Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

niedziela, 14 stycznia 2018

Deszczowa wędrówka


070118
Muchów, Mszana, Nowowiejski Wąwóz, Ruski Most, Zbójecki Zamek w Wąwozie Siedmickim, Nowa Wieś Wielka, Wąwóz Lipa, Olszowy Staw, czarnym szlakiem do Muchowa.


Noc niechętnie ustępowała przed dniem. Siedziałem w samochodzie i patrzyłem na krople deszczu spływające zygzakami po szybach. Zapaliłem światło, na dworze w tej samej chwili nastała noc; po wciśnięciu przycisku wrócił szary, smętny i zapłakany świt. Zapowiadano jedną godzinę deszczu, pomyślałem pocieszając się. Założyłem ochraniacze i plecak, w kieszeń włożyłem kanapkę i nieprzemakalne rękawice. Była godzina 7.15, rozjaśniło się na tyle, że ruszyłem.
Nim dojdę do dróżki w lesie, powinno się zrobić całkiem jasno – pomyślałem.
Wyruszałem z wioski Muchów, a szedłem na Mszanę. Górę widziałem niedawno przechodząc w pobliżu i obiecałem sobie ją odwiedzić. Cała jest zalesiona, widoków z niej nie ma żadnych, ale jest tam tak ładnie, że mało raz być i już nie wrócić. Sama góra jest rezerwatem, przejść można tylko wyznaczonym szlakiem i nawet grzybów zbierać nie można. Dobrze, pójdę szlakiem. Poszedłem i swoim zwyczajem drogę zgubiłem. Chyba nie potrafię chodzić wyznaczonymi szlakami. Nie, nie zabłądziłem, bo co prawda słońce nie było widoczne, ale iść tamtędy jest łatwo: pod górę idzie się na szczyt, w dół do drogi leśników. Więc szedłem pod górę lasem, którego pamiętałem z pierwszych odwiedzin góry: to las grabowo-dębowy ze sporą domieszką klonów. Wyobrażacie sobie taki las w lecie? Albo wczesną jesienią? Czy może być ładniejszy las? Wątpię. Znam kilka takich lasów w moich górach, ale nie zdradzę wszystkich, niech będą moimi prywatnymi rezerwatami.



Pod szczytami (Mszana ma przynajmniej dwa wierzchołki) leżą czarne złomy bazaltu, wszędzie wokół z ziemi wystają ostre i czarne zębiska skalne, a wśród nich, albo na nich, leżą, czasami jedne na drugich, drzewa zwalone wiatrem lub wiekiem. Dzikie, urokliwe miejsca, aczkolwiek surowa jest ich uroda. Góra nie jest nekiem, ale to bazaltowe rumowisko jest pozostałością po wulkanie, który po prostu lawą zalał okolicę.
Wrażenie robi wieża widokowa. Jest solidna, kamienno-ceglana, ze spiralnymi schodami i maleńką platformą widokową, tyle że widoków z niej nie ma, bo jest niższa od drzew wokół. Dwie znam takie „niewidokowe” wieże, wszystkich jest więcej, a ich budowę finansowało niemieckie towarzystwo miłośników Sudetów ze składek swoich członków. Tyleż lat temu mieli na to fundusze i odczuwali potrzebę takich budów, nam brakuje jednego i drugiego. A ileż jest w Sudetach ruin schronisk zbudowanych i użytkowanych przez poprzednich gospodarzy tych ziem, a po wojnie zniszczonych! Czasami odczuwam wstyd.



Pod wieżą, w miejscu kopalnianego wyrobiska, bazalt góry jest odsłonięty. Dziwna i ładna jest tam formacja skał pękających w równe, sześciokątne słupy. Stojąc przed skalną ścianą widać, jak cienką warstwę zajmuje las – życie na martwych kamieniach. Patrząc na te słupy i drzewa rosnące na nich, pojawia się myśl o wielkości Ziemi: wszystko, co nam bliskie i swojskie, cały nasz świat, jest cienką skorupką na skałach sięgających tysiące kilometrów w głąb kuli ziemskiej.


Wczoraj wspomniałem miejsca moich przerw w łazędze, a dzisiaj pomyślałem o odwiedzeniu jednego z nich. Jest kilka kilometrów na południe, nad małym strumykiem Rogozino, a że w pobliżu są ładne wąwozy...
Dwojaki jest ich urok. Idąc łagodnie tam falującymi polami widzi się ścianę lasu – zwykły widok, ale gdy wejdzie się między pierwsze drzewa, nagle równa i przyjazna powierzchnia pól załamuje się i ostro opada w ciemny jar – jakby w inny świat się wstępowało. Dnem płynie strumień, a zbocza, dość strome, czasami dwudziestometrowej wysokości, najeżone są czarnymi i metalicznie zielonymi, nierównymi, kruszejącymi skałami. Niektóre wysokie są na dziesięć metrów, a wśród chaotycznych kształtów zdarzają się pionowe ściany. W szarym lesie, pod burym niebem, te skały wydają się wieczne i… i niechętne człowiekowi. Pod grupę najwyższych skał wdrapałem się, chcąc z bliska spojrzeć na nie, dotknąć, zadrzeć głowę i spod podstawy zobaczyć ich szczyty. Rozsądne to nie było, jako że nachylenie stoku jest duże, pod liśćmi leżą oślizłe gałęzie i ruchomy, drobny skalny rumosz. Macałem go kijami i butami, a myśl wracała do zdarzenia, które spotkało kolegę z pracy: spadł z niskiego stopnia drabiny, złamał dwa palce stopy i dwa miesiące się kurował. Do pracy wrócił, ale kuleje.





Po wyjściu z pierwszego wąwozu dochodzi się do rozstaju dróg. Moja wypadała w prawo, ale wiedziałem, że gdy pójdę w lewo, po kwadransie dojdę do kolejnego wąwozu i do skały Zbójecki Zamek. Skręciłem w lewo, chcąc jeszcze raz przeżyć wrażenie pamiętane z czasu pierwszego przejścia. Najpierw na zboczu dostrzega się niewyraźny zarys wysokiej skały między drzewami, a gdy podejdzie się bliżej, wydaje się, że skała wyrasta z dna wąwozu i go tarasuje. Pamiętam, że będąc tam pierwszy raz, odruchowo zapytałem się siebie, co się dzieje z wodą strumienia, skoro wąwóz jest zagrodzony skałą. Nieco dalej widać, że złudzenie tarasowania jest efektem zakręcania wąwozu. Skała jest duża, oczywiście czarna, poszarpana, a żeby dojść do niej, trzeba przejść przez gruby pień zwalonego świerka najeżonego gałęziami niczym palisada na podejściu pod zamek. Ciemno tam, dziko i ładnie.
Przed wejściem do Wąwozu Lipa stoi tablica informacyjna. Dowiedziałem się z niej o podwodnym rodowodzie skał na zboczach wąwozu: są pozostałością po wylewie lawy z wulkanu na dnie morza i mają blisko pół miliarda lat. Wtedy nawet dinozaurów jeszcze nie było! – pomyślałem ze zdumieniem. Niżej przeczytałem o ostańcach denudacyjnych. Hmm, czy to ma sens? Czy nie ma tutaj masła maślanego? Ostaniec to po prostu skała, która się ostała, a procesy denudacyjne to te wszystkie liczne mechanizmy powodujące wyrównywanie Ziemi, obniżanie wyniosłości, to dążność po tworzenia równin. Po co więc pisać o ostańcach denudacyjnych, skoro wszystkie są takie? Znajduję tutaj charakterystyczną dla geologów skłonność do (nad) używania mało znanych – ale uczenie brzmiących – nazw związanych z budową i morfologią Ziemi.




Znaki szlaku nakazywały skręcać, ale usłyszawszy bliski szum jadącego samochodu, zaintrygowany wyszedłem z lasu na jezdnię i się rozejrzałem. Tutaj nie powinno być szosy. Gdzie ja jestem? Na chybił trafił wybrałem kierunek i ruszyłem. Po stu metrach poznałem zatoczkę parkingową: byłem pod wsią Lipa, ale nie tam, gdzie się spodziewałem. Dopiero w rezultacie dokładnej analizy mapy stwierdziłem, że z moim jej czytaniem nie zawsze jest tak, jak chciałbym żeby było; po prostu popełniłem gafę nie biorąc pod uwagę odległości i przebiegu trasy. Ponownie wszedłem w las by dokończyć wędrówkę.
Deszcz, chwilami z domieszką śniegu, siąpił bez przerwy. Nie przemokłem, ale całe wierzchnie ubranie miałem zawilgocone. Nieopatrznie założyłem lekkie buty, no i teraz, po wielokrotnym przechodzeniu przez strumienie, w lewym poczułem wilgoć. Pierwszy prawdziwy egzamin zdały nieprzemakalne rękawice okazując się naprawdę trudne do przemoczenia.
Doszedłem do ładnego Olszowego Stawu.


 Wiedziałem, że z drugiej strony wpływa do niego strumień, do którego chciałem dojść. Była godzina piętnasta, miałem półtorej godziny do zmroku i cztery lub pięć kilometrów do samochodu. Zdążę, stwierdziłem i poszedłem wzdłuż brzegu. Trafiłem na zarośla, zacząłem je omijać, w końcu uznałem, że nawet jeśli dojdę, nie będę mieć czasu na posiedzenie w spokoju, na wsłuchanie się w siebie. Wracając, znalazłem inne ładne miejsce, nad samym stawem. Stałem tam chwilę patrząc na uroczą wysepkę i dwa łabędzie. Teraz mam dwa miejsca do odwiedzenia.
Zaczynał się zmierzch. Wracałem. Deszcz zamienił się w śnieg, powoli malując las na zimowo. Dwa kilometry przed wioską zobaczyłem zadaszone ławki, miejsce odpoczynku dla turystów. Usiadłem i pijąc resztkę herbaty, jedząc ostatnią kanapkę, patrzyłem na niknące w mroku małe brązowe buki po drugiej stronie drogi. Dobrze mi się tam siedziało, podobał mi się ten zmierzch mokrego, szarego dnia zimowego.
Wstałem, gdy wstrząsnęło mną zimno, i na zesztywniałych nogach ruszyłem do wioski.




czwartek, 11 stycznia 2018

O miejscu przy drodze


060118

Sędziszowa, Gozdno, lasami do wsi Kondratów, Góra Śmierci (vel Trupień), Kondratów, zbocza Jastrzębnej, Gozdno, Sędziszowa.




Na ten dzień planowałem inną trasę, głównie lasami, ale widząc w czasie jazdy gwiazdy i pierwsze czyste kolory jutrzenki, zaparkowałem w pobliżu Wielisławki. Byłem w tej okolicy kilka razy, są tutaj miejsca zawsze chętnie odwiedzane. Jest urocza polna droga, ciemny zakątek wśród drzew ze skałami, ulubione zbocze Wielisławki, widokowe miejsce pod dębami na brzegu lasu i rozległych pól, a także pamięć kilku wędrówek tędy w słoneczne dni wczesnej jesieni. Plan trasy wypełnił się postanowieniem dokładniejszego poznania zboczy Jastrzębnej i wejścia na Górę Śmierci.

Lubię iść tamtą drogą. Łagodnie wspina się ku odległej ścianie lasu, po lewej wyłania się z ziemi Wielisławka, a za mną ogromnieją kaczawskie góry. Zatrzymuję się często, odwracam i liczę je, ciesząc się każdym rozpoznaniem. Wyłuskuję z mnogości odległych szczegółów drzewa, obok których szedłem, przełęcz, na której siedziałem, drogę, która kiedyś prowadziła mnie zielonymi polami, a widziana stąd jest niewyraźną cienką nitką. Gdy jestem wyżej, blisko już lasu, krąg horyzontu spinają dwie wyjątkowe góry: spiczasta Ostrzyca wychylająca się zza masywnej, rozległej Wielisławki, i równy stożek Śnieżki nad najwyższymi kaczawskimi szczytami. Tutaj, na tej drodze, po raz pierwszy widziałem blask wschodzącego słońca odbity w szybach obserwatorium na szczycie góry, tutaj widziałem majestatycznie wielką i wspaniale kolorową łunę zachodu rozpaloną na pół nieba.





Droga przecina małą nieckę, rosły tam niewielkie drzewa i krzewy, teraz leżą niedopalone gałęzie. W czarnym popiele ognisk widać zwoje drutów, a to znaczy, że palono tam opony. Obok w przydrożnym rowie leżą worki ze śmieciami.

Nieco dalej droga wyrywa się na otwarty przestwór i biegnie dalej; oboje staramy się zapomnieć o tamtym miejscu.

W lesie znowu strzelanina.

– Czy pan wie, że jest w samym środku polowania? – w głosie myśliwego siedzącego na ambonie usłyszałem pretensję.

Wiem, że skoro naruszyliśmy równowagę tępiąc naturalnych wrogów zwierzyny płowej i dzików, myśliwi są potrzebni skoro zastępują wilki, ale nie lubię ich. Może polubiłbym, gdyby zostawili swoje sztucery i lornetki, a wzięli oszczepy, ostatecznie łuki.

Miałem mocne postanowienie poznania szlaku turystycznego biegnącego przez ten las, ale jak zwykle go zgubiłem. Machnąłem ręką idąc według słońca, a gdy już wyszedłem z lasu, zobaczyłem… znak szlaku. Nie wiem skąd się przyplątał.

Nieco niżej usiadłem na miedzy chcąc odpocząć i wypić herbatę. Obok droga nikła między dużymi dębami, na wprost zielone pola falowały po stoku wzgórza, a dalszy horyzont zamykały lasy. Cisza, pustka i tak bardzo lubiane kaczawskie widoki.



Spośród zapewne już setek, pamiętam wiele miejsc takich przerw w wędrówkach. To, co je łączy, to ich swoisty, niepozorny urok. Ot, zwykłe, zdawałoby się, miejsce przy mało używanej drodze, gdzieś z dala od szos i głównych szlaków, ale jednocześnie miejsce w jakiś sposób przyciągające wzrok. Na przykład grupą dużych drzew, albo i jednym wśród pól czy łąk dębem, kępą głogów i róż rosnących na miedzy, lub po prostu przydrożnym kamieniem uznanym za dobry na chwilowe siedzisko. Jest jeszcze coś, być może ważniejszego: wrażenia i wyobraźnia. Idę już długo i wiele jeszcze drogi przede mną, ale mam gdzie iść. Za tydzień, a może już pojutrze, dojdę tam, gdzie czeka na mnie. Otworzę drzwi, zobaczę jej uśmiech, i będę u celu. To wrażenie prawdziwej wędrówki, takiej wielodniowej, za góry i lasy, bez telefonu w kieszeni i jutrzejszego powrotu do pracy.

Są miejsca, które w mojej pamięci oderwały się od otoczenia tracąc swoją lokalizację. Pamiętam kamienistą drogę spadającą ze zbocza, jasność pola za ostatnimi drzewami, a obok kilka wyjątkowo grubych buków z zielonymi od mchu korzeniami, ale nie pamiętam, gdzie jest to miejsce, a chciałbym je znaleźć. Są też miejsca, których wspomnienie jest tylko jednym obrazem, jednym wrażeniem: garść kolorowych kamyków na dnie strumyka, przy którym siedziałem, wychylona gałąź różanego krzewu zaczepiająca o moją czapkę, biedronka lądująca na kolanie, żołędzie leżące w pyle drogi; jedno miejsce wyróżniło się w mojej pamięci ulgą, z jaką wyciągnąłem nogi opierając się o pień drzewa.

Nie wiem, czy to dzisiejsze miejsce moja pamięć dopisze do swojej listy, ponieważ nie ja, a ona decyduje.



Parę lat temu wyszukałem dziurę w ogrodzeniu kopalni pod Złotoryją i stromym zboczem wszedłem na szczyt Wilczej Góry vel Wilkołaka. Ten wielki nek istnieje tylko w połowie, drugiej części już nie ma, jest wywieziona na okoliczne budowy. Charakterystyczny kształt góry, uciętej niemal pionowo w połowie, widać z wielu kilometrów. Kusiła mnie właśnie ta wielka ściana urwiska, więc wszedłem i z góry spojrzałem na kopalnię kruszywa – widok warty ryzyka przekraczania ogrodzenia i drapania się po stromym zboczu. Dzisiaj przyszła kolej na drugą górę rozrywaną maszynami.

Od wioski wiedzie po zboczu malownicza i widokowa droga, warto pójść tam dla niej samej. Kopalnię zastałem oczywiście zamkniętą, ale nie ogrodzono całego szczytu jak pod Złotoryją. Uznałem, że skoro wdrapałem się na Wilkołaka, wejdę i na Trupienia – żeby było do pary: dwie góry zabijane przez ludzi i dwie nazwy rodem w horroru. Ze szczytu zobaczyłem przerażającą dziurę w górze. 




Zobaczenie wykopu pod fundament domu to nic szczególnego, ale widok wyrwy sto tysięcy razy większej i nie żółtej od piasku, a czarnej od spękanego bazaltu, przywodzi na myśl ranę zadaną Ziemi. Tak, tak: kruszywo potrzebne jest do budowy dróg, brakuje nam esek, a takich gór mamy w Sudetach mnóstwo, więc jeśli jednej czy dwóch zabraknie… Tak, wiem i rozumiem, tylko góry mi szkoda. Czyżbym więc traktował górę, rzecz przecież, jak osobę? Tak i jeszcze raz tak. Nie tylko dlatego, że my wszyscy i w wielu sytuacjach dajemy osobowość rzeczom i zjawiskom; drugie moje potaknięcie poczuje wielu, mam nadzieję, spojrzawszy na dużą kopalnię kamienia. Widziałem ich kilka w moich górach, wszak poza tymi dwiema górami i parę innych powoli znika, a widząc, miałem wrażenie patrzenia na istotę cierpiącą. Niemal słyszałem wyrzut góry: zobacz, co mi robicie!

Racjonalista i ateista tkwiący we mnie mówi mi, że to tylko wrażenie, nic więcej, ale całkowitej pewności nie mam.



Niedawno przechodziłem nieznanymi mi miejscami na stokach Jastrzębnej, góry, której inne zbocze zauroczyło mnie kilka lat temu. Wtedy nie miałem czasu przyjrzeć się bliżej tamtym miejscom, dzisiaj chciałem pomyszkować po okolicy, ale znowu przeliczyłem się z czasem. Właściwie to dobrze, ponieważ poznając tamte ładne zakątki na raty, mam gdzie wracać.

Wiele razy przechodziłem łęgi w moich górach, a jest ich tam sporo, aczkolwiek nie są duże. Sporo rośnie tam wierzb, a te, zwłaszcza iwy, potrafią tworzyć gąszcz tak dziki i trudny do przejścia, tak przeraźliwe smutny, że widziany w chmurny dzień, a już zwłaszcza o zmierzchu lub szarym świtem, potrafi robić naprawdę silne wrażenie.

Dużo jest w Górach Kaczawskich lasków rosnących na polach, w miejscach nie do zaorania, i wiele z nich jest bardzo gęstych. Owszem, w środku takich wysepek potrafi rozpychać się szeroki, masywny dąb (pod nim można znaleźć idealnie odosobnione miejsce na biwak), strzelać w górę lipa czy osika, ale bliżej brzegów rośliny walczą o każdy centymetr ziemi, o każdy promyk światła. Tarnina, głóg, dzika róża, oczywiście czarny bez, a niżej plątanina jeżynowych pędów czyhających na but nieuważnego człowieka, tworzą mury nie do przejścia, nawet dla zwierząt. Pod Wielisławką wychodziłem z takiego gąszczu jedynym przejściem – ścieżką zwierząt, i mimo iż szedłem w kucki, piętami dotykając pośladków, kolczaste gałęzie chwytały plecak.

Dzisiaj widziane zagajniki nie były laskami łęgowymi ani nie rosły na uskoku omijanym przez pługi. Zdaje się, że znalazłem resztki starych sadów owocowych. Rośnie tam luźna grupa pokracznie wykrzywionych czereśni i grusz, ale są też gęstwiny równie trudne do przejścia, jak łęgi wierzbowe, ale tworzone głównie przez stare drzewa owocowe poprzerastane czarnym bzem i leszczyną.

Smutne są zapomniane sady.

Wracając, łunę zachodu miałem przed sobą. Kończył się ładny dzień.




Janku, pamiętasz te kałuże? Kiedyś robiliśmy zdjęcia niebu w nich odbitemu.

Chomiku, zdjęcie poniżej jest Jankowe, sprzed ponad roku, są na nim te same kałuże ale ładniejsze, widać na nich kawałek nieba.


niedziela, 7 stycznia 2018

O muzyce i o posiadaniu


030118

Rozpoczynanie nowego roku estetyczną ucztą słuchania koncertu z Wiednia jest u mnie tradycją kultywowaną od wielu lat.

Koncert ten jest zapewne najsławniejszym, najbardziej znanym wydarzeniem muzycznym na świecie. Za prawo jego oglądania i słuchania płacą telewizje połowy krajów Ziemi, a chętnych do osobistego uczestnictwa jest tak wielu, że aby móc kupić bilet na jeden z trzech koncertów (próbny, sylwestrowy i noworoczny), należy zarejestrować się na stronie Filharmonii Wiedeńskiej i… czekać na wynik losowania. Bilety kosztują od około trzydziestu do tysiąca euro. Dobrze, że takie rozwiązanie wprowadzono, wszak gdyby ustalili ceny dziesięciokrotnie wyższe, też mieliby chętnych.

Chociaż nie jestem miłośnikiem twórczości rodziny Straussów, doceniam mistrzostwo wykonania utworów, piękną scenerię i to jakże cenne poczucie wyjątkowości.

Wspaniałe wystrojenie kwiatami wielkiej Złotej Sali budzi nie tylko podziw graniczący z oszołomieniem, ale i myśli o organizacji operacji zdobienia sali. Ostatnio także nieco smutne myśli o losie tych tysięcy pięknych róż: dla wywarcia wrażenia umieszczono ich tam, jedna przy drugiej, tak wiele, że wydają się stłoczone, bez możliwości pokazania swojej urody. Byłyby ładniejsze, gdyby było ich mniej. Przypomina mi się tutaj pewna scenka z przyjęcia u cezara opisana w „Quo vadis” i ocena Petroniusza…

Nie mając słuchu muzyka, nie mogę w pełni docenić maestrii austriackich filharmoników, jednakże pewne obycie z muzyką klasyczną pozwala mi smakować perfekcyjną grę orkiestry.

Każda perfekcja, czy jest nią mistrzowskie zaprojektowanie układu elektronicznego lub mostu, ułożenie programu komputerowego lub wiersza, czy po prostu wykonanie potrawy, w której poprzez nasze zmysły dostrzegamy artyzm, budzi mój podziw i szacunek dla twórców.

W czasie świątecznego pobytu w domu miałem okazję być w restauracji podającej dania, które zaskakują smakiem, doborem składników, wyglądem, ale też odwagą i pomysłowością cechującą mistrza. Nigdy nie wpadłbym na pomysł podania dziczyzny w sosie czekoladowo-piwnym, albo lodów na cieście w skład którego wchodzi boczek, a szef tamtej kuchni wpadł i nie była to wpadka, a ciekawe i smaczne doświadczenie kulinarne. Odbiegłem od tematu, ale później okaże się, mam nadzieję, że tylko troszkę.

Najwyższe mistrzostwo ma dwa filary. Jeden otrzymujemy za darmo od losu, a są nim predyspozycje naszego umysłu, nasz talent, drugi jest nasz i tylko nasz: własna praca nad darem. Poza bardzo nielicznymi geniuszami, wszyscy pozostali muzycy musieli latami uczyć się gry. Wśród najtrudniejszych do opanowania instrumentów muzycznych są skrzypce. Skończywszy średnią szkołę muzyczną, a więc po dziesięciu latach nauki, uzdolniony trębacz może usiąść wśród filharmoników, jednak skrzypaczka raczej dopiero po skończeniu akademii muzycznej zagra koncert skrzypcowy Beethovena. Tysiące, nie – dziesiątki tysięcy godzin nauki by w piękne dźwięki przełożyć zapis kompozytora. Co było potrzebne, aby jemu samemu te dźwięki pojawiły się w wyobraźni? Podobnie, chociaż większy akcent położyłbym na talent.

Orkiestra symfoniczna jest zespołem liczącym na ogół, bo nie ma tutaj norm, około 50 muzyków, z których każdy przez lata i niemałym kosztem zdobywał potrzebne umiejętności. Bywa, że do wykonania utworu potrzebna jest orkiestra sporo większa, nawet stuosobowa lub chór. Albo jedno i drugie, jak w pewnej symfonii Mahlera.

Koncert symfoniczny jest ostatecznym efektem ogromnej ilości pracy każdego z muzyków,  najwyższym stopniem muzycznego wyrafinowania, najdalszym odejściem człowieka od praktyczności i użyteczności.

Jest rezultatem skrajnie wysublimowanych potrzeb ludzi.

Jest także przejawem finansowej ekstrawagancji, na którą stać tylko zamożniejsze kraje i miasta, jako że filharmonia to nie tylko muzycy, ale też specjalny i niemały budynek, to zespół pracowników technicznych i administracyjnych oraz służbowe wyjazdy, ogrzewanie, naprawy, itp., itd. To przynajmniej setki tysięcy złotych miesięcznie, w czasie których orkiestra da ledwie kilka koncertów, a wcześniej miliony wydane na naukę i budowę.



Od zawsze, od pierwszego wysłuchanego koncertu (a było to w warszawskich Łazienkach w 1976 roku), miałem świadomość uczestniczenia w wyjątkowym misterium.



Odczuwam wdzięczność do losu za życie tutaj i teraz. Za możliwość wysłuchania koncertu symfonicznego na żywo, pojechania gdzie chcę bez uzyskiwania zezwoleń i bez zaciągania trudnych do spłacenia zobowiązań, za możliwość realizowania swoich pasji, rozwijania się duchowego. Za unormowane i bezpieczne życie w normalnym i cywilizowanym kraju, mimo tych dziwnych typów widywanych w telewizorni, których czasami trudno mi nazwać prawdziwie cywilizowanymi.

Nierzadko słyszę narzekania na ciężkie czasy, na biedę w naszym kraju; słyszę wzdychanie przy porównywaniu naszej zamożności do krajów najbogatszych. Tym malkontentom powiem, że na niemal dwieście państw zajmujemy czterdzieste miejsce w rankingu zamożności. Mimo rozbiorów, dwóch wojen i komunizmu; mimo miejsca w połowie tej listy ćwierć wieku temu, czyli tam, gdzie teraz jest Ukraina. Znalazłem też listę, którą układano biorąc pod uwagę nie tylko przychód gospodarki na głowę, ale i szereg innych czynników tworzących jakość życia, na przykład atrakcyjność krajobrazowa i bezpieczeństwo; na tej liście zajmujemy trzydzieste czwarte miejsce, a pod względem bezpieczeństwa lokują nas na dwudziestym pierwszym miejscu na świecie. Powodem głównym jest niewątpliwie brak terroryzmu, bo w ciemnej ulicy różnie być może.

Jesteśmy nastawieni na kupowanie, posiadanie, na szybkie wymienianie dóbr na nowsze. Jesteśmy tacy, bo łatwo dać się przekonać do konsumpcji, a przekonują nas i to usilnie. Gospodarkę każdego rozwiniętego kraju cechuje nadpodaż, a to znaczy, że wytworów przemysłu i usług jest więcej, niż możliwości zakupu, a nade wszystko więcej niż realnie potrzebujemy. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich towarów i usług w jednakowym stopniu. Cóż więc robi przemysł? Ano, przekonuje nas do kupna, a jeśli te przekonywanie, czyli po prostu reklamowanie, nie jest dość skuteczne, obniża ceny kosztem żywotności urządzeń. Byle sprzedać, byle utrzymać produkcję, byle mechanizm się kręcił: kupić, krótko używać, wyrzucić, i tak bez końca. Dobrowolnie, chociaż na ogół bez pełnej świadomości, bierzemy udział w tym rozpasaniu, w tym wariactwie wyprzedaży, czyszczenia magazynów, promocji, obniżek cen ważnych tylko do końca tygodnia. Używanie rzeczy do jej naturalnego zużycia nie powinno być postrzegane jako skąpstwo czy oznaka biedy, a jako przejaw rozsądku i mądrości, także świadomości ekologicznej. Powinniśmy przyjąć do świadomości oczywisty fakt: w czasach ogromnej różnorodności usług i towarów stanem naturalnym jest brak możliwości zdobycia wszystkiego, na co mielibyśmy ochotę. Chęć posiadania jest podstępna i nienasycona. Ma wielki dar przekonywania i wszystkiego jej mało, należy więc świadomie i mądrze ją ograniczać niekoniecznie z powodu oszczędzania, a raczej dla swojego czasu, równowagi psychicznej i spokoju.

Konsumpcja nierzadko stoi w opozycji do jakości życia, a wygrane z nią bitwy przynoszą nie tylko satysfakcję, ale i poczucie bycia wolnym.

Zdaje się, że bajdurzę na zielono, co o tyle dziwi, że nigdy nawet nie zajrzałem na strony ekologów, a filozofia potrafi mnie nudzić. Tych przekonań nie przyjąłem od kogoś z powodu mody, trendów, presji środowiska. One są po prostu logiczne i racjonalne, najzupełniej niezależne od obcej mi w gruncie rzeczy dwudziestopierwszowiecznej mody bycia eko.

Wracając do pierwszego tematu powiem, że spotkałem się z twierdzeniem, iż słuchanie muzyki też jest konsumpcją. Przyznam, że stwierdzenie zaskoczyło mnie trochę i uczyniło bezradnym, ponieważ wydaje się prawdziwe. Nie bardzo mogłem mu zaprzeczyć, ale czułem w sobie bunt. Zastanowiwszy się, jego prawdziwość znalazłem tylko w ostrym podziale naszej pozycji względem dóbr, także dóbr kultury: albo je tworzymy, albo konsumujemy. Trudno wymyślić trzecie stanowisko, ale ten podział omija istotną różnicę. Wszak przeżywanie muzyki, jak i każdego innego przejawu ludzkiej kultury, a także pokrewne przeżywanie uroków natury, jest przeżyciem duchowym, estetycznym. W naszym wnętrzu nie jest odległe od tak cennych i całkowicie oderwanych od świata dóbr stanów ducha jak bliskie więzi z ludźmi, miłość, jak radość życia.

Konsumowanie muzyki jest kontemplacją piękna.



No i na koniec powinienem przypomnieć, że aby móc owe piękno przeżyć, potrzebne są pieniądze, i to w niemałej ilości, a więc biznes, kupowanie i podatki.

Ot, gordyjski węzeł.



Aby zakończyć lżejszym tonem, napiszę parę słów o Nowym Roku.

W tych dniach często czytałem życzenia szczęścia, pomyślności, etc., w Nowym Roku. Dlaczego wielką literą? – pomyślałem, jakbym pierwszy raz je zobaczy. Moja znajoma uczyniła jakże logiczne rozróżnienie: pisząc małą literą, powinno się mieć na myśli rok, wielką – noworoczny dzień, ponieważ jest to nazwa pierwszego, świątecznego, dnia stycznia.

Życzmy więc wszystkim ludziom dużo dobrego w całym nowym roku, a nie tylko w Nowym Roku.



środa, 27 grudnia 2017

Piękno i poznanie


271217

Z książki „Ponad granicami” Wernera Heisenberga.

>>(…) Dokonał Pitagoras słynnego odkrycia, że równo napięte drgające struny współdźwięczą harmonijnie, gdy ich długości pozostają do siebie w prostej proporcji wymiernej. Matematyczna struktura, mianowicie wymierna proporcja liczbowa, jako źródło harmonii – było to z pewnością jedno z najbardziej brzemiennych w skutki odkryć, jakich w ogóle dokonano w dziejach ludzkości. Harmonijne współbrzmienie dwóch strun daje dźwięk piękny. Ucho ludzkie odbiera dysonans, niepokój wywołany wahaniami amplitudy jako coś przykrego, natomiast spokój harmonii, konsonans – jako piękny. Stosunek matematyczny staje się więc także źródłem piękna.
Piękno jest, tak głosiła jedna z antycznych definicji, właściwą zgodnością części ze sobą wzajem i z całością. Częściami są tutaj poszczególne tony, całością jest harmonijny dźwięk. Stosunek matematyczny może więc dwie niezależne zrazu części zespolić w jakąś całość i w ten sposób wytworzyć piękno.<<

Oto słowa Arystotelesa o pitagorejczykach:

>>Dopatrując się w liczbach właściwości i podstaw harmonii, jako że wszystko inne całą swą naturą jawiło się im z liczb, naśladowanie liczby zaś tym, co w całej naturze pierwsze, ujęli elementy liczb jako elementy wszelkich rzeczy, cały zaś wszechświat jako harmonię i liczbę.<<

Czy to ma sens? Czy nie ma tutaj li tylko swoistego mistycyzmu widzącego w liczbach czynnik sprawczy świata? Cóż, pitagorejczycy tworzyli związki na poły religijne, więc chyba jednak widzieli w liczbach boski pierwiastek, jednakże takie ich podejście, obce współczesnej nauce, nie przekreśla ich wpływu na naszą kulturę, w tym na badania przyrodnicze obecnych czasów.
Niżej przepisuję słowa Heisenberga, ciekawie wyjaśniającego myśl pitagorejczyków.

>>Zrozumienie barwnej wielorakości zjawisk dochodzić więc ma do skutku przez to, że rozpoznajemy w niej jednolite zasady formalne, które mogą być wyrażone językiem matematyki. Zostaje wobec tego ustanowiona ścisła więź pomiędzy tym, co zrozumiałe i tym, co piękne. Jeśli bowiem to, co piękne, rozpoznaje się jako zgodność części między sobą i z całością i jeśli, z drugiej strony, wszelkie zrozumienie dojść może do skutku dopiero za sprawą tego formalnego związku, to przeżycie piękna staje się prawie identyczne z przeżyciem zrozumianego lub przynajmniej przeczuwanego związku.<<

Każdy, kto mozolił się nad zrozumieniem teorii naukowej, czy niechby jednej zagadki przyrody, zna radość zrozumienia i pamięta chwilę dostrzeżenie piękna, o którym pisze tutaj Heisenberg, chciałbym jednak poznać antyczną analizę istoty piękna odczuwanego w kontakcie z przyrodą. W kontakcie bezpośrednim, bez aparatury naukowej, bez szkieł i równań.
Znalazłem słowa poety i uczonego żyjącego niedawno, ledwie 200 lat temu, oraz ciekawe myśli autora książki z zakresu filozofii nauki.

>>Dla Goethego początkiem wszelkiej obserwacji i wszelkiego rozumienia natury jest bezpośrednie doznanie zmysłowe; nie przeto przefiltrowane przez aparaturę i niejako siłą wydobyte z natury zjawisko jednostkowe, lecz bezpośrednio dostępne naszym zmysłom naturalne dzianie się. Weźmy dowolny urywek z rozdziału o barwach fizjologicznych z Goetheańskiej Nauki o barwach. Zejście pewnego zimowego wieczora z ośnieżonego Brockenu daje okazję do następujących obserwacji:
„Jeśli za dnia, przy żółtawym zabarwieniu śniegu, można już było zauważyć lekką fioletowość cieni, to teraz, gdy partie oświetlone rzucały odblask bardziej żółty, cienie te trzeba było określić jako intensywnie niebieskie. Gdy jednak słońce zeszło na koniec ku zachodowi i jego promienie, bardzo przez gęstszy opar przyćmione, oblokły świat wokół mnie w przepiękną purpurę, wówczas barwa cieni przeszła w zieleń, którą z morską, co do jasności, szmaragdową zaś, co do urody, można było porównać. Zjawisko stawało się coraz żywsze. Świat zdawał się zaczarowany, wszystko bowiem przybierało dwie żywe i tak pięknie harmonizujące barwy, aż na koniec wraz z zajściem słońca pyszne zjawisko zginęło w szarym zmierzchu stopniowo przechodzącym w noc księżycową i od gwiazd jasną.”<<

W rozdziale, z którego pochodzi ten cytat, Heisenberg podejmuje próbę wyjaśnienia niechęci i obaw Goethego wobec tworzenia abstrakcyjnych pojęć w naukach przyrodniczych, wobec techniczności naukowej obserwacji natury. Autor Fausta był także naukowcem, opis zmierzchu jest częścią jego dzieła z zakresu optyki, a odmienność patrzenia na świat uwidoczni się gdy uświadomimy sobie, że obecnie żadna praca naukowa nie zawiera takich opisów. Wszak byłaby „nienaukowa w formie”.
Warto dodać, iż obawy Goethego nadal są żywe, mimo upływu dwóch stuleci i tak głębokich przemian świata.

>>Goethe pojął, że postępujące przekształcanie świata przez sprzężenie techniki z przyrodoznawstwem jest nie do pohamowania. (…) W korespondencji z Zelterem czytamy: „Bogactwo i szybkość, oto, co świat podziwia i o co się każdy ubiega. Kolej żelazna, ekstrapoczta, parostatki i wszelkie możliwe facilites (ułatwienia – przyp. tłum.) w komunikacji – oto, w czym cywilizowany świat usiłuje się prześcigać, przecywilizować i przez to umocnić w miernocie. Jest to właściwie stulecie dla zdolnych głów, dla ludzi praktycznych bystrego pojęcia, którzy wyposażeni w niejaką zręczność czują się wyżsi ponad ciżbę, chociaż im samym najwyższych uzdolnień nie staje.”<<

>>Prawda była dla Goethego nieodłącznie związana z pojęciem wartości. Tak jak dla dawnych filozofów, jedynym możliwym kompasem, wedle którego ludzkość zdolna jest kierować się w poszukiwaniach drogi poprzez stulecia, było dla Goethego unum, bonum, verum – „Jedno, Dobre, Prawdziwe”. Nauka jednak, która jest tylko trafna, w której rozdzieliły się pojęcia „trafności” i „prawdy”, w której zatem boski porządek nie określa już sam z siebie kierunku, jest zbyt narażona, jest wystawiona, by znowu wspomnieć Fausta Goethego, na ingerencję diabła. Dlatego Goethe nie chciał jej zaakceptować. W świecie zmroczniałym, którego nie rozjaśnia już światło owego środka, „Jednego, Dobrego, Prawdziwego”, postępy techniki (…) nie są już właściwie niczym innym, jak tylko rozpaczliwą próbą, by uczynić piekło przyjemniejszym miejscem pobytu. Trzeba to podkreślić w odpowiedzi zwłaszcza tym, którzy sądzą, że upowszechniając cywilizację techniki i przyrodoznawstwa będzie można stworzyć wszelkie istotne warunki Złotego Wieku nawet w najodleglejszych zakątkach świata. Tak łatwo diabłu wymknąć się nie można.<<

Jeśli ktoś powie, że mało życiowe są takie tematy, przyznam mu rację, ale właśnie w oderwaniu od codzienności tkwi ich wartość. Dodam jeszcze myśl, której nie potrafię ubrać w eleganckie i niebanalne słowa, ale której prawdziwości jestem pewny.:
Nam potrzebne są takie zainteresowania i taka wiedza, żeby nie utonąć w szarzyźnie codzienności, nie dać się ogłupić wynaturzonym konsumpcjonizmem, nie ograniczyć swoich zainteresowań wyłącznie do tych najpopularniejszych, podsuwanych nam przez media. Po prostu dlatego, że wiedzieć wypada, mimo iż nie da się tej wiedzy przeliczyć na pieniądze ani na ilość podniesionych kciuków.
W miarę wzrostu wiedzy obraz postrzeganego świata nabiera szczegółów, rozjaśnia się, staje się ciekawszy i piękniejszy, a takie jego widzenie jest właściwie tożsame z widzeniem i ocenianiem swojego miejsca tutaj.

 Słowa ujęte w znaki >> << są cytatami.
 

wtorek, 26 grudnia 2017

Śnieg, róże i głogi


171217
Na stokach Dudziarza.
Tuż przy szosie prowadzącej do Jeleniej Góry, na przełęczy oddzielającej Dudziarza w Górach Kaczawskich od Różanki w Górach Ołowianych, znam dobre miejsce na zaparkowanie samochodu. Przyjechaliśmy tam już o 6.30, więc jeszcze w nocy; poszlibyśmy po ciemku gdyby nie mgła. Siedząc w samochodzie z kubkiem kawy, czekałem na rozjaśnienie, na zobaczenie sąsiedniej ściany lasu, ale świt pokazał się tak przyduszony, tak szary, że niewiele poprawił widoczność; ruszyliśmy, gdy mogłem dostrzec drzewa odległe o dwieście metrów.
Chciałem pokazać Jankowi zbocza Dudziarza, a zaliczam je do najładniejszych miejsc w Górach Kaczawskich, ale wobec niepoprawiającej się widoczności, także z powodu padającego śniegu, uznałem, że dobrze byłoby zacząć dzień od pokazania pewnej polany na zboczu tej góry. Może w tym czasie mgła się podniesie?
Gdy kilka lat temu po raz pierwszy znalazłem się na zboczach widokowego Ziemskiego Kopczyka, nie znałem gór widzianych wokół. Moją uwagę zwróciła niemała, zalesiona góra z polaną głęboko wrzynającą się w jej stok. W poprzek rosły wyraźnie widoczne, mimo parokilometrowej odległości, cztery świerki. Widać je także przez obiektywy googlowskich satelit.


 
Od pierwszej chwili chciałem zobaczyć je z bliska. Długo kluczyłem po lasach, nim znalazłem polanę na zboczu Dudziarza, a będąc tam zobaczyłem, że trzy świerki rosną tak blisko siebie, że z daleka wydają się jednym drzewem, ale nazwy miejsca już nie zmieniałem. Była i jest dla mnie Polaną Czterech Świerków.
Dzisiaj prowadziłem na nią wygodną drogą leśną, a było wyjątkowo ładnie: sypał gęsty śnieg, mgła zacierając dalsze kontury przydawała lasowi wielkości i tajemniczości, drzewa stały ciche i wypiękniałe pod białym puchem. Na brzegu lasu droga okazała się być przegrodzona drzewami zwalonymi wichurą; widząc te trudne do przejścia zwalisko, wspomniałem scenę z powieści o Bolesławie Chrobrym i przez chwilę jakbym był w puszczy i widział wojów naszego pierwszego króla tarasujących przejście wrogim wojskom – tak literatura przeplata się z życiem, wzbogacając nasze chwile.



Na stokach Dudziarza byłem już kilka razy, a że zajmują ledwie parę kilometrów, mogłem przypuszczać, że znam je jak własną kieszeń. Jak się okazało, aż tak dobrze nie znam. Owszem, główne doliny i grzbiety dzielące zbocza są mi znane, ale jest tam tak wiele zaułków, że przy każdym kolejnym włóczeniu się tymi zboczami poznaję nowe, niedocenione lub niezauważone wcześniej. Po prostu jestem gapą, ale to dobrze, bo gdybym nim nie był, zobaczywszy i przeżywszy wszystko za pierwszym tutaj pobytem, zubożyłbym doznania następnych dni. Będąc tutaj w czerwcu i widząc, jak niewiele róż kwitnie na raz, poczułem zdziwienie z domieszką zawodu. Chciałoby się zobaczyć miriady kwiatów, doznać oszołomienia, ale przecież wtedy ich kwitnienie skończyłoby się w ciągu tygodnia czy dwóch. Ostrożnie szafując swoją urodą, krzewy dzikich róż długo przyciągają uwagę – i tutaj można dopatrzyć się podobieństwa do moich powrotów na Dudziarza i w tyleż innych miejsc gór.
Ścieżka częściej używana przez sarny niż ludzi, miedza ocieniona koroną rozłożystego, masywnego dębu, polanka otoczona zwartą ścianą drzew i krzewów, na którą trafiłem przeciskając się wąską szczeliną między kolczastymi gałęziami głogów, kamienny wzgórek z fantazyjnie wykrzywionymi pniami starych czereśni – każdy z tych drobiazgów krajobrazu potrafi budzić liczne, czasami zaskakujące skojarzenia, przywoływać miłe wspomnienia, działając na wyobraźnię dodawać swoją cząstkę do atmosfery czasu włóczęgi.
Radość kontaktu z przyrodą.






Na mapie, której adres podałem wyżej, niewiele widać pionowego urozmaicenia tych stoków, ale gaje różane i głogowe są widoczne. W wielu miejscach Gór Kaczawskich spotyka się skupiska krzewów, zwłaszcza głogi są liczne, ale nigdzie nie ma takich skupisk krzewów różanych, jak na Dudziarzu.
Dzisiaj zwróciliśmy uwagę na drzewa tam rosnące, szczególnie na brzozy, a rośnie ich tam wiele. Na uskoku gruntu, w miejscu znanym tylko sarnom, rośnie brzoza o wyjątkowo licznych konarach, a nie jest jedyną pięknisią rosnącą na tamtych zboczach. Wszystkie potwierdzają swoim wyglądem znaną prawdę: brzozy są piękne o każdej porze roku.






Śnieg chwilami padał tak gęsty, tak obfity, że na plecakach i czapkach rosły nam białe czapy, a na przerwę musieliśmy się schować w gęstym zagajniku świerkowym. Stojąc pod osłoną zwartych gałęzi, rozglądałem się za dobrym miejscem pod namiot. To odruch, znak, że mimo zastrzegania się, jednak chciałbym chociaż raz wybrać się na wielodniową zimową wędrówkę górską z namiotem. Posmakować wędrówki nieograniczonej do jednego dnia, nieprzerywanej codziennym schodzeniem do samochodu, bliższej dawnych czasów, gdy wszystko, co potrzebne do życia, niosło się ze sobą. Powiem szczerze: nie pójdę, bo chociaż imponuje mi przeżycie takiej wyprawy, jestem zbyt wygodny (wypadałoby wspomnieć też o niemałych kosztach wyposażenia), ale pojadę na wielodniową wędrówkę ciepłą porą roku. Marzy mi się iść od rana do wieczora, zjedzenie jakiegoś prostego, czy raczej prymitywnego posiłku, spanie gdzieś pod drzewami i rano dalsza droga za horyzont, za lasy i dalej. Iść, aż poczuje się głód i nasycenie drogą. Na taką wyprawę się wybiorę.
Gdy wyszliśmy z lasu pod wioską Komarno, przez krótki czas świeciło słońce, ale później zachmurzyło się i znowu zaczął padać gęsty śnieg. Dobrze się idzie wśród tysięcznych płatków śniegu, mimo iż potrafią wciskać się pod kaptur i osiadać na okularach. Świeży śnieg jest czystością i magią, wspomnieniem dawnych zim, gdy lepiło się bałwany i jeździło na sankach, jest nostalgicznym pragnieniem wędrówki, bycia daleko od świateł miasta.
Zabrakło nam czasu na pójście w stronę następnych wzgórz, a wzdłuż doliny wznosi się ich tam kilka. Popatrzyliśmy na nie z widokowego miejsca na zboczu Dudziarza, a gdy początek zmierzchu nasycił światła samochodów na szosie, poszliśmy w dół, do cywilizacji.





piątek, 15 grudnia 2017

Dzień znikących dróżek


101217
Pogórze Kaczawskie: wieś Jurczyce, wzgórze Piaseczna, przecięcie 16E, 51N, Muchów, Kondratowe Wzgórze, Kondratów, stoki Jastrzębnej, Rzeszówek, Jurczyce.


Mając poważne kłopoty, zareagowałem jak facet: potrzebą dania sobie w kość, zmęczeniem się, ale i po prostu ucieczką, co niekoniecznie jest klasycznie męskie, ale co tam!: macho nigdy nie byłem. Udało mi się wyjątkowo, jako że na zdrętwiałych nogach wróciłem w ciemnościach po bez mała jedenastu godzinach, przeszedłszy 28 – 30 kilometrów.
Inicjatorem trasy była moja niepewność dróg prowadzących do kamienia wyznaczającego punkt przecięcia szesnastego południka długości wschodniej z pięćdziesiątym pierwszym równoleżnikiem szerokości północnej. Niewiele jest takich miejsc w Polsce, bodajże czterdzieści, i chociaż nie ma tych punktów w rzeczywistej przestrzeni wokół nas, te linie i punkty ich przecięć istnieją, są precyzyjnie, co do centymetrów, wyznaczone, a ostatnio właściwie na co dzień używane przez miliony ludzi korzystających z GPS pokazującym im trasę i miejsce przebywania. Oj, plotę. Te miejsce ma czar, przyciąga swoją wyjątkowością – i tyle.
Byłem tam parę lat temu, miejsce uznałem za dobre do odwiedzenia właśnie dzisiaj. W drogę ruszyłem z wioski Jurczyce, na którą składa się kilka domów pod lasem, przy bocznej szosie, z dala od miast. Było jeszcze ciemno, kwadransa brakowało do siódmej, gdy przywitałem kobietę wychodzącą z ostatniego domu wioski. Szedłem chwilę, dom został z tyłu, gdy dobiegło mnie jej wołanie:
-Nie idź drogą! Idź polem!
Tak, pamiętałem: droga wygląda tak, jakby stada dzików urządzały na niej swoje nocne legowiska; chyba wszyscy jeżdżą i chodzą brzegiem równego pola. Dwa kilometry dalej jest mało komu znane wzgórze Piaseczna. Widziałem je parę razy, a że ma ono dla mnie urok, pomyślałem, że w drodze do lasu odwiedzę je. Nie, było trochę inaczej, dokładnie tak, jak kilka godzin później, na stoku Jastrzębnej: chciałem przyjrzeć się temu wzgórzu by dowiedzieć się, właściwie dlaczego mi się podoba. Gdy zbliżałem się do wzgórza, na wprost widziałem łunę wschodu. Nie, nic wyjątkowego, żadnej Eos, zwykły świt chmurnego zimowego dnia: zabarwione czerwienią rozjaśnienie brudnego nieba, ale przecież ładne. 


Pod szczytem wzgórza rośnie grupka drzew, wśród nich dąb, czereśnia i brzoza. To w nich jest coś ładnego. Wrócę tam i dowiem się co to takiego.
Obok biegnie polna droga wprost na ścianę lasu, a zgodnie z mapą powinna doprowadzić mnie do słupka stojącym na punkcie przecięcia współrzędnych. Cóż, w końcu dla wędrowania przyjechałem tutaj, a że przejścia tą drogą nie znam, więc poszedłem. Droga weszła w las i… i się kończyła. Myszkowałem w pobliżu, próbowałem iść na północ innymi drogami, ale wszystkie roztapiały się wśród drzew, a bez drogi nie chciałem iść obawiając się chaszczy. W końcu poszedłem do miejsca, w którym zaczynała się znana mi droga, ale niewiele dalej, na rozstaju, pomyliłem odnogi; gdybym zajrzał do mapy, wiedziałbym, ale szedłem zajęty myślami, zapomniawszy o swojej niepewności drogi. Szutrowy dukt się skończył, wszedłem w boczną drogę, zatrzymałem się przepuszczając stado jeleni, było ich przynajmniej dwadzieścia, a ledwie ruszyłem, gdy usłyszałem ich zawracanie i znowu się zatrzymałem: jelenie biegły z powrotem, były blisko, niektóre stawały, patrzyliśmy na siebie.
Nie bójcie się – wyszeptałem, ale nie słyszały mnie.
Wiedziałem, że poszedłem za daleko i cel minąłem bokiem, ale dobrze mi się szło. Niebo rozpogodziło się, zaświeciło mocne, pełne słońce, las wyładniał. Zawróciłem dopiero wtedy, gdy kolejna droga zaczęła zanikać.
Parę lat temu kamienny słupek z napisami ukryty był wśród zarośli, kilka metrów od drogi, trudny do zauważenia. Obok tkwił w ziemi próchniejący pniak, w nim schowana była butelka z kartką, na której i ja zostawiłem swój dowód bytności. Miejsce podobało mi się, było dla wytrwałych, jego odnalezienie mogło sprawiać satysfakcję. Dzisiaj zobaczyłem drewniane ławy i stoły, tablice informacyjne, utwardzony placyk. Ładnie, zamożnie, nowocześnie, ale… tamto miejsce bardziej mi się podobało, było moje, te jest do wzięcia przez wszystkich. Tylko patrzeć, jak placyk powiększą robiąc miejsce na samochody i pojawi się budka z hamburgerami.


Chyba dopiero w ciągu tego ranka zdecydowałem pójść na wschodnie stoki Jastrzębnej. Ruszyłem więc na północ, wyszedłem z lasu, przeciąłem wioskę i znalazłem drogę, która miała mnie przeprowadzić przez następny las. Długo gmerałem w pamięci, nim poznałem wyróżniające się wzgórze za domami: to Mszana, góra z pięknymi bazaltowymi słupami. 


W pierwszym odruchu miałem iść tam, ale zrezygnowałem, zbyt dużo czasu zmitrężyłem w pierwszym lesie. Droga miała dokładnie taki przebieg, jak na mapie, póki prowadziła polami; między pierwszymi drzewami znikła.
Dzień znikających dróżek, westchnąłem.
Kręciłem się w lewo i w prawo, nawet śladu drogi nie znalazłem, poszedłem więc tą, która mniej odbiegała od mojego kierunku. Później była druga droga, trzecia, w końcu wyszedłem z lasu tam, gdzie się spodziewałem, ale nie po przejściu pięciuset metrów, a trzykroć więcej. Cóż, drogi leśne są nieprzewidywalne. Byłem na rozległych polach na południe od wsi Pomocne i Kondratów, po prawej widać było szczyt samotnej Czartowskiej Skały. Szedłem na wschód, wprost na zamykający horyzont zalesiony szczyt Jastrzębnej. 


Byłem na pogórzu, góry są tam nieliczne, przeważają wzgórza i wzgórki, a trzy z nich miałem przed sobą. Na jednym z nich, uroczym wzgórku nazwanym przeze mnie Dębowym, siedziałem pewnego późnego popołudnia dnia babiego lata chcąc w cichości i zapatrzeniu zaczekać na koniec dnia. 


Siedziałem ledwie kilka minut, do chwili zobaczenia Czartowskiej Skały wystającej ponad linię pól, a zobaczywszy, zapragnąłem zobaczyć zachód z jej szczytu. Ruszyłem natychmiast i idąc forsownym marszem najkrótszą drogą, zdążyłem – siedząc na najwyższym kamieniu patrzyłem na koniec dnia. Dzisiaj tylko wszedłem między dęby rosnące na szczycie, tylko rozejrzałem się wspominając nitki babiego lata lśniące wtedy w słońcu, i ruszyłem dalej, ku Jastrzębnej, która wołała mnie coraz wyraźniej.
Mam na pulpicie laptopa kilka zdjęć ze swoich wędrówek. Niektóre usuwam robiąc porządki, ale trzy są zawsze: zimowy widok Dzwonkowej Drogi, droga pod Stromcem widziana w słoneczny dzień wrześniowy, i podnóże Jastrzębnej, które chciałem zobaczyć dzisiaj po raz kolejny. Kilka lat temu widziałem je w ładny dzień jesienny i zostałem nim oczarowany. Tamtego dnia zrobiłem zdjęcie, które jako jedno z trzech zawsze mam pod ręką.

Ładny dla mnie widok, klasycznie kaczawski, ale znam przynajmniej sto miejsc nie brzydszych, dlaczego więc to miejsce tak mnie przyciąga?
Mógłbym pisać o wzorach piękna krajobrazu zakodowanego we mnie w dzieciństwie i wczesnej młodości, w okresie najsilniejszego przeżywania życia, chłonięcia świata szeroko otwartymi oczyma, i byłoby to prawdą, ale jest i druga, niepotrzebująca sięgania w głąb czasu, a jedynie w głąb ducha. Miejsca, rzeczy i ludzi nieświadomie łączymy z chwilą, a tę z myślami i wrażeniami, które przynosi, a to wszystko potrafi tak się spleść, że razem tworzy nową wartość przeżywania, budząc w nas trudne czasami do wyjaśnienia przywiązanie do – jak tutaj – zwykłego krajobrazu. Bywa, że pamiętam, jakie stany ducha, jaki nastrój chwili, przywiązały mnie do miejsca – tak jest na przykład z pewną kępą roślin na stoku Ogiera – ale częściej nie wiem, co właściwie każe mi wracać, jednak na co dzień nie analizuję powodów, z przyjemnością poddając się głosowi każącemu mi iść tam i znowu patrzeć. Przeżywać wrażenia.
Wracając, nie zawsze widzę to miejsce równie piękne, jak za pierwszym razem, jednak nieznalezienie w nim pamiętanego uroku nie przynosi rozczarowania, a jedynie potrzebę powrotów, ponownego przeżycia. Podobnie jest z kobietą: bywa, że jedna chwila z nią tak się odciśnie w pamięci swoim urokiem, że latami szukamy śladów tamtej chwili w jej twarzy, w gestach, w uśmiechu lub w tonie jej słów.
Zszedłem do Kondratowa, chwilę szukałem żółtego szlaku zamierzając przejść kolejny las, ale szybko zrezygnowałem. Nie mam serca do kaczawskich szlaków, ponieważ są tak źle oznaczone, że zamiast cieszyć się otoczeniem i wędrówką, muszę szukać nader rzadkich oznaczeń, niemal nigdy nie mając pewności, czy dobrze idę. Poszedłem na przełaj pod górę, a za domami znalazłem drogę zaznaczoną na mapie. Ładna jest ta droga i ładna okolica, dzisiaj widziana po raz pierwszy; tak, są jeszcze miejsca mi nieznane w tych górach. Wkrótce wrócę tam by spokojniej, mając więcej czasu, posmakować uroku miejsc.
Dalsza część tej drogi była mi znana, a przez lasy u stóp Jastrzębnej przechodziłem parę razy, jednak po dzisiejszych doświadczeniach wcale nie byłem pewny, czy odnajdę właściwy dukt. Idąc kilkaset metrw główną drogą leśną, na jednym ze skrzyżowań dróg należy wejść w mało widoczną, zarastającą dróżkę, która po kolejnych setkach metrów wyprowadzi na brzeg lasu. Tym razem obyło się bez nadkładania drogi: we właściwym miejscu i czasie zobaczyłem jaśniejsze pola między drzewami, a po chwili jeden z moich buków. Jest uschnięty, ale mój, pamiętany. Jego widok łączy się w mojej pamięci z ulgą wyjścia z lasu (jednak dobrze szedłem!), z otwartymi przestrzeniami pól, z coraz dalszymi górami kaczawskimi i falistą linią Karkonoszy na odległym horyzoncie. Okolica jest po prostu ładna.
Na ambonie pod lasem siedział myśliwy, a ja szedłem polem, na które patrzył on i jego armata. Życzyłem mu powrotu bez zastrzelonej sarny. Drogą łagodnie opadającą w dolinę, wzdłuż której siedziały domy, doszedłem do Rzeszówka. Byłem spóźniony, zmierzchało się, dlatego zrezygnowałem z planowanego powrotu lasem, przecinając poznany kiedyś piękny strumień. Uznałem marsz w ciemnościach przez niemal nieznany las za kuszenie losu, więc na końcu wioski wszedłem na drogę wiodącą łąkami do Jurczyc, gdzie zostawiłem samochód.
Droga wedle brzózki – pomyślałem wspominając filmowego Czereśniaka. W połowie drogi, na rozległej łące, rośnie brzoza, którą kiedyś zobaczyłem tak ładną, że zrobiłem jej sto zdjęć, albo i więcej.
Trudno się tam zgubić, nawet w ciemnościach: co prawda droga mierzy ponad dwa kilometry i w nocy nie widać jej, ale po lewej majaczy czarna ściana lasu; wystarczy utrzymywać z nią kontakt wzrokowy, by dojść do celu. Gdy światła wioski zostały za mną, zatrzymałem się. Wiał silny, mroźny wiatr, a ja stojąc na tym pustkowiu, szarpany wiatrem, rozglądałem się szukając jakiegokolwiek światła. Nie znalazłem, mimo iż horyzont jest tam odległy o parę kilometrów. Rzadkie przeżycie w gęsto zamieszkałych Sudetach.
Brzoza zaszumiała głośno gdy mnie zobaczyła. Jesteś piękna – odpowiedziałem na jej powitanie.
Po omacku stawiałem kroki, chwiałem się na nierównościach i podpierałem kijami. W oddali zobaczyłem słaby, przemieszczający się  blask, jakby na koronach drzew. Szosa! Wtedy coś dziwnego stało się z przestrzenią: szedłem i szedłem, coraz ciężej stawiając kroki, a szosy nie było. Ruchliwe cienie zamajaczyły mi przed twarzą, a nogi zrobiły się jeszcze cięższe. Po chwili zrozumiałem, że wszedłem w wysokie, twarzy sięgające trawy. Wydawało mi się, że dopiero po godzinie, może nawet po dwóch, ponownie zobaczyłem blask reflektorów, i po chwili ostre, jaskrawe dwa punkty: samochód na bliskiej szosie.
Było blisko osiemnastej, półtorej godziny po zmroku, gdy doszedłem do swojego opla.