Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 10 października 2019

Lastek, grzyby i moje pisanie

290919
Kopa i Lastek w Chrośnickich Kopach.

Lastek widziany z daleka tydzień temu wołał mnie skutecznie, skoro cały dzisiejszy dzień spędziłem na jego zboczach lub w najbliższym sąsiedztwie. Jak niemal zawsze, gdy wracam w znane okolice, poznaję nowe miejsca, więc moje włóczenie się miało też elementy odkrywania.
Chodziłem po śladach, owszem, ale nie moich. Ten dzień poświęcony był Lastkowi, ale też bohaterom mojej powieści. Tutaj się poznali, po tej okolicy chodzili – a ja szukałem ich śladów. W górach nie znalazłem ich i nigdy nie znajdę, w sobie znalazłem dużo.
Tak więc do naturalnych, rzadko oglądanych, uroków słonecznego wczesnojesiennego dnia, dodawałem poplątanie fantazji i rzeczywistości. Bardzo lubię chwile, w których fantazja staje się na pół realna, a realność nabiera cech fantazji.
Na szutrowej drodze prowadzącej ze wsi w stronę przełęczy, drodze znanej też moim książkowym Jasiom, spotkałem kobietę z psem. Poznałem ich obojga, oni mnie też. Mieszkanka Chrośnicy przypomniała mi nasze spotkanie sprzed roku. Dzisiaj czytała książkę idąc drogą i prowadząc psa. Zwróciłem jej uwagę na ten wielce oryginalny sposób lektury, roześmiała się w odpowiedzi. Nie zdążyłem powiedzieć, że widząc otwartą książkę w jej ręku, pozazdrościłem autorowi. Gdybym zobaczył kiedyś w podobnych okolicznościach czytelnika mojej książki, odebrałbym wielką nagrodę.
Na wyczucie, nie mogąc sugerować się nawet śladem ścieżki, wszedłem w las pnący się po stromym zboczu Kopy. Po kilku minutach zobaczyłem nad sobą, między drzewami, poszarpane skały Skaliska – pierwszy mój cel. 


Pomyszkowałem w sąsiedztwie mając nadzieję na znalezienie nieznanych mi skał, ale najwyraźniej wszystkie już znam, a w zastępstwie znalazłem tam pierwsze grzyby. Nieśpiesznie idąc od skały do skały, widziałem parę ładnych miejsc i poznałem przejście na urokliwą polanę. Nie byłem tutaj nigdy, to miejsce jest więc moim dzisiejszym odkryciem.
Usiadłem na trawie chcąc napatrzeć się na daleki widok Ostrzycy i Grodźca. Obie góry ustawiły się niemal w linii, wydawało się, że dalszy Grodziec wychyla się zza wyraźniejszej i wyższej Ostrzycy. A bliżej, obok kępy drzew, widziałem stok Lastka nachylony ku niewidocznej stąd wiosce.

Ruszając dalej podszedłem do dwóch brzóz samotnie rosnących na polanie, chcąc zobaczyć je z bliska, przywitać się, dotknąć pni i poczuć na sobie ich lekki, ażurowy cień. Brzozy mam za najpiękniejsze drzewa, a te były wyjątkowo ładne. Pod nimi znalazłem ponad 20 podgrzybków zajączków, wszystkie jędrne i zdrowe. Zebrałem je, bo czy muszę gdziekolwiek dojść? Przecież będąc tutaj, pod Kopą, przy Lastku, jestem u celu.

Pomyślałem, że znalazłem je dzięki brzozom. Postaram się wrócić tam – nie dla grzybów, dla brzóz.
W szpalerze drzew rosnących na uskoku przyglądałem się wierzbom iwom. Te drzewa, mimo że nie grzeszą urodą, przyciągają mój wzrok. Są żywiołowe, a przy tym niedbałe, jakby pragnęły żyć i jednocześnie nie zależało im na życiu.
W paru jeszcze miejscach znalazłem spore gromadki grzybów, zebrałem też co ładniejsze kanie, tych rosło dużo. Miałem już całą reklamówkę grzybów, więc udawałem, że nie widzę następnych, ale jakże to trudne, tylko Słowianin zrozumie. Zatrzymałem się nad kolejną grzybną rodziną i zastanawiałem, jak mógłbym ją zabrać. Eureka! Przecież mam jeszcze jedną reklamówkę! Zdjąłem plecak, z dolnej kieszeni wyjąłem nieprzemakalne rękawice zapakowane w reklamówkę. Jak iść po bezdrożu z dwoma reklamówkami i kijami? Zszedłem do wioski i w samochodzie zostawiłem grzyby. Przy okazji znalazłem jeszcze jedną torbę, i mimo że nie planowałem zbierania grzybów, wziąłem ją. Na wszelki wypadek. Czy muszę dodawać, że z pustą nie wracałem?
Szedłem urokliwą brzeziną, zatrzymywałem się nad kaniami – chociaż obejrzę je, skoro więcej nie zbieram – patrzyłem na dalekie niebieskie szczyty i na bliskie kępy drzew. Na otwartej przestrzeni pola lub łąki, te miniaturowe laski mają wyjątkową zdolność przyciągania wzroku. Niemal zawsze zabawiam się rozpoznawaniem gatunków rosnących tam drzew. Najczęściej rosną jesiony i osiki, czereśnie i dęby, spotyka się grusze i jabłonie, oczywiście brzozy. Niżej czarny bez, róże, tarnina, a przy ziemi nielitościwi strażnicy pilnujący wejścia – jeżyny.
Na północnym szczycie Lastka wykarczowano drzewa odsłaniając nowy daleki widok, inną perspektywę, jednak ładnie jest tylko wtedy, gdy patrzy się w dal, bliżej widać zrujnowane poszycie, leśne pobojowisko, Armagedon. A obok znowu grzyby.
Dlaczego jesteśmy tacy na nie chytrzy?



Ze szczytu blisko jest do wyjątkowego miejsca Lastka.
Z mojej powieści:

„Któregoś dnia, w czasie jednej z tych czarownych chwil rozjaśniających nasze dni, zobaczyłem Jasię na zboczu Lastka i nie dziwię się Jasiowi. Kiedy będę w pobliżu, odwiedzę to miejsce.
Może ją spotkam?”

Kiedyś synowa zapytała się, dlaczego jemu i jej dałem takie same imiona. Nie wiem. Może… spodobał mi się taki pomysł, będąc elementem poplątania – głównej chyba cechy tej historii. A może dlatego, że imię Jan i ja noszę jako drugie?
To ich miejsce pod lasem odwiedzałem wiele razy, i chociaż Jasi nie zobaczyłem tam nigdy, to w pewien szczególny sposób byli tam oboje, towarzyszyli mi w czasie włóczenia się po okolicy. Dzisiaj byłem tam dwa razy, siedziałem na miedzy kontemplując widok niewątpliwie znany im obojgu.




Schodząc ze szczytu Lastka usłyszałem odgłosy silnika, a niżej, na dukcie, zobaczyłem widok jak z pewnej powiastki o VIPie zbierającym z samochodu grzyby specjalnie powkładane przez leśników na brzeg leśnej drogi. Kierowca quada jadąc powoli szukał grzybów na brzegu drogi. W bagażniku za nim stało wiaderko.
Do kompletnego popaprania brakowało tylko dudniących głośników.
Między Lastkiem a Ptasią, następną górą w masywie Chrośnickich Kop, na zupełnym odludziu, wznosi się skała kilka już razy odwiedzana od czasu jej przypadkowego odkrycia parę lat temu. Od jednego z głównych duktów przecinających masyw odchodzi wąska, mało widoczna ścieżka. Poczułem satysfakcję, gdy zobaczyłem ją tam, gdzie się spodziewałem. Dzisiaj przekonałem się, że nie ludzie, a sarny ją wydeptały: otóż początkowo przeciska się przez gęsty młodniak świerkowy, a jednak gałęzie na wysokości mojej piersi nie są uszkodzone.
Usiadłem na rumowisku pod skałą, piłem resztki herbaty, patrzyłem i słuchałem siebie. Dobrze mi było tam siedzieć.
Czy ktoś tutaj przychodzi? Przyjrzałem się mchom, zielonym i gęstym kobiercem przykrywającym skały. Na jednej z nich zobaczyłem świeży odcisk mojego buta i kawałek zdartej warstwy mchu. Innych śladów nie widziałem, ale przy tej okazji zobaczyłem dużo kęp iglic pospolitych. Rosły pod drzewami, w szczelinach kamieni wrastających w ziemię, także wyżej, na nagiej już skale. Patrzyłem na ich maleńkie, tak lubiane kwiatki.


Skała przypomina mi nieco Jastrzębią Turnię wznoszącą się na zboczu Krzyżnej Góry w Górach Sokolich. Tamta ma około 45 metrów wysokości, piszą o niej na setkach stron, a ta moja, kaczawska czy też chrośnicka, ma 10 metrów, może nieco więcej, i nigdzie nie piszą o niej. Może powinienem ją nazwać? Skoro rośnie tutaj tak wiele iglic, może nazwać ją Iglicową Turnią?
Dobre miejsce do dumania. Pomyślałem tak bez związku z powieścią, po prostu dlatego, że jest tam cicho, pusto i ładnie, dopiero później uświadomiłem sobie jego istnienie.
Z powieści:

„W jednym z takich miejsc, w kącie między bzami a tamaryszkiem i brzozą, postawiłem drewnianą altankę, a w niej wiklinową bujaną kanapę i stolik z krzesłami. Jasia często przesiaduje tutaj z książką w ręku albo z zamyśleniem na twarzy. Gdy w letnie dni zaczyna padać deszcz, biegniemy do altanki żeby oglądać go z naszej świątyni dumania, jak mówi, chociaż w ciepłe dni wiosny i lata, altanka nie tylko naszego dumania bywa świątynią….”

Taki był dzisiejszy dzień. Wypełniony literaturą, poezją, fantazjami i grzybami wśród leśnych dróżek.
Powoli wracałem. Myszkując wzrokiem po brzegu drogi w poszukiwaniu grzybów, przegapiłem rozdroże, ale przecież mało jest tutaj dróg prowadzących nie wiadomo gdzie.
Na klonach widać już kolorową obecność pani Jesieni, a na brzozach widziałem pojedyncze żółte ślady jej pędzla – gromadki jesiennych listków wśród zieloności. Wyglądały jak srebrne pasemko na czarnej jeszcze czuprynie. We wsi widziałem sumaka, a dla drzew tego gatunku zaczyna się bajecznie kolorowy okres chwały.
Oczywiście wszędzie widziałem kwitnącą nawłoć.

Mimozami jesień się zaczyna,
Złotawa, krucha i miła.
(...)
Wspomnienie Juliana Tuwima

Zatrzymałem się przy samotnej dużej wierzbie, jak zawsze. Dla tego drzewa też znalazłem miejsce w napisanej historii.
Było już po zachodzie słońca, gdy wyjeżdżałem. Jadąc boczną szosą meandrującą wśród niskich wzgórz, spoglądałem na boki głodnym wzrokiem: tutaj byłem, tam nie. Dlaczego nie byłem? A dokąd prowadzi ta dróżka? Tutaj można zostawić samochód. Któregoś dnia zaparkuję i pójdę sprawdzić.
Wrócę i pójdę. Obiecuję.

Zmierzchem jest kobieta
Wstecz patrząca.
Cienie coraz dłuższe,
Szarość wzbierająca,
Rozpamiętywanie.

PS
Kilkanaście lat temu, jesienią, zacząłem pisać teksty nazwane dopiskami. Pierwszego października każdego roku otwieram nowy plik tekstowy, nowe dopiski. Tymi słowami kończę siedemnaste. Jutro albo za tydzień zacznę pisać kolejne, osiemnaste. O czym piszę? Czytelnicy tego bloga wiedzą, ponieważ większość tekstów jest tutaj opublikowanych: o tym, co mnie interesuje, co mną porusza, co uznaję za piękne i wartościowe.
Dlatego najwięcej tekstów jest tutaj o wędrówkach i literaturze.




piątek, 4 października 2019

Ostatni letni dzień

220919
O wschodzie słońca na Ostrzycy.
Później z Rząśnika na śródleśną polanę pod Łysą Górą w Sądreckich Wzgórzach, Sądrecko, krążenie po wzgórzach, fragment Dzwonkowej Drogi, przełęcz pod Sołtysią Czubą, Sądrecko, Rząśnik.

Sprecyzowanych planów na drugi dzień wędrówki nie miałem. Ot, poszwendam się po Sądreckich Wzgórzach, zdecydowałem po obejrzeniu mapy. Dopiero rano, szykując się do wyjścia, pomyślałem, że skoro jestem tak blisko Ostrzycy, to jakże ją ominąć? No i dobrze byłoby ze szczytu zobaczyć wschód słońca.
Zaparkowałem i spojrzałem na zegarek: zdążę? Na szczyt miałem niecałe dwa kilometry, ale blisko 200 metrów pod górę. Jakieś sześćdziesiąt pięter. Poszedłem szybkim krokiem, a za plecami Eos rozchylała swoje pomarańczowe i szafranowe ciuszki, nie czekając na mnie. Nie jestem sprinterem, mogę iść calutki dzień, ale w spokojnym tempie, a goniłem. W efekcie musiałem robić chwilowe przerwy dla wyrównania oddechu. Bogini całą wschodnią stronę nieba rozpaliła, tak się spieszyła, i jeszcze dopominała się pochwał. Chwaliłem ją, bo faktycznie, dzisiaj pokazała się w pełnej krasie.
W lesie było szaro, niemal ciemno. Ostatnia część szlaku wiedzie nierównymi schodami ułożonymi z bloków czarnego bazaltu, które tej szarej godzinie wydawały się bardzo ponure. Budziły myśli o podziemiach, o Pandemonium i Hadesie, ale przecież wiodły nie w dół, a w górę, ku Heliosowi i przestrzeni otwartej na światło.
Była godzina 6.35, gdy po czterdziestu minutach forsownego marszu, spocony i zziajany, stanąłem na szczycie. W pięć minut później wzeszło słońce.




Maleńki rąbek rozświetlił się na horyzoncie podzielonym na dwie odmienne części: góry były ciemnogranatowe, niebo w ciepłych barwach – od żółci, przez pomarańczowe odcienie, do seledynów i dalej głębokich błękitów. Czerwony punkcik błyskawicznie, dosłownie w oczach, wznosił się. Skalne rumowisko przede mną leciutko zabarwiło się intensywnym kolorem wschodzącego słońca, w chwilę później na skale za mną pojawił się mój cień, zrazu nikły, jednak z minuty na minutę intensywniejący. Daleko w dole długie cienie samotnych drzew przechodziły takie same przemiany. Cały rozległy widnokrąg się zmieniał. Światło, początkowo silnie barwione oranżem, mieszało się z ciemnymi barwami nocy szybko je wypierając, a jaśniejąc, traciło nasycenie. Pół godziny później góry wokół mnie, lasy i pola, zalewał potok najczystszego światła, tylko tu i ówdzie ostały się resztki białych mgieł porannych. Czułem radość patrząc, oczarowany, na świetlny spektakl. W te pierwsze minuty dnia świat wydawał się świetlisty, wszak światło go dobyło z mroku, malowało i niemal tworzyło. Wiatru nie było, w idealnej ciszy słyszałem… muchę. Spojrzawszy za dźwiękiem, zobaczyłem myszkę na skale, przez mgnienie oka patrzyliśmy na siebie.
Cisza i kolory pierwszych chwil letniego dnia...





 Przygotowując zdjęcia na blog, ponownie zwróciłem uwagę na szybkie zmiany oświetlenia. Proszę zwrócić uwagę na cienie drzew w dole, wzdłuż drogi, na zdjęciu powyżej, i na kolejnym, poniżej tych słów. Dzieli je ledwie osiem minut.




Warto było. Niechbym nawet nic już nie zobaczył i nie przeżył w tym dniu, dla tych paru chwil patrzenia na cud narodzin dnia, na wyłanianie się słońca zza horyzontu, warto było gonić pod górę, zrywać się w ciemności, jechać 150 kilometrów.
Sprawdziłem później czasy na zdjęciach: w trzy minuty od pojawienia się, słońce oderwało się od horyzontu i rozpoczęło swoją wyjątkową wędrówkę. Wszak zaczynał się ostatni dzień lata, czyli dzień przełomowy. Jutrzejsza noc będzie już odrobinę dłuższa od dnia, dzisiejszy dzień jeszcze ma malutką przewagę nad nocą.
Schodząc, zwróciłem uwagę na gołoborza. Omszałe, czarne w ciemnym lesie, wydają się niepodległe naszym prawom upływu czasu – jakby z innego świata były. Poniżej schodów szlak wiedzie lipową aleją. Drzewa są stare, pokaźnych wymiarów, ładne, swojskie, ciepłe. Widziałem je parę razy, zawsze wyobrażając  sobie te drzewa w czasie kwitnienia. Obraz urzeka barwami, zapachami i dźwiękami.

Sądreckie Wzgórza leżą poza nielicznym tutaj oznakowanymi szlakami, nie są popularne, więc pusto tam i cicho, a miejsc ładnych jest wiele – wymarzone okolice na włóczęgę.
Dzisiaj dodałem nowe miejsce do listy prawdziwie moich miejsc: zakątek na zboczu bezimiennej górki, za zabudowaniami wioski, daleko od jakichkolwiek dróg.


Siedziałem tam dłuższy czas, a takie chwile mają dla mnie wagę wyjątkową, bo przecież w zimie nie da się siedzieć dłużej niż kilka minut. Szukać też trzeba odpowiedniego pnia lub kamienia, a teraz po prostu usiadłem na trawie, wśród kwiatów. Za parę miesięcy będę sobie zazdrościł takich chwil.
Jakby dla równowagi jedno ładne miejsce straciło część uroku. Otoczona trzema zalesionymi górami spora polana była po części polem i łąką. Na środku rosło kilka świerków, które wyjątkowo tam pasowały. Nie wiem dlaczego, ale że były tam potrzebne, przekonałem się dzisiaj, widząc całą polanę zaoraną, a po świerkach nawet śladu. Stanowczo nie podoba mi się wycinanie drzew śródpolnych. 

Miałem jedynie mglisty plan zatoczenia koła pod pewną przełęcz i odwiedzenia ładnego miejsca na granicy lasu i pól, pod wychylającymi się ku słońcu konarami dębów, więc po prostu chodziłem tu i tam. Zatrzymał mnie silny zapach ciętego drewna, a później mała mirabelka skusiła swoimi owocami. Zwrócił moją uwagę zapach ziemi ornej, przenoszący mnie na lubelskie pola sprzed półwiecza. Oglądałem grusze na miedzach z małymi, złocistymi owocami (zjadłem ich kilka), widziałem też Lastka. Patrząc często na tę górę wiedziałem, że woła mnie i że wkrótce ją odwiedzę. Zatrzymałem się pod samotnymi wierzbami rosnącymi na łące i patrzyłem na wodne oczko, z którego wyrastały. Uświadomiłem sobie coraz większą rzadkość takich podmokłych miejsc.

Pierwsze znalezione kanie zostawiłem, przy następnych zdjąłem plecak. Źle się idzie bezdrożem z reklamówką, źle się dzieje grzybom w plecaku, ale nie potrafiłem ich zostawić. A czy ja muszę dojść gdziekolwiek? Tylko do samochodu o zmroku. Niewiele później stwierdziłem, że nie mam okularów. Było tak ciepło, że szedłem tylko w podkoszulku, a okulary do czytania włożyłem uchem za podkoszulek na piersi. To nie był dobry pomysł. Wypadły zapewne przy nachylaniu się. Na brzegu lasu zostawiłem za drzewem reklamówkę i zawróciłem. Czy znajdę ją wracając? Przyszło mi do głowy, że może w ten sposób nie tylko okulary stracę. Nie znalazłem ich, mimo dokładnego przeczesania dwóch kilometrów drogi bez drogi, natomiast do torby z grzybami trafiłem bez problemu. Przez dwa dni jadłem na obiad kanie. Smażyłem je na oleju, zmoczone w rozbitych i osolonych jajkach.
Siedząc na przełęczy, więc wyżej, wypatrywałem najdogodniejszego przejścia przez las zagradzający mi drogę. Wiedziałem, że z drogami w nieznanych lasach różnie bywa. Czasami wystarczy niewiele zboczyć od optymalnego kierunku, żeby przejście wydłużyło się z setek metrów do kilometrów. Wiedziałem też, że leśne dróżki mają zwyczaj znikania, albo odwrotnie: mnożenia się, a chaszcze rosną zwykle tam, gdzie wypada droga.
Niedaleko stąd jest las, przez który parę razy musiałem przejść, nim przejście poznałem na dobre, ale inne nadal potrafi mnie zaskoczyć, czyli wyprowadzić na manowce. Piszę tutaj oczywiście o przejściach bez wyraźnej drogi, na orientację, lub w plątaninie rzadko używanych leśnych dróżek.
Największe wrażenie robią na mnie lasy porastające strumienie. Zwykle woda płynie jarem, nierzadko stromym i głębokim, a ten bywa jeszcze pogłębiany wklęsłymi formami zboczy wzgórz. Wchodząc między drzewa, zostawia się na sobą jasny i rozległy przestwór pól lub łąk, a zanurza w głębokim półmroku, horyzont mając o kilka metrów, albo i na wyciągnięcie ręki. Ziemia pod uschniętymi gałęziami i badylami ucieka spod nóg, czasami kończy się małym urwiskiem, bywa wilgotna i śliska. Poza brzegiem, w gęstwinie drzew rzadko rosną krzewy, a jedynie nieliczne rośliny znoszące głębokie zaciemnienie, chociaż spotykałem gęstwiny, w których nic nie rosło, ziemia była zupełnie naga. Czasami przydałaby się maczeta do wyrąbania przejścia w splątanych gałęziach drzew – żywych i powalonych. Na samym dnie ziemia bywa podmokła, grząska i czarna, a strumień zwykle ma trudną do dostrzeżenia urodę. Płynie między gałęziami i badylami, czasami przykryty zwaliskami lub kożuchem liści, brakuje mu wodnych roślin, piasku i słonecznych refleksów, ale nadal ma to tajemnicze coś budzące myśl o odległym celu, zmierzaniu gdzieś, o drodze.
Miejsca takie mogą się podobać naturalnością i dzikością, dobrze tam widocznym nieliczącym się z niczym pędem roślin do życia. Na rozsypujących się w próchno resztkach starych drzew usadawia się nowe życie i pędzi w górę, ku słońcu.
Po co to wszystko? To pytanie pojawia się spontanicznie, a jest w nim ukryte domniemanie braku sensu i poczucie swojej wyższości, ale akurat tutaj nie ma miejsca na takie odczucia, ponieważ sens jest oczywisty i z nami dzielony: jest nim przekazanie życia dalej. Cała reszta jest dodatkiem.
Wyjście na brzeg lasu jest ciekawością dalekiego horyzontu i uśmiechem słońca. Albo uderzeniem porywistego wiatru rozpędzonego na uśpionych polach, bo i tak bywa. Jest więc odmianą, otwarciem nowej przestrzeni, czasami zaskakująco odmiennej od tej zostawionej po drugiej stronie.
Idąc polem pod słońce, zauważyłem mnóstwo nitek babiego lata leżących na grudach ziemi i lśniących srebrzyście. Widok ten zaskoczył mnie. Wcześniej wydawało mi się, że tych pajęczych nitek nie jest dużo, ot, czasami zobaczy się jedną, przez moment drżącą w powietrzu, a okazało się, że wprost przeciwnie, jest ich mnóstwo, tyle że rzadko je widzimy. Fotografię robiłem pod słońce, bo tylko wtedy były widoczne, ale przez to nie jest udana; ludzkie oczy doznają olśnienia słonecznym światłem, obiektyw aparatu raczej ślepnie.

Nitki niewiele są widoczne na zdjęciu, w rzeczywistości one lśniły – ładny widok i wyjątkowy. Staram się od tylu już lat patrzeć na świat szeroko otwartymi oczami, a okazuje się, że w zwykłym miejscu i w zwykłej chwili można zobaczyć coś po raz pierwszy w życiu. Fakt ten napawa optymizmem.

Widziałem ostatni letni wschód słońca, patrzyłem na ostatni dzień lata. Cudnie pożegnała mnie ta pani z wiankiem utkanym z kłosów, dając dwa dni prawdziwie letnie. Tę drugą panią, z rozwianymi czarnymi włosami i suknią, do której przyczepiły się kolorowe liście, panią jutro zaczynającej się pory, znam. Owszem, czasami wydaje się zołzowata, ale to nieprawda: ona po prostu bywa smutna i ma skłonność do płaczu. Ją trzeba pocieszać, a nie besztać, wtedy potrafi się cudnie uśmiechnąć, jak to kobieta.









wtorek, 1 października 2019

Rozpoczęcie sezonu

210919
Okolice Wielisławki, Zawady i Świerzawy.
Witanie gór i żegnanie lata.

Pojechałem do Sędziszowej, chcąc z bliska zobaczyć wieżę wypatrzoną na wiosnę, odwiedzić lubiane miejsca i poznać Świerzawę, miasteczko, przez które do tej pory tylko przejeżdżałem.
Zaczynało się rozwidniać, gdy zaparkowałem na początku mojej drogi pod Wielisławką. Termometr wskazywał zero stopni. Zero? Czy dobrze on działa? Uchyliłem drzwi i zaraz zamknąłem. Dobrze działa. Wypiłem kubek herbaty, założyłem rezerwowy sweter, zapiąłem się pod szyją i poszedłem.
Niebo jaśniało, a na wschodzie chwaliła się kolorami nasza swojska Jutrzenka, czyli bogini Eos. Powietrze było nieruchome i idealnie przejrzyste. Dym unoszący się z komina w wiosce szedł pionowo w górę i bardziej był pomarańczowy niż szary. Zatrzymałem się przy znanej mi jabłoni, szukałem jej owoców, nie jeden raz zbieranych dla ich smaku, ale w tym roku drzewo odpoczywało.
Bieg drogi pod górę odsuwa horyzont, zmienia wygląd gór, odsłania szczyty jeszcze przed chwilą niewidoczne: za mną, na styku nieba i ziemi, pokazał się wierzchołek jakiejś górki, chwilę dopasowywałem jej kształt do kaczawskich górek nim pojąłem, że patrzę na Śnieżkę, wyjątkowo wyraźnie dzisiaj widoczną.
Niebo jaśniało coraz bardziej, w końcu zobaczyłem przed sobą światło słońca na czubkach drzew. Obejrzałem się i zobaczyłem je zaplątane w koronach drzew na zboczu góry. Zaczynał się dzień piękny słońcem, ciepłem, zielenią, widokami i moją tutaj obecnością. Przedostatni dzień lata.
Opuściłem swoją dróżkę, jedną z najładniejszych w tych górach, i polami szedłem w stronę Gajowej. Jest tam bodajże pierwsze moje ulubione miejsce. Zbliżając się do ściany lasu na zboczu Gajowej wiedziałem, że za chwilę zobaczę dróżkę wybiegającą spomiędzy drzew na brzeg pola – miła świadomość bycia na miejscu znanymi i lubianym. Właśnie ta dróżka pojawiająca się pod dębem, jej dalszy bieg brzegiem lasu, pole opadające ku drzewom w dole, a wyżej tak liczni moi znajomi, dalej i dalej, aż po Śnieżkę, ten widok zauroczył mnie kilka lat temu. Dla tego uroku wracałem tutaj i będę wracał.
Chyba z pół godziny stałem tam, patrząc i słuchając.




Błyszczące rosą rżysko i trawy (dlaczego właściwie kropelki rosy trzymają się szczytów źdźbeł, jakby wbrew prawu ciążenia?), domki wioski pnące się po zboczu, dalekie parkotanie traktora, balon wznoszący się nad Szybowcową. Mgiełka między drzewami w dolinie, samotna brzoza cała w słońcu, błyski światła w oknach obserwatorium na Śnieżce. Widziałem je kilka razy, a zawsze przyciągają wzrok i fascynują, zawsze są efemerydami, skoro zobaczyć je można tylko przez chwilę, krótko po wschodzie słońca, w pogodny świt. Są zapowiedzią pięknego dnia.
Kiedy jestem tam, gdzie chcę być, kiedy widzę słońce, błękit nieba i zieleń drzew, mam wszystko.

W poprzednim roku wypatrzyliśmy, ja i Janek, wieżę na Zawadzie, sąsiedniej górze. Dzisiaj poszedłem tam zobaczyć z bliska budowlę. Przy okazji powiem, że spotyka się różne nazwy tej sporej górki: Zawadnia, Zawodna, Zawadna. Idę za encyklopedią używając nazwy Zawada.
Sporo się zmieniło w jej okolicy. Zbudowano kilka ścieżek rowerowych po zboczach, postawiono tablice informacyjne, no i wieżę widokową, pierwszą wieżę w Górach Kaczawskich (jeśli nie liczyć poniemieckich w Chełmach), a to wszystko przy wydatnej pomocy finansowej Unii. Z opisu dowiedziałem się, że celem inwestycji było zmniejszenie antropopresji na środowisko.
Pozwolę sobie tutaj na uwagę.
W naszym języku jeszcze funkcjonuje (zapominane już, niestety) powiedzenie o trafieniu kulą w płot, na określenie skrajnego mijania się zamierzeń i efektów. Wcześniej nie było tam ścieżek, biegł tylko jeden, mało używany, szlak pieszy. Pusto było, w miarę czysto, i cicho. Zbudowanie torów rowerowych i wieży spowoduje znaczny wzrost ilości ludzi, a tym samym nie zmniejszy, a zwiększy antropopresję, ponieważ człowiek to takie zwierzę, które pełną butelkę przytarga w góry, pusta ciąży mu okrutnie, a gdy ścieżka wyda mu się niewygodna, obok wydepcze drugą. Dobitnie widać tę jego cechę na Trójgarbie w Górach Wałbrzyskich, w związku z niedawno zbudowaną wieżą na szczycie. Właściwym działaniem dla zmniejszenia antropopresji byłoby zaoranie istniejących ścieżek i szlaków, a nie budowa nowych.
Zawada sąsiaduje z Gozdnem, małą wioską. Z odległości kilkuset metrów od pierwszego jej domu usłyszałem odgłosy dudnienia z głośników; będąc bliżej zobaczyłem, że kolumny wystawione są przed dom. Hałas przytłaczał, ale najwyraźniej tylko mnie. Wszedłem na szczyt góry, ale i tam słyszałem dudnienie. Nieco później słyszałem takie samo dudnienie na ulicy miasteczka i w parku. To nieliczące się z nikim obdarowywanie wszystkich wokół decybelami jest szaleństwem rozprzestrzeniającym się niczym zaraza.
Wieża spodobała mi się. Jest drewnianą, jednak solidną konstrukcją. Może tylko nieco za niską, ponieważ najwyższe sąsiedzkie drzewa sięgają już poziomu podłogi tarasu widokowego, ale póki drzewa ją nie przerosną, będzie zapewniała rozległy i w pełni panoramiczny widok. Jest skręcana, a naliczyłem dziesięć śrub bez nakrętek. One same nie mogły się odkręcić. Jedna ma wartość złotówki, więc nie dla pieniędzy zostały odkręcone. 




Nakrętki i dudnienie. Barbarzyństwo i głupota wymykają się próbom logicznego uzasadnienia.
Dość o tym, wróćmy na wieżę i zapomnijmy o dziwnych ludziach.
Grodziec, ostatnia góra najdalszej części Pogórza Kaczawskiego, wydawała się dzisiaj bliziutka. W idealnie przejrzystym powietrzu wszystkie góry były dzisiaj bliskie. Szosa jak nitka, samochód jak mały żuk, niemała Wielisławka jak dziecięca babka z piasku, samotne drzewa jak zawsze budzące chęć obejrzenia ich z bliska. Oczywiście zabawiałem rozpoznawaniem gór, na ogół z niezłym skutkiem, ale też zwróciłem uwagę na żółtawy odcień powietrza nad Legnicą. Cóż, bycie światowym liderem w produkcji miedzi ma swoją cenę. Z drugiej strony odległe, a jednak wyraźnie widoczne, Góry Wałbrzyskie. Gdzieś tam stoi Trójgarb ze swoją ładną wieżą, za nim Chełmiec, góra zapaskudzona krzyżem, ale zaczarowana magią wyobraźni.
Umyśliłem sobie, nie wiem dlaczego, poznać pewne niewielkie przejście przez las. Na mapie było łatwe, w praktyce nieco trudniejsze, ale dość szybko wyszedłem na rozległe pola pod Łupkową. Nic tam nie ma, ale i mnie nie było, więc poszedłem. Znalazłem niewyraźny szczyt, zwaloną osikę na której usiadłem, drgające powietrze nad rozległymi rżyskami zapomnianych pól, i – dla kontrastu – usłyszałem ostry, szybki i głośny, świst powietrza ciętego skrzydłami pary kruków. Kiedy będę chciał zaznać ciszy i samotności, wrócę tam, na Łupkową.
Świerzawa jest małym miasteczkiem, liczy niecałe trzy tysiące mieszkańców i kilka ulic. Wiele razy przejeżdżałem jej główną ulicą, nigdy nie szedłem. W swoich wędrówkach unikam miast, mało która kapliczka przydrożna zwróci moją uwagę, jednak dzisiaj spędziłem parę godzin w tym kaczawskim miasteczku, chcąc je poznać. Powód jeden: w listopadzie mam umówione spotkanie w świerzawskiej bibliotece jako autor książek o Górach Kaczawskich. A jeśli zapytają się mnie o znajomość ich miasta? – pomyślałem. Nieco je poznałem, a przyznam, że małe miasteczka mają dla mnie większy urok, niż niechby nowoczesne, ale wielkie miasta.



Kilka uroczych zaułków, parę ładniutkich kamieniczek, ale więcej zaniedbanych i odrapanych, piękny kościół romański, ślady ładnego parku, kloszard wylizujący puszkę konserwy na ławce pod kasztanowcem, pies leżący na pustej ulicy, dzieci jeżdżące na rolkach po pochyłości bocznej uliczki, senność i cisza.
Pod miasteczkiem zobaczyłem obraz widziany w tych górach wiele razy: zarastająca drzewami linia kolejowa. Moją uwagę technika przykuł most kolejowy. Stara, nitowana konstrukcja, a mimo że nieodnawiana od wielu lat, w zadziwiająco dobrym stanie. Rzadko spotyka się współczesne budowle stalowe wykonane tak starannie i z tak dobrego materiału.
Tuż przy miasteczku jest wzgórze Skowroniec, jedno z trzech „skowronkowych” wzgórz: jest spory rozległością i wysokością Skowron, jest dużo mniejsze, urocze wzgórze Skowronek. Wielkością plasuję Skowrońca pośrodku, urodą z przodu tej trójki. Wzgórze poznałem dopiero dzisiaj, bo co prawda widziałem je na mapie, ale unikałem podejrzewając, że skoro jest przy miasteczku, to albo jest zadeptane, albo ogrodzone. Myliłem się. Co prawda z jednej strony podchodzą pola pod szczyt, ale dość tam jest miejsc niezmienionych, cichych, ładnych i widokowych. Każde nowo poznane ciekawe miejsce w Górach Kaczawskich cieszy mnie, jest swoistym odkryciem i nagrodą za wierność.
Siedziałem na ukwieconej łące pod szczytem i chłonąłem urok letniego dnia: ciepła, zieleni, słońca i kwiatów.
Powietrze niemal upalne i nieruchome, bliskie bzykanie muchy, daleki szum samochodów, a wokół mnie liczne dzwonki, krwawniki i żółte ładne kwiatuszki podobne do wytarmoszonych mniszków. Jak się one nazywają? Tak często je widuję, a nie znam ich imienia. Ta niewiedza dokucza mi.


Zakolem, polami, przez wstęgi lasów, wracałem do samochodu nie chcąc iść szosą.
Dobrze mi się szło falującym polem, ale utrzymanie właściwego kierunku zmusiło mnie do wejścia w las. Jak się spodziewałem, rósł nad ciemnym jarem. Stromym zboczem zszedłem na dno, przekroczyłem suche łożysko strumienia, i po paru minutach wyszedłem na otwartą przestrzeń. Rozejrzałem się i doznałem zdumienia: byłem na tej samej stronie! Jakże to? Przecież przekroczyłem strumień! Zawróciłem, a nim zagłębiłem się w gąszcz, spojrzałem na niskie już słońce ustalając kierunek. Między drzewami było jednak niewidoczne, szedłem sumując meandry swojej drogi. Wyszedłszy na pole, zobaczyłem dwa samotnie rosnące drzewa. Przed wejściem w las nie widziałem ich, a to znaczy, że tym razem udało mi się przejść.
Szedłem mając przed sobą Skąpą. Po paru minutach marszu dotarło do mnie, że tę górę powinienem mieć po lewej. Skręciłem i wydłużyłem krok, co jest u mnie oznaką niepewności drogi. Na wprost miałem las, polna droga wchodziła między drzewa, ale że prowadziła w dobrą stronę, wszedłem i ja. Będąc przy ostatnich drzewach, z ulgą zobaczyłem mój samochód: stał kilometr dalej, a szedłem wprost na niego. Nie zabłądziłem więc, ale zadowolony z siebie nie byłem. Taki błąd, taka niepewność, nie powinny się mi zdarzyć.
Wszak dzisiaj byłem po raz sto czterdziesty w tych górach.
Przyjechałem na dwa dni, a nocleg miałem umówiony Proboszczowie. Cieszyłem się na myśl o spotkaniu gospodyni mając dla niej prezent: książkę z zaznaczonymi miejscami, w których piszę o jej Zaczarowanym Ogrodzie.
















A tutaj zdjęcie żółtego wytarmoszonego kwiatka. Czyż nie jest ładniutki?


PS
Parę zdań o używaniu angielskich słów w naszym języku w związku z tablicami informacyjnymi pod Zawadą.
W publicznych wypowiedziach czasami pojawiają obcojęzyczne słowa, stają się modne i powszechnie używane, nierzadko błędnie. Typowym przykładem jest rewitalizacja. Pomalują ściany domu, zasadzą wokół drzewka, i krzyczą o rewitalizacji. Otóż tym wszystkim, którzy bezmyślnie małpują słowa im nieznane a modne, chcę tutaj powiedzieć, że rewitalizacja jest przywróceniem do życia, a nie zwykłym remontem. Jeśli ktoś kupi rozlatujący się, pusty pałac, wyremontuje go i zacznie używać, wtedy będzie mógł powiedzieć o rewitalizacji, wszak budowlę przywrócił do życia. Pomalowanie fasady jest drobnym remontem, a nie przywróceniem do życia.
Samo słowo nie podoba mi się. Czyż nie ładniej by brzmiało powiedzenie właściciela tego przykładowego pałacu, że przywrócił go do życia, a nie rewitalizował?
Niewłaściwe jest używanie w języku nienaukowym wyrażeń obcojęzycznych, jeśli nasz język doskonale sobie radzi bez zapożyczeń. Może poza zadomowionymi wyrażeniami, jak na przykład vice versa czy a propos, ale to nieliczne wyjątki. Poza nimi wiatrówka jest wiatrówką, nie windstopperem, a zamiast antropopresji poprawniej byłoby powiedzieć o presji człowieka, albo, ściślej i bez eufemizmu, o degradowaniu środowiska przez ludzi. Antropopresja może pasuje w naukowym opracowaniu, natomiast w codziennym języku jest pokazówką w rodzaju: „A ja znam obce słowo!”. Albo: „Wszyscy używają to i ja będę, bo chcę być trendy!”.
Tory rowerowe tam zbudowane nie są zwykłymi torami czy ścieżkami, skąd! To są single tracki. Tak właśnie piszą: trzon wyrazu po angielsku, jednak odmiana jest polska. No i czytam jakieś kulfoniaste „tracki” i „tracków”. W naszym języku trudno zbudować nowe słowa, skoro więc zapożyczamy, może lepiej byłoby spolszczyć nieco pisownię? Tak, jak to zrobiono ze słowami fajny, wehikuł czy rower, może pisać single traki, a nie te okropne tracki? Albo stosować pisownię angielską, czyli używać formy tracks; przynajmniej będzie poprawnie.
Tylko kogo to obchodzi? Na wspomnianych tablicach roi się od błędów, nie tylko stylistycznych. Ktoś nie zauważył, może nie był w stanie dostrzec, nikt go nie poprawił, tablice stoją i będą stały z błędami, które najwyraźniej nikomu nie przeszkadzają, tylko takim dziwakom jak ja.

PS 2
Zwykle w czwartek lub piątek publikuję tekst i zdjęcia z niedzieli, jednak tym razem udało mi się dopiero w poniedziałek. Dwa następne teksty nadal czekają na swoją kolei. Po prostu brakuje mi czasu.
W minionym tygodniu nie dość, że musiałem wyjechać ciężarówką do Czech, to przez trzy wieczory przenosiłem swoje rzeczy z kampingu do nowego zimowego pokoju. Ten stary, rozlatujący się kamping, teraz jeszcze opustoszały, został odstawiony w kąt, chyba przejdzie na emeryturę. Mieszkałem w nim półtora roku, w tym jedną całą zimę. Nie był to łatwy czas, ale nie narzekałem. Miałem ciszę.

PS 3
Była godzina 21.30, ostatni wrześniowy wieczór, kończyłem właśnie korektę tekstu, gdy zadzwonił telefon. Pryncypał. Awaria samochodu, trzeba brać inny z bazy, jechać i holować uszkodzony, na szczęście blisko. Nie potrafiłem skłamać mówiąc o wypiciu alkoholu, pojechałem. Wróciłem o północy, więc tekst publikuję już we wtorek.