Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 13 lipca 2019

Jeszcze o "Szczelinach istnienia"



080719


Krzątactwem nazywa autorka zwykłe nasze codziennie powtarzane czynności: pielęgnowanie ciała, sprzątanie mieszkania, gotowanie, zakupy, mycie garnków, wynoszenie śmieci. Czynności niepamiętane i nieważne nazajutrz, albo i po godzinie.


>>Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogarnia nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach.<<


Te słowa są na okładce książki, jednak cytat urwano w połowie. Tę ważniejszą pominięto, zostawiając bardziej efektowną.


>>Codzienność stanowiąca tło egzystencjalne zdarzeń niezwykłych, których oczekujemy – często nadaremnie – może więc decydować o wszystkim. Ma wymiar drobny. Częstotliwość dużą. Jest niezauważalna.<<


Właściwie mamy wszystko w tych słowach.
Zwykła, nierzadko nudna i męcząca, codzienność, jest niemal wszystkim, co wypełnia nasz czas. Jej postrzeganie i ocenianie przez nas, decyduje o postrzeganiu i ocenianiu swojego życia. Nie można więc zwykłych naszych dni traktować jak poczekalni przed salą kinową. Film wyświetlany jest tu i teraz, nie tam i kiedyś.


>>Skoro nasze istnienie przebiega głównie w doświadczeniu potocznym, pośród czynności zwykłych, to odmawiając im znaczenia, unieważniamy się sami.<<


W dobrym dziele filozoficznym zadziwia spostrzegawczość autora, jego precyzja myślenia i zdolność wyciągania wniosków uogólniających. Dostrzeganie w tym samym świecie, na który i my patrzymy, także w nas samych, cech i prawideł niewidocznych dla nas bez ich pomocy. Te cechy dobrej filozofii wyraźnie są widoczne w Szczelinach istnienia.


>>Codzienność budowana jest ze znikających gestów, ulatujących problemów, z przedsięwzięć, które tracą znaczenie, gdy tylko zostaną wykonane. Są to wysiłki, które domyka przywierająca do nich nicość.<<


>>(…) Z czasem unicestwiony i zapomniany zostaje każdy wysiłek dokonany w codziennej krzątaninie. Zatem zagrożone jest bezpośrednio moje istnienie, gdyż codzienność trwoni je na czynności, które sprawiają wrażenie nieuniknionych, a po chwili okazują się nieważne. Ratunkiem byłoby więc odsłonięcie sensu akcji, w której uczestniczę. Jeśli ona ma jakiś sens.<<


Właśnie, sens. Strony, na których autorka wyjaśnia ów sens, przeczytałem dwa razy nie potrafiąc zrozumieć toku jej myśli i wojennej retoryki. Zmęczony, może i trochę zniechęcony, książkę odłożyłem, ale na drugi dzień wróciłem do niej z mocnym postanowieniem wyjaśnienia zagadki, teraz już podwójnej: toku rozumowania Brach-Czainy i sensu naszej codzienności wypełnionej krzątactwem. Gdy w końcu zrozumiałem, a przynajmniej uznałem, że zrozumiałem, poczułem zadowolenie wyjątkowego rodzaju. Odczuć je można, gdy po własnym wysiłku intelektualnym zrozumie się myśli osoby przekładającej na słowa swoje przemyślenia – rezultat pracy intelektu – a to wszystko dzięki słowom. Dzięki sztuce pisania i czytania.


Oto mamy spełnioną niemożliwość: spotkanie ludzi, którzy nigdy się nie spotkają.


>>Codzienność bowiem jest nie tylko bezpieczną, płytką laguną nieruchomej nudy, lecz także samym środkiem bytowania, miejscem podstępnej, głębinowej, nieprzejednanej walki sił istnienia i unicestwiania. (…) Drobne czynności krzątaczego bytowania, błahe gesty – obcinania paznokci albo nakrywanie stołu i sprzątanie z niego – jak się okazuje, mają poważne konsekwencje. Bezwzględne. Zimne. Ostateczne. Krzątactwo osadza codzienność w metafizycznym porządku rzeczy, w którym istnienie konfrontowane jest z nicością.<<


Że codzienność jest samym środkiem naszego bytowania, to wiadomo, ale skąd słowa o bezwzględności, ostateczności, nieprzejednanej walce? Zmyliły mnie one. Nie rozumiałem ich kontekstu. Wróciłem do wcześniejszych słów autorki, do wyjaśnień pojęcia krzątactwa, a okazały się one bliższe psychologii niż filozofii.


Bez zajmowania się czymś, czymkolwiek, bez codziennego krzątania się, wpadamy w destrukcyjną apatię narastającą aż do zatracenia osobowości. Do nieistnienia. Nasza psychika nie zniesie ani próżni, nicnierobienia, ani nieustających uniesień. Musimy więc krzątać się, bo na tej podstawie, jakże nudnej i upierdliwej powtarzalnością, budować można to wszystko, co czasami wznosi nas ponad codzienność, z niej jednak wyrastając.


>>Zdarzenia niezwykłe, niecodzienne, te, na które czekamy, nie przychodzą z zewnątrz, z innego świata, skoro zaczynają się w codzienności wypełnionej naszym krzątactwem.<<


>>Wprawdzie jako opozycję krzątactwa rozpoznajemy bezruch bezczynności, ale chodzi tu nie tyle o lenistwo, ile o egzystencjalne odrętwienie. Dziury, przerwy, pęknięcia wyżarte w dzianinie aktywności przez zniechęcenie czy ból. Drobne czyny nieudźwignięte: niewstanie z łóżka, niewyjście z domu, nieodbyta rozmowa. Kiedy opadają nam ręce, siły zagłady szaleją w codzienności. (…) Krzątactwo utrzymuje codzienność w niepewnym punkcie napięcia między istnieniem a nicością.<<


W pełni zgadzając się z wnioskiem profesorki, odczuwam lekki niedosyt i jakby ślad zawodu. Najwyraźniej spodziewałem się odkrycia… nie wiem czego. Czegoś, co zrozumiane i przyjęte wyniosłoby moją codzienność wysoko ponad jej nudnawą treść.


Trzeba więc wrócić do moich starań i mojej filozofii, jednak słowa autorki będę pamiętał i mam nadzieję na chociaż nieco inne widzenie codzienności z jej krzątactwem.


Dokucza mi niepamiętanie mojego czasu minionego. Oglądam się i co widzę z ostatniego roku, a nawet tygodnia? Garść ocalonych chwil, cała reszta, moja przecież, właściwie nie istnieje, skoro nic z niej nie pamiętam. Życie mija niezapamiętywane i po prostu przepada, a ja chciałbym ocalić swój czas od zapomnienia.
Wiem, że nie da się zapamiętać wszystkich chwil, wiem i z trudem godzę się na to, ale ciągle mi mało tych pamiętanych i staram się o więcej. Sposób jest prosty w wysłowieniu, trudny w zastosowaniu: chwile należy wyróżnić, wtedy nasza pamięć je przechowa. Nawet jeśli nie na zawsze, to pozwoli na wzbogacenie wspomnień roku czy tygodnia. Tyle że nie potrafię – nie wiem, jak inni – wyróżnić chwil życia swoim chceniem, aktem woli. Objawia się tutaj jakiś dziwny, bo samowolny, mechanizm decydujący o zapamiętaniu, a więc o dostrzeżeniu w zwykłej chwili pierwiastka ją wyróżniającego, przerywającego monotonię codzienności niechby tylko na chwilę. Wyniesienie uwagi i przeżywania może trwać krótko, ale pamięć ją przedłuża wspominaniem i wzmacnia oczyszczeniem od szarych naleciałości dnia. W pamięci chwila zawsze jest piękniejsza i czystsza. Może w ten sposób dostaję rekompensatę za te zagubione?…


Ważne jest nastawienie, patrzenie i otwartość. Oczekiwanie, ale nie błysku na niebie lub w naszej głowie, nie zaczarowania ani zachłyśnięcia się czymś absolutnie wyjątkowym, ponieważ takie chwile zdarzają się nadzwyczaj rzadko. Cała tajemnica tkwi w przekonaniu o możliwej wyjątkowości każdej naszej chwili, nawet tej najzwyklejszej.


Na zakończenie – możliwe, że tylko tej części mojej przygody z książką Brach-Czainy – cytat.


>>Szczególnie narażone na podskórne działanie codzienności są uczucia. Codzienność potrafi zdziesiątkować je bezgłośnie. Gdy świadomość łudzi nas ich obrazem wyrytym przez zdarzenia niezwykłe, w tym samym czasie codzienność, działając poza obszarem czyjejkolwiek uwagi, odmienia je bezlitośnie i nieodwołalnie. Powtarzamy te same zachowania, nie zauważając, że straciły dawne znaczenie, a nawet nabrały nowych, sprzecznych z pierwotnymi. Rytuały codzienności dezorientują nas do tego stopnia, że bierzemy za potwierdzenie to, co od dawna oznacza przeczenie. Opieramy się ufnie na powierzchownym podobieństwie gestów i pozwalamy, by nas łudziły. Sądzimy, że nic się nie dzieje, aż do chwili, gdy nie sposób dłużej zaprzeczać, że coś się stało, bo wstrząsa nami jakieś zdarzenie drastyczne, które do codzienności już nie należy, choć z niej wyrasta.<<

Wstrząsnęły mną te słowa, jakże piękne i boleśnie prawdziwe.
* * *
Po kilku deszczowych dniach zaświeciło słońce, było ciepło i sucho. Leżałem na trawie pod wózkiem kolejki górskiej, robiąc przegląd instalacji elektrycznej. Nogi miałem swobodnie wyciągnięte, czułem przyjemne zapadnięcie brzucha i rozluźnienie mięśni, jedynie ramiona męczyły się uniesieniem. Właśnie opuściłem je dla odpoczynku i przeniosłem wzrok poza brzuch wózka. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie zapatrzenie w błękit nieba widziany między słupami i torami kolejki. Był piękny. Patrzyłem długo, niemal zauroczony, czując wypogadzanie się moich myśli i budzącą się radość.
Słońce i błękit nieba – tylko tyle, a tak wiele.
W czasie przerwy wziąłem telefon i zrobiłem te zdjęcia – na pamiątkę jasnej, miłej chwili złapanej w zwykły dzień.













sobota, 6 lipca 2019

O książce „Szczeliny istnienia” Jolanty Brach-Czainy, profesorki filozofii. Część pierwsza.

050719
O książce „Szczeliny istnienia” Jolanty Brach-Czainy, profesorki filozofii
Część pierwsza.

Wiedząc, że czytać będę o egzystencjalizmie, otwierałem książkę z rezerwą, a nawet z nieufnością, niepomny zapewnień znajomej polecającej mi tę książkę. Powód jest jeden: ten kierunek filozofii nie jest moim ulubionym, delikatnie mówiąc. Jednak autorka pokazała mi oblicze egzystencjalizmu odmienne od mojego wyobrażenia, ukształtowanego lekturami innych książek.
Dla porządku napiszę, że cytaty z książki ująłem w znaki >><<, a wielokropek w nawiasach (…) oznacza mój skrót, pominięcie części słów cytatu. Robiłem to niechętnie, przymuszony objętością cytowanych tekstów.
Może zacznę od etymologii tego słowa, przepisując słowa filozofki.

>>„Egzystencja”, słowo określające nasze główne zadanie, zawiera echo narodzin jako wyłaniania. W klasycznej łacinie ex sisto znaczyło dosłownie „wychodzić z”, „wydobywać się”, „rodzić się”. W takich znaczeniach używał tego czasownika Cyceron w O naturze bogów.<<

Na stronie PWN, pod hasłem egzystencjalizm, informują, iż łacińskie existentia oznacza istnienie.
W wyjaśnieniu znaczenia hasła przeczytałem tam o rozdarciu człowieka, o poczuciu beznadziejności, o lęku, o… dość.
Nie podobały mi się te słowa. Są kategoryczne jak czarno-biała szachownica. Właściwie więcej w nich czerni niż bieli.
Jest jeszcze cytat:

„Absurdem jest, żeśmy się urodzili, i absurdem, że umrzemy”.

Autora nie podano, więc od siebie dodam, że jest nim Jean Paul Sartre. Zapytajcie googli o jego myśli, a przeczytacie przeraźliwe słowa i czym prędzej naciśniecie krzyżyk w rogu ekranu.
Nie znoszę takiej filozofii. To jakieś czarne mędrkowanie pisane przez smutasów, a nie umiłowanie mądrości.
Przywiązany jestem do tradycyjnego znaczenia pojęcia filozofia, a już w starożytności zaczęło się odchodzenie od niego. Teraz mamy niemal nieskończony szereg dziwnych, albo i dziwacznych, pomysłów na wyjaśnienie świata i życia. Do dzisiaj pamiętam przygnębiającą lekturę książki Schopenhauera piszącego o bólu, a czytałem ją w wojsku, 40 lat temu. Tak, od zawsze coś mnie ciągnęło do filozofii, chociaż szybko się okazało, że czytając dzieła filozofów, ciekawe i mądre myśli nierzadko trzeba wyłuskiwać wśród plew mądrość udających, lub szukać je między przygnębiającymi wynurzeniami ludzi mających kłopoty ze sobą i swoim życiem. Dzieła filozoficzne wcale nierzadko bywają też swoistym sportem intelektualnym, jak to wyraził się mój młodszy syn w związku z egzystencjalizmem Sartre.

Wierna pierwotnemu znaczeniu słowa egzystencja, w pierwszym rozdziale poświęconym naszemu istnieniu, Brach-Czaina wiele miejsca poświęca porodowi w sensie dosłownym, realistycznie opisując jego szczegóły. Czyni z porodu oś, wokół której układa argumenty za wartością bycia.

>>Akt rodzenia sam w sobie stanowi radykalne uchylenie egzystencjalnych wątpliwości. Jest wyznaniem wiary w istnienie potwierdzonym w sposób najbardziej osobisty, jakim jest wyłanianie kogoś z własnego ciała. Nie z gliny, nie z cudzego żebra, lecz z siebie.
Rodzenie jest świadectwem zgody, aktem bezwzględnie optującym za wartością istnienia. Wyrazem ufności w otwarty horyzont sensu. (…) Poród demonstruje – a może nawet dowodzi – że to, co jest, zdobywa znaczenie przez fakt bycia. (…) Formuła porodu brzmi: niech to, co jest, będzie. Niewiarygodne przesłanie. Każe zapomnieć o cierpieniu, poniechać buntu. Oznacza akceptację wszystkiego, co zdarzyć się może. Wskazuje samo istnienie jako niezachwianą wartość.<<

Te ostatnie słowa, ale i wcześniejsze, są bardzo ważne, ponieważ tylko dla „zwykłych” ludzi istnienie ma niezaprzeczalną i wielką wartość. Dla części filozofów niekoniecznie, a nawet bynajmniej.
Właściwie zawsze czytam kupioną książkę, nie pożyczoną. Po przeczytaniu chcę ją mieć, nie oddawać, nawet jeśli już do niej nie wrócę. Tę też kupiłem i czytając, zapełniłem marginesy uwagami, podkreśleniami i wykrzyknikami. Im celniejsze, lub piękniejsze, jest miejsce, tym grubszy stawiam wykrzyknik. Przy tych słowach jest grubaśny:

>>Jeśli sądzimy, że to, co przez poród zostaje objawione, domaga się racjonalnego uzasadnienia, możemy dowodzić, że wartością przydaną istnieniu jest otwarcie dostępu do bogactwa świata. Czyż sam poród nie jest po prostu otwarciem na świat? Wskazany więc trop interpretacyjny jest zakorzeniony bezpośrednio w akcji porodowej. Narodzenie pozwala dostąpić do świata. Zatem istnienie prezentuje się jako szansa uczestniczenia w bycie wszystko ogarniającym, nieskończenie różnorodnym.<<

Ucieszyłem się czytając te słowa, ponieważ i ja doszedłem do takich wniosków, bez prowadzenia ścieżkami filozoficznych myśli. Istniejąc, żyjąc, mamy daną nam szansę na przeżywanie życia. Jego intensywne przeżywanie jest naszą powinnością z racji zaistnienia, co samo w sobie jest przecież spełnionym nieprawdopodobieństwem, jest też sensem. Życie spełnione, to życie wypełnione przeżywaniem.
Dalej nieco się rozmijam z autorką; możliwe, że tylko w rozumieniu.

>>To, co nas spotyka, jest tylko małym wycinkiem zdarzeń zachodzących w świecie, więc niczego nie należy odrzucać, bo i tak w ciasnym, zewsząd ograniczonym obszarze bytowania niewiele dane jest nam doświadczyć. (…) Dzięki otwarciu zdobywamy szerszy dostęp do rozmaitości zdarzeń świata. Przypisana nam szczelina rozchyla się wówczas ku pełni. Im większa różnorodność i siła przeżyć, tym pełniej świat otwiera się dla nas. W inicjacji wejścia w świat wyłożona jest zasada istnienia, przed którą się wzdragamy: wszystko przyjąć.
Ale nie jest powiedziane, jak to zrobić.<<

Tak, wzdragam się przed przyjęciem wszystkiego, dlatego w swojej wykładni zaznaczam ograniczenie: pełnia mieści pozytywne przeżywanie. Za negatywne dziękuję, chociaż zgadzam się z twierdzeniem o ograniczaniu w ten sposób przeżyć. A może po prostu nie wiem, jak to zrobić. Jak przyjąć te złe – pod jakimkolwiek względem.
Tutaj powinienem podzielić ogólne pojęcie zła nas spotykającego na dwie kategorie: złe przeżycia, które jednak w swojej istocie nie są czystym złem, oraz te drugie, bezwzględnie złe.
Zmęczenie pracą, dokuczliwe uciążliwości pogodowe, kłopoty finansowe, nieporozumienie z przyjacielem, niepokój o bliskich, a nawet rozpacz po straconej miłości lub przemijająca choroba, w czasie ich trwania mogą i są uznawane za zło, ale inaczej je postrzegam, niż nienawiść, sadyzm, zbrodnie, czy nawet tak często spotykaną zawiść czy złośliwość. Tego rodzaju zła boję się i unikam, mimo pomniejszania swojej czary przeżyć.
Nie potrafię przeprowadzić logicznie spójnego podziału między tymi dwoma rodzajami zła. Po prostu uznaję, że nasza rozpacz jako kochanka, czy smutek po opuszczeniu nas przez przyjaciela, mimo całej swojej negatywności potwierdzają naszą wartość, będąc dowodem zdolności do kochania, odczuwania empatii i przyjaźni, a więc naszych pozytywnych wartości. Inne natomiast, jak wspomniane uciążliwości pracy czy przemijająca choroba, są zwykłymi cechami naszego życia, i ciągłe utyskiwanie, traktowanie ich jako kategoryczne zło, jest ujmowaniem wartości naszemu życiu, a tego robić się nie powinno, ponieważ nasze życie ma taką wartość, jaką uznajemy, że ma.
Czasami dostrzegam konieczność wzbudzenia w sobie większej ufności do życia, a to dla niebronienia się przed napotykanym złem, ale nie mam pojęcia jak to zrobić, mając takie nie inne doświadczenia życiowe.
Dość o sobie, miałem pisać o książce. Zaraz do niej wrócę, zauważę tylko, że nie piszę klasycznej recenzji, ponieważ ta wiąże mi ręce, to znaczy pióro, podlegając pewnym rygorom. W takim tekście nie jestem nimi ograniczony, co bardzo mi odpowiada.

środa, 26 czerwca 2019

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619
Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem kilka dni w Bieszczadach i na roztoczańskich wzgórzach, a wszystkie te miejsca podobały mi się, jednak będąc tam nie wiedziałem, że największa moja przygoda i największe zauroczenie krajobrazem dopiero przede mną.
Osiem lat temu poszedłem na Skopca, najwyższy szczyt Gór Kaczawskich, pasma zachodnich Sudetów, a poszedłem tylko dlatego, że jest najwyższym szczytem. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ponieważ te góry trzeba poznać żeby nas zauroczyły, ale jeśli już się im przyjrzymy, uczucie, jakie poczujemy w sobie, trudno będzie odróżnić od miłości.
Im lepiej znam te góry, tym piękniejszymi je widzę, co przecież typowe jest u zakochanego. Spędziłem w nich sto kilkadziesiąt dni, i póki będzie mi dana możliwość, nadal będę chodzić kaczawskimi drogami i bezdrożami.
Zadziwia mnie nieprzewidywalność nie tylko dróżek tych gór, ale i zdarzeń ludzkiego życia. Gdyby ktoś mi powiedział wtedy, osiem lat temu, że te góry tak mocno zwiążą mnie ze sobą, że napiszę o nich książkę, zapewne nie uwierzyłbym, a jeśli sięgnąć głębiej w studnię czasu, przyznam, że nawet nie wiedziałem o ich istnieniu. Teraz wracam do nich jak do domu – z tęsknotą i znajomością ich zakątków.
Powinienem zamieścić tutaj sprostowanie: napisałem dwie książki, ta druga jest zupełnie odmienna, ponieważ opisuje spotkanie dwojga ludzi, ale właśnie w Górach Kaczawskich. W tej nieco fantazyjnej historii miłości moje góry zajmują nieostatnie miejsce. Książka powinna się ukazać w końcu lata.
Mając opisany każdy dzień spędzony w tych górach, któregoś zimowego dnia uznałem, że powinienem zaproponować wydawnictwu wydanie tych tekstów. Nie wybierałem firmy wydawniczej, od razu zwróciłem się do tej, która wydała moją pierwszą książkę o sudeckich wędrówkach. Odpowiedź przyszła natychmiast: wydamy na zasadach obowiązujących poprzednio, przy pierwszej książce. Nie są dla mnie zbyt dobre, ponieważ przez nie całe przedsięwzięcie jest właściwie z rodzaju non profit, ale zgodziłem się i nie szukałem innych możliwości. Wszak poznałem nieco rynek wydawniczy i wiem, jak trudno jest o profity dla obu stronom: wydawcy i autora. Zresztą, nie dla pieniędzy chodzę po górach i nie dla nich wydaję książkę. Po cóż więc? Powód dla mnie oczywisty: od młodych swoich lat miałem cichutkie marzenie wydania książki, a było tak nieśmiałe, że nawet wobec siebie niewyrażane wprost.
Opisując wędrówki, starałem się zawrzeć w tekstach swoje wrażenia w taki sposób, żeby obraz tych gór, ich urok, a chociaż jego część, mógł być poznany przez czytającego. Z tej idei, jakże trudnej do wcielenia w życie, zrodził się tytuł książki – słowem malowane. Kierując się nią, odrzuciłem te opisy, w których zbyt mało było o wrażeniach, a za dużo o samej trasie.
Może garść szczegółów bardziej technicznych, związanych z ukazaniem się książki.
Pewną trudność sprawiała mi korespondencja z wydawnictwem. Listy otrzymywałem nader lakoniczne i nie zawsze wyczerpujące temat, a fakt ten tworzył niepewności co do porozumienia się i zmuszał do ponownych zapytań. Wiem jednak, że obecnie taka jest norma. Rozumiem, że odpowiadający na moje maile pracownik ma do napisania wiele listów każdego dnia, jednak miałby ich mniej, gdyby zamieszczał odpowiedzi na wszystkie pytania, ponieważ nie byłoby konieczności wysyłania drugiego listu.
Zwyczaj zaczynania listu od słowa „witam” i dalej małą literą tak się rozpanoszył, że stał się normą, więc zapewne wkrótce zostanie usankcjonowany przez językoznawców. W końcu nawet „poszłem” uznano za dopuszczalne.
Czasami czuję w sobie bunt wobec naczelnej zasady tutaj obowiązującej, a mówiącej o tworzeniu języka i zmienianiu jego norm przez użytkowników, nie specjalistów.
O pieniądzach już wspomniałem, napiszę o korekcie tekstu.
Osoba sprawdzająca „Sudeckie wędrówki” wyraźnie starała się nie zmieniać stylu i sensu moich słów, mając na uwadze jedynie poprawność gramatyczną, interpunkcyjną i stylistyczną. Inaczej było przy tej książce: redaktorka dość swobodnie zmieniała także sens zdania, a gdzie nie rozumiała mojej myśli, tam dowolnie zapisywała swoje pomysły. Zaznaczę, że owszem, w niejednym miejscu, na które spojrzałem inaczej widząc poprawki, zauważyłem pominięte wcześniej niezgrabności lub skróty myślowe utrudniające zrozumienia sensu moich nierzadko długich zdań. Wiele jednak było sformułowań poprawnych, a mimo tego zmienionych, czasami radykalnie. W skrajnych przypadkach odrzucałem poprawki, ale na ogół starałem się pogodzić moje zamysły z uwagami redaktorki. Ze względu na warunki moich prac – wieczorami, po wielogodzinnej pracy, czasami mając wolną ledwie godzinę – zapewne niejedno miejsce pozostało koślawe. Miałem nadzieję na ich wyłapanie przy drugiej korekcie, ale już po pierwszej tekst poszedł do łamania.
Zdjęć wysłałem sporo ponad ustalenia, uznając prawo wydawcy do wyboru lepszych według jego oceny. Wybór nie był konsultowany ze mną, ale przecież wszystkie wysłane zaakceptowałem wcześniej. Miniaturki tych wybranych otrzymałem bez podpisów, mając w osobnym pliku tekstowym wpisać nazwy zdjęć będącymi jednocześnie opisami fotografowanych miejsc. Dziwne to było, ponieważ zdjęcia wysłałem podpisane.
Pracując nad tym (a pochwalę się, że w większości przypadków rozpoznawałem skąd były robione zdjęcia i co fotografowałem), nie byłem pewny, czy aby w wydawnictwie nie pomylą kolejności, skoro wystarczyło pominąć jedno zdjęcie, by wszystkie za nim miały niewłaściwe opisy. Ciekaw jestem prawidłowości podpisów, ale sprawdzę je dopiero po otrzymaniu moich egzemplarzy autorskich; spodziewam się, że odbiorę ja za tydzień, może dwa.
Projekt graficzny okładki jest bardzo podobny do pomysłu wykorzystanego przy pierwszej książce. Zaakceptowałem propozycję uznając, że nie okładka jest najważniejsza i nie chcąc wydawać pieniędzy na prywatne zamówienie projektu u grafika. Później pomyślałem, że podobieństwo okładek pasowałoby w serii książek o górach.
Czy taka się ukaże – nie wiem. Tak naprawdę zależy to od czytelników, ponieważ póki chodzę w góry, materiałów na następną książkę nie zabraknie, a wydać ją nie jest trudno, jeśli poprzednia przynajmniej jako tako się sprzedawała.
Małgosia, moja córka, zamieściła już informację o książce w bazie danych Biblionetki, jest to obejrzenia tutaj.
Natomiast tutaj jest strona wydawcy o tej książce. Jak czytam, zamieścił ostatnią, poprawioną wersję mojego tekstu przeznaczonego na okładkę. Przed wysłaniem czytałem go kilka razy i tyleż razy poprawiałem, a teraz widzę niedostrzeżony wcześniej zgrzyt. Już za późno na jego usunięcie. Trudno.
Książka w najbliższych dniach ukaże się w ofercie szeregu hurtowni i księgarń internetowych, będzie do kupienia u wydawcy, na allegro i u mnie.
 
Zastanawiając się nad wyborem kilku zdjęć z moich gór do zamieszczenia tutaj, przejrzałem kilka folderów, w końcu uznałem, że zamieszczę te trzy. Są dla mnie szczególne, ponieważ od miesięcy mam je na pulpicie laptopa, a to dla szybkiego ich otworzenia. Lubię je, są prawdziwie moje.




środa, 19 czerwca 2019

Prace i dni

180619

Krótko przed wyjazdem wyszedłem na wał nad rzeką i rozglądałem się chcąc zapamiętać ładne widoki, letnie już przecież, ale też próbując sięgnąć odczuwaniem w głąb siebie, żeby poczuć niepowtarzalność chwili przeżywanej tu i teraz. Rozglądałem się słuchając siebie.

Tam stoi gotowa do wyjazdu moja scania, na opustoszałem placu widzę koleiny, ślady ustawień karuzel, wydeptaną trawę. Czy będzie taki ślad przy wejściu do mojego kampingu? Poszedłem w kąt placu, pod lipy tam rosnące, ślad był. Stałem chwilę słuchając buczenia pszczół; tak późno, a one jeszcze pracują? – bezwiednie pomyślałem. Wróciłem na ładną ścieżkę wiodącą wałem i usłyszałem wzmagające się dudnienie. Z naprzeciwka szła rodzina, nastoletnia dziewczyna miała w plecaku głośnik. Minąłem ich, zniechęcony, i wsiadłem do ciężarówki. Młody Ukrainiec, mój pasażer i pomocnik w razie awarii, już spał na łóżku za mną. Zapaliłem silnik, powietrze w instalacji było, włączyłem więc bieg i ruszyłem.

Była godzina 20.30. Wyjeżdżałem po trzynastu godzinach pakowania sprzętu w upale i kurzu, po ledwie półgodzinnej przerwie.

Chwila, gdy ruszam, podoba mi się. Jest zmianą, a czasami, gdy droga daleka, jak dzisiaj, jest też ekscytacją i ciekawością, ale i zostawieniem za sobą nieprzyjemnych chwil przeżytych na opuszczanym miejscu – a tych w tej pracy nie brakuje – jest więc swoistym wyzwoleniem i oczyszczeniem. W tym roku dodatkowo jest poprzedzana pożegnaniem. Karuzelową ciężarówką już tutaj nie przyjadę.

Jedyny wyjazd z placu prowadzi wąską uliczką o jednokierunkowym ruchu, a jedzie się pod prąd. Mieszkańcy miasta ładnie mnie pożegnali: żaden z kierowców zmuszonych do przepuszczenia mnie nie pukał się w czoło ani nie pokazywał mi środkowego palca.

Pół godziny później odebrałem pierwszy telefon: na esce stoi nasze renault. Kierowca czeka na mnie.

Kiedy zatrzymałem się za zepsutą ciężarówką i wysiadłem, zobaczyłem widok, którego mam nadzieję nie zapomnieć.

Nieboskłon dosłownie tonął w powodzi światła niskiego słońca. Jakby w odpowiedzi podnoszące się mgiełki wieczorne, trafione silnym jeszcze światłem, zapłonęły pomarańczami i intensywnymi żółciami, przenosząc z nieba ową powódź intensywnych barw aż do mnie. Z tyłu zatrzymał bus ciągnący mój kamping, wysiedli z niego ludzie i szli w moją stronę. Widziałem niemal czarne sylwetki obwiedzione gorącą, jaśniejącą aureolą. Chwilę patrzyłem na ten spektakularny pokaz barw, przyszła mi do głowy myśl o wzięciu aparatu i zrobieniu zdjęć, ale przeważyła służbowa powinność.

Właściwie śmieszne jest wymaganie ode mnie naprawiania samochodów, ponieważ nie znam się (i nie chcę znać) na mechanice, ale tym razem uszkodzenie było drobne i elektryczne. Tyle że pod ciężarówką i z lewej strony, a pół metra od niej przejeżdżały tiry z dużą szybkością. Wielotonowe renault magnum chwiało się pod potężnymi uderzeniami powietrza pchanego przez jadące ciężarówki. Sunąc na plecach udało mi się zmieścić pod bakiem, głębiej miejsca wystarczyło na podniesienie rąk między rurą wydechową a wałem napędowym i sięgnięcie do przewodów. Leżąc tam, z głową na jezdni, spojrzałem na zachód: między kołami ciężarówki widziałem niebo w płomieniach. Znowu pojawiła się myśl o zdjęciach; chyba nikt ich nie robił łunie zachodu widzianej z takiej perspektywy.

Proste uszkodzenie naprawiłem w 30 minut, ale leżąc tam, z głową o metr od kół jadących samochodów, nie czułem się dobrze. Nie opuszczała mnie myśl o tym, co by było, gdyby któryś kierowca zaczepił o stojące magnum. Kiedy się wycofywałem, podkoszulek, trzymany przez chropawy asfalt, nie chciał iść ze mną. Z ulgą usłyszałem odgłosy pracującego silnika, wrzuciłem narzędzia do skrzynki i spojrzałem na zachód. Łuna już gasła. Dopiero teraz obejrzałem siebie: wcześniej byłem tylko brudny, teraz byłem jak te prosię, które wylazło z kałuży. Na szczęście na dachu mojej ciężarówki jest zbiornik na wodę, a w kabinie mydło, więc dłonie i twarz umyłem. Nie lubię, gdy mi się lepią do kierownicy, ani gdy oczy pieką od brudu i potu.

Danego mi do pomocy Ukraińca nie obudziło trzaskanie drzwiami. Drugą awarię, rozerwanie opony, też przespał. Jednak byłbym niesprawiedliwy wobec niego, gdybym napisał, że spał cały czas: raz się obudził, najadł się, wypił, zapalił i… położył się spać.

Trwają najdłuższe dni, najkrótsze noce. Ta konstatacja brzmi banalnie, wiem, ale cóż ona oznacza tak naprawdę, można się przekonać spędzając taką noc - pogodną, ciepłą, krótką, prawdziwie letnią - na dworze, poza miastem.

Ostatnie światło zachodu zgasło około godziny 23, później w srebrzystym świetle księżyca widziałem zarysy dalekich lasów i pól, a o drugiej niebo na północnym wschodzie zaczęło się rozjaśniać. W dolinach, nad rzekami, wśród drzew, na łąkach, stały niskie mgły. Te najładniejsze, ciasno utkane, nierozmyte mgły, z których wystają kominy domów i szczyty drzew. Nad ranem zmieniały się z białoszarych w srebrzyste, a gdy wzeszło słońce, wydawało się, jakby z masy perłowej były zrobione.

Eos w te tygodnie nie ma łatwego życia, bidulka. Między pierwszymi kolorami świtu a wschodem słońca mija przynajmniej dwie godziny – to czas jej budzenia się, zaspanej. Kiedy jednak przemyje twarz i otworzy okna, jest tą Eos, której tak bardzo mi brakuje w zimie: radośnie uśmiechniętą i radość dającą, kolorową, po prostu piękną.

Pierwsze promienie słońca od razu były jasne i silne, wydawały się też czyste, lśniące i radosne, a zobaczyłem je 20 kilometrów przed celem – małym lotniskiem na Kujawach.

Dopiero po zaparkowaniu na końcu długiego szeregu pojazdów, szturchnąłem mojego pomocnika i kazałem mu wysiadać. Niemrawo zlazł z łóżka; wyglądał jak zmęczony życiem wałach. 
Widząc w pobliżu mój kamping, poszedłem po aparat.

Spektakl początku dnia skończył się, Eos poszła spać albo znowu wybrała się na balangę, jak to ona. Płaski teren wokół nie był dobry do fotografowania, ale chciałem mieć pamiątkę po tej cudnej nocy.

Pół godziny później, po umyciu się nawilżonymi chusteczkami, wyszedłem na dwór. Była 5.40. Zobaczyłem podnoszący się balon i usłyszałem hałas wielkiej dmuchawy. Później błysnęły ognie palników podgrzewających powietrze, i po kwadransie balon oderwał się od ziemi. Patrząc na lecących, pomyślałem o Dedalu i jego synu, o ludzkim pragnieniu latania, które jest przecież pragnieniem wolności. Ludzie w koszu balonu lecieli naprawdę, skoro nie byli zamknięci w maszynie, przez małe okienko niewiele widząc poza chmurami w dole. Oni widok mieli wokół, nie ograniczony wielką wysokością i szybkością ani kadłubem samolotu.

Zazdrościłem im.

* * *

Tydzień temu byłem kilka godzin w Szczecinie, a był to służbowy wyjazd dla obejrzenia wielkiego młyna. Obszedłem go wokół z zadartą głową. Piękna konstrukcja. Patrzyłem na nią z estetyczną przyjemnością technika.

Tutaj można zobaczyć tę karuzelę.

Jednak nie o młynie chciałem napisać, a o ludziach. Otóż po sąsiedzku stoi kilka lunaparkowych urządzeń z Niemiec. Za kolorowymi fasadami zobaczyłem życie, którego doświadczam od wielu lat: ciasno ustawione barakowozy i kampingi, na ziemi leżące kable i węże, obok sterta jakichś metalowych gratów, za nimi ciasno ustawione ciężarówki i przyczepy. Miska na podeście, powieszone na sznurku ciuchy, brudny młody mężczyzna ubrany w wyciągnięte spodenki nieokreślonego koloru, otwarta klitka udająca pokój. Od frontu siedział na podeście autodromu zarośnięty i okropnie brudny ludzki łach. Wiem, dlaczego tam siedział, wszak ten nieznany mi mężczyzna jest moim kolegą z branży: skończył pracę i rozkoszując się bezruchem zbierał siły na umycie się i przebranie. Wiem, że niektórzy nie znajdują jej na takie zakończenie dnia i wypiwszy setkę lub parę piw, walą się w swój barłóg.

Wiele już razy, ponownie zdumiony miejscem mojej pracy, przypominałem sobie drogę do lunaparku. Każdy krok pamiętam, każdy wybór, ale wszystkie one rozpatrywane osobno nie wskazywały na te trzydzieści lat, które minęły mi wśród karuzel. Dopiero ich ciąg ułożył się w drogę.

Dziwnie się układają losy ludzkie. Czyż nie zakrawa na ironię losu, albo drwinę demiurga, że ja, nie mając żadnych predyspozycji psychicznych do pracy w takich miejscach, spędziłem w nich połowę życia?

Próba to być miała, kara czy karma?

Wiele razy w ciągu piętnastu lat pracy w tym lunaparku nagle coś się zmieniało w moim oglądzie świata wokół. Rozglądałem się wtedy, zdumiony miejscem i moją w nim obecnością, czując w sobie bezbrzeżne zdumienie.

Co ja tutaj robię???

Żyłem, pracowałem, zarabiałem na siebie i swoich, starałem się wziąć z tych dni, tak szybko układających się w lata, tyle, ile potrafiłem.



Jak już wspomniałem gdzieś tutaj, ten blog tak naprawdę jest o mnie. Nie o rodzinie, nawet nie o Górach Kaczawskich, mimo że dodałem je do nazwy i tak wiele miejsca tutaj zajmują. Jest o mnie, a ja właśnie uświadomiłem sobie, że tym tekstem zaczynam swoje żegnanie się z pracą.







wtorek, 11 czerwca 2019

Praca i książki

110619
Ponad trzy godziny temu skończyłem pracę, ale jeszcze się nie umyłem. Siedzę i pocę się w diabelskiej temperaturze, a na dwór się nie przeniosę, bo tam latają wściekłe komary i tną bez litości. Kilka dni spędzonych na tym placu nad Odrą zapewne kojarzyć mi się będą ze skwarem i kąsaniem, ale chciałbym wynieść z nich coś ponad bolączki powszedniego dnia, ponieważ jestem tutaj po raz ostatni. Nie jestem związany w jakiś szczególny sposób z tym miejscem i z miastem – ot, jeszcze jedno na szlaku lunaparku, ale właśnie fakt bycia tutaj po raz ostatni – jak i we wszystkich poprzednich miastach – czyni te dni innymi. Chciałbym wyróżnić je pamięcią, unieść ze sobą chwile. Nie muszą być wyjątkowe, ale żeby były, żeby zostały w pamięci jako ważne i moje, bo oto do wydłużającego się szeregu zdarzeń i czynności przeżywanych po raz ostatni, dochodzi kolejny koniec – mojej pracy tutaj.
Jednak na razie trwa okres „tygodniówek”, czyli cotygodniowej zmiany miejsca kręcenia karuzelami.
Ledwie odeśpię przeprowadzkę, ledwie otworzymy lunapark w nowym mieście, a już zaczynam telefoniczne konsultacje, już siadam przy laptopie i uruchamiam ludzika google maps żeby ustalić, sprawdzić i opisać następną trasę przejazdu. To ważne, ponieważ jadąc wielotonowym i nadwymiarowym zestawem pojazdów (mój ma długość 27 metrów), raczej nie można pomylić trasy, albo wjechać tam, gdzie zabraknie miejsca do manewru. Gdy drogę przejazdu mam już ustaloną i sprawdzoną, zwołuję kierowców i u mnie w kampingu omawiam ją z nimi. Po ich wyjściu zaczynam wstępne prace nad opisem następnej trasy.
Po zmontowaniu urządzeń mam dwa dni względnego luzu, dłuższego spania, i oto zaczyna się festyn, czyli dudnienie do północy i obsikane przez pijanych klientów wozy zaplecza, a zaraz po nim następne pakowanie sprzętu i kolejny wieczorny wyjazd. Ponad tym całym wariactwem tyka zegar odliczający miasta i przeprowadzki do wakacji nad morzem: jeszcze pięć, jeszcze cztery, jeszcze trzy miasta i wakacje!
Wakacje, czyli lato z pracą tylko dziesięć godzin dziennie i bez szaleństwa przeprowadzek.
Jak w tym zwariowanym czasie znaleźć i zapamiętać lepsze chwile? Staram się, ale przyznam, że ze średnim skutkiem.
W nielicznych wolnych chwilach próbuję utrzymać listowną i telefoniczną łączność z rodziną i ze znajomymi oraz coś nowego napisać.
W tych tygodniach mam dodatkowe zajęcie, mianowicie korespondencję w sprawie wydania drugiej książki. Jest podobna do pierwszej, ponieważ zawiera opisy moich kaczawskich wędrówek. Teraz już trochę wiem, jednak przy pracach nad pierwszą książką byłem zdumiony ilością zajęć, różnorodnością spraw do ustalenia. Na przykład wczoraj dostałem propozycje okładki do wyboru, wybór trudny nie był, ale przy tej okazji, otworzywszy plik z tekstem przeznaczonym na okładkę, stwierdziłem, że wymaga on znacznych szlifów. Czasami bywa, nota bene. że poprawianie tekstu nie ma końca: zmieniam szczegóły i wyrazy, a wciąż uznaję, iż tekst nie jest takim, jakim być powinien, ponieważ jego treść nie oddaje tego, co tkwi we mnie, nie dając się zamienić w słowa.
Korzystając z okazji chciałem wyrazić swoje zdumienie możliwościami dawanymi przez Internet i elektronikę.
Pocztę elektroniczną używam od dwudziestu lat, ale nadal przychodzą chwile zdziwienia: przecież niezależnie od chwilowego miejsca mojego pobytu, adres mam taki sam; obojętnie gdzie jest adresat moich listów, dostaje je w ciągu sekund od ich nadania. Przesuwam palcem po ekranie smartfona, a zmienia się on w internetowe łącze, co oznacza wejście do przeogromnego świata, w którym znaleźć można nie tylko szczegóły mojej kolejnej drogi lunaparkową ciężarówką, ale i trzecie imię jednego z synów Jana Sebastiana Bacha. Wszystko.

Jestem po wstępnej wymianie listów dotyczących wydania mojej niewielkiej powieści o miłości, której dwa fragmenty są tutaj opublikowane.
Wydawnictwo ujęło mnie rzetelnością, poświęceniem czasu na tekst nieznanego autora, a trzeba wiedzieć, że wszystkie wydawnictwa są dosłownie zalewane tekstami. Zaraz po wysłaniu im mojej propozycji wydawniczej potwierdzili jej otrzymanie, obiecując napisać więcej po przeczytaniu. Faktycznie, po tygodniu dostałem list, a w nim… pochwałę tekstu. Z jej treści wynika, że faktycznie czytali, a że łasy jestem głaski, pozwolę sobie wkleić niżej fragment tamtego listu:

W Pana opowieści urzeka przede wszystkim to, że jest ona doskonałym odzwierciedleniem wrażliwej duszy człowieka, który spacerując po górach, podziwia nie tylko piękno natury, ale wpisuje w to piękno ludzkie uczucia... Najpiękniejsze wędrówki to takie, które nie tylko męczą ciało, ale przede wszystkim pozwalają marzyć :) i widzieć więcej niż widać na pierwszy rzut oka :).”

Poczułem się dowartościowany, co łatwo zrozumie każdy piszący, ale jednocześnie uświadomiłem sobie, że powieść można odbierać na różne sposoby i różne wnioski wyciągać.
Nie marzę o spotkaniu, jakie przeżył bohater powieści, jestem na to zbytnim racjonalistą, a i mój niemały pesymizm swoje dokłada. Po prostu siedząc na Lastku w Chrośnickich Kopach w Górach Kaczawskich, przyszedł mi do głowy pomysł na opowiadanie, a tamto miejsce uznałem za dobre do spotkania się bohaterów opowiadania. Ot, i tyle, chociaż… chociaż przyznaję, że miłość mam za uczucie bardzo, bardzo ważne w naszym życiu.
Umowę wydania mam podpisaną, teraz czekam na tekst po korekcie. Wiem, że gdy go otrzymam, przez parę wieczorów nie będzie mnie dla nikogo – będę zajęty szlifowaniem słów według wskazań redaktora zajmującego się korektami.
Różnie z nimi bywa, jak się okazało przy okazji prac nad książką o moich górach. Przy pierwszej książce redaktor tylko zaznaczał miejsca wymagające według jego oceny poprawy, natomiast tekst drugiej dostałem ze zmianami już wprowadzonymi, chociaż zaznaczonymi innym kolorem czcionki. Zmianami czasami tak znacznymi, że zatracane było znaczenie zdania i musiałem zmieniać nie tylko korekty, ale i swoje słowa, żeby zachować myśl zawartą w zdaniu i jednocześnie uwzględnić wskazania redakcji.
Podam dwa przykłady moich borykań się z redaktorem, a jego z moimi słowami.
Moje zdanie:
Nie szedłem szlakiem, bo ten biegł także przez las, a ja chciałem cały czas czuć słońce na twarzy.
Zdanie poprawione przez redaktora:
Ja szedłem, ale szlak biegł i nadal biegnie, ponieważ ciągle tam jest.
Tutaj komentarz chyba nie jest potrzebny, prawda?

Przykład drugi, mniej spektakularny, ale właśnie dlatego ciekawszy.
Moje zdanie:
Na północ od Bolkowa leżą rozległe pola na łagodnych wzgórzach poprzetykanych niewielkimi lasami.
Zdanie zmienione:
Na północ od Bolkowa leżą na łagodnych wzgórzach poprzetykanych niewielkimi lasami rozległe pola.

Zdania mam za poprawne, jednak w tym drugim, mającym być lepszym, rzeczownik „pola” jest na końcu zdania, a dopiero on wskazuje, o czym się mówi w całym zdaniu. Dlatego za bardziej poprawne mam swoje, ale głowy nie dam, ponieważ moja poprawność pisania nie jest wynikiem znajomości zasad pisowni, a… właściwie nie czym. Mając tak wielkie luki w wiedzy o języku, jakie ja mam, powinienem pisać bardzo niezgrabnie, a przecież tak nie jest, więc...
Oczywiście były miejsca poprawione jak najbardziej słusznie.
Przed chwilą sprawdzałem w Internecie poprawność zakwestionowanego mojego wyrażenia „będę patrzeć”. Tak napisałem uznając „patrzył” za czynność w czasie przeszłym, ale myliłem się. „Patrzeć” jest bezokolicznikiem, a czynność patrzenia w czasie przyszłym powinna mieć taką formę, jaką zaproponował redaktor: „będę patrzył”.

Może więc te kradzione snu chwile poświęcone moim książkom zabiorę ze sobą, gdy zapakuję do vectry cały swój dobytek i ruszę na wschód, do domu? Zapewne tak, ale będę się starał o więcej, o to, żeby mój mieszek wypełniony był nie tylko grosiwem, a zwykłymi-niezwykłymi chwilami mojego życia.
Tutaj zacytuję słowa, które kiedyś oczarowały mnie. Są z niewielkiej powieści Wiśniewskiego-Snerga „Nagi cel”:

"-Antonio - rozejrzała się wokoło - zapamiętaj tę chwilę.
(...)
-Więc o jakiej chwili mówisz?
-O tej zwyczajnej, jednej z wielu, która teraz obejmuje nas, całuje i odchodzi. (...)
-Dobrze. Będę ją pamiętał. I chyba zrozumiałem, jakie chwile są dla ciebie cenne. Ludzie przechowują w pamięci daty, numery dyplomów, terminy promocji, wspominają śluby i jakieś rocznice, urodziny i pogrzeby, wielkie wydarzenia oraz chwile innych znormalizowanych sukcesów i szablonowych klęsk. Gromadzą to wszystko, co zwyczaje każą im pamiętać, co pasuje do rubryk, co nie złamie trybów liczydeł statystycznych i co nie tworzy ich autentycznego życia. A kiedy u schyłku dnia przychodzi rachmistrz spisowy, oddają to wszystko i zostają z niczym, bo nie mają takich chwil jak my."

czwartek, 30 maja 2019

Praca i droga

290519
Pracę zacząłem w Łodzi w niedzielne południe, skończyłem o godzinie 15 następnego dnia w Szamotułach, blisko 300 kilometrów od Łodzi. Pracowałem więc 27 godzin. Dużo, ale do wyrównania rekordu było daleko, zabrakło dziewięciu godzin. Tamten trzydziestosześciogodzinny maraton sprzed wielu lat zapewne zostanie rekordzistą.
Po nocnym demontażu urządzeń miałem tremę, a nawet lekki strach, przed rannym wyjazdem w siedmiogodzinną drogę ciężarówką, ale udało się nadspodziewanie dobrze. Miałem tylko jeden kryzys, po godzinie jazdy, jednak przeszedł dość szybko i później już bez mordęgi ciężkich powiek dojechałem do celu. Może pomógł wielki termos kawy?
Ponieważ po przyjeździe podłączyliśmy wodę do wozów, zaraz po pracy, póki łazienka była wolna, poszedłem się umyć. Skarpetki i majtki omalże przykleiły się do ciała, a przepocony podkoszulek wydzielał silną woń.
Po prysznicu i zmianie ubrania poczułem odmianę, z której zawsze jestem dumny: zmęczenie minęło.
Wziąłem więc laptopa na podołek w nadziei napisania czegoś.
Nazajutrz.
Ledwie zacząłem pisać, gdy przypomniałem sobie o flaszce świetnego likieru. Wypiłem maluni kieliszek i w kwadrans później… usnąłem. Po ponad dziesięciu godzinach snu zacząłem jedenastogodzinną pracę w deszczu; dobrze, że w skrzyni pod łóżkiem znalazłem swoje gumowce, ale tylko ten wie, jak one męczą nogi, kto człapał po błocie w takim obuwiu cały dzień.
Słyszałem o szkołach przetrwania w których trzeba płacić; dla chętnych mam lepszą propozycję: niech przyjdą do lunaparku. Sprawdzą się i jeszcze dostaną za to pieniądze.
Może jednak zamiast marudzić, wrócę do pisania.

Czasami budzimy się z miłego snu pamiętając jego szczegóły i nasze wrażenia, ale rzadko kiedy potrafimy uratować go z całym bogactwem przeżywania przed zapomnieniem. Jakże często z każdą sekundą przebieg śnionej historii i jej silna emocjonalność umykają nam coraz bardziej, aż zostajemy jedynie z blednącym wspomnieniem wrażenia, którego nie potrafimy już umieścić w ramach jakiegokolwiek dziania się. O co tam chodziło? Skąd tak silne pozytywne emocje? Próbujemy przywołać tamten piękny senny nastrój, ale dobywając z pamięci jedynie jakieś mało znaczące drobiazgi nijak się mające do tamtego przeżywania, czujemy bezsilność, żal i chęć powrotu do snu.
Jeszcze później już nic. Coś się nam śniło, coś ładnego – tylko tyle pamiętamy.
Rokrocznie, w czasie moich wymuszonych pracą przerw w wędrówkach, wracają do mnie obrazy, które nie są, jak myślę, zwykłym wspomnieniem widzianych miejsc. W różnych sytuacjach codziennych i raczej bez związku z nimi, nagle widzę skraj lasu i pofałdowanych łąk, albo brzozowy zagajnik, śródpolną kępę krzewów i drzew, czy strumyk wśród traw, najczęściej jednak owym powracającym obrazem jest droga. Nie jest konkretną drogą, często bywa pozbawiona identyfikujących ją cech – jakby ideą była, a nie tą czy tamtą drogą. W braku szczegółów i w silnej emocjonalności obraz podobny jest do snu, tym jednak się różniący od niego, że wrażenia i ich źródła nie ulegają tak szybkiemu zatarciu. Może jedynie senne, więc nieokreślone do końca i niepoddające się analizie, jest przydawanie drodze cech żeńskich, nie tylko w sensie płci gramatycznej.
Ona – droga. Tajemnica, tęsknota i ucieczka w jej objęcia.
Czy o niej miałem pisać? Hmm, właściwie nie wiem o czym chciałem pisać. Teraz widzę, że po prostu wyrażam swoją potrzebę wędrówki i wyrwania się ze świata, jaki tutaj mnie otacza. Właściwiej byłoby napisać o świecie, który naciska na mnie, a siły dla równoważenia tego naporu jest we mnie coraz mniej.
Może, zostając przy wędrówkach, napiszę parę słów o lubianych przeze mnie kępach zarośli śródpolnych?
Widzę je dwojako: jako urokliwe elementy krajobrazu oraz jako oazy biologicznej różnorodności w sztucznym świecie pól.
Jest w nas skłonność uznawania pól za część natury, a przecież naturalne nie są. Nigdzie w naturze nie występują tak wielkie, skoro liczące nawet setki hektarów, skupiska jednej rośliny, na przykład rzepaku czy jakiegokolwiek zboża. Albo hektary kapusty. Pomijam tutaj fakt niewystępowania ani pszenicy, ani znanej nam ze sklepu kapusty, w stanie naturalnym. Nawet lasy są często sztuczne: małe drzewka jednego gatunku sadzone w rządku – smutny, nieprawdziwy las.
Łąki też bywają nienaturalnym tworem stworzonym przez ludzi, co widziałem w czasie ostatniej wędrówki. Z jednej strony Dudziarza były one bezdrzewnym i bezkrzewnym (czy prawidłowo stworzyłem to słowo?) obszarem z gęsto rosnącą wysoką trawą, na moje niewprawne oko jednego gatunku lub paru bardzo podobnych. Natomiast z drugiej strony góry było dużo gatunków traw, ale w niewielkich ilościach, więc nie zagłuszały innych roślin, a tych rosło wiele, także form krzewiastych. Znajduję takie łąki w wielu miejscach moich gór, i patrzę na nie z upodobaniem właśnie z powodu znacznej różnorodności ich flory. Może na tych łąkach jest za słaba ziemia dla intensywnego wzrostu traw i ich częstego koszenia? Bywa, że gdy wspominam miejsca swoich wędrówek, widzę takie właśnie stepowiejące łąki jako miejsca urokliwe i ciekawe, niechaj więc zostaną takie jakie są.
Nieużytkami zwiemy tereny, na które nie wjadą maszyny rolnicze, a więc uskoki gruntu, wystające skały, podmokłe miejsca, jary i im podobne formacje, ale właśnie dlatego takie miejsca umożliwiają swobodny wzrost roślin, które tam się zasieją i przeżyją.
Tutaj chciałem zwrócić uwagę na słowo „nieużytki”, jako świadczące o oczekiwaniu służenia nam całej przyrody. Właśnie ta jej część, która nie nadaje się do naszych celów, uznawana jest za nieużytek.
Natura jest, czy powinna być, wyznacznikiem wartości, nie nasze potrzeby. Ziemia nie jest naszą własnością, ani my nie jesteśmy jej panami, chociaż zasiedliliśmy wielkie obszary i szkodzimy jej, a nawet możemy wywołać kataklizmy. Wrzód na dupie też może zaszkodzić, trudno jednak uznać go za pana człowieka. Jesteśmy jedynie chwilowymi mieszkańcami Ziemi – jako jednostki i jako gatunek – na dokładkę całkowicie od niej zależnymi.
W słowie nieużytek tkwi ślad homocentryzmu, a przecież takie miejsca są edenem Natury na monokulturowych obszarach pól.
W ich naturalności, w różnorodności, splątaniu, w pozornym chaosie, w nierzadko widzianej żywiołowości, tkwi urok nieokiełzanej przyrody. Pola takie nie są. Gdyby nie miedze je dzielące, gdyby nie polne drogi i ocienione drzewami strumienie, byłyby nudne.
Znowu pióro skręciło mi w stronę dróg; czy to obsesja? Nie będę się przed nią bronić.
Mam je za bodaj najpiękniejszą część krajobrazu, skoro w najładniejszych miejscach potrafią przyciągać mój wzrok, a nawet wygrywać ze strumieniami ukrytymi wśród drzew lub z malowniczymi skałkami, ale przecież i one nie są naturalnymi elementami krajobrazu. Jednak drogi mają wyjątkową zdolność łączenia w sobie uroku natury, cywilizacji i ludzkich potrzeb, na przykład schowanej w nas czasami głęboko potrzeby zerwania więzów i pójścia za horyzont.
Są zobrazowaniem nie tylko naszej ciekawości i wolności, ale też tęsknoty i trudnej do określenia nostalgii.

Niżej kilka niewybieranych zdjęć, pierwszych z folderu z jej zdjęciami.











czwartek, 23 maja 2019

Dzień kwiatów

190519
Wokół Storczykowego Wzgórza.
Zbocza Dudziarza, Straconki i Gaika.

Karuzelowy sezon w pełni, ale trzeci już tydzień pracuję w bazie, a to znaczy, że na życzenie mogę mieć wolną niedzielę. Wyobrażacie to sobie? Wolna niedziela! W tą jedną jedyną zapowiadano słoneczną pogodę, więc wstałem przed drugą, po czwartej zabrałem Janka i o piątej byliśmy na miejscu.
Chciałem poszwendać się po zboczach Dudziarza, ale że pierwszym celem – na życzenie Janka – było Storczykowe Wzgórze w kaczawskich Chełmach, pod Jaworem wjechałem w boczną drogę prowadzącą do Mysłowa. Lubię nią jeździć, o ile nie jest zaśnieżona. Wąska wstążka asfaltu nieustannie kluczy wśród wzgórz, przeciska się między domami wiosek, zbiega ze zboczy lub pnie się na szczyty.
Przed naszym wzgórzem droga celuje w korony drzew, na szczycie skręca i już pędzi w dolinę. Bystre oko zdąży zobaczyć niewielki parking, na moment mignie otwarta przestrzeń, i znowu wjeżdża się między drzewa. W ten sposób kierowca nieznający tej okolicy mija Storczykowe Wzgórze, miejsce, o którym w encyklopedii Gór Kaczawskich piszą jako o najciekawszym pod względem różnorodności rosnących tam rzadko spotykanych roślin. Wiele razy tamtędy przejeżdżałem, raz czy dwa szedłem, i wydawało mi się, że trochę znam tamtą okolicę, jednak dopiero dzisiaj zobaczyłem, jak niewiele widziałem, i nie tylko kwiaty mam na myśli.
Powinienem jednak zaznaczyć, że łatwo było wzgórzu oczarować mnie widokami, ponieważ widziałem je w pierwszych minutach słonecznego majowego dnia, wystrojonego młodą zielenią, kwiatami i słońcem, a więc czarem wiosny.

Zaparkowałem i sięgnąłem po termos, jednak Janek nie miał cierpliwości czekać na mnie: nim wypiłem kawę, zdążył zrobić pierwszy zwiad. Kiedy podekscytowany wrócił, poszliśmy na wschodnie zbocze zobaczyć wschód słońca. Był nieco zasłonięty niską chmurą, ale jednak zdążyliśmy.



Niewiele później, gdy słońce wspięło się (geocentryzm się kłania) nad chmurę, delikatna mgiełka rozświetliła się, barwiąc drzewa i łąki ciepłymi, czystymi kolorami – ranek, o jakim się marzy w zimie, gdy początek dnia jest zamianą czerni na szarość. W tamte dni szukam kolorowych drobin, resztek urody jesieni niezawładniętych przez zimę, dzisiaj świat oszałamiał radosną magią wiosny i feerią świetlistych kolorów.
Szedłem za Jankiem próbując zapamiętać chociaż część nazw pokazywanych mi roślin; teraz wydaje mi się, że kilka uratowałem z ich mnogości zapomnianej i pomieszanej w pamięci. Wynik mam za sukces nie tylko z powodu rozdwojenia uwagi, ponieważ wzrok uciekał mi w dal i na drzewa, ale i przez porównanie do tych jakże licznych ludzi, którym te rośliny, jak i cała przyroda, po prostu obojętne.
Już dawno zauważyłem, że jeśli tym niepozornym, wydawałoby się, kwiatom łąk i pól, poświęci się chwilę uwagi, nachyli nad nimi i przyjrzy dokładnie, zobaczy się wdzięk ich kształtów, doskonałość symetrii i kolorystyki, a jeśli podniesie się głowę i zobaczy wokół siebie mnogość innych kwiatów odmiennych kształtów, doznać można zdumienia przepychem natury. Wiadomo też, że roślina znana z nazwy zawsze bardziej przyciąga wzrok i bardziej cieszy, niż ta anonimowa. Od dzisiaj moim jest storczyk buławnik mieczolistny i kokoryczka wielokwiatowa – szlachta wśród roślin, ale i tak pospolity wilczomlecz sosnka czy wszędzie widziana babka lancetowata. Zwróciła moją uwagę głównie swoją ilością, ponieważ rosła wszędzie gdzie szliśmy, ale też swoją skromną, niekrzykliwą urodą i oryginalnym wyglądem: z wydłużonego środka podobnego do maleńkiej szyszki, wyrastają dookoła szypułki, na których siedzą milimetrowe białe kwiaty.
Wiele tam rośnie jaskrów, a kwiaty tej rośliny, ładne w moich oczach, zawsze kojarzą mi się z kaczeńcami, mając wspólną wyrazistość koloru. Jedne i drugie łączą w sobie przeciwności: delikatność płatków i jednocześnie ich masywność widoczną z ostrym rysunku – jak na zbyt wyostrzonym i mocno kontrastowym zdjęciu.


Południowe odkryte zbocza Dudziarza i Straconki nie są duże, zajmują ledwie parę kilometrów, ale ich rzeźba jest tak urozmaicona, że mimo kilku już dni tam spędzonych, nadal nie znam wszystkich zakątków. Od zalesionego szczytu schodzi w dolinę parę grzbietów dzielących stoki na oddzielne dolinki otwarte jedynie na południe, w stronę rozległej doliny dzielącej moje góry od sąsiednich pasm. Każda z nich jest nieco inna, w każdej rośnie dużo głogów i dzikich róż, a dnem płyną strumienie. Na stepowiejących łąkach nie ma wysokich traw, więc są dobrym siedliskiem dla niezliczonych (dla mnie na pewno) gatunków roślin. Tu i tam biegną słabo widoczne dróżki, samotne brzozy przyciągają wzrok, jęzory lasu miejscami schodzą niżej ciemnymi świerkowymi zagajnikami, w innych miejscach wąskie łąki rozpychają się między drzewami podchodząc blisko szczytów. Na grzbietach oddzielających dolinki widzi się pokaźne czereśnie, dużo jest dębów, klonów i lip. Są tam ukryte za szpalerami krzewów polanki, spotyka się duże i ładne drzewa, są też gęste laski głogowe.
Niemal z każdego miejsca otwiera się daleki widok na południe, w stronę Rudaw z Sokolikami na pierwszym planie, a horyzont zamyka odległa ściana Karkonoszy; nad ich falistą linią wznosi się stożek Śnieżki, pani wszystkich gór wokół.
Nie wiem, czy mój towarzysz widział Śnieżkę więcej niż raz, a jeśli już to wtedy, gdy zdarzyło się mu wejść na drzewo i z tego powodu podnieść głowę znad kwiatków, albo gdy uciekł mu motyl.
Właśnie, motyl. Czasami odnosiłem wrażenie robienia sobie żartów z mojej niewiedzy, ale może i faktycznie jest motyl piernik jaśnisty, możne nawet jest podfruwajek z rodziny skubańców znanych (jak komu) z niechęci do pozowania. Muszę to sprawdzić, a jeśli takich nie ma, trzeba mi będzie odbyć męską rozmowę z Jankiem.
Za to ja znalazłem roślinkę, która nietypowym wyglądem zwróciła moją uwagę i bez kwiatów: z jednego poziomu pionowej łodygi wyrastają promieniście, na wszystkie strony, wydłużone liście, a takich liściowych pięter widziałem kilka. Jedyna znaleziona lilia złotogłów rosła w lasku na niewielkim wzniesieniu kończącym jeden z bocznych grzbietów Dudziarza. Stała sobie cicha, skromna, nic nie wiedząc o swojej przyszłej olśniewającej urodzie.

Na innym grzbiecie znaleźliśmy (dobra, dobra: Janek pierwszy znalazł, ale później ja też bywałem odkrywcą) kokoryczkę wielokwiatową. Rośnie jej tam tak dużo, że mój towarzysz nadał wzniesieniu nazwę Kokoryczkowe Wzgórze, na co przystałem pod warunkiem poniesienia przez niego kosztów rejestracji i zastrzeżenia nazwy. Za to ja odkryłem, jeśli tak można powiedzieć o drzewie widocznym z daleka, największą lipę okolicy, a może nawet całego naszego kraju. Nie jestem pewny, ale zdaje się, że gdy ja kijem mierzyłem jej obwód, Janek szukał motyli; może nie zauważył drzewa? Cztery grubaśne pnie mierzone na wysokości pasa mają obwód nieco ponad sześć metrów, a drzewo wspiera się na tak potężnych korzeniach, że budzi skojarzenie z bukami – mistrzami w mocnym podpieraniu się.

Przyznam się do porażki. Że nie rozpoznałem trzmieliny, to i nie dziwota, bo więcej jest gatunków mi nieznanych niż znanych, ale patrząc na małe drzewka czasami chroniące się w środku różanego krzewu zwątpiłem w końcu, czy widzę jarzębinę. Muszę przysiąść fałdów zwracając uwagę na cechy młodych drzewek, bo w przeciwnym razie usłyszę od Janka, że to drzewo nazywa się abojawiem i jest z rodziny ślepaków niepospolitych.
Z drugiej strony Dudziarza, bliżej Gaika, łąki na zboczach są bardziej trawiaste, mniejsza jest różnorodność kwiatów, ale właśnie tam Janek dokonał najbardziej zaskakującego odkrycia naszej niedzieli. Byłem kilkadziesiąt metrów od niego, gdy krzykiem oznajmił znalezienie zakochanego w sobie. Domyśliłem się na co patrzy. Kiedy podszedłem i wzrokiem ogarnąłem kępy narcyzów, poczułem radość, oszołomienie i poczucie wyjątkowości. Oto kwiatki widywane wyłącznie w ogródkach lub cięte, w bukietach, rosną tutaj same dla siebie, a nie z powodu potrzeb ludzi. Właśnie ta ich naturalność – wespół z bardzo intensywnym zapachem – zrobiły na mnie największe wrażenie.




Szliśmy w stronę kępy wierzb, parę lat temu nazwanych przez Janka Armagedonem: rośnie lub próchnieje tam kilka dużych iw tworząc oszałamiający gąszcz splątanych pni i gałęzi.


Dzisiaj zauważyliśmy ukryty z tyłu gęstwiny mały staw. Ze źródła sączy się woda do skalnej niecki, a nie mając odpływu rozlała się w oczko ocienione i ozdobione drzewami i krzewami. Tam właśnie podziwiałem największą kępę najdorodniejszych niezapominajek, kwiatów tak pospolitych, a tak ujmujących swoim naturalnym wdziękiem, niekrzykliwą urodą.
Nie zapomnij o mnie.
Nie zapomnę.
Już wracaliśmy, byliśmy w pobliżu Bolkowa, gdy Janek krzyknął o minięciu duktu, na którym mieliśmy zaparkować żeby zobaczyć czosnek niedźwiedzi rosnący po sąsiedzku. Zawróciłem, zostawiliśmy samochód i poszliśmy w czosnkowy las. Janek był niepocieszony małą ilością kwiatów, a ja się cieszyłem poznaniem nowej rośliny. Jadłem kwiaty, a smakowały mi bardzo. Jakbym próbował aromatyczny, ale nie piekący, najbardziej czosnkowy czosnek. Od razu wyobraziłem sobie talerz przystrojony tymi kwiatami przez Pierwszą Damę i poczułem głód. Swoją drogą to dziwne: często i nagle odczuwam głód bywając na jej blogu. Niewątpliwie jakieś czary.

Dzień był wyjątkowo długi, chodziliśmy ponad 14 godzin, ale w wyjątkowy sposób, niestosowany w zimie: z licznymi przerwami. Po prostu siadaliśmy w jakimś ładnym miejscu i patrzyliśmy. Właśnie takich chwil brakuje mi w zimie.
Po dzisiejszym napatrzeniu się na zieleń, kwiaty i słońce, mam nadzieję na dalsze podobanie się późnojesiennych i zimowych gór z ich jakże skromną i trudniej zauważalną urodą.
Dzień kwiatów godzi się zakończyć walcem kwiatów. Zapraszam  do wysłuchania fragmentu Dziadka do orzechów Piotra Czajkowskiego.