substancji organicznej z innych gatunków. Tę konieczność dzielimy ze wszystkimi zwierzętami. Pytanie brzmi tylko, czy nie czerpiemy ponad miarę z leśnego ekosystemu i czy oszczędzamy przy tym drzewom niepotrzebnego cierpienia, analogicznie do postępowania ze zwierzętami użytkowymi. Zasady są takie same, czyli korzystanie z drewna jest w porządku, o ile drzewa mogły żyć w zgodzie z wymogami i potrzebami swego gatunku. A to oznacza, że mają prawo rosnąć w prawdziwym leśnym klimacie i na nietkniętych glebach oraz przekazać swoją wiedzę następnym pokoleniom. Przynajmniej część z nich powinna mieć prawo godnie się zestarzeć, a wreszcie umrzeć naturalną śmiercią.”
„Lasy nie są głównie fabrykami drewna i magazynami surowca, a jedynie przy okazji złożoną przestrzenią życiową dla tysięcy gatunków, jak to uważa dzisiaj leśna gospodarka planowa. Wręcz przeciwnie.”

Zabawię się w futurologa, a pójdzie mi tym łatwiej, że nasze podejście do świata zwierząt już się zaczęło poważnie zmieniać. Myślę, że coraz więcej praw będziemy przyznawać zwierzętom, także spośród tych, które obecnie jednoznacznie kojarzone są z ludźmi.
Wierzę w nastanie czasów, w których świadome i celowe rozdeptanie kwiatów będzie uznawane za czyn naganny i niemoralny – jak obecnie znęcanie się nad zwierzęciem, czego jeszcze sto lat temu nikt nie łączył z moralnością i na co niewielu się oburzało.
Wierzę w nadejście czasów osiągnięcia harmonijnego współżycia człowieka z całą przyrodą, gdy nie będziemy dla niej przekleństwem, jak nierzadko bywamy obecnie, a przyjaznym i mądrym opiekunem.
Tak, jestem zielonym.

Szukając zdjęcia węża, znalazłem wiele zdjęć dróg; kilka z nich zamieszczam niżej. Czyż nie są piękne?





A na koniec zdjęcie zielonego ludzika zrobione przez Janka pod jeszcze zielonym drzewem.
Janku, pamiętasz tamten dzień? Pamiętam, gdzie zrobiłeś to zdjęcie.


sobota, 1 lipca 2017

Letni czas


210617

Wczoraj pięknie pożegnała nas zimna i chmurna wiosna; chciałbym wierzyć, że w ten sposób przeprosiła za swoje gorsze dni kwietniowe.

Dzisiaj przez pół dnia pracowałem na dworze bez T-shirta; mocne słońce rozkosznie pieściło ciało, niemal całkowicie uwolnione od krępującego ubrania, i dopiero szczypanie skóry na ramionach kazało mi założyć podkoszulek, gorący, ciężki i przeszkadzający niczym pancerz.

Wieczorem, który w tych dniach jest dalszym ciągiem dnia, siedziałem na progu rozgrzanego kampingu czytając ciekawą książkę o drzewach. Gdy podnosiłem głowę chcąc zobaczyć przemianę dnia w noc, widziałem szpaler lip; słońce długo jeszcze trzymało się ich wysokich szczytów.

Więc dzisiaj jest magiczny czas najdłuższego dnia i najkrótszej nocy! – uświadomiłem sobie ten fakt ze szczególną wyrazistością późnym wieczorem, gdy w końcu wnętrze kampingu ostygło na tyle, że mogłem wejść do środka.

Słońce weszło na szczyt, pokręci się tam dzisiaj – jutro, i zacznie schodzić drugim zboczem. Może jednak dałoby się go jakoś zatrzymać? Ale jak? Nie kłaść się spać?

Nazajutrz.

Jednak położyłem się, chociaż spałem krótko, jak zwykle. Nie mam czasu na sen nie tylko z powodu dużej ilości godzin pracy, ale także z powodu stawania się chytrusem żałującym upływającego czasu.

Pracując cały dzień, staram się posmakować urok słonecznego dnia lata niechby przelotnie, w chwilach kradzionych pracy.

Wspomniałem o lipach: rosną wzdłuż parkanu i jak często bywa z miejskimi drzewami, są poranione odcinaniem „niewłaściwie” rosnących konarów. Zapewne dlatego z ich pni wyrastają młode pędy z wielkimi liśćmi. Przyłożyłem dłoń do jednego z nich, był jej wielkości. Gdybym zobaczył ten liść oderwany od drzewa, chyba miałbym kłopoty z rozpoznaniem gatunku. Wyżej widziałem ukwiecone gałęzie pachnące początkiem lata – widok i zapach nieodmiennie kojarzący się mi z Kochanowskim.


Zatrzymałem się pod brzozą płaczącą tak, żeby widzieć jej gałązki prześwietlone niskim słońcem. Zielone i żółte światło drżało, czułem je na twarzy, ale starałem się nie mrużyć oczu chcąc przyjrzeć się tym momentalnym przemianom kolorów, światła i cienia tworzącymi ulotny, raczej nie do oddania słowem lub pędzlem, letni obraz.

Przy wejściu do mojego warsztatu rośnie kępa cykorii podróżnika. Pierwszego dnia widziałem jeden tylko kwiat, po dwóch było ich wiele. Rozejrzałem się oceniając szanse rośliny na przeżycie najazdu lunaparku i uznałem, że nie powinno być rozjechane czy zadeptane. Ilekroć patrzę na cykorię, zwraca mają uwagę jej przemiana z niepozornej, właściwie brzydkiej rośliny przed kwitnieniem, w mały krzew wystrojony kwiatami niczym królewna. Czasami pojawia się we mnie myśl o podobieństwie cykorii do magnolii: obie rośliny są niepozorne poza okresem kwitnienia, a gdy kwitną, nieodparcie nasuwa się porównanie do kolorowych motyli odpoczywających na ich gałązkach. Tyle że pyszna magnolia krótkie ma gody, podczas gdy mniej rzucająca się w oczy cykoria długo cieszy moje oczy.


W kącie placu, za ostatnim wozem, gdzie zaprowadziła mnie potrzeba chwili odosobnienia od tłumu ludzi, znalazłem cały łan powoju. Zawsze podobały mi się kwiaty tej rośliny i zawsze odczuwałem zdziwienie ciszą nad nimi. Chwali się te i tamte kwiaty, a kto chwali powój? Jakby nie zauważano piękna ich delikatnych kielichów, efemeryd żyjących jeden dzień.


Nad nimi jaśmin spleciony w uścisku (miłosnym?) z różą – połączenie w realnym świecie wspomnień z lektury „Powrotu z gwiazd” Lema i moich wędrówek kaczawskich. Że dziwne, a może nawet dziwaczne skojarzenie? Owszem, ale znajdujące w mojej pamięci miejsce obok siebie.

Nachyliłem się nad kwitnącą koniczyną, chcąc przyjrzeć się błyszczącym kroplom wody na ich liściach i zobaczyłem mrowiące się tam życie – liczne a drobne żyjątka chodzące po źdźbłach traw, pełzające po ziemi, skaczące i latające; któż je wszystkie rozpozna i nazwie?




Zbieram okruszynki letniego czasu.



Wieczorem, właściwie głęboką nocą, w porze, która snem być powinna, wysłuchałem i obejrzałem na you tube „Clair de lune” Debbussy’ego w wykonaniu na harfę i jeden z koncertów brandenburskich Bacha.

Muzyka klasyczna wykonywana na żywo jest świętem ludzkiej kultury, najwyższym stopniem jej wyrafinowania i największym oddaleniem od spraw przyziemnych. Jest finansową ekstrawagancją, na którą kiedyś stać było tylko książęta, a i obecnie nie wszystkie społeczeństwa. Patrząc na muzyków i słuchając ich gry, odczuwam nie tylko estetyczną przyjemność, ale i zdumienie ich wysublimowanym kunsztem, także dumę z ludzkich osiągnięć, wszak nasi odlegli przodkowie musieli wytężać wszystkie siły dla przeżycia i nie dane im było brać udziału w koncercie muzyki klasycznej.



270617

Do Ustronia przyjechałem nadspodziewanie szybko: już pół godziny po północy zgasiłem silnik scanii i ubrawszy się cieplej poszedłem na plażę. Łuna zachodu straciła swoje kolory, ale nadal była widoczna jaśniejszym pasmem nad linią horyzontu. Popatrzyłem na fale, posłuchałem ich szumu (a może w głowie mi szumiało po wielogodzinnej jeździe?) i wspomniałem cały już szereg takich nocnych powitań morza. Od wielu lat pracuję w wakacyjne miesiące nad morzem, tutaj przyjeżdża moja rodzina. Nad morzem moja malutka wtedy córka dała mi przeżyć najpiękniejszą chwilę bliskości i uczucia; tutaj, na tej plaży, widziałem niesioną w chuście córeczkę mojego dziecka. Morze mało ma dla mnie uroków, jednak cenne jest wspomnieniami.

Gdy przed położeniem się spać o drugiej wyjrzałem na dwór, nad drzewami zobaczyłem rozjaśniające się niebo. Uroczy jest ten czas bliskiego sąsiedztwa zachodu i wschodu słońca.

W ostatnie tygodnie pracowałem do dziewięćdziesięciu nawet godzin tygodniowo, jako że maj i czerwiec to czas festynów i cotygodniowego przerzutu lunaparku, tych setek ton żelastwa, do innego miasta. Źle znoszę ten okres z powodu braku czasu dla siebie, a jest on lekarstwem na moją duszę maltretowaną psychicznymi uciążliwościami pracy tutaj. Kradnę godzinki mojemu snu, które dzielę między rodzinę, blog i korespondencję; jakże mało czasu zostaje – o ile zostaje – na moje pisanie!

Dzisiaj po raz pierwszy od tygodnia mam kilka wolnych godzin – cały wieczór i kawałek nocy, więc staram się ubrać w słowa pamiętane chwile, a te zgubione w mojej pamięci odnaleźć, by znalazły miejsce dla siebie w moich dopiskach.

Staram się uratować chwile od zapomnienia.