Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 25 maja 2018

Trzy tematy z dwóch światów

240518
Gdy droga wyprowadziła mnie z lasu, poznałem miejsce do zaparkowania i fragment działki kolegi. On sam siedział opodal, najwyraźniej czekał na mnie. Po przywitaniu się poznałem powód jego dopytywania o dokładniejszą godzinę przyjazdu: z samochodu wziął ciepłą jeszcze blachę placka drożdżowego z rabarbarem upieczonego z powodu mojego przyjazdu. Ujął mnie tym staraniem ugoszczenia tak mocno, że poczułem ciepło w piersi. Od razu powiem, że zjadłem więcej niż połowę tego rarytasu pamiętanego z dzieciństwa.
Kolega ceni sobie prywatność tak bardzo, że nie napiszę gdzie ma swoją działkę, ani nie opublikuję zdjęć z nim, napiszę jednak o samej działce i o swoich wrażeniach.
Drugi raz tam byłem i ponownie z przyjemnością patrzyłem na uroczy stok wzgórza, po którym pnie się pas łąki, dołem ściśniętej z obu stron drzewami, górą rozszerzającym się, jakby w chęci objęcia coraz odleglejszego i szerzej odsłaniającego się horyzontu. Na szczycie stoi szałas, miejsce letnich biwaków, a spod niego roztacza się widok na okoliczne wzgórza. Przy dobrej przejrzystości powietrza wyraźnie widać masyw Gór Sowich i Ślęży, a nawet fragment ściany Karkonoszy. U podnóża stoku, tam, gdzie najwięcej drzew, jest staw, bywają i kaczki znajdujące tam dobre miejsce lęgowe w przybrzeżnych gęstwinach. Tu i tam stoją pokaźne dęby, kępy brzóz i tarniny, kilkanaście posadzonych drzew owocowych, a nad wodą rosną olsze. Cały środkowy pas stoku jest łąką. Dzisiaj sięgała kolan, kolega tłumaczył się z jej niewykoszenia, ale dzięki temu szliśmy wśród kwiatów. Większości gatunków nie rozpoznałem, wśród nich tak lubiane białe kwiaty o głęboko wciętych płatkach wygiętych w kształt pięknego kielichu. Rosły tam dzwonki nieznanego mi gatunku, ich fiolet pięknie kontrastował z zielenią traw, widziałem kaczeńce – tak zwykłe, a jednocześnie tak niezwykłe dla mnie, zimowego wędrowcy. Najwięcej widziałem bratków polnych; miejscami, na przykład przy miedzach, tworzyły dosłownie kobierce, a nad nimi wznosiły się chabry, kwiaty polskich pól i moich wakacji u babci.
Młoda zieleń traw, słońce, kolorowe kwiaty, miejscami bardzo liczne, miłe towarzystwo – czy może być coś lepszego? W ciągu paru godzin tam spędzonych często miewałem chwile zadziwienia kontrastem: wszak jeszcze dzisiaj byłem w pracy, w zagraconym i zakurzonym warsztacie metalowym, wszak jutro będę daleko stąd i zacznę pakowanie lunaparku do wyjazdu, a teraz jakbym w innym świecie był. Tutaj jest prawdziwe życie, tam tylko konieczność zdobycia pieniędzy.
Chyba podobne myśli miał mój gospodarz, ponieważ powiedział, że nigdy nie otworzy swojego biznesu, nie chcąc utonąć w przykrych zależnościach, w dziesiątkach obowiązków, w zmartwieniach i kłopotach związanych z pracownikami. Że woli skromne życie, ale tutaj, na swoim ukochanym kawałku ziemi, i bycie niezależnym. Jakże ja go rozumiałem! Kiedyś inaczej oceniałem, ale teraz przy mojej pracy trzyma mnie właściwie tylko konieczność spłacenia kredytu mieszkaniowego – dalekie echo moich przodków szukających bezpiecznego miejsca dla swoich partnerek i dzieci.
Najnaturalniejszym i najpierwotniejszym sensem życia jest jego przekazanie. Ponad tę podstawę daną przez naturę nic nie otrzymamy, sami musimy znaleźć swoje cele, swój sens. Z czasem wykształcił mi się obraz dobrego życia. Nie jest pełny, na pewno nie jest oryginalny, ale mój własny. Otóż dobre życie powinno być nakierowane na pozytywne przeżywanie. Za takie mam przyjemność czasu spędzonego nad dobrą książką czy przy takiej muzyce, miłe spotkanie z człowiekiem, spełnianie swoich pasji, obserwowanie przyrody, zdobywanie interesującej nas wiedzy, pozytywne emocje i uczucia żywione do drugiego człowieka – z miłością na pierwszym miejscu. Wszystko, co daje estetyczną przyjemność obcowania z pięknem i dobrem, co nas wzbogaca duchowo i intelektualnie, co zaspokaja bezinteresowną ciekawość i głód wiedzy.
Jakoś tak podobnie, aczkolwiek w jeszcze krótszej formie, odpowiedziałem koledze. Teraz dodam jeszcze, że zgodnie z moją filozofią złe emocje są naszą przegraną. Dzień, w którym z kimś się pokłóciłem, byłem zły, wkurzony, zniechęcony, a więc gdy były we mnie coś negatywnego, taki dzień mam za nieudany, w pewnym sensie stracony. Niestety, wiele mam takich dni, ale usilnie pracuję nad sobą.
Naszkicowany tutaj obraz nie jest pełny nie tyle z powodu jego skrótowości, co z posiadania pewnej luki, z którą nie bardzo potrafię sobie poradzić. Otóż wielu ludzi może odczuwać na dyskotece, na przykład, lub na meczu futbolowym, emocje oceniane przez siebie jako pozytywne, wiele im dające, lekceważąc, albo po prostu niżej lokując, salę filharmoniczną lub dobrą książkę, podczas gdy ja mam oceny dokładnie odwrotne. Tyle że nie bardzo potrafię uzasadnić słuszności swoich ocen. Bardziej czuję swoją rację niż ją rozumiem.
Dość filozofii, wracam na działkę.
Kolega pokazał mi miejsce pod brzozami wybrane pod drewniany domek z werandą i kominkiem. Prosty, bez elektryczności, tradycyjny domek, w którym mógłby słuchać letnich wieczorów i oglądać gwiazdy przez swoją lunetę. Kręcąc się tam, nieco wyżej znalazłem inne urocze miejsce, ale nim napiszę o nim, powiem, że koledze zazdroszczę posiadania drzew. Tak, drzew. Chciałbym mieć kawałek ziemi, a na nim duże drzewa. Pod szczytem rośnie największy jego dąb, spory już grubasek, a że z trzech stron ma wolną przestrzeń, wykształcił szeroko sięgające niskie gałęzie. Pod nimi jest głęboki cień o leciutko zielonym zabarwieniu i chłód pachnący wilgocią. Stałem tam i między liśćmi gałęzi widziałem słoneczno-zielony stok wzgórza i niebieską dal sięgającą Karkonoszy odległych o kilkadziesiąt kilometrów. Takie miejsca mają dla mnie urok wyjątkowy. Urok kontrastów, ale i zawsze pociągającej dali, a ostatnio coraz bardziej urok bliskości pokaźnych drzew.
Kolega poprowadził mnie miedzami na małą wycieczkę po okolicznych wzgórzach. Gdy staliśmy na obłym szczycie zarośniętym nadzwyczaj wysokim i gęstym rzepakiem, usłyszałem coś, co obudziło we mnie wspomnienie podobnych wrażeń. Otóż mojemu przewodnikowi podobały się zimowe widoki tam oglądane nie mniej, a pod pewnymi względami nawet bardziej, niż majowe.
Niemal w ogóle nie znam wyglądu majowych Gór Kaczawskich, ale tkwi we mnie obraz wielce pociągający, i gdy w czasie grudniowej wędrówki, patrząc na szaro-biały krajobraz wokół mnie, westchnę do tamtych majowych czy letnich, czasami budzi się we mnie poczucie zdrady tych ubogich, zimowych – jakbym, pełen wyrzutów, wracał do kochanej żony po zdradzie z ładną dzierlatką.
Jest na działce dzikie, ciemne gąszcze, są szuwary nad wodą, ule i zaczątki sadu, ale najwięcej jest słońca i przestrzeni. Nie dziwię się coraz większemu przywiązaniu kolegi do tego kawałka ziemi.
Obdarowany pozostałym ciastem z rabarbarem wyjechałem o zmierzchu. Po drodze kątem oka zobaczyłem coś, co kazało mi się zatrzymać: dąb o średnicy pnia oszacowanej na przynajmniej dwa metry. Majestatyczny ogrom, ale, niestety, pozbawiony niemal wszystkich konarów. Nie wiem, czy żyje. Było zbyt ciemno, by zrobić zdjęcie.










Nazajutrz, czyli w niedzielę, wieczorem zaczęliśmy nocny demontaż urządzeń w Łodzi, a trwał do piątej w poniedziałek, pracowałem siedemnaście godzin. Pod wieczór tego dnia, o godzinie 19, zacząłem drugi maraton, tym razem dwudziestodwugodzinny. We wtorek o 6.30 jako ostatni opuściłem dziedziniec Manufaktury. W godzinę później odebrałem telefon: mój kamping jest rozbity.
Na miejsce dojechałem po kwadransie i zobaczyłem moje mieszkanie wbite w barierę oddzielającą jezdnie drogi S8. Kierowca i pasażer cali, zdrowi, ale gdy otworzyłem drzwi, zobaczyłem kompletny chaos: przez wyrwane drzwi szafy i szafki zawartość wysypała się na podłogę, a bezwładność spiętrzyła wszystkie moje rzeczy z przodu pomieszczenia. Kabel zasilający i skarpetki, podkoszulki i cukier, pokruszone ciastka i majtki. Groch z kapustą. Depcząc po tej górze wszedłem do środka i podniosłem kołdrę: komputer wyglądał na cały. Odetchnąłem z ulgą. Szybko, poganiany ostrymi słowami drogowców, którzy pojawili się nie wiadomo skąd, ubraniami zapełniłem trzy reklamówki, zadzwoniłem do pracodawcy i pojechałem. Spać mi się odechciało. Nazajutrz pojechałem do bazy, stał już tam przywieziony mój kamping. Podczepiłem starą, rozlatującą się przyczepę kampingową do busa, a gdy wszedłem do niej, zobaczyłem stajnię Augiasza. Siadłem na progu i popłakałem się, cholera jasna. Przez dziewięć ostatnich lat mieszkałem od marca do września w moim pokoiku na kołach. W nim spałem, czytałem, pisałem, piłem kawę i piwo, tutaj mieszkały w wakacje żona i wnuczka. Wiedziałem gdzie co leży, to było moje miejsce… Poczułem się jak bezdomny.
W końcu zmusiłem się do pracy. Myłem, wycierałem, odkurzałem, a w końcu zacząłem przenosić i z grubsza układać po szafkach moje rzeczy, ale jeszcze ze dwa razy przysiadałem i chliptałem, smarkacz.
Zadzwonił pryncypał.
-Wróciłeś już do lunaparku?
-Jeszcze nie wyjechałem z bazy.
-Coś się stało?
-Nie, nic. Przenoszę swoje rzeczy.
Co miałem mu tłumaczyć? I tak nie zrozumiałby. Nie on.
Do lunaparku wróciłem wieczorem; dzień zamknąłem piętnastoma godzinami pracy. Jutro będzie lepiej: pracy tylko dwanaście godzin, no i zacznę obłaskawiać nowe mieszkanie.
Właśnie. Przez szereg lat pracy tutaj nauczyłem się ograniczać pole widzenia, skupiać się tylko na swoim, na tym, co moje i co mnie interesuje. W moim kampingu kiedyś przeciekał dach, została wielka, ciemna plama na suficie wyłożonym tkaniną obiciową. Dość szybko przestałem ją zauważać – jak i kupy obrań roboczych kładzionych w kącie codziennie po pracy. Jednak miejsce z czasem tak na nasiąkło mną i moim czasem, że stało się moje. Teraz, gdy siedzę przy stoliku w tym nowym-bardzo starym kampingu, czuję w sobie niechęć do przyzwyczajania się do tych mebli i ścian, do tego miejsca.
Może za miesiąc albo za rok i to stracę, więc lepiej nie przywiązywać się, a co cenne, nosić w sobie.

Na zakończenie temat pogodniejszy.
Park w Mosinie poznałem dwa lata temu i nazwałem bodziszkowym. Tych maleńkich różowych drobinek i w tym roku rośnie dużo wśród karuzel, część z nich przeżyje nasz najazd. Pamiętałem wiekową lipę i jesion – największy jaki kiedykolwiek widziałem. Dzisiaj zmierzyłem jego obwód na wysokości piersi, wynosi 430 cm, a więc pień ma średnicę niemal 140 cm. Obok rośnie równie okazały dąb, tylko o 10 centymetrów szczuplejszy. Ładny, prosty i rozłożysty, ale jest średniakiem, natomiast jego sąsiad swoją miarą lokuje się w czołówce polskich jesionów.
A może jest na czele listy? Przed chwilą sprawdziłem w internecie: jesion z Puszczy Białowieskiej o średnicy pnia 408 cm podawany jest za największy w Polsce. Na innej stronie podają nieco większy obwód tego drzewa – 426 cm.
Czyżbym odkrył większego osobnika? Jeśli tak, to chyba przysługuje mi prawo nadania imienia, czyż nie?
W takim razie od dzisiaj niech ten mosiński jesion wyniosły z dumą i wyniośle nosi imię Aleksandra.

 



Jeszcze słowo o wiązie, którego na pewno nie poznałbym w zimie, widząc go bez liści. Otóż jego pień bardziej do topoli jest podobny niż do pni swoich pobratymców.

wtorek, 15 maja 2018

Wiosna, filozofia, narodziny i ślub

130518
Zbyt szybko mijają dni, jakże piękne dni wiosny! Ledwie zacznę się cieszyć jakimś kwitnieniem, już widzę opadające płatki, już rozchylają się inne kwiaty. Staram się każde dostrzec i docenić, w każdym zauważyć nową dla mnie, wcześniej ukrytą, cząstkę uroku, każde lepiej poznać i zapamiętać, dotknąć i powąchać. Budząc się rano widzę słońce – czyż może być milszy początek dnia? – a nim upłynie staram się często patrzeć na widok najzwyklejszy ale i najpiękniejszy: zielone gałęzie drzew na tle błękitu nieba.
Napisałem te słowa i wspomniawszy drzewa rosnące obok, wyszedłem z kampingu żeby zobaczyć je w niskim, ale nadal jasnym słońcu majowego przedwieczoru. Rosną tutaj jesiony i topole, chyba szare, a obok nich kwitnie akacja w miodowej bieli cała, ledwie liście jej widać. Patrzyłem chcąc zapamiętać odcienie barw, wchłonąć i zatrzymać w sobie widok tak ładny i tak ciepły.

Jak zwykle walczą we mnie dwie potrzeby, dwie chęci wzajemnie się wykluczające: czytania lub pisania i wyjścia na dwór, do lasu czy parku. Wczoraj, chcąc je pogodzić, włożyłem laptopa do torby i pojechałem do lasu. Było ciepłe popołudnie, miałem na sobie krótkie portki i T-shirt, może dlatego na ławce wytrzymałem tylko pół godziny, gryziony przez muchy i inne paskudy. Wróciwszy, ustawiłem krzesło pod kampingiem tak, żeby widzieć drzewa po podniesieniu głowy znad ekranu. Muchy nie dowiedziały się o mnie, ciało nie pamiętało zmęczenia pracą, czułem delikatną pieszczotę wiatru, w koronach drzew odzywały się ptaki, więc warunki do pracy nad tekstami i odpoczynku jednocześnie miałem idealne. Tak dobre, że… usnąłem. Obiecałem sobie położyć się wcześniej, ale słowa nie dotrzymałem. Ponieważ i dzisiaj oczy mnie pieką i powieki mam ciężkie, obietnicę znowu sobie składam, tym razem solenną: najpóźniej o godzinie 22 spać!
Zaparzywszy kawę sięgnąłem po książkę. „Rozmyślania” Marka Aureliusza.
Nim napiszę parę słów o lekturze, może pewna uwaga, raczej w luźnym związku z książką.
Parę dni temu widziałem, na szczęście przez chwilę, włączoną telewizornię. Paru młodych mężczyzn w zbyt kusych marynarkach (czy oni, na Boga, nie widzą, jak idiotycznie wyglądają?) i z mikrofonami wiszącymi przed ustami na drucikach, oraz grupa jaskrawo ubranych i wymalowanych kobiet na tle ściany mrugającej kolorowymi reflektorami, śmiali się, coś krzyczeli i wykonywali dziwne ruchy, niby taneczne, niby kopulacyjne. Na dole ekranu zobaczyłem napis, było coś o umawianiu się. Wstrząsnąłem się. Ja miałbym coś takiego oglądać??
Rozmyślania napisał mądry człowiek i chociaż zapewne nie podzielę wszystkich jego poglądów (może też nie wszystkie zrozumiem), warto je poznać. Warto chociażby dla przybliżenia sobie osoby wyjątkowej. Oto rzymski imperator, człowiek właściwie wszechmocny w starożytności, mogący zaspakajać najdziwniejsze swoje kaprysy (a niektórzy jego poprzednicy dobitnie pokazali, jakie mogą one być), żyje skromnie oddany sprawom państwowym. Jest uprzejmy, wprost ujmujący wobec podwładnych, przychylnie nastawiony do wszystkich, nigdy nie okazujący swojej władzy nad innymi. Prawy władca i filozof o stoickich przekonaniach, ucieleśnienie ideałów myślicieli starożytnych pragnących filozofa na tronie. Cesarz zamykający swoim panowaniem złoty wiek cesarstwa.
Cóż jednak mogą mi dać myśli człowieka żyjącego tak dawno temu? W zasadzie to samo, co dzisiejszy widok zieleni drzew pod błękitem nieba, co widok dali i dźwięki bachowskiej kantaty, co zrozumienie kolejnego tajnika biologii lub inżynierii: lepsze poznanie świata, pozytywne wrażenia, estetyczną przyjemność, a więc wzbogacenie kulturowe i emocjonalne. Te z kolei są wartością samą w sobie i dalszych uzasadnień nie wymagają.

„Jak wszystko znika szybko: w świecie sami ludzie, w czasie i wspomnienie o nich!”

Ładnie napisane i kojarzące się z Proustem, ale niekoniecznie tak musi być, Marku. Umarłeś ponad 1800 lat temu, jednak google, program którego nie mogłeś znać, wyświetla Cię na szóstym miejscu wśród wszystkich najbardziej znanych Marków, także tych obecnie żyjących, a to znaczy, że miliony ludzi czytają Twoje myśli.

„Gardzi mną kto? Niech sobie. A ja uważać będę, by mnie nikt nie znalazł czyniącym cokolwiek lub mówiącym, co by godne było pogardy.”

Niżej jedne z najbardziej znanych słów powszechnie przypisywanych Markowi.

„Nie należy się gniewać na bieg wypadków. Nic ich to bowiem nie obchodzi.”

Tak właśnie mówi stoik. Przeczytałem ledwie małą część Rozmyślań, dlatego nie mam pewności, niemniej wydaje mi się, że Marek cytuje słowa ateńskiego filozofa Antystenesa. Tego samego, który wyraził zdziwienie w rozmowie z kapłanem zapewniającym go o raju po śmierci, że ten nie umiera czym prędzej.

„A chociażbyś miał żyć jeszcze trzy tysiące lat albo dziesięć tysięcy razy dłużej, przecież pamiętaj o tym, że nikt innego nie traci życia nad to, którym żyje, a innym nie żyje, jak tym, które traci. Najdłuższe więc równa się najkrótszemu. Teraźniejszość bowiem jest równa u wszystkich, a więc i to, co się traci, jest równe.”

Nie zgadzam się, ponieważ zrównanie życia najdłuższego i najkrótszego jest słuszne tylko w chwili śmierci i nie z powodu logiki – dziwnej tutaj, obcej, zimnej – a ludzkiego pragnienia życia nawet jeśli wiek się przeżyło. Teraźniejszość będzie równa u wszystkich ludzi właśnie w chwili śmierci – i tylko wtedy. W życiu równa jest jedynie w fizycznym sensie chwili, która momentalnie staje się przeszłością, natomiast jej zawartość różni się, i to dość znacznie, u różnych ludzi. Chyba jeszcze bardziej różni się ludzki jej odbiór i przeżywanie. Równość w traceniu jest więc słuszna jedynie w fizycznym znaczeniu teraźniejszości, ale akurat takiego rodzaju definicje mają tutaj najmniejsze znaczenie.

„Tak więc to, co się traci, przedstawia się jako pozbawione czasu co do długości. Nikt bowiem nie może stracić tego, co już przeszło lub co przyjdzie. Jakże bowiem można być pozbawionym tego, czego się nie ma?”

Pierwsze twierdzenie może być słuszne tylko przy założeniu, iż nasze życie to jedynie teraźniejszość, chwila obecna, moment między jednym a drugim oddechem; tylko wtedy to, co tracimy, a więc życie, nie będzie mieć rozciągłości czasowej. Dziwne rozumienie życia i niezgodne z naszą psychiką, z całym naszym jestestwem. Przeszłość tylko fizycznie znika, przestaje istnieć, jednak w naszej psychice, w pamięci, trwa nadal. Przeszłość nas kształtuje i wpływa na nas, bez pamiętania przeszłości nie byłoby ludzi takich, jacy jesteśmy. Natomiast znaczna część naszego życia tu i teraz nastawiona jest na przyszłość. Od drobiazgu, jak kupienie kurczaka na niedzielny obiad, po naukę dzieci, by w dorosłości zbierały jej owoce i po płacenie składek emerytalnych odbieranych po czterdziestu latach.
Tego, co już minęło, nie stracimy, to prawda, chociaż z czysto ludzkiego stanowiska stracenie pamięci o zdarzeniach z przeszłości przypomina ich całkowite stracenie, natomiast stracić można szanse zdarzeń przyszłych, i to wiele sposobów, chyba że wierzy się w predestynację. Zdaje się, że Marek wierzył w boskie wybory tego, co mamy przeżyć. Wtedy faktycznie nic nie stracimy swoim działaniem, nie mając wpływu na swój los. Wspominam tutaj Edypa z tragedii Sofoklesa „Król Edyp” – najtragiczniejszej, najbardziej wstrząsającej tragedii starożytnej. Ten człowiek całe życie starał się uniknąć przeznaczenia, a jednocześnie wszystko co w tym celu robił zbliżało go ku przeznaczeniu. Dla Edypa słuszne byłoby twierdzenie o niemożności straty tego, co nastąpić dopiero miało, nam czasami wystarczy zrobić cokolwiek, drobiazg zupełny, by zmienić przyszły bieg zdarzeń, a ta zmiana jest traceniem i zyskiwaniem. Bywa jednak głównie traceniem: to człowiek dostający się na ćwierćwiecze do więzienia, lub wyłącznie traceniem, jak u samobójcy – by użyć tylko tych najprostszych przykładów. Są oczywiste, za łatwe, a w istocie znaczy to, że coś mi umyka w rozumowaniu Marka. Wydaje mi się, że przyczyna w nierozdzieleniu konkretnych zdarzeń przyszłych od zdarzeń potencjalnych, od możliwości, jakie niesie życie. Nie stracimy czegoś konkretnego w nieistniejącej jeszcze przyszłości, ale tracąc przyszłość stracimy jej potencjalne możliwości.
W ostatnim zdaniu (Jakże bowiem można być pozbawionym tego, czego się nie ma?) dostrzegam niezgodność czasową, nielogiczność. Pozbawić czegoś można tylko osobę żyjącą, a nie ma przyszłości tylko umarły – w tym zdaniu jakby jednocześnie była mowa o żywym i umarłym, a przecież z kontekstu wynika, że mówi się o człowieku jeszcze żyjącym. Człowiek umierając traci przyszłe zdarzenia w sensie jak najbardziej dosłownym, chociaż nie może wiedzieć jakie one będą. Nie zna ich treści, ale ma pewność ich istnienia gdyby dalej żył, więc traci jak najbardziej. Z życiem traci przyszłą treść życia. Natomiast gdy już umrze, nic i nikt mu nie odbierze, skoro tracąc życie traci dosłownie wszystko. Tak więc myśl tego zdania słuszna jest tylko w stosunku do umarłych.

No i zrobił się wieczór. Jest godzina 22, zgodnie z daną sobie obietnicą powinienem położyć się spać. Może za godzinę? Szkoda mi czasu na sen. Książkę na razie odkładam, ale na pewno wkrótce wrócę do myśli Marka Aureliusza.

Ten blog jest o mnie. Nie o mojej rodzinie, a o mnie, dlatego nadzwyczaj rzadko zamieszczam tutaj informacje dotyczące moich bliskich. Jednak po dłuższym wahaniu uznałem, że krótką informację o ostatnich ważnych wydarzeniach rodzinnych zamieścić mogę, a może i powinienem.
W końcu kwietnia mój starszy syn po raz drugi uczynił mnie dziadkiem, oczywiście przy aktywnym współudziale swojej żony. Ich syn, dziecko mojego dziecka, nosi imię sławnego króla macedońskiego i jednocześnie imię dziadka swojej prababki, a mojej mamy.
Na zdjęciu mały Aleksander rozkosznie śpi na brzuchu ojca. Dwie godziny tak spał.
W tych samych dniach najmłodsze moje dziecko, Małgosia, największa miłość mojego życia, została mężatką. Oto niesprawiedliwość tego świata: oddać swoją dziewczynę obcemu facetowi!
Dobrych zdjęć jeszcze nie mam, niżej wklejone było zrobione telefonem. Zapewniam, że córka wyglądała cudnie. Ona zawsze taka była i jest. Zawsze najpiękniejsza.



środa, 9 maja 2018

Majowe dni

030518

Kamping ustawiłem pod dwoma głogami; ich gałązki, bardziej różowe niż zielone, zaglądają przez okno. Kwiatów mają mnóstwo, ale ciągle im mało; pojawiają się nowe, spóźnialskie, a drzewka, chcąc jeszcze więcej, wypuszczają kwiaty wprost z pni i konarów.

 Jeszcze trzy dni temu miały ledwie pąki, nieśmiałe zapowiedzi swoich różyczek, a dzisiaj są w pełnym rozkwicie. Gdzie one się tak śpieszą? Przecież mogłyby zwolnić, dać mi się nacieszyć; przecież wiedzą, jak mało mam czasu i jak bardzo mi się podobają.
Kontrast.

Wdrapując się na ramę Street Fighter’a zobaczyłem w trawie, tuż przy kole, różową drobinkę iglicy. Przetrwała nasz przyjazd, ale czy przetrwa demontaż i wyjazd? Otworzyłem szafę sterowniczą spisując dane potrzebnych mi podzespołów, a skupiony na odczytywaniu (przez dwie pary okularów) maleńkich literek, nie zauważyłem uruchomienia karuzeli. Gdy poczułem podmuch powietrza, podniosłem głowę i zobaczyłem gwiazdę (w angielskiej instrukcji mowa jest o pająku) siedzeń lecącą metr nade mną. Widok robiący wrażenie. 


Dwa poprzednie dni tłumaczyłem komputerowi karuzeli, że wszystko jest OK i może pozwolić uruchomić maszynę, ale okazało się, że mówiłem niezbyt zrozumiale. Dopiero po łopatologicznym wytłumaczeniu ileż to może być dwa i dwa, łaskawie pozwolił na uruchomienie. Szef przestał molestować mnie telefonami, a ja mogłem przez chwilę zagapić się na wiosnę.

Drugi wieczór siedzę przy komputerze robiąc korekty tekstu książki i wybierając fragmenty do prezentacji. Wczoraj, właściwie dzisiaj, położyłem się spać o trzeciej nad ranem, wstałem po pięciu godzinach, ajednak wieczorem okazał się, że tylko ruch nie pozwalał mi usnąć: usiadłszy, po kwadransie usnąłem przed ekranem. Wziąłem prysznic, zaparzyłem kawę i otworzyłem dopiski by napisać te słowa. Zaraz wrócę do książki, może zdążę wydać ją w tym roku, skoro nie zdążyłem w minionym.

Lunapark w końcu zamknięto, a to znaczy, że zrobiło się cicho, ściany kampingu już nie drżą pod naporem basów, mogłem więc włączyć swoją muzykę. Dzisiaj dzień Zbigniewa Preisnera.

Kolejny wieczór.

Znowu siedzę nad korektami tekstów, ale myśl o zmierzchu, a może zmęczenie wytężoną pracą przy komputerze, wygoniła mnie na dwór. Jak o tej porze wygląda kwitnący głóg, mój różowy sąsiad? W żółtym świetle lampy ulicznej drzewo zrudziało, kwiaty oglądane z bliska wydają się uśpione. Czy kwiaty śpią w nocy? Drgnąłem słysząc w ciszy nocy chrzęst żwiru pod kołami parkującego obok samochodu; przez uchylone drzwi kampingu dobiegły cudowne dźwięki preludium C-dur nr 1 Bacha. Świat słów wołał mnie, wróciłem więc, ale zamiast brać się pracę, drogą dalekich skojarzeń wspomniałem Petrarkę i kazałem komputerowi wyświetlić mój ulubiony sonet.


Jeśli to nie jest miłość - cóż ja czuję?
A jeśli miłość - co to jest takiego?
Jeśli rzecz dobra - skąd gorycz, co truje?
Gdy zła - skąd słodycz cierpienia każdego?

Jeśli z mej woli płonę - czemu płaczę ?
Jeśli wbrew woli - cóż pomoże lament ?


Dlaczego teraz tak się nie wyraża swoich uczuć? Dlaczego ludzie otwarcie i bez żenady potrafią manifestować swoją nienawiść, a wstydzą się wyrażać miłość?


Nie chce mi się dalej sprawdzać teksty, ale przecież trzeba. Jest dopiero godzina 22, może za godzinę czy dwie pozwolę pobujać myślom w obłokach.


Dopisek.

Wczoraj późnym wieczorem przyjechaliśmy pod Manufakturę w Łodzi; po sześciu godzinach jazdy roztelepaną trzydziestoletnią scanią wysiadłem z kabiny zgięty w paragraf . Gdy już wyprostowałem się i rozejrzałem, zobaczyłem setki najróżniejszych sklepów, kawiarnie, restauracje, sale fitness i zabaw dla dzieci. Strzałki na drogowskazach kierowały w stronę ścian wspinaczkowych, kręgielni, sal kinowych, pubów i Bóg wie czego jeszcze.

Olbrzymi teren bogiń handlu, rozrywki i zysku. Te mury, nowe i stare, pochłonęły olbrzymią ilość pieniędzy i pochłaniają nadal, każdego dnia. Pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Rozglądam się wokół zdumiony przemianą starych murów pamiętających morderczą pracę ludzi sprzed stulecia i przychodzi mi do głowy myśl o jednoczesnej wielkiej przemianie i jej braku, ponieważ wczoraj, siódmego maja, pracowałem 15,5 godziny, a dzisiaj 18 godzin, czyli więcej, niż pracowano w czasach świetności manufaktur. Kiedy ja mam pisać, a nade wszystko kiedy pozbyć się myśli o pracy i wydobyć z siebie coś, co byłoby daleko od karuzel? Piszę te słowa zamiast kłaść się spać, ponieważ jutro pracę mam skończyć po „ledwie” dziesięciu godzinach.

Parki są w każdym mieście, w ostatnich latach wiele zrobiono dla ich wyglądu, i na pewno nie są to miejsca martwe, odwiedzane tak, jak stare ekspozycje muzealne. Są miejscami rekreacji, a w tej swojej funkcji podobne są do takich centrów jak Manufaktura i dziesiątki, setki raczej podobnych ośrodków w kraju. Wyraźne jest dążenie urbanistów do stworzenia różnorodnej oferty spędzenia czasu w mieście, w tym także zaspokojenia potrzeby kontaktu z przyrodą. Działania godne pochwały, jednakże odnoszę wrażenie, iż centra handlu i rozrywki wygrywają z przyrodą, czyli człowiek dalej odsuwa się od natury, pracując i odpoczywając w zurbanizowanym środowisku.

Przez witrynę zajrzałem do wnętrza kawiarni, zobaczyłem ładne, przytulne wnętrze, i poczułem w sobie przeciwstawne odczucia: zachciało mi się usiąść tam przy lampce koniaku, a jednocześnie znaleźć się daleko stąd, gdzieś na szlaku. Być sam na sam z drogą, mieć wokół siebie nie ludzi i mury, niechby ładne, a otwartą przestrzeń, niebo i ziemię – niechby z kałużami.

Do miejskiej świątyni handlu i rozrywki nie pójdę, na szlak gdy tylko będę mógł; wybór ten nie jest protestem, nie jest też żadnym świadomym wyborem, a odruchem, wewnętrzną potrzebą.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

W legnickim parku

220418
Wiosnę i lato tylko widuję, gdy idąc do kolejnej pracy z ciężką skrzynką narzędziową, zatrzymam się na chwilę przy mijanym drzewie lub kwieciu. Mając głowę zajętą sprawami zawodowymi, rzadko udaje mi się odczuć urok natury tak, jak na to zasługuje, i chociaż zdarzają się zachłyśnięcia, uśmiech i duchowe rozpogodzenie, zawsze są to tylko chwile kradzione pracy. Coraz bardziej dokucza mi pośpiech (znamię wieku czy mądrości?), brak czasu na patrzenie i przeżywanie, na puszczenie myśli wolno, na kontemplację dzieł natury i człowieka. Coraz częściej patrzę, czy raczej gapię się na przyrodę, na świat wokół mnie, a wcale nie musi to być coś wyjątkowego. Liście podświetlone słońcem, jakiś kwiatek przy betonowym murku czy drzewo o ciekawym skrzywieniu pnia potrafią zatrzymać mnie, ale praca goni.
W czasie karuzelowego sezonu często zaczynam pracę o dziewiątej, więc mógłbym, wstając wcześnie, iść na spacer, czasami tak robię, ale płacę za te krótkie godziny niewyspaniem, ponieważ wieczorem szkoda mi czasu i zwlekam z położeniem się spać. Piję kawy żeby nie usnąć, kładąc się usypiam szybko, budzę się z trudem, i dopiero zimna woda lana na twarz doprowadza mnie do przytomności.
Gdy budzę się i przez uchylone okienko dachowe lub okno widzę błękit nieba, a szczególnie gdy słońce zagląda mi do kampingu, wstaję w dobrym nastroju mimo krótkiego, jak na moje potrzeby, bo z reguły sześciogodzinnego snu. Dzisiaj miałem jeszcze jeden powód do pozytywnego nastawienia.
 Parę dni temu Janek zaproponował ranny wyjazd do największego parku legnickiego, a ja z ochotą zgodziłem się wiedząc, że takiej okazji szybko mieć nie będę. Ranek był prawdziwie wiosenny: słoneczny, właściwie świetlisty, był też chłodny, ale zapowiadał się kolejny ciepły dzień cudnej tego roku wiosny. Przed nami ponad trzy godziny wśród ukwieconych i zieleniejących drzew. Uczta.
Zdjęcia, a już zwłaszcza moje, nie oddadzą wyglądu parku i drzew, ani tym bardziej mojego nastroju. Przez te parę godzin robiłem to, co chciałbym robić skończywszy pracę zawodową, i taki też byłem: uspokojony, wypogodzony, nieśpieszący się. Szwendaliśmy się wśród drzew, robiliśmy im zdjęcia (czasami sobie nawzajem), a ja dodatkowo zajmowałem się ulubionym gapieniem się na drzewa i rozpoznawaniem ich gatunku. Od razu dodam, że różnie z tym bywało, powiedzmy, że znałem połowę widzianych drzew.
Widzieliśmy je w najładniejszym czasie – gdy rozwijają swoje młode liście i kwitną. Nawet topole, drzewa w których trudno się zakochać, przyciągały wzrok ładnym i oryginalnym kolorem swoich czystych i błyszczących liści.
Wiele rośnie tam dębów, są wśród nich pomnikowe okazy – resztki z ocalałego po wichurze 2009 roku licznego starodrzewu parkowego, a sporo wśród nich jest odmiany bezszypułkowej, chyba też czerwonej. Miałem trudność w rozpoznaniu odmiany bez możliwości obejrzenia liści tych majestatycznych, prawdziwie królewskich drzew.
Widziałem też miłorząb, drzewo wyjątkowe z powodu rzadkości występowania, wieku jako gatunku i urody jesiennej. Dość powiedzieć, że miłorząb jest jedynym na świecie drzewem liściastym nagonasiennym, czyli nie mających owoców, ma jedno tylko naturalne siedlisko, na dokładkę w Chinach, i żyje od tak dawna, że starym już był gatunkiem, gdy jeszcze nie istniało wiele znanych nam drzew. Gatunek istnieje od kilkudziesięciu milionów lat, a jego przodkowie pojawili się na Ziemi ćwierć miliarda lat temu. Dwa razy w życiu widziałem miłorząb wczesną jesienią: przed pałacem w Kłonicach na Pogórzu Kaczawskim, i w ogrodzie botanicznym we Wrocławiu; dwa razy oczarowały mnie. Całe idealnie żółte, bez domieszki innych odcieni, a żółć jest z tych najładniejszych, najczystszych, najżywszych i zapewne ma swoją specjalną nazwę znaną tylko malarzom – są po prostu zjawiskowo piękne. Natomiast liście opisać jest łatwo, wystarczy porównać je do chińskiego wachlarza.
Z rzadziej widywanych i rozpoznanych gatunków widziałem wiąz górski wystrojony skrzydlakami, na dokładkę w odmianie pendula, ale nie wiem, czy taka odmiana występuje naturalnie, czy drzewo zostało nakłonione do płaczu przez ogrodników.
Najładniejszymi drzewami były niewątpliwie… nie jestem pewny gatunku, stawiam na japońską ozdobną odmianę wiśni. Kwiaty są lekko różowe i przypominają raczej róże, nie wiśnie, a jest ich mnóstwo. Drzewa wyglądają jak na zdjęciu o zbyt uwypuklonych kolorach, są… pomyślało mi się, że są za ładne. Wystrojone aż nadto. Postawić je obok kwitnących mirabelek byłoby tak, jakby porównywać urodę wypieszczonej i wystrojonej księżniczki do urody wiejskiej dziewczyny. Czy muszę dodawać, że pomyślawszy o tym porównaniu, odruchowo ująłem się za dziewczyną? Wrażenie jednak czyni ta księżniczka i nie byłbym facetem, gdybym nie zagapił się na nią.




Przerwę na śniadanie zrobiliśmy pod pomnikiem śpiącego lwa. Janek opowiedział lokalny mit o obudzeniu się lwa, gdy obok przejdzie pełnoletnia dziewica. Śpi od lat. Uśmiałem się z opowiastki razem z moim gospodarzem, ale później pomyślałem, że faceci są dziwni. Albo nielogiczni, ponieważ chcieliby mieć – i miewają – tę i tamtą dziewuchę, a jednocześnie oczekują cnoty u nich. Jakim cudem, u licha?
Więc śniadanie. Janek uprzedził mnie, że przygotuje i dla mnie. Z plecaka wyciągnął tradycyjnego pieczonego kurczaka. Powinienem powiedzieć „górskiego kurczaka”, ponieważ jego smak zaczyna mi się kojarzyć z Jankiem i z naszymi wyjazdami w góry, gdzie w ten sam sposób dokarmia mnie.

Wspomnę jeszcze o kwitnieniu wśród traw, a kwiatów pod nogami, spośród których rozpoznaję ledwie kilka gatunków, było tak wiele, że miejscami trudno było przejść. Najwięcej stokrotek i mniszków – tak często spotykanych, tak zwykłych, a przecież tak niezwykłych drobinek wiosny.
Jak każdy dobry czas, i ten minął zbyt szybko, do lunaparku dotarliśmy ledwie kilka minut przed rozpoczęciem mojej pracy. Widok karuzel silnie kontrastował ze świeżymi wspomnieniami. Pisząc wprost: chciałem wrócić do parku.
Dziękuję Ci, Janku, za wyciągnięcie mnie spomiędzy karuzel i pokazanie wiosny.








środa, 18 kwietnia 2018

Wiosna i Milton

180418
Po dwóch tygodniach kręcenia się między karuzelami wyrwałem się do miasta. Późne słoneczne popołudnie, nieznane ulice Legnicy i wiosna. Byłem nią oszołomiony. Cel wyjścia był prozaiczny, mianowicie zakupy, ale trochę trwało nim doszedłem do sklepu, kręcąc się z zadartą głową po trawnikach, wśród drzew. Jakbym pierwszy raz w życiu widział wiosnę. Późnym popołudniem, przy niskim słońcu, wymknąłem się między drzewa raz jeszcze.
Pierwsza w tym roku iglica, nad którą klęczałem próbując zrobić zdjęcie malutkim kwiatuszkom wyrosłym tuż przy chodniku, w jakże niepewnym miejscu. Magnolie w kilku odmianach – efemerydy z baśniowego świata; jeszcze kwitnące mirabelki – swojskie, ale przecież tak ładne i pierwsze – wespół z forsycjami – w orszaku wiosny; czereśnie w pełnej krasie wiosennej urody, a przy nich wspomnienia z sadu mojego dzieciństwa i nowsze, z Gór Kaczawskich. Zielone już brzozy, którym nie trzeba efektownego kwitnienia by być zwiewnymi i pięknymi; kasztanowce, które ledwie dwa tygodnie temu miały tylko pęczniejące pąki, a teraz już prężą stojące wieżyce zalążki kwiatów i tylko patrzeć, jak zakwitną.








Równo miesiąc temu szedłem z Jankiem po kaczawskich górkach. Był mróz, wiał lodowaty silny wiatr, a my przekraczaliśmy metrowe zaspy.

Parę dni temu mając wolną chwilę sięgnąłem po książkę, która jeździ ze mną po Polsce od około trzydziestu lat: „Raj utracony” Miltona. Ta książka ma historię. Otóż w latach osiemdziesiątych przeczytałem kilka kryminałów Macieja Słomczyńskiego, a każdy z nich zaczynał się odpowiednio do treści dobranym cytatem ze znanych dzieł literackich. „Piekło jest we mnie” autor opatrzył cytatem z „Raju utraconego”; sam tytuł też jest cytatem – słowami skarżącego się Szatana. Te słowa wywarły na mnie tak silne wrażenie, że poemat postanowiłem kupić. Ale jak to zrobić w biednych latach osiemdziesiątych? Dałem ogłoszenie w kilku gazetach, odpowiedź przyszła z miasteczka oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów. Książkę wysłała mi kobieta i nie chciała za nią pieniędzy. „Skoro tak panu zależy...” – przeczytałem z załączonym liściku. W rewanżu wysłałem książkę o starożytnej Grecji. Tomik był nowiutki, w sztywnej, płóciennej okładce, z obwolutą. Teraz jest wyblaknięty, obwoluta rozleciała się mimo mojej wielokrotnej reanimacji, a na wielu stronach są moje notatki i podkreślenia. Po tylu latach i kilometrach ze mną jest to książka naprawdę moja.
W ulubionej czwartej księdze jest opis, którego wspomniałem patrząc dzisiaj na wiosnę.

„Dach był cienisty z gęsto splecionego
Lauru i mirtu, a także z drzew wszystkich
O liściu wonnym, rosnącym wysoko;
Po bokach akant, a i krzew wszelaki
Wonny tworzył wokół mur zielony,
A piękne kwiaty: irys różnobarwny,
Róża i jaśmin, unosiły głowy
Swe uwieńczone, by stworzyć mozaikę;
Pod stopą fiołek, krokus i hiacynt
Bogatym haftem ozdabiały ziemię
Barwniej niż kamień lub wzór najcenniejszy.”

To opis rajskiego domu Adama i Ewy. Skoro już tam jestem, dodam parę słów z następnej strony.
Zapada zmierzch, pora udać się na spoczynek.

„… ruszyli, dłoń w dłoni,
I weszli w mroczny kąt siedziby swojej,
A uciążliwych szat, które my mamy,
Nie musząc ściągać, legli obok siebie.
A nie odwrócił się Adam, jak sądzę,
Od swej małżonki pięknej, ani Ewa
Nie odmówiła udziału w obrzędzie
Skrytym miłości małżeńskiej…”

Cóż, jest wiosna!

sobota, 14 kwietnia 2018

Fragmenty "Dwóch światów"

Na początku lat dwutysięcznych miałem okres pisania powieści o miłości, a ich inicjatorem był platoński mit o spotkaniu dwóch połówek. Dwoje ludzi bardzo odmiennych, właściwie nie pasujących do siebie, spotyka się... we śnie. Nie od razu uświadamiają sobie, iż oboje śnią ten sam sen. Gdy z ciekawości umawiają się na spotkanie w realnym świecie, doznają zdumienia widząc się: wszak sen okazał się nie tylko wspólny, ale na swój sposób prawdziwy. Nie udaje się im i dość szybko się rozchodzą. Nie wiedzieli jednak, że ponad różnice ich przyzwyczajeń i zainteresowań jest coś, co wiąże ich ze sobą i spowoduje spotkanie nawet na drugim końcu świata: kiedyś, w mitycznych czasach, byli jednością, nim Apollon nie porozcinał ich na rozkaz Zeusa.
Ponownie spotykają się zupełnie przypadkowo i już zostają ze sobą. Umiejętności czy też daru śnięcia wspólnego snu nie zatracili, a nawet zyskali inne, właściwie bajeczne umiejętności, jak na przykład możliwość słyszenia się bez rozmów, myślami. Po prostu uznałem takie cuda za prawdopodobne, skoro byli jednością. Silną jednością, co i Zeus potwierdził obawami o swój tron.
Dużo w tej powieści odwołań do mitów greckich, jeszcze więcej fantazji z pogranicza czarów, chociaż smoków w niej nie ma, jako że historia dzieje się w Polsce, w naszych czasach i w naszych realiach.
Przyznam się do uśmiercenia mojej bohaterki: zginęła potrącona przez zbyt szybko jadący samochód. Był czas, gdy 30 listopada na swój sposób obchodziłem rocznicę jej śmierci…
Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego Dorota umarła? Nie bardzo wiem. Chyba uznałem, że raj może być tylko utracony.
Co dalej?
Jak to co? – odpowiedział mi syn – Napisz drugą część, w dwadzieścia lat później.
Na początku tylko bawiłem się tym pomysłem, później położyłem dłonie na klawiaturze.
W rok po śmierci Doroty mój bohater, Jan, nadal nie potrafiący wrócić do normalnego życia po stracie swojej połowy, ma dziwny sen. A może nie sen? Coś czuje. Dodam tutaj, że cytaty z książki ujęte są w znaki >> <<. Słowa poza nimi napisałem teraz.
Powiem jeszcze, że wszystkie moje męskie postaci mają takie imię i wszyscy oni pracują w lunaparku; ułatwienie albo alter ego – do wyboru.

>> W tamten wieczór modliłem się do wszystkich bogów, jakich znam, aby zgasili drugą połowę, ale nie wysłuchali mnie...
Nie wiedziałem, czy dziękować im za to, czy przeklinać.
Nie wiedziałem, czy znowu czegoś złego nie knują wobec mnie.
Nie miałem do nich zaufania.
Usnąłem znużony bezowocnymi próbami rozgrzeszenia się z mojego pragnienia. Nad ranem obudził mnie dziwny ból. Przez chwilę myślałem, że moje modlitwy zostały wysłuchane, ale zamiast ulgi czy radości, poczułem strach i pragnienie życia.
Bolało mnie całe ciało czymś przygniatane, gdzieś pchane – w jakiś obcy świat, do którego nie chciałem iść, ale ten napór był nieustępliwy. Byłem wobec niego bezsilny. Byłem bezbronny. Musiałem iść, mimo że ból, od którego pękała mi głowa, narastał. Tchu mi brakowało, dusiłem się, gdy nagle oślepiająca jasność poraziła moje oczy. Poczułem przeraźliwe zimno na całym ciele i w moment później inny, ostry, przenikliwy ból. Zaczerpnąłem pełne płuca powietrza i zacząłem krzyczeć, przerażony i obolały. <<

Coś się zmieniło w nim i w jego życiu. Najpierw niezauważone lub zignorowane, później przeżywane z ciekawością zabarwioną wspomnieniami, a bywało, że i z niepokojem, zaczęły wracać do niego stany świadomości znane mu z dawnych czasów. Jakby widział i słyszał w sobie… kogoś. Jak wtedy, z Dorotą.

>>Zostałem sam w domu, bo Tadek wyszedł już wcześniej. Trochę nieprzytomnie rozejrzałem się po pokoju, wsłuchany w siebie, bo czułem się jakoś dziwnie. Byłem śpiący, ale przecież... nie chciało mi się spać. Podszedłem do komputera, pogłaskałem klawisze i pomyślałem o tych setkach godzin spędzonych z rękami nad nimi. Na prawo stał wielki regał z książkami. Wodziłem wzrokiem po półkach patrząc na szeregi grzbietów, niektóre rozpoznając z daleka. Z boku, na dolnej półce czernił się tom biblii. Wziąłem go, gładząc grzbiet i po chwili otworzyłem przesypując pod palcami wiotkie, cieniutkie kartki.
Co mi dzisiaj powiesz? – pomyślałem, zatrzymując strumień stron.

"Skoro jest mnóstwo rzeczy powodujących marność, jaką korzyść ma człowiek? Bo któż wie, co dobrego ma człowiek w życiu przez liczbę dni swego marnego życia, które przemijają mu jak cień?"

Ja wiedziałem.
Często się zdarza, że przeżywamy szczęśliwe okresy nie wiedząc, że właśnie je mamy. Ciągle szukamy czegoś poza horyzontem, gdy tuż obok, przy nas, jest szczęście, a my nie wiemy o tym. Co za ironia!
Ja wiedziałem.
Było tak, jak mówiłem jej pierwszej naszej nocy: każda chwila z nią wypalała mi w pamięci niezatarty ślad, bo każda była wyjątkowa. Piękna i cenna. Tak jest, gdy człowiek zdaje sobie sprawę ze swojego szczęścia. Wtedy właśnie Czas wynagradza go, zwalniając swoje odliczanie, aby móc w każdej chwili zmieścić radość życia. A może wtedy sami możemy nakazywać Czasowi, czyniąc go sobie powolnym?
Wołałem: trwaj chwilo!, i ona posłusznie trwała. <<

>> Podniesione głosy budzą mnie. Słucham przez chwilę – ten mój, pachnący znajomo i drugi, głośniejszy, twardy, budzący strach. Nie lubię go, boję się tego głosu, nie chcę go słyszeć! Krzykiem wołam do siebie mój głos. Gdy zbliża się, czuję ten zapach i dotyk. Przytulam się do niego i znajdując bezpieczeństwo, usypiam.
Tato, obudź się! Przestraszyłam się, bo nie było cię pod szkołą – ten głos też znam. Jest miły, kochany. To głos...
Madziu, przepraszam. Nie wiem, co się stało. Chyba usnąłem.
Wszystko w porządku, tato? Jak się czujesz? Dlaczego leżysz na podłodze?
Dobrze. Miałem dziwny sen...
Kto ci się śnił? – córka zapytała z obawą w głosie.
Ona boi się moich wspomnień. Uważa, że powinienem starać się zapomnieć.
Nie, nie, Madziu! Naprawdę! Śniło mi się, że... budzi mnie głos, którego się boję, a inny usypia mnie ponownie… <<

Mam kłopot z wyborem cytatów, ponieważ na to, co ma nastąpić, składa się kilka wątków, czy raczej nitek wiodących Jana ku… przeznaczeniu? Czasami myślę, że cała trudność w dobrym napisaniu tych dwóch powieści to moja niewiara w reinkarnację i przeznaczenie działające niezależnie od naszej woli.

>>Obudziłem się wcześnie, jeszcze przed budzikiem. Spojrzałem na ekran telefonu; była ósma. Cisza uśpionego lunaparku i tylko odległy szum ulicy. Gdy leżałem próbując usnąć ponownie, poczułem ekscytację.
Próbowałem dojść jej źródeł, ale do niczego nie doszedłem i w godzinę później wstałem.
Dzisiaj niedziela – otwieramy wcześniej. Trzeba iść na śniadanie, wypić kawę i otwierać swoją imprezę – pomyślałem.
Nie byłem głodny. Coś mnie goniło do wyjścia, jakaś niecierpliwość, chęć przyspieszenia czasu. Gdy siadłem przy stole w kuchni i rozejrzałem się wokół, zadziwiła mnie powolność i obojętność wobec czasu moich kolegów z pracy.
Otwarcie o jedenastej przyjąłem jako coś, co nastąpić powinno już dawno. Do obiadu ruch nie był duży, i dopiero około czternastej plac zapełnił się ludźmi. Był pogodny, dosyć chłodny dzień wrześniowy. Stałem na schodach wejściowych do salonu śmiechu, który dzisiaj obsługiwałem, gdy nagle coś się zmieniło w moim oglądzie tak dobrze znanego widoku placu wypełnionego ludźmi i karuzelami...
Co?
Patrzyłem w zadziwieniu na tę feerię świateł, na ludzi i olbrzymie karuzele oszałamiające kolorami i ruchem.
Co to jest?
Podnoszę głowę do góry i widzę piękny, kolorowy napis nad wejściem. Mruga do mnie tysiącem światełek. Podoba mi się.
Spod salonu śmiechu patrzę na tył bramy wejściowej – tej z tysiącem świateł od frontu i nagle uświadamiam sobie, że widzę to co ona. Jak wtedy, z nią.
Dorota? Ależ tak, jest tutaj! Przeszła przez bramę! Przecież ona nie… Ale widzę!
Podrywam się i biegnę między karuzelami do wejścia. Staję i rozglądam się szukając jej postaci. Przecież była tutaj! Widziałem!
Widzę...
Karuzele wydają mi się takie wielkie... Dlaczego?
Nie, to teraz nieważne. Ona jest gdzieś tutaj! Gdzie?
Na widok wielkiej, nadmuchiwanej zjeżdżalni na którą patrzę, nakłada się mi drugi obraz: ta sama zjeżdżalnia widoczna w innej perspektywie. Próbuję uspokoić rozbiegane, gorączkowe myśli i zorientować się w kącie patrzenia. Ocenić miejsce oglądu. Nie mogę, bo oczy biegają mi gorączkowo po placu szukając jej. Obraz zaraz się zmienia i widzę coraz to inne karuzele i ludzi.
Ona rozgląda się, szuka mnie!
Biegnę pod wóz Marka, bo jego widziałem przed chwilą, ale nie ma jej tam. Staję i znowu rozglądam się.
Janek, dlaczego nie jesteś na obsłudze? – słyszę pytanie Marka – jakby z innego świata. Nie odpowiadam mu, bo nagle rozumem, dlaczego karuzele wydają mi się takie wielkie: widzę je tak, jakbym siedział lub klęczał.
Co się stało? – wołam w myśli obniżając wzrok.
Kobieta pcha przed sobą inwalidzki wózek. Dopadam do niego w dwóch skokach i nachylam się nad siedzącą na nim osobą.
Widzę dziewczynę w trudnym do oceny wieku. Ma charakterystyczny wyraz twarzy, usta półotwarte i strużkę śliny ściekającą po brodzie.
Patrzę tylko chwilę na tę twarz, bo zaraz niknie mi wszystko w nagłej ciemności, która ogarnia mnie i miłosiernie otula.

Trzymam wielki, biały i pachnący słodyczą kłąb waty cukrowej. Przybliżam go do ust, ale niewiele mogę chwycić, bo we wgryzieniu się w tą słodkość przeszkadza mi broda i nos. Wpadam na pomysł urywania palcami waty i wpychania sobie do ust. To dobry sposób. Oblizuję palce; też są słodkie.

Otwieram oczy. Leżę na łóżku w swoim pokoju, a obok siedzi Kazik i przegląda gazetę.
Ile... ile czasu tutaj leżę? – zdejmuję z czoła mokry ręcznik.
O! Otrzeźwiałeś. Szef dzwonił po pogotowie z dziesięć minut temu.
Co się stało?
Przewróciłeś się i walnąłeś głową w kamień.
Idź do Marka i powiedz, żeby odwołał karetkę. Nic mi nie jest.
Ale...
Idź!
Siadam na łóżku i trzymam bolącą głowę w dłoniach.
Co ty wyprawiasz, Janek? Ganiasz po placu zamiast pilnować swojej imprezy. Jak się czujesz?
Patrzę na twarz Marka. Widzę ją poprzez obraz wirującego talerza karuzeli.
Ona jeszcze tutaj jest! Zrywam się z łóżka, zataczam i odpierając się o ścianę dochodzę do drzwi.
Janek!
Ja muszę. Muszę...
Mami, niedobrze mi. W głowie mi się kręci.
Wystarczy tych atrakcji na dzisiaj. Chodźmy do domu – słyszę.
Obraz zmienia się; teraz widzę kręcące się ramię rangera. Patrzę i ja na nie, oceniam miejsce i zataczając się biegnę tam.
Nie ma jej. Rzucam się tu i tam, rozglądam. Tłum ludzi wokół. Wychodzę na ulicę, idę po kolorowych wzorkach z kamyków. Wybiegam przez bramę i rozglądam się wokół. Jest tłoczno, nie widzę jej.
Obraz przesuwa się szybko, spojrzenie muska budynki, ludzi, wystawy.
Po chwili wszystko niknie i znowu widzę jeden obraz.
Tylko swój.
Odwracam się i powoli, na sztywnych nogach, wchodzę na teren lunaparku.<<

Powtarzający się sen:

>> Biegłem ledwie dysząc. Tchu mi brakowało, nogi miałem jak z ołowiu i nie mogłem zmusić się do szybszego biegu.
Biegłem z oczami utkwionymi w perspektywę stromej ulicy, na tłum ludzi, szukając jej tam, w dole.
Biegłem nie patrząc na mijane domy, odruchowo wymijając przechodniów, słysząc ryczący silnik pędzącego samochodu.
Zobaczyłem ją przed rodziną idącą całą szerokością wąskiego chodnika. Odruchowo zarejestrowałem seledynowy kolor spodni dziewczynki i grubą tuszę jej ojca. Zeskoczyłem na jezdnię, wyprzedziłem ich, i wskakując z powrotem na chodnik złapałem ją za kołnierz. Tak mi się zdawało, bo w tym samym momencie zaczepiłem zdrętwiałą ze zmęczenia nogą o krawężnik i straciłem równowagę. W moment później poczułem ból i wszystko znikło w ciemności.
Gdy mogłem już analizować ten sen, miałem wrażenie, że coś się w nim zmieniło. Było inaczej, jakiś szczegół zmienił się, ale nie potrafiłem powiedzieć sobie jaki. <<

Na przemian z głosami:

>> – Dorotko, słuchasz tego? Przełącz może na inny kanał.
Słucham, mami. Ładnie grają, prawda?
... Ładnie. Naprawdę podoba ci się taka muzyka?
Podoba. A na czym ta pani gra?
To wiolonczela.
Pięknie gra wiolonczela, prawda mami?

Wstałem poruszony nagłym przypomnieniem: Dorota nie miała przy uchu telefonu, a słuchawki na głowie.
Te dźwięki... tak! Przez chwilę, tuż przed upadkiem, słyszałem koncert Bacha na dwoje skrzypiec., a przecież Mała nie słuchała klasyki. <<

Miewał i takie chwile: to fragment z jego wyjazdu do Władysławowa, gdzie spędził wakacje z Dorotą.

>> Znikło to wyjątkowe wrażenie podwójnego odczuwania.
Zostałem sam.
Jestem sam szósty rok.
Patrzyłem na swoją twarz w lustrze, po której ściekały ostatnie stróżki wody, gdy znowu usłyszałem tamten głos:
Mami, dlaczego ja jestem sama?
Sama? Kochanie, co ty mówisz?!
Bo tak smutno mi się zrobiło.
Przecież masz mnie. Nie jesteś sama.
Ale smutno mi, mami.
Dlaczego? Stało się coś w przedszkolu?
... Nie. Nie wiem.
Chodź do mnie, Dorotko. Pamiętaj, że nigdy nie będziesz sama, bo zawsze będziesz miała mnie.
Zawsze? Obiecujesz?
Obiecuję.
Poczułem te znane, kochane, pachnące ciepło na sobie i już było dobrze.
Dobrze? Co to jest? Co ja słyszę? Kto to jest?

Dzień dobry. Nazywam się Jan Nowacki – zadzwoniłem z samochodu – Czy mógłbym rozmawiać z panią Eleonorą Thurn? – zapytałem, gdy w słuchawce usłyszałem męski głos.
Jan Nowacki? Czy to pan mieszkał z narzeczoną u nas w wakacje sześć lat temu? Mama często was wspominała.
Wspominała? Co to znaczy?
Tak, pięć lat temu umarła.
... Chciałbym spotkać się dzisiaj z panem. Czy wynajmujecie jeszcze pokój?
Proszę przyjechać. Mam coś dla pana.
Będę za trzy godziny.

Otworzył mi siwy sześćdziesięciolatek. Spojrzałem w jego oczy i wiedziałem, że jest synem naszej babci.
Gdy dowiedział się o śmierci Małej, siedział długo nie odzywając się.
Więc jednak mama miała rację... Wie pan, ona właśnie wtedy, parę miesięcy po tamtym lecie... Przyjechałem do niej, bo dzwoniła.. twarz miała zapłakaną... ona wiedziała o jej śmierci. Wiedziała... Wiosny już nie doczekała. W ostatnich swoich dniach dała mi to.
Wstał, podszedł do kredensu i podał mi kubek.
Powiedziała, że kiedyś pan tutaj przyjedzie i że mam to panu dać.
Na kubku było wypalone nasze zdjęcie: Mała wisiała mi na szyi, patrząc roześmianą twarzą w obiektyw.
Patrzyłem na to zdjęcie i czułem jej ciężar na karku.
Zapomnieliśmy go zabrać, a później zapomniałem o nim zupełnie. To jedyne jej zdjęcie jakie mam.
Prosiła jeszcze, abym powiedział panu, że dzięki wam przeżyła piękne chwile. Że daliście jej szczęście w te ostatnie lato. I że Bóg nie opuści pana. Musiałem przysiąc, że powtórzę to panu.
Daliśmy jej szczęście...
Tak powiedziała.
– … Dziękuję panu. Czy mogę zająć pokój?
Żona przygotowała go. Proszę.
Zamknąłem za sobą drzwi i nie zapalając światła wsłuchiwałem się w znane mi odgłosy tego domu. Skrzypiał i trzeszczał pod naporem wiatru.
Na morzu sztorm – pomyślało się mi.
W słabym świetle ulicznej lampy dostrzegłem masywny kształt pianina. Podszedłem i dotknąłem pokrywy klawiszy. Był na niej kurz.
Co ty tam robisz? Chodźże wreszcie – usłyszałem jej niecierpliwy szept dobiegający od strony łóżka.
Pomyślałem o tych setkach samotnych wieczorów za mną i następnych setkach przede mną. Pomyślałem o tym, jak płynna i niewyraźna może być granica między rzeczywistością obiektywną, a tą tworzoną przez nasz umysł. Między normalnością, a szaleństwem.
Chodź już – znowu jej szept.
Poczułem przemożną chęć ucieczki od świata który mnie otaczał i nie czując już w sobie sprzeciwu, odpowiedziałem jej:
Idę, Mała.<<

Oto jak poznał kobietę, którą w wiele lat później poślubił. Przypomnę, że Jan miewał raczej nie często spotykane u ludzi umiejętności – ślad swojej połowy.

>>Był początek zmierzchu, gdy obwodnicą mijałem Krasnystaw. Tuż za wiaduktem stała: rękę miała wyciągniętą w geście zatrzymującym samochody, ale gdy stanąłem przy niej zobaczyłem, że nie patrzy na mnie, a na ten wiadukt.
Spojrzałem w jej twarz, na której była boleść. Zaintrygowany wyszedłem z samochodu i spojrzałem na ten wiadukt. W jednej chwili koniec jesiennego dnia zniknął, i w pełnym świetle słońca zobaczyłem szczątki samochodu wbite w filar wiaduktu. Pomarańczowy maluch – odruchowo rozpoznałem markę po ocalałym tyle samochodu. Zbliżający się samochód hamował z piskiem kół. Gdy stanął, zapaliły mu się awaryjne światła i wybiegł z niego gruby kierowca, w ręku trzymając gaśnicę. Trzęsąc brzuchem podbiegł do wraka, spojrzał do wnętrza i upuścił gaśnicę wyciągając z kieszeni telefon.
Wiedziałem, co tam zobaczył. Po prostu wiedziałem.
Gdy otworzyłem jej drzwi, spojrzała na mnie zdziwiona i ponownie odwróciła się w stronę wiaduktu.
Milczała, patrząc nieruchomym spojrzeniem. Mogła mieć trzydzieści pięć, może czterdzieści lat. Delikatne rysy twarzy, cienie pod oczami, zaniedbane, jakby szare włosy spięte gumką w mysi ogon. Stare, zniszczone ubranie.
Dokąd panią zawieźć?
Mój głos wyrwał ją z odrętwienia. Drgnęła i spojrzała na mnie.
Zobaczyłem starą, ciągle rozjątrzoną ranę i nowe kłopoty. Kolejny cios losu, który przepełnił miarę.
Ratując jedno życie, ratujesz cały świat – przypomniały mi się słowa żydowskiej sentencji. A tutaj uratuję – patrzyłem na nią – tak, tutaj uratuję dwa życia.
Nie rób tego – zawołałem do niej. – Nie rób, bo znajdziesz jeszcze kogoś, komu będziesz bliska. Pomogę ci.
Nie wiem... – powiedziała cicho, z ociąganiem.
Wsiadaj. Pojedziemy.
Do Kłodawy? – nie pytała się, a raczej zastanawiała, gdzie ma jechać.
Nie. Pojedziemy do Gniezna.
Do Gniezna? A co tam jest?
Tam mieszka mój przyjaciel. Da ci mieszkanie i pracę.
Jak to: da?
Da. Poproszę go o to.
Nic pan o mnie nie wie.
Coś wiem. Resztę, jeśli zechcesz – powiesz mi.
Wie pan?... Co pan może wiedzieć!
Wiem, że potrzebujesz pomocy i nie masz do kogo zwrócić się o nią.
... To prawda.
Już masz do kogo.
Do pana? Pan mnie nie zna.
Do Gniezna kawał drogi. Zdążymy się poznać.
Nie wiem...
Była nieufna. Bała się mnie, czy raczej nie była pewna moich intencji.
Mieszkam w Lublinie. Proponuję nocleg w domu mojego zięcia – córka zajmie się tobą – a rano wyjazd do Gniezna.
.. Jak to tak?
Nie masz gdzie się podziać. Chcesz nocować na dworcu?
Milczała dłuższą chwilę.
Dobrze – ledwie usłyszałem jej szept. <<

Kiedyś spotkałem kobietę po traumatycznych przeżyciach straty rodziny. Nie jestem czarodziejem jak Jan, ale ile mogłem, tyle jej pomogłem. Moja powieściowa Anna jest tamtą kobietą z Kłodawy.

>> W domu, widząc pytające spojrzenie córki, szepnąłem jej do ucha parę słów wyjaśnień.
Tato – zapytała, gdy kobieta była w łazience – jak myślisz jej pomóc?
Załatwię jej pracę i mieszkanie.
Czy... czy znowu to masz?...
Skinąłem głową.
Człowiek powinien pomagać drugiemu człowiekowi – jeśli może to zrobić, a ja mogę. Mimo wszystko.
Mimo czego!? – zapytała z naciskiem.
Mimo tego, że w tej decydującej chwili nie mogłem pomóc Małej. Powinienem być przy niej, a nie zajmować się biznesem.
Tato! Przecież rozmawialiśmy już o tym! Tłumaczyłam ci, że to był wypadek i nic nie mogłeś na to poradzić. Nic!!
Tak, tak. Masz rację, córeczko, ale gdybym był przy niej, to...
Tato!!
Madziu, coś tam widziałem, coś mogłem, ale dla niej nie mogłem nic zrobić!
Co ty mówisz? A kto wyciągnął ją z tej choroby? No kto!?
Cicho. Nie krzycz. Zachowujesz się jak ona.
Miała rację, bo czasami zachowujesz się jak...
Wiem: jak stary idiota.
Tato... – wyciągnęła rękę i pogładziła mnie po głowie.
Wziąłem jej dłoń w swoją i przyłożyłem do ust.
Kocham cię, Madziu.
Kobiety uśmiechają się w ten jeden, wyjątkowo ciepły sposób, gdy słyszą takie wyznanie – nawet, jeśli to mówi im ich ojciec. Uczą się tego uśmiechu?
I ja cię kocham, tato. Powiedz coś o niej.
Jest z Krasnegostawu. Kilka lat temu jej mąż i dwójka dzieci zginęli w wypadku samochodowym pod miastem. Uderzyli w wiadukt. Spotkałem ją, gdy stała na brzegu szosy patrząc na ten wiadukt. Rodzina męża chciała ją wziąć do siebie – nie, wzięli ją. Mieszkała u nich, ale później wyjechała. Nie mogła patrzeć na miejsca i na ludzi, którzy byli świadkami tamtego jej życia.
Teraz jest w ciąży z takim nieciekawym typem. Wróciła do teściów, bo tamten przypomniał sobie nagle, że ma swoje dzieci i żonę. Wróciła i usłyszała, że jest dziwką bezczeszczącą pamięć ich syna... Ona chciała być z kimś. Nie siedzieć samej w czterech ścianach, chciała kogoś mieć. Tamten mówił, że też jest samotny.
Co zrobisz? – Madzia trzymała chusteczkę w ręku.
Zabiorę ją do Marka, do jego bazy zimowej. Da jej pracę na umowę i służbowy pokój.
Przyjmie ciężarną do pracy? Jeszcze jesienią?
Przyjmie – odpowiedziałem stanowczo. <<

>> – Aniu, nie prychaj, bo Marek słusznie zdecydował. Po co miałabyś jechać z nami w objazd? Czy ty wiesz, co to jest noc spędzona w rozklekotanej ciężarówce?
Dałabym radę, a mogłabym robić w kuchni, bo ta jego kucharka to gotować nie umie!
Aniu, za trzy tygodnie masz wyznaczony termin. Lekarz zalecił ci leżenie.
Dobrze wiesz, jak to było z tym lekarzem. Jestem zdrowa i mogłabym jechać. Co ja tu będę robiła sama?
Będziesz szykowała wyprawkę dla niego i pisała maile do mnie.
Chcesz, żebym pisała?
Pewnie.
A będziesz odpisywał? Czekaj, dlaczego mówisz "dla niego"? Nie chciałam tych badań i nie wiadomo czy to chłopiec.
Tak mi się powiedziało. Obiecaj, że gdy tylko się zacznie – zadzwonisz.
A po co?
Wtedy przyjadę do ciebie.
Powtórz, proszę.
Chciałbym być w szpitalu, gdy będziesz rodziła, i zabrać cię tutaj z dzieckiem.
Chciałbyś być przy mnie?
Skinąłem głową.
Dlaczego?
Bo... bo chciałbym.
(...)
Marek uśmiechnął się, gdy poprosiłem go o samochód, i dał kluczyki od dostawczego peugeota.
Zostań z nią parę dni. Poradzimy sobie bez ciebie.
Dziękuję ci.
Mocno, z wdzięcznością, uścisnąłem mu dłoń.
Samochód zostaw na bazie. Ktoś zabierze go tutaj.
W trzy godziny później byłem w szpitalu.
Ja do Anny Kolec. – powiedziałem w recepcji.
Pan jest ojcem dziecka? – zapytała i spojrzała na ekran komputera.
Chciałbyś mieć jeszcze dzieci? – usłyszałem Małą.
Przełknąłem ślinę i odpowiedziałem:
Tak.
Mała, tak trzeba – pomyślałem.
Poszło szybko, ma pan syna. Oboje są zdrowi. Chce pan do żony?
Chcę.
To proszę to założyć.
Mała, czerwonawa na twarzy żaba leżała przy jej piersi. Jego matka patrzyła na mnie. Była zmęczona, ale radosna. Pocałowałem ją w czoło.
Gratuluję pomyślnego rozdwojenia, Aniu.
Jesteś...
Jestem... Dasz mi go?
Wziąłem małego ostrożnie w dłonie, chwilę patrzyłem na maleńką twarzyczkę z napuchniętymi powiekami, i czując, że robię to, co powinienem – podniosłem do góry. <<

>> Gdy zobaczyłem tę górę pierwszy raz, pomyślałem o Górach Świętokrzyskich: łagodne, zalesione aż do szczytu zbocza, na które od dołu wdzierały się pola coraz węższymi pasmami. Później zobaczyłem u jej podnóża czerwone dachówki domów i zrozumiałem, że to raczej Dolny Śląsk. Sudety.
Widziałem ją lecie, w ciemnej zieleni jej lasów świerkowych, gdy znad dolnej krawędzi szyby okna, przez które patrzyłem, wystawały czerwone kwiaty doniczkowe. Widziałem ją też w zimie, w bieli i czerni, gdy z doniczek na balkonie wystawały uschnięte badyle.
Rozsiadała się, wyjaśniona, pogodna, pod błękitem wiosennego nieba. Górowała ponad doliną tak wysoko, że swoją głowę chowała w chmurach szarej, płaczącej jesieni.
Wypięknioną widziałem ją o zachodzie, gdy wielkie, miedziane słońce w ostatnich swoich chwilach, chowając się za sąsiednie wzgórze, oprószało czerniejące zbocza złotym pyłem. Była daleka, smutna i ledwie widoczna zza ściany deszczu, ale była też bliska, jakby wesoła, gdy grzała swe lasy w mocnym słońcu letniego ranka.
Baśniowa, tajemnicza i niedostępna wydała mi się, gdy samym szczytem wychylała się ponad otulającą ją mgłę, na powrót stając się znaną i bliską, gdy słońce wyssało mgłę, przywracając górze łączność z ziemią.
Ta góra fascynowała mnie. Na początku dlatego, że wydała mi się niedostępnym szczytem świata, ale i później, gdy zrozumiałem, że wejście na nią nie jest wielkim wyczynem, to uczucie pozostało.
Czasami, gdy dłużej patrzyłem na nią, wydawało mi się, że słyszę jej głos.
Ta góra wołała mnie.
(...)
Tyle razy myślałem nad eksperymentem, który wykluczyłby mój umysł jako źródło, twórcę tych obrazów, ale nic nie wymyśliłem. Nie wiem, czy dane mi jest oglądać momenty czyjegoś życia, czy oglądam podświadomy wytwór własnego umysłu. Parę razy myślałem o wizycie u hipnotyzera, ale nie zdecydowałem się, i to nie tyle z powodu wątpliwości w jego umiejętności, co dla niechęci dzielenia się z obcym człowiekiem moimi najintymniejszymi sprawami.
(…)
Wyjrzałem przez okno; nie pada, a więc wystarczy założyć bluzę. Wziąłem robocze rękawice i wyszedłem rozglądając się po placu, a gdy spojrzałem wyżej, zobaczyłem… Góra!! Ta, którą tyle razy widziałem w swoich wizjach! Ta sama!
Patrzyłem na nią czas niewiadomy, wstrząśnięty, próbując zebrać myśli.
Zaraz, tam było okno... Tak! Obraz widziałem na ogół przez małe okno z łuszczącą się farbą na futrynie, czasami przez zacieki wilgoci na szybach. Na lewo maszt antenowy, na prawo krzyż – tak, jak teraz! To znaczy – rozejrzałem się, rozgorączkowany myślą – że to okno jest gdzieś tutaj, niedaleko!
Ale czy to okno istnieje? A jeśli tak, to kogo ono jest?
Dlaczego je widzę? <<

>> Myśl urwała mi się. Leżałem zasłuchany w muzykę. Główny motyw cudownie grany na wiolonczelach... to adagio z któregoś koncertu brandenburskiego Bacha.. nie pamiętam którego...
Nagle poderwałem się z łóżka, macając obok siebie w poszukiwaniu odtwarzacza... To nie ja słuchałem, a ona.
Kim jesteś? – po raz pierwszy odważyłem się zapytać, ale cisza była odpowiedzią.
Kto miałby mi odpowiedzieć?
W sobotę Marek postawił mnie na loterii fantowej. Nie lubiłem tam pracować, bo trzeba było dużo mówić do ludzi, tłumaczyć, zachęcać, ale przecież musiałem.
Ruch był duży i wolnego czasu nie miałem wcale.
Gdy wspiąłem się na górną półkę zdjąć wygranego misiaka, zobaczyłem rząd wielkich, różowych panter tak, jakbym patrzył na nie z dołu. Zrozumiawszy skąd ten podwójny widok odwróciłem się gwałtownie, straciłem równowagę i aby uniknąć upadku, odbiłem się nogami od półki. Gdy wstałem z głębokiego przysiadu, zobaczyłem siebie wychylającego się zza lady. Swój profil. Dopadłem lady i zobaczyłem wpatrzone we mnie oczy, na które nakładał się obraz mojej twarzy.
Mogła mieć piętnaście lat, może nieco więcej. Bujne, jasne włosy rozsypane wokół małej twarzy. Jakby za krótka górna warga odsłaniająca zęby. Tyle zauważyłem, nim spojrzałem w jej oczy. Były wielkie, zielone, i nieruchomo utkwione we mnie.
W tej chwili zniknął klient, któremu miałem podać wygranego misiaka, znikła setka innych ludzi z gwarnego lunaparku i nikogo tutaj nie było. Mnie także, bo nagle poczułem, że jestem tylko wzrokiem, który w niepojęty sposób stapia się w jedność z jej spojrzeniem. W szaleńczym pędzie przelatywały mi przez głowę nieznane sceny, słowa i obcy ludzie, a gdy znikli i została tylko ona, pojąłem, zdziwiony, że ta dziewczyna jest mi… bliska.
Kim pan jest?
Kto ty jesteś? – wychrypiałem przez zaciśnięte gardło.
Ja.. A pan?
Kim ja jestem – dla niej?
Nagle wiedziałem, co jest najważniejsze. O co pytać.
Doroto, kiedy się urodziłaś? Powiedz, to dla mnie bardzo ważne! Bardzo!
Pan mnie zna? Czy pan jest... moim ojcem?
Odpowiedz, na bogów!
Urodziłam się pierwszego grudnia dwa tysiące trzeciego. Czy pan jest moim ojcem?
Nad ranem? – nagłe skojarzenie.
Chyba tak. Tak, o czwartej. Kim pan jest?
Nie jestem twoim ojcem.
Nie? To skąd pan mnie zna?
Na widok ruchu jej ręki odgarniającej włosy z twarzy, musiałem chwilę czekać, nim mogłem się odezwać.
Nie wiem, czy ciebie znam... Powiedz mi jeszcze, czy słuchasz klasyki? Głównie baroku?
.. Tak. Czy pan jest znajomym mamy?
Nie. Dlaczego myślisz, że jestem twoim ojcem?
Bo... Pan wypytywał się o mnie?
Nie. Nie potrafię ci wyjaśnić, skąd to wiem.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nic nie mówiłem, bo najważniejsze poznałem. Wiedziałem.
Gdy usłyszała, że nie jestem jej ojcem, zrodziła się w niej nieufność do mnie. Nie znała mnie i obawiała się.
Do mamy mówisz "mami"?
W odpowiedzi skinęła głową.
... Przepraszam, muszę iść. – powiedziała cicho.
Patrzyła jeszcze chwilę na mnie, odwróciła się i odeszła. <<

>> – Płaczesz? Co się stało, dziecko? Powiedz mamie.
Sama nie wiem. Tak mi jakoś smutno...
A jak było na wesołym miasteczku? Nie kręciło ci się w głowie? Kiedyś gdy byłaś mała, byłyśmy i nawet bez jazdy karuzelą zrobiło ci się niedobrze.
Właśnie... Dziwne to..
Co takiego?
... Widzisz, mami, przez ostatnie lata śnił mi się jakiś facet...
Facet? Jaki?
Nie wiem. Taki stary. W tym śnie nic nie robił tylko patrzył na mnie, ale tak...
Podglądał cię? Dlaczego tak ci się przyglądał?
Nie, nie! To nie taki sen. On... mami, te jego oczy... one mówiły, że kocha mnie. Takie były te oczy.
... Dorotko, czy nie miałaś czasami jakiegoś..
Ależ mami! Mówiłam ci! To tylko sen!
Przepraszam cię, córeczko. To dlaczego ten sen tak cię wzruszył?
Bo ja go dzisiaj spotkałam. Tego faceta. Pracuje w tym lunaparku. I patrzył na mnie dokładnie tak samo. Myślałam, że to mój ojciec, ale powiedział, że nie.
Dziwne to... A może we śnie mało go widziałaś. Teraz coś ci się pomieszało. Tak bywa ze snami.
Mami, on wie o mnie wszystko. Nawet jakiej muzyki słucham, jak do ciebie mówię i o której godzinie urodziłam się. Wszystko!
Skąd?!.. Dorotko, a czy ten pan nie chciał spotkać się z tobą?
Mami, ty znowu swoje.
Jesteś jeszcze głupiutka i nie wiesz, co się dzieje na tym świecie.
Mami, ja myślałam o tym... tylko nie śmiej się ze mnie. Nie będziesz? To powiem.
Oczywiście, że nie będę. Powiedz mi co myślisz.
Ja myślę, że też mu się śnię i w tym śnie dowiaduje się o mnie różnych rzeczy. <<

>> Wieczorem ratowałem się pisząc list do Ani. Był on też moimi jej przeprosinami, ale ona nie wiedziała o tym.
Gdy odłożyłem na chwilę klawiaturę zastanawiając się nad dalszą częścią listu, na tle szafy, która stała przed łóżkiem i na którą patrzyłem niewidzącym wzrokiem, zobaczyłem otwierające się drzwi autobusu. Gdy minęła starą kamienicę przy której skręciła, rozpoznałem to miejsce: szła do domu. Nie, ona biegła mając łzy w oczach i rozpacz w sobie. Przed barem Erato stanęła i krzyknęła:
To nieprawda! – i pobiegła dalej pod górę ulicy.
Później skręciła w ciemność między drzewami. Przez moment słyszałem tylko chrzęst jej szybkich kroków i zaraz jej wzrok skupił się na jasnym prostokącie okna. Mały placyk, kilka schodów, jedne drzwi, drugie, pokój, w którym mignęła mi kobieca postać i łóżko na które padam zanosząc się szlochem.
Po chwili czuję dłoń na głowie.
Co się stało, Dorotko?
Mam w sobie taką żałość, bunt wobec świata i ludzi, że nie odpowiadam, płacząc głośniej.
Powiedz mi – ktoś cię skrzywdził? Powiedz. Nigdy nie miałyśmy przed sobą tajemnic...
Jak on mógł mi coś takiego powiedzieć!...
Chodź do mnie. Obejmij mnie...
On... myślałam, że on...
Przytuliłam się do jej piersi i objęłam mocno – jak ona mnie.
Kocham cię, córeczko.
Będą cię kochali, zobaczysz. Będą, bo jesteś wspaniałą dziewczyną.
Chciałabym, żeby mnie ktoś tak kochał, jak on ją kochał.
Kto tak kogo kochał?
...
Powiedz mi, kochanie.
Ten facet z lunaparku.
To on jeszcze śni ci się?
Tak, ale inaczej. Nie stoi patrząc na mnie, tylko widzę go z dziewczyną. To ją tak kocha. I jest młodszy.
Czy ona jest podobna do ciebie?
Z wyglądu raczej nie, ale... sama nie wiem.
Więc jednak jest podobna. To dlatego pomylił cię z tamtą. Ale mimo wszystko dziwne to, te twoje sny.
On nie pomylił się, mami. Jestem tego pewna, ale nie wiem dlaczego. A ta dziewczyna... Jakbym ją znała, tylko nie wiem skąd...
Obraz zniknął. Siedziałem gapiąc się na szafę, a później sięgnąłem po telefon
– „Halo taxi” z Wałbrzycha? Dobry wieczór pani. Mam ogromną prośbę. Chciałbym dowiedzieć się, gdzie, na jakiej ulicy, jest bar Erato. Gdy jedzie się tą ulicą pod górę, jest po prawej stronie. To dla mnie bardzo ważne.
Żaden problem. Proszę chwilę zaczekać.
Słyszę jej rozmowy przez radio z kierowcami, a po chwili mówi do mnie.:
Jest taki bar. Na Wańkowicza. Gdzie przyjechać po pana?
Dziękuję pani. Będę o was pamiętać potrzebując taksówki.
Otworzyłem plan miasta. Wańkowicza. Gdy wysiadła z autobusu, poszła kawałek do przodu i skręciła w prawo, a więc ten przystanek jest gdzieś tutaj, na Andersa, to główna ulica, na pewno jeżdżą nią autobusy miejskie. Później ulica skręcała lekko w lewo, a dalej prosto i pod górę. Bar jest w takim razie tutaj, w pobliżu skrzyżowania z Dubois.
Poszła dalej, może paręset metrów i skręciła w lewo.... Tutaj nie ma bocznej ulicy. Nie, ona nie szła ulicą, tylko jakimś wąskim, ciemnym przejściem między drzewami. Krótkim, 10, może 20 metrów, i wyszła na placyk.. Gdzie?
Zaraz, z tego placyku odchodziły uliczki, takie małe, boczne. To musi być... tutaj jest najbliżej. Te dwie ulice stykające się pod kątem prostym, tuż przy Wańkowicza, ale nie mają z tą ulicą połączenia. Tak, to skrzyżowanie Sudeckiej i Obrońców Pokoju. Ten placyk. Pobiegła prosto i skręciła w lewo, do schodków w dół. A więc ten dom jest na wewnętrznym rogu tych dwóch ulic i jest nieco poniżej poziomu ulicy.
A góra? Szukam jej zwiększając skalę planu, a gdy znajduję... gdzie staliśmy lunaparkiem? Jaka to była ulica? Real! Jest. Ulica Kusocińskiego. Tak, w linii prostej blisko. Prawie ten sam kąt oglądu, a więc tamto widziane w wizjach okno jest w tym domu. To z niego ta dziewczyna patrzy na Chełmiec.
Odłożyłem laptopa i znowu zagapiłem się na jasny bok szafy. <<

Dla wyjaśnienia: Erato jest jedną z muz, a jej imię w naszym języku to Umiłowana. Ten bar kiedyś był w Wałbrzychu i posłużył mi w tym wątku nieszczęśliwej młodzieńczej miłości.
Janka uczepił się obsesyjny sen, w którym jakby wraca do chwili poprzedzającej chwilę śmierci jego Doroty, czyli Małej, ale w innym otoczeniu, w innym mieście.

>> Ona idzie gdzieś tam wyżej, a ja muszę tam być, muszę zdążyć.
Otwierając drzwi samochodu rozejrzałem się: skrzyżowanie, krawężnik, nierówne, duże płyty chodnikowe – dokładnie tak, jak poprzednio. Mała szła od Kowalskiej w dół... Rozglądam się za tabliczką, ale nie widzę.
Później, teraz muszę jechać – myślę gnany strachem.
Wsiadając, kątem oka rejestruję szeroki, równy wjazd na posesję kilka metrów za samochodem. Ruszam i ostro skręcam w lewo, tyłem wjeżdżając na podjazd aż pod bramę, przełączam bieg i łagodnie ruszam. Na ulicy w lewo i pod górę. Tył samochodu ucieka mi na bok, ale ujmuję gazu, kontruję kierownicą, prostuję i powoli rozpędzam samochód.
Gdzie jechać? Sięgam myślą: na cichy szum mojego silnika nakłada się ryk kręconego na wysokich obrotach silnika tamtego samochodu, a w tle ledwie słyszalne nastrojowe largo z Wiosny Vivaldiego.
Gdzie jesteś? Patrzy pod nogi, nic nie widzę, a gdy podnosi na chwilę wzrok, widzę starą czereśnię między dwoma domami. Patrzy chwilę na siedzenie zrobione z desek, wysoko, między konarami i znowu na chropawy, nierówny asfalt pod nogami.
Mała!
Nie słyszy mnie i skręca w lewo. Tamten samochód ruszył uliczką pod górę. Ja także jechałem pod górę mając nadzieję, że jadę w dobrą stronę. Po chwili zobaczyłem kilkupiętrowy blok mieszkalny ze stalowym kominem obok.
Samochód skręcił w lewo i runął w dół ulicy, a ja dojechałem do skrzyżowania przy bloku i znowu nie wiedziałem gdzie jechać. Po lewej, pod blokiem, stoi tam pawilon sklepu spożywczego, a po prawej, na ścianie tabliczka: ulica Iwana... Mi... Miczurina?
Gdzie jestem?
Sięgnąłem myślą i na skrzyżowaniu przed sobą zobaczyłem bordowy samochód.
To przecież mój... Spojrzałem w prawo i ponad sto metrów dalej zobaczyłem ją. Gdy ruszyłem, zza zakrętu wyjechał czerwony samochód. Zarzuciło go, jechał z coraz większym bocznym poślizgiem, sunąc wprost na idącą postać. Zacisnąłem ręce na kierownicy i dodałem gazu, kierując samochód na tamten. Krzyczałem do niej wiedząc, że nie zdążę, i obudziłem się z krzykiem na ustach. <<

Jan postanawia pojechać do Wałbrzycha.

>> W Wałbrzychu, nim dotarłem do jej ulicy, znalazłem kiosk lotto i dużą betulę obok. Gdy stałem przy niej, patrząc na skrzyżowanie niżej, szeroki wjazd na posesję, ulicę pnącą się pod górę, na żółtego słonika w końcu, ogarnęło mnie dziwne poczucie rozdwojenia rzeczywistości. Byłem tutaj, a czułem, jakbym przeżywał na nowo swoje sny, bo otoczenie było dokładnie takie, jakim pamiętałem je ze swoich wizji.
Odruchowo sięgnąłem myślą zapominając o tym, że ta łączność działa rzadko, wyłączając się na długie tygodnie, by nagle włączyć się niespodziewanie. Sięgnąłem i nic nie zobaczyłem.
Rozejrzałem się, jakbym w otoczeniu chciał znaleźć podpowiedź i dopiero teraz uświadomiłem sobie różnicę: nie było gołoledzi. To raczej nie ten dzień, nie ten rok.
(…)
Później stałem na brzegu placyku, patrząc na jej dom, mając za plecami te wąskie przejście na główną ulicę, gdy w jednej chwili usłyszałem za sobą chrzęst żwiru pod nogami i na obraz domu nałożył mi się widok ciemnego przejścia z sylwetką mężczyzny stojącego u wylotu, w świetle lampy ulicznej. Rozpoznałem się i zrozumiawszy, odszedłem w dół ulicy. Przez chwilę słyszałem odgłos szybkich, drobnych kroków na asfalcie i znowu zapanowała cisza.
Stałem nadal na ulicy, niezdecydowany. W końcu postanowiłem wrócić do samochodu. Już miałem wyjść z głębokiego cienia, gdy zobaczyłem jej sylwetkę: weszła szybko po schodkach na ulicę i skręciła w prawo. Cofnąłem się, ale dziewczyna znowu skręciła w prawo i poszła w dół ulicy.
A jeśli to jednak dzisiaj?
Poszedłem za nią, trwożliwie nasłuchując dźwięków samochodów w pobliżu. Pewnie dlatego nie zauważyłem, że dziewczyna nagle odwróciła się i szybkim krokiem podeszła do mnie.
Poznałam pana. Dlaczego stoi pan pod moim domem i chodzi za mną?
Spojrzałem w jej twarz i wszystko wokół zawirowało, znikając. Patrząc na moją Małą, jak zawsze poczułem przemożną chęć dotknięcia jej. Wyciągnąłem rękę, a ona stała nieruchomo, jakby zaskoczona.
Mała... moja Mała.
Nie jestem pana Małą. Przecież ona nie... przecież jej nie ma – usłyszałem zmieniony, łamiący się głos stojącej przede mną Doroty.
– … Przepraszam cię.
Patrzyłem na nią: z rysów twarzy nie była podobna do Małej, ale przecież było w niej coś, co powodowało te moje przewidzenia. Coś, co czyniło inny kolor jej oczu czy kształt ust szczegółami dla mnie nieistotnymi.
Niech pan mi powie, co to się dzieje? Dlaczego widziałam... ją?
Nie powiem... Nie wiem.
A dlaczego idzie pan za mną może pan powiedzieć?
Spróbuję. Przyjechałem sprawdzić, czy jesteś bezpieczna. Grozi ci niebezpieczeństwo. Wypadek.
Skąd pan może o tym wiedzieć? Kim pan jest?
Powiedzmy, że jestem twoim aniołem stróżem. Idziesz do sklepu? Chodź, odprowadzę cię. Po to tu jestem.
Anioł, który ma mnie pilnować? – było trochę kpiny w jej głosie.
Tak. Nie mam skrzydeł, ale dla ciebie jestem nim. Przejechałem 600 kilometrów po to, abyś bezpiecznie wróciła do domu.
(…)
... Czy pan słucha muzyki baroku?
Nie, nie słucham i nie ciąg mnie więcej za język. Proszę.
To po co przyjechał pan? Aha! Aby chronić mnie, tak?
Tak. Nic ci nie grozi, nie musisz się obawiać, tylko nie chodź ulicami ze słuchawkami w uszach i idąc nie rozmawiaj przez telefon.
Dlaczego?
Bo wtedy nie słyszysz samochodów.
Więc zagraża mi samochód? A jak zginęła Mała?
Zapłaciłaś? To chodź. Odprowadzę cię do domu.
(…)
... Co ja mam z nią wspólnego? Dlaczego widzi ją pan patrząc na mnie? Przecież nie jestem podobna do niej.
Zatrzymałem się i chwyciłem ją za rękę.
Doroto, posłuchaj mnie uważnie. Posłuchaj i zapamiętaj, bo to bardzo ważne dla ciebie! Nie szukaj tej wiedzy. Nie drąż tej starej historii dla swojego dobra. To moja szczera rada dla ciebie. Posłuchaj się, proszę cię o to.
Pan coś wie i ukrywa to przede mną. Ja wiem co: te moje obrazy czy sny.. pan także je ma. Jest coś, co dotyczy i mnie i pana. To dotyczy także pana Małej. Pan wie, co to jest!
Doroto, trzymaj reklamówkę i idź. Niech twoja matka nie widzi nas, bo będzie niepokoiła się o ciebie.
Co łączy mnie z Małą!?
Idź już. Dobranoc, Doroto.
Czuję, jakbym znała pana od zawsze. Pan wie dlaczego!
Nie szukaj odpowiedzi. Bądź szczęśliwa.
Odwróciłem się i poszedłem w dół ulicy.
Dobrze wiesz, że nie jestem i wiesz dlaczego tak jest! Powiedz mi!
W jej głosie była dokładnie taka sama złość, jaką czasami okazywała wobec mnie Mała. Zacisnąłem pięści i przyspieszyłem kroku.
Wyciągnę to z ciebie! Zobaczysz!! – dobiegł mnie jej krzyk. <<

>>W nocy obudziło mnie zimno. Na kwadrans włączyłem silnik i założyłem na siebie drugi sweter. Usypiając, myślałem o upalnych latach na wsi, u babci.

Znowu szedłem tą uroczą dróżką wijącą się wśród pól. Stopy nagrzewał mi pył lessy, wychylone kłosy zboża dotykały moich nóg, a ja, ogarniając spojrzeniem słoneczny przestwór wokół, karmiłem swoją tęsknotę za latem.
Wiedziałam że pan przyjdzie.
Nie zauważyłem jej siedzącej na miedzy, pół zakrytej gęstym krzakiem tarniny i dopiero teraz zrozumiałem, że moja chęć zobaczenia tych pól, tej drogi, była moją odpowiedzią na jej wołanie.
Skąd wiedziałaś?
Przecież jest pan moim aniołem stróżem. – uśmiechnęła się łobuzersko.
Skąd wiedziałaś, jak mnie tutaj sprowadzić?
Raz byłam przy waszej rozmowie... co ja mówię! Słyszałam, jak pan mówił o tej tarninie. No i raz już tutaj byłam. Pan też.
Siadłem na miedzy po drugiej stronie dróżki i patrzyłem na nią. Powróciło wrażenie tak zadziwiającego jej podobieństwa do Małej.
Nie posłuchałaś się.
Dziwi się pan? Może dla pana coś takiego, jak te nasze spotkanie tutaj, to normalka, ale nie dla mnie. Gdzie my jesteśmy?
W swoich snach. Leżysz w łóżku i śpisz.
Znowu nie chce pan powiedzieć, a przecież anioł stróż pomaga człowiekowi. Gdybym nie wiedziała, że kochał się pan z Małą, to chyba uwierzyłabym w tego anioła.
Dlaczego uważasz, że anioł jest istotą aseksualną?
Czyli mam wierzyć?
Powinnaś.
Kto wie, może to i racja. W ten sposób wiele dałoby się wytłumaczyć...
Na przykład?
Na przykład: dlaczego rozmawiając z panem czuję w sobie taki... spokój? Nie wiem.. Czy i ze mną mógłby pan robić takie czary jak z Małą?
Jakie czary?
A chociażby to mówienie przez ręce?
To nie były czary, a odmiana telepatii. Dlaczego z tobą miałbym tego próbować?
Bo wiem, jak ona reagowała na to. Ja... ja też tego potrzebuję. Ty, aniele, możesz i mnie tak pomóc. Ja to wiem. Czuję to.
Jak mam ci pomóc? Czego oczekujesz?
Weź mnie za ręce i zrób tak, żebym była jak inne dziewczyny. Chcę być kochana i szczęśliwa.
Nie mogę.
Jak to: nie mogę?! A przez kogo ja mam te kłopoty, co?! Pan kłamał, mówiąc, że nie słucha baroku i ja wiem dlaczego! Bo ja mam to od pana!
Łzy stanęły w jej oczach, a usta wykrzywiły się. Z trudem panowała nad wybuchem płaczu.
I... i nie tylko to – dokończyła.
Milczałem. Co miałem mówić?
A najgorsze jest to, że ufam panu i nie czuję do pana żalu o to wszystko.
Doroto, dałbym wiele za możliwość pomocy, ale naprawdę nic nie mogę zrobić. Może tylko to: nie zobaczysz mnie już. Ani tutaj, ani na jawie. W ten sposób mogę ci pomóc.
Dzięki za taką pomoc – prychnęła.
Nie patrzyła na mnie. Czułem, że jest zła na siebie o to, że tyle powiedziała o sobie.
Doroto, pójdę już. Nie wołaj mnie tutaj, bo nie przyjdę. Tak będzie lepiej dla ciebie.
Właśnie przyznałeś się, że jesteś przyczyną moich kłopotów, aniele.
Spojrzałem na nią jeszcze raz, jakbym chciał zapamiętać jej wygląd i odszedłem.
Przyjdziesz, aniele, przyjdziesz! – zawołała za mną.
Ja wiem, że przyjdziesz...
Zapragnąłem się obudzić .
Wstawał oszroniony, pogodny dzień. Przetarłem oczy, podniosłem oparcie fotela i ruszyłem do domu. <<

>> Muzyka była tylko tłem dla moich wspomnień. To bardziej ich słuchałem, niż syringi i Albinoniego.
Później moje wspomnienia rozmazały się i...
Po koncercie macie iść na bal, tak?
Jaki tam bal, mami. To po prostu...
Co?
Cicho, cicho mami...
Co się stało?
On... on nas teraz słyszy! Mami, słuchał utworu na fletnię Pana i myślał o... o swojej narzeczonej, a teraz... słucha nas.
O czym ty mówisz?
O... o swoim aniele stróżu.
Dziecko, my nie możemy słyszeć swoich stróżów.
Jego słyszę. Widzę go też, a raz, nie, dwa razy widziałam naprawdę. Rozmawiałam z nim. To ten facet z lunaparku.
Ty.. ty ciągle myślisz o ojcu?
Ja wiem, jak było i jest z moim ojcem. Od niego wiem.
Co wiesz?
Prawdę, mami. On wie, gdzie mieszkamy, ale nie chce nas znać.
... A skąd on to wie? Co to za facet?
On wie o mnie wszystko. Zresztą, ja też dużo o nim wiem. On jest taki... nie wiem, jak to określić, ale gdy rozmawiam z nim, ogarnia mnie takie cudowne uczucie... zrelaksowania? Nie, inaczej. Och, mami, nie wiem. Muszę jeszcze zrobić to i owo przed wyjściem, więc może innym razem porozmawiamy.
Powinnaś przyprowadzić go. Chciałabym poznać tego mężczyznę.
Powiedział, że nie spotka się ze mną więcej, ale ja go spotkam. Wiem jak to zrobić i zrobię.
Dorotko, niepokoisz mnie trochę.
Ależ mami! Jeśli z jego powodu, to niepotrzebnie. Naprawdę!
(...)

Dupek!!
Gniew kipi we mnie, a po chwili czuję zimno nocy. Ona idzie, później biegnie, a jej gniew stopniowo zamienia się w żal i łzy. Na koniec w rozpacz. Leżę, słucham, a jej rozpacz jest moją. Gdy w końcu zmęczona i zziębnięta wchodzi do domu, pada na łóżko i płacze. Gdy czas zrobił swoje uspokajając ją, słyszę szept.:
Pomóż mi, aniele. Ja wiem, że możesz. Wiem, że słyszysz. Pomóż mi.

Stoję po drugiej stronie polnej drogi i patrzę na nią. Rezygnację ma na twarzy i zaczerwienione oczy. Gdy oderwała je od dalekiego horyzontu i spojrzała na mnie, zobaczyłem na jej twarzy nieśmiały uśmiech.
Słyszałeś – to było bardziej stwierdzenie, niż pytanie.
Słyszałem.
To zaczęło się ze trzy lata temu. – znowu patrzyła daleko, na styk nieba i ziemi.
Teraz uważam, że od tamtego roku, gdy spotkałam cię w tym lunaparku, aniele. Na początku, to myślałam, że to nic, przypadek, zdarza się. No wiesz... Później zauważyłam, że... później było gorzej. – spojrzała na mnie – Pomóż mi, aniele. Ty wiesz co mi jest. Dlaczego czuję się taka?.. Dlaczego mi tak... – rozłożyła ręce w geście bezradności.
Doroto... – nie wiedziałem, co powiedzieć i jak jej pomóc.
Doroto, twoja mama ma racje mówiąc, że jesteś wspaniałą dziewczyną. Będziesz rozumiana i kochana. Znajdziesz bratnią duszę. Obiecuję ci to.
Jak, skoro sama siebie nie rozumiem? Coraz to coś nowego, nieznanego i niezrozumiałego wychodzi ze mnie. Widzę nieznane miejsca, słyszę nieznanych mi ludzi. Nagle okazuje się, że wiem coś, to znaczy znam się na czymś, albo mam swoje zdanie o sprawach, nad którymi nie zastanawiałam się. Raz mój chłopak jest fajny, wesoły i dobrze mi z nim, a później widzę go takim... nie mam o czym z nim rozmawiać, bo różnimy się we wszystkim.
Doroto, to jest właśnie twój problem. Twoja wiedza, zainteresowania, oczytanie, są ponadprzeciętne. To jest powód twoich kłopotów ze znajomymi: po prostu za dużo wiesz i ta wiedza wynosi cię ponad nich.
Chcesz mi powiedzieć, że jestem dla nich za mądra? Przecież to nieprawda. Moje kłopoty dotyczą facetów, nie kumpelek. Z nimi nie jest źle.
Jesteś dopiero na początku tej drogi. Na pewno znajdziesz takich facetów, z którymi będzie ci dobrze.
Aniele, gadasz jak...
Stary zgred?
Przepraszam cię.
Masz rację.
Patrzyliśmy na siebie. Ona z ciekawością, ja... Ja musiałem cały czas pamiętać o tym, że jest Dorotą z Wałbrzycha, nie Małą, ale było to rozumowe.
Powiedz prawdę.
To, co powiedziałem jest prawdą.
Ale nie całą. Ciągle nie mówisz najważniejszego.
Ta wiedza w niczym ci nie pomoże.
Wolałabym sama przekonać się o tym.
Nie mogę.
Przyszedłeś tutaj pomóc mi, prawda? Jak chcesz to zrobić nie mówiąc mi, co się dzieje ze mną?
Nic się z tobą nie dzieje. Po prostu nie układa ci się z chłopkami i to wszystko. Tak bywa. Znajdzie się taki, który przerwie złą passę.
Jak to: nic się nie dzieje? To dlaczego słyszę twoją Małą? Dlaczego śpimy, a jesteśmy oboje tutaj?
To miejsce jest przypadkowe. Równie dobrze mógłby to być bar dworcowy. Masz takie same zdolności telepatyczne, jakie miała moja narzeczona, i dlatego możesz dowiadywać się o mnie i o niej – ode mnie. Także "przychodzić" tutaj.
Od ciebie? Nic mi nie mówisz.
Ode mnie, to znaczy wprost z mojej pamięci. Mam w niej wszystkie chwile z Małą. Tam je wyczytałaś. To wszystko.
Nic takiego nie robiłam. To one same tak przychodzą do mnie.
Tą telepatyczną łącznością steruje się swoją wolą. Dobrze o tym wiesz, bo właśnie ten fakt wykorzystujesz do sprowadzenia mnie tutaj. Nie będzie tego wbrew niej.
Czy to znaczy, że chciałeś tutaj przyjść?
Chciałem ci pomóc. Jestem twoim aniołem stróżem. Zapomniałaś o tym?
Anioł tęskniący za swoją miłością. Dziwnym jesteś aniołem... Dlaczego chcesz mi pomóc?
Jesteś podobna do mojej narzeczonej.
Nie jestem. Wiem, jak wyglądała.
Wiesz, że jesteś.
I tylko dlatego?
Pomagałbym także wtedy, gdyby nie było tego podobieństwa. Po to jesteśmy. Pamiętasz słowa Antygony?
Kochać przyszłam, nie nienawidzić... Aniele! Niech cię cholera! To też mam od ciebie! Nie tylko zamiłowanie do muzyki klasycznej, ale i do sztuki greckiej. Do ich mitologii pewnie też. Co jeszcze dałeś mi?
Nie dawałem ci tego. Nie mam takich możliwości.
Nie!? Możesz pojawiać się w moich snach tak, jak raz na kilka lat pojawiasz się w moim życiu burząc je zupełnie. Co jeszcze możesz?
Milczałem.
Patrzę na ciebie i wydaje mi się, że w twoich oczach znajduję coś, co było kiedyś moje. Jakiś dar utracony. Wiem, że to jest twojej Małej, bo ty ciągle ją widzisz. To do niej przyszedłeś, nie do mnie. Jej chcesz pomóc i sobie, nie mnie.
To nie tak. Doroto... jest coś, co w przedziwny sposób nas łączy: mnie, ciebie i Małą, ale to tobie, Doroto, tobie! chciałbym pomóc, a robiąc to, pomagam sobie i pamięci Małej.
Co nas łączy?
Nie powiem. Nie pytaj, bo będę zmuszony odejść stąd. Jednym z elementów tego związku jest nasze słyszenie się i twoja wiedza o Małej. Wiem, że przeszkadza ci to. Możesz przerwać napływ jej wspomnień. Nie buntuj się, nie szarp, a powiedz sobie, że nie chcesz ich widzieć. Wystarczy, że to twoje "nie" będzie absolutnie szczere, wypowiedziane w zgodzie z samym sobą, a tamto nie pojawi się więcej. Twoja wola decyduje o tym.
Patrzysz na ten krajobraz wokół. To Lubelszczyzna. Tutaj spędziłem swoje dzieciństwo, ja ten obraz stworzyłem z pamięci. Jesteśmy tutaj oboje, bo chcieliśmy tego. Trzeba było mojej i twojej woli do tego spotkania.
Mówisz to tak normalnie, a my przecież śpimy!
Śpimy ale i śnimy. Czasami to się zdarza.
Spotykałeś się tutaj z Małą?
Raz byłem tutaj z nią. Tą drogą szliśmy do mojej babci.
(...)
Wiesz... dopiero przy tobie zrozumiałam, ile tracę nie mając ojca. Dobrze mi się z tobą rozmawia.
Mnie także sprawia przyjemność rozmowa z tobą.
To dlaczego mówiłeś, że nie spotkasz się ze mną więcej?
To nie znaczy, że nie chciałbym. Chodzi o wiedzę, której ludzie nie powinni poznać, bo może im zaszkodzić. Tobie chcę pomóc, nie szkodzić.
Wiedza, która ma zaszkodzić? Jeśli nie pamiętasz, to przypomnę ci, że moja własna pra – prababka Ewa namówiła do zjedzenia owocu wiedzy twojego pra – pradziadka. Myślę, że ja też dam radę.
Dała radę, a później już do końca życia musiała mordować się z nim i dzieci mu rodzić w bólu. Zapomniałaś o tym?
A może nie miałabym nic przeciwko temu?
Jak słyszę, humor poprawił ci się. Cieszę się, że chociaż trochę zapomniałaś o tej niesmacznej scenie na balu.
Jezu! Słyszałeś?! Dlaczego podsłuchujesz mnie?
Sama mi to wysłałaś. Mówiłem ci o tym. Musisz nauczyć się panować nad swoimi emocjami, także tymi ukrytymi, które wpychasz w głąb siebie, bo nie chcesz o nich myśleć, czy wstydzisz się. Wtedy nie będziesz miała kłopotów ze sterowaniem lotem swoich myśli i ja usłyszę tylko to, co będziesz chciała.
.. Masz rację, aniele. Gdy zaczęłam kłócić się z nim, pomyślałam... nie, samo mi się pomyślało o tobie. Że chciałabym być tutaj... Rozumiesz mnie?
Rozumiem. Dziękuję ci za szczerość.
Sama dziwię się jej. Czasami myśli mi się, że ty pewnie i tak wiesz wszystko o mnie, więc co tu oszukiwać. Wiesz wszystko?
A kto o was, kobietach, może wiedzieć wszystko?
Anioł stróż.
Roześmialiśmy się oboje.
Czy to znaczy, że mogę dalej mówić ci na ty, aniele? Czuję się tak, jakbym znała cię od zawsze.
Aniołem jestem od twojego urodzenia i możesz tak mówić.
Dzięki. Dla Małej robiłeś jakieś czary. Czy mógłbyś zrobić to dla mnie?
Jesteś uśmiechnięta i zdrowa. Co jeszcze chciałabyś?
Szczęścia. Albo chociaż tej pogody, jaką czuję teraz w sobie.
Szczęścia nie mogę dawać, bo ono jest w tobie. Tam go szukaj. Doroto, mógłbym spróbować wspomóc cię, ale nie jest to możliwe. Nie możemy tutaj dotykać się, a dotyk jest potrzebny do tej pomocy.
Dlaczego nie można?
Nie bardzo wiem. Pewnie dlatego, że oboje śpimy oddaleni od siebie setkami kilometrów, a tutaj jesteśmy tylko myślą. Wiem, że taka próba kończy się przerwaniem snu.
To przyjedź do mnie! Sam mówiłeś, że chciałbyś.
Ale nie powinienem i nie przyjadę.
Czego ty się boisz, aniele? Chyba nie tego, że będę chciała cię usidlić. Swoich aniołów nie podrywa się.
A szkoda.
Patrzyła chwilę na mnie nim się roześmiała.
Zawsze chodzisz tak ubrana?
Miała na sobie duży, rozciągnięty sweter z rękawami wywiniętymi prawie do łokci, pod nim podkoszulek, a na tyłku duże bokserki męskie z misiem Puchatkiem. Zdziwiona spojrzała na siebie, a po chwili z wyraźnym zakłopotaniem na mnie. Gdy zobaczyłem jej minę, roześmiałem się.
Ja się w to nie ubierałam. Przecież spałam.
Pamiętaj: twoja wola kieruje tutaj wszystkim. Masz na sobie to, o czym odruchowo pomyślałaś "idąc" tutaj. Gdybyś pomyślała o sukni wieczorowej, miałabyś ją na sobie. Idę o zakład, że śpisz w tych bokserkach, a o swetrze pomyślałaś, bo jest zima i w twoim pokoju nie jest za ciepło.
Masz rację, aniele. Dobrze, że w naszym świecie nie jest teraz lato.
Dlaczego?
Bo... bo wtedy śpię na golasa.
Mnie to nie przeszkadzałoby.
Znowu roześmialiśmy się.
Dobrze mi z tobą, aniele.
Po to ma się aniołów, dziewczyno.
A co by się stało, gdyby teraz do pokoju weszła mami?
Gdyby cię nie budziła, to nic. Mogłaby zobaczyć twój uśmiech.
A gdyby obudziła?
Zniknąłbym razem z tymi polami wokół, a ty otworzyłabyś oczy i zobaczyła swoją mami.
A gdybyś miał już dosyć tego siedzenia tutaj ze mną?
Jeśli pomyślisz, że nie chcesz być tutaj, wszystko znika, a ty śpisz dalej – już bez tego snu.
Mądrze to pomyślane, ale ja tak nie pomyślę. Zaczekam na ciebie, aniele.
To długo będziesz czekała.
Mam czas i jestem cierpliwa.
Ty cierpliwa? Na koniec tej waszej kłótni myślałem, że twoja furia zmiecie tego chłopaka z ziemi.
Bo nie cierpię udawania, a on wszystko udawał! Nie tylko swoje uczucie do mnie, ale nawet zainteresowanie muzyką baroku! Wyobrażasz to sobie?!
Nie.
No właśnie! Ja też nie. Kiedyś ujął mnie słowami zachwytu nad porami roku Vivaldiego, a dzisiaj coś mnie tknęło i sprawdziłam w przewodniku koncertowym. Tam był taki sam opis. Wkuł go na pamięć i tyle!
Który koncert podoba ci się najbardziej?
Oczywiście "Zima"! Ostatnia jej część jest boska!
Pamiętasz ją dobrze? Zagraj mi, proszę. Będę wiedzi, jaką ją pamiętasz.
Jak to zagrać?
Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie tutaj? Pomyliłem cię z Małą, ty fuknęłaś na mnie i odeszłaś. Gdy zbliżałem się, w myśli słuchałaś koncertu Vivaldiego na wiolonczelę.
Pewnie, że pamiętam. Ja wtedy nie spodziewałam się ciebie tutaj. Sama nie wiedziałam gdzie byłam, ani jak się tam znalazłam. Teraz wiem, że myślałam o tobie, aniele. Wtedy też mógłbyś mi pomóc, jak dzisiaj, ale nie wiedziałam o tym.
Rozumiem cię. My, aniołowie, jesteśmy bardzo cierpliwi i wyrozumiali. Szczególnie wobec słabości płci nadobnej.
Tak?! A jakie to mają być słabości?
A na przykład słabość do Vivaldiego.
Oj, aniele, kręcisz!
A ty nie grasz. Zaczynam podejrzewać, że ta twoja miłość do Antosia jest tylko udawaniem.
Co?! Ja go uwielbiam!
To graj.
To słuchaj.
Najpiękniejsze wykonanie "Zimy" słyszałem właśnie wtedy. Było w nim oczarowanie groźnym majestatem srogiej zamieci śnieżnej, był zachwyt mroźnym zmierzchem, gdy czerwone słońce barwy swej udziela białemu światu. Była też w nim tęsknota za latem, gdy za oknem mokra plucha. Gdzieś w tle mignęła mi góra Chełmiec w czarno – białej tonacji barw zimowych.
Dziewczyna siedziała z rękoma oplecionymi wokół kolan, z niewidzącym wzrokiem utkwionym w horyzont.
Dziękuję ci, Doroto. Widziałem najpiękniejszą zimę stulecia. Chełmiec fascynuje cię. Byłaś na tej górze?
Słyszałeś? A co widziałeś?
To, co i ty: gwałtowną zamieć śnieżną, górę, mroźny zmierzch z czerwonym słońcem.
Niesamowite! Jak ty to robisz?
To proste. Ty wysyłasz, ja słucham i patrzę. Też to potrafisz. Byłaś na Chełmcu?
Nie raz. Czekaj! Aniele, skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam? Przez to oglądanie?
Przez wiele lat oglądałem tę górę przez okno twojego pokoju. Gdy kilka lat temu przyjechałem do Wałbrzycha i zobaczyłem ją, zrozumiałem, że tutaj mieszkasz. Jej widok dał mi wskazówkę co do dzielnicy, a ostatecznie pomógł bar Erato i to żwirowe przejście między drzewami z Wańkowicza na Sudecką. Wystarczyło dowiedzieć się, na jakiej ulicy jest ten bar i zastanowić się nad mapą.
A ja myślałam, że to takie czary: pstryk i już.
Teraz nawet aniołowie posługują się w swoich czarach komputerem.
I sennymi widziadłami. Oglądałeś mnie w pokoju?
Widziałem górę przez okno twojego pokoju, bo byłaś zachwycona patrząc na nią. To dlatego.
Kręciła głową, zadziwiona usłyszanym, gdy nagle spojrzała mi w oczy.
Aniele, od jak dawna mnie znasz? To chyba możesz mi powiedzieć. Skąd wiedziałeś, że urodziłam się nad ranem pierwszego grudnia 2003 roku?
Masz rację, Doroto. Byłem przy twoich narodzinach. To znaczy czułem jak się rodziłaś.
Czułeś? Co?
To, co ty czułaś. Napór na całe ciało, niechęć czy może strach przed tym naporem, który wgniatał cię gdzieś. Później tchu ci brakowało, bolało cię, a na koniec poczułaś zimno na całym ciele, oczy poraził ci ostry blask i zabolał cię klaps w tyłek. Zaczerpnęłaś po raz pierwszy powietrza i zaczęłaś krzyczeć. Ostatnie co pamiętam, to twoje uspokojenie się, gdy poczułaś zapach matki.
To... to... Jasna cholera! Aniele, kim ty jesteś?!
Ty myślałaś, że z tym aniołem to taki dowcip, tak?
Ale... nie, aniołowie nie mają kochanek!
A skąd ty to możesz wiedzieć, co?!
... Mówiłeś, że śpisz teraz gdzieś tam. Masz dom? To nie tam, w górze?
Zgłupiałaś? Tam jest pusto i zimno. Pewnie, że mam dom, a właściwie tylko pokój. Wiesz, nie jestem zamożnym aniołem.
Biedny anioł mi się trafił, cholera... Nie! Nie wierzę! Masz jakieś dowody?
Cholera! Nie wiedziałem, że idę na przesłuchanie.
Anioł... To jak mam do ciebie mówić? Święty?
Ty chyba faktycznie zgłupiałaś. Tak, jak do tej pory. Byłoby mi miło, gdybyś czasami użyła mojego imienia. Jestem Jan.
Nie Gabriel?
Nie.
To powiedz, co jeszcze widziałeś.
Byłem, gdy stawiałaś pierwsze swoje kroki. Byłem, gdy mama schowała ci smoczek. Czułem twój strach, gdy ona kłóciła się z twoim ojcem. Bałaś się go, nie lubiłaś. Miałaś cztery lata, gdy w dzień nowego roku włączyłaś telewizor i słuchałaś koncertu noworocznego. Wtedy po raz pierwszy usłyszałaś wiolonczelę i od razu zostałaś jej dźwiękiem oczarowana.
... Przepraszam cię, aniele.
Nie ma sprawy. Uśmiechnij się i będziemy kwita.
O, Boże!.. Zaraz, a widujesz Go?
Nigdy. Nawet nie wiem, czy istnieje.
Jak to? To co każe ci pomagać mi?
To nie boski nakaz, a pewien imperatyw, który jest we mnie. To jest to coś, co nas łączy.
I o czym nie chcesz mi powiedzieć.
To samo.
Każdy ma anioła?
Takiego jak ja – tak, ale bardzo rzadko się zdarza, aby oni oboje odnaleźli się. Bardzo rzadko.
Czy to znaczy, że jestem szczęściarą?
Doroto... nie wiem. Myślę, że to będzie zależeć od tego, na ile będę mógł ci pomóc, a głównie od ciebie samej. Szczęścia nikt ci nie da, nawet twój anioł.
Czy ty kiedyś... umrzesz?
Tak, Doroto.
To wtedy zostanę sama?
... Nie chcę o tym mówić.
Przepraszam cię.
Milczała, rzucając mi ukradkowe spojrzenia, a ja czułem zadowolenie, bo ona uwierzyła w tego anioła. Tak było lepiej – uznałem.
Tyle tutaj siedzimy i nikt tędy nie przechodził.
A kto miałby przechodzić?
No... ci, którzy tutaj mieszkają.
Doroto, to nie jest rzeczywisty świat, tylko wytwór mojej wyobraźni.
Zapomniałam. Pogmatwane to wszystko... Jeśli tak, to gdybyś sobie coś wyobraził, to byłoby?
Byłoby.
Ale klawo masz! Też bym tak chciała!
To chciej, a będzie to.
Mogę? Naprawdę?
Możesz. Pomogę ci.
A jak to zrobić?
Wyobraź sobie dokładnie to coś i już.
Tylko tyle? To ja bym chciała... o, cholera! Zobacz, aniele! Zobacz!
Zza krzaku tarniny powoli, rozglądając się, wyszedł bocian, stanął na drodze między nami, popatrzył chwilę na nas, i oddalił się kiwając długą szyją.
Aniele! Dokładnie taki, jak chciałam! Dokładnie! Mogę jeszcze raz spróbować?
Jak mam na imię?
Jasiu, pozwól mi.
Czaruj.
Super! Co tu wymyślić...
Była rozradowana i podniecona. Zacisnęła obie dłonie przy twarzy i patrzyła w górę. Po chwili wiedziałem, że nie tylko natchnienia tam szukała.
Czarna chmura burzowa zmaterializowała się nad nami, gwałtowny powiew wiatru sypnął nam w twarze pyłem drogi, a w uszy uderzył suchy trzask bliskiego piorunu. Ona krzyknęła, poderwała się i podbiegła do mnie.
Boję się – wyciągnęła do mnie dłoń.
Przez moment widziałem moją Małą bojącą się grzmotów i zaraz wszystko znikło.
Budzik na biurku wskazywał dziesiątą.

Zapomniałem zrobić zakupy i musiałem zadowolić się jakąś starą konserwą rybną zapitą rosołem z proszku.
Później siadłem przy biurku i... Tak, do cholery! Tak!! Czekałem na wieczór i spotkanie z nią. Tłumaczyłem się przed sobą, że to udawanie anioła ubezpieczało ją przed poznaniem prawdy, ale jednocześnie wiedziałem, że nie powinienem, bo w czasie rozmów z nią mogło mi się coś powiedzieć, co dałoby jej do myślenia. A myśleć potrafiła, była inteligentną dziewczyną.
(...)
Widziałem jej głowę ponad tarniną, a gdy podszedłem bliżej, zrozumiałem dlaczego nie siedziała. Chciała pochwalić się swoją kreacją koloru mocnej herbaty, która zaczynając się bardzo śmiałym dekoltem, obejmowała jej smukłą kibić i spływała aż do kostek. Jej długie włosy lśniły barwą słonecznego bursztynu.
Cześć, anioł. Co się tak gapisz?
A czy nie tego oczekiwałaś?
Punkt dla ciebie. Wiesz, chciałam sprawdzić, czy będzie tak, jak mówiłeś.
Dotyk także sprawdziłaś.
Zapomniałam, bo byłam przestraszona. Chyba za dobrze wyobraziłam sobie tę burzę.
Była bardzo realistyczna.
Właśnie!
Uśmiechnęła się. O, bogowie! Ten uśmiech... przecież pamiętam uśmiechy Małej, wszystkie pamiętam. Były takie same.
Aniele...
Słucham cię, Doroto.
Ale jesteś przy niej.
Przepraszam cię. Wyglądasz oszałamiająco.
Dziękuję. Tyle mam pytań do ciebie! Wszystko jest takie niesamowite w naszej znajomości, a już ty najbardziej.
Co niesamowitego jest we mnie?
A... a chociażby to, że zgubiłeś gdzieś skrzydła i nawet tego nie zauważyłeś.
Oj Doroto, Doroto! Kto w obecnych czasach macha skrzydłami? Nie lepiej wsiąść do żelaznego ptaka?
To tak je nazywacie?
Nazywamy je samolotami, ale ja nimi nie latam. Jeżdżę swoim starym fordem.
No właśnie. Jesteś aniołem, umiesz czarować, a jednocześnie jeździsz starym fordem. Dziwne to.
Tylko z powodu waszych stereotypów.
Skrzydła, biała szata z prześcieradła, dłonie złożone do modlitwy?
No właśnie.
Wiesz, miałam chęć powiedzieć o wszystkim mamie, ale ona zaraz martwiłaby się o mnie.
Masz rację. Lepiej jej nie mówić. Ona nie ma kontaktu ze swoim aniołem.
A jak ty mnie znalazłeś? Mówiłeś, że zdarza się to bardzo rzadko.
Nie wiem.
Nie wierzę ci. Znowu ukrywasz coś przede mną.
Ja po prostu nie wszystko mogę ci powiedzieć.
Wiem. Dla mojego dobra.
(...)
Doroto, gdy będziesz mieć poważne kłopoty, gdy będziesz chora, albo po prostu będzie ci źle czy smutno, zawołaj mnie. Nie przyjadę, bo mój ford dużo pali, ale usłyszę cię i pomogę.
Ty jednak umiesz czarować!
Jestem aniołem.
Wiesz, czuję się przy tobie jak przy ojcu, mimo że ty wcale nie patrzysz na mnie jak ojciec.
Przepraszam cię. Postaram się...
Nie, nie! To jest miłe! Gdy wyszedłeś zza tego krzaka i patrzyłeś na mnie, zobaczyłam twoje oczy, a w nich...
Co zobaczyłaś?
Oczarowanie. Zachwyt.
Doroto, ja...
Cicho, teraz ja. To jeszcze nic, bo ja sama poczułam się... piękna.
Cóż, to taka reakcja męskiego anioła na widok pięknej kobiety.
Czy mówienie mi komplementów należy do twoich obowiązków?
Oczywiście! Wszak poprawia ci nastrój.
To daruj je sobie. Zwalniam cię z tego obowiązku, bo może jest uciążliwy dla ciebie.
Dymisji nie przyjmuję z powodu radości, z jaką spełniam ten mój anieli obowiązek.
No dobrze. Ponieważ spełniasz go dobrze, pozwalam ci dalej spełniać.
Dziękuję za łaskawość, pani.
Dlaczego nie chcesz spotykać się tutaj ze mną kiedy ja chcę? Tylko nie mów mi o szkodliwości wiedzy!
Kiedy to prawda, a poza tym ja dużo pracuję i bywam wieczorami wykończony. Wtedy nici z tego snu.
Znowu to samo! Gdy już myślę, że jestem u progu jakiejś baśniowej, czarodziejskiej krainy, słyszę o starym fordzie lub jakiejś paskudnej pracy.
Popełniasz błąd utożsamiając rajską krainę do której możesz mieć dostęp, z dostatkiem pieniędzy. Jest raczej odwrotnie: ci bogaci mają trudniejszy do niej dostęp, upatrując swój raj na wyspach Bahama lub innych Kanarach. Raj jest w tobie.
Niby racja, ale wrażenie dwóch światów pozostaje.
Bo tak jest. Żyję w dwóch całkowicie różnych światach.
W jednym jesteś człowiekiem idącym rano do pracy, w drugim czarodziejem i moim aniołem?
Dokładnie tak.
(…)
Milczeliśmy dłuższą chwilę. Byłem zły na siebie z powodu tej rozmowy. Patrzyłem na nią: była zamyślona, jej wzrok błądził po dalekich pagórach. Cały czas stała, jakby bała się zakurzyć swoją suknię.
Doroto – szepnąłem.
Drgnęła, spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.
Co, aniele ty mój?
Dlaczego nie usiądziesz?
W takiej sukni? Na miedzy?
Tej sukni nie trzeba prać. Możesz też zamienić sobie ubranie.
Mogę? Teraz?
Możesz. Tylko pomyśl, że chcesz.
A... a tej nie trzeba zdejmować?
Nie trzeba, ale jeśli chcesz, odwrócę się.
Aniele! – krzyknęła po chwili – zobacz! Ale numer!
Patrzyła na siebie, zaskoczona, po chwili na mnie, roześmiana i znowu na siebie. Jej ubranie co chwila się zmieniało. Zrobiła sobie pokaz mody i stylów kręcąc się, niemalże tańcząc, co chwila wybuchając śmiechem gdy nie nadążała za swoimi pomysłami.
Nie, tak jest źle. Te spodnie nie pasują do bluzki. Zaraz coś zmienię. O! Tak dobrze! Zobacz! Nie, nie... a tak jest fajnie, aniele?
Miała na sobie wychlapaną wapnem kufajkę, gumiaki na nogach i kunsztowną fryzurę z wpiętą we włosy kolią połyskującą kamieniami.
Czekaj, gorąco mi w nogi.
W jednej chwili grube waciaki na jej tyłku zamieniły się w poruszaną wiatrem plażową sukienkę w biało-czerwone kliny. Mrugnąłem oczami, ale już miała na sobie kusą spódniczkę z połyskującego, błękitnego materiału. Kufajka znikła, a dziewczyna, patrząc na swoją pierś i ramiona, dopasowywała coraz wymyślniejsze koszulki. Chyba zapomniała o włosach, bo ciągle świeciły w nich brylanty, które jakoś mi nie pasowały do tych letnich ubrań.
Aniele, ty to jesteś! Czemu wcześniej mi nie mówiłeś o tym?! – krzyknęła zajęta oglądaniem drewniaków na swoich stopach. Nie, teraz to były jakieś.. to chyba sandały takie...
Siadłem na miedzy i patrzyłem na nią. Mała nie przywiązywała wagi do strojów, chodząc ciągle w wytartych dżinsach i dużych bluzach zakładanych przez głowę. Miały swój plus, bo gdy przy zdejmowaniu uwięziła w takiej bluzie ręce i głowę, mogłem mieć chwilę sam na sam z jej piersiątkami... Dorota ma piersi, nie piersiątka. Ona jest inna... Tak, inna, ale jednocześnie...
Aniele!
Stała przede mną ubrana w obcięte dżinsy i bawełniany, żółty t-shirt. Na gołych stopach miała buty nike, a na głowie... tę kolię. Roześmiałem się.
Co się stało? – oglądała się wokół.
Nic, naprawdę. Ubrałaś się tak, jakbyś miała iść na letni spacer.
A możemy?
Pewnie. Chodźmy.
Przepraszam cię, aniele – odezwała się po chwili – chyba za długo trwały te wygłupy.
Nie przepraszaj. Cieszę się, bo widziałem, że mogłem sprawić ci przyjemność.
Och, aniele! Ubawiłam się po pachy! Za każdym razem gdy tutaj jesteśmy, zdradzasz mi jakiś nowy sekret. Ciekawe, co mi pokażesz następnym razem!
Doroto, nie mogę przychodzić tutaj często. Naprawdę!
Dlaczego? Wydawało mi się, że lubisz tutaj być.
Dobrze ci się wydawało, ale... nie mogę.
Znowu te tajemnice, tak?
Tak.
To jak to tak? Przecież masz się mną opiekować, nie? Ja potrzebuję twojej opieki. Nie możesz zostawić mnie samej.
Nie zostawię cię. Będę czuwać nad tobą.
Ale ja nie chcę tak! Nie! Chcę, ale... nie tak. O, boże! Co ja mówię! Aniele, nie rób mi tego!
Wyciągnęła do mnie rękę, ale cofnęła ją zaraz.
Doroto, tak będzie lepiej, naprawdę.
Przecież też chcesz tutaj przychodzić, czuję to. Naprawdę czuję twoją... nie wiem, jak to określić.
Przepraszam. Postaram się lepiej panować nad swoimi emocjami.
Nie mów tak!
Weszliśmy, milcząc, na szczyt wzniesienia. Otworzył się przed nami widok na ogromny przestwór pól pociętych gęstymi miedzami, na których z rzadka rosły dzikie grusze i kępy tarniny. Patrzyłem na horyzont odległy o jakieś dziesięć kilometrów i myślałem o tamtej naszej wędrówce tą drogą, ku horyzontowi kryjącemu dom mojej babci.
Wiem, aniele. Ty odczuwasz potrzebę widzenia mnie. Czy to jest ten imperatyw, który każe ci pomagać mi?
On jest skutkiem, nie przyczyną.
A przyczyny nie zdradzisz?
Nie. Prosiłem, abyś nie drążyła tego tematu, Doroto.
Skoro i tak nie będziemy widywać się...
Doroto, proszę.
Doroto, Doroto. Powiedz raz inaczej, a nie ciągle Doroto.
Jak mam do ciebie mówić, dziewczyno?
O, widzisz! Już lepiej.
Dobrze, czasami będę mówił "dziewczyno".
Te "czasami" brzmi obiecująco, aniele.
Doroto, prosiłem cię...
Ech, ty to jesteś!
Zza gęstej kępy leszczynowych krzaków wyszło stadko saren. Zobaczywszy nas stanęły i patrzyły na nas uważnie, a po chwili, uspokojone naszym bezruchem, zaczęły skubać trawę.
Spojrzałem pytającą na Dorotę, ona na mnie z miną niewiniątka, ale po chwili nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Spłoszone stadko poderwało się do biegu.
Nie podobały ci się sarny, aniele?
Ciekawe, co jeszcze wymyślisz...
Podoba mi się tutaj coraz bardziej, a ty nie chcesz… <<

>> Po trzech dniach wróciłem do Gniezna, a po trzech tygodniach, gdy siedziałem w swoim pokoju nad jakimiś rysunkami, przyszedł Marek. Na twarzy miał dwuznaczny uśmieszek.
Janek! Jak to mówią?: cicha woda brzegi rwie?
A kogo masz na myśli?
Ciebie mam na myśli.
Słucham, mów.
Dziesięć minut temu dzwoniła jakaś babka do mnie. Pytała się, czy ty pracujesz u mnie, że szuka cię po różnych lunaparkach, wszędzie dzwoniła.
Znała moje nazwisko?
Właśnie że nie! Pytała się o takiego z białymi włosami, pięćdziesiąt lat. Co to za babka? Przyznaj się, miałeś przygodę w ostatni sezon?
Mówiła skąd jest?
Powiedziała, że dzwoni z Wałbrzycha.
Jaki miała głos? Dziewczyna, czy dorosła kobieta?
A ja wiem? Taka w średnim... chyba.
Podałeś jej mój numer?
Coś ty! Przecież my, faceci, musimy trzymać się razem, nie? Powiedziałem że nie, ale że zastanowię się i jak coś przypomnę, to będę dzwonił do niej.
.. Dziękuję ci.
To teraz powiedz, co nawywijałeś?
Jej matka? Coś się stało? Wołała mnie w te pierwsze noce, a i w ciągu dni często słyszałem ją, ale nie odpowiadałem. Później, po tej pamiętnej rozmowie z Anią, przestałem słuchać. Coś się stało, skoro powiedziała o mnie matce.
Sięgnąłem myślą i...
Janek, nie udawaj, że śpisz. Opowiadaj!
Marek – spojrzałem na zegarek – za dwie godziny muszę wyjechać na dwa – trzy dni. Muszę! To sprawa bardzo ważna!
Jeśli naprawdę musisz, to już po fajrancie. Jest pilna robota.
Marek! Muszę! Idę do Karola i wyjaśnię mu roboty na ten czas. Będzie wszystko wiedzi i przypilnuje ci ludzi przez ten czas. Okey?
No dobrze. Ale jak wrócisz, opowiesz!
Opowiem. Gdyby dzwoniła ta babka, to nic nie mów o mnie.
To musiałeś nieźle nawywijać! A zdawało mi się, że siedzisz ciągle u siebie w pokoju i czytasz...
Możesz mi dać parę złotych zaliczki?

Wyjechałem w południe i na południe, na Wałbrzych, do Doroty.
Była dwudziesta, gdy stanąłem na Obrońców Pokoju, 200 metrów poniżej jej domu, żeby zastanowić się.
Co robić?
(…)
Wyciągnąłem telefon.
Dobry wieczór. Pani Krystyna Majewska?
Tak. Słucham.
Jestem tym, którego szukała pani po wesołych miasteczkach.
Tym... tym "aniołem" o białych włosach?
Tak. Chciałbym porozmawiać z panią o Dorocie.
Po to szukałam pana. Gdzie pan jest?
Mogę być u pani za kilka minut.
W domu?
Specjalnie po to przejechałem pół Polski.
... Dobrze. Za dziesięć minut. Zna pan adres?

Była trzydziestokilkuletnią, drobną, urodziwą, aczkolwiek nieco zaniedbaną kobietą. W jej zielonych, pięknych oczach czaił się smutek i lęk. Wokół nich widać było pierwsze, jeszcze nieśmiałe, rysy zmarszczek.
Tak wyglądałaby teraz Mała – pomyślało mi się, gdy się jej kłaniałem.
Skąd pan wiedział o moich poszukiwaniach. – zapytała, gdy usiadłem we wskazanym fotelu.
Wyjaśnię pani w czasie dalszej rozmowy. Teraz chciałbym zapewnić panią, że wszystko, co mówiła o mnie pani córka jest prawdą i że jedynym moim celem jest jej dobro. – powiedziałem z naciskiem.
Wie pan, takiej niedoświadczonej dziewczynie jak Dorota, może pan wmawiać, że jest aniołem, ale raczej nie mnie. Dlaczego pan tak robi? Co pan chce tym osiągnąć?
Robię tak, bo jestem związany z Dorotą węzłem, którego istotę trudno byłoby mi wyjaśnić, a chciałbym pomóc jej w poradzeniu sobie z kłopotami, jakie ma. Pani dobrze wie, że Dorota od dziecka była trochę dziwna i nie raz panią zaskoczyła. Przypomnę pani ten wieczór sprzed piętnastu chyba lat, gdy prosiła panią o opowiedzenie jej bajki o Heraklesie. Pani była zdziwiona jej prośbą, a ona nie wiedziała skąd zna to imię. Ja wiem skąd. Pani doszła wtedy do wniosku, że pewnie przedszkolanka mówiła dzieciom o mitach greckich. Pamięta pani ten wieczór?
Skąd pan to wie?! Dorota nie pamięta o tym, więc nie od niej!
A pamięta pani ten noworoczny poranek jakiś rok później, gdy ona z oczarowaniem słuchała koncertu noworocznego? Zapytała się, na czym ta pani gra, pani odpowiedziała, że na wiolonczeli, a ona wtedy powiedziała:
Pięknie gra wiolonczela, prawda mami?
Skąd? Co to wszystko znaczy?
Byłem wtedy przy niej, słyszałem. Byłem przy niej we wszystkich jej ważnych chwilach. Byłem, gdy rodziła się, gdy płakała słysząc pani kłótnie z mężem, byłem, gdy stawiała pierwszy swój krok. To było w tym pokoju, w tym miejscu. Zrobiła jeden krok, a przy drugim zaczepiła stopą o brzeg dywanu i się przewróciła. Miała wtedy żal do pani o zmuszanie jej do takiego chodzenia, bo myślała, że tak chodzą tylko wielcy ludzie, a nie ona.
Kim... kim pan jest!?
Jestem jej aniołem stróżem.
Niech pan powie prawdę! To mój były mąż pana przysłał, tak? Macie tutaj jakiś mikrofon schowany! Po co to robicie? Dlaczego dręczycie nas po tylu latach? On chce mi ją zabrać, tak!?
W jej pierwsze wakacje weszłyście razem na Chełmiec. Ona prosiła o to mając ledwie trzy lata, bo ta góra zawsze ją ciągnęła. Była dla niej zaczarowanym miejscem, polskim Olimpem z pałacami bogów. Pamięta pani, co zrobiła zaraz po wejściu na szczyt? Przypomnę pani: szukała tych pałaców. Gdy nie znalazła, była smutna, ale zaraz wytłumaczyła sobie, że te pałace są, ale niewidzialne dla zwykłych ludzi i że ona kiedyś zobaczy je. Tam nie było mikrofonów.
Nie, nie... to jakaś sztuczka... przecież to niemożliwe.
Jest pani chrześcijanką i tę wiarę przekazała pani córce. Wy wierzycie w nasze istnienie. Przecież siedzę tutaj. Widzi mnie pani, może dotknąć.
No właśnie! Widzę przed sobą mężczyznę, który spotyka się z moją córką w jakiś dziwnych miejscach.
A gdybym miał blond włosy i długą suknię, byłoby pani łatwiej uwierzyć?
No... nie. Jaka to różnica? Chodzi o to, że pan jest żywym człowiekiem, nie aniołem.
Może i są aniołowie, którzy nie są żywymi ludźmi, ale ja takich nie znam. Jestem żywym człowiekiem, kiedyś umrę, ale jestem po to, aby nieść pomoc ludziom.
Aniołowie są nieśmiertelni i bezcieleśni. Dobrze pan o tym wie i dlatego nie wiem, po co to wszystko.
Tak twierdzą pani współwyznawcy, ale oni twierdzą także, że jest piekło, grzech pierworodny i mnóstwo innych takich bzdur.
A pan oczywiście zna prawdę?
Znam. Piekłem jest pani sumienie. To ono wymierza pani karę za złe uczynki. Bóg tego nie robi, bo on jest Miłością.
Niech pan jeszcze powie, że widuje Go – powiedziała z drwiną w głosie.
(…)
... Właśnie. Nie pozwól jej chodzić po ulicach ze słuchawkami w uszach. Zwłaszcza w zimie.
Mówiła mi o tym. Jakiś czas nie chodziła, a ostatnio znowu zaczęła. Powiedziała, że specjalnie tak robi. O co tu chodzi?
Może się mylę, ale może nie i wtedy jest pewne niebezpieczeństwo tego chodzenia i słuchania muzyki. Niewielkie, ale jest. Nie mogę ci tego wszystkiego wytłumaczyć, Krystyno. Lepiej, żeby tego nie robiła.
Czy ty znasz przyszłość?
Czasami i tylko niektóre fakty.
Gdzie ty... przebywasz? Co robisz? Jakie jest twoje życie? Co czujesz w sobie?
Aniele!!! – usłyszałem krzyk.
Poderwałem się i odwróciłem. Stała w drzwiach pokoju. Była w puchowej kurtce, szyję miała okręconą szalikiem, gołą głowę, słuchawki w uszach i zaróżowione policzki.
Doroto..
Podbiegła do mnie, wyciągnęła ręce, ale zatrzymała się o krok.
Nie znikniesz mi?
Nie zniknę.
Objęła mnie ramionami za szyję i przycisnęła swój zimny policzek do mojej twarzy.
Wiedziałam że przyjdziesz, gdy założę te słuchawki. Wiedziałam!
(…)
Dziwne rzeczy mówisz...
Bo on cały jest dziwny, mami – Dorota wniosła tacę. Była na niej miska z parującą zupą jarzynową, kilka kromek chleba, kawałek ciasta i dzbanek z kawą.
Mówiłam ci, że podarował mi całe pole herbacianych róż?
O, przypomniałam sobie! – zwróciła się do mnie.
Aniele, a czemu tak śmiałeś się ze mnie, gdy założyłam ten żółty t-shirt? Powiedz, co było w tym śmiesznego, bo nie wiem.
Zapomniałaś o włosach. Była w nich brylantowa kolia. Miałaś ją na sobie do końca.
Zdumiona patrzyła przez chwilę na mnie nim się roześmiała.
O czym wy mówicie, może mi powiecie. Kolia brylantowa?
Ale sarny wyszły mi super, nie?
Super. Nawet wszystkie cztery nogi miały.
Hej! O czym wy mówicie?
Ty jedz, aniele, a ja mamie wyjaśnię. To proste, mami, naprawdę! Wystarczy, że wyobrazisz sobie, ale tak dokładnie, to coś i robisz takie "pstryk". I już!
Co "już"?
No... i to jest! Widzisz to. Pierwszy wyszedł mi bocian. Mówię ci, mami, był super! Jak prawdziwy! Stał między nami i patrzył na nas. Miał małe, czarne oczka i czerwone nogi.
Co się tak patrzysz na mnie, mami? Bocian jak bocian. Gdybyś moją burzę zobaczyła! Taka mi wyszła, że sama przestraszyłam się i podbiegłam do anioła, bo zapomniałam, a on mi zniknął.
Aniele, przez to prawo znikania aż boję się teraz dotknąć cię, żebyś nie rozpłynął mi się.
Tutaj nie zniknę. Przecież nie śnimy. To jest realny świat.
Powiedz jeszcze raz o tej kolii, sarnie i bocianach, bo dalej nic nie wiem. – zapytała Krystyna.
Oj, mami! Z tobą taka rozmowa... Przecież mówiłam, że bocian był jeden, a saren było stado! Aniele, zakrztusiłeś się. Chyba nie jesteś przyzwyczajony do takiego jedzenia. Jedz ostrożnie, bo to nie ambrozja, a zwykła zupa. To słuchaj, mami, jeszcze raz.
Słuchałem brzmienia jej głosu. Była rozgadana, roztrzepana, była wesoła. Ona cieszyła się z mojego powrotu. A ja?.. ja też cieszyłem się, mimo odczuwanej obawy.
Sięgnąłem po dzbanek z kawą, gdy ona ze szczegółami opisywała wymyślane przez siebie stroje.
No powiedz sama, mami, czy nie mam najlepszego anioła na świecie? – zakończyła opowiadanie, nie zauważając zdumienia w wyrazie twarzy swojej matki. <<

>> Na Andersa skręciliśmy w lewo i przechodząc obok przystanku poszliśmy w stronę centrum.
Znajomy przystanek. Tutaj wysiadasz z autobusu. Czuję się tak, jakbym odwiedzał stare, dobrze znane kąty.
Chodź, chodź! Stajesz i gapisz się, a kawał drogi przed nami!
Gdzie ty mnie ciągniesz?
Nie wiesz? Ty?
Nie zawsze cię słyszę, a teraz i nie chcę, bo jesteś i możesz sama powiedzieć. Nie chcę psuć ci niespodzianki.
Ech, ty aniele – niespodzianko!
Skręciliśmy w prawo, w stronę masywu Chełmca.
Nie idziemy za szybko, aniele?
Wyciągnęła do mnie rękę, jakby chciała holować pod górę.
Jeszcze daję radę – uścisnąłem jej dłoń okrytą rękawiczką.
Uśmiechnęła się przepraszającą. Mimo mrozu była bez czapki, tylko kołnierz postawiła. Jej włosy, nie mogąc znaleźć dość miejsca dla siebie, spływały na pierś rozjaśniając te ponure, lutowe południe.
Minęliśmy paskudne, jakby opuszczone zabudowania fabryczne, a za nimi zaczynał się las. Widać było, że zna tę drogę, bo nie rozglądając się, skręciła z szosy w las. Ścieżka prowadziła nas dnem żlebu, między schodzącymi się tutaj zboczami, wśród świerków.
Szła przodem oglądając się co chwila. Policzki miała zaróżowione, a z ust buchała para jej głębokich oddechów. Uśmiechała się, jakby chciała powiedzieć, że już blisko, ale zaraz gnała dalej po korzeniach i coraz liczniejszych kamieniach wystających spod śliskiej ziemi.
Gdy stanęliśmy na siodle przełęczy, dosięgnął nas silny, lodowaty wiatr wiejący od miasta, które prześwitywało czerwienią dachówek między drzewami.
Dałeś radę, aniele.
Wspomagałem się skrzydłami, bo pędzisz jak kozica.
Już blisko. Pół godzinki i będziemy. Możemy? To machaj skrzydłami.
Po pierwszym, stromym odcinku, dalej ścieżka łagodnie trawersowała zbocze, które na prawo gwałtownie opadało w dół. Między szarymi, posępnymi pniami świerków, w dole leżały te, które skończyły swą walkę o przeżycie z wiatrem, wiekiem i dymem. Byłem zadziwiony potężną wolą życia tych drzew, które czepiając się swoimi pazurami każdej kępki ziemi, każdej szpary w starej, spękanej skale, pięły się w górę, rosnąc na przekór wszystkiemu.
Co mówisz, aniele?
Mówię, że jesteś tą łanią, którą Herakles musiał przez cały rok gonić po górach, nim ją dogonił. Do dzisiaj dziwiłem się mu: gonić łanię cały rok! Nudne to trochę, nie?
A co mówisz dzisiaj, Heraklesie?
Powiem ci, ale nie rozgłaszaj tego: ja za Wdziękiem goniłem. Ta moja heraklesowa praca była pretekstem.
Teraz już wiem, dlaczego wypuściłeś ją.
Masz rację. Wdzięku nie da się usidlić, ani tym bardziej posiąść go. On jest na to zbyt zwiewny i zbyt piękny. Można tylko podążać jego śladem, Zachwyt mając za towarzysza.
Jesteś pewien, że nosicielka wdzięku, ta łania, była zadowolona z wypuszczenia jej?
Nie wiem, ale postąpiłem dobrze. Tyle wiem.
Ech, ta wasza męska pewność siebie!
Tak! Ranka nie można łączyć ze zmierzchem, bo między nimi cały piękny dzień jest do przeżycia.
Nie powinieneś brać się za poezję, Heraklesie, bo tyle o niej wiesz, co o tej łani. Czy pomyślałeś, dlaczego uciekała ci cały rok i nagle dała się złapać? Nie przyszło ci do głowy, że skoro nie dopadłeś jej ani po pierwszym, ani po drugim pościgu, to równie dobrze jak rok, mogła uciekać ci zawsze?
Nie wiem. Może była znudzona?
Wdzięk Zachwytem się nie znudzi, ale może mu ulec. Ty złapałeś łanię, ale w sidła swojego Zachwytu.
W takim razie trzeba by powiedzieć, że Wdzięk oślepiony Zachwytem, nie dostrzegł jego nosiciela.
Ależ dostrzega, bo Zachwyt mieszka w oczach swojego nosiciela.
Oczy nosiciela wiele już widziały.
Wdzięk przed sobą potrafiły zobaczyć.
Tylko dlatego, że urok tego Wdzięku jest tak zniewalający.
Chyba nie aż tak, skoro jego nie może zniewolić.
Bo broni się z całych sił.
Właśnie!
Milczała patrząc na gruzowisko w dole, gdy ja ukradkiem spoglądałem na ten mój Wdzięk.
Z bliska był jeszcze bardziej zniewalający.
Uśmiechnęła się – chyba do swoich myśli – i poszła.
Trzepoczesz tam skrzydłami, aniele?!
Staram się.
Stała na szczycie, u podstawy masztu i patrzyła na miasto w dole, a ja przy niej, słuchając jej cichego zamyślenia.
Tam, w dole, jest mój dom. Widzisz go – tam? Na tamtym zboczu, poniżej tego szczytu? To Góra Parkowa, a te domki to Sudecka. Pierwszy raz mami pokazywała mi, a ja nie mogłam znaleźć...
Ta góra jest zaczarowana i dlatego zawsze wołała mnie. Wielu znajomych śmieje się ze mnie, gdy im mówię o tym, ale wiem, że ty nie będziesz.
Wierzę ci. Gdybym ja mówił znajomym, że rozmawiam z brzozami, też śmieliby się ze mnie, a głos tej góry i ja słyszałem. Ona wołała nas. Chciała, abyśmy tutaj przyszli.
Umiesz rozmawiać z drzewami? Naucz mnie tego.
Myślę, że i ty to umiesz, tylko nie próbowałaś. Na wiosnę spróbuj, a uda ci się. Pomogę.
A jak myślisz, po co góra wołała nas?
Nie wiem. Może chciała coś nam pokazać, może coś powiedzieć?
Już tam niżej, na ścieżce, trochę powiedziała mi.
Doroto, ja...
Cicho, aniele. Słuchajmy góry.
Jej wzrok sięgał daleko, na kraniec Gór Wałbrzyskich, a ja, stojąc nieco z tyłu, patrzyłem na jej twarz. Na usta jak zwykle rozchylone tą trochę śmieszną wargą, na mały podbródek, na łuk rzęs. I znowu na usta.
Patrzyłem trwając w zadziwieniu. W spokoju.
Nie było we mnie buntu, bo pogodziłem się z jej istnieniem nie tyle poprzez uświadomienie sobie własnej bezsiły wobec wyroków Losu, co przez wzgląd na nią. Zdałem sobie sprawę z tego, że bunt wobec Losu jest także buntem wobec niej – niewinnej przecież i chyba bardziej przez niego oszukanej.
(...)
Aniele, a te pałace?
Tamte głazy są szczytem tej góry. Idź i dotknij je dłońmi.
Chodź ze mną, aniele, bo mam tremę i kolana mi się trzęsą.
Ależ Pani! Bogini tak nie mówi! Boginiom nie trzęsą się kolana.
Łatwo ci mówić! Ty umiesz latać i czarować, a ja pierwszy raz w życiu jestem boginią.
Chodź, pani Chełmca. Stań tutaj, przyłóż dłoń do tego kamienia i w myśli wyraź swoją wolę.
Powoli wyciągnęła rękę, ale w pół drogi cofnęła i drugą wyciągnęła do mnie.
Trzymaj mnie.
Dotknęła skały zamykając oczy.
Dźwięki, które usłyszeliśmy, nie były trąbami anielskimi ani muzyką sfer niebieskich. To był dźwięk greckiej kitary.
Patrzyłem w górę, na rozjaśniony, przeczysty błękit nad głową, zasłuchany w ciche tony przenoszące mnie w krainę baśni i marzeń. Ponownie poczułem uścisk jej dłoni i rozejrzałem się.
Byliśmy oboje w krainie jej dziecięcych marzeń – staliśmy przed złotymi wrotami pałacu.
Dorota podniosła głowę, szerzej niż zwykle otworzyła usta, oczy jakby jeszcze bardziej i tak zamarła. Mogła być żywą ilustracją objaśniającą słowo "zdumienie".
Wrota otworzyły się i wyszło dwóch odźwiernych.
Chodź, czekają na nas.
Musiałem wziąć ją za rękę i tak prowadzić, bo nie była w stanie patrzyć pod nogi.
Ty naprawdę jesteś czarodziejem! Aniele, za te trzepotanie skrzydeł to chyba nie się gniewasz, co?
Nie pleć głupstw, Pani.
Gdy podeszliśmy do wrót, tamci skłonili się dziewczynie głęboko i poprowadzili nas w głąb pałacu.
No i kto tutaj czaruje?
Aniele, tutaj musi mieszkać jakiś udzielny książę albo król. Widziałeś ich stroje?
Widziałem, jak cię witali.
A skąd mnie znają?
Swoją panią zwykle się zna.
O czym ty mówisz?
Że jesteś na swoich starych śmieciach. Ta chata jest twoja.
Chyba jednak zaszkodziło ci to machanie skrzydłami...
Przerwała, bo weszliśmy do wielkiego megaronu. W głębi, pod ścianą wyłożoną kobiercami, stało na podwyższeniu ozdobne krzesło. Kilkanaście osób zgięło się w ukłonie widząc ją.
Idź na tron, pani. – powiedziałem, popychając ją lekko.
Poszła niepewnym krokiem oglądając się na mnie i weszła na piedestał tronu.
Siadaj, to twoje miejsce.
No siedzę. I co teraz?
Oni chyba czekają na twoje rozkazy.
A co mam im rozkazać?
Nie wiem. To ty jesteś tutaj panią.
A zrozumieją mnie? Może ja po angielsku, co?
Spróbuj po naszemu. Jak nie zareagują, spróbujemy jakoś inaczej.
Dobra. Ale co im powiedzieć... Wiem! Ludzie! Jestem głodna!
Część głów podniosła się i ich właściciele wybiegli w te pędy z sali, zabierając swe głowy, a do Doroty podeszło dwie matrony i schyliwszy głowy, czekały.
Aniele?..
Chodzi chyba o przebranie się do uczty. Idź, spotkamy się na bankiecie.
Ale numer! – wstała i poszła.
Zajęto się i mną: najpierw jakaś dziewczyna umyła mnie całego w balii – miłe to było, ale krępowało nieco – później namaściła mnie oliwą i ubrała w biały chiton, a na koniec zaprowadzono z powrotem do megaronu i posadzono przy samym tronie, stawiając przede mną mały stoliczek. Pod nogi służąca podstawiła mi podnóżek. Sala zapełniała się gośćmi, ale uczty nie zaczynano czekając na suwerenkę.
Gdy ta wyszła z kobiecej części pałacu w otoczeniu służących, rozległ się hurkot odsuwanych krzeseł, głowy pochyliły się i zapanowała cisza.
Patrzyłem na nią: błękit jej peplosu wspaniale podkreślał bursztynowy kolor jej włosów upiętych w wysoki kok. Gdy znalazła mnie wzrokiem, pomachała palcami podniesionej ręki i dumnym krokiem podeszła do tronu. Stojąc wzięła puchar, podczaszy nalał, a ona podniosła go i powiedziała:
Ucztę uważam za rozpoczętą.
Dobrze powiedziałam, aniele?
Dobrze.
To teraz wypiję, bo mam pragnienie – nim zdążyłem coś powiedzieć, jednym haustem opróżniła puchar.
Weszła stara klucznica i dumna ze swoich zapasów zastawiła cały stół przed królową. Nami też zajęto się i rozpoczęła się uczta.
Aniele, to samo mięsiwo, zobacz! Fee, nie będę tego jadła!
Pani, masz tutaj bardzo dobre sery. Zobacz: ten jest owczy wędzony, ten jakiś taki biały, zaraz spróbuję... to chyba z koziego mleka...
Eee, napiję się jeszcze. Dobre mają tutaj wino.
Ale dobry jest, spróbuj. A tutaj masz oliwki: są suszone, wędzone, marynowane i w oleju. I jeszcze ciasto na miodzie. Doroto, czy ty nie pijesz za dużo?
Dzisiaj jestem królową! Bawimy się!
No i się zaczęło. Najpierw wzniosła toast za miłość, później za aniołów i ich skrzydła, później za tego niepoprawnego podrywacza Arystofanesa, który dobrze gada, a później żałosnym głosem oznajmiła, że nogi tak ją bolą po tym łażeniu po górach, że wstać nie może, i na siedząco wzniosła jeszcze jeden toast: za tę klawą babkę, właścicielkę tej chaty, która urządziła taką balangę.
A jeszcze później skorzystałem z chwili gapienia się wszystkich na występy półnagich tancerek i wziąwszy panią tej chaty na plecy, wymknąłem się z pałacu. Odźwierni na szczęście leżeli pod ścianą spici.
Na koniec musiałem jeszcze wrócić, bo wcięło nam ubrania, a tam przecież mróz, chyba szarpałem się z jakimś brodatym jegomościem, nie bardzo pamiętam, bo to wino mieli faktycznie bardzo dobre.
A ta siedziała sobie na kamieniu w tym swoim błękicie i nuciła wiedeńskie walce, dyrygując podniesionym palcem. Sam musiałem założyć jej skarpetki i buty, bo powiedziała, że jej ciepło i nie będzie zakładać. Na spodnie machnąłem ręką, bo było mi jakoś tak niezręcznie. Zaplątałem się z jej swetrem, który założył mi się tyłem do przodu, a najgorzej szło z rękawami jej zimowej kurtki, bo zamiast włożyć rękę do podsuniętego rękawa, głaskała mnie po głowie mówiąc, że jestem jej najlepszym aniołem.
Ten ostatni toast był chyba ponad jej miarę.
Aż się spociłem, nim ją ubrałem.
Doroto, wypuść nas stąd. Musimy wracać do siebie, do Wałbrzycha.
Wypuścić cię? Żebyś mi uciekł? W życiu! Wracamy na balangę!
Doroto, połóż dłoń na tym kamieniu i powiedz, że chcesz wracać. Proszę cię.
Ten facio co mi nalewał, mówił, że ma jakieś importowane wino. No, zamorskie, tak mówił. Oni dziwnie mówili, nie?
Doroto, gorąco mi w tym ubraniu. Daj rękę.. dobrze, połóż tutaj i teraz pomyśl. Myśl!
No myślę przecież.
O Chełmcu?
Ty jesteś dzisiaj jakiś nieprzytomny, aniele. Rozmawiamy o winie, nie? Tak sobie myślę, że trzeba go spróbować, tego zamorskiego. Spróbuję! Pomóż mi, bo nogi mam zmęczone.
Co tu robić? – pomyślałem. Zostać? Cholera wie, jak jest tutaj z czasem.. Co pomyśli sobie Krystyna, gdy nie wrócimy na noc do domu?
Aniele, gorąco mi. Myślę i myślę o tym stroju ze sznurówek co ci się tak podobał i nic. Pomóż mi zdjąć tę katanę, bo rękaw chyba zawiązał się mi – marudziła Dorota kiwając się na kamieniu.
Doroto – zacząłem, wpadłszy na pomysł.
No co?
Doroto, powiedz, czy chcesz być umiłowaną?
Jestem, tylko on nie chce się przyznać. Wstydzi się.
Kto?
Aaa, taki jeden. Nie powiem ci. Nie to nie.
On powie ci, ale w odpowiednim miejscu.
Tak? A w jakim?
To miejsce też musi być umiłowane. Powiedz sobie, że chcesz być w barze Umiłowana. Połóż tu rękę i powiedz.
No dobrze... Umiłowana chce być w barze Umiłowana. Tak dobrze, aniele?
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo kamień zniknął jej spod tyłka i stuknęła nim o podłogę przewracając stolik, a ja klęczałem z jej spodniami i jakimiś biustonoszami pod pachą.
Było dobrze, bo wino nie szumiało mi w głowie.
Złapałem oszołomioną Dorotę za rękę i wyciągnąłem na ulicę, poganiany pretensjami barmana.
Chodź, biegnijmy do mojego samochodu, bo jeszcze cię przewieje.
Co się stało? A gdzie ci wszyscy z tego przyjęcia?
Później, teraz do samochodu.
Gdy dobiegliśmy do niego po pięciu minutach, byłem wykończony. Nie dla mnie już takie imprezy...
Wskoczyłem za kierownicę, włączyłem silnik i z tylnego siedzenia podałem Dorocie koc do okrycia się.
Teraz słuchaj, dziewczyno, co ty nawywijałaś w swoim własnym pałacu.
Poza sposobem nakłonienia jej do powrotu, powiedziałem wszystko.
Ale się narobiło!... Jak się tam teraz pokażę, aniele?
Normalnie. Przecież to twój pałac, a poza tym, to wszystkim podobała się ilość wypitych toastów. Faceci kiwali głowami w podziwie.
Cholera... Muszę przyznać, że o atrakcje na randce umiesz zadbać.
To była randka, dziewczyno?
To już nie jestem twoją panią, tylko zwykłą dziewczyną?
Mojej pani warto by przetrzepać tyłek za to pijaństwo.
A' propos: dlaczego wygoniłeś mnie na ten mróz bez spodni? Coś ty zrobił z moimi majtkami, co? Czemu masz je w kieszeni, aniele?!
Ty ciesz się, że je odzyskałaś! Wiedz, że musiałem o nie stoczyć bój z jakimś brodaczem. A, masz jeszcze i to.
No proszę! Biustonosz też miałeś w kieszeni!
A co miałem z nim zrobić? Nie umiem zakładać czegoś takiego.
Ale zdjąć umiałeś.
Ja? Nic nie pamiętasz, alkoholiczko!
Podrywacz!
Smarkata!
Jestem królową!
Niech królowa włazi na tylne siedzenie i zakłada, czego jej tam brakuje, bo kataru dostanie i będzie zasmarkaną królową.
Od mojego kataru twoja nić nie pęknie.
Ona nie, ale ja. Ze śmiechu.
To idę zasmarkać ci siedzenie, a ty nie podglądaj, bo wystarczy na dzisiaj.
Trzęsła samochodem parę minut, a gdy się uspokoiła, poczułem jej ramiona na szyi.
Aniele? – szepnęła mi w ucho.
Słucham cię, dziewczyno.
To była ekstra randka! Nigdy jej nie zapomnę!
Pocałowała mnie w policzek.
I ja ci dziękuję, dziewczyno. Ubawiłem się setnie.
"Dziewczyno" też jest ładnie, ale czy mógłbyś chociaż czasami mówić "królowo"?
Dobrze, królowo. Ubrałaś się? To idziemy. Mami czeka.
Szła obok słuchając szczegółów i śmiejąc się co chwila, ale przed drzwiami domu spoważniała.
Aniele, ale o tym winie to może lepiej nie mówić mamie, dobrze?
Lepiej w ogóle nie mówić. Byliśmy na Chełmcu i podziwialiśmy widoki. <<

>> – Nie rozumiem. Co zobaczyłeś?
To, co widziała Dorota. Widziałem wielkie, kręcące się maszyny, feerię świateł i mnóstwo wielkich, zasłaniających mi widok ludzi. Byłem tym wszystkim oszołomiony, nie wiedziałem gdzie patrzeć. Aż w głowie mi się kręciło. Później kupiłaś mi watę cukrową, a ja nie mogłam jej gryźć, bo mi nos przeszkadzał. Wtedy wpadłam na pomysł, że będę tę watę rwała palcami i wkładała do buzi. Oblizywałam palce. Były dobre, słodkie. Pamiętam, że byłam dumny z siebie z powodu tego pomysłu. A na koniec ja... zrobiło mi się niedobrze, a ty powiedziałaś, że wystarczy tych atrakcji i poszłyśmy.
Nie znałeś wtedy mojego wyglądu? – długą chwilę milczenia przerwała Dorota.
Wtedy nie.
(...)
Było ci niedobrze, kręciło się w głowie. To było moje, nie twoje, tylko ty nie umiałaś odróżnić. Ja wtedy biegałem po placu i szukałem cię porównując to, co widzisz, do tego, co ja widzę. W ten sposób podbiegłem do wózka inwalidzkiego pchanego przez kobietę. Spojrzałem w twarz tego dziecka i z wrażenia, z... rozpaczy, bo myślałem przez chwilę, że to ty, zamroczyło mnie i upadając uderzyłem głową w kamień. Tam siedziała niedorozwinięta umysłowo. Gdy oprzytomniałem po kilku minutach i wstałem, kręciło mi się w głowie i było mi niedobrze. Nie wiem dlaczego, ale ty wtedy odebrałaś ten stan mojego organizmu. Twoja mami pewnie myślała, że zjadłaś za dużo słodyczy, a winien był ten kamień...
Zapadło długie milczenie. Krystyna miała oczy w słup, a Dorota patrzyła na mnie z tym swoim uśmiechem schowanym w samych kącikach ust, a tak widocznym.
Często tak masz ze mną, aniele?
Nie obawiaj się, Doroto. Rzadko, kilka razy.
Dlaczego miałabym się obawiać?
Bo może to być krępujące w pewnych sytuacjach.
Uśmiech zniknął z jej twarzy, a pojawił się rumieniec.
Jasna cholera... – szepnęła. <<

>> – Doroto, więc wiesz. Co myślisz teraz zrobić?
Ty wiesz, czego ja chcę. Ciebie pytam się o to.
Ja... ja nie jestem pewien, czy moje pragnienia ciebie dotyczą. Nie wiem, czy twoje są naprawdę twoje.
Przez chwilę pani Chełmca ustąpiła miejsca dziewczynie, której oczy zalśniły łzami, a twarz wykrzywiła się grymasem bólu, ale zdołała opanować się i jej twarz ponownie wygładziła powaga.
Zraniłeś mnie tymi słowami. Bardzo zraniłeś, ale jeśli w końcu uznasz, że jestem dla ciebie miła, bliska i kochana, jeśli przyjmiesz w końcu do wiadomości, że takim jesteś dla mnie, przyjedź. Przyjedź, gdy pogodzisz się z wyrokami losu i ze swoim wiekiem. Znajdziesz mnie w domu lub pałacu. Dla ciebie przejście się otworzy.
Znikła. Tak po prostu znikła.
Długo gapiłem się na pusty fotel, a później wyciągnąłem dłoń i dotknąłem siedzenia. Jeszcze pamiętało ciepło jej ciała. Znowu zobaczyłem jej nagi, pełny biust. Znowu widziałem ją roześmianą, gdy wiatr bawił się jej biało-czerwoną sukienką...
Jej sukienką...
Jej?
Ile jest w jej pragnieniach jej samej, a ile zostało jej narzucone? Kto patrzył na mnie z tym cudownym uśmiechem: Dorota, Mała, czy może ktoś zupełne inny?
Na mnie, czyli na kogo? Takiej dziewczynie jak ona nie mógł podobać się zachwyt, z jakim patrzyłem na nią. Zachwyt starzejącego się człowieka.
To zostało jej narzucone. Ona jest ubezwłasnowolniona, a mnie nie można samolubnie wykorzystywać tego. Przecież jestem mężczyzną, a ona egzaltowaną gówniarą oczarowaną baśnią sprzed jej narodzin.
Zawróciłem.
Zawróciłem, bo nie chciałem swojego uczucia, które musiało wstydzić się siebie. Nie chciałem go, bo było powtórzeniem mojej miłości do Małej, a ja pragnąłem wierzyć, że to uczucie było tylko nasze i niepowtarzalne. Że Mała kochała mnie dla mnie samego, a nie z powodu istnienia więzi łączącej dwie połówki. Teraz, po tylu latach, wierzyłem w to i tej wiary byłem gotów bronić w każdy sposób. <<

>> Rozejrzałem się: brzegi jeziorka zarośnięte były trzciną.
Trzcina... Trzcina. Pan. Syringa.
Wstałem i brodząc w wodzie wyłamałem kilka łodyg.
Jak on zrobił z nich flet?
Przegląd kieszeni: wielofunkcyjny scyzoryk, kawałek miedzianego przewodu, nylonowa żyłka, trzy gumy do żucia. Miętowe – będą zamiast wosku, razem z tym drutem. Bezpiecznik – chyba nie przyda się. Klucze – do czego? Rozpakowałem gumy i zacząłem je żuć oglądając łodygi roślin. Jak?
Po paru godzinach prób, klęsk i ponownych prób, mój flet zagrał.
Najpierw zagrałem Ave Maria Schuberta, później Legranda i jego Summer of' 42, a następnie bachowską arię.
A później stało się coś dziwnego: do dźwięków mojej syringi dołączyły ciche, wspaniale brzmiące organy i wspólnie zaczęliśmy niekończący się koncert.
Grałem i słuchałem siebie.
Co jest ważniejsze?
Wiek czy uczucie?
Rozsądek czy głos serca?
Nie wiedziałem, ale tęskniłem razem z moją syringą.
Dwie połówki...
Tomaso Albinoni, adagio.
Koncert na tęsknotę i pragnienie kochania.
Gdy zagrałem largo z Zimy mojego Vivaldiego, zdawało mi się, że wiem, co jest ważniejsze. Najważniejsze.
Jej ulubiony koncert wiolonczelowy g-moll naszego mistrza i dla pewności jeszcze mój, G-dur.
Wiedziałem.
Wiedziałem na pewno!
Nie ma zmierzchu – jest nasze wzajemne pragnienie patrzenia na siebie.
Nie ma jesieni – jest tylko nasza potrzeba bycia ze sobą.
Tylko tęsknota naszych dłoni siebie szukających.
Jej smutek, którego nie powinno być.
Wtedy zagrałem romans Beethovena. Gdy skończyłem, usłyszałem jej cichy szept.
Aniele...
Siedziała tuż za mną. Oczy miała wilgotne jak często u niej, ale teraz w inny sposób.
Kobiety tym samym potrafią wyrazić tak wiele – pomyślałem.
Dziewczyno?...
Zabierz mnie do domu. Zabierz gdzie chcesz, aniele. Wstydź się dalej, buntuj i uciekaj, ale wracaj. Nie pozwól mi tęsknić.
Wtedy zagrałem ostatni utwór: solo skrzypiec w tempie presto z Lata. Uśmiechnęła się, a ja wiedziałem dlaczego: ta "burzliwa" część Lata przypomniała jej ucieczkę przed burzą własnej roboty, to znaczy wyobraźni, z naszych pól.
Wstałem i wyciągnąłem do niej rękę.
Chodź, dziewczyno. <<

>> – Janek, gdzie ją znalazłeś? Doroto, powiesz mi gdzie byłaś?
Widząc spojrzenie dziewczyny szukające u mnie pomocy, pomyślałem, że prawda najlepiej się ukryje sama i powiedziałem.:
A jak myślisz? Siedziała na tej swojej górze.
I w nocy? A gdzie spałaś? Co jadłaś? Czemu tam?
Krystyno! Ona ma tam swój pałac i służbę! Nie wiesz o tym?
To nie powiecie mi prawdy?
Prawda jest zbyt baśniowa, mami.
No dobrze. Najważniejsze, że jesteś. A jak jest między wami, Doroto?
A bo ja wiem? Niech on powie.
Aniele?
Dopóki twoja córka będzie chciała mieć swojego anioła, dopóty będę nim dla niej. <<
>> – Nic już nie rozumiem...
Przypomnij sobie słowa Arystofanesa, a zrozumiesz.
Czekaj! Ten twój toast! Mówiłaś o nim, że dobrze mówi!
Nic nie mów o toastach!
Wiedziałaś już wtedy, tak?
Wiedziałam.
Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
Ja miałam ci mówić?! A ty czemu nie mówiłeś?
A uwierzyłabyś? W stary mit opowiedziany dla zabawy przy winie?
O winie też nic nie mów!
Uwierzyłabyś, pytam?
Znam tę ideę od paru lat i wierzyłam w nią od pierwszej chwili. Wierzyłam i modliłam się o ten cud dla mnie.
No i Bóg wysłuchał cię wysyłając anioła.
Myślisz, że złorzeczyłam mu? Fakt.... nie byłam oczarowana jego aniołem, ale to, co ten anioł mi przyniósł... nie, to, co pomógł mi odkryć, jest wspaniałe i wielkie.
A co ja pomogłem ci odkryć?
Uważam, że ty źle pojmujesz początek. Te zawiązywanie się więzi. Tworzenie się nici. Zbyt dosłownie czytasz Platona nie pamiętając o tym, że będąc idealistą, był także racjonalistą i badaczem. On tylko w piękne słowa ubrał to, co czasami przydarza się ludziom, a co nie ma nic wspólnego z sacrum. Skłonny jesteś traktować tę nić jako nieodwołalny wyrok niebios które mają nad nami pełnię władzy, podczas gdy my sami to nic, tylko rozpaczliwy bunt lub poddanie się.
Uważam, aniele, że to, co opisałeś jako oddziaływanie nici przed poznaniem się połówek, jest po prostu naszą tęsknotą za miłością – nie jakimiś nićmi, a te nie są nam dane, tylko tworzymy je sami. Ta twoja nić jest tęsknotą serca za rozpoznanym swoim druhem. Co się tak gapisz na mnie? Tak, tak. Fruwasz sobie po niebie, to i tam szukasz przyczyn czy kłębków nie wiedząc, że jedno i drugie jest w tobie. Żaden wyrok losu nad nami nie ciąży, bo sami wiążemy się wzajemnie, połówkami będąc w sensie zgodności psychicznej. Tożsamości serc.
Uff! Myślałem, że tylko ja potrafię tyle i tak gadać. Co mam powiedzieć.. Jeśliby przyłożyć twoje słowa do nas, potwierdza się stare powiedzenie, że serce jest ślepe.
Ono wcale nie są ślepe. Ja na jego wzrok nie narzekam, to i ty nie narzekaj.
Nie narzekam, bo swoim rozumieniem Platona wynosisz mnie wyżej, niż śmiałbym to zrobić sam. Nie gap się tak na mnie, dziewczyno. Ja jestem skłonny uważać, że coś, jakaś siła istniejąca poza i ponad nami, może ta, która rozcięła nas kiedyś, jest praprzyczyną naszej nici i uczucia, a ty mówisz, że tylko my sami. Mówisz, że ty sama. Rozumiem, że dla mnie samego. Aż trudno mi w to uwierzyć.
Znowu nie tak. W twoich słowach ukryte jest stwierdzenie: jestem w jej oczach kimś wyjątkowym, a może nawet: jestem wyjątkowy i dlatego. Wcale nie, aniele. W tym, że jest między nami ta zgodność, nie ma ani twojej, ani mojej zasługi. Mówiąc o niej, nie miałam na myśli naszej wzajemnej oceny. Nie o to tu chodzi, jacy śliczni jesteśmy czy jacy wydajemy się drugiemu. Chodzi o to dopasowanie, o tę zgodność między nami, a więc o coś, co nie jest zależne od nas, ani nie jest naszą zasługą.
Przez chwilę czułem, że naprawdę mam skrzydła..
Czyżby twoje ego wymagało wsparcia?
A dziwisz się? Przy tobie można kompleksów się nabawić. Skąd u dziewczyny takie słowa i myśli?
Obejrzała się, a ja odruchowo spojrzałem tam, gdzie ona. Zdążyłem zobaczyć tylko coś wielkiego lecącego na mnie i przewróciłem się uderzony olbrzymią poduchą. Gdy siadłem, ponad szumem w głowie usłyszałem:
Aniele, nie jestem blondynką!
Jesteś najwredniejszą blondynką na świecie! Doprawdy, nie wiem za co ja cię tak…
Nooo?
.. Lubię. Chyba w głowie mi się kręci. <<

>> Dzisiaj mija dwadzieścia lat...
Gdzieś daleko, w innym świecie, ale jednocześnie we mnie, znowu słyszę przejmujące:
Dlaczego?!
To dzisiaj!
Obudziłem się i zerwałem z łóżka. Gdy w dziesięć minut później wyjeżdżałem, wschodziło słońce.

Stanąłem na Obrońców Pokoju, zgasiłem silnik i obejrzałem się – słońce stało nisko nad Chełmcem.
Kończył się piękny, słoneczny dzień. Szosa była sucha.
To dzisiaj?
Co ma się zdarzyć dzisiaj? Czy nie jest to wariactwo, którym gnębię siebie i ją?
Co się z nią dzieje?
Nic nie wiem.
Anioł... Byłem dla niej czarnym aniołem.
Źle zrobiłem spotykając się z nią, a dzisiaj znowu przyjechałem. Muszę w końcu uznać ten rozdział mojego życia za zamknięty i starać się odzyskać spokój. Muszę pozostawić ją w spokoju, dać jej żyć własnym życiem.
Muszę jeszcze raz ją zobaczyć. Ostatni raz.
Po co budzić wspomnienia? Jechać i nie wracać. Zapomnieć. Och, co ja mówię?! Przecież wiem, jak będzie z tym zapominaniem. Dlaczego jestem karany wieczną pamięcią?
Dosyć tego! Wracam!
Sięgnąłem do stacyjki, przekręciłem kluczyk i podnosząc głowę zobaczyłem ją. Stała przed samochodem i patrzyła na mnie. W moment po spotkaniu się naszych spojrzeń odeszła, ale w tej krótkiej chwili zrodziła się we mnie niepewność i obawa o nią.
A jeśli się nie myliłem?
Szła w dół ulicy. Włączyłem kierunkowskaz, wyjechałem pod górę i zawróciłem na placyku przy Sudeckiej. Zjechałem kawałek w dół i zwolniłem, widząc ją 20 metrów przed sobą. Jechałem powoli za nią, wpatrzony w jej złote włosy. Postanowiłem, że gdy już dojdzie tam, gdzie idzie, wyjadę. Po paru minutach okazało się, że idzie do sklepu na rogu Miczurina – jak przed rokiem.
Jak przed rokiem...
Dziewczyna położyła rękę na klamce i przed wejściem odwróciła się w moją stronę. Nasze spojrzenia spotkały się na mgnienie oka, a ja znowu byłem na Kowalskiej i widziałem Małą wchodzącą w bramę kamienicy.
Dobrze zrobiłem przyjeżdżając – pomyślałem. Nawet jeśli się myliłem, senne majaki niepogodzonego z wyrokami niebios serca biorąc za prawdę, dobrze zrobiłem. Dla Małej i dla siebie. Po to, aby już nie słyszeć dręczącego mnie od dwudziestu lat, nabrzmiałego bólem "dlaczego?".
Po kilku minutach dziewczyna wyszła i podeszła do samochodu. Wysiadłem.
Dlaczego jeździsz za mną? Czego chcesz?
... Jestem twoim aniołem – bąknąłem.
Mogłeś nim być. Nie chciałeś. Zostaw mnie.
Przecież nie zaczepiam cię. Tylko stoję tutaj.
Ale ja nie chcę, żebyś stał tutaj! Nie chcę cię widzieć! Daj mi spokój!! Zostaw mnie!!
Krzyczała. W jej głosie znajdowałem złość, ale i ból.
Odwróciła się i pobiegła. Po trzech sekundach ruszyłem za nią. Tyle potrzebowałem czasu aby zrozumieć, co oznacza dźwięk, który słyszałem odkąd wyszła ze sklepu.
Był to narastający warkot samochodowego silnika pracującego na wysokich obrotach.
Gdy byłem od niej o krok, kątem oka zobaczyłem szybko nadjeżdżający do skrzyżowania samochód. Rzuciłem się do przodu z wyciągniętą ręką i nim przewróciłem się o krawężnik, zacisnąłem palce na kołnierzu jej kurtki.
Poczułem przejmujący ból w barku i nim ogarnęły mnie ciemności, uświadomiłem sobie, że po raz pierwszy od tamtego listopada nie słyszałem krzyku.
Nikt nie pytał "dlaczego?". <<

To było przedostatnie ich spotkanie. Nie dałem im życia razem z powodów, co do których nie mam pewności, czy zostały właściwie wyjaśnione w cytowanych fragmentach (a te stanowią ledwie piątą część powieści), ale może tak naprawdę chodziło tylko o różnicę ich wieku wynoszącą około 30 lat. Za dużą, żeby wierzyć w długie i szczęśliwe życie. A może pozbawiłem ich wspólnej przyszłości po prostu z zazdrości?
Czasami myślę, że te dwie powieści w swojej istocie są przejawem kryzysu wieku średniego, jaki wtedy przeżywałem.
Tekst podaje pod ocenę i krytykę czytelników.