Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 29 listopada 2018

Dwukrotnie Chrośnickie Kopy

251118
Chrośnica, Lastek, skały Skaliska, drogą między Grapą a Leśnicą pod Skibę, południowymi zboczami Kop do Przełęczy Chrośnickiej, Lastek, Chrośnica.

Tydzień temu, patrząc na Lastka poprzez szerokość doliny, poczułem potrzebę kolejnych odwiedzin tej góry. Dzisiaj zaparkowałem w stałym miejscu w Chrośnicy, wiosce rozciągniętej wzdłuż doliny u stóp Chrośnickich Kop i pół godziny później byłem pod szczytem, w moim miejscu. Najbardziej moim w tych górach, o czym jeszcze napiszę.
Nastawiony byłem na wędrówkę bez słońca, ponieważ w sobotnie popołudnie synoptycy zapowiadali pełne zachmurzenie. W drodze widziałem gwiazdy i księżyc niemal w pełni, a ze stoku góry patrzyłem na kolorowy świt.


 Jedynie przez dwie godziny popołudniowe nie było słońca. Synoptykom proponuję zmianę metody pracy: kawowe fusy w miejsce superkomputerów. Wyjdzie taniej i z aromatem, a skuteczność wróżenia… to jest prognozowania, nie zmniejszy się, skoro mniejsza już być nie może.
Nie kręciłem się większość dnia w jednym miejscu jak tydzień temu, chociaż po rozległej wierzchowinie Kopy i Lastka poszwendałem się nieco. Są tam zapominane łąki zarastające brzeziną. Niektóre drzewa trzymały jeszcze swoje kolorowe liście – niewątpliwie dla mnie. Warto byłoby zobaczyć licznie tam rosnące zagajniczki brzozowe na wiosnę, gdy drzewa rozwijając liście wyglądają jakby stały w zielonej mgiełce; albo miesiąc temu, gdy były ubrane w pięknie kolorowe suknie jesienne. Może czekały na mnie, gdy ja łaziłem gdzie indziej?

Na zboczu sąsiedniej góry są skały zaznaczone na mapie i nazwane Skaliskiem. Będąc tam pierwszy raz, w gęstym lesie, na stromym zboczu, znalazłem jedynie niewielkie skałki i zdziwiony byłem nadaniem im miana. Później wróciłem i nieco dalej znalazłem spore skały, niewątpliwie zasługujące na wyróżnienie imieniem. Dzisiaj poszedłem je odwiedzić. Schodząc po chwiejnym i śliskim skalnym rumowisku przypomniałem sobie o dukcie widzianym gdzieś tutaj. Znalazłem i poszedłem sprawdzić, gdzie mnie zawiedzie. Prowadził ładnym, jasnym lasem świerkowym i wskazał mi niewielkie skałki. Zwróciłem uwagę na ścieżkę prowadzącą do nich, rzadkość w tych górach. Podszedłem i chyba jęknąłem z zaskoczenia i radości. Skałki były zwieńczeniem pionowej skalnej ściany wysokości kilkunastu metrów. Obszedłem skałę wokół, jest ładna, nawet bardzo. Jest kolejną dopiero poznaną skałą w górach, które jakoby nieźle znam. Przyszła mi do głowy myśl przeszukaniu okolicy, może jeszcze gdzieś się ukrywają kolejne skały Skaliska, ale zszedłem do drogi nie chcąc odkrywać naraz wszystkich tajemnic tej okolicy. Wrócę tutaj, zobaczę dzisiaj poznaną skałę i poszukam innych.



W skład pasma Kop wchodzą dwie pokaźne góry zupełnie mi nieznane – Leśnica i Grapa. Ponieważ całe są porośnięte lasami, zawsze przegrywały konkurencję z Lastkiem i widokowymi zboczami sąsiednich gór. Do dzisiaj. Uznałem, że upiekę dwie pieczenie nad jednym ogniem: poznam chociaż trochę te miejsca, a wychodząc na drugą stronę pasma gór, wrócę ich odkrytymi, widokowymi zboczami.
Droga jest wygodna, to szeroka i równa szutrówka służąca do wywozu drewna. Widoki iście izerskie: droga pnie się w górę lub opada, a wokół lasy z przewagą świerkowych. Spotkałem tam dwóch młodych mężczyzn w strojach do biegania. Zapytani powiedzieli mi o trasie Jelenia Góra – Łysa Góra. Upewniłem się wyciągając mapę: z zakola drogi na szczyt Łysej jest kilkaset metrów. Mapa nie informuje o drodze, ale skoro jest taki bieg, to biegacze wydeptali ślady. Któregoś dnia pójdę tam i znajdę przejście. Na Kopy wróciłbym innym przejściem, wypatrzonym już dawniej.
Dzisiaj wyszedłem na przełęcz między Skibą a Leśnicą. Już z daleka zobaczyłem moją brzozę, ładną nawet teraz, gdy do wystrojenia się zostało jej tylko parę listków. Usiadłem tam, gdzie parę tygodni temu siedziałem w towarzystwie Janka i patrzyłem na okolicę. Zwracały uwagę Karkonosze, widziałem je pod słońce i w lekkiej mgiełce, ale tej białej, świecącej, ładnej. Szczytów trzymały się niewielkie wałki jasnych chmur; niżej i wyżej nie było ich. Miałem wrażenie przyklejenia się tych chmurek do grzbietu gór.

Nieco dalej po wyjściu z lasu odsłonił się mi zupełnie inny widok ze Stromcem w centrum. Szedłem na przełaj, wiele razy przekraczając ogrodzenia pastwisk. Bydło było, ale dalej, a ogrodzenie jest drutem rozciągniętym na wysokości połowy ud, więc nawet jeśli jest pod napięciem, przejść je łatwo. Widoki, zwłaszcza w słoneczny dzień, ładne, dalekie i urozmaicone. Do przełęczy miałem niecałe dwa kilometry tej ładnej drogi bez drogi. Stromiec majestatycznie obracał się pokazując niewidoczne wcześniej fragmenty swoich stoków, świeciło słońce, a jesień, mimo że tak późna, nadal miała sporo kolorów. Mogłaby być dłuższa ta droga. 


 
Na podejściu pod Przełęcz Chrośnicką widziałem sporą grupkę młodych ludzi.
Mam nadzieję, że po prostu zabłądzili tutaj – odruchowo pomyślałem. Nie chciałbym tutaj tłoku na szlakach.
Wszedłem na wierzchowinę Kop i nieco zaskoczony zobaczyłem Stromca ponad lasami. Gdy szedłem łąkami, góra wznosiła się nade mną, teraz patrzyłem na nią z góry. Sprawdziłem na mapie, byłem 70 metrów nad jej szczytem.
Pokręciłem się jeszcze trochę po okolicy i idąc przez moje miejsce na zboczu Lastka, poszedłem na jego szczyty. Jeden ukryty jest w gęstym lesie, za pasmem młodniaka, siedzi tam zzieleniała ze starości i nudów mała skała, widoków nie ma, a po przeciwnej stronie drogi wznosi się drugi szczyt, ładny, zielony, widny, chociaż też bez widoków. Nieco niżej jest świeża poręba, widać z niej Ostrzycę. Wiedziałem, że te szczyty nie są atrakcyjne, ale chciałem tam być. Dlaczego?
Parę lat temu napisałem niewielką powieść, czy może nowelę. Jest o spotkaniu dwojga ludzi i o ich miłości. Spotkali się na brzegu lasu porastającego szczyt Lastka, w miejscu, które od czasu napisania powieści zwykłem nazywać moim. Nie wyróżnia się ono niczym specjalnym, jedno z wielu ładnych miejsc w tych górach, ale siedząc tam właśnie któregoś dnia cztery lata temu, przyszedł mi do głowy pomysł na powieść.
Był czas, że mój bohater dużo chodził po Górach Kaczawskich, a zwłaszcza po Chrośnickich Kopach, chodzili też razem, i teraz będąc tutaj, mam wrażenie chodzenia ich śladami.
Takie wrażenia miewam odkąd piszę. Mam tego rodzaju miejsca w Wałbrzychu, mam je w Bydgoszczy, no i na Lastku, czyli tam, gdzie umieściłem akcje moich powieści. Fikcyjni ludzie, a ich losy zmyślone i fantazyjne, skoro są z pogranicza baśni czy fantasy, ale dla mnie ci ludzie są w przedziwny sposób prawdziwi i... bliscy. Mimo iż nie mam kłopotów z rozdzieleniem tworów wyobraźni z rzeczywistością, bywa czasami, że obejrzę się, bo wydawało mi się, że wśród ludzi zobaczyłem ją lub jego.
Wracam na niedzielną trasę, ale o powieści jeszcze będzie mowa.
Za szczytem biegnie droga rozjeżdżona maszynami, pełna kolein, kałuż i błota. Nie podoba mi się, ale gdy idąc nią minie się dwa skrzyżowania, dojdzie się do ogrodzenia szkółki leśnej. Na jego krańcu należy wejść między młode i gęste świerki tam rosnące i iść wzdłuż ogrodzenia. Po stu paru metrach dojdzie się do szczytu, stoi tam ostatni dzisiejszy cel mojej wędrówki: ładne skały na widnym, zielonym zboczu góry. 



Pustka zupełna. Szlaków oczywiście nie ma żadnych, żadnych duktów, jedynie w dole ta rozjeżdżona droga leśników, ale wśród świerków daje się zauważyć ścieżkę. Może nie tylko ja bywam tutaj? Patrzyłem na skały i bezskutecznie próbowałem sobie przypomnieć, co przygoniło mnie kiedyś na to odludzie…
Niskie słońce znalazło dla siebie miejsca między wyniosłymi pniami świerków i rozjaśniło brązowe liście na małych bukach. Ciepły i ładny widok, ale najwyraźniej za trudny dla aparatu, skoro zobaczył tylko przepalone słońcem liście i niemal czarne skały. Siedziałem tam może kwadrans, a ruszyłem w drogę powrotną na godzinę przed zmrokiem wiedząc, że niewiele mniej czasu zajmie mi dojście do wioski.
Zajęło nawet więcej, ponieważ po drodze zatrzymywałem się i nie tyle patrzyłem, co słuchałem siebie. Wyjechałem już w ciemnościach.





* * * * * *
Myślę, że wybór dzisiejszej trasy, moja dwukrotna bytność na Lastku, miały też związek z sytuacją w pracy. Tam się dzieją teraz takie wariactwa, że zwyczajnie uciekłem nie chcąc, żeby i w wolny czas zmuszano mnie do zajmowania się sprawami służbowymi. Pójście na Lastka było więc podwójną ucieczką: w góry i w świat fantazji.
Miało być o powieści. Młody mężczyzna, miłośnik sudeckich wędrówek, kawaler, mieszkaniec Wrocławia, spotyka dziewczynę, późniejszą skrzypaczkę, na zboczu Lastka. Dalej już nie jest normalnie. Czasy się plączą, ludzie znikają i pojawiają jakby z innego świata. Fantazja mająca nieco barw greckiej mitologii. Niżej wkleję dwa fragmenty. Pierwszy jest erotyczno-miłosny (panie dowiedzą się, jak ja, mężczyzna, opisuję miłosną noc), ale i sygnalizujący dziwności dziejące się z nimi, drugi odsłania prawdę dość szokującą dla bohaterki i, być może, dla czytelnika. Zakończenia nie zdradzę. Tekst wysłałem do kilku osób z prośbą o rzetelną opinię, o wskazanie, co widzą w nim dobrego, a co się nie podoba, ale nie dostałem ani jednej odpowiedzi. Tłumaczę to po swojemu: oceniają niezbyt dobrze i z grzeczności nie chcą o tym mówić, ale jeśli tak było faktycznie, w gruncie rzeczy nie jestem zaskoczony. Powieściopisarzem nie jestem, jednak lubię ten tekst, jestem do niego przywiązany na kilka sposobów.
Przypomnę jeszcze, że jeden fragment tej powieści już publikowałem tutaj, jest o jej warkoczach.
* * * * * *
Chrośnickie Kopy
Dwa fragmenty.

Przyszła do mnie w moim za dużym podkoszulku, z gołymi nogami i z uśmiechem na twarzy. Była… była po prostu piękna. Wyciągnąłem do niej ramiona...
Patrzyliśmy na siebie blisko, twarzą w twarz. Włosy miała w nieładzie, buzię zaczerwienioną, usta rozchylone. Przygarnąłem ją, ona objęła mnie ramieniem i nogą; nim sen zamknął nam oczy i usta, szeptaliśmy do siebie poplątane słowa.
Coś obudziło mnie o szarym świcie; może umykający sen, może nieswoja myśl z pogranicza jawy i snu. Na tle jaśniejszego okna zobaczyłem zarys jej ramienia i głowy, spała na boku, ale nie widziałem jej twarzy. Nic to, była.
Poczułem wdzięczność ogarniającą mnie bez reszty i bez adresata, poczułem ulgę ogromną i czułość ciepłem rozlewającą się we mnie. Zbudziły się we mnie dziwne pomieszane obrazy: świadomość tworzącego moje życie nieogarnionego splotu przypadków i własnych decyzji doprowadzających mnie do niej; poczucie jednoczesnego bycia u mety tej poplątanej drogi i na jej początku; zależności od Jasi i jednocześnie wolności nieznanej nigdy wcześniej; nienasyconego pragnienia, radości i rozkosznego niepokoju. To wszystko połączyło się w jednym słowie, wyszeptanym najciszej jak tylko mogłem.
Jasiu...
Nie chciałem jej budzić, a tylko jakoś wyrazić przepełniające mnie uczucia.
Poczułem delikatny dotyk jej dłoni na głowie, chwyciłem ją i przycisnąłem do ust; w tej chwili zrozumiałem Jasię mówiącą o pragnieniu całowania mnie całą sobą.
Ja też cię kocham – usłyszałem jej szept.
Jednocześnie obejmowałem ją i złapaną chwilę czasu. Ustami dotykałem jej ust, piersiami jej piersi, na udach czułem jej uda, ale chciałem być jeszcze bliżej. Nie wiedziałem jednak jak być bliżej będąc tak blisko.
Zbudziłem cię?
Obudziłam się niedawno. Świta. A ty dlaczego nie śpisz?
– ... Nie wiem. Chciałem cię zobaczyć.
Jasiu mój… – ona usłyszała wyznanie, ale ja właśnie poznałem przyczynę obudzenia się: była nią potrzeba, nie tyle chęć, a właśnie potrzeba jej zobaczenia.
Jak zatrzymać czas? Ty to umiesz, powiedz: jak? – zapytałem z nagle obudzoną wiarą w jej tajemne możliwości.
Razem może zatrzymamy czas.
Nie wiem jak, ale ty wiesz. Zatrzymaj. Niech w tej chwili zmieści się wszystko i niech ta chwila trwa. Zrób tak.
Jak mam to zrobić? Mam tylko tyle siły, ile mi dasz.
Daję ile potrafię, ale tobie nie trzeba dawać, ty i tak potrafisz wszystko. Tobie wystarczy powiedzieć „chcę”. Powiedz tak.
Naprawdę masz mnie za czarodziejkę?
Naprawdę. Pokonałaś czasy, przekroczyłaś światy i przyszłaś do mnie.
Więc dobrze: chcę, żeby dwadzieścia lat minęło nam jak ta noc.
A później?
Zatrzymamy się na chwilę, obejrzymy i wspomnimy czas za sobą.
A później?
Jeśli wspomnienia będą dobre, zaczniemy następne dwadzieścia lat. Chcesz tego?
Właśnie tego. Jeszcze obiecaj, że nie uciekniesz do swojego świata.
Póki będziesz mnie kochać.”
* * *
Siedziałem przy komputerze, Jasia grała w drugim pokoju. Wolałbym patrzeć na nią, ale wiem, że przy mnie nie może skupić się na muzyce, usiadłem więc do swojego pisania, ale szybko przerwałem słysząc jej granie. Było przejmująco smutne. Ona, potrafiąc w każdy grany przez siebie utwór tchnąć urok swojego uśmiechu, grała teraz adagio Albinoniego skarżąc się i płacząc. Słuchałem z zamarłym sercem. Gdy skończyła, usłyszałem przeraźliwy zgrzyt strun i stukot, jakby coś dużego upadło na podłogę. Poderwałem się i ruszyłem w stronę drzwi, gdy te się otworzyły.
Jasiu, co się stało?
Grałam po raz ostatni.
Stałem uderzony jej słowami, czując, że wszystko wokół mnie się wali.
Co… co się stało? – wydukałem.
Raz jeden nie byłam wobec ciebie uczciwa: gdy rozgryzłam hasło chroniące ten twój plik tekstowy. Gdy przeczytałam jakiś fragment, pomyślałam, że piszesz pamiętnik o nas i nawet było mi głupio zaglądać w twoje osobiste rzeczy.
Usta jej drgały, z trudem hamowała płacz.
Jasiu…
Ten jeden raz nie posłucham co masz do powiedzenia. Ty posłuchaj.
Właśnie dzisiaj w nocy, gdy usnąłeś już, coś mnie tknęło, jakaś myśl przeraźliwie paskudna. Ja już wcześniej coś podejrzewałam, ale odrzucałam myśl jako absurdalną, jednak w ostatnie noce zakradałam się do twojego pokoju i przeczytałam…
Czekaj, czekaj! Jaką absurdalną myśl odrzuciłaś?
Że… że mnie… Tam daty mi się nie zgadzały.
Nie rozumiem. Daty?
Przedwczoraj napisałeś o naszym wczorajszym dniu.
Tak? Pewnie się pomyliłem.
Nie, opisałeś dokładnie to, co się zdarzy nazajutrz.
Jasiu, to jakaś pomyłka! Dajże spokój z datami i powiedz, co cię tak przeraziło.
Dzisiaj w nocy przeczytałam o pierwszym twoim siedzeniu na Lastku, pod lasem. Było o chwili wymyślenia mnie…
Ja miałem cię wymyślić?!
Sam napisałeś. Chyba nie zaprzeczysz.
Pisałem… Czytałaś o tym ranku, gdy…. gdy przyszłaś. A pamiętasz go? Ty sama, czy pamiętasz? Myślałem, że śnisz mi się, a ty w nocy pojawiłaś się i byłaś. Jesteś, Jasiu!
A jakże, pamiętam. Problem w tym, że pamiętam go dokładnie takim, jakim go opisałeś. Tylko takim.
Co ty mówisz, Jasiu! Zlituj się.
Powiem ci, co myślę: ja nie istnieję poza tym plikiem w komputerze. Myślałam, że to ja wybrałam ciebie, ale okazało się, że ty o wszystkim zdecydowałeś, bo jestem wymysłem, postacią przez ciebie stworzoną. Nie mnie kochasz, a swoją wizję. Kochasz wyobrażenie, swój ideał kobiety, swoją fantazję. Nie chcę tak. Wykasuj tekst.
Jasiu, przecież to szaleństwo!
Wykasuj tekst.
Wykasuję, ale co to ma zmienić?
Naprawdę nie wiesz, co się stanie? Ty, mój twórca?
Nie mów tak! Ja cię nie wymyśliłem, Jasiu. Tamtego dnia zobaczyłem cię na zboczu Lastka, wróciłem do domu i przez dwa dni pisałem o tobie. Fantazję? Jeśli upierasz się nazwać to fantazją, niech będzie. Na trzeci dzień pojawiłaś się, przyszłaś do mnie.
Więc jestem taką, jaką chciałeś żebym była. Jaką mnie wymyśliłeś.
Nie, Jasiu. Taką cię zobaczyłem i nie od razu byłem zauroczony twoją urodą, ani nie kochałem cię od pierwszej chwili. To przyszło później, gdy byłaś ze mną. Szybko, ale nie od razu.
Łatwo kocha się swoje wizje. Gdzie tutaj miejsce dla mnie?
Gdzie twoje miejsce, pytasz… Faktycznie, łatwo mi było kochać ciebie. Łatwo do tej chwili.
Zmieszała się. Czułem, że bliska jest poddania się, ale zebrała się w sobie i powiedziała łamiącym się głosem:
Jasiu – pierwszy raz w czasie tej rozmowy zwróciła się do mnie po imieniu – zrozum, ja tak nie mogę. Świat się zawalił mi na głowę. Czuję się jak ulepiona z plasteliny. Myślę, ile mojej skłonności do ciebie jest naprawdę mojej, a ile było mi danej z góry. Przez ciebie.
To już nie miłość, a „skłonność” do mnie odczuwasz? Jasiu, na Boga! Posłuchaj się siebie! Co czujesz?
Ubezwłasnowolnienie i pomieszanie.
Jasiu, Jasiu – gorączkowo przeszukiwałem pamięć chcąc znaleźć jakieś argumenty, ale… – Jasiu, co się dzisiaj wydarzyło na uczelni?
Teraz mam ci opisywać swój dzień?
Wystarczy, że wspomnisz jego zdarzenia. Wspomniałaś? A czy są one opisane w tekście?
Nie są… Ale o tym, co zrobiłam i powiedziałam wczoraj, napisałeś przedwczoraj!
To zwykła pomyłka dat, Jasiu.
Nie pomyłka. Czytałam, a na drugi dzień dokładnie to przeżywałam.
Jasiu… – nie wiedziałem co powiedzieć, jakich argumentów użyć. Trochę bałem się jej odpowiedzi. – Jasiu, nigdy nie pytałem o twoje życie przed Lastkiem, nawet nie wiem w jakim mieście mieszkałaś. Powiedz, co pamiętasz z tamtego czasu?
Co pamiętam? Wszystko. A dlaczego pytasz?
Skoro nie pisałem o tym, to skąd ta pamięć w tobie?
– …Nie wiem.
Pamiętasz, bo to było twoje życie, Jasiu.
Pamiętam też pierwsze dwa dni, a miałam być od trzeciego dnia.
O czym mówisz?
Wiedziałam gdzie co masz w kuchni, znałam obsługę pralki. Skąd, skoro mnie nie tłumaczyłeś, a jedynie pisałeś o pokazywaniu w swoim… opowiadaniu? Pamiętam też pierwszą kolację, w dniu przyjazdu z Lastka, obudzenie się w łóżku też. Skąd, skoro wtedy nie było mnie tutaj?
Pewnie sama zobaczyłaś gdzie co jest, a kolacja… Nie wiem.
Ja też nie wiem, dlatego wykasuj ten tekst.
Dobrze, już kasuję, jeśli skasowanie ma ci zwrócić spokój, a mnie twoją miłość. Popatrz, wciskam przycisk.
Spojrzałem na nią i nim znikła, zobaczyłem łzy w jej oczach.
Siedziałem w nagłej ciszy gapiąc się na puste miejsce przede mną.
W końcu podniosłem dłoń do twarzy i uderzyłem się w policzek. Nic się nie zmieniło. Zerwałem się i pobiegłem do naszego pokoju. Był pusty. W jej pokoju, na środku podłogi, obok krzesła, leżały skrzypce, a przy nich smyczek z zerwanym włosiem. Wziąłem go w rękę i chwilę patrzyłem na drżące włosie. Wydawało mi się, że jeszcze czuję na rączce ciepło jej dłoni.
Jasiu!
W jednej chwili była, w drugiej rozpłynęła się, znikła. Co się stało?
Przecież w szafach są wszystkie jej rzeczy! Na pewno są, skoro ona znikła?
Były. Równiutko poukładane na półkach jej ubrania. Były. Poczułem ogromną ulgę, gdy otworzyłem szafę i zobaczyłem rzędy jej pantofelków, ale im dłużej patrzyłem na nie, tym bardziej czułem, jak mija mi ulga, a budzą się szkaradne myśli. Te buty… one wyglądały jak nowe, nieużywane. Patrzyłem w szafę nic nie widząc, zajęty paskudną myślą: a jeśli ja sam kupiłem te wszystkie rzeczy i Jasia nigdy ich nie używała, bo jej po prostu… Co ja chrzanię! Przecież ona była! Ona jest, tylko schowała się gdzieś przede mną!
Wziąłem jej ulubione buty w góry i oglądałem ze wszystkich stron. Znalazłem kilka rys. Od skał i korzeni? Na tej skórze tak łatwo zostają ślady… Zadrapałem ją paznokciem, chwilę patrzyłem na wyraźny ślad, nim rzuciłem buty do szafy. Rozpaczliwie rozejrzałem się po pokoju pełnym kobiecych drobiazgów; tyle ich, a jakby ich nie było, bo w tej chwili wszystkie one wydały mi się nic nie poświadczającymi atrapami.
Przecież stała przede mną, widziałem ją i nagle… Znikła. Przecież… jak to możliwe?
Podniosłem jej skrzypce. Niewątpliwie były używane, ale mało mi było tego jednego dowodu. Co więcej? – pytałem siebie rozglądając się kolejny raz.
Wysunąłem szufladę w której trzyma bieliznę i wyciągnąłem jakieś jej majtki. Nowe są czy używane? Nie wiedziałem, chociaż metek nie widziałem nigdzie. Jak sprawdzić? Po zapachu? Powąchałem, poczułem zapach proszku do prania. A co jest w pralce? Były tylko moje rzeczy. Dziwne. W pralce zawsze leżały jakieś jej ciuszki.
W głowie miałem paniczną gonitwę myśli.
Usiadłem przy komputerze. Folder z jej zdjęciami oczywiście był w komputerze, ale w nim były tylko dziesiątki zdjęć tamtego naszego miejsca na zboczu Lastka, setki różnych zdjęć, ale jej zdjęć nie było… Co się z nimi stało?.. Wykasowała? Ale kiedy zdążyła to zrobić?
Otworzyłem plik z jej smsami. Tyle ich mam… Pierwsze są sprzed dwudziestu laty… To przecież jej, jej smsy! Oto pierwszy:
Jasiu, widzisz mój liścik na obudowie?
Oto ostatni, sprzed dwóch dni:
Będę o szóstej. Przytulisz mnie wtedy?
Przygotowałem dla niej parę kanapeczek z pesto mojej roboty. Jasia lubiła…lubi moje pesto z dodatkiem czosnku i suszonych pomidorów… ucieram je w specjalnym moździerzu z marmuru. Poszedłem do kuchni i zdjąłem moździerz z półki. Na jego dnie poczułem wyraźny zapach pesto robionego dla niej…
Dla niej?
Rzuciłem moździerz i pobiegłem do swojego biurka. Paszport! Przecież nie raz leciałem z Jasią na jej koncerty! Paszport okazał się być dziewiczy, nowy. Zupełnie zapomniałem o jego zmienieniu miesiąc temu. Nie wiem co zrobiłem ze starym, nie ma go tutaj.
Poszedłem do stałej fryzjerki Jasi. Była tam jakaś nowa dziewczyna, zapytałem o tamtą i usłyszałem, że niedawno zwolniła się i gdzieś wyjechała, prawdopodobnie za granicę.
Czy pamięta pani moją żonę? Drobna, z brązowymi włosami niżej bioder.
Przepraszam, nie widziałam. Zaczęłam pracę tutaj tydzień temu. A czemu pan pyta?
Wracając, przechodziłem obok jej banku.
Proszę panią, czy Janina Lastkowska ma u was konto?
Przepraszam, ale nie udzielamy takich informacji osobom postronnym.
Jestem jej mężem.
Czy ma pan pełnomocnictwo do dysponowania kontem?
Nie mam.
Nie miałem na własną prośbę…
To nie mogę.
Ale pamięta ją pani?
Przykro mi.
Stałem w domu nie wiedząc co robić, gdy nagle do głowy przyszła mi myśl o niedokładnym przeszukaniu pokoi. W salonie nie było jej, w kuchni też nie, wpadłem do łazienki, zajrzałem do szafy i do jej pokoju, w końcu, tknięty nową myślą, wypadłem z domu, szarpnąłem drzwi samochodu i pojechałem na złamanie karku.
W miejscu pierwszego zobaczenia Jasi nie znalazłem jej, ale wiem, że ona gdzieś tutaj jest, tylko ukrywa się przede mną w bezmiarze czasów i światów. Chodzę więc po Górach Kaczawskich chcąc być bliżej niej i czekam na jej powrót.
Ona jest i kiedyś wróci, ja to wiem.”

piątek, 23 listopada 2018

Mróz, dal i drzewa

181118
Orzechowice, południowymi stokami Leśniaka pod Okole, wokół Wywołańca i Rogatki, Orzechowice,


Gdy po zaparkowaniu otworzyłem drzwi, mroźne powietrze wtargnęło do nagrzanego wnętrza i wstrząsnęło mną. Wyjdę za chwilę, tylko wypiję kawę – powiedziałem sobie pośpiesznie zamykając drzwi.
Po upalnym lecie ciepły początek jesieni przyjąłem jako coś oczywistego i naturalnego, więc nagły kilkunastostopniowy spadek temperatury spowodował ostry mój protest i takąż reakcję organizmu. Jeszcze wczoraj wieczorem wahałem się, czy odszukać na dnie szafy kalesony zapomniane przez tyle ciepłych miesięcy; dobrze, że wbrew sobie założyłem je. Termometr samochodu pokazywał osiem stopni mrozu, sięgnąłem więc po plecak i wyciągnąłem zapasowy sweter oraz drugą parę rękawic.
Od głównej ulicy wsi Rząśnik odchodzi jedna z tych wąziutkich dróżek asfaltowych, o których nie zawsze nawet google wiedzą. Ta prowadzi do kolonii wsi i kończy się za ostatnim domem, u stóp kopulastego Leśniaka, dużej góry kaczawskiej. Dobre miejsce startu na szlaki w masywie Okola i na drugą stronę przełęczy, w kierunku Babińca. Równo o siódmej, więc jeszcze w szarą godzinę, ruszyłem.
Ubrany byłem odpowiednio, marsz rozgrzewał, więc szło się dobrze, chociaż po zrobieniu zdjęć trzeba było szybko zakładać rękawice.
Chciałem odwiedzić południowe, bardzo widokowe, zbocza Leśniaka, i pokręcić się po sąsiedniej górce, Wywołańcu, a jest tam kilka miejsc naprawdę wartych zobaczenia. Z grubsza zarysowany plan przewidywał pójście za Rząśnicką Przełęcz gdyby czas pozwolił, ale najważniejsze było poszwendanie się po ładnych miejscach.
Świt był czerwony, trochę zamglony, jakby zmarznięty i zaspany, budzący nostalgiczny nastrój. Taki, jaki widuję w zimie. 


Później zobaczyłem czysty, jasny i silny blask słońca na wierzchołkach świerków. Zaczynał się słoneczny dzień zaprzeczający stereotypowemu obrazowi listopadowego dnia.
Południowe zbocza Leśniaka zasługują na cały szereg wielkich znaków miejsc widokowych. Rozległe zbocza podzielone zagajnikami wznoszą się lekko w stronę Okola, a w miarę zdobywania wysokości ogromnieje widok na trzy czwarte widnokręgu. Widać cały długi masyw Chrośnickich Kop, a więc i Lastka, jak zawsze przyciągającego mój wzrok szukający pod szczytem tej góry połączenia rzeczywistości z fantazją. Pożądliwym wzrokiem patrzyłem na dróżki biegnące od wioski ku szczytom; wiele z nich znałem, niektóre wydawały mi się nieznane, a wszystkie były pociągające. Wkrótce odpowiem na ich głosy. W pewnej chwili ponad wyraźną i bliską linię grzbietu Kop wyrasta malutki niebieski rąbek najwyższych gór sudeckich. Rośnie z minuty na minutę zmieniając się w odległe górskie pasmo. Dzisiaj Karkonosze zadziwiały swoją wyrazistością, skoro z odległości ponad trzydziestu kilometrów wyraźnie widziałem budynki na Śnieżce, Śnieżnych Kotłach i na Szrenicy. Na wschodzie wzrok się plątał wśród najdalszych szczytów kaczawskich, ale sięgał i dalej, po Góry Wałbrzyskie, a patrząc w przeciwną stronę chciałem dojrzeć pewien stary kamienny domek przytulony do zbocza izerskiej górki. 


Ociepliło się, zdjąłem sweter i jedną parę rękawic, a że było sucho, mogłem siadywać na ziemi i patrzeć na rozległy przestwór moich gór. Idąc, zbaczałem ku samotnym drzewom chcąc przyjrzeć się im. Jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałbym, że nie ma w nich nic wyjątkowego, teraz właściwie też nie wiem, czym drzewa przyciągają mnie, ale nawet nie próbuję tej tajemnicy rozjaśnić. Po prostu z przyjemnością patrzę. Ostatnio zwracam uwagę na nietypowe bliskie sąsiedztwa, na mieszane małżeństwa. Widziałem wielopienną lipę z przytulonym do niej jesionem. Lipy osiągają znaczne rozmiary, bywają drzewami po prostu wielkimi i masywnymi, ale w górskich lasach często widuję je wysmukłe i o wielu pniach. Nie są rzadkością lipy mające kilkanaście pni wyrastających z jednego systemu korzeniowego. Dzisiaj też liczyłem pnie, ale przy jedenastym pogubiłem się. W innym miejscu widziałem kilka wielopiennych jaworów, co jest rzadkością, a z małżeństw mieszanych wspomnę jeszcze o dwóch czereśniach zrośniętych od ziemi z klonem.
Poznałem uroczy zakątek na stoku Leśniaka. Siedziałem tam długo jak na mnie, może kwadrans, z przyjemnością patrząc na klasycznie kaczawski widok. 


Patrzę nie tylko w dal. Zauważam częstsze ostatnio patrzenie, właściwie gapienie się, na drobiazgi przy mnie. Jakiś niepozorny kwiatek, gałąź róży wychylona nad dróżką, pniak z hubą, kępka wysokich traw, omszały kamień, potrafią przyciągnąć mój wzrok, a przy tym nie patrzę uważnie, nie dokonuję obserwacji, nie analizuję, a po prostu patrzę i sprawia mi to przyjemność.
Idąc rozległym stokiem obejrzałem się i zobaczyłem, zdumiony, niebo pomalowane wysokimi chmurami (zdaje się, że cirrusami) ułożonymi w zadziwiająco regularny wzór. Przez szereg minut szedłem odwracając się, albo zatrzymywałem się i patrzyłem na ten ładny twór natury.

Wywołaniec jest mniejszym sąsiadem dużego Leśniaka. Góra niemal w całości jest zalesiona, od strony Kop stroma i pokaźnej wysokości, ale wejście na szczyt z przeciwnej strony nie zajmie więcej jak kwadrans, o ile wie się którędy iść. Trochę znałem tamtejsze leśne dróżki, ale chciałem znać dobrze, chciałem też odwiedzić ładne łąki śródleśne, tarasowo wznoszące się po zboczu, i czarne skały sterczące na grzbiecie. W rezultacie po obszarze kilometra chodziłem trzy godziny.
W zmrożonej, szadzią wybielonej, trawie zobaczyłem charakterystyczny kształt grzyba. Pokaźnych rozmiarów podgrzybek zamarznięty był na kamień, ale nie wyglądał na starego. Zapewne wyrósł dwa lub trzy dni temu, w ciepły jeszcze dzień. Zawsze jest dobry czas pogapić się na drzewo, zawsze jest dobry czas na grzybobranie, zwłaszcza tak niespodziewane i zapewne ostatnie w tym roku. Zostawiłem drogę i pół godziny myszkowałem po lesie. Znalazłem cztery spore podgrzybki, wszystkie zamarznięte, ale zdrowe i nie sczerniałe. Suszą się pokrojone w plastry. Jedząc w wigilię krokiety z grzybowo-kapuścianym nadzieniem, wspomnę chwile spędzone pod szczytem kaczawskiej góry.
Wywołaniec ma wyraźnie zaznaczony szczyt, ale wydłużony grzbiet szczytowy chyba tylko o pojedyncze metry jest niższy, a stoją na nim czarne skały i ołowiane buki. Jest ich tam dużo, na sporej połaci tworzą swój las z niewielką domieszką innych gatunków. Ziemi mają tam niewiele, ot, garstki między omszałymi skalnymi okruchami, ale to ich naturalny świat, tutaj czują się dobrze, radzą sobie lepiej od świerków. Widzę to chociażby po ilości wywróconych drzew – bardzo mało wśród nich jest buków. Korzenie tych drzew są potężnymi, licznymi i długimi pazurami wciskającymi się w szpary między skałami, a świerki co prawda też wypuszczają długie korzenie, ale płytkie, ledwie zanurzone w ziemi. Gdy zawieje większy wiatr, drzewo wywraca się razem z okrągłym talerzem swoich korzeni, między którymi tkwi ziemia i kamienie; głębokość wykrotu nie przekracza połowy metra.
W górskim lesie, wśród kamieni, buki wyglądają szczególnie ładnie. Jesienią są obok klonów pospolitych i czereśni najbardziej kolorowymi drzewami, ale nawet teraz, gdy są już nagie, nie są smutne, nie robią wrażenia zamarłych, zachowując niemałą część urody i pogody. Młodsze osobniki trzymają całą zimę sporo liści w ładnych kolorach. W pochmurny dzień zimowy bywają one jedynym kolorowym akcentem. No i oczywiście korzenie imponujące grubością i napęcznieniami, korzenie tak często kojarzące się z mocarnymi ramionami.





W okolicy wzgórza Rogatka szedłem łąkami chyba trochę zapomnianymi. Niekoszone, może tylko wypasane, łąki niepodobne do tych monokulturowych, trawiastych, i nie zarastając wysokimi roślinami, na przykład nawłocią, nie przeradzają się w dzikie i trudno dostępne chaszcze, jak wiele innych niechcianych łąk. Te dzisiejsze kojarzą się mi z wczesnym stadium stepowienia. Rosną na nich liczne gatunki roślin, spośród tych nielicznych znanych z nazwy zwracały uwagę mlecze polne. Kwiaty widuje się już sporadycznie, ale kulek latawców, podobnych do puchowych kulek mniszka, ale przecież wyraźnie innych i chyba ładniejszych, nadal jest dużo. W szarzejącym i zamierającym świecie przyciągają wzrok, nie ostatnią będąc ozdobą łąk. Wiele widziałem siewek brzóz i dębów. Te drzewka grubości zapałki, sięgające mi do kostki, ujmowały bezbronnością. Miały po dwa, trzy lub cztery listki i nadzieje na stanie się wielkimi drzewami. Ileż niebezpieczeństw przed nimi! Jakże małe ich szanse na doczekanie się własnego potomstwa! Wiele z nich ogryzą głodne sarny, a cali szczęśliwcy prędzej doczekają się kosiarki właściciela łąki niż dorosłości. Nic nie wiedzą o tych niebezpieczeństwach i po prostu rosną. Czasami przychodzi mi do głowy myśl, że nawet gdyby wiedziały, też by rosły. Po prostu żyć – ot, i cała ich filozofia. Mądra filozofia.
Był początek zmierzchu, gdy stanąłem między ostatnimi drzewami i spojrzałem na otwartą przestrzeń. Horyzont zamykała czarna bryła Leśniaka, bliżej natomiast, w odległości ponad kilometra, zobaczyłem na końcu drogi samotne drzewo, a pod nim jaśniejszą kropkę – moją vectrę. Łagodnie pochyłą łąką, później brzegiem zielonej oziminy, szedłem wprost na samochód, a wyniosła kopuła Leśniaka ogromniała wypełniając ciemniejące niebo.










piątek, 16 listopada 2018

Góry Kaczawskie znane i nieznane

131118

Z Sokołowca na Wygorzel, następnie przejście całej długości strumienia Piekiełko. Szosą do Różanej, stokami Wołka i Czeszki pod Wygorzel, następnie polami pod Nowy Kościół, okrążenie Buczynki, powrót do Sokołowca wzdłuż strumienia Czermnica.



Przez Pogórze i Góry Kaczawskie biegnie kilka głównych dróg, które tak naprawdę są lokalnymi szosami łączącymi powiatowe miasta. Między nimi rozciągnięta jest siatka bocznych, już nienumerowanych, dróg między większymi wsiami i głównymi drogami, ale są też drogi łącznikowe, prowadzące skrótami do tych znaczniejszych lub do małej wioski z kilkoma domkami przycupniętymi gdzieś na uboczu. Najładniejsze to drogi. Asfaltu mają tyle, żeby zmieścić koła samochodu osobowego, a w swoim biegu pamiętają polne dróżki – ich poprzedniczki – i jak one nie kłopoczą się stromością podjazdów, ostrością swoich zakrętów czy brakiem widoczności. Nierzadko zastanawiałem się, dlaczego taka droga wije się po rozległej i w miarę równej płaszczyźnie pól, dlaczego akurat w tym miejscu, niczym przecież niewyróżnionym, decyduje się na nagły skręt o 90 stopni, którego nawet rowerem nie przejedzie się bez znacznego zwolnienia szybkości. Szybsza jazda nimi przypomina mi jazdę pewną karuzelą, która nieustannie podnosi się i opada, a nie zrobi jednego nawet obrotu bez paru zniesień na boki zmuszających do silnego trzymania się. Jednakże drogi te nierzadko prowadzą bardzo widokowymi zakątkami, skoro nie omijają wjazdów na strome zbocza wzgórz czy karkołomnych zjazdów w doliny, i w tym ich urok.

Jeżdżę nimi z przyjemnością, ale tylko przy dodatniej temperaturze. Którejś mroźnej zimy jechałem taką drogą gdzieś pod Ostrzycą. Byłoby nieźle, gdyby nie zatkany kanał pod jezdnią, którym normalnie płynie strumyk. Nie mogąc płynąć pod, płynął po jezdni, a że był mróz, utworzył się rozległy lodowy wzgórek. Udało się przejechać tylko dlatego, że będąc spanikowany, ograniczyłem manewry do odruchowego zaciśnięcia dłoni na kierownicy.

Jedna z takich dróg łączy Sokołowiec Dolny z Nowym Kościołem. Przy okazji kilkakrotnego przejeżdżania tą drogą zwróciłem uwagę na malownicze otoczenie, a zastanawiając się nad trasą dzisiejszego dnia uświadomiłem sobie, że tyle razy będąc w tych górach, tam nie chodziłem. Dorzuciłem jeszcze poszwendanie się po okolicznych wzgórzach - znanych, ale lubianych - i oto miałem plan.

Decyzję wyjazdu podjęliśmy, ja i Janek, w przeddzień, pojechaliśmy w dzień roboczy (w ten sposób odebrałem sobie niedzielę spędzoną w pracy), dlatego na wszelki wypadek zabrałem ze sobą także telefon służbowy. Wiele razy dzwonił, aż miałem chęć go wyłączyć, ale moje poczucie obowiązkowości nie pozwoliło mi zrobić tego, co bywa wykorzystywane w mojej pracy.

Wyruszyliśmy sporo przed siódmą, niemal w ciemności, więc dopiero gdy byliśmy za wsią, na zboczach wzgórz, Eos otworzyła zaspane oczęta i podeszła do okna. Miała na sobie koszulę nocną o jaskrawych barwach płynnie zmieniających się od ciemnej czerwieni zmieszanej z granatem, a miejscami jakby z dodatkiem fioletu, do jaśniejącego oranżu. Wymalowanymi wzorami natomiast jako żywo przypominała strzępy chmurek na niebie oświetlonych od dołu niewidocznym jeszcze słońcem. Bogini zamknęła okno nim wzeszło słońce, chyba znowu nie była sama…


Na zachód od wsi, między kilkoma niewielkimi wzgórzami, jest duża polana przecięta dwoma dróżkami, ozdobiona nitkami drzew, paroma strumieniami, falowaniem pól podchodzących ku ciemnym ścianom lasów i widokiem nieodległej Ostrzycy. Pola wciskając się szerokim pasem na zbocze wzgórza Wygorzel, zapraszają do poznania ich. Może słowo o nazwie: trzymając się odwiecznych zasad tworzenia nazw miejsc należałoby uznać, iż w tej nazwie zapisane jest wspomnienie pożaru, który strawił lasy na tej górce. Jeśli tak było, to najwyraźniej dawno temu, skoro śladów nie ma już żadnych, ale też wiadomo, że słowo, ów niematerialny i zwiewny jak eter twór człowieka, bywa trwalsze od kamieni i ludzkiej pamięci.

Na mało zaznaczonym i zalesionym szczycie nie byłem, ale dzisiaj zaciągnąłem mojego towarzysza na brzeg lasu bliski szczytowi, a tam zobaczyłem niebo między drzewami. Spodziewając się otwartej przestrzeni, weszliśmy między drzewa i po paru minutach zatrzymałem się oczarowany nagłą zmianą widoku i jego rozległością. Mały wzgórek pokazał mi swoje drugie, jakże odmienne, oblicze: stok góry opadał stromo w wąską dolinę, po drugiej jej stronie pięła się ściana Dłużycy, a wydawała się niemal pionowa. Dnem wiła się szosa, pełzały nią malutkie samochody, a po lewej horyzont uciekał daleko, po Złotoryję i wyraźnie widocznego Wilkołaka. Wysokość sprawdziłem na mapie: stok opada tam 115 metrów, co na standardy kaczawskie, a już zwłaszcza pogórzańskie, jest dużą różnicą. 



Tylko dla tego miejsca, tej chwili i tych widoków, warto było brać wolne i zrywać się w nocy, a przecież dzień jeszcze się nie kończy – pomyślałem, stojąc na krawędzi stromizny i gapiąc się. Mam jeszcze jedno miejsce na swojej liście miejsc ładnych i wartych powtórnego odwiedzenia.

Oddalaliśmy się od tamtej bocznej dróżki, ale nie zapomniałem o niej; mieliśmy zrobić zakole i wrócić do niej. Droga wypadała przy źródle Piekiełka, więc nie mogłem nie zajrzeć między drzewa. Wyraźnie wykształcony od pierwszych metrów jar strumienia był suchy. Zszedłem niżej chcąc zobaczyć, gdzie pokaże się woda, była dopiero ponad 100 metrów dalej. Wtedy wróciła do mnie myśl o przejściu całego jaru. Byłem tam kilka lat temu, ale szybko zrezygnowałem z przejścia, ponieważ iść można było tylko dnem, a woda była zbyt głęboka. Teraz jest jej dużo mniej, więc poszliśmy. Kilkumetrowej wysokości ściany, miejscami urwiste i kamieniste, głęboki półmrok, kamienno-roślinny chaos, pod nogami chlupocząca woda lub mlaskające błoto, ale zwalone drzewa nie zagradzały tak przejścia, jak wtedy. Patrząc na ślady stwierdziliśmy, że dnem jeżdżą motocykliści i usunięcie zwalisk jest zapewne ich dziełem. Potwierdziłem to w drodze powrotnej: na początku swojego biegu strumień spadał ze skalnego, pionowego progu wysokości metra, teraz tego progu już nie ma. Czyżby okazał się za wysoki dla tych kozaków?








Cała tamta okolica, to znaczy zbocza Wygorzela, Czeszki i Wołka, jest zasobna w agaty, kiedyś była tam kopalnia, teraz spotyka się dzikie wyrobiska, dziury w ziemi kopane przez amatorów tych ozdobnych kamieni. Uderza kontrast między ich urodą, a brzydotą miejsc wydobywania. Doły, zryte zbocza, walające się opakowania, ziemia z wykopów osuwająca się po zboczu, pochylone, podkopane drzewa – oto wygląd agatowych miejsc. 


Znalazłem też jaskinię wykutą w kamiennym zboczu; co motywuje ludzi do tak ciężkiej i nie zawsze bezpiecznej pracy? Umiłowanie kamieni czy pieniędzy? Te kamienie niewielką mają wartość rynkową, więc może raczej fascynacja? Ale wtedy trzeba by uznać, że ci ludzie jednocześnie są pod wrażeniem dzieła natury i naturę ranią ryjąc dzikie wyrobiska. Nie wiem, co myśleć.

U wylotu jaru i strumienia zarządziliśmy przerwę na posiłek, a miejsce nie było przypadkowe. Rośnie tam kilka daglezji, drzew, którym zawsze warto przyjrzeć się uważnie. Te są średniej grubości, mierzą niewiele ponad pół metra, a jedną z nich uwiódł nasz swojski buk: ona stoi skromnie, on obejmuje ją korzeniami niczym ramieniem jakby chciał wrosnąć w nią, zespolić się w jedno drzewo z kochanką. A może po prostu boginki tych drzew, hamadriady, mają się ku sobie? Jeśli tak, to niech im będzie dobrze ze sobą i niech jedna nie zostanie bez drugiej.


Listopad zubożył kolory drzew, ale ich nie pozbawił. Wierzby jak zwykle jeszcze nie myślą o odrzuceniu liści, brzozy i buki nadal chwalą się kolorami ciepłej jesieni. Wydaje mi się, że w tym roku więcej widzę kolorów na drzewach. Patrzę na osiki i mam wrażenie widzenia ich tak ładnych po raz pierwszy. Nie wiem, czy wcześniej nie zauważałem tych drzew, czy w tym roku rzeczywiście są ładniejsze, czy może bardziej cenię ładne drobinki moich zbyt szybko mijających dni.



Na zboczu Czeszki pasły się krowy i… byk. Gdybym był sam, obszedłbym go bardzo szerokim łukiem, ale że Janek poszedł ku niemu, poszedłem i ja, chyba trochę chowając się za niego. Nie, stanowczo nie jestem macho. Wolę popatrzeć na trzmiela próbującego przeżyć swój czas. 


Na tym zboczu byłem parę razy sam, dwukrotnie z Jankiem, a powód powrotów jest oczywisty: piękne widoki.

Okolice naszej dróżki nie zawiodły nas. Są tam co prawda rozległe pola, ale też wiele jest uskoków gruntu, które zostawione samym sobie zarastają kępami drzew i krzewów, tworząc oazy gatunkowej rozmaitości, a spotyka się i samotne drzewa nieodmiennie przyciągające wzrok. Znaleźliśmy parę takich urokliwych zakątków, zapewne kilka zostało do poznania. Na pewno wrócę tam, może uda się trafić na ładniejszą pogodę. Ranek był dość pogodny, ale później chmurzyło się coraz bardziej, a i przejrzystość powietrza malała. Mgieł nie było, ale powietrze szarzało coraz mniej przepuszczając światła, w końcu pora dnia i deszcz nakłoniły nas do powrotu.

Nie szliśmy najkrótszą drogą, a szerokim łukiem, ogromnymi polami tak charakterystycznymi dla kaczawskiego pogórza. Ilekroć wjeżdżam na rodzinną Lubelszczyznę, zwracam uwagę na miedze oddzielające pola szerokości dwudziestu czy trzydziestu metrów, natomiast tutaj nie są wyjątkiem pola wielkości paruset hektarów – ogromne przestrzenie których czasami nie można objąć wzrokiem, skoro jedna granica jest za grzbietem wzniesienia, czyli za horyzontem, drugą wyznacza odległy szpaler drzew ocieniających polną drogę. Ziemia jest tam czerwona – jak resztki skał na zalesionych szczytach łagodnych wzniesień. Kiedyś były tutaj skaliste góry, teraz jest przewracana pługami ziemia rozległych pól – oto skala przemian oblicza Ziemi. Ktoś powiedział, chyba nawet ja sam, że na Ziemi nawet góry nie są wieczne, natomiast wieczne są metamorfozy oblicza naszej planety.

W okolicy wzgórza Buczynka byłem parę lat temu. Gdy wyszedłem z lasu, zaskoczył mnie zmierzch. Tak mi się wydawało, ale po chwili poznałem przyczynę narastającej ciemności: czarne chmurzyska ciągnęły niemal po ziemi swoje paskudne cielska, obficie sypiąc na mnie mokrym śniegiem. W jednej chwili poczułem się jak wędrowca mający kilka dni drogi do domu; spodobało mi się to wrażenie, tamten mój powrót do wioski, samochodu i cywilizacji. Dzisiaj było podobnie: późne popołudnie, raczej początek zmierzchu, szare powietrze, bure niebo, zacinający deszcz i mało widoczna zszarzała ściana bliskiego lasu.

Taka późna, mokra i szara godzina ma swój urok i potrafi się podobać, chociaż w jej smakowaniu przeszkadzają drobiazgi: zmęczone nogi, niewyraźny obraz przez zmoczone okulary, czasami myśl o powrocie do pracy. Gdy uświadomię sobie wartość chwili – tej chwili, ale szerzej po prostu moich chwil, zatrzymuję się i patrzę. Patrzę i słucham. Staram się być tylko tutaj i tylko teraz.

Czasami udaje mi się ta sztuka.









Dodam jeszcze jedno ze zdjęć otrzymanych od Janka.  Dobrze oddaje nastrój tamtego świtu i wygląd okolicy. Nazwę pozostawiłem niezmienioną.