Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

sobota, 19 sierpnia 2017

Wakacje, lato i morze


190817
Kończą się moje „wakacje” nad morzem. Wziąłem to słowo w cudzysłów, ponieważ osiem tygodni tutaj spędzonych nazwać można wakacjami tylko po porównaniu ich do pozostałych dni karuzelowego sezonu. Oceny są względne, nie tylko ludzi, ale i czasu oraz warunków pracy. Po  dziewięćdziesięciogodzinnym szaleństwie okresu festynów, zejście do siedemdziesięciu godzin spokojnej (na tyle, na ile jest to możliwe w lunaparku) pracy tygodniowo jawi się jako okres wakacyjny.
Jak każdego lata tutaj, a tegoroczne jest już jedenastym, po pracy dzielę czas między czytanie i pisanie a wyjście na dwór. Czasami te dzielenie przypomina bój ze sobą, z dwoma wykluczającymi się wzajemnie pragnieniami. Na ogół idę na ugodę: gdy świeci słońce, wygrywa spacer brzegiem morza lub bocznymi uliczkami miasteczka, natomiast przy pochmurnej pogodzie nadrabiam zaległości przy książkach lub komputerze. Oczywiście wtedy, gdy jestem sam, gdy nie goszczę kogoś z rodziny.

Zadziwia mnie skrajna odmienność odczuwania upływu czasu. W pracy, zwłaszcza gdy robię coś, czego nie lubię, godzina wydaje się trwać bez końca, ciągnąc swe minuty niemiłosiernie, ale gdy usiądę przy komputerze, ta sama godzina zamienia się w sprintera. Patrzę w lewy róg ekranu i widzę, przecież widzę!, że cyferki minut zmieniają się niemal w tempie sekund. W typowy wieczór nad morzem mam pięć godzin tylko dla siebie; zdawałoby się, że to morze czasu, ale tak naprawdę jest to ledwie godzinka. Staram się przedłużyć ją późniejszym położeniem się spać, ale zauważyłem, że im późniejsza jest pora, tym szybciej mi umyka. Czasami dochodzę do wniosku, że skoro zawsze wstaję niewyspany, bez względu na długość snu, to może kłaść się jeszcze później? Sposób nierzadko stosuję, w zasadzie jest dobry, ale pod jednym warunkiem: w ciągu dnia nie mogę usiąść bezczynnie, bo zaraz usypiam.
Z czasem jest jak z horyzontem: im szybciej się go goni, tym szybciej on ucieka.

Morze nie ma dla mnie takiego uroku, jaki mają góry, chociaż tak po prawdzie niemałe tutaj znaczenie może mieć nielubiany tłok w Ustroniu i pożądana pustka górskich szlaków.
Morze ustępuję górom w zmienności krajobrazów, jednak potrafi dorównać pomocą w wyciszeniu, w próbach uładzenia się ze sobą i swoim czasem, w staraniach patrzenia uważniej, z dostrzeganiem drobiazgów niewidocznych w zabiegany czas.



Aby dostrzec bogactwo świata, potrzebna jest nie tylko wiedza o nim, ale i odczuwanie potrzeby przeżywania go w sobie; uznanie, iż najcichsze, najsubtelniejsze wrażenia są najcenniejsze, bo najbardziej nasze. Chwile dostrzeżenia piękna tam, gdzie wcześniej nic nie widzieliśmy, albo widzieliśmy niedoceniając, na pół oślepli gonitwą, przyzwyczajeniem, migotaniem ekranów, zalewającą nas śmieciową informacją obrazkową.
Cóż prawdziwie naszego jest w pobudzeniu rytmicznym dudnieniem z ogromnych głośników dyskotekowych? Powiedziałbym, że niewiele, a cała reszta jest fizjologiczną reakcją naszego organizmu.
Biegnąc do mnie, niskie słońce rozjaśniło pas morza. Droga była świetlistym migotaniem, nieustannym ruchem, skrzeniem się, delikatnymi przemianami świecącej żółci blisko horyzontu i połyskliwej bieli o odcieniach od ciepłej masy perłowej, poprzez chłód diamentu, aż do zimnego, metalicznego blasku rozlanej rtęci po bokach, na granicy jasności. Blisko mnie, przy brzegu, światło traciło siłę: nie potrafiąc rozjaśnić dolin między falami, eksplodowało na ich szczytach momentalnymi rozbłyskami i gasło, by w tej samej chwili zapalić się na tysiącu innych grzbietach fal. Jeszcze bliżej brzegu światło widać było już tylko na pieniących się szczytach fal, a wydawało się, że sama piana świeci, skoro wszystkie jej drobiny i z każdej strony były perlistą, gotującą się jasnością.
Paręset metrów od brzegu zobaczyłem szybko poruszającą się czarną kropkę, w której rozpoznałem człowieka na skuterze. Patrzyłem na niego, zbliżał się do słonecznej drogi, a gdy wpłynął na nią, pomyślałem, że teraz widzi wokół siebie wodę pokrytą jaskrawym płaszczem światła. Czy nie razi jego oczu? W moment później uświadomiłem sobie swój błąd: przecież ta świetlna droga faktycznie była moja, tylko ja ją widziałem, widziałby też ktoś, kto siedziałby przy mnie, ramię w ramię – tamten człowiek nie.
Uśmiechnąłem się do siebie. Troszkę z politowaniem nad swoim zapominalstwem, ale więcej w nim było wyrozumiałości i ciepła.
Chciałbym unieść ze sobą tę chwilę mojego uśmiechu i widok słonecznej drogi, ocalić je od zapomnienia, by mogły pomagać mi w trudnym czasie. Zapamiętać, by mieć coś prawdziwie mojego.
W zasadzie w czasie każdego oglądanego zachodu słońca morze widziałem inne; czasami różnice były ledwie zauważalne, ale były i radykalne. Woda morza bywa tak matowa, mało wyrazista, wprost nijaka, że wydaje się czymś martwym. Na drugim biegunie przemian jest jej wesołość, wyrazistość, nasycenie kolorami; wtedy w skrzeniu się dalekich fal dopatruję się radosnych figli córek Nereusa.
Między tymi skrajnościami rozciąga się rozległy obszar metamorfoz. Co prawda nie są tak spektakularne jak te, do których był zdolny ojciec Nereid, ale równie jak one są liczne.
Podobnej skali przemian ulega horyzont i chmury. Bywa, że pierwszym szczegółem zauważonym po przejściu wydmy jest linia styku wody i nieba. Przyciąga wzrok idealnie równą, ostro zarysowaną granicą dwóch światów, która wydaje się być wtedy bliską i materialną. Czasami nie widzę wcale horyzontu, ale nie z powodu mgły, a kolorystycznego stopienia się dalekiej wody i nieba; jedynie w pobliżu niskiego słońca zauważa się jego skrawek, a wydaje się on wtedy jedyną drogą pomiędzy nicością.
W zimowym niebie zasnutym jednolitą opończą szarości nie znajduję nic ciekawego ani ładnego, ale chmury, o ile widoczne są na tle błękitu, potrafią czarować swoim wyglądem i zmianami. Każde chmury: trzywymiarowe, mięsiste, mleczne bałwany, ale i te delikatne mazy wyglądające niczym ślady szybkiego ruchu na pół suchego pędzla impresjonisty po błękicie pustego jeszcze obrazu. Dzisiaj widziałem trzeci rodzaj chmur, nieznanej mi, jak i tamte, nazwy: te chmury wydają się być płaskie i gładkie, masywne i nieprzezroczyste niczym tynkowany mur. W czasie mojego godzinnego patrzenia na koniec dnia, chmura zmieniła się z ledwie widocznego pasemka wiszącego nad zachodnim horyzontem, w bulwiasto pęczniejący masyw, a jej kolory od świecącej bieli i szafranu do szarej niebieskości i granatów po zachodzie. Gdy słońce schowało się za nią, jej postrzępiony górny brzeg zalśnił jaskrawym światłem barwionym żółtymi odcieniami, a ponad nimi strzeliły na trzy strony świata promienie słońca, wieńcząc chmurę najpiękniejszą koroną.
W kwadrans później słońce, gniecione ciężarem chmury, chowało się w morzu kończąc dzień.

Jutro wieczorem zaczynam przeprowadzkę. W poniedziałek o zmierzchu uruchomię scanię i ruszę w kolejną drogę, więc dzisiejsze wyjście nad morze było pożegnaniem z nim.
Morze za mną, góry przede mną.







25 komentarzy:

  1. Tak dynamiczne zmiany, jak opisujesz morze, widzę czasami na łąkach, kiedy wiatr faluje trawami na wzór tych morskich ... ale to tylko namiastka:-) nie dziwię się teraz, że szukasz samotności i spokoju na górskich szlakach, kiedyś trzeba od ludzi odpocząć, i nabrać nowych sił, żeby całkowicie nie wypalić się; niebo o zachodzie słońca bywa tak różne, i wcale nie służy temu czyste niebo, a raczej chmury na nieboskłonie tworzą obrazy niepowtarzalne, co oczywiście uwieczniam na dziesiątkach zdjęć; dziś u nas pierwszy deszczowy dzień po męczących upałach, jesień czeka za progiem, nasza ulubiona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ulubiona jesień, chociaż mówimy tylko o pierwszej połowie jesieni, przełom listopada i grudnia zdecydowanie mniej jest lubiany :-)
      Oczywiście chmury dodają uroku zachodowi, dzięki nim tyleż szczegółów i barw się pojawia.
      Mario, jakie upały? Tutaj, w Ustroniu, przez całe wakacje temperatura oscylowała wokół dwudziestu stopni, była więc idealna do wędrowania. O upałach w głębi kraju tylko słyszałem – jak i o silnych wiatrach i wiatrołomach w lasach.
      W mojej pracy zawsze jestem otoczony ludźmi, jedyne chwile odosobnienia są wieczorem, gdy zamknę się w kampingu. Strzegę tej mojej samotni jak mogę.

      Usuń
    2. Dawało nam do wiwatu, zazwyczaj powyżej 30 stopni, nawet do 37 sięgała temperatura; bardzo to męczące, i nie za bardzo pozwalało na jakąkolwiek aktywność; przełom listopada i grudnia dobry przy ciepłym piecu, kiedy zza okna patrzy się na deszcz i wichury, ale zdarzają się i dni ciepłe, leniwe, nawet motyle jeszcze wylatują z ukrycia.

      Usuń
    3. Ty, Mario, potrafisz nawet w listopadowym dniu znaleźć coś ładnego. Podoba mi się Twoje postrzeganie zwykłego swojego dnia na wsi, u siebie na pogórzu. Czasami widzę was, Ciebie i Anię Kruczkowską, jako jakieś czarodziejki wśród ziół, kwiatów i tajemnych poczynań w kuchni.
      Współczuć wypada tym wszystkim, którzy przy takiej temperaturze musieli pracować fizycznie, wiem, jak bardzo to męczące. Mnie się udało. Temperatura tutaj była dla mnie idealna, ani za ciepło, ani za zimno, chociaż plażowiczom mogło czasami brakować paru stopni ciepła.

      Usuń
  2. Samotny w tłumie - jak to dziwnie brzmi. Widzimy dużo jednakowych sosen w lesie i ich nie zauważamy, ale uwagę naszą przykuwa samotna brzoza, albo inne drzewo liściaste.

    Krzysiek, jak zwykle, słowa oddają uroki chwil.
    A zdjęcia są również wspaniałe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba mi się przykład z lasem sosnowym i samotną sosną, Janku.
      Dziękuję.
      Powiedz mi, naprawdę uznajesz zdjęcia za dobre? Nie chcesz aby zrobić mi przyjemności? :-) Bo wiesz, Twoje zdanie o zdjęciach ma niemałą wagę. Odrobinę dodałem ostrości (robiłem je z ręki na dużym przybliżeniu optycznym) i nasycenia, ciut zwiększyłem kontrast na programie irfan view.
      Kwadrans temu skończyłem pracę na dzisiaj. Jutro wstaję o 6.20, pracę skończę wczesnym rankiem we wtorek, czyli inaczej mówiąc trwa przeprowadzka.

      Usuń
    2. Ja nie kłamię, zdjęcia morza o zachodzie są wyśmienite. Bardzo wyraźnie widać niuanse fal i niebo jest nieprzepalone. OK!

      Usuń
    3. Dziękuję, Janku. Czasami coś mi się uda sfotografować :-)
      Odpowiadając Ani, wspomniałem naszą przerwę na zboczu Kufla, i w moment później, pisząc o urokach takich miejsc, przypomniałem sobie inne, widziane przez nas. Byliśmy wtedy na Dworach, szukałem drogi w kierunku Nielestna, a nie znajdując, poszliśmy nieznanym mi duktem, który znikł nam w lesie zostawiając na skraju stromych skał. Pamiętasz te stare wyrobisko? Czyż nie było tam ładnie?

      Usuń
  3. Omawiając w czwartej klasie "Spotkanie nad morzem", zwraca się uwagę na jego zmienność. Bohaterka przyjeżdża na Wybrzeże z wyobrażeniem, że morze " to tylko woda i piach". Zmienia zdanie, gdy opisuje jego wygląd niewidomej koleżance. Bardzo lubiłam prowadzić tę lekcję, ucząc patrzenia, postrzegania i opisywania. Zastanawiam się, czy będzie mi brakowało morza. Chyba nie, bo teraz wszystkie wschody i zachody słońca są moje. Nie zasłania ich żaden blok. Podoba mi się porównanie do czarodziejki, choć sama postrzegam siebie raczej w kategoriach czarownicy, wiedźmy, czyli tej która wie.
    A zdjęcia piękne. Powodzenia w przeprowadzeniu tego żelastwa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co robi rasowy bloger po przyjeździe o czwartej nad ranem, czyli w dwudziestej pierwszej godzinie pracy? Tak, otwiera bloga! Pozdrawiam więc z Poznania, Anno. No i powiedz, kto tu jest śpiochem, kto nie? Ja nie śpię, Ty owszem :-)
      Aniu, jak wiesz, pierwotne znaczenie słowa „wiedźma” jest dobre, podoba mi się, ale obecnie nabrało nieco innego znaczenia, więc może zamiast tego słowa, napisać trzeba Ta, Która Wie.
      W moim obrazie czy wyobrażeniu umiejętności Ani Kruczkowskiej są kwiaty w zupie owocowej (pamiętasz?) i post Chudej, która kiedyś napisała, że już jako dziewczynka wiedziała, które zioła są dobre, których lepiej nie tykać. Nie pisała tam skąd ma tę wiedzę, ale przecież nie musiała.
      Myślę, że dzieciaki w szkole miały kłopoty z opisem zmian. Za mało czasu poświęca się w szkołach na tego rodzaju nauki, za mało. No i w rezultacie nierzadko jest tak, jak z moim kolegą z pracy, który kiedyś wybrał się w góry, oczywiście do Karpacza, bo tam wszyscy jeżdżą. Po powrocie powiedział mi jakoś tak:
      –No, byłem, i co ja mam o tym powiedzieć?
      Zapewne znasz taką bezradność u swoich uczniów.
      Ilość żelastwa szacuję na jakieś 400 ton, które toczą się na około dwustu kołach.

      Usuń
    2. No pewnie, rasowy bloger musi być na bieżąco! Zupę z kwiatkami pamiętam. W Izerach ogórecznik też "daje radę", więc już rośnie w moim tycim ogródeczku. Ale kwiatów do zupy jest tu ogromnie dużo, niewiadomo co wybrać! Co zaznaczyć, co zamówić, z czego zrobić lemoniadę.

      Usuń
    3. Chyba zimą nie poznam otoczenia Domku, o tylu zmianach wokół niego czytam.
      Dzisiaj w czasie podłączania przewodów widziałem dużo cykorii i jedną kępkę ostu (tak mi się wydaje) z intensywnie różowymi kwiatami. Zatrzymałem się nad nim i chwilę patrzyłem, jak zwykle zadziwiony dwoistością wrażenia. Z jednej strony wiadomo, oset, kłujący chwast, którego może tylko kozy zjedzą, z drugiej piękno jego kwiatów. Później przyszło mi do głowy pytanie: ciekawe, czy Anna coś z nich robi?…
      Robisz, Aniu?

      Usuń
    4. Z różowego ostu nie. Ale już taki żółty jest świetnym lekiem na niestrawność, a piękny dziewięciosił jest jadalny, ale pod ochroną, więc tylko podziwiam dwa stanowiska na Kuflu (niestety właśnie po nich przejechała kosiarka, ale udało się zebrać niezniszczone kwiaty do dekoracji) Niesamowitym jest takie myślenie i patrzenie na świat z perspektywy innej osoby. Jakże wzbogaca nasze postrzeganie to, że ktoś znajomy ma na jakimś punkcie krećka. Codziennie o wschodzie witam w Twoim imieniu Ostrzycę, a każdy wojenny cmentarz uwiecznam z myślą o Marchevce. Widzę coś i myślę: o temu czy tamtemu by się podobało.

      Usuń
    5. Dziękuję za Ostrzycę, Aniu.
      Kiedyś tę górę zobaczyłem tak czarowną, jakbym na urodziwą kobietę patrzył. Mnie dość często zdarza się dostrzeganie kobiety, lub kobiecych cech, w przyrodzie.
      Kiedyś widziałem kilka oryginalnych kwiatów rosnących tuż przy ziemi, później dowiedziałem się, że mógł to być dziewięćsił bezłodygowy. Wiesz jak jest, Aniu: póki nie poznasz jakiejś rośliny, nie dostrzegasz jej, a gdy już znasz, okazuje się, że rośnie w wielu miejscach. Ot, otwierająca oczy siła wiedzy.
      Wspomniałaś o Kuflu, a mnie się przypomniała chwila naszego, mojego i Janka, odpoczynku na zachodnim, raczej na północno-zachodnim zboczu, w miejscu, które kiedyś zapewne było niewielką kopalnią kruszywa. Są takie miejsca i w moich górach, wiele z nich czas i natura zamieniły w ciekawe zakątki.
      Przedstawienie swojego świata innym ludziom mam za zadanie sztuki. Dobre dzieło sztuki, zrozumiane przez odbiorcę, dlatego czyni wrażenie, że pokazuje nam inny świat.
      Wcale nie musi to być coś bardzo drogiego, z kolekcjonerskich czy muzealnych zbiorów.

      Usuń
  4. Witaj, Krzysztofie.
    Byłam tego lata nad morzem. Widziałam taki sam zachód słońca, jak ten z Twoich fotografii, "mój" zachód miał jednak pewną "wartość dodaną" :) Mianowicie w pomarańczowej smudze pod chmurą widziałam nitki padającego mile morskie ode mnie deszczu. Cudny widok, uwieczniony na zdjęciach :)
    Gdyby nie ten deszcz nasz zdjęcia możny by było pomylić :)

    Jak co roku z trudem radzę sobie z odchodzeniem lata i żadne służące pociesze słowa o pięknie jesieni na mnie nie działają, niestety.

    Pozdrawiam serdecznie wszystkich

    Latorosłka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Latorosłko, Ty wiesz, że cieszy mnie Twoja obecność tutaj. Dziękuję za zajrzenie i pozdrowienia.
      My oboje popełniamy grzech martwienia się, czy smucenia, z wyprzedzeniem, na zapas. Niepotrzebnie. Lato, zarówno kalendarzowe, jak i rzeczywiście widziane i odczuwane na dworze, będzie z nami jeszcze około miesiąca. Przecież częstokroć są to bardzo ładne, słoneczne tygodnie, także bardziej kolorowe, niż bywają dni środka lata.
      Dostrzegając schyłek, cieszmy się słońcem i ciepłem, a gdy przyjdą deszcze i zimno… tutaj chyba postąpimy odmiennie: ja uparcie będę szukać promyków słońca i śladów kolorów, jak co roku mając kłopoty ze zgodą na koniec słonecznego czasu, Ty owiniesz się kocykiem zazdroszcząc misiom, jak mniemam:)
      Przed chwilą wróciłem ze spaceru, żegnałem słońce i przyglądałem się poznanej wczoraj topoli balsamicznej Maksymowicza (jako jedyna z topól dopiero teraz rozsiewa swoją watę), a ubrany byłem jedynie z krótkie spodnie i T-shirt. Miesiąc temu, nad morzem, na spacer o tej porze zabierałem polar. Dla mnie prawdziwie letnie wieczory są dopiero teraz.
      Deszczowe chmury i deszcz oświetlony niskim słońcem? Hmm, widok godny zazdrości.

      Usuń
    2. Krzysztofie.
      Zmrok o 20 to nie jest lato. Przekwitłe, sterczące, suche badyle to nie jest lato. Pożółkłe już liście funkii to nie jest lato. Dzis, jeszcze przed zmrokiem, krzątałam się na dworze ubrana w koszulkę i spodnie do kolan i było mi zimno. W letnie wieczory siedziałam w ogrodzie w szortach i koszulce bez rękawów, a więc teraz to już nie jest lato.
      Dostrzegam piękno jesieni, zwłaszcza tej przełomu września i października, zwłaszcza tej w górach, ale do dostrzeżenia go potrzebna mi jest akceptacja upływu czasu, zmiany pór roku i corocznie muszę w tym celu wykonać pewną pracę nad sobą. Jeszcze jest ona przede mną, dlatego marudzę. Ale przed tą pracą, czy po niej wrzesień to już nie jest lato. Ciepłe dni to za mało, żeby nazwać czas latem. Może troszkę się oszukujesz, Krzysztofie? Może naciągasz rzeczywistość? Bardzo chcesz, żeby lato trwało i dlatego ciepły (i krótki!) dzień nazywasz letnim?
      A może każdy ciepłolubny radzi sobie, jak może z tym, co nieuniknione?
      Podobno jutro ma być ciepły dzień. Cieszmy się nim.

      Latorosłka

      Usuń
    3. Koniec dnia o godzinie 20 oznacza długi dzień, Latorosłko. Krótki on jest tylko w porównaniu do tych najdłuższych, bo co powiedzieć o dniu grudniowym czy styczniowym? Teraz świeci słońce o porze doby, która w zimie będzie głęboką nocą. Dokładnie takiej samej długości jest dzień w połowie kwietnia, o którym raczej nie mówi się, że jest krótki, mając w świeżej pamięci dni zimowe.
      Widzę nieco inaczej: kolory przełomu lata i jesieni dodają uroku otoczeniu, w moim odbiorze większego, niż pierwsze listki w kwietniu, który to miesiąc jednoznacznie kojarzy mi się z zimnem. Dla mnie, Latorosłko, najważniejsze jest słońce, na drugim miejscu liście na drzewach. Dzisiaj patrzyłem na zielone drzewa pod błękitnym niebem – najpiękniejszy widok, letni widok. Zrudziałe kasztanowce czy brązowiejące nasiona na lipach tylko dodają ciepła.
      A że będziemy musieli jak co roku od nowa godzić się z czasem, to prawda. Ale wiesz co, Latorosłko? Mogliśmy mieć gorzej. Myślę tutaj o ludziach, na których te przemiany nie robią wrażenia, którym w zasadzie jest obojętna aura. Zapewniam, że są tacy. Czasami, zmagając się ze swoim pragnieniem słońca i lata, żałuję tamtych ludzi, chociaż logiczniejsza byłaby zazdrość.

      Usuń
    4. A więc różnimy się w odczuwaniu. Bo dla mnie zielone listki w kwietniu to skojarzenie z budzącym się życiem, nie z zimnem kwietniowych dni, z początkiem, z "od nowa", z nadzieją, z zapowiedzią. Natomiast rudziejące liście pod koniec lata, niechby nawet w gorący dzień, to zapowiedź zamierania, końca, mroków, szarug i zimna i umierania. Mówisz, że najważniejsze jest słońce, ale przecież ono czasem świeci bardzo mocno w kwietniu, choć w powietrzu jest jeszcze chłód, czasem wręcz zimno, a więc dostrzegam brak konsekwencji w tym myśleniu. To nie słońce ani temperatura 20 plus sprawiają, że jest lato. To cały szereg zjawisk tworzy tę porę roku. Mówię tu o swoich odczuciach, bo wszelkie odbierania świata jest przecież subiektywne i nie znaczy to, że wszyscy mają myśleć tak, jak ja :)
      No i wszystko jest względne, jak się okazuje, bo koniec dnia o 20 jest, owszem, późny w stosunku do zmroku o 16 w grudniu, ale przecież w czerwcu całkiem ciemno nie jest jeszcze o 22 :) A ponieważ sądzę, że należę do ludzi, których szklanka jest raczej do połowy pusta, niż do połowy pełna, porównuję długość dnia w sierpniu do tej w czerwcu, a nie do grudniowej.
      Najprościej byłoby znaleźć coś w zimie, co sprawiłoby, że te jej niedogodności straciłyby znaczenie. Tylko, że zimą jest zimno... No, ale są kocyki, ciepłe herbaty w pękatych kubkach, zasłonięte okna odgradzające od ciemności, ciepłe kaloryfery przeganiające chłody.
      Przejdzie mi ten nastrój narzekancki, gdy jesień stanie się faktem i uznam, że żaden mój bunt nie zmieni tego

      Latorosłka

      Usuń
    5. Gdy żaden bunt nie zmieni faktu, napisałaś, a mnie przypomniały się słowa napisane tutaj, na blogu, rok czy dwa lata temu, niemal dokładnie takie same. Myślę, że w naszym odczuwaniu jednak przeważają podobieństwa, łącznie z trzymaniem w ręku szklanki w połowie pustej, a różnice można sprowadzić do jednej: nasze odczuwanie jakby było przesunięte względem siebie o miesiąc albo dwa. W sumie różnica niewielka.
      W kwietniu chodziłem w pracy w dwóch swetrach i kalesonach, a nierzadko bywało tak i w poprzednie lata; ten fakt musiał wpłynąć na moje odczucia, zwłaszcza wobec braku swetrów i kalesonów we wrześniu.
      Latorosłko, masz dobry pomysł: znaleźć coś na zimę. Ja znalazłem. Parę lat temu zdziwiłem się, gdy na progu jesieni uświadomiłem sobie, że… cieszę się z jej przyjścia. Ta moja radość jest przede wszystkim oczekiwaniem na sezon górskich wędrówek, ale też znakiem końca zwariowanej pracy w sezonie karuzelowym. Jesień więc zamyka u mnie gorszą część roku pod względem zajęć służbowych, otwiera zaś tak lubiane i potrzebne mi wyjazdy na łazęgi. Te fakty dodaję do innych przyczyn cenienia aktualnej pory roku.
      Oczywiście, że przedstawiamy tutaj swoje oceny i odczucie, a nie prawdy absolutne. Raczej informujemy się, niż nakłaniamy. Tutaj i wszędzie.

      Usuń
    6. "Jesień czeka za progiem, nasza ulubiona..." napisała w pierwszym poście Maria a mnie bardzo się to spodobało. Też chciałabym mieć takie podejście, jesień, moja ulubiona. Tymczasem wszystko, co związane z końcem lata, budzi moją niechęć. Moja mama mówiła zawsze o astrach "jesienne kwiaty" i choć one pojawiają się może nawet z końcem lipca - nie lubię ich. Bo jesienne. Lubię śliwki, jak wszystkie owoce, ale zawsze towarzyszy konsumpcji ta myśl : śliwki, a więc koniec lata.

      Przyszło mi do głowy pewne spostrzeżenie, związane z tymi połowami szklanek. Bo czyż nie jest tak, że gdy masz pół szklanki smaczniusiej kawusi to jest to "ojejku, już tylko pół szklanki mi zostało" a gdy trzeba wypić pół szklanki gorzkich ziółek to "o, rany, jeszcze tyle tego świństwa muszę wypić"? :)

      Planowałam wyjazd w góry na trzy dni, od piątku do niedzieli. Niestety, prognozy pogody są fatalne na sobotę i niedzielę, więc nie jadę. Na zaplute deszczem szyby okienne będę zatem patrzeć spod kocyka. Vivat kocyk! Nobel dla odkrywcy kocyków! :)

      Latorosłka

      Usuń
    7. Można dalej, Latorosłko: gdy czytamy super książkę, mówimy sobie „już tylko tyle zostało?”, a gdy coś nudnego, co musimy przeczytać, na przykład w pracy, „jeszcze tyle zostało!”. W pracy: „aż trzy godziny do końca!”, w domu: „już za trzy godziny trzeba będzie kłaść się spać”. Sto kilometrów brzegiem Adriatyku minie błyskawicznie, takiej samej długości sto kilometrów w deszczu, zakorkowaną szosą, wyda się tysiącem. Możliwych przykładów wielka liczba. Gdy przyjrzeć się im, można zauważyć jedną wspólną cechę łączącą je wszystkie: szybko mija to, co dobre, dłuży się wtedy, gdy robimy coś niechcianego lub przykrego.
      Codziennie zauważam tę cechę… miałem napisać czasu, ale przecież jest to nasza cecha, naszej psychiki. Zauważam w czasie pracy i wieczorem, w wolny czas. Wieczorem nierzadko doznaję zdumienia, gdy spojrzę na zegarek i widzę, że minęło już pięć godzin. Kiedy??
      Na deszczową trzydniówkę też raczej nie wybrałbym się, ale na jeden dzień owszem.
      Kocyk? Latorosłko, bo pomyślę, żeś wiekową babuleńką :-)

      Usuń
    8. No i popatrz, jak głupio mi się wkleił tamten komentarz, zamiast kontynuacja starego - jako nowy... Przepraszam.

      L.

      Usuń
  5. Wiekową to może jeszcze nie... :)
    Kocyki mają dla mnie jakąś magię w sobie. Mam w domu kilka. W jednym pokoju, w drugim, dziecka mają swoje, na dworze jakieś stare wycieruchy, które już tylko na ogrodową ławkę się nadają - jednym słowem jestem zaopatrzona, a jednak w sklepach oglądam, dotykam, przykładam do szyi, czy aby nie drapią i myślę "och, ten piękny, jak miło byłoby się nim otulić, owinąć, utonąć w nim!". No, ale lepszy taki milusi i z pomponikami, ze sztucznego włókna, cieplutki na pewno bardzo, czy tradycyjny, wełniany, w kratę, z frędzlami? A w ogóle to dlaczego muszę wybierać, dobrze byłoby mieć taki i taki i w zależności od nastroju zdecydować... :)
    Fiksum dyrdum, prawda? Ale jakie miłe!
    A co do czasu i jego postrzegania, najbardziej dłuży się czas na fotelu dentystycznym, niech nikt mi nie mówi, że tak nie jest!

    Latorosłka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie jest! Najdłuższą godzinę przeżyłem wczesną wiosną w gabinecie masażystki. Gdy wbiła mi drewniany kołek w mięsień na plecach, czas nagle zwolnił. Patrzyłem na zegar czekając na przeskoczenie minutnika i się nie doczekałem.
      Latorosłko, jeśli w miejsce Twoich kocyków podstawię skórzane buty górskie, rozumiem Cię doskonale i radzę od serca: kup jeden i drugi. Ten trzeci też. :-)
      A tak przy okazji: któregoś dnia nie mogąc znaleźć prześcieradła (jakiś złośliwy duszek ciągle mi bałagan czyni w szafie), pościeliłem cienki, miękki kocyk dany mi przez żonę. No i drugi już rok śpię na nim, taki jest milusi.

      Usuń