Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

niedziela, 27 sierpnia 2017

Proust, Helena i Pierwsza Dama


270817

Zaczynam swój kontredans z latem i z jesienią. Fakt, lata jeszcze cztery tygodnie, a na ogół są to ciepłe i słoneczne dni, ale jesień już się pojawia. Jest w zmroku zapadającym zaraz po dwudziestej, a więc w porze dnia nie mającego zamiaru się kończyć jeszcze dwa miesiące temu, jest w pierwszych opadłych liściach, nad którymi stałem dzisiaj, zatrzymany w swoim codziennym zabieganiu ich widokiem.

Tak więc dostrzegając pierwsze oznaki jesieni, staram się tak liczyć cechy lata, aby było ich więcej. Teraz, w końcu sierpnia, łatwo o takie rachuby, ale istotą mojego tańca jest podobne liczenie i za miesiąc, a nawet za dwa, jeśli zdarzą się ładne dni.

Wariactwo przeprowadzki za mną, przede mną jeszcze tydzień spokojnej pracy, nim następnym poniedziałkiem nie zaczniemy chyba najbardziej szaleńczych dziesięciu dni sezonu. Ale to dopiero za tydzień, w te dni, mając czas, piszę i czytam. Przez dwa kolejne wieczory przygotowywałem materiały do drugiej książki, którą mam nadzieję wydać w zimie. Będzie to obszerny wybór tekstów, dla których wybrałem wspólny tytuł będący jednocześnie ich opisem, który i tutaj, na blogu, się powtarza: wrażenia i chwile. Niektóre teksty są wiekowe, mają po kilkanaście lat; czytając je, miewałem wrażenie zawracania czasu i ponownego przeżywania tamtych chwil, o których zapewne zapomniałbym, gdybym w swoim czasie nie utrwalił ich pismem.

Wśród dziesiątków myśli i zdarzeń, wyłuskałem kilka zdań zachwytu nad obrazem „Sroka” Moneta. Obrazu zimowej aury, ale przecież ciepłego w odbiorze. Od czasu lektury dzieła Marcela Prousta „Sroka” zawsze kojarzy mi się z „Poszukiwaniem” nie tylko z powodu ozdobienia jednego tomu dzieła tym obrazem, ale i przez wrażenia budzone nim samym, a przecież o roli sztuki w ludzkim życiu wiele jest u Prousta.

Autor pozwolił mi zrozumieć istotę dzieła sztuki i wartość tejże w naszym życiu, a do wiedzy tej dochodziłem mozolnie, mimo prowadzenia przez Francuza; tym bardziej jestem dumny ze zrozumienia. W minione dni, dokonując korekt tekstów, wspomniałem tę swoją drogę i czas, który jej towarzyszył.

Było to możliwe dzięki pismu – magii zamieniającej wrażenia i chwile, a więc naszą duchowość i nasz czas, w paciorki znaczków odpornych na działanie czasu.




 Zdjęcie obrazu Moneta nie jest moje, pobrałem je ze strony Galerii ArtEmi.

Założenie miałem jasne: piszę tutaj o sobie, nie o rodzinie, i tego się trzymam, jednak parę zdań o wnuczce napiszę, wszak była ze mną 20 dni. 
Gdy patrzyłem na jej swobodne bieganie po lunaparku, gdy widziałem umiejętności, których nabrała w kierowaniu wózkami autodromu, nierzadko wspominałem małą Małgosię, moją córkę, która jak i jej bratanica wiele wakacji spędziła w lunaparku.

Moja wnuczka była niemowlakiem, później małym dzieckiem, teraz jakby otwiera swoimi przemianami następną furtkę czasu, za którą czeka dziewczyna. Z przyjemnością patrzę na powolne jej przemiany i ile mogę, tyle biorę w nich udziału. Chciałbym, żeby Helena pamiętała mnie i dobrze wspominała. Czasami mówię sobie, iż patrzę na dziecko mojego dziecka, i wtedy doznaję zdumienia. Ja, mój syn i jego córka, jesteśmy trzema oczkami nieskończonego łańcucha życia rozciągniętego od głębin czasu ku nieznanej i niepojętej przyszłości. Moja wnuczka ma szansę dożyć XXII wieku; jaki będzie wtedy świat? Czy jej wnuki cokolwiek zrozumieją z opowiadań o wakacjach u dziadka Krzyśka na początku dwudziestego pierwszego wieku?

Parę lat temu, gdy uczyła się mówić, raz jeden powiedziała do mnie „dziadek Sisiek”. Czasami proszę ją, żeby tak mnie nazwała...




Może z powodu ciągłego otoczenia ludźmi, tymi samymi w pracy i w czasie prywatnym, a może po prostu ze względu na cechy mojej osobowości, nie odczuwam potrzeby zawierania nowych znajomości, a nawet jakbym ich unikał, chociaż korespondencyjnych znajomości kilka mam. Bywa, że do obcych ludzi zbliżam się z obawą, czy raczej z niepewnością. Jedno i drugie odczucie było we mnie, gdy pierwszy raz miałem spotkać się z Pierwszą Damą bloga, Anną Kruczkowską i jej rodziną, ale jednak poszedłem na spotkanie, co oznacza, iż działają we mnie siły, oczekiwania czy pragnienia odwrotnie skierowane do tamtych obaw.

Trzy tygodnie temu spotkałem się z Kruczkowskimi po raz czwarty, jeśli dobrze liczę. Jedyne obawy jakie miałem, były typowe dla mnie: żeby nie popełnić jakiejś gafy towarzyskiej, w czym bywam mistrzem. Anna i jej rodzina tajemnym dla mnie sposobem potrafią sprawić, że czuję się po prostu dobrze wśród nich. Nie wiem, które chwile zawarte w tych nielicznych, niestety, godzinach z nimi spędzonych zapamiętam na dłużej, dzisiaj wspominam jedną, która uczyniła na mnie wrażenie; może dlatego, że niewiele podobnych przeżyłem.

Byłem jeszcze w pracy, szedłem alejką między karuzelami, oni szli w moją stronę; gdy ich zobaczyłem, odruchowo, spontanicznie uśmiechnąłem się i uśmiech zobaczyłem.

Anno, dziękuję Ci za chwile z Wami.


sobota, 19 sierpnia 2017

Wakacje, lato i morze


190817
Kończą się moje „wakacje” nad morzem. Wziąłem to słowo w cudzysłów, ponieważ osiem tygodni tutaj spędzonych nazwać można wakacjami tylko po porównaniu ich do pozostałych dni karuzelowego sezonu. Oceny są względne, nie tylko ludzi, ale i czasu oraz warunków pracy. Po  dziewięćdziesięciogodzinnym szaleństwie okresu festynów, zejście do siedemdziesięciu godzin spokojnej (na tyle, na ile jest to możliwe w lunaparku) pracy tygodniowo jawi się jako okres wakacyjny.
Jak każdego lata tutaj, a tegoroczne jest już jedenastym, po pracy dzielę czas między czytanie i pisanie a wyjście na dwór. Czasami te dzielenie przypomina bój ze sobą, z dwoma wykluczającymi się wzajemnie pragnieniami. Na ogół idę na ugodę: gdy świeci słońce, wygrywa spacer brzegiem morza lub bocznymi uliczkami miasteczka, natomiast przy pochmurnej pogodzie nadrabiam zaległości przy książkach lub komputerze. Oczywiście wtedy, gdy jestem sam, gdy nie goszczę kogoś z rodziny.

Zadziwia mnie skrajna odmienność odczuwania upływu czasu. W pracy, zwłaszcza gdy robię coś, czego nie lubię, godzina wydaje się trwać bez końca, ciągnąc swe minuty niemiłosiernie, ale gdy usiądę przy komputerze, ta sama godzina zamienia się w sprintera. Patrzę w lewy róg ekranu i widzę, przecież widzę!, że cyferki minut zmieniają się niemal w tempie sekund. W typowy wieczór nad morzem mam pięć godzin tylko dla siebie; zdawałoby się, że to morze czasu, ale tak naprawdę jest to ledwie godzinka. Staram się przedłużyć ją późniejszym położeniem się spać, ale zauważyłem, że im późniejsza jest pora, tym szybciej mi umyka. Czasami dochodzę do wniosku, że skoro zawsze wstaję niewyspany, bez względu na długość snu, to może kłaść się jeszcze później? Sposób nierzadko stosuję, w zasadzie jest dobry, ale pod jednym warunkiem: w ciągu dnia nie mogę usiąść bezczynnie, bo zaraz usypiam.
Z czasem jest jak z horyzontem: im szybciej się go goni, tym szybciej on ucieka.

Morze nie ma dla mnie takiego uroku, jaki mają góry, chociaż tak po prawdzie niemałe tutaj znaczenie może mieć nielubiany tłok w Ustroniu i pożądana pustka górskich szlaków.
Morze ustępuję górom w zmienności krajobrazów, jednak potrafi dorównać pomocą w wyciszeniu, w próbach uładzenia się ze sobą i swoim czasem, w staraniach patrzenia uważniej, z dostrzeganiem drobiazgów niewidocznych w zabiegany czas.



Aby dostrzec bogactwo świata, potrzebna jest nie tylko wiedza o nim, ale i odczuwanie potrzeby przeżywania go w sobie; uznanie, iż najcichsze, najsubtelniejsze wrażenia są najcenniejsze, bo najbardziej nasze. Chwile dostrzeżenia piękna tam, gdzie wcześniej nic nie widzieliśmy, albo widzieliśmy niedoceniając, na pół oślepli gonitwą, przyzwyczajeniem, migotaniem ekranów, zalewającą nas śmieciową informacją obrazkową.
Cóż prawdziwie naszego jest w pobudzeniu rytmicznym dudnieniem z ogromnych głośników dyskotekowych? Powiedziałbym, że niewiele, a cała reszta jest fizjologiczną reakcją naszego organizmu.
Biegnąc do mnie, niskie słońce rozjaśniło pas morza. Droga była świetlistym migotaniem, nieustannym ruchem, skrzeniem się, delikatnymi przemianami świecącej żółci blisko horyzontu i połyskliwej bieli o odcieniach od ciepłej masy perłowej, poprzez chłód diamentu, aż do zimnego, metalicznego blasku rozlanej rtęci po bokach, na granicy jasności. Blisko mnie, przy brzegu, światło traciło siłę: nie potrafiąc rozjaśnić dolin między falami, eksplodowało na ich szczytach momentalnymi rozbłyskami i gasło, by w tej samej chwili zapalić się na tysiącu innych grzbietach fal. Jeszcze bliżej brzegu światło widać było już tylko na pieniących się szczytach fal, a wydawało się, że sama piana świeci, skoro wszystkie jej drobiny i z każdej strony były perlistą, gotującą się jasnością.
Paręset metrów od brzegu zobaczyłem szybko poruszającą się czarną kropkę, w której rozpoznałem człowieka na skuterze. Patrzyłem na niego, zbliżał się do słonecznej drogi, a gdy wpłynął na nią, pomyślałem, że teraz widzi wokół siebie wodę pokrytą jaskrawym płaszczem światła. Czy nie razi jego oczu? W moment później uświadomiłem sobie swój błąd: przecież ta świetlna droga faktycznie była moja, tylko ja ją widziałem, widziałby też ktoś, kto siedziałby przy mnie, ramię w ramię – tamten człowiek nie.
Uśmiechnąłem się do siebie. Troszkę z politowaniem nad swoim zapominalstwem, ale więcej w nim było wyrozumiałości i ciepła.
Chciałbym unieść ze sobą tę chwilę mojego uśmiechu i widok słonecznej drogi, ocalić je od zapomnienia, by mogły pomagać mi w trudnym czasie. Zapamiętać, by mieć coś prawdziwie mojego.
W zasadzie w czasie każdego oglądanego zachodu słońca morze widziałem inne; czasami różnice były ledwie zauważalne, ale były i radykalne. Woda morza bywa tak matowa, mało wyrazista, wprost nijaka, że wydaje się czymś martwym. Na drugim biegunie przemian jest jej wesołość, wyrazistość, nasycenie kolorami; wtedy w skrzeniu się dalekich fal dopatruję się radosnych figli córek Nereusa.
Między tymi skrajnościami rozciąga się rozległy obszar metamorfoz. Co prawda nie są tak spektakularne jak te, do których był zdolny ojciec Nereid, ale równie jak one są liczne.
Podobnej skali przemian ulega horyzont i chmury. Bywa, że pierwszym szczegółem zauważonym po przejściu wydmy jest linia styku wody i nieba. Przyciąga wzrok idealnie równą, ostro zarysowaną granicą dwóch światów, która wydaje się być wtedy bliską i materialną. Czasami nie widzę wcale horyzontu, ale nie z powodu mgły, a kolorystycznego stopienia się dalekiej wody i nieba; jedynie w pobliżu niskiego słońca zauważa się jego skrawek, a wydaje się on wtedy jedyną drogą pomiędzy nicością.
W zimowym niebie zasnutym jednolitą opończą szarości nie znajduję nic ciekawego ani ładnego, ale chmury, o ile widoczne są na tle błękitu, potrafią czarować swoim wyglądem i zmianami. Każde chmury: trzywymiarowe, mięsiste, mleczne bałwany, ale i te delikatne mazy wyglądające niczym ślady szybkiego ruchu na pół suchego pędzla impresjonisty po błękicie pustego jeszcze obrazu. Dzisiaj widziałem trzeci rodzaj chmur, nieznanej mi, jak i tamte, nazwy: te chmury wydają się być płaskie i gładkie, masywne i nieprzezroczyste niczym tynkowany mur. W czasie mojego godzinnego patrzenia na koniec dnia, chmura zmieniła się z ledwie widocznego pasemka wiszącego nad zachodnim horyzontem, w bulwiasto pęczniejący masyw, a jej kolory od świecącej bieli i szafranu do szarej niebieskości i granatów po zachodzie. Gdy słońce schowało się za nią, jej postrzępiony górny brzeg zalśnił jaskrawym światłem barwionym żółtymi odcieniami, a ponad nimi strzeliły na trzy strony świata promienie słońca, wieńcząc chmurę najpiękniejszą koroną.
W kwadrans później słońce, gniecione ciężarem chmury, chowało się w morzu kończąc dzień.

Jutro wieczorem zaczynam przeprowadzkę. W poniedziałek o zmierzchu uruchomię scanię i ruszę w kolejną drogę, więc dzisiejsze wyjście nad morze było pożegnaniem z nim.
Morze za mną, góry przede mną.