Etykiety

Moja książka

Miłość, muzyka i góry

060320 Narodziny powieści i książki Pomysł przyszedł mi do głowy w czasie przerwy w wędrówce po Górach Kaczawskich, na przedw...

sobota, 24 października 2020

Świątek i sąsiedzi

 061020

Twardocice, Kamiennik, Obora, zboczami Wzniesień Płakowickich do Świątka, wejście na szczyt wzgórza, polami powrót do wioski Twardocice.

Ledwie minął tydzień, a już wróciłem w okolice Twardocic. Nie zdarza mi się poznać wszystkich ładnych miejsc w pierwszym dniu wędrówki, nie zdarzyło i kilka dni temu, gdy byłem tutaj po raz pierwszy. Na koniec dzisiejszej wędrówki stwierdziłem, że poznawszy więcej, nadal nie byłem wszędzie, więc zapewne nie ostatni to dzień w tej okolicy.

Wioska Twardocice leży w rozległej, chociaż płytkiej dolinie ograniczonej od północy pasmem malowniczych wzgórz; jednym z najwyższych i najbliższych wsi jest Świątek. Z encyklopedii dowiedziałem się o jego wulkanicznym pochodzeniu, bazaltach, starym kamieniołomie oraz o dawnym miejscu kultu religijnego na szczycie, co miałoby tłumaczyć nazwę.

Z wioski poszedłem na północ, ku wzgórzom. Dwa z nich obszedłem wokół, później szedłem zboczami, granicą lasów. Czasami polną drogą, czasami polem. Wszedłem i w las chcąc odnaleźć szczyt z wieżą widzianą z pól. Szukając przejść i starając się nie zgubić kierunku, rozglądałem się za grzybami. Było wilgotno i ciepło, a grzybów nie znalazłem. Dlaczego? Mówi się o zależności ich wysypu od fazy Księżyca; czy to prawda, nie wiem.

Zaraz, nie ma grzybów? Są! Proszę, oto cała ich wielka rodzina! Czy ktoś wie, jakie ich miano?

Nie znalazłszy innych grzybów, ani kierunkiem pasującego duktu w nieznanym lesie, zrezygnowałem, zwłaszcza, że otwarte przestrzenie kusiły dalekimi widokami.

Rozległe, lekko falujące pola, nieliczne miedze, kępy drzew, odległy traktor bezgłośnie sunący po wielkim polu, nareszcie widoczne i rozpoznawane dalekie góry, sąsiedni łańcuch łagodnych wzgórz z polami podchodzącymi pod zalesione szczyty, drzewo nachylone nad drogą, spłoszona przeze mnie sarna, kropelki wody na owocach dzikiej róży. Szedłem, patrzyłem i słuchałem siebie.

W pewnej chwili uświadomiłem sobie, że w połączeniu licznych a drobnych szczegółów krajobrazu staram się znaleźć istotę jego urody, ów tajemny pierwiastek piękna, który niczym magnes przyciąga mnie w te strony.

Nie znajdę go i nawet nie będę zbytnio dociekać, ponieważ wiem już, że wrażenie piękna bywa zwiewne, wrażliwe na dociekania, czyli na próbę jego uchwycenia świadomą myślą; wszak piękno raczej się odczuwa i przeżywa, niż rozumie.

Tydzień temu tylko wszedłem w las na zboczu Świątka, dzisiaj obiecałem sobie odszukać bazaltowe grzędy mające być gdzieś bliżej szczytu, ale właściwie nie wiem, po co. Po prostu przeczytałem o nich i chciałem je zobaczyć.

Idąc między ołowianymi pniami ładnych buków, dość szybko znalazłem stary kamieniołom, później pokazały się pojedyncze bazaltowe złomki leżące w ściółce, a wyżej zobaczyłem szukane grzędy. Były stare jak sam Chronos – omszałe, zarośnięte, spękane, ale były. Nad nimi, pomiędzy drzewami, zauważyłem kształt stromego stożka: bazaltowy szczyt neku.

Słowo o odmianie. Nie będąc pewny formy dopełniacza słowa nek, zajrzałem do Internetu: jednej stronie piszą „neku”, na drugiej „neka”. Powiedziałbym, że raczej neka, ale… nie wiem.

W encyklopedii przeczytałem o bazalcie plioceńskim, a więc mającym 3 do 5 milionów lat, co sprawdziłem, bo nazwy epok geologicznych mylą mi się beznadziejnie. Chwila w życiu planety, bezmiar czasu dla nas. Za kilka milionów lat Ziemia zmieni oblicze, żyć będą odmienne od współczesnych gatunki fauny i flory, może już ludzi nie będzie, a te czarne skały nadal będą tkwiły w ziemi, skruszałe i rozsypane jedynie z wierzchu.

Podszedłem pod szczytowy stożek bazaltów. Nie planowałem wejścia, kilkumetrowa ściana jest bardzo stroma, ale kiedy zobaczyłem wyślizgane krawędzie skał, zrozumiałem, że wiele osób wchodziło na szczyt i ja też wejdę.

Zostawiłem kije u podstawy i wdrapałem się na szczyt stożka. Drzewa zasłaniały dal, jedynie drobny fragment widnokręgu był widoczny, a widok stamtąd byłby ładny. Lepiej niech tak będzie, niech nikt nie wpadnie na pomysł postawienia tutaj wieży widokowej.

Zejście ze skały nie było czyste. W jednym miejscu, nie mogąc stopą znaleźć półki, zsunąłem się, kurczowo zaciskając dłonie na występie. Łatwiej się wchodzi niż schodzi.

Na drzewie u podstawy bazaltowego skały przypięta jest kartka informująca o Świątku jako górze zaliczanej do korony Sudetów i Gór Kaczawskich.

Ciekawe, czy ja, po stu sześćdziesięciu dniach spędzonych w tych górach, mam prawo założyć ich koronę. Muszę to sprawdzić.

Sprawdziłem, byłem na wszystkich dziesięciu szczytach tam wymienionych, ale Świątka wśród nich nie ma. Dziwne. Chyba nie jeden cesarz nadaje prawo noszenia korony i nie według tych samych reguł. Mam więc prawo do korony, czy nie? A jeśli mam, to idąc w moje góry, mam zakładać koronę, czy czapkę?

Znalazłem drugą listę, znacznie dłuższą.

Nie byłem na czterech szczytach wymienionych na niej. Uwzględnię je w swoich planach wędrówek, mimo że nie zamierzam starać się o odznakę. Za dużo zabiegów przy udowadnianiu, a poza tym uważam, że kaczawską koronę z dodatkową wielką perłą i tak zdobyłem w czasie dziewięciu lat włóczenia się po tych górach.

Wracałem do wioski. Mijał kolejny dzień polnych dróżek i pogórzańskich górek.

Teraz, po paru tygodniach od wędrówki, nawet szara droga pod chmurnym niebem oglądana na zdjęciu jest piękną. Chciałbym pójść nią. Niech będzie smutna i zapłakana, ale żebym ją widział i nie tęsknił.
























 

poniedziałek, 19 października 2020

Borowy Jar i elektrownie

290920

W Górach Kaczawskich: z Siedlęcina na Wieżycę, przejście Borowego Jaru. Z wioski do gościńca Perła Zachodu.

Plany na drugi dzień włóczęgi zmieniłem z powodu padającego deszczu. Na pelerynę nie mogłem patrzeć. Planuję po powrocie wywrzeć na niej zemstę tak ją chowając, żebym nie mógł znaleźć, żeby zniknęła mi z oczu na zawsze, tylko nie jestem pewny, czy ten sposób będzie skuteczny w powstrzymywaniu deszczu.

Pojechałem do Siedlęcina i przeszedłem w obie strony Borowy Jar czterokilometrowym szlakiem wzdłuż Bobru.

Z wioski nie ma wyznaczonego szlaku ani wyraźnej drogi do Jaru, ponieważ brzeg rzeki zajmuje jedna z kilku działających tam elektrowni wodnych, a jej ogrodzenie wchodzi na strome zbocze Wieżycy. Będąc tutaj kilka lat temu, znalazłem dość wygodne przejście lasem przez to pokaźne wzgórze, ze ścieżką zaczynającą się obok garażu samotnie stojącego przy wioskowej uliczce. Dzisiaj okazało się, że garażu nie ma, a ścieżka zarosła krzakami, ale nieźle pamiętałem ukształtowanie okolicy i bez błądzenia wyszedłem z lasu pod szczytem wzgórza.

Od strony wioski jego zbocza nie są bardzo strome, ale kiedy wejdzie się na szczyt i spojrzy w dół po drugiej stronie, ma się wrażenie bycia w dużych, skalistych górach. Zbocze podcięte jest płynącym w dole Bobrem, a że z przeciwnej strony też jest pokaźne, nasuwa się myśl o przełomie. Skalne bloki zaparte o dno rzeki stromą piramidą sięgają szczytu Wieżycy, a w załomach wyrosły drzewa. Widziane z góry gałązki z jesiennymi liśćmi na tle spokojnej tam tafli wody Bobru w dole i piętrzące się skalne złomy, są widokiem wartym zapamiętania.

Imponująco wyglądają wyrastające wprost w wody pionowe skały przy mostku prowadzącym do gościńca Perła Zachodu.

Pierwszy raz widziałem Jar bajecznie kolorowy w słoneczny dzień jesieni, dzisiaj zobaczyłem inny Borowy Jar.

Skały i wszechobecna woda – taki obraz wyniosłem z tej deszczowej wędrówki. Woda szumiała dołem, w rzece, i kapała na mnie z góry, ponieważ nawet jeśli chwilowo nie padało z nieba, to padało z mokrych liści.

Parę zdań o technice, która w tym ładnym jarze ma swoje niebagatelne miejsce.

Głęboko w lesie, na odludziu, działa nowa elektrownia o mocy 1 MW (megawat, czyli milion watów), „Bobrowice IV”. Nie bez powodu spotkałem inną jej nazwę: „Koniec świata”. Pamiętam wodę spływającą kaskadami po kamieniach w miejscu obecnej elektrowni, gdy byłem tutaj pięć lat temu. Dzisiaj zobaczyłem duże budynki, kanały, jakieś dźwigi i śluzy. Mały popierdułek energetyczny, skoro zasili ledwie 500 jednocześnie włączonych czajników, ale duża inwestycja inżynierska.


Oszałamia mnie ogrom prac przy budowie elektrowni: mnóstwo stali, cegieł i obrobionego kamienia, wielkie prace ziemne, a więc razem ogromna ilość energii i CO2. Z trzech widzianych dzisiaj elektrowni, największa ma moc 2,5 MW (albo ponad cztery, bo różnie piszą). Można powiedzieć, że to sporo, skoro wystarczy do zasilenia kilku tysięcy mieszkań, ale wobec całej mocy wszystkich polskich elektrowni wynoszących około 45 000 MW, jest to kropla w morzu. Żeby zaspokoić potrzeby energetyczne kraju, należałoby zbudować kilkanaście tysięcy takich elektrowni. Chyba każdy, kto widział zaporę i urządzenia elektrowni w Pilchowicach, jest pod wrażeniem wielkości budowli. Obecnie jej generatory są w stanie osiągnąć 14 MW mocy, a to znaczy, że trzeba byłoby ponad trzy tysiące takich budowli, żeby pokryć zapotrzebowanie Polski na energię.

Dane te działają na mnie przygnębiająco, ponieważ okazuje się, że elektrownie wodne, tak zdawałoby się czyste ekologicznie, skoro pracujące bez kominów, mogą być u nas tylko drobnym uzupełnieniem bilansu i niezupełnie są zielone, ciągnąc za sobą długi ogon CO2 z czasu ich budowy.

Uwaga językowa a propos. Całkowicie zgodnie z zasadami naszego języka mogłem napisać tutaj, że elektrownia generuje określoną moc, ale słowo „generowanie”, używane nagminnie i najczęściej niewłaściwie, obrzydło mi bardziej, niż deszcz w tych dniach, dlatego skreśliłem je z zasobu używanych przeze mnie słów.

Na pocieszenie jeszcze jedno porównanie. Ta nowa elektrownia o mocy 1 MW ma pokaźne rozmiary, a generator spalinowy dający taką moc można zmieścić na ciężarówce. Nieporównywalna skala wielkości, owszem, ale pod pełnym obciążeniem ten generator paliłby pięć, raczej sześć tysięcy litrów paliwa na dobę. W ciągu roku przez komin przeszedłby ładunek całego długiego składu kolejowych cystern, a przepływ wody napędzającej turbiny Bobrowic IV zapewnia słońce.

Dość techniki i matematyki, wracam na ścieżkę wiodącą brzegiem rzeki i dnem jaru.

Nie zmieniły się drzewa widziane i zapamiętane przed pięcioma laty. Buki, a wśród nich wielki, trójpienny; nieliczne, ale wysokie wiązy; kilka pokaźnych olsz, a najwięcej lip, i to lip strzelających w górę wieloma pniami. Na dużym, płaskim złomie skalnym, przy ścieżce, nad brzegiem rzeki, rośnie lipa rekordzistka, lipa będąca całym zagajnikiem. Ze wspólnych korzeni schodzących po skale do ziemi wyrasta kilkanaście pni, i to niemałych! Lip mających po kilka pni trudno byłoby zliczyć. Widziałem też ciekawie ukształtowane korzenie: brzegiem każdego skalnego stopnia schodów przechodziły na ich drugą stronę, jakby się zmówiły i wiedziały, że tam znajdą więcej ziemi.

Na lewym, a więc izerskim brzegu Bobru, na stromym zboczu góry, wznosi się gościniec Perła Zachodu. Dzisiaj byłem tam po raz pierwszy, ponieważ nie jestem fanem tego rodzaju obiektów, ale mając rezerwę czasu poszedłem. Przyznam, że widok z tarasu gościńca jest bardzo ładny, a zupę gulaszową podają tam niczego sobie. Wzdłuż szosy prowadzącej do obiektu, a biegnąc wzdłuż brzegu rzeki cały czas pnie się w górę, piętrzą się liczne skały, a nad nimi zalesione, strome zbocza gór. Może kiedyś pójdę tam?

Tak lubianymi bocznymi szosami przejechałem na drugi koniec Gór Kaczawskich, do Proboszczowa na nocleg, kończąc jubileuszowy, sto sześćdziesiąty, dzień wędrówek po moich górach.











PS

Drobna uwaga o nazwie wzgórza Wieżyca. Według encyklopedii Sudetów jest jedno wzgórze o tej nazwie na dalekim Pogórzu Kaczawskim, jednak na paru oglądanych mapach także wspominana przeze mnie spora góra vis a vis Perły Zachodu nosi tę nazwę. Ponieważ znalazłem przynajmniej kilka błędów w tej encyklopedii, zakładam, że i w ilości Wieżyc popełnili błąd.

środa, 14 października 2020

Śladami Jasiów

280920

W Górach Kaczawskich: z Chrośnicy przez Lastka, Kopę, Łysą Górę, Przełęcz Widok, Źróbka, Kobyłę na Ogiera. Powrót przez Zazdrośnika, Leśnicę i Łysą Górę do Chrośnicy.


W mojej książce o Jasiach wspominam o paru miejscach w Górach Kaczawskich. Któregoś dnia uświadomiłem sobie, że odwiedzając je kilkakrotnie, nigdy nie przeszedłem trasy od jednego do drugiego miejsca.

Przejść ze zbocza Lastka, miejsca ich spotkania, na Ogiera, gdzie Jasia słyszała pożegnanie Jana z górami – oto plan na pierwszy dzień trzydniowej włóczęgi kaczawskiej.

Początek długo wyczekiwanego urlopu, pierwsze dni jesieni, czyli czas złotej polskiej jesieni? Niezupełnie. Piękna pogoda skończyła w pierwszy dzień urlopu, wędrówkę miałem deszczową. Może popołudniu pokaże się słońce, może jutro – westchnąłem i poszedłem drogą obok wierzby. Tej samej, którą Janek widział małą i dużą, w dwóch różnych czasach.

Miało być w ścisłym związku z książką, śladami Jasiów, ale mimo że oba punkty zwrotne trasy były ich miejscami, oni sami prawie byli nieobecni w moich myślach. Na początku czułem trochę zawodu do siebie o ten brak nastroju, później pomyślałem, że tak być powinno, tak jest lepiej.

Zbytnie zapętlenie fikcji i rzeczywistości dobre nie jest.

Całą trasę znałem, niektóre jej fragmenty przeszedłem kilkakrotnie, jedynie przejście przez północne zbocze Łysej Góry było niepewne, a to z powodu krów i ogrodzeń pod prądem. Krowy są dużymi zwierzętami i nie mam do nich zaufania, zwłaszcza jeśli nie jestem pewny ich płci; wolę mieć do czynienia z ogrodzeniami pod napięciem. Poradziłem sobie nieźle, w jednym tylko miejscu kawałeczek szedłem lasem, poza ogrodzeniem, ale przyznam, że idąc pastwiskami, oglądałem się za siebie, zwłaszcza gdy byłem daleko od drzew. Na pastucha, a tym bardziej na torreadora, stanowczo się nie nadaję.

Wbrew nazwie, tylko jeden stok Łysej Góry jest łysy, ten z wyciągiem narciarskim, pozostałe są zalesione, ale w tych lasach wiele jest polan i dróg. Znając je, można obejść górę bez wchodzenia w zwarty masyw leśny, niemal całą drogę mając ładne, urozmaicone widoki. Przez labirynt zagajników i łąk południowego zbocza Łysej Góry miałem przejść jak po sznurku, wszak niedawno metodycznie poznawałem tajniki przejść, i niewątpliwie tak by było, gdybym... nie zgubił sznurka. Jednak wcześniejsze penetracje tamtej okolicy swoje zrobiły: nie straciłem orientacji i idąc zakolem trafiłem na poszukiwaną dróżkę i łąkę. Trasę wybrałem nie tylko dla przypomnienia sobie przejść przez las i odmiennej drogi powrotu, ale i z powodu pamięci łąki z licznymi kaniami widzianymi tam rok temu. Było tak, jak i w innych miejscach: widziałem głównie stare, czerniejące grzyby, a młodych jak na lekarstwo.

Przed wyjazdem w góry kupiłem olej i jajka z myślą o smażeniu przywiezionych kań. O, naiwności!

Przydały się, owszem: do zrobienia zwykłej jajecznicy.

Obiecałem sobie nie śpieszyć się, nie patrzeć na zegarek, nie liczyć godzin, przecież mam urlop. Z dobrym skutkiem dotrzymywałem danego sobie słowa.

Sprawia mi przyjemność wiedza o tym, co mnie czeka za zakrętem. Wiedza o powalonym drzewie, które zaraz zobaczę i będę mógł usiąść na nim; o dziwnym jesionie czyniącym duże wrażenie swoją rosochatością, do którego dojdę skręcając w tę dróżkę; o widoku, który czeka na mnie na grzbiecie wzniesienia. Pewność zobaczenia skał między drzewami w tym miejscu, właśnie w tym jednym, a znanego drzewka głogu w drugim, budzi we mnie poczucie bycia u siebie, co dla mnie ma wyjątkowe znaczenie, skoro od dziesiątków lat żyję na walizkach, w różnych miejscach. Nie wiem, gdzie właściwie jest moje miejsce, nie wiem, gdzie będę za miesiąc, a piszę te słowa siedząc w kampingu stojącym w Krakowie, sto metrów od Wisły. Mam tutaj część swoich rzeczy, sporo wśród nich przywiozłem tylko dla poczucia bycia u siebie, ale inne zostały w moim pokoju w bazie firmy, w Lesznie, a kolejne w domu, pod Lublinem. Tylko ci, którzy doświadczyli takiego życia; ci, którym się zdarza zastanawiać po obudzeniu gdzie są, albo w ciągu dnia, szukając czegoś po półkach, przypominają sobie, że zostawili tę rzecz w innym „swoim” miejscu, odległym o setki kilometrów, docenią to poczucie swojskości. Poczucie bycia u siebie, mimo iż wcale nie są u siebie, a wędrują po górach odległych o wiele kilometrów od wszystkich „swoich” miejsc. Ta swojskość ma inne źródła, tkwi w niezmienności i w powrotach. Zwalone drzewo któregoś dnia może zniknie, wywiezione, ale zbocze, las, polna droga, różany lasek, zarys góry, wioska w dolinie, przydrożny uskok, na którym kiedyś siedziałem pijąc herbatę z malinowym sokiem, to wszystko zostanie, także w mojej pamięci.

Właśnie dlatego zmiany w otoczeniu, jakie czasami spotykam, bywają przykre. Budzą poczucie obcości i straty.

Widziałem mnóstwo kwiatów, co właściwie powinno dziwić w październiku, w pełni jesieni. Mnogość dzwonków, kwiatów jakże ładnych kształtami i kolorami, cieszy, a i oszołomić potrafi. Widziałem też oset mojej wysokości, a na nim kilka pysznych kwiatów. Samo to połączenie: oset, pogardzany i tępiony chwast, oraz jego ładne kwiaty, jest zadziwiający. 



Ludzie gonią gdzieś nieprzytomnie, szukają mocnych wrażeń, czegoś, co wydaje się im wspaniałe, oryginalne, nowe, zadziwiające, szokujące, a blisko mają nieznane: kwitnie gwiazdnica i niebieści się łan dzwonków. Wystarczy się nachylić i przyjrzeć, żeby w rozchyleniu ich płatków, w symetrii, ale i w skromności tych kwiatów, dostrzec piękno impresjonistycznych zdolności Natury.

Będąc w domu, słyszałem fragment jednego z utworów Claude Debussy. Do syna powiedziałem coś o delikatności dźwięków czy o malowaniu dźwiękiem, w odpowiedzi usłyszałem: cóż, to impresjonizm.

Przecież! – pomyślałem. Wszak jego istotą jest dążenie do oddania wrażenia, ulotności chwili.

Zapraszam do wysłuchania ładnego wykonania "Popołudnia fauna" francuskiego impresjonisty. 

Jeśli już o malowaniu dźwiękiem piszę, wkleję fragment a propos z książki o Jasiach, skoro dzisiejsza wędrówka była ich śladami.

>>W górach często zbacza ze szlaku, by iść wzdłuż strumienia, a ja cicho idę za nią wiedząc, że czeka mnie ładny spektakl.

Zatrzymuje się co kilka kroków i zamiera w bezruchu, a wtedy, gdy wsłucham się w szmer strumienia, czasami udaje mi się usłyszeć zmienność jego dźwięków. Jasia mówiła mi kiedyś, że w każdym miejscu swojej drogi – czy płynie wśród traw, przeciska się między kamieniami, czy spada kaskadami z głazów – strumień inaczej opowiada swoją baśń. Zasłuchana stoi nieruchomo, a bywa też, i te chwile podobają mi się najbardziej, że nagle drgnie, jakby coś ją wyrwało z zamyślenia, podnosi głowę i rozgląda się. Wtedy wiem, że usłyszała nowy dźwięk i wzrokiem szuka jego źródła. Może to być ledwie słyszany skowronek, dzięcioł gdzieś wysoko wśród konarów drzew, trzask łamiącej się gałęzi, szum nagłego podmuchu wiatru albo delikatny szmer traw – dźwięki, na które częstokroć nie zwracałem uwagi, a które dla Jasi układają się w muzykę Natury.

Czasami udaje mi się rozpoznać te dźwięki w jej utworach.<<