Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 25 stycznia 2020

O książce „Gniazdo żmij. Rzecz o laborantach z Karkonoszy”


Miłość i morderstwo, życie i praca zielarzy, prawo i stosunki społeczne, dziewczyńskie marzenia i troska rodziców – oto treść książki Magdaleny Woźniak, ale tylko w warstwie zewnętrznej, wyrażonej słowami, którymi autorka posługuje się nader sprawnie, potrafiąc niewielką ich ilością stworzyć obraz i nasycić go właściwą atmosferą.
Między nimi kryje się znacznie szersza i głębsza zawartość.
Może zacznę okrężną drogą.
W obecnym świecie zanikają lokalne odmienności, skoro będąc we Francji, na Słowacji, czy u siebie, w Polsce, widzi się reklamy i szyldy tych samych firm i marek. Tu i tam, ale i daleko dalej, można zjeść hamburgera w barze McDonald’s, kupić wiele takich samych produktów, albo usłyszeć puszczany i w polskim radiu przebój.
W świecie opanowanym przez wielkie koncerny i połączonym wszechogarniającą siecią Internetu, kultywowanie lokalnych baśni, dawnych wierzeń, także tradycji, przestaje być przejawem pasji miłośników swoich małych ojczyzn, a staje się koniecznością zachowania cech odróżniających grupę czy środowisko od innych. Wizja świata zunifikowanego, homogenizowanego, bez ziarnistości, wydaje się paskudna – jak wizja wielkich koszar wojskowych.

Nierzadko spotykamy się z lekceważeniem starych przekazów i wierzeń ludowych, z uznawaniem ich za przejaw braku wiedzy i ciasnoty horyzontów, a nawet zabobonu. Były i takie, jednak w tych ocenach popełniamy błąd, przykładając dzisiejszą miarę do realiów dawnych czasów. Łatwo zapominamy, że ludzie żyjący w minionych wiekach nie byli głupsi od nas, a jedynie mieli mniejszą wiedzę, zwłaszcza techniczną. Zaznaczam ten fakt, ponieważ nasze obecne umiejętności budowy urządzeń i rozumienia zasad ich działania, skłonni jesteśmy traktować jako wskaźnik wiedzy w ogóle, a tak przecież nie jest, czego dobrym przykładem była stara, przez wieki doskonalona, sztuka ziołolecznictwa. Owszem, i wokół niej zawsze niemało było dziwnych przekonań bliskich czarom, ale te można było racjonalnie wyjaśnić dopiero współcześnie, stosując skomplikowane badania laboratoryjne. Bo jakże wytłumaczyć bez wspomożenia wyrafinowaną techniką, dlaczego zioła zbierane świtem w określone dni, są najskuteczniejsze? Łatwo wtedy o proste wyjaśnienia, nieobce i współczesnym ludziom.
Warto zaznaczyć, że zbieraniem ziół, a w środowisku zielarzy dzieje się akcja powieści, nadal zajmują się mieszkańcy górskich wsi (tutaj karkonoskich), i niekoniecznie są to wiekowe babcie, a myślę tutaj o pewnej mojej znajomej.
Tak, Anno, o Tobie, a domyślam się, że nie jesteś jedyną kontynuatorką  zielarskich tradycji.
W łatwości stosowania tyleż prostych, co nieprawdziwych wierzeń, daleko nie odeszliśmy, wystarczy wspomnieć jeszcze niedawno istniejące przekonanie o skuteczności sproszkowanego rogu nosorożca jako leku na męską niemoc, a to przez proste (by nie rzec prymitywne) skojarzenie sterczącego w górę rogu z oczekiwaną przez mężczyznę reakcją swojego organizmu.

W świecie ludzi mało jest jednoznaczności, a dużo przenikania przeciwnych cech i dążeń. Dobro miesza się ze złem, racjonalność z magią, prawo z bezprawiem, pobudki przyziemne ze wzniosłymi, nienawiść bywa blisko miłości, wiedza sąsiaduje z zabobonem lub ezoteryką. Tak było i tak jest, chociaż zmieniają się proporcje i nasilenie pewnych cech.

Wracam do książki.
W niewielkiej powieści Magdaleny Woźniak poruszone zostały wszystkie te trzy zespoły zagadnień. Mamy więc nakreślone zwyczaje lokalnej społeczności, mowa jest o wiedzy zbieranej latami, ale nie bez pewnej dozy magii, oraz nakreślony jest splot różnorodnych dążeń ludzi. Mamy obraz małego świata. Nieistniejącego już, ale nie wymarłego bezpotomnie.
To, co istniało w świecie ludzi, rzadko odchodzi bez śladu, czego najlepszym dowodem jest nasza kultura, a więc także język i zwyczaje. Pisząc swoją książkę, Magda pokazała aktualność naszych związków z dawnymi czasami i ludźmi wtedy żyjącymi.

Jeśliby policzyć odpowiednie słowa i wersety tekstu, mit ducha czy też diabła tych gór nie zajmuje naczelnego miejsca, ale tak naprawdę jest on w pewien sposób obecny cały czas, nawet jeśli bieżące wydarzenia są daleko od niego. Można by dopatrzeć się tutaj siły oddziaływania kultury, której częścią są nasze legendy i wierzenia.
Jest jeszcze jeden aspekt warty zaznaczenia. Akcja powieści dzieje się w polskiej części Karkonoszy, ale ówcześnie należały one do Prus, i Polaków chyba wielu tam nie było. Te ziemie długo były niemieckie, i o ile na początku okresu powojennego próbowano zacierać ślady poprzednich mieszkańców, a przynajmniej nie dbano o ich zabezpieczenie, to teraz, w ostatnich latach, sytuacja się zmienia, i to w znacznej mierze oddolnie. Ludzie coraz wyraźniej dostrzegają związki z miejscem zamieszkania, z okolicą, ze swoją małą ojczyzną. Nabiera znaczenia fakt mieszkania w tej samej wiosce ludzi, których niepolskie nazwiska wyryte są na starych, pochylonych nagrobkach, a mało istotna staje się ich przynależność państwowa.
Państwo to twór obcy i daleki, nie zawsze przyjazny, a ci, którzy leżą pod kamienną płytą, i ci, którzy stoją nad nią, mieszkali i mieszkają w tym samym miejscu, wśród tych samych gór. Nie są więc sobie obcy.
Przeszłość nie umiera cała i tak być powinno, co doskonale rozumie autorka.

środa, 22 stycznia 2020

Tajemnicza aura, telefony i sądy

220120

Po sześciu tygodniach nieobecności wszedłem do swojego zimowego pokoju w bazie firmy, zapaliłem światło i rozejrzałem się po tym moim lokum. Poczułem zimno, obcość i odpychanie, mimo że wokół widziałem swoje rzeczy. Miałem chęć wyjść.
Mając techniczny i rzeczowy umysł, trudno mi określić to wrażenie, tak wiele razy odczuwane przy wejściu do długo niezamieszkałych pomieszczeń, ale ono jest, i to wyraźne. Czasami myślę, że wnętrza oswajają się z nami, może przejmują od ludzi jakąś cząstkę ich ducha. Chyba właśnie dlatego miewam nieco podobne odczucia wchodząc do pokoju hotelowego, a w mojej pracy niemało nocy spędziłem w hotelach. Tam też czuję obcość, ale inaczej zabarwioną: jest to obcość wynikła z pomieszania. Wyczuwalne są ślady tłumu ludzi nocujących w tych pokojach przede mną, z których każdy zostawił swój maleńki odcisk. Ich suma i różnorodność, tworzy mieszankę tak charakterystyczną dla atmosfery hoteli.
Ta nasza tajemnicza aura wypełnia nie tylko przestrzeń wnętrz, ona zostaje i na naszych przedmiotach – tym silniejsza, im częściej i dłużej mamy z nimi do czynienia.
Nawet nie staram się wytłumaczyć tych zjawisk, ponieważ jedyne, które przychodzi mi do głowy, racjonalne nie jest: coś z nas emanuje. Coś, co dla każdego człowieka jest charakterystyczne i tylko jemu właściwe.
* * *
Byłem w szpitalu i tam dane mi było przeżyć chwile odczuwania wyjątkowo intensywnego, mianowicie zrywania paznokcia. Dla odpędzenia strachu przed bólem (tak, przyznaję się do strachu) rozmawiałem z chirurgiem o butach górskich; temat on zaczął, widząc moje buty z czerwonymi sznurówkami. Założyłem je, ponieważ będąc większe, mniej uciskały. Rozmowa pomogła, ledwie zauważyłem wielkie szczypce, którymi sięgał do mojego palca. Dużo wyraźniej zauważyłem powabne kształty nachylonej ku mnie pielęgniarki, co traktuję jako dowód mojego powrotu do zdrowia.
Na drzwiach wszystkich gabinetów zauważyłem kartki z poleceniem wyłączenia telefonów, a wypisane były wielkimi literami i dodatkowo podkreślone wykrzyknikami. Nie dziwię się, ponieważ używanie telefonów stało się plagą. Wielu ludzi w niemal każdej możliwej chwili, a czasami i w niemożliwej, sięgają do telefonów. Patrzą na ekran przechodząc przez jezdnię, przerywają rozmowę sięgając po dzwoniący telefon, w tłumie ludzi prowadzą głośną rozmowę o swoich prywatnych sprawach.
Kiedyś w Atenach precyzowano definicję człowieka. Jedna z propozycji określała nas jako nieowłosioną istotę dwunożną. W odpowiedzi, pewien dyskutant przyniósł na drugi dzień oskubanego koguta.
Mam swoją propozycję: dwunożna, dwuręczna i jednosmartfonowa istota, chociaż dopuszczam odmiany dwusmartfonowe.
* * *
Z dala trzymam się od polityki, trendów, reklam, telewizorni, prasy i radia, dlatego o wielu aferach czy zdarzaniach niewiele wiem, a bywa, że nic nie wiem. Stan taki bardzo mi odpowiada, chociaż wiem, że dawny Ateńczyk nazwałby mnie nieprzydatnym obywatelem. Nie muszę nim być, ponieważ żyję dla siebie, nie dla społeczności czy tym bardziej państwa. Temu płacę podatki i tyle wystarczy.
Będąc niedawno w domu, usłyszałem o zagrożeniu niezawisłości sędziów. Poruszył mnie ten temat, ponieważ nie mówi się o najważniejszym aspekcie, decydującym o jakości wymiaru sprawiedliwości, traktując ową niezależność sędziów jako gwaranta dobrego sądownictwa. W moim przekonaniu tak nie jest, a stwierdzam tak nie tylko na podstawie osobistych doświadczeń, ale też mojej praktycznej, zbieranej przez całe życie, wiedzy o ludziach i ich psychice.
Zacznę od zadania kłamu powszechnemu przekonaniu i twierdzeniu o sądzeniu ludzi przez sąd. Tak nie jest. Sąd to ogólna nazwa instytucji państwowej, a ta nie sądzi. Oskarżonego osądza drugi człowiek, nie sąd. Człowiek, któremu państwo dało prawo sądzenie drugiego człowieka.
Dając mu takie prawo, wyniosło go ponad zwykłych obywateli. Sędzia i prokurator są trochę ponad prawem, będąc inaczej traktowani przez organa władzy państwowej. Oni mają swoisty immunitet. W połączeniu z prawem sądzenia, daje im to niemałą władzę i vipowskie przywileje.
Już dwa tysiące lat temu Rzymianie stwierdzili, że władza deprawuje tym silniej, im jest większa. Ta prawidłowość aktualna jest i teraz, ponieważ wynika z cech ludzi, nie z aktualnego ustroju czy organizacji państwa.
Nie da się zmienić istniejącego stanu rzeczy, czyli wydawania sądów przez ludzi, dlatego bardzo ważna powinna być staranność w wyborze kandydatów na sędziów, a tak nie jest. Tajemnicą poliszynela jest istnienie cechy najważniejszej, omalże decydującej o przyjęciu w poczet sędziów: jest nim pochodzenie kandydata z rodziny prawniczej. Wszyscy o tym wiedzą, i żadna z osób mogących coś tutaj zmienić, nic nie robi, uważając taki stan za normalny. Nie jest normalnym, będąc paranoicznym i po prostu szkodliwym dla sprawiedliwości.
Osoba mająca otrzymać prawo sądzenia ludzi powinna być człowiekiem ze wszech miar prawym, być jednostką moralnie wyjątkową, niepodlegającą niszczącym wpływom władzy, skromną i potrafiącą pochylić się nad każdą sprawą. Osobą dostrzegającą człowieka, którego może skrzywdzić, ale też osobą stosującą prawo bezstronnie, także bez uwzględniania swoich prywatnych sympatii.
A jak jest? Jak może być, skoro syn prawników ma znacznie łatwiejszą drogę do togi, niż ludzie spoza tej grupy zawodowej? Skoro od dzieciństwa mówi się mu o karierze w sądownictwie, o byciu elitą?
Owszem, sprawdza się kandydatów, ale jak! Czy nie był karany i czy dzielnicowy ma o nim dobrą opinię. Pominąłem coś? Testy psychologiczne? Te schematyczne, prościutkie pytania, mające na celu określić jego osobowość? Jakże łatwo postawić ptaszka we właściwej rubryce!
No i mamy sędziego czy sędzinę, którzy ubrani w tradycyjne stroje i w swoje przekonanie o byciu kimś stojącym ponad tłum zwykłych ludzi (przecież muszą wstać, gdy ich zobaczą), wchodzą na salę i sądzą, praktycznie nie ponosząc odpowiedzialności za swoje decyzje, nawet te ewidentnie błędne.
Nie widzę możliwości zmienienia tego stanu rzeczy, ponieważ nie wiem, kto miałby wybierać sędziów. Powołać grupę autorytetów moralnych do dokonywania wyborów po wszechstronnym i długim poznawaniu kandydatów? A kto ich z kolei powoła? A kto jest tym zainteresowany? Kto na to pozwoli i kto zapłaci?
Ta grupa pytań aktualna jest i wtedy, gdy myśli się o kontrolowaniu sędziów, czy wpływaniu na ich decyzje. Ani oni sami, we własnej, dość szczelnej i dlatego elitarnej grupie tego nie zrobią, ani tym bardziej nie zrobi tego polityk zmieniający się co parę lat na stanowisku ich przełożonego. A swoją drogą, czyż nie dziwny układ mamy tutaj: sędzia ma posadę państwową, czyli państwo jest jego pracodawcą, a reprezentantowi pracodawcy (ministrowi) odmawia się prawa ich kontrolowania.
Żeby jeszcze bardziej zagmatwać i tak trudną sprawę, przyznam rację obu stronom: nie polityk powinien decydować o pracy sędziów, ale też sędziowie nie powinni zostać bez nadzoru, sami sobie.
Sytuację mam za patową. Sąd był i jest instytucją, którą zwykły obywatel powinien unikać, bo jeśli dostanie się w jej tryby, łatwo może zostać zgnieciony, przeżuty i wypluty.
A wtedy nikt nawet nie spojrzy na ludzki łach leżący pod murem sądu.

piątek, 3 stycznia 2020

Marudzenie

030120
Jak wszystkim wiadomo, nad jezdniami polskich dróg szybkiego ruchu stoją tablice umożliwiające wyświetlanie informacji dla kierowców.
Kiedyś widziałem takie w UK, a tam bardzo szybko reagowano na zmianę warunków ruchu i przy pomocy takich tablic przekazywano kierowcom odpowiednie informacje. U nas na ogół wyświetlany jest numer telefonu do informacji o ruchu drogowym, albo tekst, który skłonił mnie do napisania tych paru zdań. Otóż wyświetlane jest przypomnienie czy uwaga, która brzmi jakoś tak: pamiętaj jechać prawą stroną.
Ki licho? – pomyślałem, gdy zobaczyłem to dziwadło po raz pierwszy. Przecież przeciętny kierowca w Polsce, a właściwie w niemal całej Europie, odruchowo jedzie prawą stroną, a na drogach szybkiego ruchu nie ma możliwości skręcenia na lewą stronę. Widziałem takie tablice w Calais we Francji, przy wyjeździe z portu promowego, ale tam ich postawienie jest uzasadnione i przydatne dla kierowców opuszczających promy płynące z Anglii i właśnie przestawiających z ruchu lewostronnego, na prawostronny, ale u nas??
Po co?
Objawienie przyszło do mnie z opóźnieniem: autorowi tej informacji nie chodziło o pamiętanie o ruchu prawostronnym, a jeździe prawym pasem ruchu!
Jest:
Pamiętaj jechać prawą stroną.
Powinno być:
Pamiętaj jechać prawym pasem ruchu.
No i tutaj docieram do meritum.
Współczesny język jest na tyle rozbudowany, że umożliwia precyzyjne wyrażenie myśli, bez żadnych niejasności i dwuznaczności. „Prawa strona” i „prawy pas” nie są synonimami.
Wszyscy drogowcy widzą ten ewidentny kulfon, i żadnemu on nie przeszkadza.
W całej Polsce ten bzdet jest wyświetlany, jakby wszyscy odpowiedzialni za organizację ruchu się zmówili, albo jakby jeden od drugiej ściągał, nie będąc w stanie samemu ułożyć prostego zdania. A może to jakiś odgórny przepis ułożony przez kogoś ważnego, dla kogo nasz język jest po prostu za trudny?
Może więc jednak nie widzą tutaj nieprawidłowości? Ale cóż w takim razie powiedzieć o ich wykształceniu, wyższym przecież? Za koszyk kurzych jaj dostali dyplom?
Podobne myśli mam czytając pokraczną informację drukowaną wszędzie, na każdym produkcie żywnościowym.
„Najlepiej spożyć przed: data na wieczku.”
Boże drogi! To tak trudno napisać proste i poprawne zdanie? Na przykład takie:
Termin przydatności do spożycia podany jest na wieczku.
Najwyraźniej trudno. Albo, co gorsza, jest to ludziom obojętne.
Tym Polakom chciałem powiedzieć, że w obecnym świecie, coraz bardziej zunifikowanym, wyróżnia nas wśród innych narodów właśnie język, oraz, że o prawo do jego używania walczyli nasi dziadowie. Był czas, gdy za posługiwanie się ojczystym językiem byliśmy szykanowani, i Polacy powinni o tym pamiętać.
Teraz sami zamieniamy język polski na polskawy, a na zwróconą uwagę reagujemy wzruszeniem ramion.
Muszę kończyć, bo zaraz krew jasna mnie zaleje z powodu moich rodaków.

O rzepie i zaprzeczeniu prywatności
Znacie powiedzenie o rzepie czepiającym się psiego ogona? Pewnie tak, chociaż jest ono w zaniku.
Otóż dla mnie takim rzepem jest Facebook. Kilka lat temu popełniłem błąd rejestrując się tam, na stronie, która mi nie odpowiada i ma poważne niedoróbki programowe. Wyrejestrowywałem się z niej dwa razy. Dano mi spokój na parę lat, a wczoraj otrzymałem od nich list informujący o ponownym uaktywnieniu mojego konta.
Najwyraźniej nie ma możliwości wypisania się z tego grajdołka, jak nie ma możliwości uchronienia psiego ogona przed rzepami.
Jak się ma to ich namolne wykorzystywanie znajomości mojego elektronicznego adresu do sławetnego RODO, nie wiem, ale zapewne jakoś się ma, skoro całe to RODO jest w praktyce tylko sposobem wymuszania zgody na nie wiadomo co. Wypowiedziałem swoją prywatną wojnę tym przymusom, temu zaprzeczeniu prywatności, rezygnując z korzystania ze stron, które otwierają się dopiero po mojej zgodzie na elektroniczną inwigilację.
Dla mnie przepisy nazywane w skrócie RODO są doskonałym przykładem dokładnego odwrócenia zamierzeń ustawodawców, skoro prędzej posłużą złoczyńcom, niż zwykłym ludziom.

O zwyczajach
Ukrainiec niedbale obsługuje klientów trzymając telefon przy uchu, a drugi, zawiadujący kołem młyna, ogląda filmy na YouTube i zapomina o zatrzymaniu koła. Jednemu i drugiemu nie mam szans wyjaśnić niewłaściwość ich zachowania.
– Przecież ja rabotaju – mówią, rozkładając ręce w geście „co on chce ode mnie?”.
Kiedyś widziałem, jak operator dźwigu zatrzymał maszynę z ciężarem wiszącym na linach, bo zadzwonił telefon. Kiedy zwrócono mu uwagę, odpowiedział z tonem zdziwienia:
– Przecież miałem telefon.
Z niektórymi ludźmi nie można normalnie porozmawiać, ponieważ co kilka minut dzwoni ich telefon, a oni wyłączają się z rzeczywistości. Bo przecież mają telefon.
Obrazek obserwowany codziennie:
Klienci wsiadają do gondoli młyna, i wielu z nich wyciąga telefony. Ponieważ jazda trwa trzy obroty koła, widzę, co robią w przesuwających się obok mnie gondolach: przynajmniej trzecia część siedzi z nosem w smartfonie. Aż prosi się zapytać ich, po co tyle płacili za jazdę. Przecież mogli za darmo usiąść na ulicznej ławce i tam wsadzić nos w ekran.
Dzisiaj klientka z córką chciała usiąść do wybranej przez siebie gondoli, bo „będzie lepsze ujęcie”. Spora grupa ludzi czekała, a ona przed wejściem robiła zdjęcia córce.
– Kochanie, postaw nogę na progu i spójrz na mnie.
Mówią, że klient jest naszym panem.
– Proszę, dziękuję, zapraszam, do widzenia, poproszę.
Po całym dniu pracy zmęczony jestem tymi słowami wypowiadanymi setki razy, ale mówię, bo tak trzeba, co jest dla mnie zrozumiałe i akceptowane. Oczekiwałbym jednak, że ojciec zaopiekuje się swoim dwuletnim synem, a nie zajmie się telefonem, i ja nie będę musiał trzymać dziecka stającego tuż przy jadącej gondoli. Cóż powiedział ojciec? Przecież oni są na terenie imprezy, i organizator ma zadbać o bezpieczeństwo. Proste? Więc jego rola, ojca i opiekuna, kończy się w chwili wejścia na peron. Faktycznie, proste.
Coraz częściej widzę u klientów nastawienia roszczeniowe i oczekiwanie traktowania po królewsku.
Oczekiwałbym przygotowania żetonów uprawniających do wejścia.
– Poproszę żetony – mówię do ludzi przy wejściu do gondoli.
Czasami zaczyna się wielkie szukanie, zwłaszcza, jeśli szuka kobieta mająca dużą torebkę.
– Zdzisiu, nie masz naszych biletów? Sprawdź jeszcze raz w kieszeni.
Oczekiwałbym ich przygotowania nie tyle z powodu mojego czasu (w końcu jest służbowy i pracodawca za niego płaci), co czasu wielu innych ludzi oczekujących na jazdę.
A co się dzieje przy kasie! Bywa, że grupa ludzi stojąc w kolejce rozmawia, albo wpatruje się w ekrany, a gdy przyjdzie ich kolei zakupu, przy ladzie zaczynają debaty nad tym, kto jedzie, ile kupić biletów, kto ma płacić, etc.
Ale przecież klient to ho ho! To nasz pan, a może nawet w ogóle pan.
Nie akceptuję tego rodzaju zachowań, i nie ma tutaj znaczenia, że mam do czynienia z klientem. Nie akceptuję, ponieważ w takich zachowaniach wyraźna jest obojętność na innych ludzi, na ich czas i potrzeby. W tego rodzaju zachowaniach objawia się mniemanie łatwe do wyrażenia słowami:
– Ja jestem najważniejszy, inni się nie liczą.
Kto pracuje w usługach, ten wie, jak ciężka bywa ta praca.

PS
Ludzie, na miłość Boską, nie zaczynajcie swoich listów małą literą!

PS 2
Dla wytchnienia od marudzenia, dwa zdjęcia przedwieczornych Kielc. Zrobiłem je dzisiaj ze szczytu młyna.



środa, 1 stycznia 2020

Recenzja mojej książki

010120
W Biblionetce, portalu poświęconym książkom, na którym zarejestrowany jestem od kilkunastu lat, ukazała się nowa recenzja mojej książki o Górach Kaczawskich. Autorką jest biblionetkowa Pani_Wu, czyli Magdalena Woźniak, mieszkanka Jeleniej Góry, nauczycielka, miłośniczka słowa pisanego i górskich wędrówek.
Dzięki jej uprzejmości, recenzję mogę opublikować na swoim blogu.
Ukazała się też na jej blogu:


Także na stronach kilku hurtowni sprzedających książki, a w najbliższych dniach będzie widoczna na stronie wydawcy książki.
Publikuję ją tutaj, ponieważ po prostu mi się podoba, zwłaszcza zawarte w niej odniesienia do mitologii greckiej.
Jankowi polecam zwrócenie uwagi na dwa znaczenia słowa fotograf.
Pierwsze, potoczne, oznacza tego, który dobrze się zna na robieniu zdjęć. Jest fachowcem lub amatorem, ale znającym się na rzeczy. W drugim znaczeniu użyte zostało przez autorkę recenzji: to po prostu ten, który robi zdjęcia, czyli także ja.
Swoje podziękowanie wysłałem Pani_Wu w prywatnej wiadomości, tutaj dziękuję po raz drugi. Miło jest mało znanemu autorowi przeczytać pochwały jego tekstów.
Oddaję głos recenzentce:

Zimowy wędrowiec

Pasjonat, fotograf, samotnik, kochanek różanopalcej Eos, Odys szukający swojej Itaki na ośnieżonych szlakach Dolnego Śląska, a może Włóczykij? Kim jest, czego szuka lub przed czym ucieka Krzysztof Gdula?
Po raz drugi zanurzyłam się w świat widziany oczami autora, zinterpretowany oraz ubrany w słowa i fotografie zrobione przez niego. W świat, który znam po swojemu, mieszkając w okolicach, po których wędruje. Napisał na swoim blogu:
"Tyle jest obrazów świata, ilu jest patrzących"[1].

Początek wędrówek sięga roku 2011. Wtedy zaczęła się jego Odyseja po Górach Kaczawskich, a zarazem poszukiwanie jej sensu. Sensu, który pojąć mogą tylko podobni Jemu wędrowcy:
„... nie rozumieją mojego wstawania nad ranem w niedzielę i dalekiej podróży, żeby chodzić cały dzień po wertepach, nierzadko w deszczu i błocie. (...) Zresztą, jak tamtym wytłumaczyć moją potrzebę wędrówki, skoro nie bardzo potrafię wytłumaczyć jej sobie?” [2]
Tajemnicą jest dla mnie, dlaczego wiosną i latem autor wędrować nie może i, jak sam pisze, "pozostają mi krótkie, bo jednodniowe, jesienne i zimowe rendez-vous, dni nierzadko kradzione mojej rodzinie, oraz niepewne plany na przyszłość"[3]. Szkoda. Mnie brakowałoby widoku kolorowych, górskich łąk w porze kwitnienia, ciepłego wiatru i brzęczenia owadów. Nie tłumaczy tej pasji wyłącznie ciężka praca w trudnych warunkach, w zimnym warsztacie lub pod gołym niebem. "Cieszyłem się myślą o tym wyjeździe tak, jakbym miesiące całe nie był na włóczędze. Cieszyłem się wybierając buty i szykując je do drogi, cieszyłem się myślą o doborze ubrań, pakując plecak i szykując kanapki, a nawet wyobrażając sobie skomplikowaną gimnastykę przy zakładaniu i sznurowaniu butów w samochodzie. Cieszyła mnie moja radość"[4]. Kto nie przeżył takich emocji, nie zrozumie. Po prostu.
Autor przywiódł mi na myśl Włóczykija. On także przychodził do Doliny Muminków wiosną, a ruszał na wędrówkę późną jesienią, gdy Muminki zasypiały na zimę. Mam nadzieję, że autor wybaczy mi to porównanie.

Krzysztof Gdula zazwyczaj wędruje samotnie, wyrusza z Leszna o trzeciej nad ranem, by zdążyć przed świtem dotrzeć w Góry Kaczawskie i powitać jutrzenkę, mityczną tytanidę Eos.
„W szacie o barwie szafranu spłynęła Eos na ziemię”[5].
Tym wersem Homer rozpoczął ósmą Pieśń Iliady, a autor - rozdział swojej książki. Ten cytat zawiódł mnie na trop bloga, w którym znalazłam opisy kilku tych samych wędrówek co na blogu i w książce autora "Gór Kaczawskich słowem malowanych", a także zdjęcia obu panów. Tak oto objawił mi się wspominany w książce współtowarzysz niektórych wędrówek autora, także fotograf i bloger, Jan Łęcki.

Góry Kaczawskie, na podobieństwo Olimpu, zamieszkują greccy bogowie. Oprócz Eos spotkamy Zeusa, Boreasza, Meandra, Heliosa i innych. Jedni usiłują zdmuchnąć autora ze skały, inni psują piękny spektakl jutrzenki:
"Tak więc oczywistym sprawcą chmurnych brzasków bez kolorów jest Zeus, ten stary pierdoła z myszami w brodzie, a nie biedna i samotna Eos"[6] - tłumaczy autor po przytoczeniu boskich ploteczek na temat prowadzenia się herosów i tytanid, po czym szczerze wyznaje - "Że podkochuję się w niej i dlatego bronię? Ależ tak! Jakże być obojętnym na jej urok?"[7]
Olimpijscy bogowie zaludnili europejską kulturę tak dawno temu, że ich obecność, na zimnej dla nich północy, nie dziwi. Dlaczegóż więc miałby dziwić Odyseusz, jako zimowy wędrowiec?
Czy autor chciałby, na podobieństwo Odyseusza, dotrzeć do swojej Itaki?
"Chciałbym mieć dom. Zbudowałbym go z kamienia, cegły i drewna. Miałby dużą werandę, z której mógłbym, siedząc w wiklinowym fotelu, patrzeć na deszcz. Dom miałby także spadzisty dach z pokojem na poddaszu, wielką bibliotekę i kominek, w którym mieściłyby się grube pnie drewna. (...) Karmiłbym sarny podchodzące pod dom i wiewiórki biegające po dachu, czytałbym lub patrzył na ogień w kominku, chodziłbym po górach i słuchał Bacha. (...) Wybrałem już miejsce na ten mój dom, jest na zboczu Mojego Wzgórza"[8],

Ciekawie czytało mi się gawędy o wędrówkach po Górach Kaczawskich. Pora roku też jest odpowiednia, by wczuć się w klimat krótkich, chłodnych dni, opadów śniegu lub deszczu, uśpionej przyrody. Nie sposób opisać w recenzji wszystkich wątków, na które natrafiłam w książce. Polecam uwadze fragment o butach. kto wędruje, ten wie, jak bardzo są ważne. Także o zwierzętach, które się pojawiają, lampce wina w Zaczarowanym Ogrodzie, napotkanym tubylcu, który zapytany o ścieżkę w poprzek góry odparł: "Jak się zna drogę, to się przejdzie"[9], o jaskiniach i wiele, wiele innych.
Życzę przyjemnej, nieśpiesznej lektury na długie, zimowe wieczory!

[1] krzysztofgdula.blogspot.com/...
[2] Krzysztof Gdula,"Góry Kaczawskie słowem malowane", Wydawnictwo PrimoLibro 2019, s. 36-37.
[3] Tamże, s. 174.
[4] Tamże, s. 100.
[5] Homer, "Iliada. Pieśń VIII", z pamięci.
[6] Krzysztof Gdula, op.cit., s. 88.
[7] Tamże, s.88.
[8] Tamże, s. 62.
[9]Tamże, s. 101.


poniedziałek, 23 grudnia 2019

Dwa odmienne tematy: jedzenie i światło

221219



„Wspólnotą stworzeń rządzi prawo pokarmu: pochłaniamy się wzajemnie, sami będąc nieodwołanie skazani na pochłonięcie. Naszym przeznaczeniem jest istnieć dzięki pokarmowi, jakim są dla nas inne stworzenia, i stać się pokarmem dla nich. Uczestniczymy w kosmicznej uczcie kanibali. (…)

Dlatego nie chcemy o tym pamiętać ani przyjmować świadomie wynikających z tego faktu konsekwencji. Robimy tysiące uników prymitywnych i wyrafinowanych, by imaginacyjnie wyłączyć siebie z tej wspólnoty. O stworzeniu leżącym na talerzu nie myślimy w kategoriach śmierci. To tylko pokarm, a jego miejsce jest na naszym stole. Natomiast nasza śmierć jest tragedią. Wolimy myśleć, że ona zaburza, a nie utrwala ład świata. (…)

Ten fakt, że nasza wspólnota składa się ze stworzeń, które żywią się sobą wzajemnie, ustala jakąś prostą równowagę, oszczędność, poszanowanie istnienia, jakby prawo stałości życia wewnątrz całości, do której należymy. Można powiedzieć, że żyjemy pod prawem, którym jest zasada zachowania życia przenoszonego pod postacią pokarmu z jednego stworzenia na drugie. (…)

Przyjmując inne stworzenie jako pokarm, dokonujemy transformacji śmierci w życie. Na razie jest to śmierć innej istoty, a nasze życie, ale z czasem wszystko zostanie wyrównane. Za każdym razem, gdy połykamy inne ciało, stajemy się miejscem przejścia przez śmierć na drugą stronę życia. Przemiana ta ustanawia świętość aktu jedzenia, szczególnie wyrazistą, gdy przyjmowanym pokarmem jest mięso. Dobrze, że jesteśmy istotami, których świadomości to zjawisko może się objawić, i wielka szkoda, że pozwalamy, by jego niezwykłość umykała naszej uwagi, bo w taki właśnie sposób życie uchodzi niedostrzeżone z każdym kawałkiem mięsa.

Obojętność, jaką objawiamy wobec tego aktu i wobec ceny, za jaką zachowane jest nasze i każde inne istnienie – dopóki trwa – jest karygodna, i tę karę sami stale płacimy, gdy wegetujemy niezdolni do przeżycia wartości zdarzeń podstawowych. Sami bowiem nieodwracalnie wyjaławiamy każdy moment naszego istnienia. Żywe procesy zmieniamy w mechaniczne przebiegi, których sensu nie tylko nie próbujemy zrozumieć, ale nawet się nie domyślamy, że jest w nich coś, co może domagać się uwagi, co zdumiewa i co odsłania przed napiętą świadomością zapoznane święto istnienia skryte w tajemnicach zdarzeń elementarnych.”



Mocna słowa. Brzmią jak oskarżenie, ale przecież jakże są prawdziwe!



Jakiż głębszy sens znaleźć można w czynności jedzenia?

Gdybym takie pytanie usłyszał przed lekturą tej książki, powiedziałbym, że ludzie na każdy temat potrafią pisać długo i uczenie, chociaż niekoniecznie zajmująco i mądrze. Teraz po raz kolejny zostałem przekonany o potrzebie innego spojrzenia na zwykłe czynności naszego życia, a niechby próbowanie tegoż.

Oto autentyczna filozofka, pani Jolanta Brach-Czaina, dobywa z codzienności, z najzwyklejszych czynności i zdarzeń, ich istotę, cechy zwykle niedostrzegane, sens ukryty przed nami pod maską nudy i rutyny, więc spłycenia naszego widzenia i odczuwania.

To są cechy tej filozofii, która mnie pociąga, ponieważ umożliwia pogłębienie przeżywania życia, a dzięki temu ma zdolność nadawania mu nie tylko większej wartości, ale i uroku.

Że trudne do zrozumienia bywają te teksty? A cóż w naszym życiu jest łatwe? Na pewno nie wiedza, tym bardziej nie mądrość. Może gdyby były łatwe, nasze ich zrozumienie nie byłoby dla nas tak cenne? Bo cóż z tego, co łatwe, cenimy?



„Kiedy nadchodzi śmierć, powinniśmy z wdzięcznością pomyśleć o tych wszystkich stworzeniach, które w ciągu życia zjedliśmy, bo były ofiarą służącą naszemu istnieniu.”



Cytaty z książki „Szczeliny istnienia” ująłem w cudzysłów.



Dodam jeszcze swoje zdumienie odczute w czasie rozmowy ze znajomą. Otóż powiedziała mi, że warzywa przyniesione z warzywniaka należy spożytkować, ponieważ pozbawione zostały życia dla zjedzenia, nie zmarnowania.

– Ależ tak! – pomyślałem. Przecież wspólnota, o której pisała Brach-Czaina, obejmuje zwierzęta i rośliny.



231219

Gdzieś na obrzeżu czerwonego kręgu pojawia biały jasny punkt. Przez chwilę pulsuje, ale zaraz wybucha, rozsadzany tkwiącą w nim energią, wypierając czerwień ku środkowi kręgu. Ta jednak nie poddaje się łatwo i dochodzi do zaciętej walki. Siły przeciwników wydają się wyrównane, ale niedługo, bo oto czerwień przestaje być statyczną siłą, a zmienia się w długie i liczne szeregi wojowników biegnących ku bieli i napierających na nią. Wydaje się, że ściskana kula zaraz zniknie, przygnieciona bezwzględną czerwienią, ale przebija się przez szereg czerwonych wojów i z niesamowitą szybkością ucieka wzdłuż obrzeża. Za nią rusza czerwona pogoń, i oto cały krąg zamienia się w imponujące wirowanie bieli i czerwieni. Może mała biała kula miałaby szansę na skuteczną ucieczkę, ale ich świat jest ograniczony kręgiem, poza którym nie ma już nic. Wzięta w dwa ognie, biel znika, i cały krąg znowu świeci jaskrawą, ale uspokojoną już czerwienią.

Cisza trwa tylko chwilę, ponieważ świat kręgu jest zmiennością form i kolorów, jest światem akcji, dziania się.

Z centrum kręgu wybiegają niebieskie linie wypierając różowości, ale te nie poddają się łatwo, naciskając na niebieskości. Ich wzajemne przepychanie się przerywa pałająca biała pręga, niczym promień lasera wybiegająca z centrum ku granicy ich świata. Jest tylko jedna, ale chce być wszędzie. Biegnie wokół kręgu, wypierając niebieskość, ale ta ustępuje tylko na mgnienie oka, bo gdy biała pręga światła pomknie dalej, natychmiast zajmuje jej miejsce. Krąg znowu zamienia się w obłędne wirowanie światła, ale tym razem koniec jest odmienny: biel wybucha. Setki pałających strzępów białego światła pulsują na kręgu, a gdy gasną, ciąg łagodnych przemian żółci, oranżu i zieleni zapełnia uspokajający się krąg.



Czy to moje senne widziadła? A może obraz nocnego nieba na obcej planecie z filmu fantasy?

Nie, to parę tylko obrazów spośród wielu tworzonych przez LEDy na bocznych płaszczyznach trzydziestometrowego kręgu karuzeli.

Jeszcze nie opatrzył mi się ten widok. Może dlatego, że nie mogę często patrzeć na niego, a może dlatego, że cały program trwa wiele minut. Żałuję, że nie mam statywu potrzebnego do nagrania tego naprawdę ładnego spektaklu.

Często widzę kamery ustawione przed karuzelą i ludzi nagrywających filmy, więc może na YouTube są filmiki, ale adresów nie znam.

Dla ciekawskich garść informacji technicznych: obrazy tworzone są przez około sześć tysięcy wielokolorowych punktów świetlnych, z których każdy ma wbudowany sterujący mikroprocesor z pamięcią. Praca tego zdecentralizowanego systemu synchronizowana jest sinusoidą przemiennego prądu zasilającego, a całość kosztuje tyle, ile przeciętnej wielkości mieszkanie.

Któregoś dnia podeszła do mnie starsza pani i zapytała, pokazując na krąg:

– Kto wymyślił coś takiego?

– Ludzie. Elektronicy – odpowiedziałem.

Dodaję dwa filmiki ze światłem, tutaj tutaj
Trzeci film pokazuje, co widzi klient - kliknąć tutaj. Spostrzegawcza osoba zobaczy mnie na peronie.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

O jednym tygodniu, czyli zwykłe ple ple o pracy

151219
Poprzedni weekend wspominam jak wydarzenie z innego świata: w mieszkaniu syna i synowej spotkałem się z żoną i przez dwa dni zajmowaliśmy się naszymi wnukami, bo młodzi zrobili sobie wolne. Należy się im oderwanie od codzienności przy małym dziecku, a ja z przyjemnością zająłem się dużą już wnuczką i wnukiem – małym ludzikiem.
Tydzień, o którym chciałem napisać, zaczął się po powrocie do firmy w niedzielny wieczór. W nocy coś się zaczęło źle dziać z moim organizmem, sporo czasu spędziłem w toalecie. W poniedziałek rano poszedłem do pracy, ale pół godziny później poddałem się, obolały i bez sił. Poprosiłem kolegę o kupienie czegoś na żołądek, wróciłem do pokoju i położyłem się. Wieczorem obudziłem się i spojrzałem na zegarek: była godzina dwudziesta.
– Kurcze, czeka mnie bezsenna noc – pomyślałem, zrezygnowany, i… zaraz usnąłem.
Z krótkimi przerwami spałem więc półtorej doby, sporo ponad trzydzieści godzin, ale we wtorek wstałem zdrowy.
Nie wiem, co mi było. Wiem, że odespałem zaległości.
Zapełniłem swój samochód torbami i pudłami, szykując się do pięciotygodniowego wyjazdu służbowego; miałem pracować przy młynie, wysokiej, widokowej karuzeli. Popołudniu byłem już w Łodzi, wczesnym wieczorem zaczęliśmy demontaż młyna. Długo będę pamiętał tę nocną pracę. Kiedy o siódmej rano w czwartek stanąłem pod drzwiami pokoju w barakowozie, przydzielonym mi dla przespania się, nie mogłem wyciągnąć klucza z kieszeni, tak bardzo miałem zgrabiałe dłonie. Kiedy już go miałem w ręku, nie mogłem trafić w zamek. Lewą ręką naprowadzałem trzęsącą się prawą, później nie byłem w stanie przekręcić klucza w zamku, a gdy w końcu otworzyłem drzwi, na wysokim stopniu fiknąłem koziołka, bo i nogi miałem nieco zdrętwiałe.
Na szczęście w pokoju było ciepło, miałem w nim dwa grzejniki. Nie przeszkadzał podejrzany stan pościeli wydzielającej dziwny zapach – usnąłem w parę minut, oczywiście bez mycia się, bo gdzie?
Po ledwie paru godzinach snu zadzwonił budzik. Pora była jechać do Kielc. Na szczęście nie jechałem ciężarówką, a swoim oplem, co wymusiłem na szefie, ponieważ planowane były tylko dwa dni wolne w działaniu karuzeli: w wigilię i pierwszy dzień świąt, a z Kielc do domu mam dwieście kilometrów. W wigilijny wczesny ranek wyjadę do domu, a w drugi dzień świąt rano prawie na pewno będę wracał do pracy.
Jadąc swoim samochodem, mogłem pognać szybciej do celu i zająć pokój w hotelu, ale chcąc być pomocny, pilotowałem kolegę obawiającego się drogi przez miasto, a ja jak zwykle zakułem na pamięć trasę przejazdu.
Tutaj uwaga: przejazd przez miasto musi być dokładnie sprawdzony, także „ludzikiem” na Googlach, ponieważ ponadwymiarowym zestawem pojazdów ważącym pięćdziesiąt ton, nie można zawrócić byle gdzie, jak samochodem osobowym, ani nie zmieści się w ciasnych, krętych uliczkach. Przejazd ulicami musi być bezbłędny, skoro naprawa błędu, czyli powrót na właściwą trasę, może być kłopotliwy.
A w następny dzień od rana zajęliśmy się montażem młyna na rynku w Kielcach. Dobrze, że telefony mają funkcję GPS, bo labiryntem jednokierunkowych ulic w życiu nie trafiłbym z hotelu na rynek, a wieczorem do hotelu.
Z przywożenia nam obiadów zrezygnowaliśmy, bo gdzież jeść? Na dworze, stojąc i trzęsąc się z zimna? Bary miały dla nas wielki, pociągający urok: ciepłe wnętrze. Przez cztery kolejne dni jadłem kebaba, czyli zjadłem tych dań więcej, niż przez całe dotychczasowe życie. Dobrze, że później znalazłem nieodległą bardzo dobrą jadłodajnię.
Biorąc pod uwagę mój wiek i niewielką siłę fizyczną, kolega prowadzący prace postawił mnie przy pilotach. Było ich trzy, a służyły do obsługi wind podnoszących ciężkie elementy koła karuzeli. Fajna to była robota przez pierwszą godzinę. Gdy minęła, zacząłem przytupywać nogami, bo mimo trzech par skarpetek, marzły mi stopy, a po trzech godzinach byłem soplem lodu. Naciskałem guziki, ale przemarznięte palce nie czuły nacisku. Włączenie windy poznawałem po przesuwaniu się lin.
Wieczorem, stojąc pod bardzo gorącym prysznicem, przeżywałem ekstazę.
Ludzie uganiają się za silnymi wrażeniami, płacą ogromne pieniądze za luksusy, a wystarczy porządnie zmarznąć, żeby upajającej przyjemności i poczucie najwyższego luksusu doświadczyć w tanim hotelu pod strumieniem gorącej wody.
Gonitwa. Szybko, szybciej.
Żeby wcześniej skończyć, żeby czasu wystarczyło na sen, żeby w niedzielę otworzyć imprezę. Ci, którzy przyjechali tylko na montaż, śpieszyli się, chcąc wrócić do domu na niedzielę.
Wariactwo. Kiedyś znajdowałem w tej pracy ślady męskiej przygody, elementy szkoły przetrwania dla twardzieli, nieco podobała mi się zmienność miejsc i zajęć, a teraz wolałbym, żeby mniej się w niej działo.
Chciałem, żeby już młyn ruszył, i żeby prace przy jego obsłudze weszły w swój zwykły codzienny nurt.
Akurat pierwszego dnia ten nurt okazał się być podobny do nurtu górskiego strumienia po roztopach: kielczanom tak się spodobała karuzela, że pracę przy obsłudze skończyliśmy późnym wieczorem, nie mając chwili wolnego czasu. Na obiad zastępowałem kolegów, ale na kolację czasu już zabrakło.
Znowu pośpiech.
Jak najszybciej wysadzić klientów i usadzić następnych, zapewnić przerwę na posiłek i zagrzanie się, a jeszcze jest kasjer domagający się drobnych do wydawania. Przypomniały mi się scenki z filmu o wymianie kół w samochodach F1. Tam każdy ruch musiał być dopracowany i wyćwiczony, tutaj jest nieco podobnie, jeśli chce się skrócić czas wymiany klientów. Ten młyn, mimo że daleko mu do London eye, mieści ponad sto osób i ma sześć stanowisk do wysiadania i wsiadania.
Przez parę dni przychodził pod młyn mężczyzna w średnim wieku i w nieokreślonym stanie upojenia. Zdejmował kurtkę, buty i skarpety, układał na kupkę i… tańczył w rytm puszczanej przez nas muzyki. Dobrze tańczył. Trochę mu zazdrościłem tej umiejętności, bo ze mnie klasyczny słoń, nie tancerz.

Kiedy po powrocie do hotelu uświadomiłem sobie, że minął tydzień od mojego powrotu od wnucząt, poczułem znaną przecież, ale zawsze tak zadziwiającą zmienność naszego odczuwania upływu czasu: te kilka dni jakby miesiącem się stały, wypełnione tak różnymi pracami i okolicznościami.





O wielce nowoczesnych, skomputeryzowanych firmach.
Wiele razy miałem problemy z firmami kurierskimi, najczęściej z powodu adresu. Otóż ich komputerowe systemy są na ogół tak zaprogramowane, że nie przyjmują adresu bez numeru posesji, a jakaż ona ma być dla karuzeli? W Ustroniu stoimy przy ulicy Kolejowej. Czasami podaję numer jeden, oczywiście dopisując „wesołe miasteczko” w adresie. Ale wtedy się zdarza, że kurier puka do drzwi domu Kolejowa 1. Natomiast wpisanie zera jako numeru posesji nie zawsze się udaje, bo niektórym „systemom” to się nie podoba i odrzucają adres jako nieprawidłowy. Wszak SYSTEM wie lepiej od mieszkańca, jaki ten ma prawidłowy adres.
Parę dni temu kupowałem coś na allegro na potrzeby firmy, w adresie podałem rynek (w Kielcach) z dopiskiem „karuzela”. Na drugi dzień odebrałem telefon od kuriera: nie zabrał paczki z magazynu, bo adres nie jest kompletny. Musiałem jechać do nich, żeby paczkę odebrać osobiście. Stojąc pod światłami uświadomiłem sobie, że kasjerowi nie dałem klucza od kasy, a do otwarcia zostało pół godziny. Na szczęście w magazynie nie chciano ode mnie kodu dostępu ani autoryzacji potwierdzonej przez bank lub starostę, i na czas wróciłem.
W tego rodzaju firmach rządzi „SYSTEM”. Nie szef, nie logika, nie klient, a SYSTEM, który jest wszystkim.
Jest alfą i omegą, bo jeśli czegoś nie zaakceptuje, to nikt już nic nie poradzi.
Zaczynam myśleć o dołączeniu firm kurierskich do listy firm i zawodów, które należy omijać z daleka.
Czyż nie podobnie jest przy próbach dodzwonienia się do „konsultanta” w wielkich firmach?
Najpierw serwują nam pięć minut (albo kwadrans) hałasu zwanego muzyką dla umilenia oczekiwania, później wymuszają na nas zgodę na nagrywanie rozmowy (bo jeśli nie, to się rozłącz, człowieku), oczywiście w trosce o nas, a jakże.
Później wysłuchujemy litanii:
– Jeśli chcesz się dowiedzieć, dlaczego nasza firma jest najlepsza na świecie, naciśnij jeden...”.
Swoją drogą, rzadko proponowane tematy rozmowy pasują do sprawy, jaką ja mam.
Kiedy już usłyszymy powitanie i prezentację rozmówcy, kiedy wyjaśnimy jaką mamy sprawę, nierzadko słyszymy o potrzebie przełączenia. No i znowu debilna muzyczka przez pięć minut albo kwadrans.
Oczywiście to wszystko jest zgodne najnowszymi normami ISO i jest bardzo, bardzo dwudziestopierwszowieczne, jakżeby inaczej!
Kiedyś jakiś wirus komputerowy sparaliżuje naszą cywilizację, a my będziemy głodowali, bo w sklepie nie kupimy chleba, skoro nie będzie działała skomputeryzowana kasa.
I bardzo dobrze! Niech tak się stanie, może w końcu nie będę musiał naginać swojego myślenia i kojarzenia, do dziwactw wszechmocnych SYSTEMÓW i ich twórców.

sobota, 7 grudnia 2019

Góry czartów, krasnoludków i dinozaurów

241119
Góry Stołowe:
Głazy Krasnoludków i Diabelska Maczuga pod Gorzeszowem. Czartowskie Skały między wsiami Różana i Łączna.

Nie pamiętam, kto z nas wspomniał o Głazach Krasnoludków, dość, że pomysł przypadł nam do gustu i krótko po rozwidnieniu się dotarliśmy do parkingu przy rezerwacie.
Byłem tam tylko raz, osiem lat temu, pora więc była najwyższa odwiedzić miejsca zapamiętane jako ładne.
Zarówno wtedy, jak i dzisiaj, sądziłem, że jadę w Góry Kamienne, dopiero po powrocie, chcąc nabrać pewności, zajrzałem do Internetu i ze zdumieniem dowiedziałem się, że byliśmy w Górach Stołowych, w paśmie Zaworów.
Czasami granice podziałów gór wydają mi się dziwne, czasami zbyt dokładne, gdy czytam o wątpliwościach dotyczących przynależności niewielkiego wzgórza, tutaj jednak wspomnę podobieństwo widzianych dzisiaj form skalnych do klasycznych grzybów i zwierzaków stojących właśnie w Górach Stołowych. Nie wiem, jak jest z ukształtowaniem terenu, ale z powodu kształtów skał, odwiedzone miejsca niewątpliwie są w tych właśnie górach.
Rezerwat Głazy Krasnoludków utworzono dla ochrony roślin, zwierząt i form skalnych. Na długości ponad kilometra, na uskoku terenu, wznoszą się skały, jedna przy drugiej, o wysokości do kilkunastu metrów. Od góry zbocza ich szczyty są tak niskie, że łatwo podziwiać je można nie tylko od dołu, patrząc na nie z zadartą głową, albo i stojąc na nich. Parking jest sto metrów od skał, wspinaczki nie ma żadnej, chociaż ostrożność jest potrzebna wobec obłości kształtów, można więc skupić się wyłącznie na swoich wrażeniach i na skałach
A te oszałamiają. Są tam skalne ściany, mury ze zdobieniami i basztami, skalne szczeliny, bloki zaklinowane w swoim locie ku ziemi, ale najliczniejszą grupą są głowy zwierząt, a zwłaszcza dinozaurów. Podobieństwo jest duże także z powodu wyraźnie zaznaczonych paszcz tych skalnych zwierząt.
Otóż zbudowane są piaskowców i to bynajmniej nie monolitycznych. Słowo wyjaśnienia:
Kiedyś jakieś góry, których ludzkie oko nie widziało, w ciągu milionów lat swojego istnienia uległy procesom niszczącym, stając się małymi drobinkami skalnymi znanymi nam pod nazwą piasku. Ich pokłady zalewała woda morza, na warstwy piasku opadały inne materiały, na przykład pyły wulkaniczne, szczątki roślin i zwierząt, albo osady przyniesione nurtem rzeki. Warstw przybywało, ich ciężar rósł, materiał ulegał sprasowaniu i sklejeniu stając się nową skałą, piaskowcem, a z racji pochodzenia mówi się o skale osadowej. Później morze znikło, pokłady zostały wypiętrzone tajemniczymi procesami wewnątrz Ziemi, przy czym ogromne płyty nie zostały uniesione równo, a pod skosem. W efekcie odsłonięcia się pokładów piaskowców, uruchomił się nowy proces ich niszczenia. Natura ma cierpliwych, wolno działających, ale niestrudzonych niszczycieli: to woda, wiatr, różnice temperatur, słońce.
Skała jest osadowa, a jej warstwy cechuje zmienność w składzie i odporności na te wszystkie procesy, które rozdrabniają kamienie. Jeśli się zdarzy tak, że pod warstwą twardszą jest skała mniej spoista, tworzą się kształty rodem z filmów fantasy: górą szersze, mniej zniszczone, dołem bardziej. Pojawiają się szczeliny, monolit dzieli się na oddzielne skały, a te stoją na coraz cieńszych podstawach, póki ich ciężar ma jeszcze oparcie. Widziałem piękne głowy zwierząt na długich i wąskich szyjach, w pozycjach bliskich utraty stabilności, widziałem też taką, która dawno temu przewróciłaby się, gdyby nie oparła się o sąsiednią skałę, mniej podciętą u podstawy. Widziałem też obłe skały leżące w dole, a na zboczu niewielkie wzgórki – resztki rozpadłych skalnych form.
Wyróżnia się jedna, cienka i ciemna, warstwa osadów. Właśnie po jej biegu widać nierówne wypiętrzenie skorupy i to ona, ciemna krecha, tworzy pyski skalnych zwierząt. Z niektórych nawet sterczą wiechcie traw czy paproci, niczym nieprzełknięte resztki pokarmu tych zwierząt.

 Na równi z kształtami fascynuje mnie ten pobieżnie opisany proces nieustających przemian powierzchni Ziemi. To właśnie te metamorfozy są wieczne, nie skały i nie łańcuchy górskie.
Głazy Krasnoludków utworzone zostały z resztek nieistniejących gór. Można na te skały spojrzeć inaczej, z perspektywy milionów lat. Wtedy łatwo zauważyć nie tylko ich chwilowość, tylko dla człowieka niemal wieczną, a w piasku leżącym u ich stóp dostrzec zaczyn, z którego może powstaną nowe góry w świecie wyglądającym zupełnie inaczej od nam znanego.
Jednak nadal będzie to Ziemia. Chciałbym wierzyć w możliwość zobaczenia tych nowych gór przez ludzi.
Zwracały moją uwagę korzenie drzew. Wiele z nich rośnie na nagich skałach, a życiodajnej ziemi szukają niżej, wypuszczając bardzo długie i nierzadko powykrzywiane korzenie. Kilka razy odniosłem wrażenie ich niezdecydowania, a raczej szukania ziemi. Te korzenie jakby zawracały, nie znajdując jej tam, gdzie próbowały.
Na wielu skałach rosną małe świerki, czasami są to miniaturowe laski z poszyciem, bo i krzaczki jagód tam rosną, są paprocie i trawy. Niektóre kojarzą się z czupryną włosów na głowie, wszystkie dziwią witalnością, życiem w skrajnie trudnych warunkach.
Skały w rezerwacie już opisywałem, ale zgodnie z moją zasadą, teraz nie czytałem starego tekstu, nie chcąc się sugerować czy ograniczać. Wtedy tekst może być tylko nieco podobny, na pewno nie będzie kalką ani też sztucznym omijaniem tych samych tematów.

Zbliżając się do Czartowskich Skał, obaj zwróciliśmy uwagę na urokliwą okolicę. To klasyczne pogórze, jakby cudem przeniesione z moich gór. Stojąc później na porębie pod szczytem Bieśnika, góry wznoszącej się nad Skałami, głodnym wzrokiem myszkowałem po urokliwej okolicy. Nie, obaj tam staliśmy i obaj podziwialiśmy krajobraz. Już wyszukiwałem przejścia ku widocznej w oddali ładnej przełęczy, gdy uświadomiłem sobie, że przecież nie są to moje góry. Zdziwiony byłem siłą przeżytych odczuć: zawodu, smutku, tęsknoty, ale i czegoś na kształt oszukania mnie. Jakby zabrano mi te okolice, uniemożliwiono ich poznanie, no bo jakże mi tam iść, skoro nie są to Góry Kaczawskie??
Jeśli bogowie pozwolą, pójdę ku tamtej nieznanej mi przełęczy. Wydaje mi się, że patrzyliśmy na fragment pogórza Gór Wałbrzyskich.

U podnóża Bieśnika biegnie droga, którą zapamiętałem będąc tutaj osiem lat temu. Nic się nie zestarzała, nic nie straciła ze swojej urody, nadal czarując mnie i budząc pragnienie jej poznania.

Oczywiście weszliśmy na wierzch Czartowskich Skał. Janek wynalazł ścieżynkę doprowadzającą do pionowej ściany piaskowca z najprawdziwszymi oknami i niewielką jaskinią. Zrobiła wrażenie swoim umiejscowieniem nie w ziemi, a pod samym szczytem skały. Ponieważ okna nie miały szyb, przez jedno z nich przeszliśmy na drugą stronę. Kiedy po wyprostowaniu się spojrzałem za siebie, wiedziałem, dlaczego nie poznałem tego przejścia będąc po tej stronie poprzednio: ścieżki właściwie nie widać, tylko krawędź urwiska.

Pamiętam, że przed laty zszedłem z tych skał zadowolony z decyzji wejścia, ale i z ulgą.
Dzisiaj moja ulga wydała mi się większa.

W czasie grzybobrania wiele razy chciałem zapamiętać ostatniego znalezionego grzyba, ale nie udawało mi się, bo albo trafiałem na kolejny, albo niespodziewanie, późną już jesienią, znajdowałem spóźnione grzyby. Tak było dzisiaj. Znalazłem kilka dorodnych, a przy tym czerstwych, młodych podgrzybków, tych najładniejszych, z brunatnymi łebkami. Są już ususzone, dodam je do bigosu. Ostatnie moje tegoroczne grzyby.
Nie wiedziałem też, że dzisiejsze nasze wędrowanie jest ostatnim w tym roku. Jestem teraz na delegacji, daleko od Sudetów, a do bazy wrócę w połowie stycznia. Obiecuję sobie wziąć kilka dni wolnego, bo przecież trzeba mi będzie nadrobić zaległości i nasycić potrzebę włóczęgi.

Zdjęcia ze mną oczywiście robił Janek.