Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 20 stycznia 2017

Jary, strumienie i skały


150117

Z Nielestna wokół przełomu Lipki, góra Grodowa.




Cały dzień kręciłem się wokół przełomu Lipki – dokładnie tak, jak obiecałem sobie tydzień temu. Poznałem drogi, ścieżki, przejścia i bezdroża, przeszedłem przełom dołem i w połowie jego wysokości, zajrzałem na dno jaru ze szczytu góry zwieszającej się nad strumieniem – i właściwie na tym można by zakończyć opis, gdyby nie parę chwil i widoków, dla których warto było wstać o trzeciej i jechać 160 kilometrów zaśnieżonymi drogami.

Główne szosy były czarne, chociaż i na nich leżał śnieg rozpuszczany solą, natomiast boczne drogi były białe. Najbardziej obawiałem się przejazdu przez Bystrzycę: parę kilometrów w dół krętą drogą, ale tak naprawdę po śniegu jedzie się nieźle, jeśli tylko stosuje się zasadę wyobrażonego kubka kawy. To mój sposób na jazdę zaśnieżonymi drogami: nalej pół kubka kawy, postaw na desce rozdzielczej i jedź tak, żeby kawa się nie wylała. Wtedy dojedziesz.

Żeby skrócić czas dojścia, samochód zostawiłem w Nielestnie, o kwadrans drogi od wylotu przełomu. Wyszedłem na pola powyżej lasów, ponieważ intrygowały mnie początki bocznych jarów. Linia lasu w takich miejscach opada charakterystycznym uskokiem, ciągnąc za sobą płaszczyznę pól, która nachyla się wyrównanym lejem ku ścianie lasu. Podobają mi się takie miejsca; są odmiennością, domysłem, obietnicą zobaczenia innego świata za zasłoną drzew. Nierzadko ich błotnistym lub kamienistym dnem strumień płynie, często bywają dzikie, trudne do przejścia, zatarasowane przewróconymi drzewami, ale właśnie takie podobają mi się. Chciałem wejść w jednym z takich miejsc w las, zobaczyć jar i miejsce wylotu na dno przełomu; tego dnia przeszedłem dwa, a ten drugi zapamiętam na długo. Wszedłem weń u wylotu, ale że na jego dnie jest skalne rumowisko, po przejściu kilkudziesięciu metrów poddałem się i wspiąłem się na szczyt zbocza. Iść górą było wygodnie, ale… jakże tak? Przez chwilę patrzyłem na kamienie w dole nim zawróciłem i ponownie zszedłem na dno. Szedłem pod górę jaru, nie – pełzłem, kluczyłem wśród kamieni, drapałem się na te większe, a na jeden, szczególnie mi niechętny, wlazłem na czworaka. Parę razy wchodziłem na stromizny zboczy dla ominięcia drzewa przegradzającego jar, raz i drugi noga wpadła mi w jakieś dziury, a wyżej wyrywałem się z objęć pędów malin i człapałem dnem strumienia. Słowem: dobrze, że żona mnie tam nie widziała, bo dostałbym za swoje.






Na brzegu lasu rozpoznałem mostek nad strumieniem i drogę na sąsiednie pole; byłem tutaj kiedyś, ale idąc gdzieś brzegiem lasu, nie wiedziałem, że niżej jest tak ładnie.

Na zboczu głównego jaru znalazłem lodospad: przez mróz uchwycony w locie ku ziemi wodospad małego strumienia. Mozolnie i dość ryzykownie wspiąłem się po stromym zboczu, chcąc z bliska zobaczyć rzadki widok kotłującej się, puchnącej bąblami, zamarzniętej wody.



Poznałem piękną dróżkę trawersującą strome zbocze jaru – wygodną, spacerową i widokową. Gdy spojrzy się w górę, świerki i skały wystające tu i ówdzie ze zbocza wydają się być nachylone w moją stronę – jakby to wszystko zaraz miało osunąć się i runąć na mnie. Strumień na dnie jest czarnym zygzakiem widocznym między drzewami, a zbocze góry po drugiej stronie wydaje się być pionowe. Co ciekawe, dojście na tę dróżkę też jest łatwe i krótkie, jeśli się wie, którędy iść. 


Wiedziałem nie tylko ja: tam właśnie zrobiłem sobie przerwę na porozglądanie się; piłem herbatę, gdy usłyszałem szczekanie, obejrzałem się i zobaczyłem psa goniącego sarnę. Po chwili spomiędzy drzew wyszły konie, było ich kilka, oczywiście pod jeźdźcami. Miałem chęć powiedzieć im o niedobrym zwyczaju pozwalania na straszenie saren, ale…

Pierwszym jeźdźcem była dziewczyna, miała piękny uśmiech, no i… nie powiedziałem.

Właściwie dlaczego facet jest tak bezradny wobec uśmiechającej się kobiety?

Gdy wróciłem pod wioskę, było trzy godziny do zmierzchu, stanowczo za wcześnie żeby wracać do samochodu, i chociaż nogi miałem zmęczone łażeniem po kamieniach i dość głębokim śniegu, a także dźwiganiem ciężkich butów… Tutaj słowo o tych butach. Jak wszystkie moje buty, są one tradycyjnej konstrukcji, zrobione tylko z szytej skóry, a poza nią tylko gumowa podeszwa. W tych butach, masywnych, wysokich, uszytych z grubej skóry, mogę cały dzień bezkarnie chodzić po skałach, błocie lub kilkucentymetrowej wodzie, ale ważą 2,8 kilograma. Tę wagę czuję, a im bliżej końca dnia, tym bardziej są ciężkie, mimo iż nie przestają być wygodne. Owszem, te nowoczesne, gorateksowe, ważyłyby kilogram mniej, ale nigdy takich nie założę. Dlaczego? Bo nie. Bo ich skóra nie skrzypi tak, jak moich.

Więc bez entuzjazmu poszedłem na Grodową, górę wznoszącą się nad strumieniem; są tam jakieś skały, może nikt je nie odwiedza, może tylko ja je zobaczę? – snuło mi się po głowie. W pionie sto metrów łagodnego podejścia odkrytym stokiem, a w połowie ładny przerywnik: rząd pięciu dużych kasztanowców. 


Być tutaj w porze ich kwitnienia! Widziałem dzisiaj kilka wyjątkowych drzew, takich, pod którymi stoi się odczuwając przyjemność. Na tej górze, na Grodowej, jak w wielu miejscach moich gór, lasy są ładne. Na przykład pod szczytem rosną buki w otoczeniu szpaleru sporych dębów, a niżej są miejsca porośnięte grabami. Te drzewa mogą się podobać o każdej porze roku, także zimą, a to z powodu pni pomalowanych szarosrebrzystymi przenikającymi się pasmami; jedno z tych drzew przyciągało wzrok pniem wyjątkowej strzelistości i grubości; oceniłem, iż może mieć pół metra średnicy, a to dużo jak na grab.

Jeszcze czarny bez; na ten okaz zwróciłem uwagę w związku ze słowami Aniki, autorki bloga także o drzewach. Ten mój miał formę drzewa z jednym pniem o średnicy około 20 centymetrów, więc bardzo grubaśnym.

Najwyraźniej nie ja jeden odwiedziłem skały, ponieważ wokół nich widziałem ślady ścieżek, a okazały się warte obejrzenia: wysokości tylko kilku metrów, ale z pionowymi ścianami tak równymi, że wydają się być dziełem człowieka, ścianami starej budowli; na przykład widziałem skalny występ do złudzenia przypominający przyporę średniowiecznej katedry. 



Przeszedłem szczyt i z drugiej strony znalazłem miejsce z widokiem. Strome zbocze, widoki prawdziwie górskie, a na dole… strumień. Jaki to strumień? Z tamtej strony góry płynie Lipka, a ten? Muszę zobaczyć na mapie. Dopiero gdy podniosłem wzrok i rozpoznałem stojący w oddali Stromiec, coś zaczęło mi świtać w łepetynie. Mapa potwierdziła: to też Lipka. Puknąłem się w czoło: wszak ten strumień opasuje górę z trzech stron! 



Ta moja niewiedza, ta dezorientacja, tak typowe u mnie, tym razem spodobały mi się. Wyobraziłem sobie, nie po raz pierwszy, jak prowadzę grupę turystów jako przewodnik i roześmiałem się.

Ładnie jest na szczycie Grodowej. Niebanalnie wyglądające skały na szczycie i wiele skał niżej, na zboczach, widok przełomu w dole (a oglądany z góry czyni chyba jeszcze większe wrażenie, niż widziany z dna), pokaźna ściana góry na wprost i dal ze Stromcem, a w drugą stronę rozciągnięte na połowę widnokręgu góry już Izerskie. Wrócę tam.

Schodząc inną drogą do wsi, patrzyłem na Dwory, górę mającą dwa oblicza: od południa jest mało zaznaczonym wzgórzem na rozległej płaszczyźnie łąk i pól, od zachodu i północy jego strome zbocza pną się na sporą wysokość, a warto też wspomnieć, iż ta góra ma coś rzadko u nas widzianego, mianowicie długi na 150 metrów tunel kolejowy. Kiedyś tylko zajrzałem do niego, ale może warto byłoby przejść go całego?... Na Dworach zobaczyłem lipę, tę samą, pod którą kiedyś byłem, tę, do której szedłem aż ze Skowrona. Stoi samotna, rozłożystością i wysokością przewyższająca wszystkie drzewa w okolicy, stoi i woła z odległości kilku kilometrów.

Kiedyś wrócę i do niej.






niedziela, 15 stycznia 2017

Powrót i odkrycie


080117

Z Wlenia czarnym szlakiem na pola w pobliże Czernicy, zejście nad strumień Lipka, przełomem do Nielestna. Z wioski wejście na wzgórze Dwory, powrót do wioski, przejście szlakiem rowerowym do Wlenia via wzgórze Szubieniczna.




Gdy z lasu wyszedłem na nagie zbocze wzniesienia, w oddali zobaczyłem Skowrona. Była pierwszą dostrzeżoną i rozpoznaną górą, w chwilę później, wodząc wzrokiem po linii horyzontu, poznawałem inne, niemal wszystkie znane mi. Patrzyłem na rozległą przestrzeń pól i łąk opadających w łagodną dolinę i za nią wznoszących się ku szczytom zamykającym widnokrąg. Westchnąłem. Tutaj wielkie przestrzenie, widoki dalekie, pola malowane miedzami, drogami i strumieniami, a tam, w Rudawach, horyzont odległy o parę drzew. Po co chodzić mi gdzieś tam, szukać nie wiadomo czego, skoro tutaj moje miejsce, tutaj dal, a właściwie Dal i swojskość i umiłowane widoki?




Minął miesiąc od ostatniej wędrówki kaczawskiej, więc tym razem, stęskniony, nie miałem wątpliwości gdzie jechać.

Na wzgórzu Dwory byłem ostatnio z Jankiem, chciałem wtedy zejść lasem do wsi Nielestno, ale nie mogłem znaleźć drogi, którą kiedyś poznałem i byłem pewny jej usytuowania. W rezultacie przeszliśmy na przełaj po stromym zboczu, i nim doszliśmy do wioski, znaleźliśmy zapomniany przez wszystkich kamieniołom. Tamto szukanie drogi utkwiło mi w pamięci:

– Jakże to? – myślałem, a raczej myślała za mnie poruszona ambicja – ja mam nie znać tego przejścia?

Ponieważ dobrze pamiętałem przejście w drugą stronę – pod górę ze wsi – postanowiłem przypomnieć je sobie, a przy okazji pomyszkować po okolicy. Samochód zostawiłem na ryneczku Wlenia, a więc po przejechaniu niemal całych Gór Kaczawskich bocznymi, zaśnieżonymi drogami; ze Złotoryi, bramy kaczawskiego pogórza, do Wlenia, miasteczka leżącego na granicy z Izerami, odległość wynosi 30 kilometrów.

Spóźniłem się nieco: było już zupełnie widno, gdy zaparkowałem, a nim założyłem plecak, sięgnąłem jeszcze po termos z kawą. Nie kierowałem się do Nielestna najkrótszą drogą, a przeszedłszy las zapuściłem się na rozległe pola na północ od Czernicy. Są tam łagodne wzgórza idealnie wyrównane pługiem.

Faliste, białe dzisiaj, pola ostrą linią przecinały świat wokół: gdy ja schodziłem po zboczu, linie pól stopniowo zasłaniały, wznosząc się, las i góry majaczące w oddali, ale i odwrotnie: gdy ja szedłem pod górę, linie pól opadały odsłaniając tamte szczyty i bliski las. Banalne, zdawałoby się, efekty perspektywy fascynują mnie. Oto nieruchomy świat z górami, lasami i polami przypisanymi do swoich miejsc, rusza razem ze mną! Swoim marszem uruchamiam wszystko wokół i nawet góry poddają się mi, posłusznie przesuwając się, a nawet wznosząc lub opadając. Mało tego! Gdyby na drugim końcu pola szedł ktoś inny, góry i dla niego przesuwałyby się, a mogło być i tak, że dla mnie jakaś góra wznosiłaby się, a dla niego w tej samej chwili opadała. Czyż nie jest to fascynujące? Szedłem rozglądając się.

– Zaraz wyciągnę mapę – mówiłem sobie – jeszcze tylko dojdę do tamtej kępy drzew.

Szedłem dalej. Gdy w końcu zobaczyłem po prawej domy między drzewami, uświadomiłem sobie, że zaszedłem za daleko, aż pod Czernicę. Wracać polami? Wszedłem w las, stok zaczął opadać coraz bardziej stromo. Zawróciłem i kawałek dalej ponowiłem próbę, tym razem udaną. Dopiero w dole, nad strumieniem, wyciągnąłem mapę. Byłem na przełomie strumienia Lipka. Nie wiedziałem o tym miejscu, omijając lasy w swojej chęci chodzenia otwartymi przestrzeniami łąk i pól, dopiero dzisiaj, przypadkowo, niechcący, odkryłem prawdziwie górski przełom w górach, które, zdawałoby się, znam dobrze.



Może dla niewtajemniczonych parę słów wyjaśnienia. Przełomem geologowie nazywają głęboką dolinę o wąskim dnie i stromych zboczach, czyli jar utworzony przez rzekę przepływającą przez góry stojące na jej drodze. Jakim cudem woda zaczęła żłobić swoje koryto na szczycie tego siedemdziesięciometrowego zbocza? Na przykład rzeka mogła płynąć nim powstały góry, a gdy te zaczęły się wypiętrzać, woda nadążyła z pogłębianiem swojego koryta. Różnie są mechanizmy powstawania przełomów, a każdy mają geologowie nazwany, jako że lubują się w nadawaniu dziwnych, uczonych nazw każdemu zjawisku, nawet najprostszemu.

W tym przełomie są miejsca szersze, z płaskim brzegiem, na którym jedyną przeszkodą w marszu są uschnięte badyle lub krzaki, ale są i takie, gdzie strome zbocze schodzi do samej wody. Dwa kilometry przeszedłem w ciągu niemal dwóch godzin; co prawda tu i ówdzie stałem gapiąc się, całkiem możliwe, że z otwartymi ustami.

Strome, miejscami urwiste, zbocza z wystającymi skałami i powalonymi drzewami, w dole czarny strumień wśród śniegów. Chwila wygodnego marszu po starej drodze, a za nią wylot bocznego jaru, jeszcze bardziej ciemnego, ze skalnym rumowiskiem pod gęstymi świerkami. Obiecałem sobie wrócić tam, przejść przełom jeszcze raz i pójść pod górę tamtym kamienistym jarem.

W najtrudniejszych miejscach chciałem przejść na drugą stronę strumienia, ale nie znalazłem ani dobrego miejsca, ani dość odwagi (lub braku przezorności), by przejść po dnie. Musiałbym postawić pięć kroków w wodzie o głębokości co najmniej 30 centymetrów. Buty, zasłonięte ochraniaczami sięgającymi kolan, raczej nie powinny nabrać wody, ale pewności nie miałem. Ponieważ liczy się szybkość, może przebiec strumień? Ale biec po kamienistym dnie strumienia, to prosić się o wywrotkę. Mokry na mrozie, nie miałbym wiele czasu na znalezienie się w ciepłym pomieszczeniu. Do końca przełomu nie zdecydowałem się przejść strumień. Może pomogło mi znalezienie przyjemności w tym moim zdobywaniu metrów, w wyszukiwaniu drogi, w kantowaniu na zaśnieżonych stromiznach, w omijaniu zwalonych drzew.

Na końcu przełomu, gdy obniżone zbocza odsunęły się nieco od wody, znalazłem chyba najładniejsze skały w moich górach. Mają kilka metrów wysokości, może 30 długości, a zbudowane są z czerwonego piaskowca przykrytego innymi, twardszymi skałami. Czerwona skała kruszy się tworząc fantazyjne formy, a jej nienaruszone przykrycie wisi coraz bardziej przewieszone. Na wierzchu rośnie las nic nie wiedzący o podcięciu skał pod nim.






W Nielestnie bez problemu znalazłem drogę przez las w stronę wzgórza Dwory. Będąc już wyżej i blisko brzegu lasu, między drzewami zobaczyłem słońce. Świeciło nieśmiało, przygaszone rozproszoną w powietrzu białą mgiełką, ale było! Jeszcze 200 metrów, jeszcze 100, i oto otworzył się przede mną rozległy przestwór pól schodzących w dolinę i gór, moich gór stojących w oddali.

Długo byłem na zboczu wzgórza, po prostu szkoda mi było odejść. Chcąc przedłużyć pobyt tam, wybrałem inną drogę powrotną, nieznaną mi polną drogę biegnącą dnem doliny o kilometr ode mnie. Schodziłem zaoranym polem; skiby ziemi przykryte były świeżym śniegiem tworząc morze muld. Ładny to widok, ale kto raz szedł takim polem, wie, jak ciężko się idzie: ziemia pod nogami nigdzie nie jest płaska, równa, a głębokie nierówności zasypane są śniegiem, jednak udało mi się przejść bez bliskiego spotkania z ziemią. Nie śpieszyłem się – za ładnie było, żeby gonić – ale droga, widoczna jako rząd drzew i nitka miedzy na gładkiej płaszczyźnie pól, zbliżała się szybciej niż chciałem. Obejrzałem się: mój ślad zsunął się ze zbocza wzgórza i biegł za mną.







Droga wprowadziła mnie w las, a że po lewej prześwitywała między drzewami biała płaszczyzna łąk, opuściłem drogę i wyszedłem na otwartą przestrzeń. Niskie już słońce zasłoniły chmury, a szkoda, bo chciałem jeszcze zrobić zdjęcia ładnemu miejscu: na niewielkim wzniesieniu, przy skrzyżowaniu dwóch polnych dróg, rośnie duży i szeroki dąb. Stojąc pod nim rozejrzałem się i westchnąłem: w letni dzień usiąść przy pniu drzewa i pogapić się na stoki wzgórz. Nim odszedłem, obejrzałem dąb. Jego pień opasywał drut nieistniejącego już ogrodzenia, wpijał się w rosnącą tkankę drzewa. Zakląłem nad ludzką bezmyślnością.

Za wsią, przy mostku nad strumieniem, jest stary kamieniołom. Byłem tutaj kiedyś nie wiedząc, że do tych ładnych czerwonych skał jest raptem trzysta metrów. Dzisiaj zauważyłem skały stojące nieco wyżej, a u ich podstawy coś, co bardzo było podobne do zasłoniętego wejścia do jaskini. Poszedłem tam, wejście było tylko ciemniejszym miejscem wnęki na skalnej ścianie. Westchnąłem: a mogła to być niezauważona przez ludzi jaskinia.

Gdy po drugiej stronie lasu wyszedłem na pola, zobaczyłem ludzkie ślady. Zatrzymałem się żeby je obejrzeć; ktoś idąc bezdrożem wyszedł z lasu i szedł przez pole używając kijów, więc prawie na pewno nie miejscowy.

Nie ja jeden – pomyślałem. Poczułem sympatię do tego nieznanego mi wędrowcy kaczawskiego.

Za tydzień wrócę tutaj. Rudawy nie uciekną, a Góry Kaczawskie czekają na mnie.


czwartek, 12 stycznia 2017

Skały, las i śnieg


060117
Z Janowic Wielkich szlakiem żółtym i zielonym do ruin zamku Bolczów, następnie czarnym szlakiem do Skalnych Bram. Stamtąd niebieskim do Starościńskich Skał i do Piekliska. Powrót kolejno szlakiem niebieskim, zielonym i żółtym.


Tym razem Janek był przewodnikiem, ja dreptałem za nim poddając się jego wyborom. Samochód zostawiliśmy na podwórzu Leśnego Dworu, niebanalnie wyglądającej willi na brzegu Janowic Wielkich i rudawskich lasów; o zwykłej porze, świtem, wyruszyliśmy na szlak.
Było zimno: póki nie założyłem kominiarki, miałem wrażenie przewiewania na wskroś mojej głowy przez mroźny wiatr. Konieczna okazała się druga para rękawic, ale za to w stopy, opatulone dwiema parami grubych skarpet i masywnymi butami, było mi ciepło.
Pierwszy nasz cel, zamek Bolczów, ponownie zaskoczył mnie nagłym pojawieniem się nad skałami, a właściwie między nimi. Projektant tej budowli wykorzystał ich wiele jako części zamkowych murów, w rezultacie idąc pod górę najpierw dostrzega się skalne bryły, później między nimi fragment muru z okiennym otworem. 


Zamek czyni wrażenie wielkością i niedostępnością, także owym wkomponowaniem w stojące tam od zawsze głazy. Historię ma typową dla tego rodzaju budowli: zbudowany, zniszczony, odbudowany, zniszczony, obecnie stan zabezpieczonych ruin. Ilekroć czytam takie opisy dziejów miejsc obronnych, a w Sudetach jest ich sporo, myślę o szaleństwie ludzkich dziejów. Oto Ziemia cała stoi przed nimi wolna i ogromna, zielona i gościnna, a ci zamykają się wśród murów budowanych ogromnym nakładem pracy i przez otwory strzelnicze wystawiają groty strzał skierowane na innych ludzi. Te mury skropione są ludzkim potem i ludzką krwią; są materialnym śladem skłonności ludzi do zbrodni i niegodziwości, dlatego za przejaw dziejowej sprawiedliwości uznać można wysiłki utrzymania się przy życiu drzewek rosnących w ich załomach, ponownego brania w posiadanie przez przyrodę tego opuszczonego przez ludzi miejsca.
Skał ładnych kształtami jest w tych górach bardzo dużo; jedne stoją na widoku, przy szlaku, inne są pochowane wśród drzew, z dala od dróg, gdzieś na trudnodostępnych zboczach. Dopiero zaczynam je poznawać, więc nie wymienię nazw wszystkich mijanych, a pierwsze stoją vis a vis zamkowej bramy. Oczywiście można przejść obok ledwie spojrzawszy na nie, ale wtedy umknie nam, niezauważony, największy walor tych gór – właśnie mnogość fantazyjnych głazów. Ot, na jednej z przydrożnych skał leży kamienna kula wytoczona przez górskiego trolla lub siły przyrody i położona na kamiennym występie. Po co? Nie wiem, ale gdy podejdzie się do niej, może uda się znaleźć odpowiedź? A może warto będzie mimo braku odpowiedzi? 


Gdzieś już napisałem słowa, które warto tutaj powtórzyć: otoczenie tak naprawdę tylko wspomaga nasze przeżywanie, ale nie przeżyje za nas uroków natury, ani wrażeń nie poda na tacy.
Do mrozu dołączył śnieg. Suchy, drobny i zmrożony sypał do wieczora, chwilami obficie. Górski las przysypany świeżym śniegiem jest ładny tą trudniejszą w dostrzeżeniu urodą, bo zimową, czarno-białą, ale i ona potrafi czarować swoją czystością i surowością, wrażeniem dzikości i pierwotności, ale też dziewiczości. Las pod śniegiem cichnie, jakby zastygał w zasłuchaniu; może wspomina niekończący się ciąg przemian pór roku będący jego życiem, może oszczędza siły przed wiosennym wysiłkiem budzenia się. Jedynie ptaki nie poddały się ogólnemu wyciszeniu, fruwając wśród drzew i nawołując się. Janek rozpoznał w nich sikorki, a ta, która przysiadła na gałęzi blisko nas, okazała się być samcem.
– Widzisz jego krawat na szyi?
Widziałem. Faktycznie: skoro lata pod krawatem, musi to być samiec. Samiec elegant :-)
W dole właściwie jedynym kolorem wśród czerni i bieli były brązowe liście buków; próbowałem zrobić im zdjęcia, ale aparat zbyt kontrastowo widział ten zimowy świat, a ja nie wiem, jak mam z nim rozmawiać...
W pobliżu styku czarnego i niebieskiego szlaku, nieco poniżej stojącej tam drewnianej wiaty, wznosi się grupa skał Czaszka i Skalne Bramy. Brama jest tam jedna, więc nie wiem, dlaczego wszędzie w internecie używa się liczby mnogiej, a moja mapa jest tak przeładowana błędami, że nie można się na nią powoływać. Jedna jest brama, ale jakże ładna. Nie ostatnim jej urokiem jest wykrzywiona sosenka rosnąca na szczycie jednego z filarów bramy i przykrywająca ją od góry.



Drzewa rosnące na skałach fascynują wolą życia, swoimi wysiłkami, czasami rozpaczliwymi, utrzymania pionu, ale też przemyślnością w wyszukiwaniu szczelin w skałach, w które mogą wcisnąć korzenie. Gdy przyglądam się ich najdziwniej ukształtowanym systemom korzeniowym, znajduję w nich jakby ślad projektu, inżynierskich wyliczeń: tam, gdzie obciążenia największe, gdzie potrzebne są dodatkowe dźwigary trzymające ciężar pnia, znajduję je w odpowiednio do warunków wyrośniętych korzeniach. Czasami bywa, że drzewo rosnące na skałach wypuszcza korzeń, a ten, nie mogąc znaleźć życiodajnej ziemi, wydłuża się przybierając wężową postać, maca wokół, a trafiwszy, wrasta w ziemię o parę metrów od macierzystego pnia. Widywałem już drzewa rosnące na szczytach głazów z tak wyrośniętymi mackami korzeni, że te dosłownie obejmowały swoją skałę. Czasami korzenie drzew wiją się bardziej niż Meander, gdy jeden skręca w lewo, drugi po prawej ma nadzieję znalezienia miejsca dla siebie, a trzeci, najbardziej niezdecydowany, owija się wokół tamtych. Bywają też korzenie fruwające: wychodzą z pęknięcia ściany i niczym liany przerzucają się wiszącymi pomostami na sąsiednią skałę. Największe wrażenie czynią na mnie korzenie dużych buków rosnących na stromej i skalistej pochyłości; one wyglądają tak, jakby wylewały się z pnia płynną masą ściekającą po zboczu. Są grubiejącymi, wielokrotnie łączącymi się i rozdzielającymi, ciekami zalewającymi stok i w końcu zastygającymi na kształt bulwiastych narośli.
Wracam na szlak, na zbocze poniżej wiaty. Stojące tam skały nie są monolitami; skalny masyw popękał (a pęka i kruszy się nadal, co z bliska widać wyraźnie) na większe i mniejsze złomy, przy czym niektóre stoją jak stały, tyle że krecha pęknięcia oddziela je od macierzystej skały, inne natomiast odpadły i niżej znalazły nowe dla siebie miejsca. Leżą w dole obrastając ziemią i mchem, ale niektórym udała się sztuka zatrzymania w locie ku ziemi: zawieszone w pochyleniu, podparte innym głazem, tworzą most lub okap nad ścianami. Niekiedy zdarza się układ kilku wielkich głazów wzajemnie podpierających się i wzajemnie klinujących; gdy patrzy się na te piramidy, doznać można zdumienia: wszak ten skomplikowany układ wzajemnych podparć zaistniał przypadkowo, a wystarczyłoby wyjąć jeden głaz, by cała piramida straciła równowagę i runęła.
Mój towarzysz pamiętał nieoznakowaną drogę do Piekliska, starego kamieniołomu na południowym zboczu Lwiej Góry, a prowadząc mnie tam, spełnił moją prośbę. Trudno byłoby trafić do kamieniołomu samemu, jednak warto: wyrobisko jest dzikie, zarośnięte, z pionowymi ścianami i stawem na dnie; wolałbym jednak nie widzieć go zamarzniętym i zasypanym śniegiem.


 Kilka już razy, widząc takie miejsca w Sudetach, zwróciłem uwagę na przemianę w ich wyglądzie i we własnym ich widzeniu. Rozryte zbocze góry wygląda jak wielka rana, jest miejscem brutalnej ingerencji w przyrodę, jest zniszczeniem, jednak gdy ludzie zabiorą swoje narzędzia i odejdą, zaczyna się proces zabliźniania ran, i niewiele trzeba lat, by to rażąco obce miejsce zaczęło tracić swoje negatywne cechy wyglądu, a nawet czasami bywa, że staje się ładnym zakątkiem urozmaicającym otoczenie – właśnie jak Pieklisko.
Było popołudnie, pora była wracać.
Przy Rozdrożu pod Jańską Górą, z miejsca ostrego skręcania zielonego szlaku, widać wierzchołki dwóch znanych i ładnych skał, Rylca i Fajki: niedostępne czarne skały wystają ponad świerki na zboczu, a te wydaje się z tego miejsca wysokie i niemal pionowe. Jak tam dojść? – rodzi się pytanie, wyraz podziwu i niedowierzania, ale też perspektywy wynoszącej skały pod niebo. Staliśmy tam dłuższą chwilę chłonąc widok tak ładny, mimo całej surowości zimowego dnia bez słońca i bez kolorów.
Część drogi powrotnej wypadła brzegiem Janówki, uroczego, prawdziwie górskiego strumienia. Płynie wartko przelewając się wśród skał, a wody toczy czyste i dźwięczne. Już zdążyłem polubić go i pozazdrościć Rudawom takiej ozdoby.
We wsi na nasze powitanie wyszedł z budy wilczur mający pilnować willi. Dziwny to pies: cichy, spokojny, niewiele interesujący się przybyszami, a za kumpli mający dwa koty. Lubię takie psy. Samochód usnął pod puchową pierzyną śniegu, ale gdy już się obudził, pewnie zawiózł nas białymi bocznymi drogami do domu.




Niżej wklejam zdjęcia wykonane przez Janka, oczywiście za jego zgodą.




 






niedziela, 8 stycznia 2017

Trzy chwile



Rzadko widzę swoje dzieci, dlatego gdy młodszy syn zaproponował wyjazd na Warmię, do lubianych przez niego miast, zgodziłem się ochoczo: dwa dni będziemy tylko my dwaj.
Wieczorem pierwszego dnia byliśmy w olsztyńskim ratuszu na koncercie kolęd danym przez dwa chóry. Słuchając dobrych, profesjonalnych wykonań a cappella na kilka głosów, wspomniałem dawne lata naszych wspólnych częstych wyjazdów do lubelskiej filharmonii, a później naszły mnie myśli o wigilii.
Listopad, symbol paskudnej jesieni, szarych i zapłakanych dni, oraz grudzień, czas najdłuższych nocy i najpóźniejszych ranków, mija mi nieźle, nie dokuczając zbytnio mojej psychice, dzięki odliczaniu dni do wigilii – magicznego wieczoru spędzonego z rodziną, a już ten jeden fakt ma u mnie znamiona wyjątkowości, czyli święta, jako że rzadko jestem w domu. Piszę tak, ponieważ czas świąteczny zawsze jest krótką przerwą w ciągu dni powszechnych, jest odmianą, wyjątkiem.
Styczeń, otwierając sobą szereg jednakowych, odległych od wiosny tygodni, bywał ciężką próbą; w ostatnich latach z pomocą przyszła pasja (i możliwości) wędrowania w każdą wolną niedzielę.
Więc wigilia. Trudno mi uchwycić jej istotę, czyli to, co czyni ten jeden wieczór najważniejszym, najbardziej oczekiwanym, magicznym. Może to być umiejscowione w czasie, w tym jednym wieczorze, moje marzenie przeżycia święta najświętszego, poczucia bliskości najbliższej, najpełniejszej jedności rodzinnej, marzenie przeniesienia w przyszłość, na cały rok, uczuć radości i ciepła.
A gdy już przyjdzie ten wieczór, mija zbyt szybko, zbyt prozaicznie, zostawiając we mnie poczucie niedosytu i obietnicę, rokrocznie powtarzaną, przeżycia następnej wigilii pełniej, świąteczniej, cieplej.
W dzieciństwie, w tych cudnych latach naszego życia, gdy wszystko przyjmujemy na wiarę i wszystko nas ciekawi, nawet fascynuje, nie tylko wykształcają się w nas te rysy osobowości, które później nosimy do końca życia, ale i niezmywalnym markerem notujemy sobie w głowie świąteczne dni – takie, jakie one były dla nas, dzieci chłonących świat z szeroko otwartymi oczami. A później przychodzi dorosłość odbierająca nam świat z bajki i na wprost stawiająca codzienność nieprzystającą do dzieciństwa. Na dokładkę dorosłość nie pozbawia nas pamięci dzieciństwa, tyle że nie pamiętamy tamtych dni pod choinką takich jakie one były naprawdę, a silne i kolorowe wrażenia dziecięce niedostępne dorosłemu.
Nosimy w sobie obrazy dzieciństwa tak przekształcone naszą pamięcią i przeżywaniem, że do końca swoich dni nie możemy się nauczyć oddzielania ich od realiów dorosłości.
Tak to tęsknoty przegrywają z możliwościami ich spełnienia, a dzieciństwo staje się rajem utraconym.
Poczułem pieczenie w oczach. Zatrzepotałem powiekami. Pomogło.

Na olsztyńskim zamku zwiedziliśmy wystawę poświęconą Kopernikowi, i tam właśnie, nad gablotą mieszczącą kopię „De revolutionibus”, zaczęła się druga moja chwila.
Dzieło otwarte było na stronie wypełnionej równym, starannym pismem (porównuję do mojego, omalże nieczytelnego nawet dla mnie), oraz rysunkiem. Nie rozumiałem go, jednakże znając się na rysunkach technicznych, ten widziałem jako pomocniczy rysunek przedstawiający znaczenia symboli użytych we wzorach matematycznych lub w wyjaśnieniach. Całość czyniła takie wrażenie, jakie powinna z racji swojej istoty: dzieła naukowego z obszernym naświetleniem tematu i z wyliczeniami. W tamtej chwili przypomniałem sobie o umieszczeniu przez Kościół tego dzieła na liście ksiąg zakazanych. Bardzo wymowny i emocjonalnie przeżywany stał się w tej chwili kontrast między rzeczowością wywodu naukowca, a motywowaną religijnie decyzją organizacji kościelnej. Gdy wspomniałem to wszystko, ta moja chwila stała się chwilą złości.
Oto wszechwładna organizacja mająca na sumieniu wielką ilość zła, a tym samym żadnych podstaw do oceny innych ludzi i nauczania moralności, nie mając pojęcia o odkrywanych w dziele prawach świata, autorytatywnie stwierdza, iż Kopernik myli się i jego dzieło nie może być rozpowszechniane, oczywiście dla dobra ludzi i wiary! Wzruszyłbym ramionami, gdyby ten ich okropny zwyczaj był przeszłością, ale nawet ja, osoba bardzo rzadko oglądająca telewizję, nie raz widziałem pewnych siebie członków tej organizacji wypowiadających się tak samo autorytatywnie jak przed wiekami na tematy najmniej im znane, mianowicie moralności i nauki.
Mułły wszelkiej maści nie muszą szukać prawdy o świecie wśród gwiazd, oni mają ją zapisaną w świętych (dla nich) księgach.

Jeszcze kilka miesięcy temu nie wiedziałem o istnieniu Ornety, małego miasteczka warmińskiego. Dowiedziałem się od syna, który rok temu przyjechał tutaj zaciekawiony nazwą; wydaje mi się, że później Orneta urzekła go także rynkiem i atmosferą swoich uliczek.
Siedzieliśmy przy stoliku w ciastkarni, przy jednej z bocznych uliczek odchodzących od rynku. Niewiele rozmawialiśmy, smakując ciastka i ostatnie minuty w tym mieście. Piłem kawę (czekała mnie długa droga powrotna za kierownicą) i spoglądałem przez okno. Wąska brukowana uliczka obsadzona kamieniczkami ze śladami dawnej świetności kończyła się wykrzywionym skrzyżowaniem, przed którym samochody zwalniały zapalając światła stopu i skręcały pokazując swoje egzotyczne dla nas numery rejestracyjne; stojący za skrzyżowaniem dom z szachulcowymi ścianami przywoływał wspomnienia sudeckich wiosek. Widziałem nielicznych przechodniów, szyldy sklepów i małych firm usługowych, a w tle, za plecami, słyszałem rozmowy ekspedientki z klientami.





Codzienne chwile zwykłego życia w zwykłym mieście.
Kierowca tego przejeżdżającego samochodu nie wie, że patrzę na niego, nie wie o moim istnieniu, a dla mnie jest tylko sekundowym obrazem i zaczynem budzącego się we mnie wrażenia. Siedzę tutaj patrząc na obrazy z życia mieszkańców nieznanego miasteczka, i myślę o ciągu przypadków splecionych z naszymi wyborami, które doprowadziły tutaj mnie i syna. Myślę, jak małe było prawdopodobieństwo zaistnienia tych wszystkich poplątanych konieczności potrzebnych do naszego siedzenia w tej cukierni na rogu małej uliczki w małym miasteczku na uboczu Polski. Może tak małe, jak spotkanie tej sprzedawczyni ciastek na kaczawskim szlaku? Zaraz wstaniemy, podziękujemy i wyjdziemy. Za kwadrans nie będzie nas tutaj, najprawdopodobniej nigdy już nie zobaczę tych ludzi, a jeśli nawet los zrządzi, że spotkamy się gdzieś, nie będzie nam dane rozpoznanie się.
Po drugiej stronie ulicy, na wprost okna, zobaczyłem mężczyznę wysiadającego z samochodu. Przez moment patrzył w okno cukierni, możliwe, że widział mnie. Pomyślałem, że może w tej chwili snuje on takie same rozmyślania jak ja – że jestem dla niego, jak on dla mnie, sekundowym statystą w jego filmie życia. Pomyślałem o czymś nie do wyobrażenia: o świecie milionów działających, myślących, marzących, smucących lub śmiejących się ludzi zajętych swoim zwykłym życiem. Ludzi widzących na ulicach i na obrzeżach swojej świadomości przechodniów – innych ludzi.


poniedziałek, 26 grudnia 2016

Rudawskie skały


181216
Parking przy schronisku Szwajcarka w Rudawach Janowickich, Przełęcz Karpnicka, Jańska Góra, Rozdroże pod Jańską Górą, skały Rylec i Fajka, Strużnickie Skały, Starościńskie Skały, Piec, Skalny Most, zielonym szlakiem na Husyckie Skały, powrót pod schronisko.



Parę lat temu powiedziałem sobie, że jako tako poznam Góry Kaczawskie, gdy spędzę na ich drogach sto dni. Wtedy ta myśl była chyba tylko zabawą, ale została we mnie jako umowna granica poznania tych gór. Ponieważ do tej symbolicznej setki brakuje mi tylko trzech dni, uznałem, że pora zwrócić większą uwagę na inne sudeckie pasma. Nie biorę rozwodu z moimi górami, są i będą moją pierwszą miłością górską – pamiętaną i odwiedzaną – ale pora dać szansę innym pasmom. Wybrałem Rudawy pamiętając urokliwe skały tych gór; później przyszło mi do głowy, iż na moją decyzję mogła wpłynąć ich bliskość do Gór Kaczawskich – z wielu miejsc Rudaw widać ich szczyty. Mimo prognozowanego deszczu, na wyjazd dał się namówić kolega; ciekawe, czy pojechałby, gdyby celem były Góry Kaczawskie… :-)
O zwykłej porze, czyli o brzasku, byliśmy na parkingu przy schronisku Szwajcarka. Ostatni kilometr jedzie się wyboistą i stromą leśną drogą. Przejazd samochodem osobowym jest możliwy, ale z zachowaniem ostrożności i tylko wtedy, gdy nie ma śniegu; po opadach lepiej zostawić samochód na parkingu przy szosie, na Przełęczy Karpnickiej, chociaż słyszałem, że zdarzają się włamania do pojazdów.
Rudawy są niewielkim pasmem górskim, liczą około 90 kilometrów kwadratowych, a powierzchnia Gór Kaczawskich wynosi 300 kilometrów bez pogórza, więc wszystkie główne szlaki Rudaw przejść można w kilka dni, jednakże ładnych skał usytuowanych nie tylko przy szlakach oraz w ich pobliżu, ale też pochowanych w głębi lasów, jest tak wielka liczba, że poznanie ich wszystkich wymaga czasu i myszkowania po stokach, o czym przekonałem się już pierwszego dnia. Skał na szczycie Jańskiej Góry trudno nie zauważyć, jednakże następne, Rylec i Fajka, nie są tak dobrze widoczne ze szlaku, a w ich odszukaniu mapa niewiele pomaga, jako że niedokładnie wskazuje ich lokalizację. Bardziej pomocne jest wypatrywanie w lesie wydeptanych bocznych dróżek, albo GPS do pieszych wędrówek, który w ręku kolegi bywał naszym przewodnikiem.
Tak, drogi są tam wydeptane. Patrząc na liczne ślady popularności Rudaw, myślałem o moich górach. Odczuwałem radość z powodu pustki kaczawskich szlaków, ale jednocześnie było we mnie jakby przeciwstawne odczucie – zazdrości o popularność zabarwionej żalem do tych wszystkich ludzi, którzy tutaj przyjeżdżają, a tam nie. Radość przeważała: gdy będę mieć dość ludzi na rudawskich szlakach, zawsze będę mógł pójść tak bardzo moimi, a im nieznanymi, dróżkami kaczawskimi.
Skałom należy dać szansę oglądając je z różnych miejsc, ponieważ bywa, iż tuzinkowa przy pierwszym oglądzie grupa skał okazuje się być ciekawą, ładną, a nawet intrygującą, po zobaczeniu jej z innej strony. Skały mają też tak znaną cechę całych gór: potrafią diametralnie, nie do poznania, zmienić swój wygląd w zależności od miejsca naszego patrzenia. Gdy zobaczyłem Rylec sterczący ostrym grotem wysoko nade mną, pomyślałem o trafności nazwy tych skał, jednakże z drugiej strony ich wygląd w niczym nie przypominał rylca, kojarząc się raczej z futurystycznym wieżowcem. 



Fajka natomiast z każdej pozycji jednoznacznie kojarzyła się z masywnym prehistorycznym jaszczurem. Tego rodzaju skojarzenia, a okazji do nich jest mnóstwo, mogą być w tych górach ciekawą zabawą.


Zbocza gór są na ogół bardziej strome niż kaczawskie, niemal wszędzie są zalesione, ale lasy poznane na dzisiejszej trasie są widne, ładne, zachęcające do wejścia na widoczne tu i ówdzie mało używane leśne dróżki. Poznaliśmy jedną z nich, biegnie w pobliżu Jańskiej Góry i jest po prostu urocza.
Szliśmy w gęstniejącej mgle, a kto widział w takich warunkach górski bór świerkowy albo las bukowy, temu trudno zapomnieć widok nieruchomych, czarnych pni niknących w szarościach lub srebrzystościach mgieł, wrażenia dzikości lasu, własnej samotności, ale i zauroczenia tym pierwotnym widokiem. 






Gdy doszliśmy w pobliże Lwiej Góry, do mgły dołączył śnieg, a widoczność spadła do dwudziestu metrów. Prawie pionowa ściana Starościńskich Skał wyłoniła się z mgły nagle, od razu wielka. Stanąłem przy niej i zadarłem głowę: na twarzy czułem zimne ukłucia płatków śniegu, a szczytu nie widziałem – niknął we mgle i w wirze śniegowych płatków. Niemała ściana wydawała się w tych warunkach ogromną, nieba dotykającą. Skały wołały, zachęcały do wejścia na szczyt, jednak uznaliśmy, że w takich warunkach – przy padającym śniegu i tak małej widoczności – wchodzić nie będziemy.
Chcieliśmy zobaczyć sąsiednie grupy skalne Starościńskich Skał, ale mój pryncypał namieszał mi w głowie telefonem (GSM – błogosławieństwo i przekleństwo, czyli dwa w jednym): rozmawiałem idąc, a nim skończyłem rozmowę, byliśmy na tyle niżej Skał – a i pora była późna – że ich zobaczenie odłożyliśmy na inny dzień.
Z dna doliny szlak wznosi się płytkim wąwozem wydeptanym przez ludzi i wypłukanym przez wodę. Idzie się skalistym dnem strumienia, jak nierzadko bywa w wyższych górach, miejscami stąpając po kamieniach wystających nad nurtem – urokliwe, prawdziwie górskie miejsca. Pozazdrościłem Rudawom, ponieważ w Górach Kaczawskich raczej nie spotyka się takich. Chwil odruchowego porównywania obu pasm górskich i zazdroszczenia Rudawom ładnych miejsc, miałem wiele tego dnia.
Zalety skał Piec docenić można przy dobrej widoczności, a że takiej nie było, należy mi wrócić tam, natomiast Skalnemu Mostowi, sąsiedniej grupie skał, mgła nie przeszkadzała. Prezentował się większy, niż zapamiętałem go będąc tutaj sześć lat temu. Podchodziłem coraz bliżej, coraz bardziej zadzierając głowę na szczyty skał, na zaklinowane między dwiema ścianami kamienie tworzące ów most, powtarzając w myślach zdumione pytanie: to ja tam byłem? Obszedłem wtedy skały i od tyłu, wykorzystując niewielką wysokość i urozmaiconą rzeźbę ściany, wdrapałem się na szczyt i doszedłem do mostu, robiąc mu zdjęcie z góry. Pamiętam, że nogi mi drżały, gdy zszedłem. Dzisiaj nie próbowałem tam wejść, ograniczając się do podziwiania skał z dołu, a wrażenie czyniły duże.
Oto zdjęcie mostu wykonane z góry w 2010 roku.


A tutaj zdjęcia z ostatniego wyjazdu.




Na parkingu – byliśmy tam krótko przed końcem dnia – mój towarzysz zaproponował pójście na Husyckie Skały stojące w pobliżu przełęczy między Sokolikami. Zmierzchało się, gdy doszliśmy tam. Szara godzina końca mglistego dnia zimowego ma urok, który może dziwić, ale któremu z przyjemnością się poddaję. Jest w nim nostalgiczny smutek końca, poczucie oddalenia od cywilizacji i zdania tylko na siebie. Kolega myszkował gdzieś niżej, a ja dłuższą chwilę stałem sam na skałach. Świat wokół widziałem pierwotnym, dzikim i surowym. Podobał mi się.
Jazda leśną drogą po zmroku, gdy w świetle reflektorów nierówności stawały się czarnymi, bezdennymi dziurami, budziła obawy o całość zawieszenia mojej vectry, ale i przydała uroku wyprawy ostatnim minutom w Rudawach.
Wrócę tam już na początku stycznia.