Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

sobota, 15 kwietnia 2017

O miłości


150417

W pędzie dnia powszedniego bywa, iż usłyszę znaną melodię muzyki z filmu lub piosenki. Na ogół ledwie odnotuję fakt usłyszenia melodii i zaraz o niej zapominam, ale też zdarza się, i to wcale nierzadko, że ta melodia, czasami ledwie kilka taktów, uczepi się mnie i nucę ją, albo słyszę w sobie i bez nucenia. Bywa też, że ten stan ma swoje następstwo, to z kolei ciąg dalszy, zmieniony, ale przecież korzeniami sięgającymi do tego wszystkiego, co obudziła we mnie pierwsza przyczyna – kilka taktów dźwięków.

Dwa dni temu usłyszałem melodię graną jednym palcem na fortepianie; prostą, znaną i jakże urokliwą melodię z filmu Love story. Później melodia wróciła do mnie raz, drugi i kolejny, a wieczorem chciałem obejrzeć film. Poddałem się tej swojej chęci, i już to jedno zdziwiło mnie, ponieważ rzadko oglądam filmy; w ich oglądaniu przeszkadza mi poczucie tracenia czasu, zbyt wolnego dziania się, mojego nic nie robienia, co z kolei jest rezultatem odruchowego, nie wyrozumowanego przekonania, iż patrzenie na film mniej jest wartościowe od czytania.

Szaleństwo przeprowadzki za mną, przede mną kilka leniwych dni skróconej pracy (czyli 70 godzin tygodniowo, a nie 90) i wolnych wieczorów, więc wczoraj wyszukałem odpowiednią stronę internetu i obejrzałem Love story – po raz pierwszy od ponad ćwierćwiecza. 
Później, już pisząc ten tekst, przyszło mi do głowy, iż w mojej chęci obejrzenia filmu swój udział mogły mieć słowa o miłości przeczytane na zaprzyjaźnionym blogu.
Oczywiście popłakałem się w trakcie oglądania, a właściwie nie ja, tylko ta baba, która siedzi we mnie.

Tutaj pierwsza dygresja. Dwóch jest we mnie Krzysztofów: pierwszy ten płaczący, czujący, skłonny do zachwytów, a nawet egzaltacji, drugi patrzący analizującym okiem filozofa lub naukowca. Właśnie ten drugi zapytał, dlaczego właściwie wzruszają nas do łez zmyślone historie nieistniejących ludzi. Odpowiedź wydaje się być prosta: nie nad nimi się użalamy, a nad sobą, nieświadomie wyobrażając siebie na miejscu tamtych. Po zastanowieniu dodam drugi powód, rzadszy, ale istniejący: my tamtym zazdrościmy uczucia. Opłakujemy swoje minione miłości.

Pasowałoby tutaj przepisać chociaż część hymnu o miłości Pawła z Tarsu, ale przecież wszyscy znają te piękne słowa opisujące i chwalące najwznioślejsze uczucie, jakie może odczuwać człowiek. Nic nie wnosi tak wiele do naszego życia, nie czyni je tak kolorowym i wartościowym, jak miłość. Nic nie jest bardziej wytęsknione, oczekiwane, głębiej przeżywane. Nie ma w naszym życiu nic wartościowszego nad kochanie drugiej osoby, a jeśli ktoś ma inną skalę wartościowania, to coś z nim nie jest tak, jak być powinno. Owszem, nie samą miłością żyjemy, ale ona jest podstawą, fundamentem, na którym możemy postawić gmach naszego udanego życia. Bez niej prędzej czy później na ścianach pojawią się dokuczliwe rysy, albo gmach się zawali zostawiając nas z poczuciem pustki naszych dni i ich bezsensu, zwłaszcza, jeśli nie potrafimy tęsknić za miłością. Tak, tęsknota może być w takich sytuacjach substytutem uczucia. Dlaczego? Bo jej odczuwanie jest wyrazem potrzeby kochania, postrzegana bywa jako nasza umiejętność kochania, a więc podnosi nas we własnej ocenie.



Mój obraz miłości, jej praźródła i rola, jaką odgrywa w ludzkim życiu, ulegał zmianie nie tylko na skutek doświadczeń i lat, ale i wiedzy stricte naukowej. Pamiętam swój bunt odczuwany po dowiedzeniu się o fenyloetyloaminie, którą swego czasu okrzykniętą hormonem miłości, jako że w mózgu zakochanego jest go więcej i odpowiada za wiele objawów zakochania. Gdzieś tutaj  jest tekst o tym hormonie, a raczej o moim sprzeciwie.

Stary to tekst, ma kilkanaście lat, teraz bardziej stonowałbym słowa i nie protestował tak ostro, pogodziwszy się ze status qou, w czym pomogła mi odrobina posiadanej wiedzy o filogenetycznych uwarunkowaniach ludzkiego rozwoju.



Erotyka w całej swojej różnorodności form i w bogactwie wyrazów jest seksem przemienionym przez ludzką kulturę, a wyjaśnienie istnienia w nas potrzeby seksu (i związanej z nim przyjemności) jest najprostsze: nakłonienie nas do prokreacji.

Miłość między dwojgiem ludzi (ale niekoniecznie dwojgiem, jako że nie można odbierać prawa do niej związkom homoseksualnym) jest najwyższą formą erotyki; jest przejawem naszego ducha, tego, co w nas najlepsze. Kochając, najbardziej oddalamy się od przymusu genów, ale nie uwalniamy się całkowicie, ponieważ miłości erotycznej nie da się odłączyć od pożądania, a dalej od seksu i jego potencjalnych skutków. Wiek kochanków uniemożliwiający prokreację, ani niechęć innych par do posiadania dzieci, nie ma tutaj znaczenia, nic nie zmieniając, jako że przyczyny tkwią w nas głębiej i są poza sferą rozumową; właśnie dlatego użycie środków antykoncepcyjnych mało, albo wcale, nie zmniejsza apetytu na seks, a właściwie powinno.

Chciałbym widzieć w miłości uczucie wyłącznie moje, zależne od mojego ducha, a nie od produkowanego pod dyktando genów hormonu zalewającego mój mózg, jednak obecnie nie da się obronić takiego idealistycznego przekonania.

Czy to mi przeszkadza? Nie, ponieważ z tą wiedzą jest tak samo, jak z powszechną wiedzą o nieuniknionym końcu życia: ona jest jakby z boku, uświadamiana tylko czasami  i w gruncie rzeczy nie zmieniająca pragnień.

O tych wszystkich uwarunkowaniach i praprzyczynach się wie, miłość jest odczuwana i przeżywana.

Wszystkim, którzy zajrzą tutaj i dotrą do końca tekstu, życzę miłości, a im są starsi, tym mocniej jej życzę. Niech wasze mózgi pływają w fenyloetyloaminie, bo co prawda jej wytwarzanie uruchomią jakieś geny, to jednak ciepełko odczuwane w piersi na widok ukochanej osoby będzie tylko wasze.

Tak jak tęsknota za miłością.


Dopisek.
Na podobny temat pisałem już tutaj  przy okazji rozmowy w Octavio Pazem.


Człowiek to chemia, fakt. Łykniesz tabletkę przypisaną przez lekarza, i przestają Cię boleć mięśnie, bo dostarczyłeś im magnezu. Łykniesz inną, i świat eksploduje kolorami, bo podkręciłeś mózg meskaliną czy innym paskudztwem, ale, co gorsza, my sami, to znaczy nasz organizm, też wytwarza tego typu substancje aktywne psychicznie. Gdzie problem? Ano, łatwo powiedzieć, że przeżycia po zażyciu sztucznego psychodeliku są fałszywe, nieprawdziwe, i tak też będzie. Co jednak powiedzieć, gdy my sami wytwarzamy tego rodzaju substancje, i to nie tylko fenyloetyloaminę, która budzi takie wzburzenie, ale na przykład podobną do niej adrenalinę i na pewno inne?…
Trudno zaprzeczyć, iż w swojej pracy mózg używa mnogich substancji chemicznych, i wcale nie są to mazidła do smarowania jego zębatek. Sam fakt istnienia substancji psychoaktywnych jest bardzo znamienny: to tyle, co stwierdzenie, iż na stany naszego ducha ma wpływ chemia.
O prądach w nim buszujących też wiadomo, coś tam się słyszało o miliardach neuronów i nieskończonej ilości połączeń między nimi, więc chemia i fizyka naszego mózgu nie powinna wzbudzać emocji.

Przy odrobinie starań można dojść do ciekawego i wiele zmieniającego wniosku: nasze wspomnienia, przeżycia, upodobania, uczucia, wszystko, co o nas stanowi, nie jest zapisywane w mózgu tak, jak my to czujemy. Ten zapis to mnogość substancji chemicznych i zmiany układów połączeń naszych neuronów, a zarówno jedno, jak i drugie, nijak nie jest podobne do naszej tęsknoty za nią, ani do naszego upodobania górskich wędrówek.
Kiedyś, gdy miałem późną jesienią psychicznego dołka, lekarz chciał mi przypisać lek poprawiający nastrój, chodziło o uzupełnienie substancji brakujących organizmowi. Nie zgodziłem się z tego samego powodu, dla którego czułem bunt na wieść o fenyloetyloaminie i dla którego Ania nie zgadza się na chemię naszych uczuć: bo i ja i ona chcielibyśmy, aby wszystko, każde nasze uczucie i drgnienie serca, każdy nasz nastrój, każda radość i smutek też, były tylko nasze. Nasze, to znaczy zależne wyłącznie od naszego świadomego ja, od naszej duszy. 
Stoimy więc po tej samej stronie, moi czytelnicy, tyle że ja już nie buntuję się przeciwko wpływowi genów na nas, ani na chemię naszych uczuć. Pogodziłem się nie tylko z powodu wiedzy, ale i swoich przemyśleń.
W końcu te geny, które skłaniają nas ku osobom drugiej płci, też są nasze; w końcu wiadomo jest wszystkim, że nigdy nie mieliśmy i nie mamy pełnej władzy naszej woli nad swoim ciałem, w tym i mózgiem. Pomogła mi moja religijna obojętność, ponieważ dzięki niej łatwo mi przyszło ujrzeć człowieka nie jako kogoś z zewnątrz, kogoś z nieśmiertelną duszą i celami istniejącymi poza Ziemią i poza ziemskim życiem, a jako istotę wykształconą w toku ewolucji, tym samym podległą takim samym prawom i mechanizmom, jakim podlegają wszystkie żywe stworzenia Ziemi. Patrząc z takiej perspektywy, inaczej widzi się nasze wady i zalety, także nasze osiągnięcia. Bardziej dostrzega się nasze wyzwalanie spod wpływu genów, niż istniejącą jeszcze podległość. W tym historycznym i ewolucyjnym ujęciu także i sprawy zakochania się widzi się inaczej. O tyle inaczej, o ile nasze zachowania związane z seksualnością różnią się od zachowań naszych najbliższych kuzynów. To kwestia strony porównywania: nie do boskości, obojętnie jak ją definiować i gdzie jej szukać, a do naszej przeszłości.
Tego rodzaju myśli pomagały mi, pomagają nadal, w przyjęciu do wiadomości, iż nie władam całością swoich przeżyć psychicznych, a w moim zakochaniu się niemałą rolę odgrywają geny.



poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Dzień słońca, buków i pożegnania gór


260317
Popiel, Droga Wojenna w Górach Ołowianych, Świerkowy Dół, Janowicki Przełom, Ciechanowice, Krzywa Góra, Sośniak, wzgórza między Popielem a Sośniakiem, Popiel.


Wstałem o trzeciej, kwadrans po szóstej zaparkowałem samochód we wschodnich Górach Kaczawskich, ale wschód słońca oglądałem w czasie jazdy; wydaje mi się, że dzisiaj wstało wyjątkowo wcześnie, już przed szóstą.
Odrobinka mgiełki rozpłomieniona silnym słońcem ranka świeciła biało i perłowo, powietrze było rześkie, niebo idealnie błękitne, a na niebieskich odległością zboczach Karkonoszy błyszczał śnieg. Zwracał uwagę wyraźny kontrast kolorów: bliskie wzgórza, łąki i pola, oświetlone wczesnym słońcem, jeszcze nie pozbawionym barw, były ciepłe swoją zielenią i jasnymi brązami, nawet nagie drzewa widziałem takimi, natomiast na krańcach horyzontu przeważały niebieskości i biel – chłodne kolory zimy.

 Gdy popatrzyłem na wszystkie strony, gdy policzyłem i nazwałem widziane góry, poszedłem w dół pięknymi zboczami ku wiosce Świdnik. W takich miejscach jak ta dolinka z dróżką biegnącą jej środkiem, wyraźnie odczuwa się zmienność naszego postrzegania upływu czasu w zależności od nastroju i otoczenia, od przeżywania. Ta droga, jak tyleż jej koleżanek w tych górach, zawsze kończy się zbyt szybko, nawet jeśli idzie się wolno i przystaje chcąc wydłużyć chwile.
Szedłem w kierunku Gór Ołowianych, ponieważ wypatrzyłem na mapie nieznany mi Przełom Janowicki. Południowymi stokami tych gór płynie Bóbr, największa rzeka tych stron, a skoro jest przełom, to są skalne ściany i widoki. Postanowiłem pójść tam przez masyw Gór Ołowianych, po drodze odwiedzając Świerkowy Dół. Jest to głęboki jar ze strumieniem spływającym ze zbocza Brożyny 200 metrów w dół, do podnóża gór; miejsce dzikie i ładne lasami, stokami i wodą omywającą kamieniste dno strugi. Byłem tam parę lat temu, w chmurny dzień zimowy, miejsce mi się spodobało, a dzisiaj widziałem je odmienione, ładne inaczej. W słońcu, w ciepły dzień, zarówno strumień płynący dnem Dołu, jak i bukowy las porastający zbocza jaru, nabrały kolorów i wyrazistości, a strumień dodatkowo dźwięczności. 




Siedziałem na pniaku przy źródle i patrzyłem na wodę dobywającą się z środka ziemi; widziałem wybrzuszenie na niewielkiej tafli, ślad ciśnienia pchającego wodę ku światłu. Napełniłem kubek i powoli piłem, smakując. Siedziałem, patrzyłem i nie chciało mi się iść dalej, co zrozumie każdy, kto widział źródło i poświęcił mu chwilę.
Poszedłem w dół płytkim, kamienistym wąwozem, śladem starej drogi wiodącej tuż przy strumieniu, często zatrzymując się i patrząc na wodę pędzącą po kamieniach, albo na nieruchome buki wznoszące się na stromych tam zboczach. Wodzie i drzewom robiłem sesje zdjęciowe, próbując uchwycić obiektywem urok ruchliwej wody i nieruchomych drzew.
Strumień widziałem na całej jego długości, od źródła pod kamieniami górskiego stoku, aż do jego ujścia do Bobru, tyleż metrów niżej. Jest prędki, skaczący po kamieniach, dźwięczny, migotliwy; patrząc na niego, odczuwa się pragnienie.
O urodzie strumieni napisano całą bibliotekę, a kto pisał o bukach? Bardzo chciałbym wypełnić chociaż część tej luki, ale jakże słowami wyrazić to, co widzę i czuję, gdy patrzę na nie, albo gdy tęskniąc za wędrówkami, wspominam te drzewa?…




Mam w swoich górach kilka buków wyróżnionych pamięcią, odwiedzam je będąc w pobliżu, ale też dobrze pamiętam grupę buków imponujących wielkością, rosnących na brzegu lasu, przy dróżce wybiegającej na otwarte przestrzenie łąk, ale… nie pamiętam, gdzie je widziałem.
Wspominam wiele takich nie przypisanych do konkretnego miejsca buków; każdy z nich dokłada swoją cząstkę, sobie charakterystyczny szczegół, do obrazów budzonych we mnie na myśl o tych ładnych drzewach.
Pamiętam grupę buków oglądanych we mgle; były ciche, jakby uśpione, majestatyczne, surowe, ukrywające gałęzie we mgle; stojąc wśród nich, przez chwilę poczułem się jak wędrowiec mający parę dni drogi do ludzkich sadyb; jakbym był w nierealnym świecie stworzonym tęsknotą do życia w harmonii z naturą. Pamiętam buki widziane w deszczowy dzień zimy, gdy jedynym kolorem były liście buczków przycupniętych u stóp ołowianych olbrzymów w czarnych zaciekach deszczu, pod burym niebem. Wiele razy podziwiałem ich monstrualne korzenie rosnące tak, jak ciasto wylewające się ze zbyt małej dzieży: pęczniejące i wypełniające sobą wolną przestrzeń. Uroda brzóz jest dla mnie jednoznacznie kobieca, buki natomiast są męskie. Te drzewa są mocne, ich pnie prężą muskuły niczym niewolnik dobywający się z marmuru rzeźby Michała Anioła; stare okazy miewają liczne zgrubienia jak sterane pracą ciało cieśli, a ich potężne korzenie są wielkimi łapami chłopa nienasyconego w swoim pożądaniu ziemi. Pamiętam, gdzie sterczy próchniejący pień metrowej średnicy z mini dziuplami wydłubanymi dziobami ciekawskich ptaków, ale też noszę w sobie obrazy całych łanów bukowych młodniaków wystrojonych ładnymi brązami swoich liści; widzę nad nimi wysokiego, silnego, barczystego buka i wydaje mi się, że jego konary są jak skrzydła opiekuńczej kwoki kryjącej swoje pisklęta. Lubię jeść bukowe orzeszki, mają wyborny smak, a polna lub leśna dróżka przysypana łupinami bukwi jest dla mnie jednym z symboli złotej jesieni.
Razem ze strumieniem wyszedłem z lasu, a niewiele dalej przyszła pora pożegnania: strumień spieszył się do płynącego opodal Bobru, ja poszedłem boczną szosą na wschód. Lubię takie drogi. Mają szerokość samochodu, w swoim niezdecydowaniu nie potrafią stu metrów przebiec prosto, a ziemi ledwie się trzymają: gdy wspinają się po zboczu, wydaje się, że na jego szczycie polecą ku niebu, w które celują.
Gdy skończyły się zabudowania wioski i jej ogrodzenia, skręciłem na łąki. Ich otwarta przestrzeń zapraszała, a widoczna na tle nieba linia drzew nie zapowiadała gęstego lasu. Jakież było moje zdumienie, gdy stanąłem między nimi: rosły na krawędzi urwiska, a 20 metrów niżej Bóbr płynął zakolem, niemal pętlą.
Byłem na Janowickim Przełomie.
Podobne miejsce jest po drugiej stronie gór, pod Siedlęcinem: idąc od elektrowni stokiem pod górę, niespodziewanie dochodzi się do urwiska; w dole, między drzewami, migocze woda tej samej rzeki.
Widok przełomu jest przemawiającym do wyobraźni zobrazowaniem słów o tej cichej wodzie, która brzegi rwie. Przecież niemożliwe – mówi nasza wyobraźnia – żeby ta spokojnie płynąca woda tak wydrążyła skały góry; przecież skały są tak twarde, a woda miękka! Jednak możliwe, tylko nasza wyobraźnia sprawdza się w ludzkim przedziale czasu, bezradną stając się już wobec tysiącleci, a miliony lat są dla niej abstrakcją.
Gdy wyszukaną ścieżką zszedłem ku rzece, przeżyłem dwa miłe spotkania: zobaczyłem kilka przylaszczek, a gdy klęknąłem przy nich, na dłoni usiadła mi biedronka i wcale nie miała ochoty odlecieć.

Nieco dalej szedłem zielonym zboczem innego wzgórza. Zrazu było wysokie i strome, a malało w miarę nabierania wysokości, jakby poddawało się mi; szedłem wpatrzony w falistą, wyraźną linię granicy zieleni i błękitu, ziemi i nieba, bliskości i dalekości. Na jego obłym grzbiecie przywitały mnie dal, polny wiatr niosący niepokojące zapachy wiosny i skowronkowe śpiewy. Ponad dachami wioski, w oddali zobaczyłem nitkę drogi biegnącej zakolami po bezkresie pól i zapragnąłem pójść tam. Z mapy dowiedziałem się, że w pobliżu wznosi się Krzywa Góra, wzgórze najbardziej wysunięte na południe w moich górach i dotychczas mi nieznane.

Powinienem wyrażenie „wznosi się” dać w cudzysłów: parę razy otwierałem mapę w daremnym poszukiwaniu tej góry. Zlokalizowałem ją dopiero według przebiegu linii kolejowej, dróżki biegnącej obok i brzegów lasów, ponieważ sam szczyt jest małym wybrzuszeniem pola, niewidocznym już z odległości paru setek metrów. Nieco niżej płynie strumień Kręta (lub Zakręta), umowna granica Gór Kaczawskich.
Polami zielonymi od ozimin, pod niebem wybłękitniałym słońcem i ptasim śpiewem, poszedłem na północ, ku grupie wzgórz (ale takich prawdziwych, na których można się zasapać) między Sośniakiem a Popielem; tylko te dwa mają swoje nazwy, pozostałe są bezimienne, ale wszystkie zadziwiają widokami i własną urodą. Podchodząc zboczem jednych, widzi się w oddali potężniejące szczyty Gór Wałbrzyskich, na stokach innych zagląda się w głąb Gór Kaczawskich, w stronę Połomu, Skopca i Okola. Polubiłem tamte miejsca od pierwszych chwil włóczenia nimi, a kilka powrotów nie odebrało im uroku. Dzisiejsze godziny raczej dodały, wszak rzadko mam okazję widzieć swoje góry w słońcu. Od podstawy Popiela spływa ku wiosce dolina, która kiedyś, oglądana z przeciwnej strony, od Gór Ołowianych, zauroczyła mnie tak, że zmieniając plan dnia, poszedłem ku niej. Dzisiaj na jej zboczu odkryłem piękną kępkę świerków samotników. Gdy stałem pod nimi, w głębokim cieniu ich niskich i gęstych gałęzi, dolina widoczna pomiędzy nimi wydała się jeszcze ładniejsza: uwalniając się z więzów świerkowych korzeni, płynęła w dół jasna, uśmiechnięta, zapraszająca.


W godzinę później wszedłem na szczyt Popiela, chcąc z jego wysokości pożegnać dzień. Dla świerków była już noc, ale na gałązkach róży rosnącej obok słońce zapalało barwy zachodu.
Dal w górach ma barwy trudne do nazwania, lekko zaznaczone, niejednorodne, zmieniające się pod wpływem nawet niewielkich zmian oświetlenia. Daleka ściana Karkonoszy początkowo była niebieskoszara, kolor, jaki nabierają szare i ciemnozielone górskie zbocza oglądane z odległości wielu kilometrów. Później niskie słońce dodało do tej barwy odrobinę pyłku szafranowego, zmieniając w ten sposób jej urodę i temperaturę: stała się ciepła i ładna, jakby górski łańcuch poprószony został złotym pyłem. Zmiany w żadnej chwili nie były szybkie ani intensywne, ale wyraźnie widoczne i obejmujące całą dal. Każde pasmo górskie, niemal każdy szczyt, miały inne odcienie barw i podlegały indywidualnym przemianom zależnym od ich odległości, wysokości i ustawienia do słońca.
Gdy te zachodziło, wszystkie barwy przeniosły się na niebo, góry zostawiając coraz bardzie szare, niknące w mroku. Po zachodzie cała dal była czernią, która ostrą, nierówną linią odcinała się od intensywnych kolorów nieba dosłownie pałającego światłem.






Na bliskich krzewach i na trawach było inaczej: barwy intensywniały, jednocześnie tracąc jasność, a w końcu w ciągu ledwie minuty ten spektakl przemian załamał się: kolory zszarzały i znikły, a od dołu, po zboczu ze świerkami, szedł mrok. Tylko łuna na niebie intensywniała jeszcze długo.
Ociągając się, patrząc na zachód, schodziłem ku szosie, na której zostawiłem samochód.


Ten sezon minął wyjątkowo szybko. Każdy kolejny rok mija szybciej, każdy staje się cenniejszy.
W „Pustyni miłości” Francois Mauriac, francuski noblista, napisał o studni czasu, do której bohater powieści nie miał co wrzucić. Moja wypełnia się szybciej niż chciałbym – i tak jest dobrze, tak być powinno, mimo moich protestów.












środa, 29 marca 2017

O upływie czasu


250317

Z czasem dzieje się coś dziwnego. Jeśli przynosi niemiłe przeżycia, dzień potrafi się wlec bez końca niczym nitka smoły, by użyć porównania Gołubiewa, jednocześnie dni pędzą nieprzytomnie, godziny zamieniając w minuty. Ranek zbliża się do zmierzchu, po wtorku od razu jest piątek, jesień styka się z wiosną, a ta jest tylko chwilą rozciągniętą na ramach jednego dnia.

Przecież pamiętam dobrze: miesiąc temu wyjechałem w góry po raz pierwszy, dwa tygodnie temu pojechałem do domu, na świąteczny urlop, a wróciłem wczoraj i oto siedzę wśród toreb i pudełek, w które zbieram drobiazgi niekoniecznie mi użyteczne, ale potrzebne dla stworzenia namiastki domu. Wziąłem laptopa na podołek i otworzyłem dopiski czując pieczenie oczu. Sięganie po komputer lub książkę jest moim odruchem: gdy coś się dzieje we mnie, ucieczka w słowa pomaga mi zrozumieć siebie, rozładować emocje, ugasić pragnienie czy oddalić smutek. Jutro już mnie tu nie będzie, opustoszały pokój uśnie na półrocze. Gdy któregoś październikowego dnia wejdę do niego, zobaczę go zakurzonym i obcym, ale na drugi dzień, zapełniony mną i moimi rzeczami, na nowo stanie się moim miejscem.

Ale to dopiero jesienią. Teraz gdziekolwiek spojrzę, widzę znamiona upływu czasu budzące  nostalgiczny smutek. Na ścianie wisi urocza maleńka laleczka kupiona przed świętami 2015 roku; dodałem takie figurki do świątecznych prezentów, jedną zostawiając sobie dla jej urody. Biorę ją w palce i oglądam; jest ładna – myślę – a kurz na wysokim kapelusiku wydaje się być materialnym przedstawieniem czasu.

Zbieram książki. W kampingu mało mam miejsca, więc biorę tylko wybrane, a wśród nich dwie stałe towarzyszki: Raj utracony Miltona i tragedie Ajschylosa. Nie zaglądam do nich często, ale lubię je mieć przy sobie. Spod dwóch tomów encyklopedii sudeckiej wysunęła się pożółkła kartka, na której czytam notatki sprzed kilku laty; odkładam ten niepotrzebny papier jak coś cennego. Otwieram pudełko z wkładkami do butów, szukam wśród nich skórzanych, które zabiorę ze sobą dla ochrony stóp w upalne dni; wiele z tych wkładek robiłem sam, a gdy patrzę na nie, wraca miniony czas, droższy i lepszy niż wtedy, gdy przemijał.

Ta cecha naszego ducha budzi we mnie dwa różne odczucia: jest cenna wyzłacając minione lata i chwile, ale miewam też żal do niej o to spóźnione docenianie mojego czasu.

Przez chwilę wybieram parę butów górskich do zabrania, ale mógłbym to robić godzinę albo i cały wieczór, dotykając skóry, wąchając ją, wodząc palcami po szwach i słuchając siebie. Każda ich para ma zdolność przywoływania innych wspomnień, każda ma swoją historię, o wszystkich mógłbym długo pisać; patrzę na nie i widzę obrazy tworzone we mnie. Te buty nie tylko budzą wspomnienia, one mają także zdolność gaszenia mojej tęsknoty, i dlatego zabieram ze sobą jedną ich parę.

Usiadłem w fotelu, chwilę wodziłem wzrokiem po zabałaganionym pokoju, ale przymknąłem oczy słysząc muzykę z kantaty Bacha. Ta jest jedną z moich ulubionych, posłuchajcie jej:

Utwór jest zapisany w katalogu dzieł Bacha pod numerem BWV 84.

Może się nie podobać, wiem. Kiedyś taka muzyka i mnie się nie podobała, jednak później przez ponad rok słuchałem tylko kantat Bacha. Może trzeba się oswoić? Wsłuchać?

Napiszę o dzisiejszej mojej chwili, ponieważ jest a’ propos.

Wysiadłem z ciężarówki i zobaczyłem przy kołach białe drobinki, jakby kwiaty, ale ze względu na ich małe rozmiary pewności nie miałem. Klęknąłem, zmieniłem okulary, nachyliłem się i wtedy zobaczyłem… piękno. Po prostu piękno zaklęte w maleńkie kwiatuszki wiosnówki. Na rozległym trawniku w centrum miasta, o krok od zakorkowanej ulicy, istnieje inny świat, którego bogactwo można dostrzec tylko wtedy, gdy nachyli się ku niemu. Z kantatami Bacha może być podobnie, i nie tylko z nimi.



Jutro po raz ostatni wstanę o trzeciej, zaparzę kubek mocnej kawy i termos herbaty z sokiem malinowym, zapakuję plecak i głęboką jeszcze nocą pojadę na południe, w moje góry. Obiecuję sobie chodzić od świtu do zmierzchu, wykorzystać każdą minutę tego ostatniego dnia, zmęczyć się na szlaku i w ten sposób oddalić tęsknotę na dłużej. Wiem, że ona przyjdzie już za kilka dni, ale tyle mogę: iść. Iść i patrzeć.



Żeby nie było tylko nostalgicznie, dodam swoją… bezradność.:

Jak uczynić stronę google stroną startową? Teoretycznie jest to proste, wystarczy trzy kroki:



„Otwórz przeglądarkę i wejdź na www.google.com

Przeciągnij i upuść tę kartę na przycisk strony startowej. 

Kliknij Tak.”



Wkleiłem tutaj instrukcję skopiowaną ze strony google.
Kilka już razy czytałem tę instrukcję i szukałem zarówno karty, jak i przycisku, ale ani nie udało mi się znaleźć, ani nie doszedłem sposobu przeciągnięcia strony na przycisk drugiej. Odnoszę wrażenie, iż to, co się wyświetlało na ekranie autorowi tych słów, nijak się ma do zawartości ekranu mojego laptopa. Czy ktoś wie, co to jest przycisk strony startowej i gdzie go szukać?

piątek, 24 marca 2017

Alchemia słowa


230317

Czytam książkę „Alchemia słowa” Jana Parandowskiego. Jest o pisarzach: o ich życiu i zwyczajach, o pracowniach i sposobach pracy, o powołaniach i natchnieniach. Jak przy czytaniu każdej książki tego autora, tak i tutaj mój podziw budziła erudycja i mistrzowskie opanowanie sztuki pisania, także cecha mniej wymierna, ale dla mnie urzekająca, mianowicie ciepło. Właśnie na tę wyraźną cechę stylu Parandowskiego zwróciłem uwagę przy lekturze „Wrześniowej nocy”, pierwszej czytanej jego książki.  Z wyżyn swojej wiedzy ten człowiek pochyla się nad życiem zwykłych ludzi i uśmiecha się do nich. Nasze troski i radości nabierają u niego barw i głębi, jaką dać może duża wiedza historyczna i dogłębna znajomość literatury, także obfitujące w wydarzenia życie osobiste, a za nimi rozległa perspektywa patrzenia na świat i ludzi. Czytając książki o antyku, kilkakrotnie zwróciłem uwagę na podobne cechy innych starożytników, wspomnę tutaj Stefana Srebrnego, Władysława Witwickiego i Aleksandra Krawczuka, autorów znanych i pamiętanych przeze mnie. W ich tekstach też czuje się ów spokój dystansu – jakby ślad stoicyzmu – i uśmiechniętą zadumę, pociągający związek piękna i umiłowania wiedzy, więc filozofii w najurokliwszym znaczeniu tego słowa.

Książkę czytam dopiero teraz, mimo iż znam i cenię twórczość Parandowskiego. Doprawdy, nie wiem, skąd takie moje zaniedbanie…

A może tak właśnie być powinno? Może dopiero teraz, gdy sam piszę, przyszła pora na jej przeczytanie?

Nim przejdę dalej, powinienem zaznaczyć, iż nie mam się za pisarza i nawet sam przed sobą nigdy się za niego nie miałem. Nazywam siebie osobą piszącą, co niewątpliwie jest prawdą, skoro od lat piszę niemal codziennie, nierzadko po kilka godzin. Dla mnie pisarzem jest ten, który wydał wartościowe książki, a te zostały zauważone i docenione. Nie spełniam tych warunków, więc nie jestem pisarzem, jednak pisanie jest mi bliskie. Niemal od zawsze będąc pod urokiem słów, książki czytałem od wczesnej młodości, a u progu dorosłości podjąłem pierwszą próbę napisania czegoś własnego. Tamtej powieści nie zdołałem ukończyć, ogrom pracy zaskoczył mnie i przerósł, ale też chyba nie potraktowałem tego zainteresowania poważnie, skoro odłożywszy pisanie na wiele lat, zająłem się pracą.

W tamtych latach bywało, że w ciągu dnia wypełnionego bieganiem za służbowymi sprawami, nagle zatrzymywałem się, zdumiony nigdy niesprecyzowaną zmianą w myślach czy w otoczeniu, i oszołomiony rozglądałem się wokół jak po obcym mi świecie, słysząc w głowie pytanie:

–Co ja tutaj robię??

Gdzie miałbym być i co robić – nie wiedziałem. Takie chwile miewam i teraz, jednak po doświadczeniach minionych lat, gdy w końcu rozpoznałem i zrozumiałem swoją potrzebą pisania, wiem, iż moim światem powinny być słowa.

Początkowo, w dawnych latach, ta potrzeba rzadko się pojawiała, pierwsze takie chwile na pewno były nierozpoznane lub niezauważone, jednak kolejne, z biegiem lat, stawały się głośniejsze i wyraźniejsze, w końcu ta potrzeba stała się przemożnym krzykiem. Pisać! Pisać!

 Nie wiem, jak opisać to pragnienie, skoro dotyczy czegoś odmiennego od pragnienia miłości lub wyjazdu w góry, będąc czysto duchowej i kulturowej natury. Potrzebą wyrażenia siebie? Uchwycenia czasu w tym, co niesie najwartościowszego i zatrzymania go? Zapewne także w ten sposób, ale było też poczuciem tracenia czasu, niespełnieniem, brakiem… czegoś. Któregoś dnia pisałem przez wiele godzin, a były to godziny rzadko się zdarzające – gdy palce nie nadążają za myślą. Wieczorem czułem podrażnienie opuszków palców od tysięcznych muśnięć klawiszy; odczuwanie tego stanu bardzo mi się podobało i ilekroć później miałem puste godziny nad klawiaturą, gdy pisałem i kasowałem, nie mogąc dobyć z siebie nic dobrego, tęskniłem za tamtą nadwrażliwością opuszków palców.

Wszystkie te stany razem są właśnie ową tajemniczą potrzebą pisania, i trudno byłoby mi lepiej ją opisać.

Gdy w końcu poddałem się swojemu pragnieniu i zacząłem pisać powieść, doznałem cudownych przeżyć podobnych do przeżywania pierwszej miłości. Wystarczyłoby kobiecą postać zastąpić pisanym tekstem i klawiaturą, by móc opisywać młodzieńczą miłość i pisanie tymi samymi słowami wyrażającymi nienasycenie, pragnienie bliskości i nierozstawania się.

Później też było podobnie: szaleństwo pierwszych miesięcy, gdy kipiące myśli tylko wokół niej krążyły, gdy świt kończył długi z nią wieczór, zastąpiła uspokojona radość wspólnego czasu. Teraz przeważa satysfakcja z udanych wspólnych godzin, ona gasi tęsknotę, chociaż nigdy na długo. W tym swoim nienasyceniu potrzeba pisania jest bardzo podobna do potrzeby wędrowania, a tym samym słowa i drogi mają cechę wspólną, mimo ich odmienności: jest nią narkotyczny urok.

Podobieństw między pisaniem a miłością jest więcej. Gdy skończę pisanie większego tekstu, trudno mi się z nim rozstać, więc wracam do niego, czytam po raz kolejny, poprawiam jakieś drobiazgi. Jeśli w tekście umieściłem czyjeś życie, osoby te mam skłonność traktować jak dobrych znajomych, nawet przyjaciół, jak realnie istniejących ludzi i trudno mi tak po prostu odsunąć się od nich, by zająć się nowym tekstem. Trudno także dlatego, że odczuwam wtedy pustkę, jakby nic we mnie nie zostało po przelaniu na papier; odczuwam smutek opuszczenia i końca, stany podobne do odczuwanych u kresu miłości, jednak w ostatnich latach rzadko je  miewam, ponieważ w końcu dotarło do mnie, iż dobrych powieści pisać nie potrafię, a krótsze teksty nie wiążą mnie tak silnie.

Może już wrócę do Alchemii. Czytając książkę, nie raz znajdowałem w niej opisy swoich stanów i zachowań, a nawet raz czy dwa trafiłem na miejsca, w których autor wyraża myśli, jakie i ja kiedyś zapisałem w podobny sposób. Pochlebiało mi to podobieństwo, to moje chwilowe, cząstkowe, zbliżenie się do jego poziomu. Sam fakt możliwości porównywania się zmienił mój odbiór książki: uczynił ją cenniejszą, bliższą mi, niemal osobistą. Miałem poczucie egzotyki, gdy dowiadywałem się o czymś mi obcym, lub bliskiej mi swojskości, gdy inne miejsca budziły wspomnienia podobnych przeżyć i działań.

Mój egzemplarz kupiłem używany, w twardej, płóciennej okładce z obwolutą, w dobrym stanie, za pięć złotych. Nie raz zdarzyło mi się kupić bardzo dobrą książkę za symboliczną cenę, a budzi to we mnie przeciwstawne odczucia radości i smutku. Radości nie muszę wyjaśniać, smutek z ludzkich wyborów i gustów, ze świadomości przemijania wszystkiego.

Bardzo mi się podoba tytuł książki: Alchemia słowa. Sam fakt połączenia tych dwóch wyrazów jest w moim odbiorze piękny i jednocześnie znamienny dla autora.

Magia słowa. Czar (od czarów i czarodziejstwa) słowa, ale chyba nie oddalę się zbytnio od intencji Parandowskiego, gdy napiszę o czarującym słowie w rozumieniu słowa pięknego.



Przed oddaniem głosu autorowi powiem, że miałem kłopot z wyborem cytatów, ponieważ w książce zaznaczyłem bardzo dużo miejsc, które szczególnie mnie poruszyły, zaciekawiły lub urzekły, a przecież nie mogłem przepisać tutaj dziesiątek stron Alchemii słowa. Swój wybór ograniczyłem niemal wyłącznie do myśli autora o słowach.



„Godzina twórcza nie ma nic wspólnego z tą, którą odmierzają zegary. Jest jedyna i niepowtarzalna. Nie można z niej ująć kwadransa, aby go zastąpić innym w innej porze. Jest ona szczęśliwym trafem, darem szczególnych okoliczności, łaską losu. Zakłócona lub przerwana nie powróci nigdy. Może i musi jej pracę wykonać inna godzina, lecz cokolwiek przyniesie, nigdy się nie dowiemy, cośmy z tamtą stracili.” Str. 97.



„Magiczna siła słowa tkwi w jego zdolności wywoływania obrazów. Jest ono niewidzialnym znakiem rzeczy spostrzeganych zmysłami.”



„Zamiast obrazków pojawiły się znaki – kliny, linie – i nagle przestały wyrażać pojęcia, zaczęły oddawać dźwięki – sylaby lub zgłoski.

Cóż za przewrót! Dźwięk – bezkształtny, nie mający swego miejsca w przestrzeni, niewidoczny, zaczepiony o czas krótką chwilą, zostawał oto utrwalony na wieki i mógł się wciąż na nowo odzywać, skoro z tabliczki glinianej czy karty papirusu ocuciło go czyjeś rozumiejące spojrzenie. Było to największe zdarzenie w historii kultury ludzkiej.” 138



„Słowo zdobyło ostateczną władzę nad czasem. W swoim orszaku triumfalnym wiodło ku nieznanej i zawrotnej przyszłości ludy, królów, historię, bogów, wracało życie nieboszczykom, po których nie została nawet garść prochów, zaludniło naszą pamięć imionami ludzi, o które nikt by się nie troszczył w parę lat po ich śmierci i o parę mil od ich domu, i mogło czynić takie czary, że kawałek gliny śpiewał, jakby w nim była zaklęta dusza dziewczyny, co niegdyś z tą pieśnią biegła przez łan pszenicy – pieśń, jak urwany w przelocie kwiat maku.” 138



„Pismo arabskie wygląda jak rozsypany i pokruszony tytoń, w indyjskie wchodzi się jak w gąszcz delikatnych gałązek, chińskie można wziąć za ornament, zrodzony z fantazji malarza.” 139



„Od kilkudziesięciu wieków słyszy się, jak dzwonią strzały w kołczanie szybko idącego Apollona, i widzi się ruch boga i jego chmurną twarz. Oto jest cud pisma: zatrzymać na wieki ruch, dźwięk i obraz.” 140



„Przenośnia tak weszła w krew i tkanki języka, że gdyby ją usunąć, nie można by się było porozumieć. Noga stołu, ucho dzbana, głowa cukru, rączka, ujście (czyli usta) rzeki, szyjka butelki, stopy góry – w podobnych przenośniach, których niezwykłości nikt nie odczuwa, ciało ludzkie rozdzieliło swe części między przedmioty nie zasługujące na antropomorfizację. Taka wymiana nazw dokonywa się nieustannie, wystarczy cień podobieństwa, by zespolić ze sobą rzeczy najbardziej odległe.” 161



>Czyjeż to oko pochwyciło podobieństwo między sępem i sową a pewnym stanem duszy i śmiałą parabolą przerzuciło je w przymiotniki „posępny” i „osowiały”? Czyj to śmiech zakrzepł na wieki w czasownikach „stchórzyć”, „zbaranieć”, „najeżyć się”?

Kto utrwalił niezwykłe asocjacje w wyrażeniach „kipieć z gniewu”, „cienko prząść”, „zabić w głowę klina”? Kto połączył w jedno dwa wrażenia zmysłowe, mówiąc „ostry głos” (…)? Kto zatrzymał w locie żurawia i kazał mu się pochylić nad studnią? Nigdy się o tym nie dowiemy. Zanim późniejsze nieporozumienie stworzyło wyraz „sędziwy”, brzmiał on „szedziwy” i głowę przyprószoną siwizną czynił podobną do zimowej baśni drzew okrytych szedzią. W „zgryzocie” tkwi czasownik „gryźć”, a w „trosce” – „trzaskać”. Bóg, zboże, bogaty, ubogi tworzą łańcuch metafor, wiążący niebo, ziemię i dolę człowieczą.< 161, 162



„Słowo jest potęgą. Utrwalone w piśmie, zdobywa nie dającą się obliczyć ani przewidzieć władzę nad myślą i wyobraźnią ludzi, panuje nad czasem i przestrzenią. Tylko myśl uchwycona w sieć liter żyje, działa, tworzy. Wszystko inne roznosi wiatr. Każdy postęp w rozwoju umysłu ludzkiego, wszystkie jego zdobycze narodziły się kiedyś wśród tych wątłych badylków, wschodzących na karcie papieru. Krople atramentu biegną w żyłach kultury.” 321


czwartek, 16 marca 2017

O skałach we mgle


120317
Skały Janowickich Garbów w Rudawach Janowickich.
 Już wyjechałem za miasto, gdy uświadomiłem sobie, iż dokumenty zostały w szufladzie biurka; wracałem, a Janek czekał dwadzieścia minut, jednak warunki jazdy były na tyle dobre, że jeszcze przed siódmą wyszliśmy na szlak. Plan trasy zastąpiliśmy chęcią poznania skał Janowickich Garbów w Rudawach, w rezultacie ledwie minęliśmy bramę, musieliśmy poradzić się mapy, w którą stronę mamy iść. Cała dzisiejsza wędrówka taka była. Bardziej przypominała nieśpieszne włóczenie się po omacku, niż zmierzanie w określonym celu.
Ranek przygnieciony był chmurami, ale nie przejąłem się tym; może z powodu wiary w prognozę synoptyków zapowiadających sporo słońca. Zamiast słońca mieliśmy mgły, chwilami bardzo gęste, a i twardy, zmrożony śnieg sypnął dwa razy. Piszę o warunkach pogodowych właściwie z przyzwyczajenia, ponieważ rzadko się zdarza, żeby chmury i mgły tak mało przeszkadzały na trasie jak dzisiaj. Owszem, do zrobienia zdjęć tak, ale też tylko wtedy; padający śnieg ledwie zarejestrowałem świadomością. Dlaczego? Właściwie nie wiem. Może po prostu dlatego, że dobrze się szło?
 Szliśmy przed siebie, później decydowaliśmy się na zawrócenie, na wejście w jakiś boczny dukt, albo na zanurzenie się w gęstwinę młodniaka mającą być najkrótszą drogą do skał widocznych między drzewami. Zarządzaliśmy przerwy na herbatę lub pogaduszkę, kręciliśmy się wokół ładniejszych miejsc, a trafiwszy na odkryty stok góry, rozsiedliśmy się na pniakach chcąc popatrzeć na Sokoliki zamykające horyzont. Czasami szliśmy wybierając kierunek na wyczucie, a gdy między drzewami pojawiały się jakieś bezimienne skały, skręcaliśmy ku nim; za nimi wyłaniały się z mgły następne skały, więc szliśmy i tam, niemal zapominając gdzie iść mamy.
Nieodpowiedzialna beztroska? Ależ nie! Te góry są niewielkie, trudno w nich zabłądzić; w najgorszym razie dotrze się do celu o godzinę później. To urok swobodnego wędrowania, także nawyk przyniesiony z moich gór, w których ani szlak, ani droga, nie ograniczają moich wyborów.
Pierwszą znalezioną grupę skał, Klapaucjusza i Decjusza, z trzech stron otacza leśna droga; tuż obok wznosi się szczyt Garbów, a za nim następne skały. Nim poszliśmy tam, poznaliśmy bieg drogi w obie strony.


Dla porządku zaznaczę, że według mapy mianem Janowickich Grabów określa się pasmo wzgórz, jednak mapa wskazuje  też najwyższe wzniesienie, bez podanej nazwy; właśnie te  nazywam tutaj szczytem Garbów.
Gdy Janek uznał, że idąc drogą na południe dotrzemy do Rozpadłej, po prostu poszliśmy przekonać się naocznie. Cóż, w końcu przyjechaliśmy połazić po rudawskich lasach dla skał. Sto metrów dalej dukt rozwidlał się na dwie identyczne odnogi: w lewo, czy w prawo? Poszliśmy w prawo, ale później i lewą odnogę zbadaliśmy. Za następnym skrzyżowaniem przekroczonym trochę na wyczucie, trochę według ukształtowania terenu, trafiliśmy na Rozpadłą. Tak nazywa się pękniętą skałę, ale wspólnie uznaliśmy, że nazwa ta powinna dotyczyć całej niemałej grupy skał wyglądających tak, jakby młoty gigantów rozłupały wielkie bloki skalne na wiele mniejszych, lecz nadal dużych skalnych złomów. W ich układzie jeszcze można wyczuć impet tamtych nieludzkich ciosów, do których wieki później przyłączył się człowiek łupiąc skalne ściany i zostawiając po sobie studnie kamieniołomów. Na dnie jednego z nich jedliśmy posiłek, a ich tradycją jest karmienie mnie przez Janka pieczonym kurczakiem. Ogryzałem kości patrząc na pionową kilkunastometrową ścianę: w połowie jej wysokości biegła ciemna krecha pęknięcia, a tam, gdzie była szersza, znalazł dla siebie miejsce mały buczek. Zauważyłem go dzięki ładnym, żywym kolorom jego liści dobrze widocznym na tle szarej ściany granitu. Kolorowa plama przyciągała wzrok i budziła myśli o uporczywości życia.
Szliśmy po omszałych kamieniach, między skałami wbitymi w zbocze, a te rozstępowały się przed nami niczym rozsuwająca się kurtyna pokazująca głębię sceny. Chyba krzyknąłem, gdy zobaczyłem wielkie konary buka. Drzewo stoi u podstawy skalnej grupy, jego rozmiary są pomnikowe, ale największe wrażenie czynią konary: masywne, liczne, stromo wznoszące się, ale nie w postaci prostych strzał, a raczej falujących ciał węży. W świerkowym lesie, pod chmurnym niebem, na tle szarych skał, ich gładka kora o odcieniu zmatowiałego ołowiu uczyniła na mnie duże wrażenie.
Później rozmawiałem z moim towarzyszem o tym widoku i naszych wrażeniach; doszliśmy do wniosku, że w słoneczny dzień widzielibyśmy innego buka, nie tego, który dzisiaj wydał się tworem z baśni. Nie tych jasnych, dziecięcych, a ciemniejszych i trudniejszych baśni dla dorosłych, w których przestraszony człowiek zmierza się z potęgą surowej przyrody widząc w niej wroga, ale później, poznawszy, nie tyle jej ulega, co w zdumieniu odkrywa piękno wyniosłe i obojętne na jego poczynania.
Drugi koniec naszej drogi łączy się z żółtym szlakiem przy Krowiarkach. 



Przechodziłem już wcześniej obok tych skał, ale ze szlaku niewiele ich widać, wydają się zwykłymi, tuzinkowymi skałami. Powinienem wtedy stanąć na mostku i zadrzeć głowę, a zobaczyłbym pionową ścianę o narożniku tak prostym, jakby był ucięty. Wdrapaliśmy się wyżej, do podstawy skał, później obeszliśmy je wchodząc na ich szczyty, a w każdym miejscu, z każdej pozycji, skały widzieliśmy inne i równie ciekawe. Na górze zielone mchy, trawy, liczne kępy jagód, drzewa – zwykły las, zdawałoby się, i tak jest, póki nie podejdzie się na jego skraj. Tam nagle, bez żadnej zmiany i ostrzeżenia, wszystko niknie wzdłuż zygzakowatej linii obrywu, za którą zionie kilkunastometrowa przepaść. Podobnie jest na krawędzi Urwiska Batorowskiego w Górach Stołowych, a niektóre formy skał – tutaj, ale także i w innych miejscach Rudaw – przypominają Głazy Krasnoludków koło Gorzeszowa.
Ze szczytu Głazów jest daleki widok, ale ten zaczeka na nasz powrót, na dzień bez mgły. Wśród niewielkich skał szczytowych zwraca uwagę pojedyncza kolumna skalna kojarząca się ze stojącym i zamyślonym człowiekiem. Nieco dalej jest kolejne wypiętrzenie ze skałkami i okazałym bukiem. 




Uwagę i wyobraźnię przyciągał kontrast widoczności: ostro zarysowane kształty buka i bliskich głazów, dalsze skały stopniowo coraz mniej wyraźne, a ostatnia ledwie zarysowana na mgielnej ścianie; blisko widoczne kolory, a na nieodległym krańcu widoczności tylko zamglone szarości. Tam właśnie stoją pierwsze duże skały z całej jej grupy. Są to Prezes, Gubernator, Zakonnik i Maczuga. Trudno przyporządkować nazwy do skał, jako że nadane zostały na zasadzie bardzo luźnych skojarzeń. Dopiero później, gdy dotarliśmy do ostatniej grupy skalnej, zobaczyliśmy maczugę, rozmiarem pasującą do Heraklesa. Mapa jak to mapa: mimo małej skali i miejsca do prawidłowego postawienia znaków, grupuje te skały w odległości stu metrów, gdy w rzeczywistości ustawione są w szeregu długością przekraczającym połowę kilometra. Swoje dołożyła mgła, no i w rezultacie całą tę skalną grzędę odkrywaliśmy na raty: spod pierwszych skał zobaczyliśmy drugie, spod drugich następne i kolejne. Miało to swój urok, wydłużając i zwielokrotniając miłe chwile zobaczenia kolejnych skał. Czasami odnosiłem wrażenie, iż skały i drzewa nie tyle dostrzegałem będąc bliżej, co raczej one materializowały się przede mną wypływając z niebytu. Szare światło i mgła odebrały skałom i ich otoczeniu kolory i łatwy urok, ten pocztówkowy, przydając surowości, powagi i tajemniczości, budząc myśli o przyrodzie jako o bycie niemal osobowym, istniejącym tylko dla siebie. 



Niemal wszędzie w tych górach są wydeptane ścieżki przy ładniejszych bądź popularniejszych skałach, a w połowie szeregu tych skał nie widać było żadnych śladów.
A może nikt nigdy nie zauważył tych skał i dopiero my je odkrywamy? – pomyślałem i powiedziałem o tym Jankowi, co było początkiem naszych fantazji i okazji do śmiechu.
Prowadząc, obszedłem podnóże jednej ze skał, ale półka kończyła się ślepo, a druga była zbyt nisko, żeby zejść do niej. Zawróciłem kierowany jedną z naczelnych zasad w górach: nie skakać! Jeden stopień w dół, drugi, półka na pół buta, drzewko, którego można się przytrzymać, a niżej gęstwina młodniaka. Przedarłem się, ale jakaś gałąź rozdrapała mi policzek do krwi. Dlaczego pchałem się w taki gąszcz? Z góry wydawało się to miejsce łatwe do przejścia… Dalej rzeczywiście było już łatwo i oto ostatnia grupa skalna, ta z maczugą. Jak kilka już razy tego dnia, zatańczyłem swój „wysoczek”, taniec oczarowania spontanicznie wykonany po raz pierwszy na szczycie Wysoczki w Górach Kaczawskich. Jego kroki są łatwe: po prostu człowiek kręci się w kółko nie wiedząc gdzie patrzeć, bo wszędzie jest ładnie i wszystko chciałby zobaczyć. Muzyka do tego tańca nie jest potrzebna, oczy szeroko otwarte owszem. Zamiast dłoni partnerki, można trzymać aparat, ale nie jest to konieczne.
Z ociąganiem, bez pośpiechu, wracaliśmy, jednak nie po śladach. Ponieważ po zachodnich zboczach Garbów wałęsali się niedawno faceci z warczącymi piłami, na sporej połaci nie ma drzew, ale są pniaki mogące pełnić rolę stołków, jest i dal z widokiem na Sokoliki. Bliżej, na stoku, ostały się nieliczne świerki. Rosnąc w gęstym lesie pozbyły się dolnych gałęzi, i teraz, nagle osamotnione, już niepotrzebnie tak wysokie, przyciągały wzrok swoją wyrazistością na tle zamglonych lasów w oddali i oryginalnymi kształtami. Widok warty kontemplacji i kubka herbaty z sokiem malinowym.





Przedłużyliśmy powrót idąc okrężną drogą, a i do niej dodawaliśmy zwiady na boki – po prostu szkoda było wracać.
Ponieważ do zmierzchu brakowało godziny, a odległość była niewielka, przeciąłem szosę numer trzy i boczną drogą pojechałem do Komarna, chcąc pokazać Jankowi miejsce na dom z najładniejszym widokiem w Górach Kaczawskich. Po drodze pokazałem zbocze Dudziarza z laskiem różanym, największym takim laskiem w moich górach; wjechałem też w wąziutką uliczkę wioski dla zobaczenia pięknie zadrzewionej działki z domem ukrytym w zieleni, a na koniec zaparkowałem tam, gdzie z okien domu widać byłoby sporą część Gór Kaczawskich, niemal całe Rudawy i wielką, od końca do końca widoczną, ścianę Karkonoszy. Dzisiaj nie widzieliśmy jej, ukrytej za mgłą, ale mam nadzieję, iż mój towarzysz potrafił ją sobie wyobrazić i miejsce się spodobało.
Z definicji nie może być gór ładniejszych niż najładniejsze Góry Kaczawskie, ale jasne lasy rudawskie i ich niepoliczone skały lokuję niewiele za moimi górami. Będę tam jeździć.
Z Jankiem rozstałem się na siedem miesięcy, więc dopiero jesienią zaproponuję mu ciąg dalszy naszych rudawskich peregrynacji.






czwartek, 9 marca 2017

Skowronki, dal i głębia, czyli o matematyce na szlaku


050317
Mysłów, wokół Osełki, skały na Lubrzy, Przełęcz Rochowicka, wokół Lisianki, wzgórza między Starymi i Nowymi Rochowicami, Zbójecki Kamień, Głogowiec, stokami Bukowinki i Żeleźniaka do Radzimowic, Mysłów.


Myślałem o skałach w lasach Rudaw, ale że prognozowano ładną pogodę, ułożyłem sporą pętlę po otwartych przestrzeniach Gór Kaczawskich. Niemal całą znałem, ale w tych górach już nie znajdę całodniowej nowej trasy. Siedząc nad mapą, plan wypełniał mi się szczegółami trasy, a każdy budził ciepło wspomnieniem: na zboczu Owczarka odwiedzę brzozę pilnowaną przez kilka świerków, w lasach Lubrzy sprawdzę, czy pamiętam drogę do tej ładnej, wysokiej skały ukrytej przed ludźmi, a gdy już tam będę, pójdę w stronę Grodzika, na polanę z cudnym widokiem. Oczywiście dróżka pod Rochowicami, ta, która wybiega spomiędzy drzew na otwarte przestrzenie i pędzi ku sąsiednim wzgórzom, a że na jednym z nich rośnie grubaśny głóg, a niewiele dalej tryska źródełko Polnego Strumienia, pójdę i tam.
Snułem plany przypominające układanie listy odwiedzanych przyjaciół.
Powrót był możliwy dłuższą lub krótszą trasą – w zależności od czasu – a to ważne na długich trasach, żeby nie pędzić w drodze powrotnej.
Czasu miałem coraz mniej, mimo coraz dłuższego dnia. Jeszcze trzy wyjazdy. Tylko trzy – i swojego opla zmienię na firmową ciężarówkę, kończąc wyjazdy w góry na całe półrocze. Dzisiaj kilka razy zbaczałem gdzieś chcąc zobaczyć wspomniane miejsce, pchany natrętną myślą o nieznanym czasie przyszłym.

Samochód zostawiłem w Mysłowie, na zwykłym miejscu, i już kwadrans przed siódmą byłem na przełęczy: w dole wioska, na wprost wysoki masyw Lubrzy, po sąsiedzku ładniutka Osełka, za mną wiele innych gór. 




Niebo było zachmurzone, nie widziałem Eos, ale było ciepło, a powietrze przejrzyste. Z wielu miejsc na szlaku widziałem dalekie szczyty Gór Kamiennych i Wałbrzyskich, ale jedynie obłego kształtu Chełmca pod Wałbrzychem byłem pewny. Widziałem Góry Sowie i samotną Ślężę. Na Wielkiej Sowie, górze odległej o ponad 40 kilometrów, widziałem wieżę widokową; albo tak mi się wydawało... Już po powrocie, chcąc nad mapą upewnić się w swojej identyfikacji paru szczytów, nabrałem jedynie podejrzeń. Chełmca nie pomylę z inną górą, ale mapa kazała mi poprzestawiać inne szczyty. Nic to, ważne, że wzrok leciał daleko.
W czasie typowej mojej wędrówki rzadko robię przerwy, jeszcze rzadziej usiądę, a to z powodu zimna i błota; natomiast dzisiaj, w ciepły i suchy dzień, smakowałem wędrówki z częstym przysiadywaniem na miedzach i patrzeniem w dal.
W pobliżu wioski obejrzałem mury kamiennego wiatraka, którego jakimś cudem nie widziałem do tej pory. A może była to wieża czarnoksiężnika? Raczej tak, bo co to za wiatrak bez skrzydeł? 



Skały w lasach Lubrzy znalazłem bez problemu. Leśna dróżka biegnąca zboczem góry przy tej wyższej skale jest urocza; ilekroć tam jestem, idę nią, wracam, oglądam się, staję i patrzę, niezmiennie zauroczony. Nieco dalej inna dróżka wyprowadza na kraniec jęzora łąk wrzynających się w lasy. To magiczne miejsce nagłego otwarcia dalekiego widoku i powitania dali. Jedno z ładniejszych miejsc w tych górach, jedno z moich miejsc.



Schodząc, zaplatałem się, ale szybko ustaliłem właściwy kierunek, i jak kilka godzin później, na innej górze, poszedłem na przełaj, w dół między świerkami lasem czystym i widnym. Zmierzałem ku Przełęczy Rochowickiej, a mijając wioskę, widziałem kilka drzew, które zatrzymały mnie. Oto lipa i wierzba: rosną po przeciwnych stronach strumyka, tuż obok siebie; na wysokości piersi dwa grube ramiona wierzby obejmują kibić pochyłej lipy, wspierając ją, a ta nie broni się, wtulona w masywne konary sąsiadki. Nieco dalej, przy tej samej wiejskiej uliczce, rośnie większa lipa, stara i wypróchniała; w wielkiej dziupli widać… nie wiem co widać. Jakby kilka nowych drzew wyrosło w starym. A raczej jakby stare drzewo, czując niepewność swojego podparcia, młodymi konarami wzmocniło swój stary pień. Nie są to odrosty mające swoje gałęzie i liście, a filary podpierające pień od wewnątrz. Nigdy nie widziałem takiej drzewnej konstrukcji.



Za przełęczą spotkałem emerytowanego nauczyciela, rozmawialiśmy dłuższą chwilę znajdując wspólne tematy, i tylko czas nie pozwolił mi kontynuować miłej rozmowy.
Między dwoma wioskami noszącymi miano Rochowic, na długich, łagodnych stokach opadających w dolinę, ku wiosce, falują łąki zdobne niewielkimi zagajnikami i kępami krzewów. Tu i tam zbocza przedziela dolinka ze strumieniem na dnie, jakaś niezdecydowana droga sunie zakolami po stokach, w kilku miejscach łąki pęcznieją niewielkimi wzgórkami. 






Na jednym sterczą przedwieczne skały, na innych rosną róże. W takim miejscu, w pobliżu różanych krzewów, w otoczeniu szpaleru czarnego bzu, rośnie największy głóg, jaki widziałem w tych górach; właśnie o nim wspominałem wcześniej, chcąc popatrzeć na niego. Ma postać drzewa z jednym pniem o średnicy przynajmniej pół metra, który na wysokości kolan rozgałęzia się, a wyżej jego konary tworzą niesamowity gąszcz wygiętych i splątanych gałęzi. Musiałem zdjąć plecak i dosłownie przedzierać się przez mur bzu, żeby zrobić zdjęcia.


 Niewiele dalej ma źródło strumyk nazwany przeze mnie Polnym Strumykiem; jego też odwiedziłem. Na brzegu dużego pola, przy różanym krzewie, w niewielkim zagłębieniu leży kamień, a spod niego wypływa woda. Strumyk jest szerokości dłoni, a pięć metrów dalej wpada do innej strugi. Kto wie, może należy mu się tytuł najkrótszego strumienia kaczawskiego? Dla mnie jest jednym z najładniejszych. Siedząc przy nim słuchałem skowronków, a i widziałem te drobiny-ptaszyny zwiastujące wiosnę. Chciałbym kiedyś usiąść przy tym źródle w porze kwitnienia róż; chciałbym zobaczyć te stoki wokół zielonymi, w kwiatach i w zapachach; chciałbym posłuchać szmeru źdźbeł traw i buczenia pszczół. Chciałbym poznać letnie Góry Kaczawskie.


W okolice Lisianki i na wzgórza między Rochowicami wrócę, mimo iż byłem tam już parokrotnie.
Strumień wyznaczał najdalszy punkt mojej trasy, więc nieśpiesznie wracałem.
Zatrzymałem się pod wielką wieżą kratową z antenami GSM, i z przyjemnością technika patrzyłem na wielostopniowe usztywnienia konstrukcji: długa belka wspierająca główne ramiona wieży podparta była w połowie długości dwiema mniejszymi, a te wzmocnione kolejnymi, jeszcze mniejszymi beleczkami.
Chodziłem między skałami Zbójeckiego Kamienia słuchając wrażenia budzonego we mnie widokiem takich miejsc. Wiele już razy pisałem o niepokojącym kształcie skał, ale dopiero dzisiaj uświadomiłem sobie, dlaczego odczuwam niepokój. Otóż w tych skałach nie ma żadnego ładu, żadnej prawidłowości ani przewidywalności. Ich kształty są zmaterializowanym chaosem, dodatkowo wspomaganym połamanymi i próchniejącymi resztkami drzew. Na jednej ze skał wyrasta wielopienna lipa. Właśnie patrząc na jej osiem czy dziesięć pni, czując w sobie odmianę wrażenia, zrozumiałem, że patrzę na jedyny przewidywalny i swojski, nie poddający się chaosowi, element otoczenia.

Miło jest wejść w las i wiedzieć, co czeka mnie za zakrętem, wiedzieć, gdzie skręcić, by wyjść u celu. W najwęższym miejscu przeszedłem las idąc w stronę Głogowca. Pole za lasem pamiętam z innej mojej wędrówki, gdy w błocie topiłem buty; dzisiaj szło się dobrze, ziemia była twarda i sucha.
Na szczycie tej góry rozejrzałem się za głogami, no bo skoro byłem na Głogowcu… Nie ma ich tam wiele, ale jeden ze znalezionych jest dużym okazem. Stojąc tam, jest się jakby w innych górach: las, przez który przechodziłem, rośnie na grzbiecie zasłaniającym te wszystkie góry i pagórki, którymi chodziłem wcześniej, a wokół widzi się inne szczyty kaczawskie – niewidoczne stamtąd.
Już na tej górze wiedziałem, że wracać mogę dłuższą drogą, przez Żeleźniak, a skoro tamtędy, to odwiedzając szyb Luis, pozostałość starej kopalni miedzi.
 Byłem tam kiedyś i chcąc zmierzyć głębokość, szukałem kamienia. Nie znalazłem, wszystkie leżące w pobliżu okruszynki skalne już zostały wrzucone do szybu, więc teraz, nauczony doświadczeniem, zabrałem ze sobą kawałek Głogowca. Szyb jest przy szlaku, a ten biegnie podnóżem góry, jednak idąc w tamtą stronę, odruchowo poszedłem górną drogą, w stronę widokowej dróżki, którą niedawno zmasakrowano spychaczami. 


Chyba po raz pierwszy nie padał deszcz, gdy tam byłem, a na dowód tej wyjątkowej łaskawości aury zrobiłem kilka zdjęć. Zajrzałem w głąb doliny, a leży ona ponad 100 metrów niżej, to sporo jak na standardy kaczawskie, zagapiłem się w dal, chyba po raz pierwszy widzianą w tym deszczowym miejscu, i zawróciłem.
Dla mnie naturalne już jest chodzenie po Górach Kaczawskich bezdrożami – ot, po prostu idę tam, gdzie chcę. Normalne. Jednak czasami uświadamiam sobie ten fakt jako oznakę swojej zażyłości z tymi górami, ich swojskości i mojej swobody – jakbym był u siebie. Wróciłem z widokowego miejsca do duktu, przeciąłem go i poszedłem w dół stromego zbocza porośniętego świerkowym borem wiedząc, że niespodzianek po drodze nie będzie, a w dole trafię na niebieski szlak i szyb. Taka swoboda wędrowania sprawia mi przyjemność.
Szyb jest czarną dziurą w ziemi przykrytą masywną kratą ze stalowych prętów, a na sąsiednim drzewie wisi tablica z napisem „Wstęp wzbroniony”. 


Ilekroć widzę to okropne słowo, zastanawiam się, dlaczego powszechnie używane jest w takich oficjalnych zakazach – i tylko tam. Dlaczego nie „Wstęp zabroniony”? Tamto słowo pasuje mi tylko w jednej sytuacji: gdy wzbrania się kobieta. Przed aktem, na przykład. Aktem fotograficznym, oczywiście.
Jeśli już o słowach, napiszę o dziwnym zwyczaju pisania potworka na etykietach. Brzmi na ogół jakoś tak: data przydatności do spożycia – patrz na zgrzewie. Dlaczego nie normalnie, po polsku?: data przydatności do spożycia podana jest na zgrzewie.
Nad kratą uświadomiłem sobie, że nie mam zegarka z sekundnikiem. Trudno, pomiar będzie mniej dokładny: puściłem kamień i odliczałem sekundy wypowiadając liczbę 121. Wyszło mi, że lot kamienia trwał niecałe cztery sekundy. Teraz wzór. Gmerałem w pamięci i… zapomniałem. A przecież kiedyś pamiętałem! Stałem na tą dziurą w ziemi próbując wyprowadzić go, ale nie wiedziałem, jak skrócić kwadrat czasu. Chodzi o przyśpieszenie ziemskie, a te podawane jest w metrach na sekundę do kwadratu. Mam otrzymać metry, więc jakoś trzeba mi zgubić te kwadratowe sekundy, no i… nie potrafiłem. Dopiero wieczorem, przy komputerze, widząc wzór, puknąłem się w czoło: takie proste! Połowa iloczynu przyśpieszenia i kwadratu czasu lotu da drogę, czyli głębokość szybu, a te kwadraty same się zredukują, będąc w liczniku i w mianowniku. Kalkulator wyświetlił mi 70 metrów, pomiar mało dokładny, ale przecież nie o wynik chodziło, a o zabawę. Byłem z siebie zadowolony, zwłaszcza wspominając ten kamień, który niosłem w kieszeni parę kilometrów.
Pod wsią zobaczyłem stado koni, a po chwili zaskakującą scenkę: podjechał samochód, wyskoczył z niego chłopak i z wyciągniętą ręką szedł do jednego z koni.
– Nie do niego! – krzyknął kierowca – Idź do niej. – pokazał palcem – Za nią pójdą!
Konie, jak się później dowiedziałem, poszły sobie na daleki spacer korzystając z uszkodzonego ogrodzenia. Chłopak niósł cukier, a kobyła okazała się być łakomczuchą. Sprowadził ją na drogę i poszedł z nią; pozostałe konie po dłuższej chwili ruszyły za nimi kłusem.
Piękny jest widok tabunu pędzących koni. Zdaje się, że to Anglicy wyróżnili te trzy przykłady piękna: kobieta w tańcu, łódź pod żaglami, koń w biegu. Zgadzam się z nimi, chociaż wolałbym listę rozszerzyć.
Uznałem, że zdążę jeszcze odnaleźć Arnolda, nieznany mi drugi szyb ukryty w lesie po drugiej stronie wsi Radzimowice. 


Szedłem wypatrując między drzewami, na stromym tam stoku, czegoś równego, zbudowanego. Zobaczywszy ślady betonowego basenu, zszedłem tam, a wtedy jeszcze niżej zobaczyłem kratę przykrywającą szyb. Obok biegła droga robiąca tam zakole; mogłem sobie darować karkołomne zejście po zboczu i wygodnie dojść drogą.
Nie wracałem już do wioski, skręciłem w stronę bezimiennego wzgórza, na którym stoi maszt z polską flagą. Widok z niego zasługuje na wielkie słoneczko.
Dzień się kończył. Nad Miłkiem, w szczelinie między granatowymi chmurami, widać było kolory zachodzącego słońca.
Szaro już było, gdy zszedłem do wioski. Zegar w samochodzie pokazywał godzinę 18.
Dobrze wykorzystałem dzień – pomyślałem. Od świtu do zmierzchu.